MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 30 listopada 2012

Nawałnica miłości

Przez nasz dom przechodzi nawałnica miłości. Maleńka szczebiocząca istota zawojowała nawet dwa koty, które drepczą za nią krok w krok, wierne jak psy. Przez pierwsze dni przez pomyłkę zdarzyło jej się powiedzieć do mnie: mamusiu, ale teraz, nawet nocą przez sen woła: babciu. Dziś dodała piękny ozdobnik: ukochana.
Każdego dnia odwiedzają nas nasi znajomi, ciekawi tego zjawiska, któremu na imię wnuczka. A ona natychmiast zaskarbia sobie ich serca. Dziś np. groźnie wyglądającemu Darkowi nakazała trzymać różową wstążkę w groszki i dyrygowała nim: Wyżej! Niżej! Źle trzymasz! Itd. Zaś "uczycielce z przedszkola", która dopiero co wczoraj gościła nas w swoim przedszkolu, tłumaczyła dziś, że jest już dorosłym dzieckiem, bo umie pić jedną ręką, po czym podkasawszy zamaszyście rękawy bluzki, złapała szklankę w maleńką dłoń i przyłożyła do ust. Zważywszy na to, że wyjeżdżając z domu piła z kubka z dzióbkiem, jej dorastanie przebiegło w naprawdę szybkim tempie...
Mam oblizane językiem okna w małym pokoju, lustrzane drzwi przedpokojowej szafy przeszły któregoś dnia chrzest, bo Maleńka Wnuczka odkurzała je ssawką od odkurzacza, która wcale nie jest zakończona włosiem, w dużym pokoju zrobiła porządki układając i przekładając wszystko po swojemu, "ktoś" zepsuł okręt dziadka zrobiony z muszelek, który był pamiątką przywiezioną znad morza, może ten sam "ktoś", może inny, Maleńka Wnuczka tego nie wie, porysował markerem Miś-Misia oraz poduszkę i kołdrę Dużej Małej Dziewczynki... I głowę sobie dam uciąć, że przez ponad 40 lat nie bawiłam się z moją starszą siostrą w "stary niedźwiedź mocno śpi", aż do któregoś popołudnia mijającego tygodnia, kiedyśmy zawiązały kółko na dywanie naszego dużego pokoju.
Łyżka do butów miała swoje 5 minut w nudnym żywocie, ponieważ przez kilka szczęśliwych dni była berłem "jej królewskiej mości". No i osiedlowe drzewa, chyba nigdy, od kiedy rosną na osiedlu, nie słyszały tak wielkiego zachwytu z powodu tego, że deszczem spadają z nich liście, jak wtedy, gdy Maleńka Wnuczka radowała się na ten widok.
A Mniejszy Brat, podczas dzisiejszej telekonferencji, powziąwszy mocne postanowienie "teś ide", wciskał nogę w iPada.
Nawałnice szybko mijają. Są prognozy, że jutro uderzy potrójną siłą i przed nocą ucichnie. I chyba w żadnym innym miejscu na świecie ludzie nie pragną tak jak my, by koniec nawałnicy nie nadszedł.

Chłopiec z latawcem*

Jakiś czas temu, opracowując projekt imprez profilaktycznych dla młodzieży (nieharcerskiej), zahaczyłam o interesujący temat. Przygotowywałam się do zajęć pozwalających młodzieży uwierzyć, że każdy, jeśli tylko chce, może wznieść się wysoko ponad przeciętność. Dla zobrazowania miał posłużyć warsztat robienia latawców, wcześniej jednak należało zrobić podkład teoretyczny tak z filozoficznego, jak i naukowego punktu widzenia. Pierwszy wykład nie wymagał większego zaangażowania się w przygotowania, bo takie tematy po prostu we mnie są, zaś w celu spreparowania drugiego, sięgnęłam do źródeł internetowych, jakże niezastąpionych w dzisiejszych czasach. Przygotowałam się z całej historii tworzenia latawców - tu też były aspekty dwutorowe: pierwszy już nie filozoficzny, ale kulturowy, drugi - naukowy i dla pełnego profesjonalizmu: techniczny. Przyswoiłam sobie sporo faktów i ciekawostek, którymi zamierzałam podzielić się z młodzieżą, by ta potem, podczas warsztatu tworzenia latawców, na własnej skórze odczuła, że wznoszenie się ponad przeciętność nie jest łatwą sztuką, wymaga mozołu i zaangażowania i jak każdego rzemiosła i tego trzeba się nauczyć; marzenia powoływać do życia, talenty wypracowywać.
"Ciocia Wiki", jak młodzież lubi nazywać popularną internetową encyklopedię, w ciekawostkach podała mi do tematu lekturę traktującą o tradycji tworzenia i puszczania latawców w jednym z krajów islamu. Oczywiście wtedy nie miałam czasu na zgłębienie lektury, ale z uwagi na to, że tytuł był łatwy do zapamiętania, zapamiętałam i postanowiłam przeczytać.
***
Jako ciekawostkę ciekawostki mogę przytoczyć fakt, że młodzież, jak młodzież, ale wychowawczyni przysłuchująca się mojemu wykładowi teoretycznemu z filozofii, historii i tradycji tworzenia latawców weszła mi w słowo, mówiąc:
- Czytałam kiedyś taką książkę...
- No, ktoś przynajmniej skorzysta z moich zajęć - pomyślałam.
***
O "Chłopcu z latawcem" nie da się opowiedzieć. Tę książkę trzeba przeczytać. Jeśli komuś bliskie są sprawy współczesnego świata, miłości i honoru, wartości ponadczasowych i ponadreligijnych, czyli uniwersalnych dla ludzkości, to powinien zapamiętać sobie ten tytuł i kiedyś po niego sięgnąć. Zupełnie niezależnie od tego, czy przygotowywał się do warsztatów, czy brał w nich udział ;) winien jest sobie i innym ludziom to, by znać wszelkie ciemne zaułki tego świata, o którym tak lubimy mówić (samej mi się to często zdarza), że jest najpiękniejszym ze światów. W tle tragicznej historii płonie mocnym światłem nadzieja i wiara w człowieka i jego zwycięstwo nad słabościami, lękami, oraz wszystkimi niewiernościami i świństwami.


* "Chłopiec z latawcem" - Khaled Hosseini




środa, 28 listopada 2012

Odpowiednie proporcje

Z racji pracy z ludźmi, z dziećmi, często przeszukuję Internet w celu poszerzenia swej wiedzy z zagadnień psychologicznych. Mając na uwadze długość mojego życia, stosunkowo niedawno (samodzielnie) zmierzyłam się z problemem bycia DDA (Dorosłym Dzieckiem Alkoholika), albowiem problem ten doskwierał mi w relacjach z innymi ludźmi i w byciu w zgodzie z samą sobą. Ponieważ harcerstwo nauczyło mnie pracy nad sobą, myślę, że w sposób zadowalający poradziłam sobie z tą autoterapią. Najważniejsze w tym wszystkim jest moje samopoczucie i świadomość wyzwolenia się z kompleksów i uzależnień psychicznych w stopniu, który pozwala mi wytrzymać samej ze sobą. Bo jak powiedział mój, 7-letni wówczas syn ADHD-owiec, najtrudniej w takim przypadku właśnie jest wytrzymać z samym sobą.
Znalazłam niegdyś doskonałą stronę poświęconą zagadnieniom DDA i studiowałam ją zapamiętale. Niestety czyszcząc zakładki "ulubione" na internetowym pasku zadań, wyczyściłam adres strony. Ponieważ zgłębiłam temat, więc nie ubolewam zbytnio nad utratą możliwości dotarcia do tego portalu, ale dzisiaj chciałam sprawdzić pewien szczegół, gdyż chciałam mój dzisiejszy felieton oprzeć na wiedzy zdobytej poprzez indywidualne studia psychologiczne na bazie Internetu.
Istnieje teoria psychologiczna (i tu właśnie nie mam pewności, czy słowo teoria jest tym właściwym, dlatego chciałam wrócić do źródła), która mówi, że osobowość człowieka zbudowana jest w ten sposób, że w każdym z nas tkwi wewnętrzne dziecko, rodzic i nauczyciel. Znaczy to, że w każdym z nas jest odrobina siebie jako dziecka (swojego, czyli, że sami dla siebie jesteśmy dziećmi), siebie jako swojego rodzica (czyli, że sami dla siebie jesteśmy swoimi rodzicami) i siebie jako swojego nauczyciela (analogicznie jak do dziecka i rodzica).  Ważne w tym wszystkim jest, aby na każdym etapie życia proporcje dziecka-rodzica-nauczyciela były zachowane na odpowiednim poziomie.
Mając własne doświadczenie życiowe zbudowane z takiego, a nie innego dzieciństwa, z kontaktów i przebywania z innymi ludźmi, funkcjonowania w rodzinie i innych grupach społecznych oraz obserwowania wzrastających dzieci własnych i powierzonych, także obserwowania ludzi tu i ówdzie, a przede wszystkim siebie samej, podpisuję się pod tą teorią obiema rękami.
Kluczowe zdanie: umiejętność zachowania odpowiednich proporcji bycia dzieckiem, rodzicem/dorosłym i nauczycielem na każdym etapie życia.
Iluż znam dorosłych, którzy nawet nie są dziećmi, a zwykłymi pętakami?*


* Nie chciałabym aby ktoś z moich znajomych znowu brał to personalnie do siebie ;). Zaś z drugiej strony, jeśli komuś pomoże nabrać właściwych proporcji, czemu nie??? Tylko proszę nie wmawiać mi, że to "o Was". Czasem i ja wznoszę się ponad to, co mnie otacza. To jest felieton. Fe-lie-ton.
:)



wtorek, 27 listopada 2012

Anioł Dobrego Snu i Anioł Stróż

Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem pościelił łóżko i usiadł na jego krawędzi zgięty w pół od trwającej trzeci dzień migreny.
- Mała Duża Córeczka mówi, że cicho i pusto u nich w domu - powiedziałam.
- Powtórz, bo nie dosłyszałem.
Maleńka Wnuczka skakała po łóżku, z łóżka na podłogę, ale głównie wisiała na plecach dziadka i w momencie, kiedy usiłowaliśmy porozmawiać trąbiła mu dziecięcym głosikiem na wysokich tonach raz do prawego, raz do lewego ucha:
- Tuuutuu dziadek, tuutuu!!!
- Mała Duża Córeczka mówi, że cicho i pusto u nich w domu! - powtórzyłam głośniej.
- Tuuutuu dziadek, tuutuu!!!Tuuu-tu-tu-tuuuu!
- No, nie dziwię się, że cicho, bo u nas są wszelkie odgłosy - powiedział z grymasem bólu na twarzy. Porwał jeszcze Maleńką Wnuczkę na ostatnie tego wieczoru szaleństwo i padł, a ja z małą dziewczynką powędrowałam do drugiego pokoju, do spania.
Rozbrykana jak Tygrys, długo nie mogła zasnąć. Na wyciszenie nie wpłynęła wieczorna lektura, ale też cóż się dziwić, skoro zaledwie wystrugany z drewna Pinokio wyczyniał pierwsze dzikie swawole. Dużo dziksze niż przed chwilą Maleńka Wnuczka z dziadkiem. Potem był protest i głośny krzyk, by nie gasić światła:
- Boję się ciemności! - krzyczała wcale nie słuchając logicznego argumentu, że przecież będę leżała obok.
Szybko nasze oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Okazało się, że ciemność nie jest taka ciemna, jak to się zaraz po zgaszeniu światła zdaje. Wnet rozpoznałyśmy kształt biurka i stojącego na nim monitora, potem regału z książkami, krzesła i... nagle jakieś światło przetoczyło się po suficie.
- To pewnie Anioł - powiedziałam, budząc zainteresowanie.
- Jaki anioł babciu?
- Anioł Dobrego Snu. Jeden z tych Aniołów, które każdego wieczoru przed nocą wylatują z nieba, by sprawdzić, czy wszystkie dzieci już zasnęły.
- A jak nie zasnęły, to co im robi?
- Jeśli nie zasnęły, to przystaje na parapecie okna i przygląda się.
- I co?
- I jeśli dziecko jest samo, to bezszelestnie wlatuje do pokoju i bierze maleństwo w ramiona i tuli i lula, póki dziecko nie uśnie. Bo to Anioł Dobrego Snu przecież.
- I potem co robi?
- Potem odkłada dziecko do łóżka jeszcze delikatniej niż wziął, przykrywa kołdrą i leci dalej. A dziecko uśpione przez Anioła Dobrego Snu ma najpiękniejsze sny na świecie. Jak się obudzisz kiedyś rano i przypomnisz sobie, że śnił ci się najpiękniejszy sen na świecie, to będzie znak, że wieczorem utulił cię Anioł Snu.
- A jakie są jeszcze anioły babciu?
- No, najważniejszy dla małego człowieka jest Anioł Stróż. Rozmawiałaś kiedyś z Aniołem Stróżem, Maleńka?
- Nie. A jak się z nim rozmawia?
- Aniele Boży, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój, rano wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy, strzeż duszy i ciała mego, zaprowadź mnie do żywota wiecznego... opowiedziałam dziecku modlitwę do Anioła Stróża. Przecież mnie też Moja Babcia jej nauczyła.

poniedziałek, 26 listopada 2012

św. Teresa

A więc, to ona. Cała z wosku, jakże różna od wyobrażeń zapisanych w pamięci kilkuletniej dziewczynki. Przede wszystkim inna jest góra. Szczyt zmalał, pozbył się drzew, bitą drogę wyłożono trotuarem z modnych betonowych kostek. Jasny, słoneczny dzień końca listopada pozwolił wedrzeć się światłu w miejsce, które przez ponad czterdzieści lat tkwiło w nieprzeniknionym mroku mojej wyobraźni i pamięci. Nosiłam je w sobie nie wiedzieć czemu tak długo osierocone, zamiast już dawno skierować swoje kroki do zaaranżowanego grobu Świętej.
Przez tę jasność panującą naokół kompletnie straciłam orientację. Do tego kaplica wadowickiego Karmelu pełna była ludzi. Ruszyłam, jak się zaraz okazało w odwrotnym kierunku, nim dotarłam do ołtarza Świętej patronującej mojemu życiu w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Nie potrafiłam wywołać emocji jakie towarzyszyły mi niegdyś podczas krótkich wizyt na Karmelu u św. Teresy, ale odczułam przeszywający spazm, który zazwyczaj jest udziałem wędrowca wracającego do bezpiecznego domu po długiej i trudnej tułaczce.
Piękna pani z półprzymkniętymi powiekami leży najspokojniej w świecie niewzruszona, jak niegdyś, w bocznej nawie wadowickiego Karmelu, choć w moim życiu wydarzyło się tyle! Ale i ona zdążyła zostać doktorem kościoła, aczkolwiek zdaje się nic sobie z tego nie robić. W latach minionych, w wyobrażeniach i w pamięci widywałam ją w innej szacie, w niebieskiej. Dziś wiem, że musiał to być brązowy habit zakonny, w którym ją tym razem zastałam. To głowa Świętej spoczywa na niebieskich atłasowych poduszkach. Tajemniczy uśmiech malujący się na jej ustach kazał mi się w nie wpatrywać jak niegdyś, może wyszepce coś, co usłyszę wreszcie? Wianek z białych róż na głowie i pnące się po jej dziewiczym łonie różowe królewskie kwiaty, tak działające na dziecięcą wyobraźnię, zdobią skromne, zakonne szaty. Do Nieba poszła boso i tak wędruje przez swoją wieczność. Najważniejsze jest, że w swej wędrówce zawsze jest na miejscu. Choć wadowiccy karmelici szczycą się innymi punktami swojego sanktuarium, dla mnie, dla dziewczynki, która we mnie żyje najważniejszym miejscem na górce jest ołtarz św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Małej Teresy. Świętej, która pozwalała nam, dzieciakom patrzeć na swój wieczny sen, będący równocześnie trwaniem w spoczynku i działaniem.
Nigdy nie czytałam, ani nie słyszałam od nikogo jej słów, ale one tkwiły we mnie zawsze. Musiała mi je powtarzać bezgłośnie za każdym razem, gdy do niej przybiegałam wystraszona mrokiem parku i kaplicy, całego Karmelu. Kwitły we mnie, podsycane pozazmysłowym przeświadczeniem, że są treścią mojego życia.


"Pan Bóg dawał mi zawsze pragnienie tego, czym chciał mnie obdarzyć".  Św. Teresa





A więc to ona, św. Tereska od Dzieciątka Jezus.
Wadowicki Karmel. Sanktuarium św. Józefa "na górce".



Ołtarz św. Tereski od Dzieciątka Jezus.
Wadowicki Karmel. Sanktuarium św. Józefa "na górce".

sobota, 24 listopada 2012

Spuchnięte poranki, okradzione drzewa

Każdy ranek, którym w nabrzmiałym czasie przeznaczonym na ten rok witam nadchodzący dzień, puchnie od mgły. O godzinie, zaledwie słońce wstaje, świat trwa w barwie sinego szronu, jak wypełnione szuflady zamrażarki. Powietrze jest mleczno-zamarznięte, choć to nie temperatura powoduje efekt kryształów lodu unoszących się w powietrzu i osiadających na powierzchni wszystkiego, na czym mogą osiąść. Świat jest pozbawiony wszelkich kolorów, jakby ogarnął go jakiś kosmiczny kataklizm. Atmosfera poranka jest napęczniała i zda się spięta agrafką, by z jednobarwnych mgławic nie wylała się choćby jedna kropla zmarzliny.
To nie jest krajobraz dobry dla poetów, ani dla kierowców.
Najczęściej słońce jest więźniem i niewolnikiem pogody, która uzbroiła się w zastępy gęstych, nieprzeniknionych pierzyn mgielnych, ale bywają dni, kiedy uda się słońcu zbliżyć do okna więziennej celi. Do skazańca podobne, uczepione krat rzuca światło i cienie na ziemię. Od tego powstają barwy, bez których życie jest nie do wytrzymania (przynajmniej dla poetów i kierowców).
Od kilku tygodni moje nogi kroczą tylko brukowanymi traktami, więc jakże mnie ucieszyło, gdy zobaczyłam na jednej z tras moich miejskich wędrówek całkiem inne drzewo. Stało nagie z rozścielonym kobiercem liści u swoich stóp, jak panna ze zrzuconym przed kąpielą peniuarem. Promienie słońca, które wkradły się pomiędzy liście, prześwietlały je na wylot, że zdawało się, iż są utkane z tiulu. Nie weszłam wtedy na tę wyspę natury, choć miałam ochotę zatańczyć wraz ze światłem ścielonym przez słoneczne, złote promienie pośród jesiennych liści, ostatnich pod tym drzewem. Zrobię to w powrotnej drodze - pomyślałam.
Powrót był inny. Powroty nigdy nie są takie same, jak droga tam. Kiedy przechodziłam obok drzewa, które wcześniej w wielkim podnieceniu szykowało się do kąpieli usłyszałam rozpacz pustych kikutów. Ktoś ukradł liście - te piękne, gwiaździste - złote, rude, żółte i brązowe, a drzewo tkwiło w nieutulonym żalu. Drzewo doznało gwałtu na swojej radości.
Stanęłam i wysłuchałam łkania. W zadziwieniu. W wielkim zadziwieniu i zrozumieniu.

piątek, 23 listopada 2012

Przyrzeczenie służby

Rozsiane nieregularnie, bo w dużych miastach gęściej, w mniejszych pojedynczo, w małych wcale, znajdują się w świecie świątynie najgorętszych modlitw ludzkich. Oazy niewczesnej skruchy i obietnic zmiany dotychczasowego życia. Miejsca, gdzie skupia się wielka nadzieja, nakierowana niejednokrotnie już tylko na cud. Przestrzeń wypełniają modlitwy, łzy, błagania i prośby, które unoszą się mgławicą oczekiwania pomiędzy niebem a ziemią. Choć niebo w tym przypadku, w tym obszarze mniej ma do powiedzenia niż człowiek. Tam człowiek jest bogiem. Zwłaszcza człowiek, któremu pycha odebrała rozeznanie, gdzie jego szereg i szyk w całym porządku wszechświata.

Te miejsca to szpitale.

Niejednokrotnie miałam do czynienia z tymi "świątyniami najgorętszych modlitw". I z ludźmi, którym próżność zajęła miejsce ludzkich odruchów, nie wspomnę, że wyparła wiedzę o nadrzędnej roli lekarza, którą uroczyście przyrzekł wypełniać.
Dzisiaj na oddziale pediatrycznym nowosądeckiego szpitala w stosunku do mnie i mojego dziecka zostało złamanych przez dwóch lekarzy większość zasad lekarskiego przyrzeczenia.
Złamano przyrzeczenie sumiennego wykonywania obowiązków.
Złamano przyrzeczenie służby życiu i zdrowiu ludzkiemu.
Złamano przyrzeczenie przeciwdziałania i zapobiegania chorobom i niesienia pomocy chorym oraz wykazywania przy tym należnego szacunku.
Złamano przyrzeczenie nie nadużywania zaufania pacjenta.
Złamano przyrzeczenie lekarskie co do odnoszenia się do kolegów lekarzy z należytą im życzliwością, podważono do nich zaufanie; nie mając na uwadze dobra chorego nie postąpiono bezstronnie.

Przyrzeczenie Lekarskie


Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:
  • obowiązki te sumiennie spełniać;
  • służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
  • według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
  •   nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
  •  strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;
  • stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić.

PRZYRZEKAM TO UROCZYŚCIE!



czwartek, 22 listopada 2012

Czas się kurczy

Dzień był dokładnie po drugiej stronie nocy kiedy wczoraj postanowiłam pójść spać. Pogasiłam światła i stojąc w przedpokoju spojrzałam w kierunku okna wychodzącego na północny-wschód, czyli popularnie mówiąc, w kierunku przekaźnika. Tylko okna z pokoju Dużej Małej Dziewczynki pozwalają na widok w tamtą stronę. Zbyt blisko okien dostrzegłam jakiś kształt przypominający kopułę. Czyżby góry się tak przybliżyły? - pomyślałam i postanowiłam to sprawdzić. Ciemna, mglista masa sprawiała, że wypatrywanie czegokolwiek tkwiącego w nocy stało się trudne. Powinnam założyć okulary, ale tajemnica była zbyt intrygująca, by tracić czas na szukanie ich po całym domu. Zazwyczaj trzymam je wszędzie, tylko nie na nosie. Podczas ostatniej wizyty u okulistki pani doktor oznajmiła:
- Pani potrzebuje okularów.
- Mam - odparłam usprawiedliwiająco.
- No przecież wiem, bo sama je pani zapisywałam. Tylko, gdzie?
Właśnie, choć bardzo się staram by zawsze były w określonym miejscu, te czasami lubią zniknąć. Pewnie jak wszystkie przedmioty, żyją swoim życiem.
Musiałam więc podejść do okna tuż, tuż i wypatrywać z bliska. Ale noc była taka nieprzezroczysta od braku światła i w dodatku skąpana w mglistej kipieli, że długo, długo stałam przy oknie. Okazało się, że to budynek, nie góry. Budynek na co dzień i tak stoi dalej niż stał minionej nocy.
Coś musiało się wydarzyć w moim życiu, że świat znowu zmalał.







Tak. Zmalał. I choć słowa z obrazka niezbyt precyzyjnie obrazują wydarzenie, które spowodowało skurczenie się pewnej przestrzeni, która dotąd rozlewała się oceanem w moim życiu, to jednak nie znalazłam na dzisiaj właściwszych.
Niejednokrotnie widziałam mechanizm niszczenia człowieka, dorobku jego myśli i serca, deptania jego miłości i odbierania wolności. Chcąc zabić ducha największego wojownika jakiego znam, przesadzono.

środa, 21 listopada 2012

Konsekwencja w przedszkolu

Jedna z moich koleżanek Cisowianek pracuje w przedszkolu. Oj, bardzo jest oddana sprawom swoich podopiecznych. Niejednokrotnie obserwowałam ją w kontaktach z dziećmi i nigdy z mej strony dość podziwu nad tym, w jaki cudowny sposób, niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przebija mury nieśmiałości i oporu, a także niechęci i niechcenia kontaktowania się mniejszych i większych ludzi z królestwa dzieci, ze światem ludzi dorosłych. Z każdym, ale to dosłownie z każdym dzieckiem momentalnie znajduje wspólny język, wyczai jego upodobania i zainteresowania, bolączki i radości. Co najmniej jakby dzieciaki miały na czole kod kreskowy, albo nawet modniejszy dziś - QR, a ona dysponowała czytnikiem i automatycznie sczytywała dane.
Czasem dzieli się ze mną jakimiś super "kwiatkami".
Podczas ostatniej wizyty opowiadała o przeprowadzonej lekcji wychowawczej. Pośród dzieci w grupie znajduje się dziewczynka, do której bardziej od innych dziewczynek przylgnęła rola księżniczki tatusia. Na każdą uwagę nauczyciela chmurzy się i krzyżując ręce przed sobą niejednokrotnie tupie nogą. O! I zdarza się jej uderzyć w płacz, kiedy wychowawca trwa przy swoim.
Przy tym wszystkim, jakąś niebywałą umiejętnością, obłaskawia sobie inne dzieci, zwłaszcza dziewczynki. Może to nie niebywała umiejętność a prosty mechanizm manipulacji psychologicznej. No, bo wyćwiczony zapewne na tatusiu, działa i na koleżankach: ta smutna mina, trzepotanie rzęsami, usta wydęte w pierożek... No, działa! - jak zawołał mój wnuk, kiedy pierwszy raz samodzielnie, z własnej i nieprzymuszonej woli postanowił wysikać się do ustępu.
W przedszkolu trwają przygotowania do świątecznego kolędowania. Nie, żeby przedszkole uległo supermarketowej komercjalizacji, ale pani od rytmiki przychodzi przecież tylko raz w tygodniu, a średniaki nie tak szybko się uczą. No i nasza, tzn. tatusiowa księżniczka, podczas ostatniej próby znudziła się szybko, bo już po nauce śpiewania jednej, czy dwóch kolęd. Znudziwszy się, zaczęła odciągać całe towarzystwo wiernych miłośniczek i nakłaniać do gadulstwa, bardzo niestosownego w tamtej chwili.
Upomniana kilkakrotnie przez nauczycielkę, którą jest jedna z moich koleżanek Cisowianek, nic sobie nie robiła z uwag, próśb i szans na poprawę zachowania. Aż wreszcie padło stanowcze: wstań! Podobno długo utrzymywała się na barykadzie i ładowała armaty to zdziwieniem, to negacją, zaprzeczeniem, w końcu dalszym nieposłuszeństwem, by, stojąc, wytoczyć kolubrynę, w postaci łez, szlochu i wzbudzenia wielkiej, powszechnej litości. Oczywiście zadziałało. Niestety, albo raczej stety tylko na koleżanki, które w swej babskiej, ćwiczonej przez takie jak ona sekutnice, solidarności, użalają się za każdym razem nad losem biednej, tępionej, uciemiężonej tatusiowej księżniczki.
No i właśnie dlatego w przedszkolu odbyła się lekcja wychowawcza dla 5-latków.
Najpierw padło słowo: konsekwencja. Tylko, że nikt, zupełnie nikt, nawet najmądrzejsze i najstarsze (bo kolędy przygotowują dwie grupy: średniaki i starszaki) dziecko nie wiedziało, co to słowo znaczy.  
- Kto ma starsze rodzeństwo? - zapytała nauczycielka.
Kilka rąk podniosło się do góry.
- Mój brat chodzi do szkoły. I moja siostra. I moja... itd.
- No, właśnie. A czy nie było kiedyś tak, że twój brat - tu nauczycielka zwróciła się do konkretnego malucha - zamiast odrabiać zadanie, siedział przed komputerem i choć mama przypominała o nauce, on machnął ręką i powiedział: zdążę, a potem nie zdążył, bo zapomniał, a potem musiał jeść kolację, myć się i kłaść spać, a potem w szkole dostał 1 za brak zadania?
- Tak. Kiedyś tak było - odpowiedział konkretny maluch ze zdziwieniem, które zamalowało jego oblicze.
- I co? Płakał z tego powodu?
- Nie.
- No, właśnie! Bo skoro nie słuchał nauczyciela i mamy i nie odrobił zadania, to dostał potem 1. I to jest właśnie konsekwencja. A nie płakał, bo jest duży i zdaje sobie sprawę, że musi się ponosić konsekwencje swojego nieposłuszeństwa.

wtorek, 20 listopada 2012

Podróże bywają magiczne, czasy tragiczne

Właśnie przekroczyłam granicę Rumunii. Mija już pewnie druga godzina od tego czasu. Więc najpierw poszłam się wykąpać, bym teraz mogła napisać na gorąco o mojej podróży. Tym razem moim przewodnikiem jest sympatyczny człowiek o imieniu Michał, który mówi, że jego opowieść o kraju Daków złożona jest z trzydziestokrotnej przygody, którą utworzyły jego osobiste wyjazdy.
Chciałam spędzić z nim nieco czasu po tym, jak po powrocie z Ukrainy opowiedział mi o Huculszczyźnie i Hucułach. Podobno, gdy dzielił się ze swoim przyjacielem pączkującą mrzonką o napisaniu o Hucułach książki, ten miał zapytać: - O koniach będziesz pisał?
Myślę, że od tego czasu pan Michał woli stukać na klawiaturze komputera, zapisując wszystko, czym poczęstuje go czas, dla takich ludzi jak ja, zamiast dzielić się ze swoimi dziwnymi przyjaciółmi, choćby kiełkującymi marzeniami. Bo w większości ludzie są naprawdę dziwni. Chodzą po ziemi otuleni sprawami, o których mówią, że są problemami i nawet nie zdają sobie sprawy czym są prawdziwe problemy, a już na pewno nie wiedzą, że ziemia nie służy do chodzenia po niej, a raczej do unoszenia się ponad jej powierzchnią i oglądaniu wszystkiego, jeszcze raz mówię: wszyst-kie-go, z określonej wysokości.
Pan Michał zaprzyjaźnił się kiedyś z panem Stanisławem Vincenzem. Zaś pan Vincenz jest wymagającym przyjacielem. Zakręcony na punkcie podań huculskich i bukowińskich. Tylko o tym z nim można prawić. Prawienia te nie są nudne, zaś nieskończenie długie. I trochę trudne, bo pomieszane z gwarą wschodniokarpackich górali. Ci górale z hal Czarnohory i Gorganów mają bzika na punkcie błyszczących koralików wyszytych na  baranich kamizelkach, buniach i koszulach. A ciężkie są te ubrania przez te szklane świecidełka, że założyć nielekko. Miałam w ręku niejedną kamizelkę minionego lata, nawet ubierałam się w nie jak w myśli jakiejś młodej Hucułki. I pan Michał dopowiedział mi potem, czego nie miał mi kto powiedzieć, gdy zakładałam na siebie te huculskie stroje i krajobrazy.
Potem podróżowałam jeszcze z panem Martinem, ale ta podróż była obrzydliwa. Pan Martin chciał mi za wszelką cenę udowodnić, że czas, który pękł jak dmuchany balonik, był przeznaczony do pęknięcia, bo nic w nim nie było ładnego, a tylko bieda i nędza galicyjskich żydowskich sztetli i małych polskich miasteczek na północno-wschodnich krańcach Królestwa Galicji i Lodomerii. Co za pomysł, żeby zapraszać mnie w podróż pociągiem i narażać na spóźnienia i niedogodności takowej?
Potem pan Martin jeszcze raz zaprosił mnie ze sobą w dziwaczną podróż. Za drugim razem bywaliśmy w całej Galicji. Nawet w Moim Mieście, ku mojej wielkiej uciesze. Stały już w nim budynki, które pamiętam z dzieciństwa i całe życie toczyło się wokół nich. Oczywiście mojego domu nie było jeszcze. Gdzieś w okolicy miała dopiero przyjść na świat Moja Babcia, która podzielić miała los dzieci wychowanych w galicyjskiej biedzie. Bo Moja Babcia wcale nie urodziła się w domu przy bogatej ulicy.
Właśnie wtedy pan Martin pokazał mi, jak będzie wyglądało życie Mojej Babci i dlaczego potem nauczy swoje dzieci, m.in. Moją Mamę, że najważniejsze jest jedzenie.
Ale pan Martin zabrał mnie w tamtą podróż z zamiarem pokazania mi, że program zagłady Żydów nie powstał w wynaturzonych umysłach hitlerowskich Niemiec, a znacznie wcześniej w głowach wielu europejskich narodów. Bez żadnego uważania na moją wrażliwość zamknął mnie w świecie ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów w stosunku do innych ludzi. Dusiłam się tam przez wiele dni i nocy, choć tak naprawdę to koszmar trwał przez dziesiątki lat, a też nie wtedy miał początek, tylko chyba u zarania dziejów. Zdawało się, że pan Martin był okrutny, ale on twierdził, że pokazuje mi tylko obiektywny obraz świata, o którym niektórzy z nas, Polaków, mówią z wielkim rozrzewnieniem i nostalgią, rozpływając się nad jego rzekomymi urokami. A tak naprawdę to ziemia nie nosi już tych, którzy żyli w tamtym świecie i nie można ich znaleźć i wysłuchać prawdziwej prawdy. Bo prawda przekazywana ludzkim językiem ma niejedno oblicze. Pan Martin popukał się po głowie mówiąc, że my Polacy, jesteśmy wciąż tylko niepoprawnymi romantykami. No, oczywiście, nie zrobił tego wprost, bo przecież jest człowiekiem o bardzo wysokiej kulturze osobistej, ale przecież w tym celu zaproponował mi wspólne dwukrotne podróżowanie, bym, jako myśląca osoba, sama wyciągnęła taki wniosek. Więc, wracając do Żydów i galicyjskiej biedy, pogromów i nacjonalistycznych nienawistnych zachowań, to doświadczenia, których nabyłam, spojrzenie chłodnym okiem na nasze narodowe grzeszki i grzechy, pozwoliły mi jednoznacznie przyjąć projekcję obrazów z czasów późniejszych, bo oddzielonych od świata, w który zabrał mnie pan Martin jedną wojną światową, wolnością i niepodległością oraz kolejną wojną, co właśnie przyniosła wydarzenia, z bolesną prawdą których mało kto jest się w stanie pogodzić. Tak jakby historia nigdy nie dostarczała nam dowodów na nasze narodowe warcholstwo i to, że we wzniosłościach i waleczności lubimy przeważnie się pławić, rozpamiętując chwalebne czyny nielicznych, sami lękając się, by od nas czas nie wymagał niczego, a tak naprawdę to Bóg jeden wie, co siedzi nam za paznokciami i pod skórą. Tak, tylko Bóg, bo my sami o sobie wiemy tyle, na ile nas sprawdzono. Oczywiście spotkałam się jeszcze z panem Markusem i ze złodziejką książek i to dlatego wczoraj tak bardzo bolało mnie życie. Bo zobaczyłam wojnę i Holocaust w lusterku. Złodziejka książek ze swoimi przybranymi niemieckimi rodzicami ukrywała Żyda w swoim domu, w miasteczku niedaleko fabryki śmierci w Dachau, a dumni ze swej historii Polacy, cała wieś, a za nią następne pokolenia, zamiotły pod dywan jedną z wielu tragicznych historii ukazujących, że nie chcemy znać wyników tego, na ile nas sprawdzono.


Inspiracja: Martin Pollack "Cesarz Ameryki", "Podróż po Galicji", Michał Kruszona "Huculszczyzna", "Rumunia", Markus Zusak "Złodziejka książek", Pasikowski "Pokłosie".

Świat ułudy

Są takie dni, kiedy samo myślenie boli. Cóż dopiero życie? Jest mi niedobrze, bo nałykałam się strasznej ilości słów i obrazów, które kotłują się w moim wnętrzu potężną lawiną smutku i oburzenia. Może jeszcze niedowierzania. Wiadomo, czym się kończy bunt żołądka. Podczas niestrawności z wnętrza człowieka wylewa się wszystko, co się w nim zmieścić nie zdołało.
Słowa i obrazy, które spożyłam, spowodowały bolesne wzdęcia w okolicy serca i wewnątrz czaszki i nie znam na już żadnego antidotum odtruwającego i przywracającego normalny stan. Mam wrażenie, że świat stanął do góry nogami. I choć wszyscy mi wmawiają, że zawroty głowy są normalnym objawem zatrucia, ja jednak czuję jadowitość rzeczywistości tej, która się dzieje i tej, która przeminęła i jestem pewna, że z moją głową jest w porządku, a tylko ziemia i zamieszkujący ją niektórzy ludzie, których ostatnio jakby przybyło, spowodowali, że nic nie znajduje się już na swoim miejscu.
Nikt mi dzisiaj nie powie, że każdy człowiek jest piękny. Nawet nie przekonają mnie do tego słowa poety. Człowiek, którego wyznaniem jest fanatyzm, należy do gatunku skrajnie niebezpiecznego. Może z nastaniem jutrzejszego dnia zobaczę świat i człowieka innymi niż widzę je w tej godzinie, ale też w powietrzu rozlała się gęsta mgła, która swą nieprzezroczystością zasłoniła pełnię spraw z tej ziemi. I na nic złudzenie, że nocą można wszystko wypłakać do poduszki, bo przecież oczy wyschły już dawno, a płacz - zda się - częściej przychodzi niepożądany, niż upragniony. Bo są słowa, które trzeba przełknąć jak gorzką pigułkę i pomimo bólu, jaki sprawiają, należy odczekać, aż serce i umysł je przetrawią, nie licząc na to, że rozpłyną się we łzach.
Słowa, którymi się karmiłam były i muzyką, i poezją. Cóż bardziej złudnego, niż nasze wyobrażenia o świecie, kiedy ktoś powie, że taki to on nie jest...?
No to, jaki jest?



Świat za mgłą.



poniedziałek, 19 listopada 2012

Kościół katolicki na Białorusi

W maju 2011 roku uczestniczyłam w Watykanie w światowym spotkaniu blogerów, które zorganizowały Papieskie Rady ds. Środków Przekazu i ds. Kultury, jako imprezę towarzyszącą beatyfikacji Jana Pawła II. Pisałam wtedy o mojej drodze do Rzymu. Choć w Rzymie byłam zaledwie 3 dni, to moja droga trwa nadal. Zawiązałam tam znajomości, które choć wirtualnie, trwają, a co najważniejsze, dają owoce.
Jedną z poznanych osób jest ksiądz katolicki z Białorusi Sergiusz, który dosłownie przed kilkoma dniami objął probostwo w Drui. Dokładnie, jak sam pisze, został proboszczem dwóch parafii, czterech kaplic i przeorem klasztoru w Drui.
Druja to wieś przy granicy z Łotwą. Co mówi Wikipedia na temat Drui? Warto kliknąć pod wskazany link, odsyłacz do Wikipedii, bo przeczytawszy historię miejscowości, czytelnik zostanie oświecony.

Sergiusz, prócz tego, że jest księdzem i to jest jego życiowym powołaniem, jest również fotografem, artystą malarzem (w lutym dzielił się ze mną radością, że przez Muzeum Niepodległości w Warszawie został zaproszony do zorganizowania swojej wystawy malarskiej), pisze piękną poezję. No i pisze bloga ;). Ma kilka zwierzaków domowych. Kiedy pojechał z Witebska do Drui podzielił się, za pomocą komunikatora internetowego, swoją radością. Oddał się w opiekę Matki Bożej Ostrobramskiej, której kult na Białorusi jest widocznie mocno zakorzeniony.
W niedzielę zamieścił zdjęcia ze swojej parafii.
Nad tymi zdjęciami nie da się przejść spokojnie i wrócić potem do swojego życia. Te zdjęcia muszą poruszyć każdego. Niewyobrażalna nędza kościoła - budynku - doprowadzonego niemal do kompletnej ruiny, porusza. Sergiusz, w odpowiedzi na mój krótki komentarz, który był szczerym wrażeniem po tym, co zobaczyłam, pisze: Dziękuję za życzenia i współczucie. Ja raczej jestem radosny.
Na kilku zdjęciach widać, że we mszy uczestniczą dzieci i starsze osoby. Tak jakby średnie pokolenie zniknęło, wymarło. Zaraz też sprawa się wyjaśnia, ponieważ Sergiusz pisze w krótkiej notce do mnie: Jest dom dziecka w Druji. Dzisiejsze zdjęcia z dziećmi - to właśnie oni, z domu dziecka. I dalej (w oryginale):

u mnie do ciebie pytanie lub nawet prosba
potrzebuje do kosciolow i kaplic szat liturgicznych, komzy ministrancke, alby... moze znasz parafie i ksiezy, kturzy maja stare te rzeczy i nie uzywaja, moze wyslali by nam na Bialorus w moje parafie (nie chodzi o nowe, raczej o uzywane). jak myslisz?


A jak ja mogę myśleć? Ja nie znam sytuacji kościoła katolickiego na Białorusi. Po wizytach na Ukrainie mogę sobie tylko wyobrazić, choć pewne nie dysponuję taką wyobraźnią. Słyszę i czytam informacje dotyczące ogólnej sytuacji w tym kraju i to już wystarczy.
Ja myślę, że trzeba pomóc. Trzeba przeczytać informacje o Drui, trzeba zobaczyć zdjęcia z klasztoru i trzeba wyobrazić sobie siebie w tamtym miejscu. Można sobie siebie wyobrazić, jako jedno z tych blisko 50 dzieci z domu dziecka, albo jako starca siedzącego w dalszych ławkach. Kto może, ten niech wyobrazi sobie siebie za ołtarzem.

I niech potem każdy powie, jak Sergiusz: Ja raczej jestem radosny.




Kościół w. Trójcy i Klasztor Bernardynów
(były)



Były Klasztor Bernardynów



Były Klasztor Bernardynów




Wnętrze kościoła św. Trójcy


Wnętrze kościoła św. Trójcy


Wnętrze kościoła św. Trójcy


Wnętrze kościoła św. Trójcy


Wnętrze kościoła św. Trójcy


Wnętrze kościoła św. Trójcy

niedziela, 18 listopada 2012

Z dala od miłości

Moja Maleńka Wnuczka, kiedyśmy rozmawiały za pomocą komputera na wizji, zbliżywszy się do kamery, zapytała ściszonym głosem:
- Babciu, a wiesz, że w moim pokoju jest szpital?
Wow! Pomyślałam sobie. To jakaś wielka tajemnica. Widać konspiracja.
- Tak? A jakie choroby się leczy w tym szpitalu? - zadałam pytanie, które wyjawiło, że okazałam się mało rozgarnięta.
- No... - dosłownie ułamek sekundy trwało zastanowienie małej - no, bolące! - odpowiedziała takim tonem, żeby nie było już żadnych wątpliwości i bym więcej nie zadawała żenujących (dla mnie) pytań.

Kiedy analizowałam w późniejszej godzinie jej odpowiedź, od razu nasunęła mi się refleksja, że przecież każdą chorobę, czasem zanim się pojawią jakiekolwiek objawy, zwiastuje ból. No, już kto jak kto, ale ja o tym powinnam wiedzieć najlepiej i miast zadawać dziecku głupkowate pytania, sama je na to naprowadzić.

W dalszej części rozmowy okazało się, że diagnozą mogą być "poczochrane włosy" i jest to właśnie jedna z bolących chorób.
Zdziwiłby się ktokolwiek, kto by pomyślał, że pacjentami szpitala Maleńkiej Wnuczki są lalki i misie. Nic z tego, te są zdrowe jak rydze i choć spełniają ważną rolę w procesie wychowania najmłodszego pokolenia, jednak nie najważniejszą, jak się okazuje.
Otóż Maleńką Wnuczkę nawiedza ostatnio kilka latających maleńkich stworzeń. Wszystkie mają tak samo na imię, więc można się domyślać, że jest to raczej jakiś gatunek. Pytana, ile ich jest, za każdym razem pokazuje wszystkie paluszki od jednej ręki. Podobno czasem tylko nie wszystkie przylatują. I to one właśnie odgrywają najważniejszą rolę w świecie Maleńkiej Wnuczki.
Z zeznań Małej Dużej Córeczki, mamy Maleńkiej Wnuczki, wynika, że ma poważne wątpliwości, czy te stworzenia są faktycznie tak małe i jest ich tylko pięć, bo gdy przygotowuje posiłek dla swojej dzieciarni, najstarsza rzuca mimochodem:
- Pamiętaj mamusiu, żeby zrobić dużo jedzonka, bo wszystkie ...ijki są strasznie głodne. I całe jedzenie znika w mig.

Czasem wydaje mi się, że zbudowałam wysoki i szeroki parkan z bardzo odpornej przezroczystej materii. Taki, za którym jestem w stanie przetrwać z dala od tej miłości.


sobota, 17 listopada 2012

Światło w kałuży - pożegnanie Ludmiły Remi

Kiedy bliscy i znajomi śpiewali Pani Ludmile Remi "anielski orszak nich twą duszę przyjmie" był typowy listopadowy dzień, wiał przejmujący wiatr i lało jak z cebra, a niebo zaniosło się tak jakby już zawsze miała być taka pogoda. Z perspektywy czasu aż nie do uwierzenia, że pośród przepięknych dni przed i po pogrzebie, trafił się jeden taki paskudny. Tłumy odprowadzały ciało szacownej sądeczanki na miejsce spoczynku. Byłam i ja pośród rzeszy. Zanim trumnę złożono w ziemnym grobie, trwały modlitwy i pożegnania, potem długie zasypywanie grobu. Już mogę słuchać tego pogłosu bez przejmującego bólu w duszy; moi bliscy też leżą przysypani ziemią, trzykrotnie odczuwałam ten odgłos jak obce tętno we własnym krwiobiegu. Musiałam stać całkiem blisko, skoro dochodziło do mych uszu tępe uderzenie łopaty i łoskot osuwającej się i spadającej na drewnianą skrzynię ziemi. Pamiętam, że ze zdziwieniem obserwowałam, jak na granitowej płycie grobowca nieopodal miejsca, w którym stałam, zebrała się kałuża. Odbijało się w niej jakieś dziwne światło, bo przecież promienie słoneczne nie mogły się przedrzeć przez grubą warstwę chmur. To światło przyciągnęło mój wzrok, jakby ktoś puścił do mnie zajączka. Kiedy już zaczęłam przyglądać się temu zjawisku, zahipnotyzował mnie widok kropel deszczu, wpadających do kałuży na granitowej płycie. Wpadały równomiernie: kap, kap, kap. Wokół mnie rósł las parasoli. Przeważnie czarnych. Moje myśli poszybowały daleko. Pewnie wyżej, niż dalej. W swoim życiu żegnałam już wielu wielkich sądeczan oraz wybitnych mieszkańców innych miejscowości. Każdy z nich był zapewne świętym codzienności, ale oprócz tego mieli w sobie coś, co nie pozwala zapomnieć o wielkiej stracie dla mojego małego świata. Szybko też naocznie przekonałam się, że odeszła ostatnia z wielkich dam tego miasta. Legenda miłosierdzia w ludzkim wymiarze przyobleczona w skromność i prostotę, a przy tym w wielkiego ducha. Pani Ludmiła posiadała jeszcze tę zaletę, że była autorytetem moralnym dla wielu, którzy bez charyzmy jej osoby, mogą sobie pomyśleć, że sami są wzorami do naśladowania.
To światło w kałuży, które nie miało wytłumaczalnego źródła...

piątek, 16 listopada 2012

Lwowski spacer/2. Kamienie wołać będą. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Od samego powstania, czas nie był dla Lwowa łagodny. A czasem wtedy, w tym zakątku Europy i świata, jak wiemy, rządzili Tatarzy. Toteż we Lwowie zachowały się do współczesności bardzo nieliczne zabytki romańskie, przypominające o pierwotnych gospodarzach miasta. Nieliczne w porównaniu do pozostałych zabytków, bo gdyby je przyrównać do innych miast Europy, to doliczymy się ich trochę. Do dziś stoją przycupnięte w dzielnicy zwanej ongiś podzamczem. Pamiętamy, że Kazimierz Wielki przejmując sukcesję po Romanowiczach - wywodzących się z Rurykowiczów (właściwie po swoim krewnym księciu Mazowieckim) po zniszczeniach dokonanych przez dzikie tatarskie hordy stawiał Lwów niemal od podstaw. I tak postawił nowy, murowany, warowny zamek na górze zwanej Zamkową. Budynki na podzamczu, spłonęły w wielkim pożarze miasta z końcem XIV w., więc czasom Jagiellonów przypisać należy rozwój i rozbudowę miasta. Zamkowa Góra wznosi się na wysokość 413 m n.p.m., wcześniej istniała tam drewniana budowla obronna, postawiona przez króla Daniła I dla swojego syna Lwa, po której w drugiej połowie XIV wieku, kiedy to król Kazimierz z rozmachem zamieniał powierzoną mu dziedzinę z drewnianej na murowaną, niemal nie było już śladu. Kazimierzowy zamek odpierał ataki Tatarów w późniejszych wiekach, doznając mniejszych uszczerbków na swej murowanej bryle, niż miało to miejsce w przypadku drewnianych budowli. Zdobył i zniszczył go Chmielnicki (który dziś ma swoją ulicę i pomnik nie tylko we Lwowie) wraz ze swoimi powstańcami w połowie XVII wieku. A  zanim przez ziemie polskie przeszedł potop szwedzki i wojska Karla XII ze swej strony zdobyły i zniszczyły zamek, zdołał jeszcze raz w swej historii odeprzeć atak Tatarów. Ostatecznego zniszczenia dokonała administracja zaborcy austriackiego, zamek zaczęto rozbierać po pierwszym rozbiorze. W połowie XIX wieku na szczycie Góry Zamkowej, na ruinach jednej z baszt usypano kopiec, który z uwagi na to, że powstał w 300-rocznicę wydarzenia, nazwano Kopcem Unii Lubelskiej.
Daremno szukać tych wiadomości na lakonicznej tablicy znajdującej się na szczycie kopca na Górze Zamkowej. Prędzej można przeczytać tam o Chmielnickim i Danile. No, ale przecież jeszcze są ci, którzy o tym mówią. A jeśli ich zabraknie, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą. Do dzisiaj zachował się fragment murów niegdysiejszej warowni.
Ze szczytu kopca roztacza się przepiękna panorama miasta. Kiedy spoglądaliśmy na zabytkową część Lwowa rozpoznawaliśmy kopuły i wieże kościołów i innych budynków, dachy i bryły a także place, co dało nam ogromną radość, bo świadczyło o znajomości miasta.
Po Lwowie prowadził nas D.F. By zliczyć jego peregrynacje do tego miasta potrzeba palców aż od trzech rąk. Wskazywał miejsca i opowiadał o nich jak profesjonalny przewodnik, a przy tym z wielkim zamiłowaniem, bo coś w D.F. jest, co każe mu wciąż na ziemie Wschodniej Małopolski wracać. To on od wielu lat zaszczepiał we mnie chęć poznania tego, co sam poznał, co nie daje mu spokoju i gna w kierunku Dzikich Pól.
Ponoć ok. 50% wszystkich zabytków Ukrainy znajduje się we Lwowie.
My wchodziliśmy do rynku od ulicy Serbskiej, przemierzywszy wcześniej od Cmentarza Łyczakowskiego ulicę Piekarską. Przechodziliśmy przez Plac Bernardyński (dziś Soborny) - tam, gdzie  11 listopada 1934 roku odbywała się defilada wojskowa i skąd ruszono na uroczyste otwarcie Cmentarza Orląt Lwowskich. I przez ten sam Plac Bernardyński obok kościoła św. Andrzeja, spod którego Poldek Socha wypuścił, po zakończeniu II wojny, na światło dzienne "swoich Żydów", ukrywanych przez 14 miesięcy w kanałach.
Myślę, że wszystkie uliczki i place wokół Rynku przeszliśmy tam i z powrotem kilkakrotnie. Niektóre z ulic zachowały swoje przedwojenne nazwy i tylko w cyrylicy doczytać się trudno takich nazw, jak ulica Kościuszki, Kopernika, Konopnickiej, Plac Mickiewicza itp. Ulicę jednego z rodów Sapiehów przemianowano na ul. Bandery. No, ale przecież jeszcze są ci, którzy o tym mówią. A jeśli ich zabraknie, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą. Bruk w wielu miejscach jest jeszcze przedwojenny.
Rynek zachwyca praktycznie wszystkimi kamienicami, ale dwie są wyjątkowe: to kamienica Korniakta (później Sobieskich, dlatego zwana też Kamienicą Królewską) i Czarna Kamienica. W jednej z kamienic przy Rynku znajduje się apteka założona w połowie XVIII wieku, w której w 100 lat później pracował Ignacy Łukasiewicz, a funkcjonująca do dzisiaj, której wnętrze (zaplecze) zamienione jest w muzeum, natomiast część sprzedażowa posiada wyposażenie jak przed wiekami. Znajduje się w niej m.in. lampa naftowa Łukasiewicza.
Ratusz, zbudowany z końcem XIX w. zajmuje praktycznie cały Rynek i raczej nie jest zbyt piękny. Surowy i w koszarowym stylu. Na czterech rogach Rynku znajdują się fontanny, rzeźby mitologicznych postaci. Spod fontanny z rzeźbą Neptuna, która w czasie II wojny przeciekała, Chigerowie i inni ukrywający się w kanałach Żydzi, czerpali wodę pitną.
Po rozmieszczeniu wokół rynku ulic i kościołów można bez trudu się zorientować, jaka ludność zamieszkiwała poszczególne kwartały miasta. Żydzi, Ormianie, Rusini, Wołosi itd.
Przy ul. Ormiańskiej znajduje się pięknie odnowiona kamienica, w której mieszkał Ignacy Łukasiewicz. Niestety, jak wszystkie zabytki w historycznym Lwowie, niewłaściwie opisana. Tablica znajdująca się na trotuarze informuje, że Ignacy Łukasiewicz był Galicjaninem.
Tak, chodząc ulicami historycznego Lwowa, chce się głośno krzyczeć, zamiast tego stoi się w niemej rozpaczy oglądając zafałszowane tablice informujące o zabytkach Ukrainy. No, ale przecież jeszcze są ci, którzy o tym mówią. A jeśli ich zabraknie, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą. Przez bramy kamienic, z okien, podwórek i murów zionie historia polskiego miasta.
Byliśmy na Wałach Hetmańskich (dziś al. Swobody) przy Teatrze Wielkim (Operze Lwowskiej). Oczywiście weszliśmy w mury tej szacownej instytucji, która tak ważną placówką była w czasach zaborów. Na szczęście do dzisiaj służy zgodnie z przeznaczeniem i jest chlubą miasta. Wystroju nie potrafię opisać, ani też atmosfery panującej w środku. Brakiem umiejętności opisów chcę spowodować w czytelniku świadomość, że Lwów jest naprawdę lekturą obowiązkową dla wszystkich, przy czym wyraz lektura jest tylko metaforą, bo Lwowa trzeba doświadczyć wszystkimi zmysłami.
Na Wałach Hetmańskich stał ongiś pomnik Króla Jana III Sobieskiego. Dziś identyczny, w tym samym miejscu stoi króla Daniły I. Ma się wrażenie, że ten sam koń unosi ruskiego króla, co polskiego zwycięzcę spod Wiednia. Dopiero trzeba dokładnie obejrzeć stare widokówki, by dostrzec różnicę. Stare widokówki na CD, filmy, mapy, różnego rodzaju wydawnictwa, pocztówki i albumy sprzedaje młody chłopak posługujący się językiem polskim bezbłędnie. Jest go wszędzie pełno i sam był zdziwiony zobaczywszy nas w Rynku nieopodal zabytkowej apteki, że przecież już się widzieliśmy pod Cmentarzem Łyczakowskim i wobec czego powziął za nas postanowienie, że skoro nie kupiliśmy od niego niczego przedtem, to teraz już musimy.
Idąc Wałami Hetmańskimi dalej, mija się kościół jezuitów, stojący do Wałów tyłem. Ale za to na jego tle dumnie stoi Taras Szewczenko na pomniku, których na Ukrainie nie zliczy. Zaraz też dochodzi się do przedwojennego Placu Mariackiego, zamienionego później na Plac Mickiewicza i o dziwo nazwa ta utrzymała się (wiemy za kogo Litwini uważają Mickiewicza ;), więc "a co się dziwisz?" ). Na placu tym stoi piękna figura NMP i nieco dalej, jakby na nowym placu, okazały pomnik naszego wieszcza. Takiego pomnika nie powstydziłoby się żadne polskie miasto, a tylko Kraków mógłby się równać. Nowego Sącza z karykaturą Mickiewicza, straszącą na sądeckich plantach nie uratuje nawet kościół św. Kazimierza, jako "mniejszy" brat lwowskiego kościoła św. Elżbiety.
Najbardziej charakterystyczne przy Placu Mickiewicza jest to, że kolumna z pomnikiem stoi na skwerze otoczonym zewsząd ruchliwymi ulicami i nie prowadzi doń ani jedno przejście dla pieszych.
Z doświadczenia wiemy, że ukraińscy stróże prawa na własnych oczach 999 osobom pozwalają łamać przepisy, a tysięczną złapią i przykładnie ukarają mandatem... "Chitry Miroslaw" się o tym przekonał latem w Drohobyczu.
Dzień się skończył na herbatce i kawie u ks. Rafała - wikarego Katedry Łacińskiej w jego mieszkaniu na Placu Kolegiackim (Katedralnym) i mszą w katedrze. Ksiądz Rafał podzielił się z nami wiedzą o Lwowie, o jakiej żaden przewodnik nie opowiada. Raz tragiczna, innym razem niesamowita, wręcz nie do uwierzenia, by stać się wesołą i optymistyczną. Cały czas niezmiernie ciekawa.
Potem powrót nocą na Łyczakowską 49 a i cudowne spotkanie i rozmowa z bratem Sławomirem. Kolejna porcja opowieści o Lwowie opowiedziana przez misjonarza, bo taką rolę pełnią kapłani katoliccy na Ukrainie. Któryś z księży powiedział, już nie pamiętam czy Rafał, czy Sławomir, że dla Ukraińców Polak to katolik, katolik to Polak. I gdyby nie to, że traktują katolicyzm jak sektę, wszystko byłoby ok.
Wszystko, co widzieliśmy, czego doświadczyliśmy, dotknęliśmy, usłyszeliśmy, to wierzchołek góry lodowej tego, co we Lwowie i o Lwowie. O wielu rzeczach, sprawach i miejscach oraz wydarzeniach nie napisałam zapewne.
Pamiętaj miły czytelniku. Jeśli zachciałeś doświadczyć Lwowa, to musisz się liczyć z tym, że będziesz chciał tam wracać. Będziesz musiał tam wracać. Żeby nie zabrakło tych, którzy o tym mówią. Choć jeśli ich zabraknie, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą.

czwartek, 15 listopada 2012

Lwowski spacer/1. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Z adresu, pod którym mieszkaliśmy we Lwowie, z Łyczakowskiej 49 a jest wszędzie blisko. Wszędzie tam, gdzie turysta powinien dotrzeć. Mieliśmy do dyspozycji całą sobotę i pół niedzieli. Naprawdę niewiele. Najpierw skierowaliśmy swoje kroki na Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich, który jest integralną częścią tego pierwszego. Z zegarkiem w ręku od domu do głównej bramy nekropolii szliśmy 15 minut.
Przewodniki turystyczne mówią o Cmentarzu Łyczakowskim, że jest swoistym muzeum pod gołym niebem. Ja tam wolę, by zawsze pamiętać, że cmentarz jest cmentarzem. Potem żadne buldożery nie wjadą, by wyrównać teren pod budowę nowej drogi, z katakumb nie zrobi się warsztatów, a  zrównanych z ziemią miejsc pochówku nie zamieni się na wysypisko śmieci... jak było w przypadku Cmentarza Orląt.
Owszem, ma Łyczaków ten stary - polski, mnóstwo zabytkowych grobowców i to jest sformułowanie adekwatne do miejsca. Jest aleja zasłużonych, przy której spoczywają wielcy zasłużeni dla kultury i historii polskiego Lwowa, Galicji, Polski i Europy. Grobowce, w alei zasłużonych i na całym cmentarzu, są naprawdę wielkimi dziełami sztuki kamieniarskiej i rzeźbiarskiej. Niestety Sowieci w swej polityce zniszczenia śladów polskości "poutykali" swoje bohomazy sztuki cmentarnej pomiędzy polskie perełki wielkich mistrzów kamieniarstwa i nekropolia straciła swój niepowtarzalny charakter. Nie ma miejsca, które by nie było "obłożone" tymi pokracznymi pomnikami, pozostałością po czasach ZSRR. Nie można być raz na Cmentarzu Łyczakowskim i powiedzieć, że się go zna. To się zresztą tyczy całego historycznego Lwowa. Za pierwszym razem można się zauroczyć, chodząc po nieznanym terenie i odkrywając uroki i bogactwo wszystkiego wokół.
Dalej udaliśmy się do Rynku. Lwowski bruk tej soboty zaznaczył się na naszych stopach nowymi odciskami, a o nogach nie można inaczej powiedzieć, niż mówi się w pospolitym wyrażeniu... Ale zwróciliśmy na to uwagę dopiero, kiedy wieczorem dotarliśmy do domu, z powrotem na Łyczakowską 49a.
Historyczne centrum Lwowa to przede wszystkim las wież i kopuł kościołów różnych wyznań. Dziś niestety większość oddanych Kościołowi greckokatolickiemu. W niektórych przypadkach grekokatolicy zachowali imię Świętego, pod którego wezwaniem kościół był niegdyś, ale niestety w bardzo wielu przypadkach nie. W całym Lwowie jest ponoć ponad 80 budowli sakralnych i raczej określenie "cały Lwów" jest zbędną formą, bo wiadomo przecież, że tylko w części historycznej się one znajdują. No! Imponująca liczba!
My byliśmy we wszystkich trzech katedrach Lwowa: w Katedrze Łacińskiej - gotyckiej budowli stojącej u styku Placu Katedralnego i ul. Halickiej, pod wezwaniem Wniebowstąpienia NMP. Obok Katedry stoi jeden z ciekawszych i najokazalszych zabytków Lwowa - Kaplica Boimów, grobowiec rodziny, której odmówiono pochówku w kryptach katedralnych, więc wystawiła kaplicę tuż przy katedrze. Dalej, w katedrze Ormiańskiej i w katedrze greckokatolickiej pod wezwaniem św. Jura. W Katedrze Ormiańskiej panuje niesamowita atmosfera. Powietrze tam jest nieprzezroczyste, jakby unosił się dym z kadzidła i nie jest to wynik żadnych zabiegów, a tylko efekt padającego z kopuł światła i ciemności panujących wewnątrz. Polichromia ścienna składająca się ze wschodnich ornamentów przydaje miejscu jeszcze większej niesamowitości. Wewnątrz znajduje się tablica upamiętniająca biskupa Isakowicza, ważnej postaci kościoła ormiańskiego i historii Lwowa. Zabawne było, gdy znajdowaliśmy się już w arkadach przy wejściu do katedry ormiańskiej, a z ażurowych podcieni przez prześwit widać było podwórko obok i z balkonów kilkupiętrowej kamienicy zwieszało się pranie: pościele i prześcieradła.
U św. Jura, w katedrze greckokatolickiej, która jako jedyna z trzech katedr znajduje się nieco w oddaleniu od ścisłego centrum i na nogach się do niej nie zajdzie, w krypcie znajduje się grób Andrzeja Szeptyckiego, greckokatolickiego metropolity lwowskiego i halickiego, do nawiedzenia którego stoi kolejka wiernych. W katedrze tej znajduje się również kopia Całunu Turyńskiego, otoczona szczególnym kultem. Kiedy nawiedzaliśmy sobór św. Jura odbywał się chrzest. Śpiew kantorów unieruchomił nas w miejscu. Staliśmy oczarowani i zasłuchani.
Attykę fasady tej katedry zdobi rzeźba "św. Jerzego walczącego ze smokiem" dłuta mistrza Pinsla. Szczególnie bliski jest ten legendarny święty harcerzom i skautom, bo jest ich patronem.

Nawiedziliśmy kościół oo. bernardynów, obecnie cerkiew greckokatolicką św. Andrzeja (tu św. pozostał "na miejscu", w swoim kościele), oo. dominikanów, w którym obecnie mieści się muzeum historii religii. Tam znajduje się m.in. rzeźba poświęcona Arturowi Grottgerowi wykonana pośmiertnie z inicjatywy jego przyjaciół.
Nieopodal najstarszej części miasta, tej założonej przez Rurykowiczów, jest cerkiew wołoska. Byliśmy też w kościele św. Elżbiety, w którym sowieci urządzili magazyn nawozów niszcząc całe zabytkowe wnętrze. Obecnie mieści się tam greckokatolicka cerkiew pod wezwaniem św. Elżbiety i św. Olgi :). D. i D. mówią za przewodnikami, że wzgórze, na którym stoi kościół jest granicą głównego europejskiego działu wodnego. Nowosądecki kościół św. Kazimierza wygląda jak młodszy brat kościoła św. Elżbiety. Nic dziwnego, jest dziełem tego samego mistrza architektury. Jednak Nowy Sącz był wyjątkowo biednym miastem, skoro zamówił namiastkę okazałości lwowskiej św. Elżbiety...
Jest we Lwowie, choć nie przechodziliśmy obok, kościół św. Marii Magdaleny, w którym sowieci urządzili salę koncertową. Ciekawostką tej świątyni jest to, że władze miasta już po 1991 r. nie zlikwidowały działalności koncertowej i ławki znajdujące się wewnątrz mają przekładane oparcia: kiedy jest koncert widownia siedzi tyłem do ołtarza, zasłanianego na ten czas, by nie doszło do profanacji, zaś podczas mszy oparcia się obraca, ołtarz odsłania i wierni uczestniczą w nabożeństwie siedząc tyłem do sceny...
Byliśmy przy kościele MB Gromnicznej, dziś również cerkwi. Tu ukłon w stronę ś.p. Gargamela :). Ten kościół stoi na stoku góry Wysoki Zamek, w najstarszej części miasta. Następnie - przy kościele NMP Śnieżnej - tam, skąd ukrywający się podczas II wojny światowej w kanałach lwowscy Żydzi słyszeli nabożeństwa dobiegające ze świątyni.
Widzieliśmy z zewnątrz cerkiew św. Piotra i Pawła nieopodal Cmentarza Łyczakowskiego. No i naturalnie kilkakrotnie "zaglądnęliśmy" do kościoła św. Antoniego, bo to kościół franciszkanów, którzy nas gościli. Kościół św. Antoniego i Katedra Łacińska to dwa kościoły katolickie we Lwowie, których sowieci nie odważyli się zamknąć w latach dyktatury komunizmu. I pamiętamy, że u św. Antoniego został ochrzczony Zbigniew Herbert.
Las wież i kopuł wszystkich kościołów Lwowa oraz innych budynków i miejsc doskonale widać z góry Wysoki Zamek.

C.d.n.

środa, 14 listopada 2012

Spotkania z ludźmi. Ja tu przychodzę do dzieci przecież. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Zanurzyłam się we Lwowie zupełnie nieświadoma, że pochłonie mnie bez reszty, że odtąd będę go czuła każdą komórką mojego ciała. Obecnie mam wrażenie, że zapadłam na ciężką chorobę, na którą nie mogę znaleźć lekarstwa. Choroba rozlała się po moim wnętrzu, powodując ból każdego członka i każdej myśli. Jest to ból natrętny, a przy tym mocny. Jak każda choroba, więc i ta powoduje stan depresji, niemocy i niechęci, a także krótkie chwile błogostanu, który wypływa ze świadomości, że dopóki boli, dopóki jest się chorym, z czystym sumieniem można oddawać się tej chorobowej melancholii, która zezwala i usprawiedliwia z odsunięcia się od innych życiowych czynności i spraw. I nie wiem, kiedy rozpocznie się proces zdrowienia; czy aby go zapoczątkować wystarczy mi zgłębić książkową wiedzę, czy stanie się to dopiero, kiedy znów zawitam do Lwowa. Czy, aby wyzdrowieć należy nałykać się więcej anarchizmu, czy może patriotyzmu, czy tolerancji? Może znajdę kiedyś odpowiednie pigułki. Na ten czas potrzeba mi chyba najbardziej łaski zrozumienia i ogarnięcia. Takie modne wśród młodzieży napomnienie: weź się ogarnij jest dobrą radą dla mnie, która w swej dotychczasowej ignorancji spowodowanej zapewne pychą (bo, jak nie pychą, to głupotą) omijałam Lwów szerokim łukiem nawet w myślach.
Tymczasem najboleśniejsze ze wszystkich bolesnych doznań i dotknięć Lwowa, było spotkanie z ludźmi. I nie mam tu na myśli spotkania z księdzem Rafałem, wikarym Katedry Łacińskiej, którego poznałam dzięki cudowi życia Igi (i tam każdy może go poznać, a potem umówić z nim wycieczkę do Lwowa ;) ), ani też z bratem Sławomirem - franciszkaninem (konwentualnym), który gościł nas na Łyczakowskiej 49a. Oczywiście wspaniałe to były spotkania i rozmowy, jak z każdym człowiekiem, bogatym w ducha, a już ci dwaj panowie podzielili się z nami niebanalną opowieścią o Lwowie, jaki sami poznali, jakiego dotykają.
Pierwsze z bolesnych spotkań z ludźmi, jakiego doświadczyłam, odbyło się na Cmentarzu Orląt. Polscy mieszkańcy Lwowa posiadają specyficzną wrażliwość słuchu i wyłapują polską mowę z daleka, czy w największym zgiełku. "Ja tu przychodzę do dzieci przecież" - powiedziała staruszka otulając wzrokiem las krzyży - białych róż. Kolejne odbyły się na ulicy, w sklepie. Ludzie, zakorzenieni w mieście, tkwią na niegdysiejszej polskiej ziemi nieprzerwanie, pomimo niechęci dzisiejszych włodarzy, Ukraińców. Od czasu, kiedy tuż po II wojnie światowej nie zdecydowali się na wyjazd do Polski w jej nowych granicach, stali się bezdomnymi i niechcianymi dziećmi swojej ojczyzny. Tam jest ich ojczyzna chociaż są Polakami. A może dlatego, że są Polakami? To właśnie muszę zrozumieć i ogarnąć. I choć z pozoru wydaje się to łatwe, zwłaszcza kiedy się o tym czyta, a Lwowa nie czuje się każdą komórką ciała i każdą myślą, to jednak zapewniam, że jest do tego zrozumienia i ogarnięcia wymagana specjalna łaska, bez której nie uda się tego dokonać.
Bo w uszach brzmią opowieści tych starych, odchodzących ludzi, zamknięte w kilkunastu zdaniach, wypowiedzianych szybko w potoku łez i nieutulonej żałości za skradzionym przez dzieje życiem swoim, dzieci i wnuków. Opowieści, które zraniły duszę słuchacza, bardziej niż miecz obosieczny. Taki sam miecz, o którym św. Paweł (?) pisze w liście do Hebrajczyków. (4,12) 
„Żywe jest Słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ciała, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca".

Ja boję się osądzenia moich dzisiejszych, chorobowych myśli.

A starzy lwowiacy przemierzają swoje dni tam i z powrotem w poszukiwaniu tego, co im zostało odebrane i tego, co mogliby mieć i bez znajomości słów poety, dzieląc jego uczucia, powtarzają:

wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu
pozostało nam tylko miejsce przywiązania do miejsca
jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów
jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic

(Zbigniew Herbert "Raport z oblężonego miasta")






niedziela, 11 listopada 2012

Niepodległa. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.


Austriacki zaborca, widząc, że runęła monarchia zbudowana na krzywdzie i próbach unicestwienia wielu narodów europejskich, przed odwrotem ze Lwowa w 1918 roku, postanowił jeszcze zamącić w kotle dziejowym. Dał Rusinom nadzieję, na niepodległość. Dał im nadzieję na Lwów i całą Małopolskę Wschodnią.
Tragiczne to chwile, kiedy podstępem przemanewrowane zostały pułki polskie, Lwów został bez obrony, a jednak niewyrośnięte jeszcze z dziecięctwa ręce, zdobyły broń i chwyciwszy za nią, ruszyły do obrony swojego miasta.
Dzisiaj 94. rocznica odzyskania niepodległości i wolności.
Wiedziałam, że jeśli mam jechać do Lwowa, to tylko w tym czasie rocznic tragicznych listopadowych wydarzeń sprzed lat. Tak czułam.
Dziś w Nowym Sączu zorganizowaliśmy kolejną manifestację niepodległościową. Dzieci skąpane w biało-czerwonej szły ulicami miasta. Radosne i rozszczebiotane jak to dzieci.

W mojej głowie kłębiły się obrazy historii Lwowa, której zaledwie kilka dni wcześniej dotknęłam i w której osadziłam emocje. Przed oczami miałam stojący w centrum miasta pomnik postawiony ludobójcy polskiego narodu z dni, o których Orlęta nie zdążyły śnić. Choć odpowiedzialność za zbrodnię nie spoczywa tylko na nim, bo przecież nikt nie dokonuje samodzielnie niczego, on jednak był przywódcą, współtworzył.
I nie jest to jedyne miejsce we współczesnym Lwowie przyprawiające o wielki ból, o rozdarcie duszy, o niemy krzyk.

Wiatr, który dzisiejszej nocy giął i łamał drzewa, za dnia zelżał nieco, do stopnia wystarczającego, by bez trudu łopotać flagami. Patrzyłam na radosne dzieci, przejęte swoim udziałem w uroczystościach niepodległościowych. I widziałam dzieci, równie, albo jeszcze bardziej od współczesnych podniecone powziętym obowiązkiem obrony polskości Lwowa. Trzy pokolenia oddzieliły nas od tamtego czasu. Czas zaś zastygł w oczekiwaniu. Chociaż tam nie ma żadnej nadziei. Tam jest bruk, są mury, budowle, całe bogactwo historyczne i duchowe, cmentarze i las białych krzyży, które nareszcie, w niedawno odzyskanej wolności, mogą kwitnąć.


"Mamy dwa wyrazy: swoboda i wolność. Swoboda, zda mi się oznacza posiadanie: rozporządzam swoją osobą. W wolności mamy pierwiastek woli, więc czynu zrodzonego z dążenia". (Janusz Korczak)


2012 Nowy Sącz,
11 listopada - 94 rocznica odzyskania niepodległości
IV Gra Miejska im. hm. Ireny Styczyńskiej
MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ



2012, Lwów, 3 listopada
Cmentarz Orląt Lwowskich
(każdy krzyż przepasany biało-czerwoną wstążką)



2012 Nowy Sącz,
11 listopada - 94 rocznica odzyskania niepodległości
IV Gra Miejska im. hm. Ireny Styczyńskiej
MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ

sobota, 10 listopada 2012

Naród. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.


Historycy podają, że ok. roku 1900 Lwów miał 160 000 mieszkańców. Z tego ponad połowę stanowili Polacy, Żydzi ok. 45 000, Rusini niespełna 30 000. Resztę wypełniały inne nacje, wśród których zapewne przeważali Ormianie.
Lwów od samego powstania w połowie XIII w. był miastem wielonarodowościowym, wielokulturowym, wieloreligijnym. Założony przez ruskiego króla Daniłę I, którego żoną była katoliczka szybko przyciągnął ludzi różnych wyznań i religii.
Choć przywilejem królewskim króla Kazimierza Wielkiego mieszkańcy średniowiecznego Lwowa mieli prawo do zachowania i kultywowania swych odrębności narodowych, kulturowych i religijnych, to w praktyce było zupełnie inaczej. To tylko na rycinach mistrzów sztuki nad Lwowem górowały wieże kościołów różnych wyznań i dachy synagog  i trwały w symbiozie. Tylko w zapisach tolerancyjnych historyków, za wszelką cenę chcących i potrafiących wygładzić dzieje, ludzie różnych kultur, religii i wyznań byli na co dzień dla siebie mili i serdeczni. Prawda jest okrutna i nie pozostawia żadnych złudzeń. Każda mniejszość narodowa we Lwowie musiała zamykać się w oddzielnych enklawach. Żydzi mają na to swoje określenie: getto. Mniejszości w obrębie miasta narażone były na różnego rodzaju akty terroru, wrogość, ataki cielesne, oskarżenia i pomówienia przez zamieszkującą wespół większość narodową, a także inne mniejszości. Rodziło to nienawiść i odwet. Z tyglem narodowościowym i kulturowym, o którym lubią rozpisywać się historycy, w parze szedł kocioł zwany nietolerancją. Przy czym brak tolerancji dotykał wszystkich, czy byli większością, czy mniejszością. I żaden przywilej królewski, czy akt władz miejskich nie był w stanie spowodować, żeby poszczególne grupy narodowościowe, kulturowe, czy religijne nie czuły niesprawiedliwości.  
Pomimo tego, że Lwów na przestrzeni swoich dziejów był siedzibą trzech arcybiskupstw (katolickiego, greckokatolickiego i ormiańskiego) oraz  gmin żydowskich, pomimo zamieszkiwania we Lwowie wyznawców wielu innych religii, pomimo bolesnych i przykrych dla poszczególnych ludzi i całych nacji wydarzeń, jakoś nigdy nie wyciągano odpowiednich wniosków i nie nauczono się żyć tak, by każdy czuł się potrzebny i chciany, by każdy mógł, realizując swój własny życiowy plan, przysparzać dobra ogółowi, miastu i Rzeczypospolitej.  Zamiast tego, przez wieki pogłębiała się ogólna niechęć i poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
I nie było tak tylko we Lwowie. Historia każdego miasta Rzeczypospolitej jest porównywalna, a pod względem nietolerancji dla wszelkiej inności, wręcz bliźniaczo podobna. I nie było tak tylko w przeszłości.
Jako naród zawsze byliśmy zbyt mało pokorni. Potrafimy podnosić  głowę wysoko do góry w porze kiedy należy ją tak nosić. Niestety częściej to robimy, kiedy czas wymaga, byśmy z pochyloną głową upadali na kolana.
Każde spotkanie z drugim człowiekiem, z jego innością, wrażliwością, biedą czy bogactwem, jest momentem, kiedy powinniśmy pochylić swą głowę w pokorze,  jak przy spotkaniu z samym sobą.
Każde spotkanie z miejscem i czasem, które z minuty na minutę stają się historią, są momentem takiej samej pokory, jak spotkanie z drugim człowiekiem.
Każde spotkanie ze światem przytwierdzonym do najpiękniejszej z planet i z całym wszechświatem jest tym momentem, kiedy powinniśmy pochylić głowę z pokorą, bo to jak spotkać człowieka i czas w jednym  miejscu.
Bo każde z tych spotkań, jest spotkaniem z Bogiem. Dlatego częściej powinniśmy pochylać z pokorą i miłością, miast wznosić głowy wysoko do góry. 

Nasz świat, nasze życie może wyglądać tak.


Ja wolę żyć w takim świecie.

piątek, 9 listopada 2012

Dorośnij najpierw do tych łez. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.


Dzisiaj ze specjalną dedykacją. 

Płacząca Galicja
na Cmentarzu Łyczakowskim


Kiedy kobieta płacze

Ze wszystkich smutków mi znanych
Tych które tak wiele znaczą
Największym smutkiem napawa
Kiedy kobieta płacze
Niezwykłej to obraz rozpaczy
Nie rodem z teatru czy kina
Bowiem kobieta płacze
Inaczej niż młoda dziewczyna

To nie jest ucieczka
Kobieta już w płacz nie ucieka
To nie jest tęsknota
Kobieta potrafi już czekać

Lecz kiedy nie boli już nic
I nie ma powodu by być
To nie ma nawet nadziei
By chcieć do człowieka

Dorośnij najpierw do tych łez
Nim powiesz o niej łka więc jest
Nim powiesz o niej łka więc żyje
Dorośnij najpierw do tych łez
Nim powiesz o niej łka więc jest
To łka kobieta nie dziewczyna

Ty mówisz że znasz ją najlepiej
I wszystko tak pięknie tłumaczysz
Nie mów że płacz nie oślepia
Nie ironizuj rozpaczy

Możesz się skryć za piosenką
Skoro nie umiesz inaczej
Ale bądź bądź choć pod ręką
Kiedy kobieta płacze

Dorośnij najpierw do tych łez
Nim powiesz o niej łka więc jest
Nim powiesz o niej łka więc żyje
Dorośnij najpierw do tych łez
Nim powiesz o niej łka więc jest
To łka kobieta nie dziewczyna

(Tamara Kalinowska z Piwnicy pod Baranami)



Pełtew. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

Osobliwością miasta Lwowa jest to, że nie przepływa przez nie żadna rzeka. Ma Lwów swoją rzekę, ale pod miastem. Dziwne?
Pod zaborem austriackim, kiedy czas zmierzał ku XX w. zaborca władający sporą częścią Europy, nadał jej, Europie, aktualną formę. Uporządkowano miasta i urzędy. Rozbudowano administrację, zbudowano kolej, powstawały uzdrowiska. Część tych przedsięwzięć toczyła się torem historii, do innych zaborca przyczynił się osobiście lub nie wtrącał się oddając w ręce mieszkańców miast i gmin władzę, by nie krępować rozwoju miasta. W latach 40. XIX wieku we Lwowie zasklepiono pierwszy fragment Pełtwi. Tym samym powstał Plac Mariacki (dziś Mickiewicza). Na skutek dalszych prac zasklepiających rzekę powstały szerokie Planty na ulicy Akademickiej i Wały Hetmańskie (dziś aleja Swobody), dalej ul. Czornowoła (dawniej Pełtewna) itd. Zasypano też dwa ogromne stawy (Panieński i Pełczyński). I tak od roku 1841 do 1905 stopniowo zasklepiano Pełtew. Patrząc na plan starego miasta bez trudu i znajomości punktów topograficznych można poznać, którędy rzeka płynie, choć od ponad 100 lat płynie kanałami. Nad podziemną rzeką znajdują się place i szerokie promenady.

O tym, że rzeka została ujarzmiona i sprowadzona do kanałów można się było dowiedzieć z filmu Agnieszki Holland pt."W ciemności", opowiadającym o kilkunastu Żydach ukrywanych w czasie II wojny światowej w kanałach lwowskich i zaopiekowanych przez kilku Polaków. Ewentualnie z książek autorstwa Ignacego Chigera i jego córki Krystyny.
Oczywiście podążyliśmy naziemnym szlakiem ludzi, którzy w cudowny sposób przetrwali Holocaust (14 miesięczny pobyt w kanałach, to tylko wierzchołek góry lodowej wszystkiego, co przeszli przez całą wojnę pod okupacją Sowietów i Niemców).
Tak więc byliśmy przy kościele NMP Śnieżnej (dziś cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy) w najstarszej części Lwowa, gdzie ukrywający się, schronili się w początkowym okresie. Byliśmy też przy klasztorze bernardynów pw. św. Andrzeja, dziś cerkwi greckokatolickiej, tj. w miejscu, gdzie Żydzi Sochy wyszli 28 lipca 1944 r. z kanałów po wyswobodzeniu Lwowa przez Armię Czerwoną.
Przy kościele NMP Śnieżnej są stare, pamiętające czasy przedwojenne lub wcześniejsze, włazy do kanałów. I bruk zapewne ten sam i do Pełtwi niezbyt daleko. Choć znacznie bliżej, tuż tuż, było spod kościoła bernardynów. To tam mało nie utonęli podczas straszliwej burzy, jaka nawiedziła Lwów wiosną 1944 roku. Mury kościoła NMP Śnieżnej pozostawiają wiele do życzenia, a budynki wokół, choć zawieszono na nich tablice, że to zabytek (ukraiński!) są w opłakanym stanie.

Stałam nad włazem do kanału, który w latach Holokaustu wpuszczał pod ziemię odgłosy ze świata, w którym, pomimo wszystko świeciło słońce, zmieniały się pory dnia i pory roku, następowały takie, czy inne wydarzenia. Mała dziewczynka w zielonym sweterku kuląc się z zimna i niewyobrażalnego strachu, słuchała jak ludzie zanoszą modły do Boga, śpiewają pieśni, prosząc zapewne o rychły koniec wojny i ocalenie. Nikt sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo końca wojny i ocalenia pragnęli więźniowie kanałów. Stałam w tym miejscu... w cerkwi właśnie była odprawiana msza, rozlegał się śpiew. Nieco inny, ale zanoszony wciąż do tego samego Boga. Boga Sochy, Chigerów, współczesnych lwowian i mojego.

To wielkie przeżycie stąpać ulicami miasta, które zapisało takie tragiczne wydarzenie na kartach swoich dziejów. I równocześnie zrodziło takich ludzi jak Leopold Socha, Stefan Wróblewski i Jerzy Kowalow.

Lwów - przed kościołem NMP Śnieżnej,
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.


Lwów - przy cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy
(kościele NMP Śnieżnej),
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.



Lwów - przy cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy
(kościele NMP Śnieżnej),
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.


Lwów - przy cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy
(kościele NMP Śnieżnej),
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.


Lwów - przy cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy
(kościele NMP Śnieżnej),
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.

Lwów - przy cerkwi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy
(kościele NMP Śnieżnej),
gdzie początkowo chowali się Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów w czasie II wojny światowej.


Lwów - Plac Soborny (dawniej Bernardyński),
gdzie wyszli z kanałów Chigerowie
i grupka innych lwowskich Żydów
przebywający w kanałach w czasie II wojny światowej.


Lwów - Wały Hetmańskie (obecnie Plac Swobody)
z widokiem na Teatr Wielki (dziś Opera Lwowska)
Pod promenadą płynie Pełtwia.

czwartek, 8 listopada 2012

Dzieje Lwowa*. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

Moja opowieść zaczyna się w czasach, kiedy trzej legendarni bracia Lech, Czech i Rus przemierzali urodzajne ziemie między Odrą a Dnieprem w poszukiwaniu najlepszego miejsca na świecie dla swoich ludów....
Pierwsze kronikarskie wzmianki na temat ziemi Rusa pochodzą z 981 roku, a były to czasy wypraw wojennych na potomków legendarnego brata Lecha, czyli już silnej organizacji państwowej. Dziejopisarz podaje, że książę Rusi, Włodzimierz, zajął ziemie Lachów po Czerwień  i Przemyśl, zdobywając przy tym wiele innych pomniejszych grodów. Dla historyków ten zapis ruskiego kronikarza Nestora jest dowodem na to, że ziemie Lechitów sięgały na wschodzie po Bug na całej jego długości, od źródeł na Wyżynie Podolskiej. 
Od tego czasu były pod panowaniem spadkobierców Włodzimierza, książąt i królów wyodrębnionej na przestrzeni kolejnych lat Rusi Czerwonej, a granica państwa Piastów przesunęła się daleko na zachód - po San i Wisłok. Od 1206 roku był Halicz (łacińska Galicia) stolicą Rusi Halicko-Włodzimierskiej. Nie miały te ziemie szczęścia do pokoju i błogostanu. Głodne mordów, zdziczałe hordy tatarskie co rusz przechodziły przez nie w swej drodze na Polskę i Węgry. A po przejściu hord tatarskich ponoć trawa nie chciała nawet rosnąć. Ziemie Rusi były zapleczem do wypraw po łupy zachodniego świata dla Tatarów. Toteż zostawał po przejściu hord gwałt i pogorzelisko. Po jednym z takich pochodów, po raz nie wiedzieć który, zniszczony został Halicz, ówczesna stolica, mający swe położenie niekorzystnie, bo na równinie, bez naturalnych punktów obronnych. Marne były widoki na podniesienie się miasta z riun, dlatego król z dynastii Rurykowiczów Danił I, postanowił poszukać nowego miejsca na stolicę dla swojego królestwa. I tak strategicznie pośród płaskowyżu wielkiego trzonu lądowej równiny, między Haliczem a Chełmem, w kotlinie wyżłobionej przez Pełtew, która z lasów nieopodal wypływa, częściowo na stoku zamkowej góry, ok. 1250 r. założył Danił gród, który  na cześć swojego syna nazwał Lwim Grodem. Pełtew ma swoje źródła w niegdysiejszym dębowym lasku, na stoku góry, na wysokości ok. 350 m n.p.m. i tworząc liczne rozlewiska stała się naturalną fosą utrudniającą dojście do grodu od strony północnej i zachodniej. 
Lew, przejąwszy koronę po ojcu, na dobre stolicę ustanowił w nowym miejscu. Umacniał i rozbudowywał gród. Powstał książęcy dwór i liczne cerkwie. Nieopodal dworu w 1270 roku pojawił się kościół łaciński pw. św. Jana Chrzciciela. Dlaczego? Otóż żoną Lwa była córka króla węgierskiego Beli IV - Konstancja, rodzona siostra św. Kingi, starosądeckiej Pani. Dla ukochanej, pobożnej żony, o której to już współcześni mówili, że po śmierci od razu weszła w poczet błogosławionych oraz dla córki, Lew postanowił postawić świątynię. Odtąd matka z córką mogły oddawać się praktykom religijnym według swojego wyznania. Do kościoła ściągnęli mnisi - dominikanie. Kroniki podają, że córka Konstancji i Lwa - Świętochna, dożyła swojego bogobojnego żywota w starosądeckim klasztorze, który jej ciotka ufundowała. 
Do nowego miasta szybko ściągnęli kupcy z Niemiec i skupili się wokół kościoła katolickiego. 
Ze wschodu przybył do Lwowa lud zbiegły z rodzinnej Armenii przed represjami Greków i Turków. Ormianie, jako że byli chrześcijanami własnego obrządku, zbudowali kościółek św. Anny i utworzyli wokół niego własną dzielnicę. Z dalekiej Armenii przywieźli ze sobą swojego wyznania księgę prawa - Datastanagirk. Osiedlili się w miejscu, gdzie teraz stoi cerkiew i klasztor św. Onufrego (obecnie Bazylianów); w ich dzielnicy gromadzili się (również skośnoocy) Tatarzy. 
Prędko też grupki Żydów zasiedlały powstający gród, tworząc getto w oddzielnej dzielnicy. Lwów rozłożył się na zachodnim stoku góry zamkowej i poniżej, tam gdzie dzisiaj ulica Chmielnickiego (Żółkiewska), Stary Rynek, Plac Halickiego i Zamkowa. 
Drogi prowadzące ze Lwowa na cztery strony świata wyznaczały cerkwie: św. Jura na zachód, na Przemyśl; szereg prastarych cerkwi na Żółkiewskim przedmieściu wyznaczały kierunek na północ, do Chełma, rodzimego miasta Daniły; do Glinian i dalej, do ojczyzny Ormian, obok starodawnej cerkwii św. Krzyża (dziś ulicą Łyczakowską) wiódł główny trakt  na wschód, wreszcie na południe, na Halicz wyznaczała drogę cerkiew Trzech Króli. Wszystkie te świątynie stały na przedmieściach ówczesnego grodu. 
"Połączenie pierwiastków zachodnich i wschodnich żywiołów na gruncie rodzimym ruskim — to tajemnica przyszłej wielkości Lwowa" - pisze Fryderyk Papée (polski historyk, bibliotekoznawca, dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej i profesor Uniwersytetu Jagielońskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętnościw swojej Historii miasta Lwowa w zarysie.
Syn Jur i wnukowie Lwa krótko we Lwowie rządy sprawowali, bo w 1315 roku już ród po mieczu wyginął (historycy domyślają, się, bo dowodów na zbrodnie nie ma, że padli oni ofiarą mordów tatarskich). I tak Ruś Czerwona z nową stolicą we Lwowie w 1323 r. została bez korony. Zdawało się, że koniec dla miasta nastąpił. Ale był to tylko koniec ruskiej epoki.
Władzę po zmarłym ostatnim Romanowiczu (Romanowicze wywodzili się z Rurykowiczów) przejął książę mazowiecki Bolesław, który po kądzieli był spadkobiercą Daniłowej dziedziny. Przybywszy do Lwowa, wraz z władzą przyjął imię Jerzego. Jednak został otruty przez ruskich bojarów, którym nie podobało się, że jest łacińskiego wyznania. W podobny sposób unicestwili wdowę po księciu, rodowitą Rusinkę, wnuczkę rodzoną Daniły, myśląc, że władza przypadnie wyznawcy wschodniego kościoła. Ale miast przywrócić władzę w ręce Rusinów, przyczyniło się to do wielkich walk o władzę na Rusi Czerwonej, do której przystąpiły Polska, Litwa, Tatarzy i Węgry. Przez kilkadziesiąt lat Lwów wraz z Rusią przechodził z rąk do rąk, by ostatecznie w 1353 r. stanąć pod panowaniem Kazimierza Wielkiego. Ten zaś miał szczęśliwą rękę dla wszystkich ziem, którymi władał. Spalony trzykrotnie podczas walk bojarów ruskich z piastowiczem Lwów pod rządami Kazimierza rodził się od podstaw. Kazimierz Wielki lokował miasto na prawie magdeburskim (inaczej: niemieckim, dającym pełną samorządową swobodę) i to zapewne Lwowa szczęśliwa moneta. Król nadał jego mieszkańcom przywileje zezwalające przede wszystkim na odrębność prawną, religijną i obyczajową wszystkich zamieszkujących Lwów nacji. A naówczas Lwów zamieszkiwali: Polacy, Rusini, Ormianie, Niemcy, Żydzi i Tatarzy.
Zbyt piękną i prostą byłaby historia, gdyby już nastał spokój dla grodu, Rusi i Polski. Jeszcze się dzieje kotłowały, jeszcze monarchie europejskie ręce po Ruś Czerwoną ze stolicą we Lwowie wyciągały, aż ostatecznie młodziutka Jadwiga w 1387 roku przypieczętowała zwierzchnictwo polskie nad Lwowem i całą Rusią, tj. Galicją i Lodomerią, jak po łacinie zwano ziemie Halicką i Włodzimierską, którą na drodze pokojowej i za zgodą meszkańców przyłączono do Polski. 

"Ruś przyjmowała Jadwigę chętnie, — aż pod Haliczem natrafiono na opór i to nieznaczny — i nawzajem „królowa polska witała Ruś swobodami". Lwów otrzymał od Jadwigi wkrótce po jej przybyciu potwierdzenie swych przywilejów. W tem potwierdzeniu powiedziano między innemi, że cokolwiekby miastu bezprawnie było zabranem ma być zwrócone i że ustać mają wszystkie cła i daniny, które po śmierci Kazimierza niesłusznie zostały ustanowione. Oto wskazówka wyraźna, w jakiej były pamięci rządy węgierskie na Rusi. Starostowie węgierscy dbali przedewszystkiem o własną korzyść, uciskali podatkami, ba nawet kilka grodów Litwinom zaprzedali. Toż nic dziwnego, że z taką radością witano Jadwigę, kiedy kres kładła rządom węgierskim na Rusi. I niemniej radosnego doznał także przyjęcia Jagiełło, skoro wkrótce po swej małżonce na Ruś zawitał. Lwów uprosił sobie od niego znowu potwierdzenie swych praw, a wkrótce potem (1389) ciekawy bardzo dokument, który wśród najcenniejszych swych przywilejów przechował. W tym dokumencie nic więcej nie było powiedzianem, jak tylko to, że Lwów i ziemia lwowska nigdy żadnemu księciu ani panu oddane nie będą, ale po wieczne czasy z koroną królestwa polskiego nierozdzielną stanowić mają całość, by pod tą opieką trwale się pokrzepiły*. Lwów żadną miarą nie chciał gdzie indziej należeć, jak tylko do tego związku państw, które szczęśliwa obrączka Jadwigi w jedno potężne mocarstwo złączyła. Wracał z upragnieniem do polskiej korony, wracał na stałe — wśród jeszcze szczęśliwszych niż dawniej warunków". (Fryderyk Papée)
 *(Akta grodzkie i ziemskie T - III Nr 50 ryc. 2)

 Największym przywilejem, jaki nadał Ludwik Węgierski, a polscy władcy potwierdzili, który wpłynął na świetność i bogactwo miasta, był przywilej prawa handlowego, w tym przywilej składowy. Spowodował, że Lwów stał się monopolistą na towary Wschodu dla świata Zachodniego i na towary Zachodu dla świata Wschodniego.
I tak nastąpił rozkwit Królewskiego Stołecznego Miasta Lwowa, o którym nie można niestety powiedzieć, że trwał nieprzerwanie. Śmierć Jagiełły, władcy, z którym liczyli się nawet Tatarzy, a później klęska i śmierć młodego króla, któremu potomni nadali przydomek Warneńczyka, rozzuchwaliła Tatarów i znów sięgnęli po ziemię niegdysiejszej Rusi, naówczas Małopolski Wschodniej. 
W dalszych stuleciach złoty okres powrócił, by czas zalewającego Europę i Rzeczpospolitą  potopu szwedzkiego z jednej strony, z drugiej niepokoje wewnętrzne przyobleczone w wojnę domową kozaków pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, przyniosły kolejny upadek Lwowa.
I tak się historia toczyła swym kołem przynosząc wzloty i upadki, ale Lwów i kresy już zawsze były w rękach polskich. Aż przyszedł wiek XVIII, a wraz z nim okres rozbiorów Polski. 

* Opracowanie na podstawie Fryderyka Papée  Historia miasta Lwowa w zarysie.

_________________________________________________________________________________


Powinnam napisać, że jest to część I. i ciąg dalszy nastąpi, ale tak naprawdę chciałam (przede wszystkim sama dla siebie) wiedzieć, dlaczego Ukraińcy uważają, że są pierwszymi spadkobiercami tych ziem i Lwowa. Dlatego najbardziej interesował mnie czas jak, kiedy i dlaczego Lwów powstał oraz za jaką przyczyną stał się polski.
Osoby zainteresowane dziejami miasta odsyłam do wspaniałej książki Fryderyka Papée  Historia miasta Lwowa w zarysie, którą czyta się jak najpiękniejszą opowieść. Można ją znaleźć w internecie.