MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Witajcie w naszej bajce...


Dzień pod każdym względem niecodzienny. Zamieniony w bajkę, w której na szczęście było samo dobro. Zło tkwiło zapewne gdzieś przyczajone, jak to w bajkach i w życiu bywa, ale wczorajszego dnia nikt o nim nie myślał. Może przez to utknęło głęboko, na dnie wszystkiego, co się działo?
A działo się tak wiele, jak wiele mogą wnieść w życie trzy maleńkie istoty - trzy oddzielne byty, trzy serca czujące, trzy głowy myślące. Trzy pary rączek obejmujące babcine serce. Trzy postacie ufnie tulące się w babcinych ramionach. Trzy pary nóżek biegające we wszystkie strony świata. Trzy radości, trzy miłości i trzy smutki.
Tego dnia wszyscy byliśmy wielokrotnymi odkrywcami. Wspólnie odkrywaliśmy świat i siebie nawzajem.











niedziela, 29 kwietnia 2012

Oswoić, znaczy...

Za kilka godzin dotknę największej świętości, która poprzez dziedziczenie, jakieś kody i genotypy, przez dzieje ludzkości i historię, a przede wszystkim za działaniem Ducha poskładała się w trzy maleńkie istoty, które są moimi wnukami. Brat Mniejszy już zapowiedział, że nie przytuli się do mnie. Maleńka Wnuczka, której imię brzmi Mądrość, mówiąc: "jedziemy do ciebie" pokazała wymownie i jednoznacznie w moją stroną rączkami, akcentując słowo "ciebie". Jest już umówiona ze swoim dziadkiem, że będą wspólnie karmić koty. Zachodzi obawa, że Mała Wdzięczność nie będzie taka śmiała, jak we własnym domu przy komputerze i że trzeba ją będzie oswajać, jak ostatnio. Dobrze, że nauczyłam się z pewnej lektury i wiem dokładnie, czym jest prawdziwe oswojenie...


"Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".(...) Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie, ani ty nie potrzebujesz mnie. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeśli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie i ja będę dla ciebie jedyny na świecie. 
(...) Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
(Antoine de Saint-Exupery).


Znam ludzi, którzy oswajają innych, a potem ich porzucają, jakby nie czuli, że stworzyli więzy. Czy się jest lisem, czy małym chłopcem, czy nawet babcią, bardzo źle się czuje, kiedy ktoś cię oswoił i potem nie pomny na odpowiedzialność za oswojoną istotę - zostawił. 

Dobrze, że dla moich wnucząt te sprawy są jeszcze odległe. Dobrze, że chroni je parasol wielkiej miłości, którą darzą je wszyscy wkoło. A one uczą się wszystkiego w cieniu tego parasola. Uczą się być oswajane i uczą się oswajać. 
Maleńka Wnuczka dostała kiedyś od swojej mamusi roślinkę w doniczce. Roślinka była z trawy, jak mi oznajmiła z największą powagą. Tak się cieszyła wielka Mądrość z owej roślinki, że przysiadała na stołeczku, brała roślinkę na kolana i śpiewała jej piosenki, albo opowiadała bajki. Uśpiła ją i od wczesnych godzin rannych oczekiwała na zbudzenie się roślinki ze snu. Roślinka wciąż spała i spała, płatki kwiatów mając stulone. Słońce już było wysoko, rodzeństwo było po śniadaniu, nawet codzienna poranna rozmowa telefoniczna z babcią się odbyła, a roślinka wciąż spała. Maleńka Wnuczka zaglądała niecierpliwie do małego pokoju i nic. Aż nastała taka chwila, podczas której nikt nie zauważył, że Brat Mniejszy wszedł do pokoju, stanął na krzesełku przy parapecie i... oberwał roślince wszystkie kwiatki, które jeszcze spały.
Odtąd roślinka przeszła pod kuratelę Mamusi i w kuchni, samotna, odgrodzona od wszystkich bramką w drzwiach, próbuje dojść do siebie. 

Mam nadzieję, że roślinka nie była tak efemeryczna, jak róża. Myślę, że Brat Mniejszy zrobił to, nie mogąc się doczekać, aż roślinka się obudzi, a nie z innych pobudek. I choć sprawę znam z opowieści, oczami wyobraźni widzę, jak Maleńka Wnuczka siedzi na krzesełku z roślinką na kolanach i śpiewa. Całkiem jak prababcia swoim kotkom - daleko, daleko w innym świecie. I choć Maleńka Wnuczka boi się prababci Gieni, bo jest bardzo pomarszczona ze starości, to wszystko, co jest w Maleńkiej Wnuczce, jest światłem prababci. I to również jest dotykaniem świętości. W codzienności. 

"Oswoić, znaczy stworzyć więzy..."



piątek, 27 kwietnia 2012

Całe dzieciństwo

Napisano (o mnie i z jednej strony jest to istotne, a z drugiej strony wcale nie, bo nie chodzi o to aby się chwalić lecz, by na tym oprzeć rozważania): ... jest rodowitą wadowiczanką, która całe swoje dzieciństwo spędziła w Wadowicach.
Od tego zdania zaczęto na portalu internetowym informację, że Wkrótce kolejna książka o Wadowicach.
Kiedy przeczytałam to zdanie, zabrzmiało ono śmiesznie, zwłaszcza jego druga część. Dopiero po przeczytaniu całego artykułu, który naprawdę czytałam ze skruszonym sercem, dotarł do mnie sens pierwszego zdania. 
Do tej pory zawsze myślałam, że tak krótko mieszkałam w Moim Mieście, że zbyt krótko. A tymczasem autor owej notatki uświadomił mi, że ja mieszkałam tam aż całe dzieciństwo!
Przecież nie ma cudowniejszego i dłuższego okresu w życiu niż dzieciństwo. No, może starość jest dłuższa, ale tej nie doświadczyłam jeszcze, zresztą nie każdy jej doświadcza. Mały człowiek poznaje wszystko - cały świat. Wszystko go potrafi dziwić i wszystko go cieszy. Każda chwila kryje w sobie odkrycie czegoś nowego i wielkiego zarazem. Dla dziecka nie ma spraw małych, nieważnych i byle jakich. Nie ma nieudanych wypraw i łowów, w celu poszukiwania przygody. Każda przygoda urasta zaś do rangi wyjścia na szczyt świata. Każdy spotkany człowiek jest najważniejszy w momencie spotkania i jeszcze długo potem. Sądząc po sobie samej - przez całe życie. Każda opowieść, którą niosą spotkani ludzie jest najciekawsza i najbardziej godna uwagi. Wszystko, co robi mały człowiek buduje jego przyszłość. I tylko wtedy, gdy się jest dzieckiem, tworzy się przyszłość, wcale nie przykładając wagi do owej przyszłości. Dziecko jest artystą. I tylko, kiedy się jest dzieckiem, zapomina się miniony dzień równie szybko, jak sen, który odszedł wraz z otwarciem oczu, rankiem. Z jaką niecierpliwością dziecko wita każdy kolejny dzień i jak bardzo nie czeka na zaplanowane przez siebie przyszłe zdarzenia, a z radością godną filozofa, przyjmuje, co los mu daje. Ile szczęścia jest w wędrowaniu i odkrywaniu, w każdym poznaniu. Ile razy dziecko powtarza swe doświadczenia - za każdym razem traktując je, jakby zdarzyły się po raz pierwszy. Ile też światła jest na każdej drodze dziecka! 


I ja całe moje dzieciństwo spędziłam w Moim Mieście!?
To nieprawdopodobne. Jeszcze wczoraj mówiłam, że cały czas liczę zyski i straty, które przyniosła wyprowadzka. Od dzisiaj nie będę liczyła. Od dzisiaj będę wiedziała, że dostałam całe przepiękne dzieciństwo w Moim Mieście. Będę wiedziała, że nikt mnie niczego nie pozbawił. Bo lata dojrzewania, młodości i obecne dano mi spędzić w innym mieście, wśród innych ludzi.
I to jest moje bogactwo i radość. 

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Przed tobą sława..."

Nie byłam wprawdzie u wróżki, jak zrobił to słynny krakowski bard, więc nie wywróżyła mi sławy, wiecznej zabawy ani też pieniędzy w bród (a szkoda!), ale za to zostałam zaproszona na pierwsze autorskie spotkanie. I to przez kogo?!
Zaprosiły mnie przedszkolaki!!!
Spotkanie ma się odbyć w jednym z miejskich przedszkoli zaraz po długim weekendzie, czyli, gdy kraj wróci do normalności.
Książka jeszcze nie wyszła, będę musiała wziąć ze sobą komputer, pokazać przedszkolakom bloga i odczytać stosowny fragment książki. Cała książka opowiada o najwcześniejszym dzieciństwie, więc pewnie każdy fragment nadawałby się do odczytania, ale chciałam znaleźć szczególny. Przeglądnęłam pliki komputerowe w tym celu. Jeden z rozdziałów ma nawet stosowny tytuł : "Przedszkole", ale po dokładnym przeczytaniu tego rozdziału stwierdziłam, że żadną miarą nie nadaje się on dla przedszkolaków! No, bo weźmy na przykład taki fragment, w którym wspominam, że :"Moje najwcześniejsze wspomnienie z Przedszkola to straszliwy, wręcz histeryczny płacz w szatni, kiedy mnie Moja Mama przebierała w pantofle, uczepienie się jej spódnicy i niespełnione błaganie "Nie zostawiaj mnie tutaj". Dostałam szafkę z muchomorkiem, swój ręcznik w łazience i miejsce w szeregu." I dalej: "Najbardziej w Przedszkolu nie lubiłam jeść i spać. Wywalczyłam niejedzenie śniadań, oraz potraw, których nie lubiłam - czyli większości z jadłospisu przedszkolnego i niespanie. Przychodziłam z domu po śniadaniu i wracałam w trakcie leżakowania. Czasem przesiedziałam całe leżakowanie, bo nie miał mnie kto odebrać tuż po obiedzie, ale nie położyłam się za żadne skarby. Dlaczego? Dlatego, ponieważ przebierając się w piżamki, musieliśmy publicznie ściągać majtki. Do dzisiaj śpię w majtkach w uznaniu wolności, o którą walczyłam w pierwszych latach mojego pobytu w Przedszkolu."


No przecież przedszkolaki po takim spotkaniu zrobiłyby rewolucję w swoim przedszkolu, a nauczycielki byłyby mi bardzo wdzięczne. Już to widzę oczami wyobraźni.


W tym miejscu naszła mnie refleksja, że ja to przecież od zawsze walczyłam ze stereotypami. No bo skoro od czasów wczesnoprzedszkolnych, to znaczy, że od zawsze. Nie było takiego precedensu w całym przedszkolu, żeby które dziecko mogło nie jeść i nie spać. Zdawało się, że jedzenie i spanie było głównymi celami, które przedszkole w tamtych latach realizowało. Przynajmniej bój, który o prawo do nie jedzenia i nie spania stoczyłam, takimi te sprawy nakreślił. Oczywiście pamiętam moją determinację, upór i konsekwencję w walce o prawo do bycia sobą. I to w latach sześćdziesiątych, kiedy nikt nie mógł się wyróżniać, wychylić z szeregu, sprzeciwić, bo uznawany był za wroga (ustroju). Nawet kiedy miał 4 lata i nieco więcej.
Matki do pracy - dzieci do przedszkoli. 
W kwestii pozostawania w przedszkolu złamano mój upór, zaś nie jedzenie i nie spanie było moim zwycięstwem.
Patrząc na zdjęcie poniżej, czy ktokolwiek mógłby pomyśleć, że tak waleczny charakter w tak delikatnej osóbce drzemie? No i skoro już uświadomiłam sobie ten mój brak pokory wobec powszechności i uparty charakter, to co ja mam tym dzisiejszym przedszkolakom powiedzieć? Gdybym nie uświadomiła sobie, co uświadomiłam, byłoby prościej. A tak, może bezpieczniej będzie przeczytać jakiś inny fragment? Już z lat szkolnych? Wtedy w szkole byłam potulna jak baranek. 
Tylko, kurczę, dlaczego???


Pozory mylą...








Przygotowania do wyprawy

Chociaż wybieramy się tylko na Tarnicę w Bieszczadach Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem szykuje się jak na wojnę. Najpierw zakupił czapkę wojskową z demobilu. Po powrocie z pracy zakłada czapkę i raz siedzi w fotelu, raz leżakuje. No, kiedy był w wojsku zapewne nie leżało się w czapkach. Potem, to znaczy, gdy odpocznie, zrywa się do jakiejś pilnej domowej pracy. Najpilniejsze są te, które pozwalają przygotować wyprawę.
W drugiej kolejności zakupił nową ledową czołówkę. Podczas próby czołówka świeciła kilkadziesiąt godzin bez przerwy i nie zdołała się wyczerpać. Czołówkę trzeba było zakupić ponieważ ja spaściłam przygotowania na swoim froncie. Już dawno miałam zarezerwować noclegi, ale wzięłam się za to dopiero w tym tygodniu. Każde połączenie telefoniczne i moje pytanie o nocleg w czasie długiego weekendu wywoływało śmiech u właścicieli bazy hotelowej. Na moje zgłoszenie o niewywiązaniu się z zadania Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem szybko zastosował wariant 3C, albo może C3 - już sama nie wiem, bo był to na gorąco przygotowany wariant. Głównym jego założeniem jest to, że obrócimy w ciągu jednego dnia - wyjedziemy z domu nocą, dotrzemy na miejsce nad ranem i jeszcze przed świtem wyruszymy na szlak. Ominiemy tym samym tłum weekendowych turystów, którzy w klapkach i laczkach przemierzają polskie góry. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem zagalopował się w swoich planach do tego stopnia, że zaplanował, iż na szczyt dotrzemy przed wschodem słońca. Stwierdził, że jedyne co nam może grozić, to spotkanie z niedźwiedziem. No i dzisiaj właśnie trwały przygotowania sprzętu na taką ewentualność.
Przy okazji przygotowań do wyprawy zyskałam i ja. To znaczy sprzęt fotograficzny, którego jestem niekwestionowanym właścicielem i operatorem. Wreszcie skończy się wielogodzinne ślęczenie przy komputerze po powrocie z każdej wyprawy i wypatrywanie oczu podczas czyszczenia zdjęć. Dostałam w pełni profesjonalny sprzęt do wyczyszczenia obiektywu i wnętrza aparatu, filtr i zatyczkę na obiektyw, którą swojego czasu zgubił Synek. No i chociaż Synek jeszcze o tym nie wie - jest on sponsorem całego tego dobra.

Tarnica - 1346 m n.p.m. - robi wrażenie. Ale my przecież zdobyliśmy Lackową. Co nam może być teraz straszne? Żywię nadzieję, że Bieszczady nie są przereklamowane równie jak Góry Świętokrzyskie. Swoją drogą zastanawiające jest to, że tyle razy byliśmy w Bieszczadach i nigdy nie przyszło nam do głowy wejść na szlak. Jakoś ograniczaliśmy te pobyty do Soliny i koniec.

Solina


Nie powiem, Solina piękna, ale kto z nas aż tak lubi wodę?

Solina

San




wtorek, 24 kwietnia 2012

Ziarnko wiary

I Samboraga jest współautorką jednego z czterech blogów, które wspomniane w poprzednim tekście Papieskie Rady zaprosiły na ubiegłoroczny Meeting Bloggerów do Rzymu.

I tylko w jednej z czterech kwater "Okna na cztery strony świata" jest  Samboraga. Podobnie, jak każda pozostała kwatera zajęta jest przez jedyną i niepowtarzalną osobę - chociaż nie poznałam wszystkich...

Cały czas nie chcę tego zrozumieć.
Tego, jak bardzo przejmuje mnie los osoby, której w życiu nie widziałam na oczy. Zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią po ciężkiej operacji serca czeka na rozwiązanie. Nadzieja jest wszędzie. Nie tylko w wielkim mieście. Jest w wielu sercach, w tym także i w moim. Obca mi kobieta walczy o ziemskie życie, by mogła być matką dla dorastających synów.


Boże mój – Ty wszystko możesz
Możesz umrzeć na krzyżu z pokorą
i zmartwychwstać w chwale
Możesz kochać miłością bez granic
i przebaczać – za nic.
Daj mi siłę, hart ducha
daj mi ziarnko wiary
bym pokonał słabości,
bom jest człowiek mały…(D.W.)




Dwie drogi


Mała Duża Córeczka zatelefonowała pod wieczór i tonem oskarżycielskim zapytała:

- Skąd znasz Kasię B.? - jakby znajomość z Kasią B. była przynależna tylko jej pokoleniu.

Zaczęłam tłumaczenie. Że portal internetowy franciszkańska.3 i blog "Okno na cztery strony świata", że zaproszenie przez Papieskie Rady ds Kultury i Środków Społecznego Przekazu na Meeting Bloggerów w Watykanie w ubiegłym roku, że spotkanie w Rzymie, że kontakty na FB... i z lękiem, czy wyczerpałam wszelkie źródła moich kontaktów z Kasią B. zawiesiłam głos w oczekiwaniu.
Dorastające i dorosłe dzieci często uzurpują sobie prawo, by rodzice nie mieszali się w ich sprawy, w ich znajomości, kontakty. Nie zawsze tak się da, a czasami trudno sobie odmówić przyjemności przeżywania wspólnych spraw, czy znajomości. Takie godzenie interesów pokoleń jest trudną sztuką. Trzeba wiele dyplomacji, choć tej ponoć nigdy mi nie brakowało.

Okazało się, że Mała Duża Córeczka robiąc zakupy internetowe dla moich wnucząt natrafiła na sklepik Kasi B. Złożywszy zamówienie otrzymała maila z pytaniem, czy dzieci, dla których robi zakupy są tymi oczekującymi niecierpliwie na kolejną książkę z przygodami Pana Kuleczki... o czym Kasia B. - właścicielka sklepiku, autorka maila wie ode mnie.

No, jaki ten świat jest mały!
Ciekawe, jakie też jest prawdopodobieństwo, że matka i córka niezależnie i różnymi drogami natrafią na tę samą odległą osobę w zupełnie nieprzewidywalnych okolicznościach? Bo tak moje zetknięcie z Kasią, jak i zetknięcie z nią Małej Dużej Córeczki odbyło się naprawdę w nieprzewidywalnych okolicznościach!
Może tu trzeba zdać się na obliczenia genetyczne zamiast rachunku prawdopodobieństwa?

Kasia B. jest współautorką jednego z czterech blogów, które wspomniane Papieskie Rady zaprosiły na ubiegłoroczny Meeting Bloggerów do Rzymu. Spotkałyśmy się w Rzymie, choć one - cztery "dziewczyny z okna" twierdzą, że nigdy w życiu nie spotkały się wszystkie razem w realu. Do Rzymu też przyjechały tylko dwie z nich.
Kasia tworzy w trzech wymiarach literackie postacie z książeczek dla dzieci. Ma sklep o wdzięcznej nazwie Budka. O pasji Kasi B. materializowania tych postaci z książeczek dla dzieci fajnie jest napisane tutaj.
Maleńka Wnuczka i jej brat uwielbiają książki. Nawet najmłodsza z rodzeństwa, gdy zasypiała raz w swoim (i moim) życiu w naszym domu, po wielkich bojach zasnęła dopiero podczas czytania. (W boju tym na przegranej pozycji byłam oczywiście ja, a nie najmłodsza z rodzeństwa.)
Mała Duża Córeczka, która sama niedawno była dzieckiem, chcąc zrobić przyjemność swoim dzieciom  postanowiła podarować im postać Pana Kuleczki. A postaci Pana Kuleczki nie kupi się nigdzie indziej na świecie. Tylko Budka ma Pana Kuleczkę. Bo tylko Kasia B. wpadła na ten pomysł.
I tylko w jednej z czterech kwater "Okna na cztery strony świata" jest  Kasia B.
W ogóle nie chcę tego  zrozumieć. Tego wszystkiego. Tych dróg, które doprowadziły mnie i Małą Dużą Córeczkę do Kasi B.

Ostatnio usiłowałam zrozumieć wiele spraw. Wszystkie, albo zbyt wiele, były za trudne do zrozumienia. Może dlatego, że rozwiązanie było najprostsze na świecie. Trochę rozbolała mnie od tego dusza. I już więcej nie mogę, bo nie mam siły, chcieć rozumieć ludzi i spraw, które się dzieją obok mnie. Przynajmniej w najbliższym czasie.






Najpiękniejsze miejsce pod słońcem

Nie za wysoko i nie za nisko, za to dokładnie pośrodku między Pasmem Jaworzyny Krynickiej a Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. Rozpościerający się widok wymarzony - Przehyba na wyciągnięcie ręki, podobnie Makowica. Większość szczytów i wzniesień rozpoznawalna i widoczna. Góry z tego miejsca piętrzą się, bo samo miejsce jest olbrzymią niecką. Można by się, stojąc tu, uczyć geologii. Miast tego przetaczało się przepiękne widowisko płynących po niebie okrętów chmur. Było naprawdę niesamowite. Błękit przesłonięty kotłującymi się cumulusami wisiał tuż nad ziemią. O szczyty Beskidów, i to wcale nie te najwyższe, pozahaczały chmury, które nie zauważyły niebezpieczeństwa i zbyt zbliżyły się do ziemi, przez co świat zamknął się w owej przestrzeni pomiędzy Pasmem Jaworzyny a Radziejowej. Zamknął się też w wielkim bólu. Powietrze drgało od niewypowiedzianych pytań.

W widowisku mógł uczestniczyć każdy, ale o wejściówkę trzeba się było starać latami. Bo któż przychodzi na ceremoniał pogrzebowy, jak nie rodzina, bliscy i przyjaciele? Kto inny, jak nie wieloletni świadkowie wszystkich radosnych i smutnych chwil człowieka, który właśnie dobrnął do kresu swojej ziemskiej wędrówki?

Wszystko, co dzieje się w górach, szczególnie w ukochanym Beskidzie, ma inny wymiar. Szlachetniejszy niż w innych miejscach. Nie jestem córką tego Beskidu, ale ukochałam go pewnie tak samo, jak Kuba swoich przybranych rodziców.
Są chwile, podczas których można samemu lub z przyjaciółmi kontemplować piękno beskidzkiego świata. Ale też żadna z nich nie równa się chwili, w której kontempluje się ją w wymiarze szczególnego zbliżenia z Bogiem. Najpierwsze moje takie przeżycia pochodzą z Mszy św. odprawianych przez ś.p. Gargamela podczas obozów dla dzieci w Piwnicznej-Borownicach. Miało się wrażenie, jakby sam Bóg wyciągał Swą dłoń z nieba ukazując tajemnicę Eucharystii. Wszystkie doznania się plątały: piękno świata z tajemnicą Eucharystii. Komunia Boga z człowiekiem następowała na równi komunii nieba z ziemią - niejednokrotnie przy podobnym widowisku jak dzisiaj. Czasem podczas ulewnego deszczu, czy nawet burzy. Najczęściej przy pięknej pogodzie. Wszystkie zjawiska atmosferyczne, pogodowe i krajobrazowe potęgowały doznania duchowe i odtąd stały się nierozerwalną częścią.

Tak też i dzisiaj oderwałam swoje myśli od bólu, którym były przepełnione i poszybowałam wraz z chmurami dostojnym lotem między niebem a ziemią. Myślałam tylko o tym, jak wielką nagrodę dostał ś.p. dh Staszek. I o tym, jak tym otrzymanym darem zdołał się jeszcze podzielić po raz ostatni z nami wszystkimi zgromadzonymi na starosądeckim cmentarzu. A cmentarz nie wyglądał jak cmentarz, tylko jak polana, na której będzie rozbity obóz. Łąka w odcieniu najświeższej wiosennej zieleni. Nieopodal kupa piasku położona na niebieskim brezencie, tak, aby nie zabrudzić łąki. Skarpa spadająca w dół ograniczona w sposób naturalny roślinnością. Skraj lasu widoczny dla podkreślenia bogactwa okolicy, ale nie zasłaniający panoramy Beskidu.
Najpiękniejsze miejsce pod słońcem. Najpiękniejsze na obóz. Najpiękniejsze na cokolwiek. Najpiękniejsze miejsce na wieczne odpoczywanie.

Gdybyż tylko rozpacz Kuby mogła się rozpłynąć w tym pięknie... W nadziei i obietnicy...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Marzenie w sztafecie

Któregoś lata Dziewczynka przyjechała na obóz do Stanicy. Była mała. Przed drugą, albo po drugiej klasie podstawówki. Rzadko kiedy zdarza się, aby takie małe dzieci były przystosowane. W związku z tym przytrafiają się przykre momenty tęsknoty i zniechęcenia. I chwile te nie są przykre tylko dla dziecka. My - wychowawcy również nie lubimy tych chwil. I Dziewczynka miała takie chwile. Jednak kiedy w weekend odwiedzili Dziewczynkę mama i dziadek, ta porozmawiała z nimi chwilkę, poprzytulała się do obojga i zaraz pobiegła do pozostałych dzieciaków na zajęcia.
Niestety po kilku dniach rozchorowała się. Dostała paskudnej anginy i mama postanowiła leczyć córkę w domu. W Stanicy został bagaż: plecak, ubrania, śpiwór, poduszka, przytulanka i wszystko, co Dziewczynka przywiozła ze sobą na obóz. Ponieważ do końca turnusu nikt się nie zgłosił po rzeczy Dziewczynki, zapakowałam je i zabrałam do swojego domu. Tam oczekiwałam aż je ktoś odbierze. Wcale nieprędko zjawił się dziadek. Od tego momentu to on staje się bohaterem mojej opowieści, więc nazwę go Dziadkiem z wielkiej litery.
Dziadek rozsiadł się w fotelu zupełnie jakby był naszym dziadkiem, a nie całkiem obcym panem i rozpoczął miłą pogawędkę. Zauroczony Stanicą i miejscem, w jakim stoi, puścił wodze fantazji. Musiał przy tym opowiedzieć o swoim życiu. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem stał się głównym odbiorcą opowieści Dziadka, gdyż ten opowiadał o swojej służbie w strukturach Organizacji Narodów Zjednoczonych. Spędził wiele lat w krajach byłej Jugosławii. W czasie wojny i po wojnie. Był tam, by dopilnować warunków rozejmu, potem pokoju, aż wreszcie stabilizacji życia. Stacjonował w Bośni i Hercegowinie. To on zaprzyjaźnił się z ludźmi, którzy minionej jesieni przyjechali do Stanicy z chęcią nawiązania współpracy.
Już tamtego dnia, siedząc w fotelu w naszym dużym pokoju snuł marzenia o tym, co teraz się staje. To znaczy marzył, by dzieci z Bośni i Hercegowiny przyjechały do Polski, do Stanicy na lato. O ile do tej pory słuchałam z grzecznością i zainteresowaniem godnym nowego, nieznanego mi tematu, tak w momencie, gdy akcja rozszerzyła się o działalność Stanicy, opowieść Dziadka wciągnęła mnie bez reszty.
Po pierwszej wizycie Dziadka w naszym domu i pierwszej rozmowie temat ucichł na dość długi czas. Właściwie to trudno uzurpować sobie prawo do orzekania, czy czas, który minął był długi, krótki, czy akurat. I to nie tylko w tej dziedzinie - nigdy nie możemy wiedzieć ile czasu potrzebują sprawy, ile ludzie, ile zdarzenia. Widać ten czas był w sam raz, aby sprawa się wykluła.
Zjawił się minionej jesieni wraz z kilkuosobową delegacją, która przyjechała z okręgu Nowego Gorażde w Bośni i Hercegowinie. Zostałam wplątana w epicentrum wszystkich przygotowań do podjęcia współpracy. I choć moja choroba przeszkodziła mi w osobistym wyjeździe w listopadzie do BiH, to jestem autorem treści porozumień, umów, przygotowuję letni wypoczynek. No, nie tak, że całkiem sama. Takich przedsięwzięć nie da się realizować w pojedynkę. Zresztą cóż człowiek jest w stanie zrobić w pojedynkę? Gdyby mógł żyć i pracować samotnie pewnie Bóg stworzyłby jednego człowieka.
Pan Dziadek wprowadził swoje marzenie w czyn. To on zostawił na Bałkanach przyjaciół, których los nie jest mu obojętny. Nie troszczy się o kilka konkretnych osób, a o szerokie grono ludzi, którzy przeżyli okrucieństwa wojny. Martwi się o dzieci, których przecież nie zna, bo urodziły się w czasie, kiedy jego już tam nie było. Chce oderwać je od marazmu, z którego pokolenie ich rodziców i dziadków nie jest w stanie wyjść - kto przeżył wojnę, już zawsze będzie żył w cieniu wydarzeń, które wstrząsają psychiką, wywracają życie, bebeszą normalność.
Bośnia i Hercegowina jest krajem niezwykle pięknym. Tylko cóż z tego, skoro nie można zejść z oznakowanej drogi, o której wiadomo, że na pewno jest rozminowana i nie można wejść do lasu. Nie można iść w góry, by zaznać trudu zdrowej wspinaczki i w tym znoju zbliżyć się do Boga. Niezależnie od tego, czy jest to Bóg chrześcijan, czy muzułmanów.
Dziadek Dziewczynki wymarzył sobie, zapałał pasją, by swoim przyjaciołom, ich dzieciom i wnukom pokazać, jak można i jak powinno się żyć w prawdziwej wolności i w pokoju.
Realizując to marzenie wciągnął tyle osób do działania. Między innymi mnie.

Teraz Dziadek jest chory. Mówią, że śmiertelnie. Choroba odebrała mu siły. Już nawet nie może mówić.
Ostatnio rozmawiałam z nim kilkanaście dni temu. Powiedział, że na razie (mówiąc na razie zaakcentował to w sposób szczególny, co upoważniło mnie do zapisu kursywą) musi oddać sprawy w inne ręce. Poznał mnie z człowiekiem, który przejął od niego realizację jego pasji.
Zresztą pasja Dziadka od dawna już stała się pasją wielu osób. Także moją.

Dzisiaj moje znajome na fb zamieściły cytat z Nouwena:

"Jakże często chcielibyśmy umieć spojrzeć w przyszłość. Pytamy: "Jaki będzie dla mnie następny rok?" "Gdzie się znajdę za pięć albo za dziesięć lat?" Na te pytania nie znamy odpowiedzi. Najczęściej mamy tylko tyle światła, by móc zobaczyć kolejny krok: to, co musimy uczynić w ciągu nadchodzącej godziny albo w ciągu następnego dnia. Sztuka życia polega na tym, aby się cieszyć tym, co możemy zobaczyć, i aby nie narzekać na to, co pozostaje w ciemnościach. Jeśli potrafimy uczynić kolejny krok z ufnością, że będziemy mieć wystarczająco dużo światła, by dokonać kroku, który ma po nim nastąpić, możemy iść przez życie z radością i zdziwić się, jak daleko zaszliśmy. Radujmy się tą odrobiną światła, którą niesiemy, i prośmy o snop światła, który zlikwiduje wszystkie cienie."

Jakimi dziwnymi drogami chodzimy, wcale nie wiedząc kogo spotkamy i jakimi darami nas ten wędrowiec obdzieli...



niedziela, 22 kwietnia 2012

Wyczekiwanie

Nie traktuj mnie jak obcego człowieka. Obcy na twoje przyjście nie czeka. Obcemu jest obojętne czy będziesz, czy też nie. Obcy sercem nie czuje, tęsknoty, którą ja czuję. Nie rozpoznaje smutku, więc go nie przewiduje. Nie widzi godzin szczęśliwych. Nie liczy tych chwil leniwych, co płyną po nieboskłonie. Białym okrętom podobne. Obcy nie zauważa, że masz wyprane spodnie. Obcy się cieszyć nie potrafi, z krótkiej chwili na mapie, którą kartograf zaznaczył i zawarł w geografii. W powłoce i pod powłoką, a także obok i nad. Tak, że w tym czekaniu zawarł się cały świat. I cichym szeptem, cichutkim, kiedy leżę na łące - wystarczy, że szepnę do ucha małej czerwonej biedronce. "Biedroneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba". Chleba i szczyptę soli, by nie bolało, co boli. By zaznać smaku każdego, nim mi otworzysz niebo. Więc mnie nie traktuj jak traktujesz. I nie obiecuj, czego żałujesz.

sobota, 21 kwietnia 2012

Zwyczajny wieczór


Jechał na rowerze nieśpiesznie, choć chciał już być w domu. Od śmierci żony inaczej wracało się do domu, ale przecież czekał na niego Syn. Syn był dzieckiem adoptowanym lecz oboje z żoną nigdy tak nie myśleli. Późno rozpoczęli wspólne życie, by móc prosić Najwyższego o własne potomstwo. Kuba był dzieckiem, które przyszło na świat z FASem. Kilka pierwszych lat - tych najważniejszych - spędził w rodzinnym domu nim trafił do domu dziecka a stamtąd do prawdziwych rodziców - do nich. Teraz Kuba kończy gimnazjum. Z Kubą zawsze były problemy, ale oboje z żoną tak go kochali. Od lat obaj mają tylko siebie. Jak to dobrze, że mają siebie...
Dom już tuż, tuż. Dobrze, bo jakoś go ta jazda dziwnie zmęczyła. Nigdy się tak nie męczył. Kolejna wiosna w jego życiu robi swoje. O! W oknie u Kuby w pokoju się świeci. Słońce już nisko, schowało się za domem sąsiadów. Jutro będzie piękny dzień. Dobrze, wyciągnie Kubę na rower. Niech się chłopak rozstresuje. Wnet pisze egzaminy.
Zatrzymał rower i oparł jedną nogę na ziemi, by otworzyć furtkę. Kiwnął jeszcze sąsiadowi dłonią na powitanie. Kątem oka rzucił na dom siostry stojący w najbliższym sąsiedztwie. Wszystko w porządku, spokój wkoło. Dobrze, że wreszcie zrobiło się ciepło.
Otworzył furtkę. Nie chciało mu się schodzić z roweru, więc szedł mając pojazd między nogami. Odwrócił się jeszcze, by dokładnie zamknąć furtkę. Kiedy uśmiechał się na myśl o bliskim spotkaniu z Synem ból przeszył jego serce. Upadł...  Światło czekało już na niego. Objęło go swoją jasnością i poniosło do krainy życia.

Pożegnanie Przyjaciela


Odszedł serdeczny Druh, wspaniały Przyjaciel, doskonały wychowawca dzieci i młodzieży


(Mt 4,4b)
„Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.”

Wieczorem 20 kwietnia 2012 r. w wieku 64 lat, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, Pan powołał na wieczną wartę wiernego Druha – harcmistrza Związku Harcerstwa Polskiego Stanisława Skocznia.
Hm. Stanisław od początku lat 60-tych ubiegłego wieku związany z harcerstwem i zawodem nauczyciela oddał swe życie dzieciom i młodzieży. Związany z Hufcem ZHP w Starym Sączu i środowiskiem starosądeckim następnie z Hufcem Nowy Sącz pełnił służbę sumiennie i obowiązkowo. Zawsze pogodny i radosny, chętnie wypełniający instruktorskie zadania. W Kręgu Seniorów „Szumiący Bór”, w kręgu instruktorów hufca Nowy Sącz miał swoje szczególne miejsce. Miejsce które tylko Jego postać mogła wypełnić. Doświadczenie instruktorskie, jakim dysponował pomogło przeprowadzić niejeden obóz podczas hufcowej akcji letniej. Nadmorskie plaże, polany w lesie pod sosnami, które tylko nad Bałtykiem mają taki urok, były naturalnym tłem dla sylwetki Druha Stanisława. Tak Go zapamiętaliśmy – rankiem odgwizdujący pobudkę, wieczorem – capstrzyk, wydający komendy podczas obozowych apeli, przeprowadzający manewry logistyczne kilkusetosobowych przedsięwzięć. Człowiek, którego wszyscy słuchali z największym zainteresowaniem, bo  zawsze miał ciekawą opowieść do przekazania. Z lekko przechyloną głową, zmrużonymi oczami – czy to od słońca zmierzającego ku zachodowi,  czy od fantazji, która się z jakimś pomysłem w głowie zrodziła…
Niezwykle szlachetny i prawy, słowa roty Przyrzeczenia Harcerskiego i Zobowiązania Instruktorskiego wypełniający całym sobą. Ze słowem wiernym, jak u Zawiszy. Służbę Bogu i Polsce mający wyrytą głębokim szlifem w swym człowieczym sercu. Zasilił szeregi serdecznych Druhów, których Pan Życia powołał już do Siebie.
Będzie nam Ciebie brakowało miły Druhu Stanisławie.


„Kto raz przyjaźni poznał moc nie będzie trwonił słów
Przy innym ogniu w inną noc, do zobaczenia znów.”

czwartek, 19 kwietnia 2012

Wychowani do bestialstwa


"Gdy inne – czyli nie nasze - dziecko „źle” się zachowuje na placu zabaw, możemy mu zwrócić uwagę. Musimy jednak pamiętać, że to nie my wychowujemy cudze dzieci, to zadanie ich opiekunów. Jeśli naszemu dziecku dokucza inny maluch, a jego rodzice nie reagują, to po zwróceniu uwagi i braku reakcji trzeba po prostu przerwać niedobrą sytuację i zabrać swoje dziecko w inne miejsce. Jeśli nasze dziecko jest wystarczająco duże to koniecznie trzeba mu wyjaśnić co się wydarzyło. Rodzice są pierwszymi i najważniejszymi wychowawcami. To oni ponoszą konsekwencje wykroczeń swoich dzieci. Mimo to bardzo ważne jest szybkie i stanowcze reagowanie na nieodpowiednie gesty i słowa, również nie naszych dzieci. Zanim jednak cokolwiek powiemy do niegrzecznego dziecka, powinniśmy dobrze się zastanowić dlaczego tak postępuje. Powinniśmy jasno określić co jest dopuszczalne a co nie. Bronić przy tym praw poszczególnych osób, w tym swoich. Pewne słowa i czyny muszą budzić nasz sprzeciw oraz zdecydowaną reakcję. Powinniśmy często rozmawiać z dziećmi na temat nieodpowiednich zachowań; negować złe i podkreślać dobre. Często rodzice dziwią się, że radzę przerwać własnemu dziecku zabawę, mimo, że nie ma w tym co się wydarzyło, żadnej jego winy. To proste, zwracanie uwagi niegrzecznemu dziecku raczej nie odniesie skutku, bo ono robi jedynie to, na co pozwalają mu jego rodzice. Nie liczyłabym na to, że posłucha kogoś obcego. Choć oczywiście czasem tak się dzieje. W świecie, w którym żyjemy, często jest tak, że pomimo, iż nie podoba nam się zachowanie wielu ludzi to nie zawsze zwracamy im uwagę. Wokół nas nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli. To my musimy się nauczyć radzić sobie z nieakceptowanymi przez nas zachowaniami. Tego także trzeba nauczyć nasze dzieci. Dlatego lepiej odejść na bok, gdy pojawia się niesforny malec. Pozostawić "agresora" samego z jego złością. Taki ostracyzm społeczny często powoduje zmianę zachowania zarówno rodziców jak i dziecka. Zajmujmy się swoim dzieckiem i sobą a inne zostawmy ich rodzicom. Nie starajmy się być wychowawcami na siłę." (D.Z. - psycholog rozwojowy)

Natknęłam się dzisiaj na artykuł, którego spory fragment przytoczyłam. Z rozmysłem nie podaję nazwiska, ponieważ mam taką zasadę, by w tym miejscu nie operować nazwiskami. Gdyby ktoś domagał się ode mnie podania nazwiska jest tutaj z artykułem w całości.

Bez używania słów, których czytający musiałby szukać w słowniku powiem, że każdy kij ma dwa końce. Może i "naczelny psycholog rozwojowy naszego kraju" ma rację, ale jakoś zbyt często zdarza mi się nie zgadzać z jej teoriami.

Odwiedzili nas dzisiaj Przyjaciele. Ci sami, z którymi przeżywamy piękne chwile, zdobywamy perły do Korony Gór Polski, jadaliśmy wspólnie z niejednego pieca chleb i ocean przygód przemierzyliśmy. Woda często słono smakowała.
Przynieśli ze sobą kolejną gorzko-słoną opowieść.
Kilka dni temu, w noc, kiedy młodych ludzi zazwyczaj wymiata z domów, gdyż mają nieco luzu od trudnej i dla młodych codzienności, ich syn kilka kroków przed domem został napadnięty i ze szczególnym okrucieństwem pobity. Napastnicy w liczbie pięciokrotnie przewyższającej ofiarę, rzucili go o ziemię i kopali po głowie. Jeden cios trafił, zapewne z przypadku w klatkę piersiową - reszta perfekcyjnie w głowę. Następnie okradziono go ze wszystkiego, co miał i porzucono.  Odarto go nawet z obuwia. Bosy, pokrwawiony, z rozciętą wargą, zapuchniętą głową, licznymi siniakami, krwiakami i guzami dotarł do domu.
Młody mężczyzna (kiedy Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem był w jego wieku spodziewaliśmy się drugiego dziecka) - spokojny, porządny. W momencie, gdy go zaczepiono przystanął, gdyż myślał, że osoby, które go zagadnęły potrzebują pomocy, jakiejś informacji, wyjaśnienia. Gotów był udzielić pomocy. Przychylny. Otwarty na innych ludzi, na potrzeby innych.


Ja nie wiem, jakie wnioski nasuwają się czytającym. Ale moim zdaniem "naczelny psycholog rozwojowy kraju" radzi, by ludzie uczciwi, porządni i prawi pozwalali się zepchnąć do jakiegoś getta, cały świat zostawiając dla bandziorów i zwyrodnialców.
I to już od najmłodszych lat.


Pan, który był dziewczynką

Moja Maleńka Wnuczka, która liczy sobie 3 lata i jeden miesiąc, rozmawiając dzisiaj ze mną powiedziała rzecz, która z początku przyprawiła mnie o skryty wybuch śmiechu, ale im bardziej o tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do pewnego wniosku, aż do niego doszłam definitywnie.
Otóż Maleńka Wnuczka dzieliła się ze mną radością, że "pan przyniósł jej nową pościel". Sama pościel nie radowałaby zapewne dziecka tak bardzo, ale pościel jest z księżniczkami, więc radość jest ogromna. Dzieci, jak dzieci - lubią dostawać cokolwiek. A już kto, jak kto, ale Maleńka Wnuczka potrafi się cieszyć ze wszystkiego. Potrafi też cudownie za wszystko dziękować.
Przy okazji tej opowieści, jak to kurier przyniósł paczkę z pościelą, chciała mi przekazać informację, że kilka dni temu zapukała do drzwi listonoszka; mała myślała, że z oczekiwaną przesyłką, a ta miała tylko listy. Słyszałam tę opowieść od Małej Dużej Córeczki - matki moich wnucząt. Jednak sposób, w jaki przekazała mi dziś to sama Maleńka Wnuczka doprowadził mnie do długotrwałego procesu myślowego i wyciągnięcia owego wniosku, o którym wspomniałam kilka zdań wcześniej.

- Babciu a ten pan, co był dziewczynką nie przyniósł mi kiedyś paczki. - W te słowa ubrała swoją informację Maleńka Wnuczka.

Dawno temu, w czasach, kiedy na świat przychodziły moje dzieci - moje starsze dzieci dodam gwoli jasności, bo między starszymi dziećmi a Dużą Małą Dziewczynką jest kolosalna różnica wieku - czytałam w literaturze fachowej o pewnych badaniach. Badania przeprowadzili oczywiście naukowcy amerykańscy. Myślę, że gdyby w artykule dotyczącym jakichkolwiek badań nie znalazła się klauzula dotycząca podania do wiadomości, że badania przeprowadzili amerykańscy naukowcy, periodyk spadłby do roli szmatławca i nikt nie powoływałby się na treści w nim zawarte.
Otóż przeczytałam w powyższym, że niemowlęta i małe dzieci instynktownie wyczuwają płeć osoby, która znajduje się w zasięgu ich wzroku.

Słuchając Maleńkiej Wnuczki z początku obie - jej mamusia i ja - nie mogłyśmy zrozumieć, co mówi. Potem zaś zastanawiałyśmy się, dlaczego nie powiedziała po prostu, że pani nie przyniosła jej paczki. Aż w końcu moje całodzienne myślenie doprowadziło mnie do wniosku, że Maleńka Wnuczka wiedziała, co mówi.
Mało to takich przypadków w dzisiejszym świecie?

Marsz Żywych


Dzisiaj ulicami Oświęcimia idzie Marsz Żywych. Uczestniczyłam kiedyś w Marszu Żywych i do dzisiaj szloch rozdziera moją duszę, gdy wracam wspomnieniem do tamtego przeżycia. Przytaczam tekst  napisany w styczniu ubiegłego roku.
Niestety nie ma słów, które mogłyby opisać to, co przeżyłam tamtego dnia.


wtorek, 17 kwietnia 2012

Słodki kotek

W naszym domu ścierają się różne poglądy, które trzeba wypośrodkować. Jak to w każdym domu i w każdej rodzinie. Dziś będzie o poglądach na wystrój wnętrz. Ku rozpaczy Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem zasłon w oknach nigdy w naszym domu nie było. Skoro zapanowała moda na żaluzje, potem na rolety, zasłony poszły do lamusa. Przez długie lata podłóg nie otulał żaden dywan, ni wykładzina dywanowa, ale o tym zdecydowały względy zdrowotne. Od dawna mam zakusy na firany. Ja - nie znosząca prac porządkowych - najchętniej pozbyłabym się firan w czasie, kiedy pozbywałam się zasłon. Coś tam zawsze można dla dekoracji zrobić, jakąś małą, fikuśną zazdrostkę, która zapewne wyglądałaby piękniej, niż pozawlekane od kocich pazurów firany. Okno kuchenne i okna w małym pokoju dawno przeszły przeobrażenie zgodne mniej więcej z moim wyobrażeniem. Jednak  balkonowego okna w dużym pokoju Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem broni jak bastionu tradycji i przywiązania do jakichś dziwacznych obrzędów, z których i tak wyrzuciłam obrzęd prasowania firan. Bezpośrednio po praniu i wirowaniu rozwieszam wilgotne ubranka okna i wcale nie zauważam, że tu, czy tam, zwłaszcza wieczorem widać, że są pogięte - jak to prosto z pralki :( A gdzieżby tam moje oko zawisło wieczorową porą na pokojowych firanach? Za to bardzo często na tychże zawisają koty. Kotów przez nasz dom przeszło sporo. No, znowu nie tyle, co przez dom Paseczka ;) Obecne koty, które są, nie są aż takimi miłośnikami przesiadywania na karniszu, ale za to za punkt honoru stawiają sobie likwidację much. Wredne muchy bezpośrednio po dostaniu się do domu najczęściej łażą po oknach. No i aby koty mogły się do natrętnych much dostać, niejednokrotnie trzeba im przedrzeć się najpierw przez przeszkodę w postaci firanki. Od wielu polowań wątpliwa to więc ozdoba pokoju, ale Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem jest nieugięty. Gdy jedna część firany nie styka się z drugą zaraz padają zarzuty pod adresem osób, które dopuściły się zaniedbania będąc w domu i nie poprawiając, że siedzą "jak u cyganów". Czasami mam wrażenie, że Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem pierwsze co robi po wejściu do domu po powrocie z pracy, to sprawdza stan firan w oknie balkonowym dużego pokoju.
No i dzisiaj jeden z moich ulubieńców, bodaj najlepszy ze wszystkich dotychczasowych futrzaków, podzielił moje zdanie, że firany w dużym pokoju ch..... wyglądają. No, nie, żebym ja takich słów używała! Przecież wszyscy wiedzą, że nie używam. To tylko cytat zaczerpnięty z kawału o Jasiu.
Dorodne kocisko od rana z wielkim zdenerwowaniem przyglądało się ptakom - gołębiom i gawronom, które najbezczelniej w świecie przysiadywały co rusz na poręczy naszego balkonu lub też tuż pod naszym daszkiem. Nawet mu tych kilka warstw firan (ponieważ nie ma zasłon firany muszą je imitować - taki model narzuciła pani ze sklepu z firanami) pomagało się zawoalować. Wykazując się takim sprytem i przebiegłością patrzył na ptasie łajdactwo. Aż go poniosło i jednym ruchem chciał futrzak wskoczyć na karnisz, dla przyjęcia najdogodniejszej pozycji do obserwacji, a może jakiejś przyczajki.

Ale tak mógł pomyśleć tylko postronny obserwator. Ja, dzwoniąc do Mężczyzny, który Kiedyś Był Chłopcem bezpośrednio po zaistniałym incydencie, zameldowałam z rozkoszą, że Syn Dzikiego Żbika podziela moje zdanie, co do firan w dużym pokoju i w związku z tym jednym ruchem zdarł je z okna razem z karniszem.

No!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Dobra woda - Opowieści dla Zośki

Mówiąc: "Babciu, babciu, wiesz, że piraci są źli?!" przekroczyłaś pewną barierę. Dokonałaś przełomowego odkrycia. Coś się w twoim dziecięctwie skończyło i nieodwołalnie rozpoczął się długotrwały proces wychowawczy. Do tej pory zabawa w piratów kojarzyła ci się tylko i wyłącznie z przygodą, przyjemnością i uciechą odkrywania świata. Była fantazją, synonimem niezwykłego doświadczenia. Poniekąd odkryłaś świat. Zdobyłaś nowe doświadczenie. Odkryłaś dobro i zło.
Na moją propozycję, byś w takim razie została emisariuszem króla do walki z piratami, odpowiedziałaś:
- To nudne.

Znałam kiedyś dziewczynkę, która w wieku ośmiu, czy dziewięciu lat wyłapała w rozmowie ze mną słowo sumienie. Z ciekawością przynależną dziecku, przerwała mi natychmiast, pytając:
- A co to jest sumienie?
Najpierw mnie zamurowało, bo najtrudniejsze są najbardziej elementarne pytania. Kiedy szybko przygotowałam w miarę przemyślaną i prostą odpowiedź, że sumienie to taki wewnętrzny głos, który mówi co jest dobre, a co złe, dziewczynka znów mi przerwała:
- Aaaa. To ja nie mam sumienia.

I już było po rozmowie, ponieważ natychmiast straciła zainteresowanie całym tematem.

Z dziewczynką tą miałam do czynienia przez dwa kolejne lata podczas letniego wypoczynku. Spędziłam więc z nią naprawdę dużo czasu w warunkach, w których nie da się udawać kogoś, kim się nie jest. Zresztą w wieku, w którym była, jeszcze się nie udaje, nie gra, nie zakłada masek. Jest się szczerym i otwartym. Niektórzy mówią, że to dziecięca naiwność. Ale są w wielkim błędzie.

Nasunęła mi się ta analogia między tym, co powiedziałaś, że bycie dobrym jest nudne, a tym, co powiedziała tamta dziewczynka, że nie ma sumienia, które mówiłoby jej co jest dobre, a co złe. Jej poczynania oscylowały na granicy braku wychowania, nieprzystosowania i obchodzenia norm szerokim łukiem. Potrafiła bez pardonu kopnąć chłopca, który skrzywdził inne dziecko, pochylając się równocześnie nad jakimś żyjątkiem, które przez przypadek zaplątało się do domu i niechybnie zostałoby w nim rozdeptane. Wynosiła je do lasu, czy na łąkę, bluzgając przy tym mową potoczną, nieprzystojną dziecku, gdy inni się z niej z tego powodu wyśmiewali.
Zaprawdę jej normy postępowania były dziwne. Dziwne na tle jej rówieśników. Wtedy zdawało mi się, że to jakiś rodzaj autyzmu. Kompletnie oderwana od świata ludzi, odcinająca się od budowania więzi poprzez wspólne przeżywanie zdarzeń i przygód, przez tworzenie wspólnej, choćby najkrótszej historii. Całe dnie spędzająca w lesie nad potokiem. Dzieci, ludzie, zwykle budują tamy na wodzie. Ona - przeciwnie - odgarniała wszystkie kamienie, uwalniając wodę, by ta mogła płynąć swobodnie ku swojej przyszłości. To jej ulubione zajęcie najlepiej ją jednak obrazowało. Burzyła tamy, uwalniała wodę! Woda, zwłaszcza spiętrzona, zatamowana, grozi zalaniem, potopem, zniszczeniem - jest symbolem zagłady. Ale już czysta, spokojna, płynąca woda ma w sobie pierwiastek przeobrażenia i boskości, tajemniczości, czystości, wytrwałości, zmienności i zarazem stałości. Jest też symbolem kobiecości, ma w sobie pierwiastek poczęcia i życia, chrztu, mądrości, dobra i zła... Długo by można zestawiać tu symbolikę i znaczenie wody. Kiedy poznało się bliżej dziewczynkę, o której mówię, to właściwie na jej tle inne dzieci wydawały się nieprzystosowane, niespołeczne, postępujące według norm, które tylko z pozoru, z wierzchu wydają się być właściwe. Dziewczynka bez świadomości tego czym jest sumienie, bez przywiązania do konkretnych ludzi, postępowała najbardziej prawo ze wszystkich i przywiązana była do wszystkiego, co żyje. Do wszechrzeczy. Jak woda.
Z pierwotną, Boską sprawiedliwością, która za dobre wynagradza, za złe karze nie prowadziła żadnych manipulacji, nie grała, niczego nie czyniła dla własnych korzyści, działając na rzecz dobra, którego nawet sobie nie uświadamiała. Ona je tylko czuła całą sobą, każdą komórką swojego organizmu. Była jak woda - potrzebowała wolności by być klarowną, mądrą, życiodajną, odrodzoną i potężną.

Masz rację, że w takim kontekście, jaki miałaś na myśli, bycie dobrym jest bardzo nudne. Zwłaszcza, jak ktoś nam narzuci sposób postępowania taki, jaki sam uważa, że jest najlepszym ze sposobów. Każdy ma własną drogę dobra. Najlepszą dla siebie. Niekoniecznie dobrą dla innych. Każdy jest rzeką, która potrafi nieść albo życie, albo zniszczenie. I każdy czuje kiedy coś trzeba zniszczyć, aby życie odrodziło się na nowo. Prawdziwe życie. Bo w każdym jest pierwiastek dobra. Pierwiastek Boskości. I nikt nie zgubi się  w byciu dobrym idąc za Światłem odbijającym się w tafli wody.

A przecież mi żal...

Przez całe moje życie, jeśli kto spytał mnie o dokładną datę urodzin Mojego Ojca, recytowałam: 16 kwietnia... Nawet jeszcze na kilka dni przed jego śmiercią podawałam pani ordynator oddziału hospicyjnego limanowskiego szpitala taką, a nie inną datę. Jakież było moje zdziwienie, gdy już po śmierci Mojego Ojca okazało się, że urodził się owszem 16-go marca a nie kwietnia!
A jakie uczucie ogarnęło mnie, kiedy się okazało, że 16-go kwietnia umarł...?
Od kiedy zestawiłam te dwa fakty: moją niewiedzę z moją nadprzyrodzoną wiedzą, odczuwam coś w rodzaju winy. Nie jakiejś konkretnej winy, że mówiąc takie rzeczy podświadomie przywołałam śmierć tego dnia - byłoby wielką głupotą, gdyby ktokolwiek tak pomyślał. Natomiast jest coś, co nie daje mi spokoju. Nie potrafię tego nazwać ani nawet określić. "A przecież mi żal..."
Czasem miewam takie wewnętrzne przekonanie, że coś jest, albo przynajmniej powinno być tak, jak w moim przeczuciu. Nie znaczy to, że węszę sensację na każdym kroku i każdą myśl zakotwiczam jako zdarzenie, które się dzieje albo się stanie. W sposób naturalny, bez mojej woli, chęci, czy świadomych działań spożytkowuję całą energię na przekierowanie machiny czasu i zdarzeń na tor, który tkwi w mojej podświadomości. A przecież nawet nie miałam przebłysku tej świadomości, że całe życie wypowiadam dzień śmierci Mojego Ojca. Przecież, kiedy coś czuję, wydaje mi się, że jest to oczywiste. Zazwyczaj jest tak, że dopiero, gdy się stanie, uświadamiam sobie, że ja to przecież wiedziałam od zawsze. "A przecież mi żal..."
Myślę, że nie jestem wyjątkiem w tym względzie. Raczej każdy w większym lub mniejszym stopniu posiada taką intuicję. Może nie każdy potrafi wsłuchać się w siebie, w swoje wewnętrzne ja. Kiedyś, u zarania dziejów, ludzie bardziej działali intuicyjnie. Im więcej wiedzy - z pokolenia na pokolenie -wtłacza się w nasze głowy, im bardziej do przodu postępuje rozwój cywilizacyjny, tym bardziej zatracamy nasze pierwotne umiejętności i instynkty. Poniekąd cieszy fakt, że świat zrobił się globalną wioską. Z drugiej strony kosztem tego jest, że stajemy się bardziej zaprogramowanymi maszynami niż ludźmi z intuicją i pozazmysłowymi zdolnościami. "A przecież mi żal..."

Mijają epoki, odchodzą poeci, przemijają pokolenia. W miejscu dotychczasowych krajobrazów pojawiają się całkiem nowe. Ziemia robi się coraz mniejsza w rozszerzającym się kosmosie. Dzieje jednego człowieka są pyłkiem zaledwie w dziejach ludzkości. Ale spróbowałoby tego pyłku zabraknąć...



Mojemu Ojcu, w szóstą rocznicę śmierci.




piątek, 13 kwietnia 2012

Nie posłuchałam mamy - Opowieści dla Zośki

Nie wiem, czy wyjdzie nam dzisiejsza rozmowa, bo babcia jest chora. Bardzo boli mnie głowa i gardło. Do tego jeszcze wszystkie mięśnie. Ale najbardziej głowa i najbardziej gardło.
Dlaczego?
Dobre pytanie. Dlatego, ponieważ nie posłuchałam swojej mamy.
Jak to nie posłuchałam? A no tak, że kiedy byłam małą dziewczynką - o znacznie starszą od ciebie - to moja mama zawsze mówiła mi, żebym nie piła zimnej wody. Mówiła mi również, abym nigdy nie wychodziła z domu nieodpowiednio ubrana. Mówiła mi jeszcze wiele rzeczy, które były przestrogami, choć dla mnie zdawały się być zakazami. I właśnie w ostatnich dniach złamałam dwa z zakazów mojej mamy. To znaczy wyszłam na pole bez kurtki choć było bardzo, ale to bardzo zimno. Pamiętasz, że w Święta sypał śnieg. No i ja wyszłam z nagrzanego samochodu nie ubrawszy się wcześniej. Zaś dwa dni później, kiedy zrobiło się już ciepło i byliśmy z dziadkiem na wycieczce, napiłam się bardzo zimnej wody. Byłam zgrzana i zmęczona i nie powinnam pić wtedy lodowatej wody. Tak samo, jak nie powinnam wychodzić bez kurtki skoro sypał śnieg, mimo, że to kwiecień.
I teraz jestem chora.
Bo mamy to trzeba słuchać zawsze. Nawet, jak się jest babcią. Nie po to mama przestrzega swoje dziecko, żeby ograniczać mu swobodę, a po to, by ustrzec je przed nieprzyjemnościami. Także w dorosłym życiu. Każda mamusia ma dużo czasu, aby wpoić swojemu dziecku zasady postępowania. Oj, na punkcie zdrowia to moja mama wpajała mi mnóstwo zasad. Ponieważ byłam bardzo chorowitym dzieckiem. Nieraz też moja babcia przyłączała się i razem robiły mi tak zwane kazania.
Zapamiętałam taki fragment rozmowy, która na pewno toczyła w ciepły dzień na wadowickim rynku. Moja mama spotkała się wtedy ze swoją siostrą - moją chrzestną matką i opowiadała jej o strapieniach spowodowanych moim zdrowiem. Miałam wtedy anemię. Nabawiłam się jej zapewne od licznych chorób. Tak jakoś sobie przypomniałam - ja wtedy niecierpliwiłam się przedłużającą się rozmową, podskakiwałam na krawężniku i nudziłam moją mamę: chodźmy już. Wtedy moja mama wszystkim o tym opowiadała i każdy dawał mojej mamie jakieś rady, czym powinna mnie żywić, bym tak często nie zapadała na różnego rodzaju choroby, a co koniecznie trzeba mi podać w przypadku anemii.
Tak więc moja babcia orzekła, że najlepsze jest ciepłe mleko z miodem i czosnkiem, i rozpuszczoną łyżeczką masła. Brrryyy... jeszcze dzisiaj mnie otrzepuje.
Siostra mojej mamy dała radę, by karmić mnie cielęciną. Tu zdanie pokrywało się ze zdaniem koleżanki z pracy. Dostawałam więc na obiad cielęcinę. I... nie lubię do dziś cielęciny.
No i kolejny z genialnych pomysłów, to pomysł sąsiadki, bym codziennie wypijała kubek wiejskiej śmietany. Efektem tego jest, że gdy poczuję wiejską śmietanę, od razu mam odruch wymiotny. Tak. Do tej pory.

Kiedy twoja mamusia chorowała - a musisz wiedzieć, że była bardziej chorowitym dzieckiem niż ja - to też wypijała hektolitry mleka z miodem, masłem i czosnkiem. Znosiła to ludowe lekarstwo lepiej niż ja.
Gdy twoja mamusia miała anemię już jako nastolatka, to pewna zielarka poradziła, by dodawać jej do wszystkich potraw kaszę gryczaną, by piła dużo barszczu z sokiem jabłkowym i jadła dużo winogron lub rodzynek. Sprawdziłam w książkach - wszystkie te produkty ułatwiają przyswajanie żelaza. O ile barszczu i winogron nie dało się do niczego "dodać", tak kaszę gryczaną można było przemycić we wszystkich potrawach: a to dodać do zupy, a to do gniecionych ziemniaków, do farszu do pierogów, krokietów i tak dalej i tak dalej. Doszło do tego, że twoja mamusia bebeszyła kanapki ze wszystkiego i kiedy pytałam ją czego tam szuka, odpowiadała: kaszy gryczanej.

Jakby na to nie patrzeć, przestróg zdrowotnych i innych dawanych przez mamę należy słuchać zawsze. Nawet jak się jest już babcią.



czwartek, 12 kwietnia 2012

Psi żywot

Proszę nie mylić pojęcia z pieskim życiem. Bo chcę tutaj opowiedzieć o dobrym życiu psa. Małej suczki - kundelka. Kudle wiadomo - są wielorasowe. A wielorasowe psy mają w sobie najlepsze cechy wszystkich psich ras.
Początek życia kundlicy, o której opowiem, był bardzo dynamiczny. Przed dwunastu laty błąkając się po świecie trafiła za furtę zakonu żeńskiego. No, w końcu lepiej trafić nie mogła. Nie zburzyła swoim pojawieniem się odwiecznego porządku zakonu, ale po roku okazało się, że nie może zostać na zawsze. Posłuszna, wierna, oddana - pewnie nie była zbyt pobożna?
Skoro nie znalazł się właściciel - na co siostry zakonne liczyły - trzeba jej było poszukać nowego domu, w którym będzie mogła zamieszkać. Propozycja przygarnięcia znajdy, która nie wiedzieć jakie doświadczenia życiowe miała na swoim koncie, zakiełkowała w pewnym domu, gdzie miłości nie skąpi się żadnemu ze stworzeń Bożych.
Dawno temu, gdy rodzina była wielopokoleniowa, zwierząt w obejściu było więcej niż ludzi. Zawsze był pies i kot. Były króliki i krowa karmiąca mlekiem całą rodzinę. Niegdyś i ptactwo gdakało za oknem. Kiedy zegar obrócił swe wskazówki tyle razy, by najmłodsze naówczas pokolenie przejęło ster w swoje ręce i ono stało się nestorami rodu, obejście domu zamieniono w rezydencję wypoczynkową. Wokół domu pozostało miejsce już tylko dla psa.
I do tak zmienionego domu, w którym co prawda był już pies, trafiła nasza bohaterka - mała suczka z wielkim sercem i bogatą, acz nikomu nie znaną przeszłością.
Szybko przyzwyczaiła się do nowej rzeczywistości. Za dom i serce postanowiła odwdzięczyć się gospodarzom opieką nad dziećmi - szczególnie nad najmłodszą latoroślą. Odtąd jej życie naznaczone zostało rytmem życia rodziny - radościami i smutkami liczonymi z każdym powrotem i każdym odejściem domowników. Zimy spędzała w domu wychodząc tylko na krótkie spacery, pozostałe pory roku witała i żegnała w przydomowym ogródku.
Nie wiadomo czy bardziej niż ludzie nie rozumiała, czy bardziej wiedziała, że jeden z domowników odszedł do wieczności - bo kto to wie takie rzeczy, jak zwierzęta odczuwają rozstania? Tyle jest znanych przypadków psiej wierności pozostającej do końca w miejscu śmierci człowieka, że należy przypuszczać, że mimo iż dom tętnił życiem, psina dotkliwie odczuła zniknięcie jednego z ludzi. Zwłaszcza, że ten człowiek nigdy się nigdzie nie spieszył, nie odchodził w nieznane, nie wybywał z domu. Był zawsze, aż do dnia, w którym stracił się bezpowrotnie. Psina musiała więc nauczyć się samotności.
I tak przez lata, każdego dnia rankiem ze zbolałym sercem i rozpaczą w psich oczach, żegnała domowników, by w godzinach popołudniowych radosnym merdaniem ogona i szczekaniem, witać przybyłych. Aż do zeszłej Wielkanocy, kiedy to psina się rozchorowała. Weterynarz orzekł, że to już prawdopodobnie koniec. Wierne psie serce ledwo co biło. Łapy nie miały siły unieść obolałego ciała. Ślepe oczy nie były w stanie wodzić za pochylającymi się z troską domownikami. Głuche uszy nie słyszały westchnień troski.
Stał się cud. Psina wylizała się z ponoć śmiertelnej choroby.
Znów minęło kilka pór roku naznaczonych tym samym rytmem, jak w minionych latach. Aż przyszła okrutnie mroźna zima. Biedaczyna słaba, ślepa i głucha spędzała mroźne zimowe dni w zamkniętym domu. Dom miał nawet pozamykane poszczególne pokoje, bo psinie zdarzało się nabrudzić. Nie przez złe wychowanie - po prostu starość ją tak sponiewierała. Zwłaszcza, że nikt nie mógł się doliczyć ile kundel liczy sobie lat.
Pewnego dnia, jednego z najmroźniejszych owej zimy - podczas, gdy wszyscy domownicy wyszli z domu, do tych miejsc, w których przebywali w czasie, kiedy ich w domu nie było -  podstępnie, jak to ma w zwyczaju, zaczął się tlić pożar. Ogromny żar mający swe ujście w kominie około podłogi w pokoju, do którego psina dostępu nie miała, zużył tlen zawarty w powietrzu zamkniętego pomieszczenia i tylko dlatego języki ognia nie objęły ścian domu. Jednak śmiertelny dym wydostawał się przez szpary w drzwiach i dławił wszystko, co się zdławić dało. Z odkurzacza została mokra plama roztopionego plastiku. Inne sprzęty i meble też się stopiły. Czego żar nie roztopił, to na pewno ogarnął dym, który osiadając zamienił wszystko w smolistą czerń. Osoba, która pierwsza wróciła do domu otwarciem drzwi uwolniła ogień, który zaczął hulać niosąc kompletne zniszczenie.
Nieprzytomną psinę wyniósł z domu na rękach młody pan nim zadzwonił po straż pożarną.
W domu było jedno kłębowisko piekącego, gorącego dymu. Wszystko naokół roztopione, nadpalone, okurzone czarną mazią. Nic się nie uratowało. Jedynie pies, który w ubiegłoroczną Wielkanoc mało co nie oddał ostatniego tchnienia.
Jakim cudem przeżył?
Teraz ludzie martwią się o odbudowę utraconego dobytku. Psina zwinięta w kłębuszek u nóg któregoś z domowników przysypia zadowolona, bo dla niej pełnią szczęścia jest obecność domowników.


Wytrzyszczka

Zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce




Zwykle nie ma na Wytrzyszczkę czasu. A jej nazwa mogłaby wejść do klasyki dialogów filmowych niczym Szczebrzeszyn Franka Dolasa. Mija się to uroczysko jadąc z Sącza do Krakowa lub Tarnowa. Historię ma bogatą.
Zamek został wybudowany w średniowieczu. Mówi się o ojcu Zbrojsławie i synu Gniewomirze, jako potencjalnych budowniczych zamku. Obaj dziedziczyli prawa do pobliskiego Tropia. Choć na przełomie XIII i XIV wieku Tropie nazywało się osadą św. Świerada. Bo po drugiej stronie Dunajca ten święty eremita pomieszkiwał czas jakiś. Pięknie wygląda kościółek św. Świerada widziany z brzegu Dunajca, na którym stoi zamek Tropsztyn. Sam zamek zewsząd wygląda pięknie.
Nie wiedzieć dlaczego współcześni właściciele propagują dziwaczną legendę o inkaskiej księżniczce, której los nierozerwalnie ponoć związany jest z zamkiem w Niedzicy w dolnym biegu Dunajca oraz z tym właśnie zamkiem Tropsztyn w Wytrzyszczce. Mówią, o jakiejś magicznej mocy w podziemiach wyzwolonej dzięki ukrytemu skarbowi Inków, emitują film opowiadający losy księżniczki z dalekiego Peru. No jest to ciekawe, ale tak mało realne, że lepiej umyślić sobie, że Zawisza Czarny będący właścicielem zamku górnego w pobliskim Rożnowie, był stałym bywalcem tropsztyńskiego zamku i nieco dzielności i honoru pozostało jako niezbywalne dziedzictwo wśród okolicznego ludu. Postacie męża herbu Starykoń ożenionego z niewiastą o wdzięcznym, swojsko brzmiącym imieniu Zochna z rodu herbu Ośmioróg, dużo bardziej pasują do tego miejsca niż księżniczka Umina z dalekiego Peru.
To, co widać na zdjęciu jest oczywiście zgrabną rekonstrukcją gotyku. Jednak, gdy wejdzie się na dziedziniec, traci się poczucie zgrabności rekonstrukcji... Cóż, ważne, że handel pamiątek wyrabianych ręcznie ponoć przez potomków Inków, kwitnie.



wtorek, 10 kwietnia 2012

Dzień inny

Wierzby białe czynią cudownym krajobraz Ponidzia 


Klasztor Sióstr Bernardynek w św. Katarzynie
u podnóża Łysicy
Dzień chylił się ku zachodowi. Najlepiej świadczyły o tym coraz dłuższe cienie snujące się po świątecznie zaoranych polach. Ale cienie minęły, zostały w tyle, razem z czasem, który bezpowrotnie mijał. Bezpowrotnie, jeżeli pozwoliło mu się po raz kolejny w swoim życiu, by przeciekł między palcami. Czas dnia, który staczał się wraz ze słońcem do wód Wisły nie przelał się bezpowrotnie, choć już się nigdy nie powtórzy. Zostawił ślad w postaci wspaniałych przeżyć zapisanych w księdze przyjaźni. Kilka chwil zapamiętała też matryca aparatu fotograficznego. Jednak opowieść, którą dał dzisiejszy dzień ostatecznie zapisały ostatnie promienie słońca na wodach Wisły, gdyśmy ułamek teraźniejszości zatrzymali w jej nurcie. Nim utknęliśmy w tej chwili, która połączyła nas z wiecznością dokładnie pośrodku Wisły - odmierzyliśmy czas w przestrzeni z biegiem Dunajca i Nidy - Nidy i Dunajca.
Przylaszczki
Własnymi zmysłami przekonaliśmy się, że na Ponidziu wiosna trwa. I to trwa w niebiesko-liliowym morzu przylaszczek rozsianych po lasach. Tych samych lasach, które stykają się z prastarą Puszczą Jodłową. Ta zaś pewnie sama nie wie, gdzie ma początek, gdzie koniec. Lasy jodłowe ciągną się lewym brzegiem Wisły. Świat tam jest płaski jak placuszek, więc oczy dobrze widziały. Stefan Żeromski nosa spod Łysicy nie wychylał, więc zapewne pomylił się, sądząc, że tylko stoki łysogórskie Puszcza Jodłowa zasiedliła. No przecież ocean przylaszczek rozlewał się dużo dalej niż ścieżki, po których stąpał architekt szklanych domów. A przylaszczki takoż samo jak Puszczę Jodłową prawo chroni. Szkoda, że dłużej nie trwała kontemplacja dnia. Prawy brzeg Wisły dopadł nas szybciej niż byśmy chcieli. Ale wcześniej czyjaś ręka - zapewne Stwórcy - utopiła w wodach blask gwiazd, których jeszcze popołudniowe słońce strzegło na niebie przed wzrokiem ciekawskich i nachalnych podglądaczy.

Przeprawa Wisłą
Gwiazdy zamigotały jaśniej, niż te na niebie. Temu, kto je zauważył zdawało się, że cała Droga Mleczna rzucona jest w jeden punkt. Kto wie, czy nie obecność innych, uchroniła od syreniego śpiewu osobę, której odsłonięto rąbek tajemnicy, o dziennym spoczynku gwiazd z Drogi Mlecznej? Kto to może wiedzieć? Dość, że inni nie zobaczyli tego cudu. Tak. Dzisiejszy dzień na pewno był zupełnie inny niż wszystkie dotychczas. To był całkiem nowy dzień. Z nowymi przeżyciami i doznaniami, nowymi miejscami i krajobrazami. Całkiem inny, niż każdy nowy dzień, który wita nas w naszym życiu. Można by było złożyć zamówienie na więcej takich dni, jeśli ktokolwiek zająłby się przyjmowaniem takich zamówień.

Wrota Puszczy Jodłowej - szlak na Łysicę
w Górach Świętokrzyskich
Można by było na przykład złożyć takie zamówienie: od dziś prosimy o spokojne życie, bo się już nieco natrudziliśmy; świadczymy za te oto obecne tu osoby oraz za siebie. I nie czekając na kwit ruszyć, by zdobyć kolejny szczyt Korony /Gór Polski/...  Może to trzeba było powiedzieć tym gwiazdom pławiącym się w wodach Wisły w chwili, która trwając ni mniej, ni więcej, była łącznikiem teraźniejszości z wiecznością? A może w trudzie wspinaczki? Albo też u bram Puszczy Jodłowej, której imię nadał człowiek przez historię pozbawiony romantyzmu? No bo tam w prześwicie puszczy blask przezierał zapewne czarodziejski i raczej nic nie miał wspólnego z sabatami czarownic urządzanymi na Łysej Górze.

Źródło św. Franciszka u podnóża Łysicy
Może miał, może nie miał. Nie dotarliśmy do Łysej Góry, więc co też możemy na ten temat powiedzieć? Przeszliśmy szlakiem rozlicznych pomników bohaterów Powstania Styczniowego i lat II wojny światowej i okupacji. Już nawet mieliśmy wrażenie, że cała wojna rozgrywała się li tylko na stokach Łysicy, bo tyle tam mogił, pomników, tablic i pamiątek. Minęliśmy źródło św. Franciszka wraz z kaplicą postawioną powyżej miejsca, w którym źródło wytryskuje z ziemi. Przeszliśmy ścieżkami usłanymi skałkami kambryjskimi, by w końcu dojść do gołoborza, które jawi się jak skalne wymiociny olbrzyma.

Gołoborze
Kambr, ordowik, sylur, dewon - brzmią w pamięci słowa wyuczone podczas lekcji geografii. A widomych znaków paleozoiku można dotknąć, można po nich stąpać, można usiąść, zapamiętać, zatrzymać w kadrze... Może stąd ten blask u wrót Puszczy Jodłowej?  Ona wie, co ma w sobie. Ktoś, kto przeżywa całkiem nowy dzień, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie przeżył, nie ma zielonego pojęcia, co go czeka, gdy przekroczy próg Puszczy, której imię nadał wcale nie romantyczny poeta, a zwykły prozaik.

Łysica 612 m.n.p.m.
Pan sprzedający pamiątki w sklepiku na dole powiedział, że książka, którą zakupiliśmy, skrywa tajemnicę podwójnych ramion krzyża świętokrzyskiego. Otworzyłam jej strony, by włożyć kwiateczki, które po raz pierwszy w życiu widziałam. Nie składałam jeszcze liter w tę i inne opowieści, które się w niej mieszczą. Gdyby tak mieć więcej czasu na własność tego dnia, można by było pana sklepikarza ze sklepu z pamiątkami naciągnąć na niejedną gawędę. Ale czas nie jest naszą własnością, mimo, że pan  tylko czekał na to, by go zagadnąć. Nudził się zapewne w tych dniach, które dopiero pączkują wraz z pierwszymi wiosennymi kwiatkami przed nowym sezonem turystycznym. A cały pan aż kipiał z nadmiaru wiedzy o swojej małej ojczyźnie.
O Świętym Krzyżu i Łysej Górze dzisiaj tylko mówiliśmy. Gdybyśmy przeszli cały masyw Gór Świętokrzyskich jednego dnia, kiedy moglibyśmy wrócić do świata, który od naszego oddzielony jest królową rzek polskich? On tymczasem wezwie nas czy to we śnie, czy też na jawie, byśmy zdobyli, co nie zostało zdobyte. Zobaczyli, co nie zostało zobaczone. Przeżyli, co nie zostało przeżyte. Zapamiętali, co nie zostało zapamiętane.

Matka Boska Ostrobramska
w wirydarzu klasztoru
Sióstr Bernardynek
w św. Katarzynie 

No, jak nie wrócić do bram Puszczy Jodłowej mając takie zaproszenie?

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Nie wiedzieć gdzie spotkasz Człowieka

Stałam trochę nie na swoim miejscu. Krok przede mną kapłan zamoczył kropidło w naczyniu z wodą święconą. Unosząc ramię, zrobił ten krok i kiedy mnie mijał, cały strumień święconej wody spłynął na mnie z góry. Poczułam jakby tę misę z wodą wylał na mnie, na głowę. Woda spłynęła mi po włosach i twarzy, wlewając się pod płaszcz. Rozciągnięty zamachem ręki strumień płynął poziomym torem, więc ramiona zostały również zlane wodą. Tkanina płaszcza nowiuteńka, więc woda miast wsiąknąć - spływała po płaszczu. Z włosów - po twarzy i za dekolt. Z płaszcza - w dół. Część kropli zatrzymała się na tkaninie. Zaraz też słońce przyświeciło przez witraże w oknach świątyni i krople, które postanowiły zostać na mnie, zalśniły blaskiem gwiazd na niebie. W każdej kropli odbijały się też jak w kalejdoskopie wszystkie kolory witraży. Czułam się wywyższona. Szczególnie wyróżniona.
Jeszcze tego samego przedpołudnia dostałam bardziej namacalny znak Bożego wyróżnienia. Duża Mała Dziewczynka a wraz z nią my, dostaliśmy ten znak.
Kiedy Małe Dziewczynki gwałtownie rosną, to przytrafiają się takie przypadki. Jeszcze gorzej jest, gdy bardzo, bardzo gwałtownie rosną jak Duża Mała Dziewczynka. Kiedy przerasta się siostrę starszą o 12 lat należy spodziewać się różnych przypadków związanych z komplikacjami dotyczącymi gwałtownego rośnięcia.
Doktor powiedział, że właściwie nie wiadomo, jakie jest podłoże tej choroby.
- Rodzinne - wtrąciłam momentalnie między zdaniami.
Rodzinne, bo Synek chorował w swoim czasie. O jednym przypadku Synkowej choroby wiedzieliśmy. Dwa kolejne, że przebył, wyszły obecnie przy okazji diagnostyki innych dolegliwości.
Jak tu pomyśleć inaczej?
Duża Mała Dziewczynka została unieruchomiona w szynie gipsowej. Tam, nie cała! Lewa noga zaledwie. Od uda, po kostkę. Ta sama zresztą, która całkiem niedawno była unieruchomiona z powodu urazu biodra.
Co ta sama?
A! I Dziewczynka i noga.
Taki bonusik na Zmartwychwstanie.
Przecież to nie my mamy receptę na radość. Przyjmujemy z pokorą, co raczą dawać.
W tym, co dają znaleźć radość, to dopiero sztuka...

Najwspanialszym darem i największą radością w obu przypadkach chorób Dużej Małej Dziewczynki jest to, że spotkaliśmy lekarza, który jest Człowiekiem.

sobota, 7 kwietnia 2012

Mądrość dziecka

Moja Maleńka Wnuczka powiedziała dzisiaj, że nie wejdzie do kościoła.

Boję się. Tam jest strasznie. Tak mówiła.

Gdy wczoraj weszłam do mojego kościoła, w którym jest jak w domu, poczułam dokładnie to samo, co Maleńka Wnuczka. Otwarte na oścież tabernakulum. Puste. Przerażająca pustka wyzwalała coś strasznego w myślach.
Z niepamięci wychynęło uśpione uczucie osieroconego życia po śmierci najbliższej sercu matki. Tamto uczucie z tym obrazem złączyły się i już na zawsze pozostaną razem.
Przez tyle lat patrzyłam w tym samym kościele na bliźniaczo podobny widok. Od tylu lat Moja Mama nie żyje! Nigdy myśl z uczuciem nie zespoliła się w ten sposób, aż do wczoraj.
Rozum mówił: przecież On zmartwychwstanie. Serce czuło inaczej.
A może po prostu po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie życie bez Boga?

Wczoraj w moim kościele było strasznie. Z wizją męki Chrystusowej, śmierci i zejścia do otchłani.
Tak sobie myślę, że moja Maleńka Wnuczka jest niezwykle mądrą i wrażliwą osóbką. Przecież ona nie wiedziała, jak naprawdę jest w kościele w dniach Triduum Paschalnego. Ona to tylko czuła.

Przy następnej wizycie w jej domu będę musiała dokładnie przyjrzeć się jej pokojowi. Bo podczas rozmów na temat świąt i wiary, opowieści o Bogu, powiedziała swojej mamusi - tak najnormalniej w świecie, jakby mówiła o czymś zupełnie naturalnym, że ona ma w pokoju schody do Nieba i chodzi nimi do Pana Boga.
A ja nigdy nie zwróciłam uwagi na te schody w pokoju mojej Maleńkiej Wnuczki.




Na piękne Święta dla wszystkich zaglądających tutaj.


piątek, 6 kwietnia 2012

Wiatr we śnie - Opowieści dla Zośki

Opowiadałaś mi dzisiaj rano, że we śnie porwał cię z twojego łóżeczka, z twojego pokoju, z twojego domu - wiatr. Unosił cię nad okolicą i zawiał cię do lasu. Szłaś przez las, aż doszłaś do domu babci.
To babcia mieszkała w lesie? - zapytałam.
Nie, babcia mieszkała w swoim domku. Odpowiedziałaś zdziwiona, że babcia takie nierozumne pytania zadaje.
No tak. Jak babcia może mieszkać w lesie, skoro przecież  mieszka w swoim domku? Tak niedorzeczne pytanie może postawić tylko dorosły.
Zapomniałam zapytać, jak wyglądał las. W ogóle nie wiem, jak wygląda las w twojej wyobraźni. Jadąc do babci mijasz las. Gdy byłaś maleńka, widziałaś las od środka. Rodzice wzięli cię w góry, by dotrzeć na szczyt, trzeba się było przedrzeć przez niejeden las. Ale tego nie możesz pamiętać. W telewizorze las jest z bajki. Zaś we wszystkich książeczkach las jest taki, jak w twojej wyobraźni...
Hmmm... to był początek mojego zastanawiania się. Dorośli naprawdę są dziwni. Komplikują strasznie wszystko. Gdybym zapytała, jak wygląda las, zapewne odpowiedziałabyś, że las wygląda jak las.
A babcia mieszka przecież za górami i za lasami. Niezależnie od tego, czy miałybyśmy tymi słowami zacząć bajkę, czy tylko dokładnie określić, gdzie babcia mieszka.
Niedawno babcia była na takiej górze, że gdy się patrzy ze szczytu na las, to las wygląda jak puchaty kocyk rozłożony na ziemi pomiędzy górami. Lasów, które są dalej, nie da się odróżnić od tła krajobrazu. Nie dość, że nie widać lasów, to wszystkie niższe góry, które z dołu są wysokimi górami, też są niewidoczne. Patrząc ze szczytu na świat rozciągający się u podnóża góry i dalej, ma się wrażenie, że świat jest płaski jak stół. Tylko, że dużo, dużo większy niż powierzchnia stołu. Będąc na szczycie wydaje się, że wszystko to, co na dole, jest maleńkie i nic nie znaczące. Także te lasy, których nie widać na tle krajobrazu. Wypatrywałam stamtąd twojego domku. Ale mogłam wypatrzeć jedynie miejsce na widnokręgu.
Dobrze, że wiatr we śnie nie zawiał cię do takiego lasu, którego z góry nie widać. Dobrze, że zawiał cię do lasu, z którego bez trudu trafiłaś do domu babci. Dobrze, że babcia była w domu.

Innym zaś razem, to znaczy nie wtedy, kiedy byłam na bardzo wysokiej górze, szłam drogą pomiędzy łąkami i wiał wiatr. Był tak mocny, że cofał mi słowa do gardła. Roztańczył moje włosy i myśli. Wyobraziłam sobie, że jestem piórkiem, albo źdźbłem trawy, które wiatr z łatwością unosi. Tak bardzo sobie to wyobrażałam w moich roztańczonych myślach, w niewypowiedzianych słowach, że przez chwilę naprawdę czułam się, jakby wiatr oderwał mnie od ziemi. Zamknęłam oczy, rozłożyłam ramiona jak skrzydła i oddałam się fali wiatru.

Dobrze jest móc popatrzeć z góry, z wysokiego szczytu na świat, na swoje życie. Wtedy sprawy, które w codzienności przeszkadzają i uwierają - znikają, jak zniknęły lasy i mniejsze góry, wrastając w tło krajobrazu całego życia.
Dobrze jest pozwolić, by wiatr uniósł nas czasami ponad przyziemność. On z kolei wyrywa z człowieka zbędny balast kłopotów i spraw błahych, które na co dzień urastają do wielkich, ale są niczym naprzeciw wieczności, o której opowiada wiatr wiejący z jej czeluści.

Dobrze, że miałaś taki wietrzno-leśny sen.
Mówiłaś potem: Babciu, babciu, moja babciu. Kocham cię babciu. To było naprawdę.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Krzycz na cały głos

Dzisiaj z wielkim upodobaniem oddałam się naukom rekolekcyjnym. Stęskniona jego nauk, odsłuchałam o. Fabiana kilkakrotnie. Jak wieść niesie, z wysłuchaniem trzeba się spieszyć, gdyż streamy mają zniknąć ze strony internetowej deonu.
Od wielu miesięcy trwa wielka nieobecność o. Fabbsa. Nie było go nawet na blogu. Kto wie, co robił? Nagrywał kolejny audiobook, to pewne. Nagrywał rekolekcje adwentowe - krążyły w sieci. Bywał tu i tam na konferencjach. No i te rekolekcje wielkopostne w Krakowie. A poza tym Bytom - nowe miejsce. Echo przyniosło jakieś strzępy informacji (może plotek), że Bytom jest za blisko, że będzie dalej. Dla takich ludzi jak o. Fabian cały świat, to za mało.

Miłego obcowania z Gwałtownikiem nad Gwałtownikami:

Rekolekcje o. Fabiana Krzycz na cały głos, nie ustawaj.




środa, 4 kwietnia 2012

Od święta - Opowieści dla Zośki

Zbliżają się Święta Wielkiej Nocy. Każde święta niosą ze sobą przede wszystkim wymiar duchowy. Święta pozwalają nam wyróżnić czas szczególny od codzienności. Duchowość świąt, to aspekt bardzo indywidualny. Każdy ma swoją wrażliwość. Każdy swoimi drogami idzie do Świąt i do świętości. Może korzystać ze wskazówek, ale to on wyszukuje drogowskazy.
Ja opowiem ci teraz o rodzinnym wymiarze świąt.
Śmieszna jest klasyfikacja dokonana nie wiadomo przez kogo i dla jakich celów, że Święta Bożego Narodzenia są najbardziej rodzinne. Wszystkie święta są rodzinne. Pod warunkiem, że spędzamy je z rodziną. Rodzina zaś nie jest obarczona jakimiś schorzeniami powstałymi z braku miłości. Ale też wszystkie święta są świętami niezależnie od tego, czy ktoś ma rodzinę, czy jej nie ma. Nie wiem skarbie maleńki jakie są statystyki, ale myślę, że zdecydowana większość ludzi jakąś rodzinę ma. Bo każdy jest kimś dla kogoś. Każdego z kimś łączą więzy krwi. A to ktoś jest mamusią, babcią, córeczką, ciocią, kuzynką, siostrą, żoną albo mężem, bratem, kuzynem, wujkiem, synkiem, dziadkiem, tatusiem. Inne więzy łączące ludzi, prócz dobrowolnych wyborów - koleżeństwa, czy przyjaźni, to powinowactwo. Powinowaci to teść i teściowa, zięć i synowa, szwagier i szwagierka, bratowa. Jest jeszcze szczególny rodzaj więzi, który zazwyczaj kojarzony jest z brakiem więzi. To macocha i ojczym oraz pasierbica i pasierb.
Trudne słowa i pojęcia, prawda?

Tak też większość ludzi ma szansę spędzić święta w gronie rodzinnym. Są wśród nas ludzie samotni i o nich należy szczególnie pamiętać. I to nie tylko w święta, a właśnie na co dzień. Choć samotność w święta jawi się wszystkim zawsze największą samotnością.
Kiedy ja byłam dzieckiem i jeszcze mieszkaliśmy w jednej miejscowości z całą rodziną mojej mamy, to często moja babcia przychodziła do nas na święta, przynajmniej na jeden dzień, czy popołudnie. Moja babcia miała kilkoro dzieci, więc nie mogła u jednego dziecka spędzić całych świąt. Potem, gdy moja babcia się rozchorowała, to my chodziliśmy do niej. Nieraz spotkaliśmy się z ciociami, wujkami i   ich dziećmi u babci w domu.
Po przeprowadzce do miasta, w którym oprócz siebie nie mieliśmy nikogo, nasze święta były bardzo samotne. Choć było nas sporo - pamiętasz babcia miała dwie siostry i brata - to jednak świadomość, że nikt nie wpadnie w odwiedziny, ani my nie wybierzemy się nigdzie, była smutna. Zwłaszcza po doświadczeniu świąt, jakie bywały wcześniej.
Czas płynął i prędko nasza własna rodzina zaczęła się powiększać. Każde z nas - babcia i moje rodzeństwo, założyło rodzinę. Urodziły się nasze dzieci. Święta zawsze spędzaliśmy w domu rodzinnym. Powstało tyle anegdot rodzinnych z tego okresu, że pewnie mogłabym oddzielną książkę napisać. Najdoskonalszą anegdotą jest ta, związana z twoją mamusią. Miała wtedy kilka lat. Od niemowlęctwa chorowała na astmę. W okolicach świąt zawsze miała zaostrzenie choroby. Duszności, kaszel, złe samopoczucie. Niejednokrotnie święta spędzała w szpitalu... Podczas jednej z wieczerzy wigilijnych ktoś zapalił świecę na stole. I twoja mamusia natychmiast złapała się za usta i zaczęła krzyczeć w panice: "dusi me, dusi me" (dusi mnie). Do tej pory, ilekroć zapala się świecę, zwłaszcza podczas Wigilii, zawsze znajdzie się ktoś, kto krzyknie "dusi me, dusi me".
Pamiętam najprzykrzejszą Wigilię w mim życiu. Wcale nie była to pierwsza Wigilia po śmierci mojego brata, ani po śmierci mojej mamy. Było to w czasie kiedy moja mama - babcia twojej mamusi, chorowała na chorobę nowotworową. Tuż przed Świętami wróciła ze szpitala, w którym była poddawana terapii polegającej na doustnym podawaniu promieniotwórczego jodu. Po każdym takim jodowaniu dzieci nie mogły mieć z nią kontaktu, by promieniowanie, które utrzymywało się w ciele mojej mamy, im nie zaszkodziło. Tamtego roku wieczerze wigilijne odbyły się w trzech domach. W domu mojej siostry i w naszym domu po jednej i trzecia, której właściwie nie było - w domu moich rodziców.
Moi rodzice spędzali Wigilię samotnie. Moja umierająca mama smutna i słaba leżała w łóżku. Nawet nie jadła. Nasza samotność zaprawiona była moimi łzami. Raz jeszcze w życiu podczas Wigilii płakałam. To była pierwsza Wigilia, kiedy twoja mamusia spędzała ją z twoim tatusiem oczekując twojego przyjścia na świat...

Jednego roku, dzień przed Wigilią, jechaliśmy z dziadkiem i wujkiem - wujek był wtedy malutkim chłopcem - po twoją mamusię do Rabki. Była tam wtedy na leczeniu. Mogliśmy wziąć ją do domu tylko na przepustkę, na czas świąt. W drodze powrotnej złapała nas burza śnieżna. Takiej burzy śnieżnej na trasie nie przeżyliśmy nigdy wcześniej ani później.

Każde święta to niezwykła moc, którą daje ludziom Niebo. To największy dar. O! Zdecydowanie większy od wszystkich prezentów, jakie możesz dostać w życiu. Ów dar i moc zawierają się w obecności najbliższych. Nawet nie w składanych sobie świątecznych życzeniach. Raczej w zwykłych rozmowach. W odświętnej codzienności. We wspólnym przebywaniu, w  dzieleniu wszystkich chwil. W braku pośpiechu, w świątecznym leniwym przemijaniu czasu. W obiedzie na specjalnym, świątecznym serwisie, co to jest prezentem ślubnym...
W święta wyciąga się z zakamarków i ogląda w sobie i w najbliższych wszystko to, na co na co dzień nie ma czasu. Nagle dostrzega się, jak synek strasznie wyrósł i spodnie na nim za krótkie. A córeczka wydoroślała i też jakoś się zmieniła; niby nie urosła jak synek, ale za to jakaś inna...
W święta bardziej dostrzega się drogę pokoleń w życiu rodziny. Ktoś był przy stole jeszcze podczas ostatnich świąt, a dziś puste miejsce. Wnet zjawia się kto inny i zajmuje to miejsce wnosząc radość swoją obecnością. Gdy rodzą się dzieci i to one zapełniają puste miejsca, nie można się pozbyć refleksji: szkoda, że nie doczekaliśmy wspólnie tego szczęśliwego czasu z osobą, która niegdyś odeszła. Ale refleksja ta trwa ułamek chwili, bo przecież trzeba mieć świadomość, że tu na ziemi jesteśmy pielgrzymami. Przemierzamy swoją drogę i swój czas do chwili, w której otworzą przed nami drzwi do najszczęśliwszej krainy. Więc w wyobraźni tworzymy obraz całej rodziny przy stole, nawet z tymi już nieobecnymi.
Dlatego ci to wszystko opowiadam. Byś potrafiła kiedyś, gdy ty będziesz babcią, zobaczyć przy stole obok swoich dzieci, wnuków i rodziców, jeszcze nas - dziadków, pradziadków i prapradziadków.
Mój tata, twój pradziadek zawsze, podczas każdych świąt mówił, że czas się żegnać, bo on następnych świąt nie doczeka... To też jedna z anegdot. Wyobraź sobie tatę, który przez całe twoje życie podczas każdych świąt powtarza takie rzeczy i wciąż żyje i żyje... aż do śmierci, jak mówił tata twojego dziadka. Mój tata umarł, w roku, w którym twoja mamusia zdawała maturę, był już pradziadkiem, więc każdy przyzna, że grubo przesadzał przy każdych świętach z tymi pożegnaniami.

Wiesz, moja mama piekła najlepsze placki na świecie. I robiła najpyszniejsze obiady. Święta pod względem kulinarnym miały specjalną oprawę. Często, właśnie podczas świąt, rozkładaliśmy koc na stole w dużym pokoju i całą rodziną graliśmy w kości. Obok stał talerz z karpiami w Boże Narodzenie, lub z jajkami w Wielkanoc. Placki i ciasta gdzieś z boku, by były pod ręką... Widzę przy stole tyle osób, które już dotarły do celu...
I tak rok za rokiem Chrystus rodzi się i zmartwychwstaje. Osoby przy świątecznym stole mojego życia zmieniają się - jedne odchodzą, drugie przychodzą. A ja doszłam do czasu i miejsca, w którym jestem, jak to środkowe ogniwo w łańcuszku.
Pamiętaj dziecino, że święta spędza się zawsze w domu. Zawsze z najbliższymi. Czas nigdy nie jest ani za krótki, ani za długi. Ale ludzka ułomność, wciąż każe żałować każdej zaprzepaszczonej okazji do bycia razem.