MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 30 grudnia 2011

Zaniechany zwyczaj

Kiedy byłam nastolatką pisałam pamiętniki. Potem zaniechałam tej czynności dla innych. To nie znaczy, że kiedy przestałam być nastolatką przestałam pisać. Pisałam. Opowieści z naszych rodzinnych wypraw i naturalnie listy.
W czasach kiedy pisałam pamiętniki, ostatniego dnia roku robiłam zawsze nostalgiczne podsumowanie. Żegnałam minione dni i wydarzenia i naprawdę wydawało mi się, że minęły, skończyły się najszczęśliwsze chwile w moim życiu. Musiałam dojrzeć, by zdobyć wiedzę, że niektóre rzeczy dzieją nam się jeden jedyny raz w życiu, ale nigdy nie mamy pewności, czy na pewno się nie powtórzą. Inne zaś cyklicznie, z taką czy inną częstotliwością, przydarzają nam się tam i z powrotem. Wydawało mi się, że wszystko, co nam się przytrafia jest albo dobre, albo złe. Dlatego kiedyś myślałam, że spotykają mnie złe rzeczy. Teraz wiem, że nigdy nie dzieją mi się złe rzeczy. Przecież wszystko co mnie spotyka zostaje mi dane. Tak po prostu ofiarowane jak prezent urodzinowy. A co ja z tym zrobię, to już jest moja sprawa. Toteż nie ma rzeczy złych. Są zdarzenia smutne i nieodwołalne. Nieodwołaną jedynie jest śmierć. Ta może zdarzyć się wiele razy w życiu. Są też zdarzenia przykre, powodujące łzy, ale te budzą sprzeciw i dają siłę do wydźwignięcia się i podniesienia z  marazmu, który się poprzez nie wkradł. Ostatnia łza jeszcze płynie po moim policzku, a ja już mam plan działania i odbudowy.
Dalej dzieją nam się same rzeczy szczęśliwe. Przynajmniej mnie. Jeśli tobie się nie dzieją, to znaczy, żeś jeszcze nie dojrzał do samych szczęśliwych chwil.
No bo jak nie uznać za szczęście posiadanie kolorowego telewizora z ekranem wielkim na pół ściany, płaskim matowym ekranem, w którym nie odbija się światło i w dodatku z setkami programów nadawanych przez całą dobę???! Po "Zwierzyńcu" w poniedziałek, "Czwartku z Bratkiem" w czwartek, "Teleranku" w niedzielę i dobranocce każdego dnia trochę tego jest. Zjadam tabliczkę czekolady - prawdziwie prawdziwej, a nie landrynki, którymi niejednokrotnie przyszło słodzić herbatę. Siedzę w fotelu, owinięta kocem z laptopem na kolanach i mogę zdobyć wiedzę na temat wszystkiego, co w danym momencie jest mi potrzebne. Podręczniki w szkołach były wypożyczane, bez kolorów i puste w treści. Gdy idę do sklepu i widzę równie kolorowy świat jak w TV, to czasem, gdy zaledwie mrugnę powieką, jawi mi się obraz towaru na półkach w sklepie w pawilonie osiedlowym, budowanym dużo za długo w stosunku do osiedla. Sklep ów przygotowano do otwarcia, towar wyłożono na półkach i późnym wieczorem ściągnięto szary papier, który zasłaniał witryny przed wścibskimi obserwatorami. Stałyśmy z koleżanką (podczas ostatniego przed nocą spaceru z moim psem) z nosami przyklejonymi do zimnej szyby i patrzyłyśmy na te cuda - dzisiejszym niepodobne, przygotowane na "święto" otwarcia, a które szybko zamieniły się w butelki octu i słoiki musztardy...
Tyle jeszcze porównań mi się nasuwa... bo i życia sporo.
Z szarych czasów kraju dzieciństwa, w którym przyszło mi dorastać pamiętam kolorowe przygody przeżywane z przyjaciółmi, których mam do dzisiaj. Spotykając się tu i tam, prowadzimy rozmowy i dysputy na coraz to nowe tematy, których dostarcza nam życie i doświadczenie. Ale osadzenie ich w moralności i idei naszego życia jest niezmienne.
Kiedy chcę, widzę świat, który minął, wypełniony tymi, którzy minęli wraz z nim. Dziś słyszę, jak Maleńka Wnuczka mówi do mnie "Babciu słuchaj. Kocham cię babciu". I wydaje mi się, że to najszczęśliwsza chwila mojego życia...
Upajając się tymi najszczęśliwszymi chwilami, z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnych, bo wiem, że każda jest jedyna i niepowtarzalna, choćby miała powtarzać się tam i z powrotem... Czuję się, jakbym stała na niewidzialnym, koniecznie drewnianym i dziurawym moście rozpostartym nad niewidzialną rzeką płynącą w głębokim jarze i równocześnie była w szczęśliwej przeszłości i przyszłości, będąc w chwili, która właśnie trwa.

A dlaczego piszę o tym dzisiaj, a nie ostatniego dnia roku, jak to miałam w zwyczaju będąc nastolatką?
Mieszkańcom Samoi odebrano jeden dzień z kalendarza. Mam nadzieję, że nie z życia. W życiu zdarza się zbyt wiele szczęśliwych chwil, by pozwolić sobie na utratę aż całego dnia.

Szczęśliwego Nowego Roku - dziewczynko, która we mnie tkwisz.

Tobie też - kobieto, matko i babciu.

I tobie, który to czytasz.

Moja religia, mój kościół

Portowe miasto w Szkocji. Niespełna 200 000 mieszkańców. Droższe niż Glasgow i Edynburg (bynajmniej nie w popularnej grze Monopoly). Po Hindusach i Pakistańczykach Polacy i Litwini wybijają się w mieszance etnicznej Wysp. Fabryka silosów, kontenerów i zbiorników retencyjnych. Praca fizyczna. Wielozmianowa. Nie ma konieczności, by znać język, bo przecież u boku pracują Polacy. Mieszkanie też wynajmują w kilku chłopa, by było taniej. Strasznie wysokie opłaty czynszowe i za wywóz śmieci oraz sprzątanie miasta. Tak trzeba - mieszka się jak w hotelu robotniczym.
W zasadzie opowieść o ziemi obiecanej płynęła gładko przez długi czas. W pewnym momencie szczerość wzięła górę.
Okazuje się, że właściciel zakładów już z wyglądu przypominał dziecko esesmanna. W pracy był zawsze: w dzień i w nocy. Pojawiał się znienacka, zza pleców, szczerzył zęby w lekkim, kwadratowym rozchyleniu warg i ganił za wszystko. Nie były to łagodne, ojcowskie połajania. Siał strach i przerażenie. Jeszcze ten wygląd dziecka esesmanna! Jakby min uczył się z portretu tatusia, oprawcy.
Kilka lat pracy w zakładzie, w którym rytm wyznaczały syreny oznajmiające rozpoczęcie pracy, przygotowanie do przerwy na lunch i przerwę. Następnie przygotowanie do zakończenia przerwy i zakończenie przerwy. Dwie przerwy w systemie 8-godzinnym, trzy  w systemie 10-cio i 12-to godzinnym. Kolejna syrena na przygotowanie do zakończenia i zakończenie pracy. Lunch spożywany naprędce, przyniesiony z domu. No i ten nadzorca, tfu! właściciel, wyglądający i zachowujący się jak dziecko esesmanna.
Po wielu latach właściciel zajmujący się nadzorowaniem pracy na taśmie, wyciągający ze śmieci i sprawdzający każdą wyrzuconą jednorazową rękawiczkę, czy aby wykorzystana do maksimum, każdy papierowy fartuch ochronny, podejmuje decyzję o pozbyciu się części udziałów. Tworzy się zarząd. Miejsce właściciela zajmuje prezes. Pracę wykonywaną dotąd przez jedną osobę, odtąd wykonuje kilkunastu menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków. Jednak ponad 50 % udziałów ma były właściciel. Kontrole jednorazowych ubrań ochronnych zaostrzają się. Już nie jedna, a kilkanaście osób zagląda do koszy na śmieci i wywleka papierowe fartuchy i jednorazowe rękawiczki. Zaczynają się poszukiwania winnych wyrzucenia zbyt czystych jednorazówek do kosza i rozliczanie pracowników z marnotrawienia majątku firmy. Równocześnie zarząd traci miliony funtów za źle przygotowany przetarg. Zdarzają się również wpadki, że inżynierowie źle obliczyli skład chemiczny danego silosu, kontenera czy zbiornika i kilkadziesiąt sztuk, każda warta 8 tys. funtów, kruszy się, jak wafle.
Z dnia na dzień dla zwykłych pracowników staje się jasne, że były właściciel odnalazł nową pasję w swoim życiu. Już nie jest takim ekonomem, przypominającym dziecko esesmanna, jakim był dotąd. Złagodniał. Nie usiłuje utrzymać w tajemnicy, wręcz agituje pracowników do przystąpienia do założonego przez siebie kościoła. Chodzi po halach fabrycznych i nawraca ludzi cytując Ewangelię w luźnym tłumaczeniu i interpretacji. Wybrał fragmenty z Pisma potrzebne do szerzenia własnej religii i to nimi "karmi" ludzi. Namawia, zachęca do przystąpienia do jego kościoła. Kusi i obiecuje wedle własnej interpretacji Słowa Pańskiego. Mówi: moja religia, mój kościół. Istotnie, pobudował na ten cel olbrzymie domiszcze.
Zwykli pracownicy machają ręką.
Rzesza menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków wstępuje do kościoła założonego przez największego udziałowca firmy. Nawet go finansuje.
By awansować. By nie stracić pracy.

czwartek, 29 grudnia 2011

List do przyjaciela


Mam potrzebę, żeby wypłakać się na czyimś całkiem niezależnym ramieniu.
Nosiłam się z zamiarem zapytania cię (wiem, że odpowiedziałbyś pytaniem albo niemocą) dlaczego ludzie, których uważamy za przyjaciół stają się wobec nas okrutni? Zanim otwarłam laptopa, by napisać i wysłać do ciebie list, znalazłam odpowiedź. 
Po prostu z głupoty. Tak, są zbyt głupi, by pomyśleć, że nas zranią. Może jeśli nie zranią nas, to zranią piękne uczucie, które jakoś zaistniało. Ale od razu nasuwa się kolejne pytanie: czyśmy przypadkiem nie byli jednostronnie zaangażowani w tę przyjaźń? W którym miejscu kończy się przyjaźń, a zaczyna wykorzystywanie? Czy to jest to samo miejsce, w którym spada nam przesłona z oczu? 
Tak bardzo chciałabym byś umiał odpowiedzieć mi na wszystkie pytania, które przerwały tamę bólu i rozgoryczenia w mojej głowie i w moim sercu. I żeby twoja odpowiedź popłynęła bezgłośnie w ciszy uświęconej wspólnym przebywaniem. Znam jedną tylko intymną chwilę z tobą. Wtedy, gdyśmy w wielotysięcznym tłumie, milcząc, siedzieli na krawężniku. Wtedy dokonało się błogosławieństwo człowieka. Czy możesz zapewnić, że każdy człowiek jest błogosławiony? Powiesz: jeśli stosuje się do słów Kazania na Górze... 
Święta codzienność - to takie trudne! Myślisz, że rozgoryczenie i ból, które przerwały tamę w mojej głowie i w moim sercu nie mają namiastki sprzeciwu wobec słowom Kazania na Górze? Może mają więcej niż namiastkę? Może są przesycone sprzeciwem, bo ból otwiera serce na opętanie niemocą. A niemoc zatrzymuje w drodze. Nie pozwala iść. Nie pozwala działać. Rzuca o ziemię. 
A może czasem potrzebna jest chwila odpoczynku od innych ludzi? Nawet od przyjaciół? Może tym bardziej od przyjaciół?
Chciałabym znaleźć taki zaułek w moim życiu, w którym mogłabym się schować. Wypłakać tak, by nikt nie widział i nie silił się na współczucie. By w nikim moje łzy nie budziły skojarzeń odległych od ich źródła. Może jakaś boczna droga? By w samotności i we własnym tempie iść, nie zatrzymując się, bo wszystko przecież czeka. 
Nawet ten przyjaciel, który rani i zadaje ból.
Dlatego nie wysyłam tego listu do ciebie. Nie chcę byś był moim przyjacielem. Nie chcę cię zranić. 

środa, 28 grudnia 2011

Codziennie

Zawsze po Świętach rozpoczyna się okres remanentów w sklepach. Wiem, bo niektóre z moich dzieci mają imieniny i urodziny w tym okresie i w prezenty dla nich muszę zaopatrywać się przed Świętami. Najpierw szaleństwo, a zaraz potem jedna wielka posucha w handlu. Chronicznie nie lubię tego czasu. 
Dzisiejszy niecodzienny remanent był oczekiwany i pożądany. Doktor dokonał kontroli stanu zrośnięcia się odłamanego fragmentu kości u Dużej Małej Dziewczynki. Sprawdził też stan przyczepu ścięgien do kolca biodrowego górnego, zinwentaryzował zwapnienie w okolicy krętarza wielkiego i spisał protokół pokontrolny. 
To ci dopiero inwentaryzacja!!!
Najważniejsze jest to, że Duża Mała Dziewczynka może chodzić i nie trzeba już koło niej chodzić! A był to bardzo trudny czas. Moja cierpliwość wystawiona była na wielką próbę...
Skoro już wyszliśmy z Dużą Małą Dziewczynką z domu po raz pierwszy od pięciu tygodni, przed wizytą u lekarza udaliśmy się do wydziału paszportowego, by "złożyć dokumenty o wydanie dokumentów paszportowych". Jednak w momencie, w którym mieliśmy wyruszyć na wyprawę paszportowo-lekarską Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem sprawując władzę w domu, przerzucił pilotem dekodera na trwający właśnie film "Jumanji" (Dżumandżi - i przy takiej pisowni pozostanę). Jak wiadomo, fabuła gry wciągnęła głównego bohatera filmu na 26 lat do Dżumandżi. Cóż dopiero film zrobił z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem? Nie mogąc się oderwać od cudzej przygody, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wyliczył, że wystarczy wyjść z domu jak najpóźniej, by załatwić w urzędzie sprawę złożenia dokumentów o wydanie dokumentów paszportowych i do tego zdążyć na wyznaczoną godzinę do lekarza. Niestety, od momentu opóźnionego wyjścia z domu wszystko układało nam się  jak w Dżumandżi. Najpierw nie było fotografa na miejscu i trzeba było przemieścić się do najbliższego zakładu fotograficznego (Duża Mała Dziewczynka o kulach!). Potem kolejkę w wydziale paszportowym do granic niemożliwości oczekiwania wydłużyła rodzina z pięcioma córkami, dla których (wszystkich) składano dokumenty o wydanie dokumentów paszportowych... Po rodzinie z pięcioma córkami jeszcze jeden pan przed nami i w końcu my. Gdy już siedzieliśmy przy okienku jako petenci w trakcie składania dokumentów o wydanie dokumentów paszportowych, okazało się, że nie wzięliśmy z domu aktu urodzenia Dużej Małej Dziewczynki, a bardzo miłej pani urzędniczce nie do końca zgadzały się dane podane przeze mnie w formularzu, z danymi, które pokazał jej system. Na szczęście pani  urzędniczka była naprawdę bardzo miła i w ramach wyjątku spowodowanego widomym upośledzeniem narządu ruchu Dużej Małej Dziewczynki, zgodziła się, by jednoosobowo jeden z rodziców doniósł jutro z samego rana ten akt urodzenia... 
I do lekarza, po uprzednim zawiadomieniu telefonicznym, dotarliśmy spóźnieni. 
No, może nie do końca było tak strasznie jak w Dżumandżi, ale ja bardzo nie lubię spóźniać!


niedziela, 25 grudnia 2011

Pasterka

W nocy zadzwonił telefon.
- Idziecie z nami na pasterkę?
Szybka decyzja w jednej chwili. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem zasypiał właśnie. We mnie walczyło lenistwo z decyzją na tak. Naprędce szukałam wymówki, ale nie znalazłam.
- Jasne, idę.
Zaraz też dojeżdżaliśmy osiedlową ulicą na miejsce. Już na głównej ulicy wszystkie samochody migały światłem: skręt w prawo. Parking tam, gdzie jechaliśmy, nie jest zbyt duży. On w ogóle nie jest duży! Im bliżej tego miejsca, tym większy ruch: pieszy i samochodowy. Nie dało się zaparkować samochodu nie zastawiając innych...
Już na parkingu rozchodził się mocny zapach terpentyny.
W tłumie ludzi podążających pod górę szliśmy zaśnieżoną aleją leśną. Droga rozświetlona po obu stronach pochodniami. Mijaliśmy karczmę i chałupę zielarki. Drewniany kościół pod wezwaniem św. Piotra i Pawła z Łososiny Dolnej stoi na górce. Magnetyczny blask i odgłos rozchodzących się po górach kolęd powodował, że prawie biegliśmy pod górę. Zwłaszcza, że dzwonki oznajmiające rozpoczęcie Mszy właśnie zadzwoniły. Do wnętrza kościoła szpilki już nie wcisnął. Na dziedzińcu tłum nieprzebrany. W tle za kościołem rozświetlone wnętrze szkoły, jakby kto jeszcze lekcje miał. Wokół ciemność rozproszona tylko lampionem ze światłem w ręku jakiegoś malucha. Zza kościoła przebijający się przez mgłę snop jasnego światła. No i zza góry rozciągająca się łuna żółtego światła nad uśpionym miastem. Poza tym ciemność i spokój. Tylko w tym miejscu świat okryty białą pierzyną. Jak na dawnej wsi lachowskiej. Ciszę rozdzierał dźwięk kolęd góralskich, lachowskich i tych, które śpiewa się w całej Polsce. Rzewne i głębokie głosy dziop i chodoków z zespołu regionalnego "Lachy" przenikały na wskroś. Bardziej niż zimno. Kamienne płytki wokół kościółka śliskie od lodu. Lepiej stać na trawie. Każdy wydeptał swoje miejsce w śniegu. Kamienny mur wokół kościółka czynił przestrzeń ograniczoną i nie pozwalał słupowi światła rozpraszać się na boki. Za to głos kapłana oznajmiającego radosną nowinę echem rozszedł się po wszystkich stokach Beskidu Niskiego i Sądeckiego. Nie mogło być inaczej.
Wokół osiedla Lachów Sądeckich, Górali Łąckich, Pogórzan i Łemków. Nieopodal cerkiew. Z drugiej strony góry Miasteczko Galicyjskie.
Historia ludzkich domostw zatrzymana w jednym miejscu. Chałupy, których ściany przesiąknięte są żywą wiarą ich niegdysiejszych mieszkańców, mogłyby wiele opowiedzieć na temat niejednej nocy Bożego Narodzenia. Chałupy, w których kobiety uczyły swoje dzieci pacierza, by te znów przekazywały dziedzictwo narodu swoim dzieciom. I jak przez całe dziesięciolecia niosła się wieść o Narodzeniu Pana, tak i tej nocy wieść ta zjednoczyła ludzi na wspólnej modlitwie. Nadzieja ogrzała wszystkich stojących pośrodku grudniowej nocy i nie czuli zimna, a tylko wielką radość i kompletną niezwyczajność Tej Nocy.

Bo to była Noc Bożego Narodzenia w skansenie.

sobota, 24 grudnia 2011

Idziemy szukać człowieka - kalendarz adwentowy

Aby przygotować Święta trzeba strasznie dużo zachodu.
Aby przygotować się do Świąt trzeba wyłączyć się ze wszystkiego.
No i jak tu znaleźć złoty środek?
Najlepiej ruszyć w drogę. Nie stać w miejscu, bo to zbyt niebezpieczne. Grozi śmiertelną stagnacją. Nie na darmo mówią, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Dziś trzeba nam wyruszyć za światłem. Trzeba zorganizować wyprawę, której przyświecać będzie najjaśniejsza z gwiazd. Może zwabi nas śpiew anielski i pobekiwanie zadziwionych owiec?  Nie wyruszamy szukać skarbów, ani Świętego Graala. Idziemy szukać dziecka. Dziecka, w którym zawarta jest Obietnica. Idziemy szukać Boga, który stał się człowiekiem. 
Obyśmy szukając Dziecka, w które wcielił się Bóg nie przegapili staruszki umierającej w samotności i opuszczeniu. Obyśmy nie przeszli obok kogoś cuchnącego leżącego na ulicy, pogrążonego we śnie alkoholowym. Obyśmy zawsze mieli czas i cierpliwość, by pochylić się nad każdym maluczkim tego świata. By przyjaciele mnożyli nam się, miast dzielić na drobne. Byśmy, idąc za światłem, nie zdeptali w ciemności czyjegoś uczucia... I byśmy zawsze mieli rozeznanie, gdzie jest to, czego szukamy.
Przecież Bóg przyszedł do nas w ludzkiej postaci. 
Dzisiejszej nocy tajemnica zatoczy koło: od czuwania, do czuwania. 
Niech nasze czuwanie będzie radosne i błogosławione, pełne ufności i wiary. Wiary w wielkość Człowieka. Wiary w nieograniczoną Miłość Boga. 

piątek, 23 grudnia 2011

Gdy usłyszeli - kalendarz adwentowy

Poukładany przez ludzi świat rządzi się naturalnie ludzkimi prawami. Przede wszystkim stworzyliśmy stereotypy. Każdy mieszkaniec tego świata powinien tak samo myśleć, tak samo się ubierać, tak samo żyć. Nawet pragnienia i marzenia powinny być zbieżne. A o to z powodzeniem starają się agencje reklamowe i korporacje produkcyjne, więc ludzkie marzenia i pragnienia są zbieżne.
Każdego, kto odstaje od normy, w którąkolwiek stronę się wybija, piętnuje się w sposób zdecydowany. Kto piętnuje? Reszta ludzi świata. I człowiek odstający od układanki stworzonej przez innych ludzi nie wie już, czy faktycznie jest dziwakiem i odmieńcem, czy to może z resztą ludzi świata jest coś nie tak. Skutecznie napiętnowany pozwala wątpliwościom, by zasiały się w jego umyśle i uczuciach. Zastanawia się, waha, namyśla i... jeśli brak mu wiary we własny sposób na życie - wraca na swoje miejsce w układance. Reszta ludzi świata triumfuje, że zgasiła ducha.
Z tego wszystkiego czekamy na rzeczy wielkie, gubiąc w narzuconej codzienności sprawy małe. A to ze spraw małych buduje się wielkość człowieka.
Co by było, gdyby Maryi i Elżbiecie przyszło żyć w naszym, pokładanym przez ludzi świecie? Aż strach pomyśleć.
Miast cieszyć się radością Elżbiety z poczęcia w tak późnym wieku dziecka - współcześni wydaliby swoją ocenę.
Miast przyjąć decyzję Elżbiety i Zachariasza o nadaniu imienia ich dziecku (pamiętamy, że Elżbieta i Zachariasz wybrali imię, którego nie nosił nikt w ich rodzie) - współcześni wydaliby swoją ocenę.
Miast śpiewać Pieśń nad pieśniami na cześć Maryi - współcześni wydaliby swoją ocenę.
Wreszcie miast błogosławić Maryję, jako Matkę Boga, natchnioną przez Ducha Świętego - współcześni wydaliby swoją ocenę.


"Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. "

czwartek, 22 grudnia 2011

Obrócić w uwielbienie - kalendarz adwentowy

Od uwielbienia do rozgoryczenia u człowieka jest niedaleka droga. Stoisz nad przepaścią. Zależy, w którą stronę zrobisz krok, to jesteś w stanie uwielbienia, albo w stanie rozgoryczenia.
Są dwa okresy w roku, kiedy nie ma na ziemi Chrystusa: kiedy leży w grobie, nim zmartwychwstanie i tuż przed Swoim narodzeniem.
Jesteśmy u progu Bożego Narodzenia A.D. 2011. Nie ma Chrystusa wśród ludzi, bo przygotowuje się w łonie Matki do przyjścia. Nie ma Go na ziemi. Zapadła ciemna noc. Noc oczekiwania. Oczekujemy my, ludzie: ty i ja. I oczekuje Chrystus.
Twój Anioł Stróż stoi razem z tobą nad twoją przepaścią. Inne anioły szykują się, by wnet zstąpić na ziemię, by zbudzić pasterzy do radosnego czuwania. Anioł Gabriel spogląda zapewne na wędrówkę Maryi i Józefa.
A ty patrzysz przed siebie, za siebie i jakże trudno jest ci wołać w tym wejrzeniu:

"Wielbi dusza moja Pana"...


A wystarczy tylko zaufać, by wszystko obrócić w uwielbienie. Choć uwielbienie nie jest i tak niczym uwarunkowane.
Skocz w przepaść.
Tak po prostu, pozwól duszy wielbić Pana.

środa, 21 grudnia 2011

Jest tak - kalendarz adwentowy

Ciemność zapełnia świat i każdą chwilę twojego istnienia. Niekoniecznie jest to ciemność bez światła. Przecież słońce co rano wstaje i odbywa swoją wędrówkę po niebie. Dzień jest dniem, acz krótszym niż latem. Ciemność ogarniająca ciebie i świat jest ścieżką, którą podąża tajemnica. I jest tak, że albo stoisz w miejscu i czekasz, aż się spełni, albo wybiegasz naprzeciw.
Jeżeli stoisz w miejscu prawdopodobnie jesteś zniewolony przywiązaniem do stanu, który nazywasz życiem. Boisz się obumrzeć, by powstać do prawdziwego Życia. Boisz się zrezygnować ze wszystkiego, co wypełnia twoje dni, by zyskać prawdziwą pełnię. Boisz się oddać w niewolę, by otrzymać prawdziwą wolność...

Jeśli zniecierpliwiony wybiegasz naprzeciw, uwierzyłeś jak Ona - Matka Boga żywego.
Ona usłyszała, bo nie bała się wejść w ciemność, co była Jasnością. A ty, słyszysz???

" Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana."

wtorek, 20 grudnia 2011

Wtedy, kiedy - kalendarz adwentowy

Zdajesz sobie sprawę, że Jego przyjście, Jego narodzenie jest niczym innym, jak twoją śmiercią?
Akt narodzenia Boga jest aktem śmierci człowieka. Czyż nie tak było w momencie, kiedy Jezus się rodził i kiedy umierał?

Nigdy nie przyszło ci do głowy, że stworzyliśmy sobie nasz świat, który jest światem do góry nogami w stosunku do prawdziwego? I że wszystko to, co widzimy, a przede wszystkim jak widzimy, czujemy i odbieramy, jest lustrzanym zaledwie odbiciem rzeczywistości?
Światło jest zaledwie cieniem Boga.
Życie - drogą obumierania.
Szczęście - nienasyseniem.
Miłość - głodem.
Myślałeś może, że aby się wypełniło, musi być puste?
Serce od egoizmu.
Dusza od pragnień.
Rozum od wiedzy.
Człowiek od nędzy.
A wiesz, że prawdziwa wolność jest zniewoleniem?

Kiedy staniesz się brzemienny pustką, kiedy zamkniesz swe oczy i spojrzysz w próżnię gotową na Jego przyjście i powiesz "niech Mi się stanie według twego słowa!", wtedy:

"(...) Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię."

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Komunia - kalendarz adwentowy

Prosiłem... otrzymałem

Prosiłem o siłę,
bym mógł coś osiągnąć...
otrzymałem słabość,
bym mógł być posłuszny.

Prosiłem o zdrowie,
bym mógł czynić większe dzieła...
otrzymałem ułomność,
bym mógł czynić dzieła lepsze.

Prosiłem o bogactwa,
bym mógł być szczęśliwy...
otrzymałem ubóstwo,
abym mógł być mądry.

Prosiłem o władzę,
bym mógł być chwalony pośród ludu...
otrzymałem niemoc,
bym mógł odczuć potrzebę Boga.

Prosiłem o wszystko,
bym mógł cieszyć się życiem...
otrzymałem życie,
bym mógł cieszyć się wszystkim.

Nie otrzymałem niczego, o co prosiłem...
lecz otrzymałem wszystko, czego pragnąłem...

Mike Yaconelli - pisarz, teolog


Iga w swoich plikach komputerowych miała fragment tego utworu. Wiadomo jaki:



"Prosiłem o wszystko,
bym mógł cieszyć się życiem...
otrzymałem życie,
bym mógł cieszyć się wszystkim."


To przez nią, przez dziewczynę trawioną śmiertelną mukowiscydozą, która jako pierwsza pacjentka z Polski przeszła transplantację płuc, dotarłam do tekstu.

Kiedy zastanawiam się, o co ostatnio prosiłam, dochodzę do wniosku, że nim zdążę o czymkolwiek pomyśleć, przeobrazić myśl w marzenie, chęć w pragnienie, a wszystko to w prośbę - właśnie się spełnia. Spełniają się takie rzeczy, o których nawet nie śniłam. Do głowy mi nigdy nie przyszło, że mogłabym być jednym z bohaterów wydarzeń, które Bóg przygotował na moje życie i życie innych ludzi.
Jak?
Nie proszę. Ufam. W ufności zawarte są wszystkie niewypowiedziane prośby. Modlitwa nie jest słowem. Modlitwa jest komunią.


"Twoja prośba została wysłuchana (...)"

niedziela, 18 grudnia 2011

Wszystko jest możliwe - kalendarz adwentowy

Mój wielki bohater, Jasiek Mela, mówi, że miary człowieka nie mierzy się ilością kończyn, jakie posiada. Sam swoje prawe przedramię i lewe podudzie stracił w wyniku nieszczęśliwego wypadku, gdy był kilkunastoletnim chłopcem.
Jasiek zdobył obydwa bieguny i to w jednym roku. Przypominam, bo okazuje się, że młodzież (mam nadzieję w nielicznych przypadkach) nie wie o istnieniu Jaśka Meli.
Prócz biegunów, Jasiek zdobył kilka szczytów górskich i to nie byle jakich. Najwyższy szczyt Afryki, najwyższy szczyt Kaukazu. Dość wysoki El Capitan w Kalifornii - zważywszy, że ponad 1000 metrowa skała wyrasta pionowo z ziemi, strzeliście ku niebu - to wysoki! Długo by wyliczać wyprawy Jaśka Meli, które od jakiegoś czasu w ramach działalności fundacji "Poza Horyzonty" organizuje dla innych niepełnosprawnych. W myśl jednej z pierwszych wypraw, że "Każdy ma swoje Kilimandżaro" (dokładnie jest to tytuł książki Pani Małgorzaty Wach, a przede wszystkim tytuł projektu realizowanego przez Fundację Anny Dymnej "Mimo wszystko") Jasiek Mela daje nadzieję i pomaga odnaleźć drogę na szczyt swojej niemocy i ograniczeń ludziom chorym. Takim, o których zabiegany świat nie pamięta.

Patrząc na to, czego dokonuje ten młody mężczyzna zastanawiam się ilu dwunogich ludzi nie potrafi zejść z wózka swojego inwalidztwa duchowego, wstać i iść na swoje Kilimandżaro, jak robią to ludzie bez nóg? Ilu dwurękich ludzi nie sięgnie po pędzel, farby i paletę, by namalować swój świat piękniejszym, niż ten, który ich otacza, jak robią to ludzie bez rąk? Ilu widzących nie widzi wnętrza drugiego człowieka, jak widzą to niewidzący?

Masz dwie nogi, dwie ręce i wszystkimi zmysłami odbierasz świat? Zdobyłeś już swoje Kilimandżaro?
To na co czekasz?

"Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego."

sobota, 17 grudnia 2011

Czternaście pokoleń - kalendarz adwentowy

Za oknem wieje. Bardzo, a nawet jeszcze bardziej. I nie jest to zwykły halny, a wiatr, który ma swoje imię. Huragan? Zawsze, kiedy tak wieje, a ja siedzę w zaciszu domowym słuchając wyjącego wiatru w kominie i za oknem, przeżywam wizję pustego świata. Świata, w którym nie ma innych ludzi, a ja dziwnym trafem znalazłam się sama na tej wyjącej planecie. Nie ma na niej śladu cywilizacji - tak bezpiecznych krajobrazów zagospodarowanych przez człowieka, świadczących o obecności ludzi. Za to jest bezkres pól, lasów, łąk, gór, mórz i innych wód. Jest niebo, nisko zawieszone nad powierzchnią planety, osnute ciężkimi, stalowymi chmurami i wiatr wiejący wprost z kosmosu, jękiem szczelnie okrywający Ziemię. Złowrogi wiatr. Złowrogi jęk. Złowroga bliskość lodowatego kosmosu... I ja, sama, gdzieś w tym świecie miotana wiatrem.
Wizja bardzo nieprzyjemna! Tak nieprzyjemna, że nie chcę jej szczegółowo opisywać. Zapewne wynika z mojego wielkiego lęku, prawdziwego strachu przed siłą natury, jaką jest wiatr. Ale też lęku i strachu przed brakiem drugiego człowieka, brakiem towarzystwa. Przed samotnością.
Wizja świata bez człowieka?
To wizja świata bez Boga.


"Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń."

piątek, 16 grudnia 2011

Dzieło - kalendarz adwentowy

Miejski Ośrodek Kultury zorganizował dzisiaj wieczór promujący książkę, o której mówię, że pomogłam jej powstać. Chodzi o książkę "Moje życie jest cudem - dzienniki Igi Hedwig wspomnienia najbliższych -". W dniu, w którym po raz pierwszy trzymałam w rękach prototyp książki, taki niesklejony egzemplarz do ostatecznej korekty i naniesienia poprawek, napisałam: Dotknął mnie Pan. To nawet nie jest radość. To jest niewysłowiony ból spowodowany ułomnością ludzkiego języka, mojego języka, by wyrazić podziękowanie. Bo ja nie umiem tak mówić. Bo ja nie umiem tak dziękować.
Słowa te mówią wszystko o moim zrozumieniu i niezrozumieniu powołania mnie do tego zadania.

Pracując nad książką, nadając jej taki a nie inny kształt, pieściłam każde słowo. Słowa układały się w zdania. Zdania w opowieść. Powodowałam, by opowieść płynęła, sprawiając czytelnikowi radość z odbioru. Przy tym wszystkim musiałam pilnować, by nie zatracić "języka" oryginału, sposobu wyrażania się Igi i pozostałych osób. Igi spojrzenia na świat i jej przekazu. (Przyznam w tajemnicy, że nie jest to dla mnie trudną sztuką - mam łatwość wchodzenia w czyjś styl pisania. Dlatego, gdy sama piszę, nie czytam innych:) książek.)

Będąc dzieckiem bibliotekarki często, no, powiedzmy częściej, niż potencjalni rówieśnicy, bywałam na spotkaniach autorskich. Największe wrażenie wywarło na mnie spotkanie z panią Kornelią Dobkiewiczową. Może ono było pierwsze?
Jednak spotkanie autorskie książki, której pomogłam powstać, było nieporównywalne do żadnego, w których uczestniczyłam. Rozpoczęło się koncertem zespołów muzycznych. Jeden z zespołów, o którym Iga często wspomina w swoich dziennikach, od lat zaangażowany jest w dzieło pomocy chorym na mukowiscydozę. Powstał, by pomagać Idze. Członkowie tego zespołu przyjechali specjalnie na dzisiejszy wieczór z Krakowa, bo na co dzień tam studiują. I drugi zespół występujący podczas spotkania, to zespół wokalny działający przy Miejskim Ośrodku Kultury. Ten składał się z sekcji małych wokalistów oraz dorosłych i dorastających wokalistek. Obydwa zespoły dały piękny koncert, wszystkie utwory były piękne. Jednak szczególnie rozrzewnili mnie najmłodsi wokaliści.
Po koncercie obie z mamą Igi zwróciłyśmy się do widowni. W tle, za naszymi plecami szła prezentacja multimedialna ze zdjęciami Igi. My opowiadałyśmy o Idze, książce, przyjaciołach, trudnych sprawach, chorobie i śmierci. Wreszcie o Bogu. Łatwo było mówić o przyjaźni, bo na widowni same znajome twarze. No, może poza małymi wyjątkami. Ale przybyło tylu przyjaciół! Ksiądz Rafał (Dziadunio) przyjechał specjalnie na to popołudnie ze Lwowa!!! Zauważyłam, że niejedna osoba ocierała łzy, gdyśmy tak na przemian z Dorotą mówiły. Jednak nikt nie odważył się zabrać głosu. Pewnie płacz utkwił w gardle tym, którzy chcieliby coś powiedzieć...

Na koniec poczęstunek przygotowany przez gospodarzy i rozmowy w foyer. Fascynacja sprawą chorych na mukowiscydozę właściciela wydawnictwa, które wydało książkę. Pomysł ks. Rafała na zorganizowanie spotkania we Lwowie przy okazji rozpoczęcia działalności stowarzyszenia wspierającego lwowskie dziecięce hospicjum. Zapewnienia Pani wiceprezydent miasta o pomocy dla rodziny Bliźniaków (Bliźniaki i ich maleńka siostra chorują na muko). Tyle inicjatyw... I błysk w oku gospodarza, artysty parającego się teatrem: ja to przełożę na język sceny...

"Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania(...)"


...powiedziałaby Iga.
I ja mam tego świadomość.

czwartek, 15 grudnia 2011

Zaufaj - kalendarz adwentowy

Żeby pojąć, co mówi Słowo w tych dniach, trzeba dokonać swoistego rozdwojenia w swoim sercu, rozumie, w swojej duszy. No bo swą wielkość daną przez Miłość można okazać tylko w niewysłowionej pokorze. I to w takiej pokorze, która każe wyrzec się swojej mądrości i innych przymiotów. Te zaś, z wielkiej łaski otrzymaliśmy od Tego, który daje życie. Nie wciskał nam nachalnie swoich darów i swojej miłości. Wręcz musieliśmy o nie prosić, sięgać, starać się. Skoro tak, skoro prosiliśmy - dał. Przecież daje wszystkim, wszystko, o co tylko kto prosi. A teraz, by nie udaremniać Jego zamiarów względem siebie, trzeba nam wyrzec się wszystkiego. Oddać. Tak po prostu. Z ufnością. I iść za Jego światłem. A On da jeszcze więcej.

"Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie (...)"

środa, 14 grudnia 2011

Błogosławiona matka - kalendarz adwentowy

"Bóg pozwolił mi w spokoju trwać przy mojej kochanej córeczce, mogłam ją przeprowadzić, prosząc wszystkich świętych o pomoc. Po godzinie drugiej po południu zaczęły sinieć jej palce, czasu zostawało niewiele. 
(...) Po kilku minutach 16 marca 2010 roku o 17.03 w naszej obecności odeszła moja ukochana córeczka Igusia.          
 (...) Przyjęłam to jako odpowiedź Boga: taka była Jego wola i dziękuję Mu, że dał mi tyle siły, abym mogła to przyjąć, pozbywając się wszelkich wątpliwości. Mała, delikatna osóbka, w której drzemał wielki duch, która zmieniła nasze spojrzenie na świat, dała nam świadectwo wielkiej wiary i wytrwałości, kiedy wydawało się, że cierpienie człowieka miażdży. Ogromny ból fizyczny i psychiczny spowodowany chorobą i zawiedzioną miłością młodzieńczą to po ludzku wielki dramat, jednak tak naprawdę to cierpienie wyniosło ją na szczyty Bożej miłości. Dziękuję Bogu, że pozwolił mi jej towarzyszyć w ostatniej drodze do Pana. Wiedziałam, że jest już gotowa na spotkanie z Panem, setki osób wspierały nas modlitwą przez cały ten czas, kiedy zostaliśmy poddani niecodziennej próbie, grupa modlitewna Ojca Pio, chorzy na mukowiscydozę i przyjaciele nieustannie przysyłali SMS-y z zapewnieniem o modlitwie. Ja z kolei całe nasze cierpienie ofiarowywałam głównie w intencji chorych na mukowiscydozę, ale i wielu ludzi, którzy przychodzili mi na myśl, zaprzyjaźnionych księży i ludzi, którzy nas od lat wspierają. Wiem, że bez wsparcia modlitewnego innych i własnego zawierzenia całej naszej rodziny Bogu, jak i orędownictwa Ojca Pio i Jana Pawła II, których codziennie prosiłam o pomoc, nie dalibyśmy rady przejść przez tę drogę z taką ufnością. Dziękuję Bogu, że dał nam cieszyć się naszą córką, że daje nam siłę, aby nie rozpaczać, ale iść do przodu, wierząc, że ona swoje życie wygrała. My nadal każdego dnia musimy podejmować na nowo wysiłek, a czas pokaże, na ile zdamy swój egzamin wytrwałości w wierze i czy bieg, w którym uczestniczymy, zostanie uwieńczony wieńcem zwycięstwa. Tymczasem staramy się żyć, w sercu i myślach obecna jest cały czas Iga, radosna i uśmiechnięta. Czerpiemy siłę ze wspaniałych chwil, które nam darowała, i niezachwianej wiary, że teraz naprawdę jest szczęśliwa. Są oczywiście łzy tęsknoty — normalny odruch człowieka — ale jest i łaska Pana, który nas prowadzi. Proszę Boga, byśmy jako rodzina doszli do celu i przetrwali wszelkie próby, jakie nas jeszcze czekają. Ja nadal walczę o lepsze warunki leczenia dla chorych, mając przy sobie kolejnego orędownika, jakim jest moja kochana córeczka."

Fragmenty książki, której pomogłam powstać "Moje życie jest cudem - dzienniki Igi Hedwig - wspomnienia najbliższych", jako świadectwo na dziś: "A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi." 

Jutro w Miejskim Ośrodku Kultury odbędzie się wieczór promujący książkę.

Książkę można nabyć tutaj.

wtorek, 13 grudnia 2011

Niby proste - kalendarz adwentowy

Idzie za światłem. Popełnia tyle błędów i grzechów, że czasami czuje się jak "jawnogrzesznica", co zresztą bliższe jego poglądowi na realizację życia, niżby miał się poddać hipokryzji. Targają nim namiętności, bez których nie mógłby robić tego, co robi. Bo gdyby nie te namiętności, to zapewne zgnuśniałby w spokojnym życiu. Bez narażania się na krytyczną opinię, bez narażania się na jakąkolwiek opinię, bez ryzyka popełniania błędów i strzelania gaf, po których chciałby zapaść się pod ziemię, jego życie byłoby może i spokojne. Miałby tak zwany święty spokój. Ale co by mu przyszło ze świętego spokoju, skoro duch jego jest niespokojny i wciąż głodny nowych wyzwań? One nie są smakiem jego życia. One są jego treścią. Czasem parzy dłonie, gdy zbyt szybko wpakuje w coś swoje ręce. Serce często płonie. Nieraz bardzo boli. I spala się w płomieniu tego światła, za którym idzie.
Zwykły człowiek.
A ty, boisz się żyć tak, by serce płonęło, czy może pozwalasz mu płonąć?

Niby proste, bo powiedział dzisiaj: "Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego." Ale, jak Go w tej prostocie zrozumieć? 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Przyjaciele naszych przyjaciół - kalendarz adwentowy

Tuż po południu przyszła odpowiedź, dlaczego wczorajszej nocy nie działał mój komputer i nie mogłam napisać i zamieścić kolejnej kartki z mojego kalendarza adwentowego, jak zawsze - nocą.

Ksas napisał na swoim blogu bardzo bolesny artykuł o przedwczesnej śmierci młodej kobiety. Warto przeczytać tę informację. Zatytułował ja "Drażliwe pytania". Że niby on, gdy dowiedział się o śmierci swojej przyjaciółki, zaczął zadawać Bogu bardzo drażliwe pytania. Całkiem podobne do tych, które możemy przeczytać w dzisiejszej Ewangelii.  „Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę?”
Najpierw zareagowałam jak kobieta. Byłam gotowa współczuć i pocieszać.
Zaraz potem zrodził się we mnie bunt i rozgoryczenie:
- Kto, jak nie ksiądz ma mieć mocną i niezachwianą wiarę we wszystkie wyroki Boskie? Kto, jak nie ksiądz powinien umieć wytłumaczyć sobie i innym tak bolesne wydarzenia?
Aż w końcu spłynęła na mnie mądrość (?). I pomyślałam sobie, że gdybym miała szukać dla siebie, na własny użytek, znalazłabym taką odpowiedź na pytania Ksasa:

Przecież to my sami daliśmy Bogu prawo i władzę do władania naszym życiem. My sami oddaliśmy Mu  z ufnością nasze serca i ochoczo mówimy: uczyń ze mną co chcesz, wedle Swojej woli. Oddaliśmy się Mu we władanie. Przecież sam nie wtargnął do naszych serc i nie zawładnął nimi, by nas zniewolić. Bo jest zbyt wielką Miłością, by narzucać nam swoją wolę.

Z tej wielkiej miłości zapewne wie, co czyni.

Ale lepiej milczeniem niż słowami jest zapewnić przyjaciela o swej bliskości.
Wszak przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Też i ból po stracie ich przyjaciół chcemy dzielić razem.

"Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię." 

niedziela, 11 grudnia 2011

Duch rywalizacji - kalendarz adwentowy

Obserwowałam ojca, który w każdym momencie, w którym dziecko właśnie zabierało się do jakiejś konkretnej czynności zaczynał grę w berka. Dziecko zdecydowało się na rysowanie, a tatuś woła:

- Będziemy rysować (!), jak mnie dogonisz.
(Przypomnę - to dziecko chciało rysować. Nie było mowy, że z tatusiem.)

Dziecko chciało pograć w grę planszową, tatuś rzuca hasło:

- Zagramy w grę, wybiera ten kto pierwszy dobiegnie do ściany.
(Dziecko już wybrało grę i właśnie po nią sięgało).

I tak cały czas.
Przecież to dekoncentruje dzieciaka - myślałam przerażona i obserwowałam nie tyle teraźniejszość, co przyszłe lata. - Dziecko nie wygląda na nadpobudliwe, a ojciec za wszelką cenę chce je takim uczynić? - nic z tego nie rozumiałam.

Nawet pójście na obiad zawierało element konkurencji w biegach, czy jakiejś dziwnej sprawności.
Obraz się uzupełnił po przyjściu mamusi. Wtedy zrozumiałam.
Mamusia i owszem - nie tylko wyglądała, ale sprawiała wrażenie mocno nadpobudliwej. A na czym, jak na czym, ale na nadpobudliwości znam się jak mało kto. Przy mamie i jej podejściu do dziecka, tatusiowe poczynania wydały mi się spokojne i sielankowe jak ogrody Edenu.

A wszystko się wyjaśniło, kiedy owa mamusia skomentowała normalne zachowanie rówieśnika swojego dziecka:

- Za grosz nie ma w nim ducha rywalizacji.

Podsumowując:

Widziałam rodziców, którzy wywołują w swoim dziecku ducha rywalizacji.
W aspekcie "filmiku" krążącego w internecie, wyciągniętego przez pewną stację komercyjną na światło dzienne, w którym rodzice chwalą się sposobem na wychowanie nałogowca i mordercy, to co ja widziałam, to mały pikuś. Choćby nawet był to Pan Pikuś i tak jestem wstrząśnięta.

"Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie!"


I dzisiaj pozwolę sobie na więcej: "W każdym położeniu dziękujcie(...)"


Poznałam drogę dotarcia do tych biednych dzieciaków.

sobota, 10 grudnia 2011

Gdzieś w środku - kalendarz adwentowy

Gdzieś w środku, w nas, jest coś, co mówi nam, jak zachować się w danej sytuacji, co zrobić, jak zareagować, co powiedzieć, a co przemilczeć. Ja to nie lubię wystudiowanych póz. Spontaniczną reakcję przedkładam ponad tę najelegantszą i najkulturalniejszą z kulturalnych. No, przy założeniu, że człek zna granice krainy, w której kończy się i elegancja, i kultura:)
Zmierzając jednak drogą do wyznaczonego celu, idę za mapą. Zawsze to prostsze niż błądzenie po omacku. Nie znaczy to, że w trakcie wędrówki nie rozkładam mapy i nie dokonuję analizy i zmiany drogi, którą dojdę, gdzie zmierzam.
Gdzie zmierzam? Wyszłam, zdaje mi się, ze środka. I im bardziej się zastanawiam nad tym, gdzie idę, tym bardziej mam wrażenie, że idę do środka. Całkiem jak Kubuś Puchatek zaglądający do baryłeczki z miodem. Tylko mój środek robi się coraz pełniejszy, w przeciwieństwie do baryłki Puchatka, która była pusta.
Moje życie wypełnia się treścią. Taką, która z tego środka, który jest środkiem wyjścia, rozprzestrzenia się promieniście na zewnątrz. Aż po horyzont. Po wszystkie horyzonty, jak okiem sięgnąć. Ale też treść mojego życia niechybnie zmierza ku środkowi, temu, który jest środkiem dojścia, powodując jego pęcznienie i pulchnienie jak dobrze wyrobionego i wygrzanego ciasta drożdżowego.
Nie oglądając się za siebie, ani też zbytnio nie wybiegając do przodu, cały czas mam wgląd na to, co zostawiłam z tyłu, jak i na wydarzenia przyszłe.
I czuję, całą sobą czuję, że wypełnia się wielka obietnica. Obietnica dana mi tak dawno temu, że właściwie mogłam o niej zapomnieć. I byłabym zapewne zapomniała, gdybym gdzieś w środku nie czuła, że tak jest.
Bo w każdym środku jest Światło, które prowadzi.

Szczęśliwi, którzy cię widzieli (...).

piątek, 9 grudnia 2011

Pokój jak rzeka - kalendarz adwentowy

Czas jest jak rzeka. Bywa, że rwącą nawałnicą gna ku przyszłości. Ciągnie za sobą odłamki skalne i wielkie kamienie, oraz wszystko co spotka na drodze. Po ulewnych deszczach, gdy wody opadną, brzegi rzeki upstrzone są wszystkim, co rzeka zabrała człowiekowi. Po cenne rzeczy człowiek się pofatyguje. Śmieci zostawia zawieszone na wystających gałęziach, które nurt połamał. A rzeka śmiejąc się pluskiem fal uderzających o brzeg, pędzi ku przyszłości.  Rzeka gna ku nizinom, by rozlać się szeroko i użyźnić pola. Bo siłą swą wytarła kamienie na piasek i pył. Zabrała ziemi cenne minerały, by nanieść je w inne miejsca. Gdyby tak dłoń zamoczyć w nurcie wartkim, czy spokojnym, to w czasie, który właśnie trwa, dotyka człowiek tego, co mija i tego, co nadchodzi. Tylko kamień na dnie porosły mchem czuje, jak ślizgają się po nim te wszystkie czasy. Człowiek zaś nad tym zastanawia się tylko niekiedy. Gdyby tak zanurzył w nurcie swe stopy i dał się ponieść prądom rzecznym, być może usłyszałby pieśń śpiewaną przez rzekę.
Kiedy rzeka osiągnie dojrzałość, bywa, że szerokości jej człowiek swym okiem nie zmierzy. Puszcza po jej nurcie statki jak łupinki orzecha, stawia tamy, rozciąga nad nią mosty, dokonuje pomiarów, czasem zmienia nurt, albo narzuca nowe koryto i myśli, że okiełznał tę siłę natury. Puszy się dumnie i wlewa do krystalicznych wód kloakę. Z zanieczyszczonej atmosfery spadają do rzeki kwaśne deszcze.
Wody ciemnieją i śmierdzą. Życie umiera. Rzeka buntuje się. Sprzymierza się z innymi siłami natury i robi porządek w świecie, który człowiek zawłaszczył dla siebie wedle swojej modły i swoich potrzeb. Oceanem wód zalewa ludzkie sadyby tworząc rewolucję. Człowiek biadoli. Traci dobytek całego życia oskarżając rzekę. Inni się nad nim litują. Woda piętrzy się złowróżbnie, kręci wiry i gra człowiekowi na nosie. Kiedy już uzna, że nauczyła człowieka pokory, wody opadają i przez najbliższy czas pokój jak rzeka rozlewa się we wspólnym dla człowieka i rzeki świecie.


"A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny."


No, tak, miałam napisać, że to pokój, nie czas, jest jak rzeka... Ale czyż nie na jedno wychodzi?


















Zdjęcia pochodzą z powodzi w 2010 roku. Przedstawiają zerwany most kolejowy nad Popradem na wysokości Starego Sącza.

czwartek, 8 grudnia 2011

Oczekiwanie - kalendarz adwentowy

Matka oczekiwała syna. Nosiła go pod sercem. Najpierw czuła delikatne bulgotanie w swoim wnętrzu, jakby pęcherzyk powietrza okręcał się wkoło. Serce trzepotało jej z wielkiej radości. Z czasem syneczek rósł i kulił się coraz bardziej w najbezpieczniejszej przystani świata. Matka odczuwała każdy jego najmniejszy ruch. Czuła nawet, kiedy synek ma czkawkę. Jej łono stało się doskonałą kołyską. I choć synek wiercił się i kręcił, szczególnie nocami, wystarczyło, by matka, poruszając lekko biodrami wprawiła kołyskę w ruch i delikatne falowanie usypiała maleństwo. Głaskała swój rosnący brzuch i snuła marzenia o dziecku. Marzyła o wielkości dla niego. Zastanawiała się, jak będzie wyglądał jej upragniony potomek. Czy będzie miał loki w kolorze włosów swojego ojca? Może będzie miał szaroniebieskie oczy, jak ona? Może będzie lubił muzykę poważną? Przyszło jej do głowy, że może trzeba już uczyć go słuchać tego rodzaju muzyki? Mówią, że dzieci słuchające Mozarta mają większy potencjał umysłowy... W każdym razie mówiła do niego, szczególnie w takich momentach, kiedy zostawała sama, by nauczył się rozpoznawać jej głos, by nie czuł się samotny w świecie zamkniętym w jej brzuchu. Czuła jego reakcję na mocne światło. Mówiła:  "to świeci słońce synku, kiedyś będziesz jaśniał jak ono". Bał się gwałtownych odgłosów. "Jestem przy tobie, nie lękaj się maleńki. Mamusia cię obroni przed wszelkim złem" - mówiła. Z czasem tak się przyzwyczaiła do tych rozmów z synkiem, który rósł w jej wnętrzu, że opowiadała mu wszystko o świecie. Nuciła mu piosenki na dobranoc i czytała najpiękniejsze baśnie. Wszystko po to, by poznał jej łagodny głos i czuł jej miłość. Po to, by uczynić go wrażliwym. Z wielkim rozczuleniem i ze łzami w oczach słuchała bicia jego serca podczas wizyty u lekarza. Oprawiła w ramki obraz ultrosonagraficzny, jako pierwszą fotografię swojego dziecka.
Czas mijał, tygodnie i miesiące rosły wraz z jej brzuchem i marzeniami. Jak każda matka wyobrażała sobie, że jej dziecko na pewno będzie kimś wyjątkowym. Im bardziej wyginała się ku przodowi jej sylwetka, tym skłonniejsza była zamienić marzenia o wyjątkowości i wielkości swojego synka na jego zdrowie. Potem myślała: może będzie i zdrowy i wyjątkowy? Oby był - to było jej ostatnie pragnienie nim lekarz odciął pępowinę. Wydaje się, że oczekiwanie na pierwszy krzyk nowonarodzonego dziecka trwa wieki. W tej chwili przeżywa się wszystkie lęki o czas, który zdaje się - stanął w miejscu, oraz o ten, który przyjdzie.

Na to rzekła: (...) Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! 


Jej synek mógł dawać nadzieję. Jednak, zanim osiągnął pełnoletność, zamordował człowieka.


(Miasto, w którym mieszkam, wstrząsnęła wiadomość o morderstwie popełnionym przez kilkunastoletniego chłopca na dojrzałym mężczyźnie. Ten chłopiec jest dokładnie w wieku dzieciaków, z którymi pracowałam z końcem lata i początkiem jesieni, którym z uporem powtarzałam, by rozważnie podejmowały decyzje, ważyły każdy swój krok i każde swoje słowo, bo każde zdarzenie, każda chwila może zaważyć na całym ich i innych ludzi przyszłym życiu... Tego chłopca nie było pośród tych dzieciaków... 


Oczywiście cała opowieść o oczekiwaniu matki na dziecko jest opisem z autopsji, nie ma nic wspólnego z zaistniałą sytuacją.
Nie mogłam, po prostu nie mogłam inaczej napisać dzisiejszego fragmentu kalendarza adwentowego... gdyż jestem matką!)

środa, 7 grudnia 2011

Cisza - kalendarz adwentowy

Wystarczy po prostu przyjść i oddać Mu wszystko. Do końca. Bez lęku. Ale też wcale nie trzeba iść. Wystarczy być. Wystarczy chcieć. Zamknąć oczy i wsłuchać się w słowa, które są zapisane zgłoskami miłości. Wsłuchać się w ciszę. Dać Mu milczącą zgodę na to, by zrobił wszystko, co chce. Niech narzuci jarzmo, niech nałoży brzemię. Niech w ciszy uczy pokory... Wystarczy wejść w tę ciszę, bo cisza jest brzemienna w ufność. W ciszy myśli się kołyszą unoszone modlitwą. W ciszy rodzą się pragnienia. W ciszy Bóg się rodzi... Pan jest ciszą, która daje ukojenie.


(Mt 11,28-30)
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.



Ciii..
Niech brzmi cisza Jego Słowem.

wtorek, 6 grudnia 2011

Cudowne bezpieczeństwo - kalendarz adwentowy

Bardzo doświadcza się sieroctwa, kiedy nie ma się rodziców. Nie jest to wcale ważne, że jest się rodzicem swoich dzieci, a nawet, że pierwsze kroki na tym świecie stawiają już dzieci swoich dzieci... Kiedy zabraknie rodziców, to jest naprawdę bardzo niedobrze.
Na co dzień nikt nie pozwala sobie na żadne rozczulanie się nad sobą. Taki jest porządek świata, trzeba go przyjąć i mówić sobie, że jest dobrze.
Czasem tylko wiatr przyniesie jakiś zapach całkowicie podobny do zapachu kremu, którym matka smarowała twarz na noc. Albo pod powieką na pół śnie, pół jawie zobaczysz obraz domu rodzinnego, jakiejś sielanki z dzieciństwa. Ojciec rozkłada gazetę i czyta podczas obiadu (!), albo zasiada w fotelu owinięty kocem. Rodzinne popołudnie spędzone na grach wszelakich i wieczorne czytanie bajki, lub długie rozmowy, wyjdą co jakiś czas z niepamięci. Zapach najlepszej na świecie zupy pomidorowej, przemieszany z zapachem ciasta drożdżowego. Pranie suszące się na sznurkach rozciągniętych nad osiedlową łąką od drzewa do drzewa, w które swawolny wiatr wdarł się na chwilę, bo pozostawić po sobie zapach i miękkość, jakiej nie mają najlepsze płyny do płukania tkanin. Burza śnieżna oglądana z parapetu kuchennego okna i bliskość matczynych ramion czuwających nad bezpieczeństwem malucha... Wczesnoranne wędrówki do rodzicielskiego łóżka na chwilę między mamą i tatą, nim dzień się zbudzi. Asysta podczas golenia ojca i oczekiwanie na maźnięcie pędzlem z mydłem po policzku.
Niesamowita cierpliwość, spokój, bezpieczeństwo i miłość... najczulszej skali. I poczucie, że w gromadce dzieci, jest się tym najważniejszym, najcenniejszym, dla którego rodzic poszedłby na kraj świata!

Cóż dopiero świadomość, że jest się w ramionach Miłości bezgranicznej?

"Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych."

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Jacyś ludzie - kalendarz adwentowy

Jacyś ludzie przynieśli na noszach sparaliżowanego człowieka przed Chrystusa, który miał moc uzdrawiania. Weszli przez dach, bo inaczej się nie dało, tłum zgromadzony przed domem uniemożliwiał wejście przez drzwi.
Przecież i tak zrobili już wiele, niosąc go zapewne z daleka. Mogli zrezygnować, kiedy nie dało się wejść drzwiami. Mogli powiedzieć:

- Sorki przyjacielu. Chcieliśmy ci pomóc. Ale sam widzisz, taki tłum... nic więcej już dla ciebie nie możemy zrobić.

Ile razy usłyszałeś takie słowa w swoim życiu? Wiem. Każdemu od razu kojarzą się jednoznacznie z lekarzem oznajmiającym w przypadku śmiertelnie chorego, że to już koniec.
Znam niejedną osobę, która walczyła o życie swojego bliskiego pomimo niemocy medycyny, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nawet wbrew nadziei. Niejednokrotnie okazywało się, że walka była wygrana.
Zdarzał się cud, bo ktoś komuś dawał nadzieję, dzielił się wiarą.
Znasz kogoś, kto popadł w depresję, czy inną niemoc, spowodowaną ciężkimi przeżyciami, kto miał wrażenie, że świat mu runął i na pewno się z tego nie podniesie?
Ja znam.
Czy wiesz, że gdyby nie inni ludzie, zapewne niejeden by się nie wydźwignął z otchłani swojej rozpaczy? To oni nieśli na noszach jego nieszczęście, podtrzymując nadzieję poili wodą, której źródło tkwi w głębi ich serc.
Znów zdarzał się cud, bo ktoś komuś dawał nadzieję, dzielił się wiarą.
Czy masz świadomość, że czyjeś słowo, gest, uśmiech trafiające do obcego człowieka, z którym mija się na ulicy, stoi obok w środku komunikacji miejskiej, mogło w niego wlać tyle wiary w ludzi, że być może uratowało mu życie?
Zdarzał się kolejny cud, bo ktoś komuś dawał nadzieję, dzielił się wiarą.

Wystarczy być, jak jacyś ludzie. A cóż dopiero jak przyjaciele!?!

Chciałabym kiedyś usłyszeć:  "Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy", bo to by znaczyło, że na pewno miałam tu na ziemi przyjaciół. Jednak zdecydowanie bardziej chciałabym, by ktoś za moją przyczyną usłyszał te słowa.
A ty?

niedziela, 4 grudnia 2011

Studio radiowe

W minionym tygodniu duży pokój naszego mieszkania (duży pokój zazwyczaj jest salonem, pokojem dziennym, telewizyjnym, wypoczynkowym, pracownią i sypialnią) zamienił się w studio radiowe. Nagrywane były dwie audycje radiowe dla jednej z komercyjnych rozgłośni radiowych. Mimo, że to rozgłośnia komercyjna, zajmuje ją również głębia życia, nie tylko powierzchowność. Może to tylko zaleta Pani Redaktor, która ma swój program w rozgłośni? Muszę się przyznać, że rzadko słucham radia, jakiejkolwiek stacji, więc trudno mi się obiektywnie wypowiedzieć.
Dość, że udało mi się Panią Redaktor realizującą niegdyś audycję na temat Stulecia Harcerstwa Sądeckiego zainteresować dodatkowymi tematami . Dodatkowymi tematami są: ukazanie się dzienników Igi "Moje życie jest cudem" oraz nawiązanie przez nasz hufiec współpracy i podpisanie porozumienia z Bośnią i Hercegowiną w sprawie wypoczynku dzieci i młodzieży. Cóż łączy te dwa tematy? No, muszę być nieskromna - bo to moja osoba je łączy. Ale absolutnie nie chodzi tu o kreację mojej osoby.
Przez trwający obecnie weekend rozgłośnia czterokrotnie emituje audycję, której tematem jest wydana przed tygodniem książka. W przyszły weekend również czterokrotnie emitowana będzie audycja o zorganizowaniu letniego wypoczynku dla dzieci z Bośni i Hercegowiny w Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach, oraz dla harcerzy sądeckiego hufca w powiecie Nowo Gorażde w Serbii.
Audycje trwają godzinę każda.
Nagranie trwało zdecydowanie dłużej. W tym czasie Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem malował ściany w przedpokoju, tworząc przyjemne tło dźwiękowe do obu audycji. Naturalnie, że nie byłam jedyną osobą, z którą Pani Redaktor realizowała programy. W pierwszym programie najważniejszym głosem był głos mamy Igi, która wypowiadała się, jako matka dziecka zmagającego się ze śmiertelną chorobą, walczącą o poprawę warunków leczenia swojego dziecka i pozostałych pacjentów, oraz jako prezes Polskiego Towarzystwa Walki z Mukowiscydozą. Słuchając mamy Igi, obcując z nią, odczuwa się coś trudnego do nazwania. Z Doroty emanuje spokój, wiara i ufność, że wszystko, co ją spotyka, zostało jej ofiarowane jako najbardziej oczekiwany, najwspanialszy dar. Nabiera się takiego przeświadczenia i na długo wystarcza, by samemu podchodzić w ten sposób do własnego życia. Im więcej obcuje się z mamą Igi, tym bardziej przejmuje się od niej jej spokój, wiarę i ufność.
Tak. Szczególnie dzisiaj, kiedy kościół katolicki czyta fragment Ewangelii o św. Janie Chrzcicielu, wysłanniku i poprzedniku przygotowującym świat na przyjście Pana, Dorotę - matkę, która wprost ze swoich ramion z ufnością i zawierzeniem oddawała Bogu dziecko - można uznać za osobę, która potrafi głosić Dobrą Nowinę i zarażać nią innych. Głosić pomimo wszystko.
W momencie nagrywania audycji jeszcze nie wiedziałam, że uda mi się na 15 grudnia załatwić spotkanie promujące książkę. Jedno ze spotkań, o które się staram pośród różnych organizacji i instytucji w mieście. Marzy mi się zorganizowanie takich spotkań poza naszym miastem. Przecież tutaj wszyscy znają Igę i jej koleje losu. Iga napisała:

Sporo naszych odeszło… To przykre, ale jak na razie, „niestety”, tak jest. Chorzy na CF w Polsce umierają, zanim zdążą rozkwitnąć. Może kiedyś przeczyta to ktoś, kogo to wzruszy, i nie zostawi nas samych sobie. Będę mu za to bardzo wdzięczna! Póki co, trzeba walczyć o każdy dzień i każdą minutę życia. Cieszyć się każdą chwilą tak, jakby miała być właśnie tą OSTATNIĄ…


Dlatego jestem mocno przeświadczona o tym, że trzeba z książką wyjść poza nasze miasto. Oprócz pomysłu na książkę, jej ostateczny kształt i zawartość treści, może to jest moją misją w tej sprawie???

***

Po nagraniu pierwszej audycji zmienił nam się rozmówca, mama Igi pożegnała się a przybył Młody Człowiek, który zamiast mnie, został Bohaterem Narodowym Bośni i Hercegowiny - zaopatrzyłam go w przygotowane prezentacje multimedialne, na podstawie których robił prelekcje na temat harcerstwa, organizacji wychowawczej dzieci i młodzieży.
W pierwszej kolejności przez moją niefrasobliwość w momencie, kiedy stary paszport stracił ważność, później przez moją chorobę i na koniec przez niezrozumiały brak obowiązkowości urzędników MSWiA, nie otrzymałam na czas paszportu i delegacja pojechała do BiH beze mnie.
Pani Redaktor była zaintrygowana podjętą przez nas współpracą z krajem, w którym do dziś nie umilkły echa niedawnej wojny, tereny nie do końca zostały rozminowane, obrona cywilna wciąż jest na służbie, czekając na wezwanie, jak u nas zawodowa straż pożarna w strażnicy, a media światowe donoszą o wciąż żywym i niewygaszonym konflikcie, który był przyczyną wojny. 
Młody Człowiek cudownie opowiedział o swoich obserwacjach poczynionych w podróży. Lubię słuchać Młodego Człowieka, gdy opowiada o świecie i ludziach go zamieszkujących. Młody Człowiek jest przewodnikiem górskim, więc można by pomyśleć, że takie opowieści, to jego chleb powszedni. Nie. Młody Człowiek dostrzega w świecie i ludziach, w wydarzeniach, które działy się i dzieją, takie aspekty, które dla innych ludzi są niedostrzegalne. Ma szczególny dar obserwowania rzeczywistości i specyficzny sposób komentowania jej. 
Podobno zrobiła się mała chryja, gdy Młody Człowiek podczas jednej z prelekcji zaprezentował lilijkę harcerską. Lilijka w obrzędowości harcerskiej jest symbolem czystości i moralności z zapisanymi na niej pierwszymi literami romantycznego hasła Filaretów Ojczyzna - Nauka - Cnota, wyznacza też, podobnie jak igła w kompasie, kierunek, w którym powinien podążać harcerz w swoim rozwoju (ja osobiście wolę tę pierwszą interpretację). Dla mieszkańców Bośni i Hercegowiny, w szczególności Republiki Serbskiej, lilijka jest symbolem muzułmanów... a to z nimi toczyła się kilkanaście lat temu okrutna wojna...
Widziałam podpisane i opieczętowane przez obie strony porozumienie. Samodzielnie przygotowywałam jego treść... Balo, jedna z CISOWIANEK,  biegle, będąc tłumaczem przysięgłym, posługująca się językiem angielskim, przetłumaczyła treść i wskazała to jako swój wkład w rozwój sądeckiego harcerstwa...

Obie audycje nadawane są na fali 93,8 w sobotę i niedzielę 3-4 grudnia i 10-11 grudnia w godzinach 7-8 i 21-22.

Wszystko dzieje się w rzeczywistości!

Idzie - kalendarz adwentowy

"Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów."


Cały współczesny świat zastanawia się, gdzie leży przyczyna upadku autorytetów. Wielu światłych ludzi czuje bliski upadek kościoła katolickiego, w związku z zanikiem potrzeby wzorców, a przede wszystkim potrzeby kierunku rozwoju duchowego człowieka. Coraz większy odsetek społeczeństwa bardziej chce mieć, niż być. Ludzie prześcigają się w osiąganiu dóbr materialnych. Prześcigają się nawet w osiąganiu tytułów naukowych, ale też po to, by je mieć, nie po to by być kimś. Wszystko w celu, by wywyższyć się ponad innych.
Kiedy przewodnik górski prowadzi wycieczkę w góry, zanim ruszy, udziela instrukcji, jak należy zachować się na trasie. Informuje uczestników co robić powinni, a czego im robić nie wolno. Słowem nie wspomina o przywilejach uczestników wycieczki górskiej. Wręcz, w sytuacjach tego wymagających, może użyć przemocy fizycznej wobec niesubordynowanych osób. 
Nikt nie buntuje się podczas udzielanego instruktażu. Wszyscy godzą się na przedstawiony regulamin wycieczki. Inaczej rzecz ma się na trasie, kiedy pojawia się trud i zmęczenie. Wtedy zaczyna rodzić się taki, czy inny sprzeciw. 


Kto z nas ostatnio był jak Jan i powiedział:  "ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów."
Zamiast tego ciągle mówimy albo myślimy: kimże on jest, że śmie mi sugerować, jak robić powinienem? I zapominamy, że w każdym jest Boży Duch. Bo każdy jest przecież stworzony na obraz i podobieństwo Boga.


Chcemy wolności i niezależności. Chcemy wytyczać własne ścieżki, budować własne drogi i poruszać się po nich według własnego kodeksu. Niepotrzebne nam są wskazówki, ani drogowskazy stawiane przez innych. 


Tylko gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Pana, który właśnie idzie?

sobota, 3 grudnia 2011

Sama jestem dzieckiem - kalendarz adwentowy

"Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!"


Kiedy mam do czynienia z dzieciakami, hmmm mam na myśli licealistów, często, na każdym kroku powtarzam, by nigdy, w życiu teraźniejszym i przyszłym, nie oburzali się, gdy ktoś zwróci się do nich słowami:

- Moje drogie dziecko.
- Dziecko kochane - itd. itp.

Tłumaczę i udowadniam, że choć już dziećmi się nie czują, albo nawet jeśli są posiadaczami upragnionej plastikowej przepustki w dorosłość, ba, nawet jeśli sami będą już rodzicami, by z wielką radością, wręcz oczekiwaniem, przyjmowali te słowa wypowiadane przez obecnych i byłych wychowawców, ciocie, sąsiadki a nawet obce starsze panie na ulicy. Dlaczego? Dla tej prostej przyczyny, że jeżeli na świecie jest jeszcze ktoś, kto może do nich powiedzieć moje drogie dziecko, to znaczy, że nie oni są w pełni odpowiedzialni za świat i sprawy się na nim toczące. To znaczy, że nie na nich spoczywa wielki obowiązek dźwigania świata na swoich ramionach, podejmowania decyzji od najprostszych, po te o randze światowej. I nawet jeśli to starsze pokolenie, które z wielką pobłażliwością zwraca się słowami dziecko kochane, jest słabe i potrzebuje ich fizycznego wsparcia, by zrobić kolejny krok w swoim życiu, to wciąż służy bezcenną radą, doświadczeniem, dorobkiem, a przede wszystkim miłością.

Skoro otrzymało się ten wielki dar bycia dzieckiem Bożym, trzeba wynikającą z niego radość dzielić z całym światem. Z ludźmi. Tam i z powrotem.

piątek, 2 grudnia 2011

Kodeks człowieka pobłażliwego

 (Zapożyczone z sieci)

§ 1
Człowiek pobłażliwy dobrze się czuje wśród rozmaitości zjawisk, form, koncepcji i poglądów. Człowiek pobłażliwy nigdy nie przyłoży ręki do akcji mającej na celu redukcję mnogości zjawisk, redukcję taką bowiem będzie uważał za akt sprzeczny z pobłażliwością.
§ 2
Człowiek pobłażliwy stara się zrozumieć wszystko i wszystkich, zrozumienie bowiem jest koniecznym warunkiem pobłażliwości. Pobłażanie bez zrozumienia byłoby jedynie formą obojętności i lenistwa duchowego.
§ 3
Człowiek pobłażliwy, wierząc w jedną prawdę, potrafi dostrzec elementy, okruchy tej prawdy w najrozmaitszych, najbardziej na pozór sprzecznych z nią poglądach. W istocie nie może być na świecie żadnego poglądu obdarzonego dynamiką, który nie byłby w jakiś sposób spokrewniony z jedyną prawdą świata, tylko ta prawda bowiem jest źródłem wszelkiego dynamizmu ideowego. Tak więc, szanując wszystkie poglądy, człowiek pobłażliwy bynajmniej nie sprzeniewierza się jedynej prawdzie, lecz przeciwnie - oddaje jej hołd.
§ 4
Człowiek pobłażliwy musi w swej pobłażliwości zrobić jeden wyjątek: nie wolno mu pobłażać samemu sobie. Pobłażliwość bowiem osiągnąć można jedynie zwalczywszy takie właściwości swojej natury, jak nadmierną miłość własną, zaborczość, egotyzm, egoizm, skłonność do pychy i wywyższania się ponad innych, skłonność do przyznawania swojej osobie większych i w ogóle odmiennych praw niż innym osobom.
§ 5
Człowiek pobłażliwy nie pobłaża sobie, lecz musi pobłażać innym, choć często widzi, że oni są nadmiernie pobłażliwi dla siebie samych. Gdyby widząc, że są oni dla siebie nazbyt pobłażliwi, odmówił za to swojej pobłażliwości, byłoby to wywyższanie się ponad nich, które pozbawiłoby go kwalifikacji na człowieka pobłażliwego.
§ 6
Człowiek pobłażliwy szanując wszelkie poglądy i domagając się w zasadzie udzielania ich zwolennikom możliwości ich głoszenia, musi nierzadko wziąć udział w walce z niektórymi z nich. W tym wypadku, o ile przy tym pewien jest swojej prawdy, powinien walczyć jak najskuteczniej, lecz bez gniewu.
§ 7
Człowiek pobłażliwy po powaleniu przeciwnika natychmiast pomaga mu wstać. O ile przeciwnik jest dość silny, aby z kolei powalić jego, człowiek pobłażliwy, uznając swój błąd, nie powinien jednak dziwić się, gniewać ani żałować, że tak postąpił, błąd bowiem, jakim jest całkowite zniszczenie wroga, byłby błędem po stokroć większym i groźniejszym niż błąd wynikły z przedwczesnego podania wrogowi ręki.
§ 8
Człowiek pobłażliwy winien być czasem pobłażliwy i dla siebie samego, jeśli mimo dołożenia wszelkich wysiłków popełnia błąd. Absolutna niepobłażliwość dla własnego błędu dowodziłaby bowiem nadmiernego mniemania o sobie, czego człowiek pobłażliwy unika. Człowiek załamujący się dlatego, że popełnił jeden błąd lub okazał słabość, daje tym dowód pychy, której z prawdziwą pobłażliwością pogodzić się nie da. Człowiek pobłażliwy musi być człowiekiem skromnym, bowiem tylko w tym wypadku pobłażliwość nie wyda się ludziom upokarzającą jałmużną, co byłoby znowu formą wywyższania się ponad nich.
§ 9
Człowiek pobłażliwy może uważać wiele poglądów ludzkich za niesłuszne, a wiele czynów ludzkich za złe i ma wtedy obowiązek walczyć z nimi, człowiek pobłażliwy nie jest bowiem sceptykiem bez poglądów. Człowiek pobłażliwy nie powinien jednak marzyć o tym, aby takie niesłuszne czy złe rzeczy znikły z powierzchni ziemi i nigdy nie istniały. Człowiek pobłażliwy wie bowiem, że każdy błędny pogląd czy zły uczynek, będąc przeinaczeniem prawdy, od niej jednak zależy, bo jego negatywne do niej ustosunkowanie jest również formą zależności, a więc - potwierdza jej istnienie; bez prawdy nie byłoby nieprawdy. Dopóki istnieją ludzie, dopóty będą dawać prawdzie takie odwrócone świadectwo, potwierdzając ją przez zaprzeczenie, można bowiem przeczyć tylko temu, co istnieje. Człowiek pobłażliwy wie, że bezkompromisowo walcząc o prawdę, musi być w swoim sercu pobłażliwy dla ludzkiej nieprawdy. Człowiek może być ludzkim pogromcą i poskromicielem - nigdy ludzkim sędzią.
§ 10
Człowiek pobłażliwy nie może ubierać swej pobłażliwości w formę ostentacyjną, domagać się za nią wdzięczności, uznania lub hołdów. Człowiek pobłażliwy ubierać winien swą pobłażliwość w formę jak najmniej przynoszącą mu zaszczytu, nie lękając się nawet tego, że pobłażliwość ta poczytana mu będzie za wynik słabości lub braku poglądów. Pobłażliwość jest bowiem ważna jako postawa wewnętrzna - jako higiena duszy.

A teraz, o Czytelniku, przejrzyj sobie dziesięć zasad kodeksu pobłażliwości, porównaj je ze swoim postępowaniem i oblicz procentowo, o ile jesteś, a o ile nie jesteś Człowiekiem Pobłażliwym.
Stefan Kisielewski

Masz, co chcesz - kalendarz adwentowy

"Według wiary waszej niech wam się stanie."


- Chcesz? Masz, co chcesz! Boisz się, że zwolnią cię z pracy, że nic ci w życiu nie wyjdzie, że po raz kolejny poniesiesz jakąś klęskę? Wszystko to dostaniesz.

Przecież Bóg nie potrzebuje, abyśmy wierzyli, że  jest Bogiem, dla samego bycia, gdzieś tam w niebiosach, zasiadającym na tronie i z wysokości rozpatrującym nasze prośby, przyjmującym dziękczynienia, byśmy odczuwali przed nim lęk itd.
Bóg chce byśmy uwierzyli, że jesteśmy stworzeni do miłości - do Jego Miłości. Byśmy uwierzyli, że jesteśmy stworzeni do wielkości - na Jego obraz i podobieństwo. Byśmy uwierzyli, że u naszych ramion rosną skrzydła, które pozwalają nam już teraz, dziś - nie kiedyś w przyszłości - być aniołami w życiu przed prawdziwym Życiem.

Wierzysz, że jesteś stworzony do Miłości?
Wierzysz, że jesteś stworzony do wielkości?
Wierzysz, że możesz mieć anielskie skrzydła już, teraz?

Wierzysz, że Bóg może cię takim uczynić? To Go o to poproś. To się takim stań. Tylko pamiętaj, że możesz się zdziwić, gdy zobaczysz świat, kiedy  Pan się nad tobą ulituje i spełni twoje prośby. Kiedy zdejmie  z twoich oczu bielmo niewidzenia... I jakimi drogami poprowadzi cię do celu.

Masz, co chcesz. Według twojej wiary.

czwartek, 1 grudnia 2011

Bez zbędnych słów - kalendarz adwentowy

Dzisiejszy dzień zachęca do milczenia. Przypomina mi się dewiza św. Benedykta "Ora et labora" (Módl się i pracuj). Ignacy Loyola też miał swoją maksymę "Módl się jakby wszystko zależało od Boga, pracuj, jakby wszystko zależało od ciebie".

Modlić się poprzez pracę. To praca niech będzie moją modlitwą. Bo ta, prócz pieśni, naszemu Ojcu najmilsza. Otoczona jestem pięknem. Otoczona jestem pięknymi ludźmi, pięknymi dziełami, pięknym światem, bo  wszędzie potrafię dostrzec piękno. Nawet tam, gdzie inni go nie widzą. Staram się z piękna budować moje marzenia, pragnienia, pasje - moją duszę. Z piękna powstaje dzieło mojego życia. To ono zachwyca mnie do pracy. Praca zaś pomaga w zmartwychwstaniu. Zmartwychwstanie nie jest czymś przyszłym. Zmartwychwstanie dokonuje się we mnie każdego dnia, w każdej chwili mojego istnienia. Zmartwychwstaję do pracy. Zmartwychwstaję do piękna. Zmartwychwstaję do wieczności. Ale najbardziej zmartwychwstaję do mojego człowieczeństwa, skrojonego na miarę Miłości, która swoim światłem rozświetla mrok mojej ciemnej strony. I niezłomnie czekam na chwilę, kiedy wejdę w Jasność. Ta zaś spowoduje, że wszystkie strony mojej duszy będą jaśniały Miłością, która obiecuje, że warto mi każdego dnia zmartwychwstawać. Obiecuje, że warto na twardej skale tworzyć dzieło mojego życia. By odnaleźć jedno, najważniejsze Słowo. I umieć modlić się, jakby wszystko zależało od Boga, pracować, jakby wszystko zależało ode mnie...

wtorek, 29 listopada 2011

Apostoł znaczy wysłannik

Jej! Jaki ten kościół katolicki na świecie jest skostniały, konserwatywny i niereformowalny. Beton! Po prostu beton! Już Watykan i jego polityka w szczególności!
No, jak Papieskie Rady Kultury i Środków Społecznego Przekazu mogą preferować kogoś, kto zaleca, wręcz wymaga (nie boję się tego słowa) od młodych ludzi skupionych w organizacji wychowawczej dzieci i młodzieży karności, dyscypliny i posłuszeństwa?! No i jeszcze do tego szacunku dla swoich przełożonych! To jest wprost nie do pomyślenia. Kogoś, kto gnębi niezależną opinię młodych ludzi zaprasza się na światowe spotkanie osób ewangelizujących w sieci?!
Przecież młodym potrzebna jest niczym nie ograniczona swoboda, wolność wypowiedzi, jednostronna bezkompromisowość i tyle innych swobód, że miejsca by brakło na wyliczenie. A tu beton, wszędzie, na każdym kroku. Nawet w kościele.

Zamieszczeniem mojego listu otwartego rozpętałam wielką burzę w małej szklance wody.

Żebym nie była gołosłowna, komentarze spod listu otwartego (czy trzeba dodawać, że są to komentarze młodych ludzi?):

- Krótki przepis na harcerski beton :)


- Nie mam zamiaru się tu odnosić do całego sporu pomiędzye autorką i adresatem listu, ale przerażające dla mnie jest to, jak się próbuje na siłę wtłoczyć ludzi w określone ramy zachowania, tłumacząc je karnością i posłuszeństwem. I co, w zizku z tym, że nasze anachroniczne prawo mówi, że mamy być karni i posłusznie, to nie mamy prawa do własnego zdania? Mamy siedzieć cicho, bo starszyzna, seniorzy i historia wiedzą lepiej co i jak ma być na świecie? Bardzo to smutne... i coś mi się wydaje, że to nie zabardzo wpisuje się w obraz harcestwa, które stawia na indywidualność, pozytywność, naturalność, dobrowlność i świadomość celów oraz wzajemność oddziaływań...


 jedynie komentuję tę treść listu Druhny Doroty, która mnie nieco przeraziła swoim spojrzeniem na tę "karność i posłuszeństwo" w naszym prawie...


No, ja się tych komentarzy przytoczyć nie wstydzę.
Powiedziałam w sprawie, co czułam, że powiedzieć powinnam. Nie należę do osób, nie pamiętających, że swą młodość przeżywały, dlatego z wielką przychylnością życzyłam niegdyś jednej osobie łez czystych, rzęsistych. Widać wyraźnie po komentarzach na popularnym komunikatorze społecznościowym, że grono osób, do których powinnam zaadresować moje szczere życzenia, jest szersze.
Ponieważ mój list otwarty napisałam w kilka dni po przytaczanym w czytaniach fragmencie Ewangelii o Jezusie, który zagrzmiał w świątyni, nie widzę nic zdrożnego, ba! nawet mam przykład, że czasem należy mocno zagrzmieć, by przywołać kogo do porządku.
Tak się dodatkowo ośmieliłam po słowach watykańskiego szefa od mediów, który powiedział mi i 149 innym ze świata, zaproszonych 2 maja br. do Watykanu na konferencję, że jestem współczesnym rybakiem, apostołem Pana.

No cóż, ale kościół katolicki to też beton. A ten, co powiedział 2 maja do mnie i innych 149 słowa, które wprawiły mnie w takie zadufanie, jest jezuitą. A ile betonu można znaleźć u jezuitów???

Przecież każdego, kto stawia wymagania trzeba skrytykować, odrzucić.

Zastanawiam się, jak dla ludzi młodych, których charaktery kształtują się, brzmią słowa błogosławionego "Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali" skierowane do harcerzy właśnie?




poniedziałek, 28 listopada 2011

Byłam uczennicą

- Lubię moją babcię - powiedziała Maleńka Wnuczka.

Usłyszałam po raz pierwszy w życiu te słowa i musiałam ukryć się przed wzrokiem pozostałych domowników, bo oczy mi się spociły. Siedzieliśmy w kuchni z laptopem, połączeni za pomocą komunikatora internetowego. Odmierzałam produkty potrzebne do przygotowania biszkopta. Dawno nie piekłam żadnych słodkości, ale leżąc, Duża Mała Dziewczynka nieustannie wymyśla, co by jeszcze zjadła.  Toteż rozbijając jajka, odmierzając mąkę i cukier łyżkami i sypiąc  do kubeczków, robiłam to przed kamerką i prosiłam Maleńką Wnuczkę, by pomagała mi liczyć.

- Laś, dła, czi- liczyła, aż w końcu wypaliła z tym wyznaniem.

Moja nauczycielka historii z ogólniaka, z którą dzisiaj miałam tzw. biznesowe spotkanie, nie mogła uwierzyć, gdy oznajmiłam, że jestem babcią. Zapewniała, że wciąż widzi mnie, jako uczennicę i tak o mnie myśli. Ponieważ owo biznesowe spotkanie odbywało się generalnie w gronie nauczycielskim, jedyna prócz mnie osoba spoza zawodu spuentowała:

- No tak, dla nauczycieli ludzie dzielą się na tych, którzy są uczniami, byli uczniami, albo nimi będą...

Cóż dopiero mówić o nauczycielach szkoły z ponad 100-letnią tradycją! A historyk, który jest autorem monografii tej szkoły, musi klasyfikować tak cały świat i pół Ameryki.
Biznes dotyczy sesji historycznej nt. Stulecia Harcerstwa Sądeckiego. Przygotowuje ją szacowna szkoła wespół z Polskim Towarzystwem Historycznym, oraz, jak się okazuje, z naszym hufcem.

Pamiętam, w czasach, gdy byłam uczennicą tej szkoły, popularnie zwanej drugą budą, sama brałam udział w podobnej sesji. Wskazano mnie (nie był to przymus) do przygotowania referatu na temat, którego postanowiłam tu teraz nie przytaczać i prezentowałam go w auli. W tej samej, w której odbędzie się planowana sesja... Takich sesji historycznych aula drugiej budy widziała wiele, bo ciągle jest jakaś stosowna rocznica w mieście.


Cóż, właściwie to sama nie wierzę, że jestem babcią.

sobota, 26 listopada 2011

Po coś

Powiedziałam Dużej Małej Dziewczynce, że skoro musi leżeć i w dodatku z powodu kontuzji biodra, to jest to dobry czas, by zapoznała się ze swoją prababcią - Moją Babcią, jedyną, jaką miałam. Jest czas, jest wskazanie, jest znak. Wszystko jest po coś, jak filozoficznie niedawno napisał mi Ksas.

Duża Mała Dziewczynka kilka tygodni musi spędzić w łóżku. Lekcje zapewni jej szkoła w domu. Przynajmniej część lekcji. Trochę wzięłam na siebie. Spędzi więc czas na nauce, czytaniu, grach itp. To wszystko, to kropla w morzu czasu, który bardziej niż morzem, oceanem rozlewa się, gdy trzeba leżeć praktycznie nieruchomo. Nie można usiąść, nie można chodzić, a krew w żyłach burzeje...

Moja Babcia - mama Mojej Mamy - ostatnie lata swojego życia spędziła w łóżku, w wyniku złamania panewki stawu biodrowego. Niewiele opowiadałam dzieciom na temat Mojej Babci. Za to spisałam to, co najważniejsze w "Aniołach mojego dzieciństwa", które czekają na poprawę i pójście do druku. Zachęcałam Dużą Małą Dziewczynkę, by sięgnęła do tych moich reminiscencji. Zasiałam w niej zainteresowanie, choć błędnie interpretuje moje wskazania. Trudno w to uwierzyć, ale nie ominęła jej depresja związana ze świadomością choroby. Wiem czym jest taka depresja, bo sama zawsze ją odczuwam. No, nie jest to klasyczna depresja prowadząca do fatalnych skutków, wymagająca leczenia farmakologicznego, czy innej terapii. Jednak spore załamanie ducha następuje w każdej chorobie.

Moja Babcia jawi mi się królową, gdy leżała w łóżku podczas swojej choroby. Nigdy nie słyszałam narzekań ani biadolenia. Przeciwnie - gawędziła, jakby położyła się na chwilę dla odpoczynku. Uwielbiałam jej opowieści o czasach, kiedy sama była dzieckiem. Zawsze opowiadała śmieszną, mało prawdopodobną historię, że gdy miała kilka lat spłonął kościół z księgami parafialnymi i proboszcz prosił  parafian o podanie wszystkich danych dotyczących poszczególnych członków rodziny, by odtworzyć dokumenty. Tatuś Mojej Babci zawyżył ponoć wiek swoich dzieci po to, by mogły szybciej pójść do pracy. I tak Mojej Babci, po której dostałam swoje drugie imię, dodał rzekomo trzy, czy cztery lata. Najbardziej po siedemdziesiątce pilnowała, by pamiętać o odjęciu jej tych lat.

Kiedy już zaproponowałam Dużej Małej Dziewczynce, by zapoznała się ze swoją prababcią, to naszła mnie refleksja, jak wiele osób z mojej rodziny, z rodziny Mojej Babci, dotkniętych zostało ograniczeniem narządu ruchu na poziomie miednicy właśnie.
To nieprawdopodobne: Moja Babcia, jej syn - Brat Mojej Mamy, jak nazywam w książce mojego najwspanialszego wujka, Moja Mama, moja Mała Duża Córeczka - przez 6 tygodni leżała we wczesnym dzieciństwie z nogą na wyciągu, z powodu zapalenia stawu biodrowego, teraz Duża Mała Dziewczynka... Ha, nawet Mój Ojciec miał przykry wypadek, podczas którego złamaniu uległa miednica w czterech miejscach. Założono mu śmieszne bermudy gipsowe na kilka miesięcy... Dla moich córek, to epizodyczne, ale co w tym jest?
Może Brat Mojej Mamy odkrył, skoro przez więcej niż 2/3 swojego życia dotknięty jest tym brzemieniem?

piątek, 25 listopada 2011

Słowo a świat

Trwam mocno zakorzeniona w tym świecie, który jest światem ponad siedmiu miliardów ludzi żyjących wspólnie. Nie pierwsza w historii ludzkości czuję, że odbieram ten świat tylko jako moje wyobrażenie. Odbieram pogodę i niepogodę, dzień i noc, zdrowie i chorobę, radość i smutek, ale także człowieka i wszystko co mnie otacza, jako obraz zbudowany z wiedzy, którą zdobyłam, ale przede wszystkim intuicji i wrażliwości, jakie posiadam. Mam nawet wrażenie, że cała moja wiedza nie jest wcale oparta na wykładach, podręcznikach i encyklopediach, a na obserwacjach, które poprzez taki a nie inny stopień wrażliwości i dokładnie taką intuicję, jaką posiadam, pozwoliły mi  zbudować sobie obraz świata i rzeczywistości.
Nie powołuję się tutaj na żadną z teorii filozoficznych, bo nim zdobyłam wiedzę, że już ktoś tak myślał przede mną, a nawet dokładnie to zapisał ubierając w naukowe teorie i mądre słowa, ja to po prostu czułam całą sobą. Rozumem, sercem, duszą, intuicją, wrażliwością.
To odczuwanie też zapewne ma pokrycie w nauce - wiem nawet jakie, znam to słowo i zjawisko. Potrafię wymienić nazwiska myślicieli, którzy nie tylko czuli to samo, co ja, ale podzielili się tym czuciem ze mną i z tobą. Ale po co przywoływać ich tutaj?

Chodzi o to, że pomimo mocnego zakotwiczenia we wszystkim, co jest moim udziałem - biegu wydarzeń, działaniach, uczuciach  - wiem z całą pewnością, bo czuję wyraźnie, że jest to tylko namiastka prawdziwego życia. Bo prawdziwe życie wcale nie toczy się tu i teraz. Bo prawdziwe życie nie wiedzieć czemu, jest za przesłoną, jak we śnie, jak za mgłą wszelkich naszych wyobrażeń.
Życie, myślisz sobie, takie tam... I myślą nie ogarniasz. Życie, to uczucia, pasje, pragnienia, marzenia, namiętności. Życie to działanie, realizacja. Życie to spełnienie. Życie to myśl, która jest wolna. Życie to słowo, które jest brzemienne we wszystko, czego dzisiaj wyrazić nie potrafię.
Życie to SŁOWO.

Daj wymowę i mądrość... i pozwól milczeć. Daj poczuć wreszcie Życie.

czwartek, 24 listopada 2011

Sprzęt rehabilitacyjny

Jeszcze przedwczoraj nie miałam zielonego pojęcia ile kosztują kule łokciowe. Myślałam, że trzeba za nie zapłacić z 200 zł. albo więcej. Okazuje się, że znacznie mniej. Ale też można zapłacić jeszcze mniej, niż znacznie mniej. Wystarczy mieć zlecenie od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Takiej informacji udzieliła mi telefonicznie urzędniczka NFZ w moim mieście.
Jednak przy kontakcie z lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej napotkałam opór, jakby wypisanie takiego zlecenia i wykorzystanie przeze mnie przysługującego mi z racji ubezpieczenia prawa, obciążało w jakikolwiek sposób, najpewniej finansowy, lekarza. Gdybym dostała takie zlecenie, to za dwie kule zapłaciłabym jak za jedną. W zamian za to usłyszałam sugestię, że przecież te kule nie kosztują tak dużo i w domyśle było zapewne, że po co robię zamieszanie? Przynajmniej tak brzmiała cisza, która zapadła po tym stwierdzeniu.
Zamieszanie to zrobiło się, kiedy padła diagnoza.
Brzmi strasznie. Jeszcze do teraz.
Informacja, że złamanie awulsyjne, to nic innego, jak złamanie z oderwaniem fragmentu kostnego, że kilka tygodni unieruchomienia poprzez leżenie w łóżku i poruszanie się o kulach, że... i... Zawrót głowy i wrażenie, że to nie jest prawda, zwłaszcza, że złamanie nastąpiło zaraz na początku wakacji i tak długo było po prostu przechodzone!

Kiedy usiłowałam dokonać rejestracji do specjalisty na podstawie skierowania, czyli kolokwialnie mówiąc - na fundusz, otrzymałam informację, by dzwonić po 15 grudnia, bo wtedy będzie dokonywana rejestracja na styczeń i luty! Wyprosiłam wcześniejszy termin, tłumacząc, że przecież to pilne. Choć lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, trafnie diagnozując na oko prawdopodobne złamanie tego kolca, nie dał skierowania na cito! Dostałam termin na 5 grudnia. Cóż było robić? Prywatnie zostałam przyjęta i zdiagnozowana natychmiast. Wykonano USG, a jakże, od ręki! Ale nie w tej samej przychodni. Z przekory poszłam do innej. Nawet do specjalisty z całkiem innego miasta. I Bogu dzięki. Trafiłam na lekarza, który traktuje pacjenta holistycznie. Nawet łącznie z rodzicem pacjenta!
No i jeszcze ta sugestia lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, że przecież kule nie kosztują znowu tak dużo...

Po raz kolejny pytam sama siebie: czy ja się czepiam???

Proście o co chcecie

"Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość..." 


Zafundowałam sobie absolutnie rozkoszny dzień z przepowiadaniem o. Fabiana. Wysłuchałam kilku godzin jego doskonałego gadania. Zapewne nie mówi on do grzecznych dziewczynek i grzecznych chłopców. (Pod warunkiem, że każda dziewczynka i każdy chłopiec mają gruntowną wiedzę na temat związany z grzecznością.)

Całkiem przez przypadek znalazłam wytłumaczenie słów pochodzących od św. Łukasza "Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość..." Fabian, jak zawsze wywraca wszystko do góry nogami. Wywraca tak, że musi mieć świętą rację, bo jakżeby inaczej dostał tę wymowę i mądrość?

Maleńka Wnuczka obudziła się rano z płaczem, zawodem i pytaniem:

- Gdzie jest księżniczka?

Na pytanie swojej mamusi, jaka księżniczka, odpowiedziała:

- Moja! Duża.

Szukając konkretów, mamusia zapytała jeszcze, w co była ubrana.

- W ubranko. - Odpowiedziała Maleńka Wnuczka i rozpłakała się na dobre żałośnie.

Nie dość, że nie wiadomo, co się stało z księżniczką, która jeszcze przed chwilą we śnie była, to jeszcze mamusia zadaje takie nierozsądne pytania.

Gdy słucham przepowiadań o. Fabiana, to życie jawi mi się tak, jak Maleńkiej Wnuczce rzeczywistość tuż po przebudzeniu się ze snu o księżniczce. Moje rozumienie Boga pozostaje jakby za zasłoną ze snu. I dobrze, bo "dobrze widzi się tylko sercem". 

Przepowiadanie - jedno z wielu

poniedziałek, 21 listopada 2011

Taki związek

Jak może funkcjonować związek ludzi, w którym jedno jest bardzo niechętne, drugie zaś ogromnie pragnie?
Czy jest możliwy? Na ile temu pragnącemu starczy zapału i energii, by pragnąć za tą drugą osobę? Jak mocno i jak głęboko ten niechętny będzie musiał zranić pragnącego nim temu otworzą się oczy i realnie spojrzy na rzeczywistość? Czy ten pragnący jest głupi, czy może tylko naiwny? A może głęboko wierzy w powodzenie swojej misji w stosunku do niechętnego i ich wspólnego dzieła?
Bo każdy związek powstaje, by tworzyć jakieś dzieło. Ludzie nie są ze sobą dla samego bycia. Może przez chwilę. Zazwyczaj, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy, mają do wypełnienia jakąś wspólną misję. Dla małżonków jest ona jasna jak słońce. Przyjaciele również potrafią sprecyzować, co ich łączy. Współpracownicy, wspólnicy w interesach nie muszą się silić na żadną filozofię wspólnego związku. No a ci, z których jedno jest bardzo niechętne, a drugie ogromnie pragnie? Czy każdy związek może zamienić się w taki duet? Może nie zamienia się, a od początku jest takim, tylko ten pragnący zobaczył go prawdziwie dopiero, gdy zgubił gdzieś te cholerne różowe okulary?
A czy temu pragnącemu i temu niechętnemu potrzebny jest ten drugi? Przecież każdy z nich realizuje  się zupełnie niezależnie. Czy musi realizować się w akceptacji drugiego człowieka? Chciałabym raczej napisać: czy musi realizować się w oczach tego drugiego...
W oczach innych ludzi odbija się nasze oblicze - pragniemy się w nich przeglądać. Pragniemy, by inni nas akceptowali. Czasem trafiamy na tych, którzy niechętnie na to pozwalają. I choć z chęcią tworzą swoją część tego wspólnego dzieła, to trzymają się na dystans od naszego entuzjazmu. Bo co?
Bo każdy jest inny.
Jest ten, który jest bardzo niechętny i ten, który ogromnie pragnie.
Najgorzej jest z tymi obojętnymi.