MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

środa, 17 grudnia 2014

Życie pod sankcją

Nie lubię zajmować się polityką. Znacznie bardziej interesują mnie sprawy społeczne. Po prostu ludzkie. Ze spraw politycznych będzie więc tylko zaznaczenie, że świat zadał embargo na wojujące mocarstwo i wszyscy się cieszą ze spadku tamtejszej waluty i załamania gospodarczego, bo daje to widok na rychłe poskromienie brytana.
Teraz będzie li tylko o sprawach ludzkich.
Zbyt boleśnie pamiętam czasy, kiedy to na nasz kraj, znajdujący się wówczas w bloku krajów "sympatyzujących" z obecnym mocarstwem, nałożono sankcje, i jak ciężko i beznadziejnie żyło się zwykłym ludziom. Był to dramat ukradzionej teraźniejszości każdego człowieka! Jakaś tragiczna pętla, która zawęziła horyzont i wszystko było małe, pozbawione kolorów, ciasne i beznadziejne.
Dlatego pochylam się z wielkim zrozumieniem i boleścią nad mieszkańcami mocarstwa. Tymi, którzy stoją po stronie brytana i pozostałymi; mniemam, że tych ostatnich jest zdecydowanie więcej. Z historii znane są fakty, że mocarze mocarstwa, które mam na myśli, skłonni byli zadać swojemu ludowi śmierć głodową - dla polityki. Tym bardziej pochylam się nad dzisiejszymi mieszkańcami mocarstwa. I boleję nad ich biedą. Nad ich beznadzieją i zrodzonymi z niej lękami. Lękami o byt; o dziś i jutro. Nad niepewnością chwili. Czuję niemal, jak zaciska się wokół ich horyzontu ta tragiczna pętla wyalienowania z beztroskiego życia.
Warto pomyśleć ciepło o ludziach zamieszkujących mocarstwo. O każdym jednym człowieku. Tam wciąż całym pokoleniom odbierano nadzieję, tę dużą i te wszystkie maleńkie. A naród to przecież bardziej od naszego melancholijny. Naród otwarty, prostoduszny i bezpośredni w kontaktach. Naród, który łączy w sobie mesjanizm chrześcijaństwa z mistycyzmem wschodnich religii. Naród wrażliwy. A nawet, gdyby taki nie był, to co? To i tak należałoby uzmysłowić sobie, jak ciężko musi się żyć człowiekowi w kraju, na który nałożono sankcje.

Miejsce złe

Jechałam autobusem.  Siedziałam na pierwszym siedzeniu.  Obok mnie - Duża Mała Dziewczynka. Podróż dobiegała końca, autobus musiał pokonać jeszcze tylko trzy ulice, byśmy dotarły do przystanku, na którym wysiadamy. Podczas podróżowania zawsze z wielkim zadziwieniem oglądam świat, który pojazd pruje na dwie części. Ponieważ dom był na wyciągnięcie ręki, na pierwszy plan w moich myślach wyszła sprawa obiadu ale i tak nie traciłam nic z rozpościerających się widoków. Uwielbiam tę trasę tam i z powrotem i choć pokonałam ją setki razy to moje oczy wciąż są nienasycone. Nagle zobaczyłam niecodzienną scenę. Na przystanku autobusowym stało kilka osób, w tym młode małżeństwo z dzieckiem. W pewnym momencie zachowanie mężczyzny w stosunku do żony stało się niepokojące. Zauważyłam agresję. Kobieta pociągnęła dziecko za rączkę i schowała się za plecami pozostałych oczekujących pasażerów. Oddalała się od niezbyt licznej grupy. Za nią podążał mężczyzna i nagle doskoczył do niej i zaczął ją okładać rękami po głowie. Jak bokser na ringu – obiema rękami po jej jednej głowie.
To wszystko działo się w mgnieniu oka. Rejestrowałam obraz i zdarzenie z prędkością poruszającego się po mieście autobusu. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam, więc zapytałam Dużą Małą Dziewczynkę, czy również to widziała. Potwierdziła moje spostrzeżenie.
Sparaliżowało mnie. Autobus już był na naszym przystanku. Wychodząc sięgnęłam do kieszeni po telefon. Wybrałam numer policji. Cały czas byłam w ruchu – szłyśmy w kierunku domu. Chyba wieczność minęła nim dyżurny się zgłosił. Na pewno przeszłyśmy spory kawałek.

- Jechałam autobusem. Na przystanku autobusowym przy tym sklepie stało młode małżeństwo z maleńkim dzieckiem. Takim maleńkim – pokazałam ręką odległość od ziemi do końca domniemanego dziecka, jakby policjant w telefonie miał widzieć  – takim zaledwie stojącym na własnych nóżkach. Mężczyzna strasznie bił kobietę po głowie. Równie dobrze zaraz może zacząć bić dziecko. Nie wiem czy zdążycie dojechać, czy oni jeszcze będą na tym przystanku ale moje sumienie nie pozwoliło mi zareagować inaczej. – Coś strasznego dławiło moje słowa, myślałam, że zacznę płakać na głos; wyć.

Długo się nie mogłam uspokoić. Uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w życiu na własne oczy widziałam taką brutalność.
Nie mogłam odpędzić myśli.

Po wielu godzinach przyszła mi do głowy refleksja: dlaczego kierowca autobusu się nie zatrzymał? Albo, dlaczego ja nie krzyczałam, żeby się zatrzymał? Czy tamte osoby stojące na przystanku zareagowały?  Gdyby cały autobus zareagował odpowiednio, może by się drań przed następnym uderzeniem, w inny dzień, zastanowił? Bał?  Dlaczego w człowieku nie ma natychmiastowej reakcji na zło? Dlaczego najpierwszą moją reakcją było zamurowanie, bezradność z pozycji siedzenia w autobusie wśród obcych ludzi, niemożność  podjęcia działania? Dlaczego nie mamy w sobie odruchu na natychmiastowy krzyk? Na alarm, by przeciwstawić się złu i brutalności? Dlaczego reakcja przychodzi z opóźnieniem, a najczęściej wcale? Dlaczego ludziom tak trudno jest wstawić się za pokrzywdzonym i odwracają się plecami, albo – jak w tym przypadku – nie odwracają się we właściwą stronę?

- Chciałabym, żeby w ludziach był sprzeciw. Kategoryczny i jednomyślny sprzeciw nastawiony na  panoszące się zło.


- Dziewczyno! Gdyby tak było jak mówisz, to by to nie było życie tu i teraz. To by było niebo! – powiedział Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem. 

niedziela, 14 grudnia 2014

Światło

Kłębiący się lodowato-mglisty tuman wciskał się Doliną Popradu pomiędzy Pasmem Jaworzyny Krynickiej a Pasmem Radziejowej wprost w Kotlinę Sądecką. Dosłownie miało się wrażenie jakby znalazło się wewnątrz mroźnego kotła. Jak w Himalajach. Unosząc się nad ziemią właśnie tak sobie wyobrażałam. Huraganowy wiatr (wieje orkan Aleksandra) wciskał się do płuc nozdrzami i dusił. Słowa więzły w gardle a ciało w ciągu zaledwie kilku chwil przemarzło bardziej niż ciało może; przemarzło do szpiku kości. Dzień był już wysoko. Tylko światło utknęło w tym kotle i patrząc na świat nie można się było oprzeć wrażeniu, że wiruje ono wespół ze wszystkim, co miał w swym wnętrzu orkan. Wciskał się więc ten tuman w górską kotlinę i tam gdzie był, nie było widać niczego. Zaś tam, dokąd jeszcze nie dotarł, świat tonął w błękicie i... w blasku słonecznych promieni. Nigdy jeszcze nie przeżyłam takiego rozdarcia świata na dwie części. Gdyby nie lodowate zimno i moc huraganu zapierająca dech w piersi, mogłabym stać i patrzeć bez końca, bo widowisko - nomen omen  - zapierało dech w piersi. Tam więc, gdzie przewalał się kocioł, światło utkwiło i nie mogło się wydostać. I była to zapewne wróżba na dzisiejszy dzień, który na każdym kroku mówił i przypominał o świetle. 
Trzy świece zapłonęły na porannej adwentowej Eucharystii. 
Światło słoneczne, dzienne światło przepołowiło się i było w kotlinie, poza nią go nie było.
Światło pokoju dotarło z Betlejem najpierw do Austrii, potem na Słowację, wczoraj słowaccy skauci na przejściu granicznym wręczyli je polskim harcerzom a dziś już wędrowało po Polsce i z Krakowa dotarło do Sącza z przesłaniem "Pokój jest w nas!". 
I w końcu wieczorem, gdy noc otuliła świat, w Nowym Sączu, w żydowskie święto świateł - Chanukę, odżył zwyczaj palenia światła dla upamiętnienia cudownego wydarzenia, które dokonało się podczas powstania Machabeuszy.

Światło, o którym mówią Księgi Starego i Nowego Testamentu oplotło dzisiejszy dzień i będzie się mnożyć, będzie go przybywało, by rozświetlać drogę wielu. 




Widok z platformy widokowej na Woli Kroguleckiej



Stary Sącz - klasztor klarysek, latarnia przy klasztornym murze




Chanukija - chanukowy świecznik;
synagoga w Nowym Sączu - święto Chanuki 2014

Chanuka w Nowym Sączu

Chanukija (świecznik chanukowy) -
światło zapalone w nowosądeckiej synagodze



Dzisiejszego wieczoru, niemal w przeddzień rocznicy śmierci pana Jakuba Müllera, w Nowym Sączu stało się coś niezwykłego. Stał się cud. Po raz pierwszy od 76 lat, rabin Eliezer Gurary (naczelny rabin Krakowa) zapalił w Sączu światło Chanuki - może nieco wcześniej niż zacznie się święto ale inaczej się nie dało. Kolejną niezwykłością jest to, że w tym roku 25 dzień miesiąca kislew (czyli początek chanuki) przypada dokładnie w rocznicę śmierci Pana Jakuba. Pan Jakub, sądeczanom wiadomo, był ostatnim strażnikiem "Świętego miasta Sącza" (Di hailiky sztut Sanc).
Na "Spotkaniach z żydowskimi świętami" zorganizowanych m.in. przez "Sądecki sztetl" i Fundację Nomina Rosae oraz Wojewódzką Bibliotekę Pedagogiczną w Nowym Sączu i Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu było cudownie. O świetle, boskim świetle w człowieku, mówili: rabin, jezuita, pastor ewangelicki i ksiądz kościoła zielonoświątkowego. Panel ekumeniczny prowadził dyrektor sądeckiego muzeum.
Najbardziej utkwiło mi w głowie to, co powiedział rabin. Powiedział, że człowiek (dusza człowieka) jest świeczką Pana Boga. Mówił pięknie. Jak wszyscy dzisiaj podczas "Spotkań". 
Dawno, naprawdę bardzo dawno nie uczestniczyłam w tak pięknym wydarzeniu. Było ono piękne wielowymiarowo.
A z Betlejem dotarło Betlejemskie Światło Pokoju...
Dziś był dzień cudów.



Plakat święta Chanuki
(źródło fanpage "Sądecki sztetl" Facebook)






czwartek, 11 grudnia 2014

Andrzejki - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Z jednym z Małych Ludzi na przedszkolne andrzejki poszedł tatuś. Po powrocie zdawał relację mamusi, że rodzice, by dać dzieciom dobry przykład, zostali wciągnięci do zabawy, wróżb i tańca. Potem mamusia dopytywała Małego Człowieka:
- To z kim tatuś tańczył?
- Aaaa, z kim popadło.

Nietrudno się domyślić, który z Małych Ludzi jest autorem tych słów. Skoro już nie jest to tajemnicą, to zdradzę jeszcze, że podczas przygotowań do wyjścia tatuś zapytał mamusię:
- Mamusiu, wziąć aparat?
- No pewnie! - zakrzyknęła Maleńka Wnuczka. - Przecież to będą zdjęcia mojego życia!

sobota, 6 grudnia 2014

Rzecz o staruchach - Wcale nie jest to przyjemna opowieść, jakiej można by się spodziewać w dniu św. Mikołaja

Galeria handlowa przy osiedlu, które się zestarzało. W galerii, jak to w galerii - sklep spożywczy jednej z zagranicznych sieciówek. Małe osiedlowe sklepy zamknęły się zanim otwarto ten sklep, to sieciówka na obrzeżu miasta, jedyna na tamte czasy wyeliminowała drobnych handlowców. Choć na osiedlu pozostało kilka spółdzielnianych sklepów pamiętających oblężenie klientów i puste półki, to starzy mieszkańcy osiedla lubią robić zakupy w wielkopowierzchniowej sieciówce. Dla nich to taki sprawdzian na ile sobie jeszcze radzą w życiu. Autentycznie. Od niejednego starego mieszkańca osiedla słyszałam: dopóki potrafię odnaleźć się w tej galerii handlowej, to nie jest ze mną jeszcze tak źle. Chodzą więc, by zrobić podchody, tańsze zakupy i równocześnie dają się wciągnąć w zbieranie punktów czy kuponów na produkty, których tak naprawdę nie potrzebują. Również i w tym temacie posiadam własne obserwacje i nieraz widziałam, jak panie dobierały towar do koszyka, by wydać kwotę odpowiadającą równowartości kolejnego kuponu. Wyklejony kuponami bloczek zamienia się na rondle, noże, patelnie czy inne przedmioty, które normalnie można kupić taniej, niż za 300, czy 500 zł, które trzeba wydać w sieci, by uzbierać punkty na ten ponoć darmowy dodatek służący głównie do przywiązania klienta a przede wszystkim nabicia go w butelkę.
Nigdy nie ukrywałam ani też nie wstydziałam się (w dzisiejszych czasach nie wiedzieć co ukrywać, czego się wstydzieć - wielu sprawia, że wartości w świecie są niepopularne) mojego ciepłego stosunku do ludzi starych. Dawno ukułam teorię, że zbyt szybko straciłam własnych staruszków z pokolenia dziadków i babć i w związku z tym odczuwam głód, więc i potrzebę obcowania z takowymi. I choć różnica między nimi a mną z roku na rok robi się coraz mniejsza, więc granica starości przesunęła się w moim postrzeganiu, to jednak wciąż jest jeszcze, więc mój ciepły stosunek do staruszków ma się dobrze a nawet coraz lepiej. Zapewne sprawia to ta moja empatia, która w swej głębi nie ma końca ;).
Jest więc tak, że spotkania ze staruszkami rozrzewniają mnie.
Jest jednak pewien rodzaj starych ludzi, których, jak to mawiała niezapomniana profesorka usiłująca wpoić mi podstawy tego, z czego jest Ziemia zbudowana, "wsadziłabym w armatę i w kibiny". (Dosłowne brzmienie powiedzenia, które kierowała do wcale nie nielicznych, brzmiało: "Ty to jesteś taka głupia, że Ciebie nic, tylko w armatę i w kibiny").
Tak. To rodzaj staruszek, e tam, staruszek! starych bab, które w swej słabości i niemocy docierając do celu przejdą po tobie jak czołg albo taran.
Wracamy do galerii handlowej znajdującej się przy osiedlu, które się zestarzało. Robiłam zakupy w towarzystwie Dużej Małej Dziewczynki. Spośród trzech rodzajów koszy na zakupy, wzięła ten najmniejszy, plastikowy, który trzeba nosić w ręce. Były jeszcze dwa modele: plastikowy na kółkach i typowy druciany na giga zakupy, na kółkach. Zamierzałyśmy kupić 2-3 rzeczy, więc wybrała taki. Ja w tym sklepie zawsze wybieram model środkowy.
Po odnalezieniu produktów, które przyszłyśmy kupić, udałyśmy się do kasy. Wybrałyśmy najkrótszą kolejkę. Są dwa powody, dla których nie lubię robić zakupów w tym sklepie: tam zawsze są długie kolejki do kasy i te stare baby, które wydłużają lub utrudniają czas oczekiwania.
Przed nami stała starsza kobieta, która właśnie była obsługiwana, przy niej stał stareńki staruszek z aparatem słuchowym, o lasce, cały rozedrgany. Sprawiał wrażenie, jakby tylko towarzyszył tej pierwszej, ale okazało się, że swój zakup trzymał w ręce. Za stareńkim staruszkiem stanęłyśmy my obie i to był sam skraj niezbyt długiej taśmy do kasy, na który Duża Mała Dziewczynka zaczęła wykładać nasze zakupy. Miałyśmy dosłownie 4 produkty bardzo niewielkich rozmiarów. Zaledwie Mała Duża Dziewczynka postawiła część z nich na taśmę zjawiła się starucha wyglądająca jak czarownica z Królewny Śnieżki i napierając koszem wypełnionym po brzegi, przymilnym głosem poprosiła o możliwość postawienia kosza na taśmie, bo jej ciężko. Nie było możliwości, by jej to umożliwić, bo choć taśma była prawie pusta, to fizycznie nie było miejsca, by się przesunąć do przodu. Z przodu starsza kobieta, która już spakowała towar i dokonywała płatności, tuż za nią stareńki staruszek z aparatem słuchowym, o lasce, cały rozedrgany, za nimi my obie i... brak czasu na reakcję. Starucha tak naparła na nas swoim wypełnionym po brzegi najmniejszym z całej gamy do wyboru koszykiem, że pchnęła nas jak domino. Duża Mała Dziewczynka wpadła na mnie. Moja figura, postawiona na kończynach o kolanach, które potrzebują stanowczego wsparcia i wciąż komendy z mózgu: ruszamy! - straciła równowagę, w kolanach zgrzytnęło, pod kopułą zaświeciły mi wszystkie gwiazdy, szczególnie te jeszcze nieodkryte i runęłam na stareńkiego staruszka z aparatem słuchowym, o lasce, całego rozedrganego. On był jednak mocno wsparty na swej lasce, być może płacąca starsza kobieta była bastionem przy tej kasie, w każdym razie tylko dlatego nie nastąpił spodziewany koniec jak w klockach domino. Zapytałam staruchę: - Może by pani życzyła sobie, żeby ją w ogóle przepuścić? Na co jeszcze milszym niż chwilę wcześniej, ale już uciemiężonym głosem odpowiedziała: - No, chciałam tylko ulżyć sobie w dźwiganiu ciężaru i nie wiedziałam, że to taka krzywda dla pani.
Ggggrrryyy....!!!
Młody chłopak stojący za staruchą uśmiechnął się do mnie i puścił mi oko.


piątek, 5 grudnia 2014

Świat rzeczywisty

Dni budzą się i zasypiają otulone siną mgłą. Taki stan rzeczy zdaje się być wiecznym, choć trwa zaledwie od kilku dni. Ze dwa razy zdarzyło się krótkim promieniom słonecznym przekłuć warstwę otulającej świat mlecznej wilgotności, ale były to tak ulotne zjawiska, że można je było z łatwością przeoczyć. Jest więc sennie, leniwie i monotonnie a czas zatracił granicę pomiędzy dniem i nocą. Trzeba rozpaczliwie chcieć, by wstać ze snu, choć nie ma się pewności czy pora jest bardziej odpowiednia do wstawania, czy zasypiania. Wszystko wskazuje więc na to, że czas zatracił porządek swojego regularnego tykania w przestrzeni i miarowego odliczania chwil, które się zapamięta, albo zapomni.
Można oczywiście mierzyć przemijanie liczeniem odwracanych stron towarzyszek tego smętnego czasu (choć one same zamknięte są w granicach twardych oprawek i zakotwiczone kształtem liter i długością słów na papierze o gramaturze o wartości  proporcjonalnej do wartości dzieła) i jest to najmilsza klepsydra ale też senna kołysanka. Bo wszystko się dzieje w uśpieniu. By ratować się przed utonięciem w mlecznej rzeczywistości, która zalała świat, postanowiłam skorzystać z propozycji znawców. Choć czasem ze znawcami jest tak, że można się bardzo pomylić licząc na ich opinię i znawstwo tematu, gdyż można się zderzyć z brakiem wirtuozerii wśród tych, o których się ma jak najlepsze zdanie. A może tylko oczekiwania? I tak szkoda. Zwłaszcza szkoda człowiekowi, który zna wiele smaków życia i zachęcony profesjonalizmem innych, którzy się profesjonalizmem chełpią, chciałby znaleźć całkiem nową przyprawę w tej mglisto-mroźnej i leniwo-monotonnej teraźniejszości. Więc lepiej już nie dać wyciągnąć się z domu. Lepiej znaleźć swoje miejsce pomiędzy słowami na papierze o gramaturze, na którym wydaje się najcenniejsze dzieła.
Można też wyjść na spotkanie drugiemu człowiekowi. Lecz w tym przypadku należy mieć świadomość, że można brodzić w tej mgle i nawet długo chodząc nie natknąć się na nikogo albo natknąć się. Na wilka. Jeszcze gorzej niż na wilka jest natknąć się na człowieka-wilka. I znów lepiej nie dać swoim pragnieniom wyciągnąć się z domu. I lepiej jest siedzieć przy oknie i patrzeć w zasinioną dal i wyobrażać sobie, że są gdzieś na świecie ludzie, którzy nie są wilkami. Że są profesjonaliści, którzy mają w sakwie za pazuchą przyprawę droższą niż szafran, którą w dodatku podzielą się od serca i dodając szczyptę do tego co robią, sprawią, że świat pełen kolorów i niepowtarzalnego smaku nie zamieni się w siną i beznadziejną rzeczywistość.

sobota, 29 listopada 2014

Zaginiony Czesiek

Zaginął Czesiek.
Czy ktoś wie, gdzie mógł się zgubić?
W pralce go nie ma. Sprawdzono wielokrotnie. Tak samo jak wszystkie zakamarki i niezakryte miejsca w całym domu, mysie dziury, kotłownię, w łóżkach i pod łóżkami, na szafach, za szafami i w szafach oraz szafkach, w butach, w rękawach kurtek itd. Zapadł się pod ziemię. Ostatnio przebywał na kuchennym stole. Było to wtedy, gdy Mali Ludzie szli z mamusią na zakupy. Maleńka łapka gotowa była do niesienia Cześka, ale mamusia zaproponowała, żeby lepiej został w domu, bo jest za zimno i jeszcze się rozchoruje jak Maleńka Wnuczka. Dlatego został na tym stole. I po powrocie - rozstąp się ziemio, Cześka nigdzie nie ma! Właścicielka maleńkiej łapki - Nasza Łaskawość - pierwszego dnia rozpaczała. W kolejnym dniu, kiedy Cześka uporczywie nie było, oznajmiła, że poszedł do przedszkola. Sam, bo przecież Mali Ludzie nie chodzili ze względu na chorobę Maleńkiej Wnuczki. Bardziej lub mniej markotna wytrzymała jedną dobę bez Cześka i rozpacz wróciła, choć zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby to Czesiek wrócił. Mała Duża Córeczka jest zdania, że zaszkodził mu szum medialny i cały ten rozgłos w Internecie. A Czesiek jest troszkę nieufny i nieśmiały. Kiedy np. był u nas, to cały czas siedział w kurtce. W ogóle się nie rozebrał. Nasza Łaskawość pozwoliła zdjąć sobie sweterek po jakimś czasie, ale Czaesiek na każdą propozycję rozebrania go, mówił: NIE! A właściwie NE! - tak powtarzała to Nasza Łaskawość. Bo przecież tylko ona potrafi rozmawiać z Cześkiem. 
Pocieszałam Małą Dużą Córeczkę, która musi nieustannie naprowadzać myśli Naszej Łaskawości na wciąż nowe przygody, które przeżywa Czesiek podczas swojej wyprawy (no, przecież nie można przyznać przed dzieckiem, że Czesiek zaginął!!!), że tak naprawdę to nic (w przyrodzie) nie ginie i za dowód podałam fakt odnalezienia w ostatnich dniach w jednym z warszawskich mieszkań skrytki pod podłogą z papierami przechowywanymi od Powstania Warszawskiego, ale sama wiem, że to nie byłoby zadowalające rozwiązanie. 

Przecież sama miałam misia i wiem co znaczy być małą dziewczynką, która ma misia. Mój miś w dzieciństwie bardzo chorował. Trzeba z nim było chodzić do lekarza, a potem dawać mu zastrzyki. Po każdym zastrzyku trzeba go było tulić, wieczorami usypiać, opowiadać mu bajki, bawić się z nim i troszczyć się o niego jak o misia. Mój miś miał czapkę, której nigdy nie ściągał...

Raz jeszcze pytam: Czy ktoś wie, gdzie Czesiek mógł się zgubić? Tylko proszę o dyskretne sugestie, żeby do Naszej Łaskawości nic nie dotarło. No i do Cześka, bo on nieufny i nieśmiały. 

sobota, 22 listopada 2014

Starość

Starość. Kiedy zaczyna się starość? Czy ktoś mi może odpowiedzieć na pytanie, kiedy zaczyna się starość? Bo mam wrażenie, że przychodzi niepostrzeżenie, ale taka mierzalna granica jest wtedy, kiedy lekarz zapisuje ci pierwszy lek, który musisz brać już do końca życia. Zaraz potem, nawet się tego nie zauważa, leków przybywa.
Ale, czy to już jest starość? Czy starość czyha może w niepamięci? Nie pamiętasz, czy zażyłeś już leki. W dalszej kolejności nie pamiętasz, że w ogóle masz je zażywać...

Bo ja już trochę tych leków łykam. Dopóki było jedno lekarstwo, nie przywiązywałam do tego wagi, że to już tak na zawsze, do końca życia! Po tym, jak doszło do niego kolejne i znów kolejne, jakoś sobie radziłam z zapamiętywaniem. Teraz zdarza mi się, że nie mogę odwrócić wykonywanych nieco wcześniej działań i ustalić, czy zażyłam, czy nie. Ale za to jeszcze doskonale pamiętam, że mam zażywać ;).

Więc para sympatycznych, nierozłącznych staruszków znowu wyszła na spacer. No? Co ja mówię, że nierozłącznych? Przecież rozdzieliła ich w końcu śmierć. On umarł wiele lat przed nią, chociaż to ona poważnie chorowała. Po jego śmierci rozchorowała się jeszcze poważniej. I na tę chorobę nie było już żadnych tabletek ani maści, ani nawet innego medykamentu. Bo choroba, której się ona nabawiła po jego śmierci była z tęsknoty.
Dziwisz się, że tęskniła? Przecież byli nierozłączni. Od samego początku byli starzy. Nie pracowali już zawodowo, a ja miałam wtedy, na samym początku 12 lat. On był siwiuteńki, równo przystrzyżony. Wyglądał jakby każdego poranka podczas golenia on mydlił swoją brodę pędzlem wymyzianym w mydle i gwizdał przed lustrem jakiś szlagier a ona mu w tym czasie strzygła włosy, chociaż nie była fryzjerką. Właściwie to nie wiem kim byli oprócz tego, że byli nierozłączni aż do dnia jego śmierci.
Kiedyś powiedział do mnie (nie wiem dlaczego, ale zawsze podczas swoich spacerów mnie zatrzymywali i opowiadali mi różne rzeczy; a spacerowali bez ustanku): - Bo my żyjemy po harcersku.
Nie wiem, czy byłam już wtedy harcerką. Tzn. harcerką byłam od kiedy pamiętam, bo przecież wtedy wszyscy musieli być harcerzami, ale nie wiem, czy moja świadoma przygoda z harcerstwem zaczęła się już na dobre, czy była dopiero przede mną, czając się w lasach Roztocza. Więc po harcersku spacerowali pod rękę z rana, w południe, po południu i wieczorem. On wyprostowany jak jaki żołnierz emerytowany. Ona już troszkę skulona wiekiem przytrzymywała się jego pod rękę. No i on był siwiutenki. Aha, już mówiłam. Za to na jej głowie ciemnobrązowa farba kryła nie tylko włosy, ale i skórę głowy, zalewając czasem czoło i kark, ale nigdy zdrowego rozsądku. On lubił ubierać się na szaro. Ale to nie była szara szarość tylko popielata. Przeważnie chodził w garniturze. Jakby każdy spacer z żoną, której użyczał ramienia, był wyjściem z królową. Ona zakładała sukienki, spódnice, garsonki. Byli naprawdę niezwykle eleganccy podczas tych spacerów z rana, w południe, po południu i wieczorem.
Mieszkali w klatce obok; jak to nie mówiłam? Przecież mieszkali na I piętrze w szóstej klatce. W tej samej, w której mieszkał Marek, ten co zmarł na raka niedługo po tym, jak mu się urodziła córeczka z porażeniem mózgowym. Marek był zawsze inny. Miał czuprynę złożoną z kędziorów, wielkie oczy i rzadko wychodził na pole. Miał rodziców, którzy też od początku wyglądali na staruszków, a jeszcze wiele, wiele lat po jego śmierci żyli.
No to mieszkali w szóstej klatce na I piętrze. Na zakupy zawsze chodził on. Zawsze sam. Miał siatkę plecioną z żyłki. Była całkiem przeźroczysta i już wtedy niemodna. Chociaż trzeba przyznać, że te siatki były nie do zdarcia. To były czasy, kiedy myło się woreczki foliowe, wycierało i zabierało ze sobą na zakupy, a torebki z cukru i mąki składało się w szufladzie, by też zabrać je na zkupy do zapakowania czegoś, bo nawet po ziemniaki i jarzyny trzeba było przyjść z własnym opakowaniem. Ale na ziemniaki i jarzyny miało się inną siatkę niż na zwykłe zakupy, więc on ziemniaków i jarzyn w tej siatce z żyłki nie nosił. Nosił butelkę mleka, śmietanę, masło, chleb... No, widocznie musieli nie zamawiać mleka z dostawą do domu. Pewnie we dwoje nie byli w stanie wypić litr mleka codziennie, a jeśli się zamawiało, to musiało się codziennie brać przynajmniej 1 butelkę. Ale zakupy nigdy nie były robione w trakcie spaceru. Pomimo tego, że przecież mogło się coś trafić, jakaś niespodziewana dostawa podczas, gdy spacerowali.
Ona miała takie śmieszne okulary. Kolor oprawek nie różnił się od koloru farby na włosach. Były grube, plastikowe z grubymi szkłami. Jej włosy, chociaż miała krótką fryzurę, przy jego włosach wydawały się być przydługie. Lekko falowały. Czasem, gdy wiatr zawiał, robił jej straszny nieporządek na głowie. No bo przecież spacerowali każdego dnia, o każdej porze roku. Przez tyle lat!?
Nie wiem. Nie pytaj mnie, bo po prostu zapomniałam kiedy on umarł i na co. Na pewno byłam już wtedy mężatką. Pamiętam tylko straszliwy żal, jaki poczułam na wiadomość o jego śmierci. Może miał 80 lat? Nie wiem. Czy to takie ważne? Przecież od samego początku byli starzy. A na samym początku miałam 12 lat. Tyle było dzieci w naszym bloku i w blokach obok, a oni upatrzyli sobie właśnie mnie!
Więc po jego śmierci ona zachorowała na tęsknotę. Tęsknota w połączeniu z niewydolnością krążenia nie była dobra dla jej stanu. Nie miał kto z nią wychodzić na spacery. Z Krakowa zaczęła przjeżdżać rodzina: córka (też była staruszką) i wnukowie. Córka przyjeżdżała - zwłaszcza podczas wakacji - ze swoją wnuczką. Bo przecież przy niej stale ktoś musiał być. Kiedy nikt nie mógł przyjechać z Krakowa rodzice Marka, tego z czupryną kędziorów na głowie, co umarł na raka niedługo po tym, jak mu się urodziła córeczka z porażeniem mózgowym, więc oni jej doglądali. Robili zakupy. I nie wiem, co jeszcze. To znaczy, wtedy nie wiedziałam. Niebawem miałam się dowiedzieć jak wygląda opieka nad chorym. No i kiedy ta córka sama, albo ze swoją wnuczką przyjeżdżała, to przez pierwsze lata zabierała ją jeszcze na spacer, ale potem ona już nie wychodziła. I ta córka, z Krakowa, też kiedy tylko mnie spotkała, to mnie zatrzymywała i opowiadała mi o mamie, tzn. o niej. I mówiła mi, nie wiem po co, że rodzice zawsze jej o mnie mówili. I, że mama, tzn. ona wciąż o mnie pyta.
Potem i ona umarła.
Rzuciłam wszystko. Wtedy, kiedy on umarł i wtedy, kiedy ona umarła. Rzuciłam wszystko, by podczas ostaniego ich spaceru spotkać się z nimi.

No i od kilku dni widzę ich znowu, jak spacerują. Pod rękę. On wyprostowany jak jaki żołnierz emerytowany, siwy, siwiuteńki, z przystrzyżonymi włosami podtrzymuje ją pod rękę, a ona... królowa.
I cały czas są starzy. I nierozłączni.

wtorek, 18 listopada 2014

Cień pokolenia

Dom, w którym urodził się Tadek z ostającymi uszami, już nie występuje w przyrodzie w takiej formie, w jakiej istniał wtedy. Najpierw ścięto lipę, która latem była mieszkaniem zapachu i świergotu ptaków. Ponadto dawała chłód i orzeźwienie w samym środku miasta, pozwalając przetrwać zwrotnikowe upały. Vis a vis lipy parasolem nad innym domem rozpościerała cień czereśnia. Ta żywiła wszystkie szpaki i dzieci z okolicznych domów aromatyczną koralową czerwienią swoich owoców. Choć Tadek z odsztającymi uszami był jeszcze wtedy za mały, by jeść czereśnie, mógł patrzeć przez okno jak drzewo wiosną stroi się w piękne kwiaty, latem w dojrzałość, jesienią w złoto a zimą okrywa się peleryną białego puchu. Nieraz widziałam Tadka w tym właśnie oknie, z którego mógł patrzeć na czereśnię w ogrodzie po drugiej stronie ulicy. Podpierał się na łokciach na parapecie, śmiesznie wyginał przedramiona jak jakiś cyrkowy człowiek - guma, na splecionych pod brodą dłoniach opierał głowę, która chyba z racji wielkich odstających uszu potrzebowała oparcia i patrzył. A oczy Tadek miał równie wielkie jak uszy. Jakkolwiek wielkie by nie były, nie mógł już Tadek ujrzeć gruszy, bo ta, choć rosła ciut dalej, to na jednej linii z domem, w którym Tadek przesiadywał na oknie. Grusza była tak wielka jak lipa i dawała złote, słodkie i soczyste owoce. Tak soczyste, że na ich wspomnienie jeszcze teraz chcę wycierać usta i brodę z kapiącego soku. Patrząc w głąb ulicy widziało się orzech. Ten to owocował! Przez wrzesień i październik dzieci przynosiły od właściciela drzewa kopy orzechów, któreśmy zjadali w długie jesienne wieczory. Takie świeżutkie, że trzeba było obierać ze skórki, by nie dawała goryczy mlecznemu miąższowi zamkniętemu w skorupkach. Gawrony gromadziły na zimę orzechy, więc zawsze chciały zdążyć przed ludźmi. Czasem zgubiły jeden czy dwa, przelatując od drzewa do swej skrytki, a te spadając z wysokości na trotuar, wydawały charakterystyczny dźwięk.
Po śmierci lokatorów domów z lipą, czereśnią, gruszą i orzechem, rodziny pozbyły się nieruchomości. Nowi właściciele w pierwszej kolejności pozbyli się drzew. Zaraz po drzewach, pozbyli się starych domów. Więc najpierw wyprowadził się Tadek z odstającymi uszami. Właśnie przyszła na świat jego siostra. I ona nie miała już szczęścia zamieszkać w starym ceglanym domu pod pachnącą latem lipą. Poszli mieszkać do bloków. Od tamtego czasu minęło już wiele lat. Tadek z odstającymi uszami jest już dorosłym mężczyzną. Dom spod lipy przebudowano zabierając na ten cel cały ogród, który i tak wielki nie był. Dziadek Mróz, w którego ogrodzie rósł pyszny orzech, za życia często jeździł na rowerze. Może wziął rower ze sobą na tamten świat, bo nie wyobrażam sobie, by mógł się bez niego obejść nawet w niebie. Cały ogród Dziadka Mroza wycięto w pień. Razem z orzechem. Przy maleńkim, starym drewnianym domku z czereśnią, stała śmieszna mała ławeczka. Siadywali na niej goście, nierzadko biesiadowali. Dziś nie ma śmiesznej małej ławeczki, maleńkiego domku ani czereśni. Dawniej żaden z tych domów, o których mówię, nie był ogrodzony. Można było przejść wąskimi ścieżkami pomiędzy nimi i skrócić drogę obraną do celu... Ludzie lubią sobie robić takie drogi na skróty. Lubią też sadzić drzewa. Tylko z drzewami to jest tak, że z ich cienia korzystają dopiero kolejne pokolenia.

Ocalić od zapomnienia

Każdej jesieni śmieję się w duchu obserwując poranne zmagania pani grabiącej liście na trawniku, który ćwierć wieku temu obsadziliśmy drzewkami, by odseparować się od pobliskiej ulicy. Z upływem czasu trawnik zamienił się w mini park. I z roku na rok wygląda to tak, jakby pani usilnie starała się uporządkować jesień, a jesień robi psikusy, nawet złości się i czochra -  całkiem jak Mała Duża Córeczka w wieku dwóch lat, którą wciąż widzę jak wyciąga spinki i gumki z włosów,  podczas, gdy ja próbuję je na jej maleńkiej główce ujarzmić. Widzę, jak rzuca z impetem na podłogę akcesoria niewoli, aż odskakują. Tak samo robi jesień: zaledwie ją pani uczesze i wygładzi, ta sprasza wiatr, by pomógł jej zasłać świat kolorowymi liśćmi, które tak pięknie i malowniczo świadczą o jej artystycznej istocie.

Z niedowierzaniem zaglądam w ulubiony zaułek miasta, który uchował się w samym centrum - jeszcze wolny, z ulicą zaledwie bitą, w dni mokre kwitnącą błotnymi kałużami. Staję bezradnie a ręce i ramiona opadają mi coraz niżej; mam wrażenie, że ciężar asfaltu wylanego na wolną dotąd ulicę przybija mnie do bruku. Jak będzie żył teraz ten dziki ogród, którego ogrodzenie połknęły minione lata, ale furtka wciąż strzeże do niego dostępu? Zmuszą do uporządkowania, wycięcia zbyt lekkiej w stosunku do wagi miejsca roślinności, może nawet ogrodzą nowomodnym ogrodzeniem, pobudują dom będący cackiem współczesnej architektury miejskiej i zamienią kolejny azyl będący portem do czasów minionych, w wypielęgnowane miejsce godne centrum miasta?

Kiedy po wielu latach stanęłam na ścieżkach dzieciństwa zamienionych w ruchliwe ulice i osiedla, nie umiałam nawet przywołać ani w pamięci, ani w wyobraźni wyglądu tej rajskiej krainy. Zniknęła tamta góra Karmelu ze Świętą Tereską - niegdyś mroczna, zalesiona - dziś jasna, otwarta, okrojona hałaśliwym miastem, co wkradło się na dostojne ścieżki, po których stąpało co najmniej dwóch prawdziwych świętych.

Zawróciłam. Musiałam rozpaczliwie poszukiwać alternatywnego rozwiązania, bo dostrzegłam coś, co do tej pory było niewidoczne - dróżkę prowadzącą do... Przecież nigdy tamtędy nie szłam! Będę musiała wejść kiedyś na tę drogę, bo tam na pewno jest wielka tajemnica. Jeszcze większa od tej, którą zalano właśnie asfaltem i zamieniono z cudownego, tajemniczego miejsca, w miejsce pospolite. Jak teraz będzie żył ten biedy ogród, do którego oficjalne wejście nie było używane tak długo, że na ścieżce tuż za bramką wyrosło drzewo, z którym w pojedynkę trudno się zmierzyć, by opasać je ramionami? Zadławi się oparami asfaltu, dostanie niestrawności spowodowanej fizycznym kontaktem z zatruwającą naturę wszędobylską wygodą wspołczesności. Być może jeszcze nie wie, że urzędnik przybija właśnie pieczątkę z planami uśmiercenia go i nawet nie dmuchnął w pieczęć, bo ta przecież jest automatyczna, a już unicestwił i zmiótł z powierzchni ziemi to, co miało w sobie zaczyn historii miasta i ludzi. W samym jego centrum.

Pani utworzyła olbrzymie góry suchych liści. Kiedyś z lubością tarzałam się w takich. Teraz mogę utopić tylko myśli i wspomnienia. Żeby ocalić choć trochę. Bo niebo zasnuło się ciężkimi chmurami i zbliża się czas skostniałej niepamięci.

Furtka do ogrodu, którego nie ma

niedziela, 9 listopada 2014

Czesiek - z cyklu: Opowieści dla Zośki



To jest Czesiek. Czesiek od września chodzi do przedszkola. Ponieważ poranki są zimne, dlatego ma kurtkę, przysposobioną zresztą od innego miśka. Czesiek jest w grupie Krasnali i do przedszkola przynosi go ta mała łapka z ostatniego zdjęcia. Każdego ranka w domu ubiera mu kurtkę, by w przedszkolnej szatni zdjąć ją z niego i powiesić we wspólnie dzielonej szafce na ubrania. Właścicielka małej łapki nie mówi jeszcze ludzkim głosem, ale Cześka nazwała. Przynajmniej tak zrozumieli to dorośli... Zanim nastał wrzesień, Czesiek należał do Mniejszego Brata, ale ten nie troszczył się o niego zbytnio. Nawet go nie nazwał. Dobrze więc, że właścicielka małej łapki zaopiekowała się tym misiem. Czesiek ma cienką szyję przysposobioną do tego, żeby mała łapka trzymała go właśnie w tym miejscu. Nasza Łaskawość - właścicielka małej łapki - i Czesiek, bardzo się ze sobą zżyli. Właściwie to dzisiaj już nie wiadomo kto bez kogo nie może żyć. Któregoś wieczoru Czesiek zaginął tuż przed snem. Dom rozdarł straszliwy płacz, bo Nasza Łaskawość nie wyobrażała sobie, by zasnąć bez Cześka. Po bardzo długich poszukiwaniach Czesiek odnalazł się w pralce. Wszedł tam zaraz po tym, jak cały zmókł, gdy nieumiejętnie pił herbatę podczas kolacji. Czekał i czekał na pranie ale nikt się nie zjawiał, by włączyć pralkę.

Przyjechali Mali Ludzie i przywieźli moc różnych opowieści. Maleńka Wnuczka dała mi bezcenną radę, bym nie usługiwała wszystkim, bo się do tego przyzwyczają i będą to wykorzystywać, a ja potem będę się czuła jak pokojówka. Nakładałam właśnie obiad dla dziewięciu osób.
Narobili zamieszania. Smakował im kompot malinowy. I placek drożdżowy z kakaem też im smakował. A i obiad był bardzo dobry. Podobało im się na cmentarzu, bo tam, gdzie oni mieszkają, nie mają na cmentarzu nikogo swojego bliskiego, a mama bardzo chciała iść na groby. A babcia Jańcia ma swojego zmarłego męża na cmentarzu, chociaż ona jeszcze żyje! Wystawili mandatów w liczbie równej karteczkom z notesika, który wisiał na lodówce... I zauważyli każdą flagę podczas spaceru, wiedząc, że to flaga państwowa, bo przecież za niedługo będzie święto narodowe...
Ech! Ci Mali Ludzie! Strasznie szybko rosną.




czwartek, 6 listopada 2014

Światło pod korcem

Kraków



Tak. Zdecydowanie jest tak, że od niektórych ludzi bije światło, które rozlewa się na innych. Zaś pozostali sterczą w mroku i są niezwykle biegli w pochłanianiu tego światła bijącego od niektórych, a po wchłonięciu, stłamszenia go skutecznie, pozbawiając tym samym świat i tamtych, którzy mają, jasności.

środa, 5 listopada 2014

Obietnica, w której nie chodzi o spełnienie

W pierwszej chwili nie poczułam wagi słów, które padły. Dopiero, kiedy moje myśli odnalazły mnie po przebudzeniu w nowym dniu, poczułam, co ta obietnica znaczy. Jest niezwykła i mam wrażenie, jakby sie wykradła z kart nie byle jakiej powieści, bo wprost od Frances Burnett.
Zapewne w wielu miastach są zakamarki i zapomniane zakątki, w których czas się zatrzymał. Jakiś zaułek uliczki pomiędzy starymi budynkami, może podwórko, do którego światło słoneczne mogłoby docierać, gdyby słońce świeciło w zenicie, czy wreszcie jakiś opuszczony, zapomniany ogród.
Czasem z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem zachowujemy się jak niesforne dzieci - lubimy wejść na ścieżkę, której z pozoru nie ma i zrobić coś, co nam nie przystoi. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem ma nosa, więc idzie pierwszy, przeciera szlak, mówi gdzie i jak mam stanąć. Te niewidzialne ścieżki zawsze dokądś prowadzą - najczęściej do dziur w płocie, za którym jest właśnie "tajemniczy ogród". Nie mogę zdradzić, gdzie te ścieżki się znajdują, bo przecież nie każdy może i powinien tam trafić. Wychodzę z tego założenia, że jeśli jakaś droga i miejsce, do którego ona prowadzi są przeznaczone dla kogoś, to w swoim czasie znajdzie i drogę, i dotrze do celu. Ktoś tam już był przed nami. Zostawił nawet listy i znaki jak w podchodach. Czy oprócz nas, ktoś jeszcze te znaki odnalazł i odczytał? Czy trafił w to zaczarowane miejsce, złapane w pułapkę historii? Więc byliśmy tam na pewno sami. Przynajmniej tamtego popołudnia. Tak samo jak wielokrotnie trafialiśmy w inne miejsca odsłaniając niejedną tajemnicę zakrytą przed światem i ludźmi. Nie zakłócamy ciszy i nie burzymy świętości tych zatrzymanych w czasie miejsc - jesteśmy tam chwilę zaledwie, rozmawiamy szeptem albo półgłosem, chłoniemy atmosferę, pozwalamy rozkwitnąć wyobraźni, snujemy domysły, by potem skonfrontować to z faktami historycznymi, czasem od razu konfrontujemy posiłkując się tym, co zakotwiczyło się w naszych głowach...
Pewien młodzieniec, z pokolenia dzieci, zauważył naszą obecność w miejscu, które i jego dotyczy, z którym się zetknął. I obiecał dać mi klucz do tego miejsca.
Nigdy w życiu nikt nie dał mi takiej obietnicy! Nikt nie obiecał mi klucza do zaczarowanego ogrodu i tego, że będę miała i klucz, i ogród dla siebie. I w całej tej obietnicy, jej niezwykłości i niecodzienności, wcale nie chodzi o jej spełnienie. Chodzi o to, że ktoś zupełnie obcy, choć bliski przez to, że podąża tymi samymi drogami, ktoś z pokolenia dzieci, ktoś kto ma w sobie moc pokonania żywiołu i bycia najlepszym w całym świecie, albo w sporym jego - świata, ułamku, obiecał mi ofiarowanie tajemnicy, sprezentowanie zaułka historii, umożliwienie przejścia do innej czasoprzestrzeni w środku nie najmniejszego miasta, u zbiegu ruchliwych ulic. To się nazywa mieć moc!
Przechodziłam przez tyle drzwi, bram, furtek, ogrodzeń i dziur w płocie w moim życiu a tylko trzy razy znalazłam się w tajemniczych ogrodach, do których od zawsze tęskniła moja dusza. I będąc w nich nie czułam, że parkan jest jakimś ograniczeniem. W każdym z tych trzech ogrodów był granicą strzegącą tajemnicy.
Ta obietnica nie musi się spełnić. Ona sama w sobie jest spełnieniem.

wtorek, 4 listopada 2014

Na przetartym szlaku

Zbyt wiele opowieści przyczaiło się w mojej głowie, bym mogła zdecydować się tak łatwo i podjąć decyzję, że ta i tylko ta, będzie dobra na dzisiaj. Zbierałam je od wiosny. Układałam w odpowiednich przegródkach  i nadawałam im przyszłą treść, by się nie pogubiły. Chciałam za to, aby się przemieszały. Wpuściłam więc je w tygiel przemyśleń. Im bardziej i dłużej wirowały w tym tyglu, tym bardziej nie chcą teraz wyjść ze mnie. Zadomowiły się na dobre. A są ich przecież niezliczone ilości. Bo zawsze, gdy na coś patrzę, to zaraz co widzę, układa się w zgrabną opowieść. Bywa i tak, że to słowa w mojej głowie zamieniają się w obrazy i wtedy widzę tło, strukturę, warstwy, kształty itd. W sobotę niebo pokryte było takimi obłokami, jakby ktoś nałożył warstwę z filtrem chmur w renderowaniu. Nie mogłam się nadziwić temu widokowi. Miałam ochotę użyć suwaka do zmniejszenia krycia, ale już zainteresowałam się pewnym  gościem obsadzając go w głównej roli kolejnej mojej opowieści, choć nadałby się pewnie bardziej na plan filmowy super produkcji. I w tym czasie ktoś zmniejszył krycie do minimalnego procentu, by w dalszej części dnia zrezygnować całkowicie z tej warstwy. Jak tylko warstwa z filtrem chmur zniknęła, zrobiło się nienaturalnie gorąco dla pierwszego listopadowego dnia. A na cmentarzu tłumy. Dlatego ten cmentarz w środku miasta lubię najbardziej tuż przed pierwszym listopada, kiedy wszyscy krzątają się wokół grobów swoich bliskich z miotełkami, wiaderkami, płynami do pucowania kamienia. Przechodząc alejką można zobaczyć jak z wysokiego nagrobka wyglądającego jak kaplica, wychodzi pani w podomce z miotłą i wiaderkiem, całkiem jakby jedna z "lokatorek" rodzinnego grobowca postanowiła sama zakrzątnąć się przy porządkowaniu miejsca wiecznego spoczynku zacnej, zasłużonej dla miasta rodziny. Tam gdzieś, na mojej drodze, ekipy budowalańców uwijają się jeszcze przy ostatnich remontach. Bardzo samotny i opuszczony jawi się na tle innych grobów grób bohaterskiego prezydenta miasta z czasów przedwojennych i wojennych - Romana Sichrawy, który najbardziej wsławił się tym, że wykonując żądania niemieckich okupantów podania listy 10 nazwisk zakładników, dziesięć razy wpisał swoje własne nazwisko (choć jego zasługi przedwojenne i z czasów wojny są tak bogate, że starczyłoby na życiorys niejednego bohatera, cóż mówić o zwykłym człowieku). Zawsze, kiedy tam wracam, zaglądam do niego. Odwiedzam wielkiego przyjaciela dzieci - Gargamela i słyszę jego "matka" i ciągle mogę przy nim czuć się jak dziecko. Muszę przejść koło pomnika powstańców z 1830 i 1863 roku i nie da się przejść pomimo. Od dwóch lat, kiedy mijam ten pomnik widzę od razu piękne groby powstańców z Cmentarza Łyczakowskiego. Na mojej trasie jest też grobowiec rodzinny druhny Nusi - Ireny Styczyńskiej z domu Król, z pokolenia Kolumbów, która zmarła w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Widzę skromny grób mojej Niani na cmentarzu w Moim Mieście. Choć go już od dawna nie ma, zapalam płomień pamięci i znów jestem małą dziewczynką z czasów, Kiedy Ja byłam Małą Dziewczynką i pod opieką Mojej Mamy pokonuję niekończącą się, nudną drogę z domu na cmentarz. Jedyny ekscytujący mnie element podczas całej drogi to dom, którego okna zaczynają się poniżej poziomu chodnika i nie są to okna piwnicy. Wyobraźnia nie umiała mi podpowiedzieć, jak mieszka się w takim domu i dlaczego ktoś taki dom wybudował. Musiało upłynąć wiele lat, żebym się dowiedziała, co było przyczyną takiego stanu rzeczy... A jesień tego roku jakaś leniwa, nieśpieszno przyodziewa się w purpurę i rudozłote barwy. Zdaje się, że na drzewach tkwią zaledwie żółte liście i dopiero gdy opadną, nabierają mocy i przyjmują te właściwe kolory. Po Starym cmentarzu wieczorem, w wigilię Wszystkich Świętych snują się swiatłocienie i opierają się na murach kościoła, albo kładą na trawie. Z głośników rozbrzmiewają głosy recytatorów i wieczór ma atmosferę Dziadów. Trochę marznę, co w ostatnich tygodniach mi się nie zdarza; trochę też bolą mnie nogi. Może nawet bardzo. Udaję. Wciąż udaję przed sobą i wszystkimi, że jest OK. Pewnie nauczyłam się takiej postawy od Druhny Halinki, tej co urodziła się po to, by być wieczną dziewczynką. Tymczasem ból potrafi uprzykrzyć wiele godzin dnia i nocy. Ale tamta noc, rozpoczęta pięknym widowiskiem rozpisanym przed 30. laty, by odbyło się właśnie w tym miejscu, warta jest każdego bólu i każdej niewygody. I tyle tych cmentarzy w mieście, że nie sposób być na wszystkich. Jeszcze więcej tych, któreśmy w życiu nawiedzili. Wszystkie pomniki, nagrobki, krzyże, tablice, epitafia nakładają się na siebie warstwa po warstwie. Ktoś za mnie używa suwaka zmniejszającego krycie i nic mi nie zasłania widoku - widzę je wszystkie w mojej głowie jak na wielowarstwowej płaszczyźnie czasoprzestrzeni. Niechybnie są w mojej żywej pamięci. Pomniki żołnierzy i bohaterów. Groby matek i ojców. Maleńkie groby dzieci. Tragicznie zmarłych i tych, których trawiła długa i ciężka choroba lub odeszli cicho, we śnie. Tych, których domów już nie ma, bo zarósł je las i tych, których domy zamieszkują inni. Tych, którzy wiedli żywot spokojny i było to ich jedyną winą, by stać się zbiorową ofiarą zagłady. Groby zwykłych niezwykłych, o których pamięć żyje i tych, o których nie ma kto pamiętać.

Gdyby nie oni wszyscy, czym byłabym dzisiaj? Czym bylibyśmy wszyscy? Cała ziemia jest jednym wielkim cmentarzyskiem tych, którzy przecierali szlaki dla naszego człowieczeństwa.


poniedziałek, 3 listopada 2014

Cmentarze łemkowskie

Tego roku i w latach minionych podczas naszych podróży nawiedziliśmy niezliczone ilości cmentarzy. Ziemia Sądecka, całe Beskidy usłane są cmentarzami, które gasną, jak gaśnie pamięć o niegdysiejszej wielobarwności i wielokulturowości tej części Małopolski. Cmentarze łemkowskie targane są samotnością i pustką. Zaledwie wiatr po nich hula, przez krótką chwilę się po nich słońce przetoczy, czasem zgrzytnie łamiący się metalowy krzyż i potem już żadnego innego odgłosu nie wyda spadając ciężko na murawę gęstą i miękką. Wokół niektórych z nich zostały jeszcze niewysokie murki ułożone z kamieni, ale te porastają kępy roślinności z każdą dziesiątką lat zaciągając na nich coraz to większy dywan murawy. Dopóki jest fragment przynajmniej takiego muru, dopóki figurki Chrystusa upadłego z krzyża podpierają się o kamienne pomniki, dopóki czas nie powalił tych przepięknych przykładów sztuki kamieniarskiej - kamiennych pomników i krzyży, i stoją jeszcze, choć już nisko pochylone nad ziemią, dopóty każdy wędrowiec wypatrzy je w perspektywie krajobrazu. Inaczej rzecz ma się z cmantarzami takimi jak w Łabowej. Tam las zarastający cmentarz otoczył go gęstym kordonem drzew zasłaniając przed okiem ludzkim nieliczne pomniki, które oparły się czasowi. Może ten proces jest kojącym plastrem na bolesne i głębokie rany, ale na pewno trzeba go ocalić od zapomnienia. W Królowej Górnej, która była przecież Królową Ruską (w odróżnieniu od Królowej Polskiej) o cmentarzu łemkowskim przypominają garby na pagórku. Gdyby nie kilka zgarbionych kamiennych krzyży nikt obcy nie zorientowałby się, że to cmentarz.
Jest w tym jednak jakiś nieodparty urok. Gasnące cmentarze uczą pokory i godzenia się z przemijaniem. Są niemymi opowieściami o tym, jak bardzo nietrwałe jest wszystko tutaj na ziemi. Ludzie mieszkali przez całe stulecia czyniąc sobie, jakże trudną ziemię poddaną, i nagle, za przyczyną jednej decyzji politycznej, zniknęła cała nacja. Są cmentarze w Beskidzie Niskim, gdzie tzw. ziomkostwo pozostające wciąż na przesiedlonych terenach, postawiło zbiorowe pomniki z rozrywającymi serce epitafiami a nawet z wypisanymi nazwiskami wszystkich rodzin pochowanych na cmentarzach. Ale to nowe tak bardzo nie pasuje do starego! Swoją nowomodą na gładki granit najzwyczajniej razi postawione w pobliżu starych kamiennych krzyży.
Beskidzkie cmentarze łemkowskie z wyludnionych wiosek charakteryzują się również tym, że nie poprzecinała ich sieć betonowych alejek. Całe trwają ukwiecone polnymi kwiatami i ziołami. Zatopione w trawach po kolana wyglądają bajkowo. Do niektórych przyklejone są cmentarze z I wojny światowej i wspólnie zakotwiczone w przeszłości tkwią w teraźniejszości. Najgorszym rozwiązaniem dla cmentarzy i byłych cerkwi jest, gdy obrządek łaciński przejął w użytkowanie i jedno, i drugie. Tak stało się w miejscowościach, które dawniej zamieszkiwane były w całości przez Łemków, a po 1946 roku zasiedlone zostały przez Polaków. Nowoczesne bohomazy "sztuki kamieniarskiej" z lastriko lub granitu są jak strachy na wróble dla dusz, które chciałyby zajrzeć w miejsce spoczynku ich ciała. Jest sporo miejscowoci, jak choćby Bielanka k/Gorlic, w których wierni trzech obrządków chrześcijańskich żyli obok siebie i spoczywają na jednym cmentarzu. Nawet dziś, skoro wrócili, dzielą jedną świątynię i nie mają wydzielonych specjalnych sektorów na wieczny spoczynek dla katolików, grekokatolików, czy prawosławnych. Do Łosia wrócili Łemkowie, bo na cmentarzu są nowe nagrobki z krzyżem z trzema belkami i z tablicami pisanymi cyrylicą. W Kotaniu przy cerkwi zrobino swoiste lapidarium z kamiennych krzyży nagrobnych. Pięknie je odnowiono i ustawiono dookoła drewnianej świątyni, która teraz służy obrządkowi łacińskiemu. W Zdyni na cmentarzu łemkowskim pochowany jest święty Maksym Gorlicki (Sandowicz). Zaś po słowackiej stronie na kilku nagrobkach widzieliśmy nazwisko brzmiące jak Warhol (Warhola) pisane cyrylicą.
Społeczność łemkowska nie wyróżniała się niczym nadzwyczajnym na tle pozostałych narodowości zamieszkujących ziemie polskie. To raczej Polacy i Żydzi osiągali sukcesy na różnych polach życia i działalności. Łemkowie zmagali się z trudami życia w podkarpackich wsiach, na stokach kapryśnych gór. Pisali ikony, haftowali ręczniki, którymi potem przyozdabiadli ikonostas w cerkwi i przydrożne krzyże, wyszywali przepiękne wzory na koszulach, byli pasterzami, smolarzami, kamieniarzami itp. Ot, najzwyczajniej w świecie żyli obok nas, z nami.  Nie dajmy więc zgasnąć pamięci o nich, nie pozwólmy by trawa zarosła nam dusze zagłuszając wrażliwość. Wszak z pamięci o tych, co byli, utkana jest nasza własna tożsamość.
Cmentarz łemkowski
Cmentarz łemkowski
Cmentarz łemkowski - samotny nagrobek
Cmentarz łemkowski - samotny nagrobek
Cmentarz Królowa
Cmentarz Królowa
Cerkiew w Kotaniu
Cerkiew w Kotaniu

sobota, 25 października 2014

Wernisaż wystawy „Sądeczanki w Ravensbrück” – Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu, Galeria Dawna Synagoga

Wspaniałe wydarzenie kulturalne, historyczne, pedagogiczne i edukacyjne. Temat obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück szczególnie jest bliski harcerskiej braci z uwagi na to, że był to jedyny obóz, w którym powstała i działała drużyna harcerek. Kobiety i dziewczęta w tych nieludzkich warunkach fabryki śmierci starały się nie tylko żyć i być ludźmi, ale do tego żyły według wartości wyznaczonych Prawem i Przyrzeczeniem Harcerskim. Pamiętam jak mój drużynowy polecił mi przeczytać książkę "Mury w Ravensbrück".
Sama wystawa składa się z dwóch części - ekspozycji Muzeum Lubelskiego z Lublina Oddziału Martyrologii "Pod Zegarem" i tej właściwej tematowi, poświęconej mieszkankom Sącza i Sądecczyzny, które przeszły koszmar niewolniczej pracy, doświadczeń medycznych, bicia, głodzenia i katowania w obozie koncentracyjnym. 
Niezwykle barwna opowieść Pani Kustosz lubelskiego muzeum poparta prezentacją i filmem zaostrzyła apetyt na odwiedzenie Lublina i pozwoliła poznać nieznane nam, Sądeczanom, wydarzenia rozgrywające się podczas  II wojny światowej w Lublinie i okolicach. Wspaniałe konferencje i prezentacje organizatorów wystawy i krótka akademia przygotowana przez uczniów jednej ze szkół złożyły się na naprawdę bardzo wartościowe wielowymiarowe wydarzenie.
Godzina wernisażu - samo południe - nie pozwoliła wziąć w nim udziału każdemu, kto by chciał, ale za to nauczyciele historii - pasjonaci, przyprowadzili swoich uczniów i to był przepiękny widok. Młodzież rozsiadła się na schodach, na podłodze, na galerii (wszak to synagoga) i zachowywała się w sposób, w jaki tylko młodzi ludzie potrafią się zachowywać. Starsze pokolenie usiadło na krzesłach, a krzesła, jak krzesła - powodują, że człowiek robi się sztywny. Więc dorośli ze śmiertelną powagą w kształcie krzeseł, młodzież w głębokiej zadumie w luźnej pozycji, wszyscy bez wyjątku przeżywali wydarzenie, chłonąc słowa i obrazy, uruchamiając wyobraźnię i wrażliwość. Niektórzy przemieszczali się z miejsca na miejsce. Druh Stanisław utkwił na obozowej drodze pomiędzy barakami, dziewczynka czytająca rolę zniknęła za kolumną. W miejscu, gdzie powinna być bima stał fikuśny, eklektyczny stolik dla prelegentów. Biały obrus ze stołu z poczęstunkiem zdawało się jakby powiewał na wietrze - jest chyba na każdym zdjęciu. Światło utkwiło w mroku i potęgowało nastrój. Drzwi wciąż się otwierały i zamykały wydając nieprzyjemne, skrzypiące dźwięki, a właśnie jedna z byłych więźniarek opowiadała na ekranie, że do końca życia nie zapomni skrzypienia i łomotu drzwi więzienia gestapo "Pod Zegarem" w Lublinie i zademonstrowała, że i dziś skrzypią i brzmią złowrogo, niosąc śmiertelny strach, zapowiedź bólu i unicestwienia. Ludzie wchodzili do synagogi i wychodzili; wielu było takich, którzy wpadli na chwilę. W przedsionku toczyły się zbyt głośne rozmowy. Klasy szkolne się zmianiały. Był nawet ksiądz w sutannie. Starsza pani się rozpłakała na wspomnienie cioci. Inna starsza pani zaprowadziła starszego pana na galerię pod jedną z tablic i powiedziała: tu jest twoja mamusia. Pewien młody człowiek, który się czuje spadkobiercą zmarłego już ostatniego strażnika "świętego miasta Sącza" usiadł w tym tłumie w odosobnieniu i zapewne jawiły mu się kolejne przedsięwzięcia, bo należy do tego gatunku ludzi, którzy nigdy nie ustają w działaniu. Najpierw witano, potem żegnano wiceprezydenta, przewodniczącego rajców miejskich, wicekuratora, dyrektora, twórców wystawy, wszystkich zaangażowanych w dzieło i wszystkich przybyłych... Miejsce, w którym powinien stać Aron ha-kodesz - szafa na święte księgi, zionęło pustką gładkiej ściany. Nad schodami wisi przestrzenny obraz z Chrystusem zdjętym z krzyża... W gablotach listy, pisma, legitymacje, zaświadczenia urzędowe, odznaczenia, zdjęcia, przedmioty wykonane przez więźniarki jak choćby miniaturowy krzyż. Tak mały, że nad nim umieszczono lupę, by dostrzec szczegóły. Kukiełki postaci z bajek zawierające tyle detali, jakby je wykonano w najlepszej pracowni modniarskiej. I te małe dzieci czytające teksty o okrutnych torturach i śmierci młodych kobiet odartych z godności ludzkiej, jakby tych tekstów nie mógł przeczytać kto dorosły. Taaak... jakby wojna, gdy przejdzie przez próg, zwalniała dzieci z udziału w jej okrucieństwie i bestialstwie. 
Wojna rodzi się zawsze tylko w sercu człowieka!









wtorek, 21 października 2014

Z "Modlitwą o wschodzie słońca"

Czas płynął leniwie w rytmie bujającej się huśtawki. Huśtawka nieznacznie skrzypiała, ale skrzypienie to nie narzucało się ze swoim odgłosem, a już na pewno nie było nieprzyjemne. Zii, zii. Zii, zii... Zdawało się mruczeć dodając okolicznościom szczyptę zdecydowanego smaku. Na niebie toczyło się widowisko, w którym wszystkie role reżyser obsadził pierzastymi cumulusami. Niby bliźniaczo do siebie podobne, a z każdej wyłaniał się inny kształt zmieniający się nieprzewidzianie i bez planu jak akcja snu. Nawet wiatr leniwie zamiatał opadającymi liśćmi, więc i moje myśli stały się kojącym balsamem o zapachu czerwonych kwiatów, które również bujały się delikatnie. Wszystko trwało w poruszeniu i tylko ja w całym wszechświecie tkwiłam nieruchomo na huśtawce - tej, co bujając się, skrzypiała.
Niebawem słońce zaszło za poręczą. To znak, że jesień w pełni. Latem słońce zdaje się zataczać krąg od świtu do świtu, natomiast jesienią, zimą i wiosną każdy dzień ma wyznaczony kres: odtąd - dotąd na nieboskłonie. Horyzont stał się różowy odcieniami zmierzchu, kiedy Jacek Kaczmarski zapowiadał piosenkę do tekstu Nataniela Tanenbauma, do której muzykę napisał Przemysław Gintrowski. I cóż, że "Modlitwa o wschodzie słońca" zabrzmiała, kiedy światło było u schyłku? Tam, gdzie śpiewają teraz panowie Kaczmarski z Gintrowskim światłość jest wiekuista, natomiast czas przestał być pojęciem fizycznym a stał się trwaniem w wieczności.
Od dawna uczę moją duszę "Modlitwy o wschodzie słońca". Zbyt krucha bywa granica pomiędzy miłością a nienawiścią, zachwytem a pogardą, światłem a cieniem, a ja zbyt daleko bywam od drogi i prawdy, i życia. Więc chciałabym, by te krople spadające z wysoka, z chmury, która utknęła w górskiej szczelinie, drążyły we mnie nieustająco pragnienie: "ale zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy Panie", bym tylko miłowała.





wtorek, 7 października 2014

Z serii: Sentencje przed snem

Niniejszym otwieram nową kategorię wpisów: Sentencje przed snem. Nie obiecuję, że będą codziennie. 



Udział kota w rehabilitacji

Posiadam sporo sprzętu niezbędnego do rehabilitacji moich nieszczęsnych kolan, które jakoś w moim organizmie bez kontroli i podstępnie zwyrodniały, nie mam jednak drabinki gimnastycznej. A byłaby potrzebna i to bardzo. Z braku tejże, ćwiczenia na priopriocepcję, te wykonywane w pionie, robię w drzwiach do pokoju. Przed utratą równowagi zabezpieczają mnie futryny, które okazują się być bardzo dobrze skonstruowanym wspornikiem do takich ćwiczeń. Podczas rehabilitacji w gabinecie taką funkcję asekuracujną pełni człowiek - rehabilitant. Naprzeciw drzwi znjaduje się olbrzymia tafla lustra, a możliwość kontrolowania równowagi przez oglądanie się w lustrze, jest niezwykle pomocna. Te same ćwiczenia wykonywane bez lustra są o wiele trudniejsze i równowaga momentalnie ulega zachwianiu. To samo dotyczy futryny, czyli możliwości asekuracji. Przynajmniej w moim przypadku tak jest.
Kiedy ćwiczyłam sobie to czucie głębokie na dwóch różnych niestabilnych podłożach, zauważyłam właśnie w odbiciu w lustrze, że Balbina przymierza się do skoku. Balbina znana jest z nieustającej konieczności przytulania się do człowieka, a już szczególnie ulubiła sobie wszystkie te momenty, kiedy stoję. W przeróżnych okolicznościach. Często się zastanawiam, czy wykazuje się wtedy empatią i bardzo chce mi umilić nudne chwile stania np. przy kuchni, prasowaniu itp. i dlatego postanawia mnie utulić w żmudnym zajęciu, czy to ona potrzebuje właśnie wtedy pocieszenia i bliskości. W każdym razie Balbina wprowadziła mi podczas ćwiczeń dodatkowe utrudnienie.
I powiem, że poszło mi całkiem dobrze! Ani mi się równowaga nie zachwiała, gdy Balbina wprost z podłogi wyskoczyła na moje ramię, ani nawet wtedy, gdy musiałam ręce złożyć z pozycji asekurującej do tego, by trzymać Balbinę, która właśnie mościła się na moich... no... tego... ramionach.
No, takich elementów nawet najlepiej wyposażone przychodnie i gabinety rehabilitacyjne nie mają. ;)


sobota, 4 października 2014

Znów sięgam po mistrzostwo

Jeszcze podczas wakacji zdarzyły się te szczęśliwe chwile, kiedy mogłam być babcią na wyciągnięcie rąk, na bliskość i kleistość całusów i miękkość przytulania. Okazało się, że bycie babcią to bardzo trudne zadanie. Szczególnie dla kolan. Dobrze, że Doktor nie pytał, jak to zrobiłam, a tylko zauważył, że zepsułam jedyną najlepszą część mojego kolana, zalecił wybić sobie z głowy wszelkie górskie wyprawy, obiecując, że jesień będzie piękna, więc zdążę i "zapuszkował" moją nogę na 4 tygodnie w ortezę (2 tygodnie trwało zanim po tym, jak huśtałam Mniejszego Brata na kolanach dotarłam do Doktora; nie mogłam stanąć na nodze, więc prawie nie stawałam, zakładałam zmrożone okłady żelowe i myślałam, że mi "przejdzie"). 
Kiedy przyszedł obiecany czas końca wyroku, cieplutka orteza wprost z mojej nogi trafiła na nogę Dużej Małej Dziewczynki. Zaś ja, po powrocie do domu, rozpoczęłam uruchamianie nogi. Rehebilitację czworogłowego, jak kto woli. Rower. Piłki. Taśmy. Poduszki sensoryczne. Stymulacja rzepki. Ćwiczenia izometryczne (te mogłam wykonywać przez cały czas). Trochę PNF. Ćwiczenie propriocepcji. 
Pierwsza próba pedałowania na kompletnie wyluzowanym rowerze. Był tak "zwolniony", że jechał nie tyle po równym, co chyba nawet w dół. I ból porównywalny do bólu, jakby mi łamano kolano. Płacz. Propriocepcja z piłką (dużą). Niemoc i ból. Znowu płacz. Taśma - ból. Bez płaczu ale z pojękiwaniem. Wszystko porównywalne do łamania kołem. Propriocepcja na poduszce sensorycznej - drżenie wszystkich mięśni nogi uniemożliwiające wytrzymanie dłużej niż niespełna 0,5 minuty. 

Tak było we środę i potem. Dzisiaj rower sprawiał mi już przyjemność, podciągnęłam nieco na plus (zrobiłam pod górę). Propriocepcja z dużą piłką dla jednej nogi wciąż niewykonalna; na dwie nogi ze zdecydowanie mniejszym bólem. Taśma przy kilku pierwszych ruchach bez bólu; ból pojawił się po kilkunastu powtórzeniach. Poduszki sensoryczne wymęczyłam dość długo, zanim one zmęczyły i wprawiły w drżenie mięśnie mojej nogi podczas kolejnych ćwiczeń czucia głębokiego. Czwarty dzień i takie sukcesy! Czuję się jak olimpijczyk przygotowujący się do sięgnięcia po zwycięstwo.




wtorek, 30 września 2014

Szpinak

Gdyby mi ktoś, kiedy byłam w przedszkolu, powiedział, że za blisko pół wieku szpinak będzie tym, co najmilej będzie dotykać moich zmysłów związanych z konsumpcją, to bym go wtedy tym szpinakiem opluła.  Dziś mogę podzielić się zieloną potrawą z przyjacielem. Wrogowi nie oddam. 

Choć wrogów nie szukam i zawsze wolę się z niepewnej sytuacji wycofać w myśl zasady: z głupim się nie zadawaj; sprowadzi cię do swojego poziomu i powali doświadczeniem, to jednak niektórzy ludzie tak bardzo się proszą, by powiedzieć im, co się o nich myśli, że zdarzyło się, iż dałam się sprowokować. Oczywiście zrobiłam to na moim poziomie. Efekt był taki, że do delikwenta to i tak nie dotarło, bo nie zrozumiał przesłania, a ja znalazłam się w brzydko zwanym stanie odczuwania, czyli w stanie tzw. "kaca moralnego". W celu leczenia niemiłego uczucia stosowałam lekarstwo w postaci przemyśleń, co by było, gdybym na wszelkie złowrogie przejawy stosowane wobec mnie odpowiadała stosownym obuchem znajdującym się w lustrzanym odbiciu? Wniosek moich przemyśleń był oczywiście jeden. Ale to wcale nie znaczy, że kiedyś nie włożę dłoni w lustrzaną taflę i nie sięgnę bo tę broń, która pomimo moich dotychczasowych wniosków może okazać się obosieczną, bo przecież każdy kij ma dwa końce. Póki co z nikim, kto nie dojrzał do spożywania tego wspaniałego warzywa jakim jest szpinak, nie podzielę się nim, wręcz będę traktowała jak wroga chcącego mnie opluć.
I niech to będzie jedyny "kac moralny", który trawi moje wnętrze. ;)

wtorek, 23 września 2014

Sandomierz - królewskie miasto

Kiedy nawiedziliśmy Sandomierz, odbywało się wielkie narodowe czytanie Trylogii Sienkiewicza. Sandomierz czytał w przepięknej scenerii na rynku pod Kamienicą Oleśnickich. Czytanie Sienkiewicza sprawiło niepowtarzalność nastroju, jakim to historycznie przynależne do Małopolski miasteczko ugościło wtedy przyjezdnych i mieszkańców. Chodziliśmy po Sandomierzu i po jego siedmiu lessowych wzgórzach tam i z powrotem. Każda droga prowadziła nas do rynku, gdzie za każdym powrotem przysiadaliśmy na chwilę i chłonęliśmy piękno i wyjątkowość chwili. Można by chodzić po Sandomierzu i chodzić i życia by brakło, by zachwytem nasycić swe wnętrze i nazwać to, co oczy widziały. A jednak nie można się pozbyć wrażenia, że Sandomierz jest niezwykle urokliwym, przepięknym i romantycznym... produktem turystycznym. Wszystko jest wyremontowane, że mucha nie siada. Trotuary ze szlachetnego kamienia, co krok ławeczki, błyszczące tablice informacyjne, gładkie i czyste fasady kamienic... nawet słońce odbijało się posłusznie w gotyckich czy renesansowych oknach, ukazując nieskazitelność przyciemnianych szyb. Ulice pachniały kebabem, pizzą i innymi spcjałami kuchni każdej, tylko nie polskiej. Liczne lokale na starówce promowały cydr i w tym dopiero odczuwało się lokalny wydźwięk, więc przechyliliśmy kielich złotego napitku  z nutą cynamonu. Bąbelki rozeszły się od stóp do głów, podniebienie doznało rozkoszy, a po wnętrzu rozszedł się przyjemny chłód przechowywanego w piwnicznym Lapidarium napoju. Dopiero mrok nocy pozwolił się doszukać naprawdę wyjątkowego piękna i niepowtarzalnej atmosfery miasta. Kiedy tylko noc zaczęła się ścigać z dniem i usiłowała wtargnąć na rynek wąskimi uliczkami, ponad dachami wzniósł się na niebo ciężki, obrzmiały ostatnią tego lata pełnią księżyc i rozpoczął swą wędrówkę w kierunku attyk i wieży ratusza. Wcześniej noc rozgościła się w Wąwozie Królowej Jadwigi i stamtąd jej uciekliśmy wprost w objęcia ostatnich promieni słońca. Ze sceny już zszedł Sienkiewicz, za to od fasad i pierzei odbijało się delikatne jazzowanie, usiłujące się uwolnić z rynku wszystkimi wylotowymi uliczkami. Poszliśmy i my w ślad za dźwiękami saksofonu i odkryliśmy nocny świat galerii sandomierskich. Skusiły nas delikatnym światłem wydobywającym się spomiędzy rozlokowanych w witrynach małych i dużych dzieł sztuki. Jakoś w dzień spały wszystkie. I witryny, i to, co się na ich scenach rozgrywało. W mroku nocy wszystkie zaczęły przeciągać się leniwie, jakby wiedziały, że w cieniach najbardziej im do twarzy. Czego tam nie było??? Począwszy od prawdziwych podków - na jednym ze zdjęć tkwi podpis: "prawdziwa podkowa na szczęście - 15 zł,-" - a przy niej zapisana na drewnie Madonna ze smutną miną - jak widać mało szczęścia podkowa przynosi - przez witraże, ikony Świętych i Madonn, jakby ich było setki, a nie jedna jedyna, po koty wykonane w różnych technikach, za to wszystkie wylegujące się na kanapach, bądź prężące grzbiety w oknach jak żywe. 
Noc była wyjątkowo ciepła. I Sandomierz nabrał szczególnej wyjątkowości. Od ciepła. Od nocy. Od zaledwie przebrzmiałych słów Sienkiewicza i unoszących się leciutko jak delikatne mgły dźwięków saksofonu. I chociaż jazz nie jest moją ulubioną muzyką, a wręcz jest najbardziej nieulubioną, pasował do Sandomierza nocą jak ulał. Pozwalał jeszcze leniwiej snuć się po dachach księżycowi i wszystkim kotom z dzieł sztuki. Już nocny Sandomierz nie miał w sobie nic z produktu turystycznego, bo brak światła spowodował, że zgasły blaski granitowych kostek, wypucowanych twarzy kamienic, okien błyszczących jak oczy w gorączce miłosnych uniesień młodej dziewczyny. Nikłe płomienie świec porozstawianych dla fantazji wdłuż krawężników, chybotliwie rozpraszające ciemność, gięły się w delikatnych ukłonach zachęcając noc, by jeszcze i jeszcze rozsiadła się gęstszą ciemnością pomiędzy czasem, który był, jest i będzie w tym niezwykłym mieście. Bo przecież:

(Koh 1,2-11)
Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami - wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. Ku południowi ciągnąc i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr i znowu wraca na drogę swojego krążenia. Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną, zdążają one bezustannie. Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: Patrz, to coś nowego - to już to było w czasach, które były przed nami. Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli, ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.




poniedziałek, 22 września 2014

Mistrzostwo świata

Dumni ze sportowców, jak zdobędą mistrzostwo świata, to wszyscy potrafią być. A mnie, w takich sytuacjach, przypomina się pewien epizod z czasów, kiedy przyszła mistrzyni chodziła do szkoły. Wciąż upokarzano ją na lekcjach, mówiąc: „Zdecyduj się: albo się uczysz, albo grasz! Niedostateczny!”. Bardzo pod górkę miała ta dzielna dziewczynka. Nie miała specjalnych inklinacji do nauki, ale nie była też osłem. Bez problemu mogłabym i wtedy, i dzisiaj wskazać inne koleżanki z klasy, które do tej szkoły się nie nadawały. Ona – owszem. Tylko postawiła na to, w czym czuła, że jest najlepsza. Grała w drużynie; sport zespołowy. Była mistrzynią Polski i w grupie juniorów, a potem, w kategorii dorosłych  już w kadrze narodowej, z drużyną sięgnęły po najwyższe laury.

I TERAZ CLOU PROGRAMU!

Po wielu, wielu latach, gdy medale pokryła patyna czasu, z ust nauczycieli rozmawiających w kuluarach jakiegoś wydarzenia, w którym brałam udział – tak, tych samych nauczycieli, co upokarzali, tępili, stawiali oceny niedostateczne, nie wykazywali się żadnym zrozumieniem dla jej pasji, którą przerodziła w zwycięstwo nad sobą i dla innych (żeby mogli być dumni jak wszyscy dzisiaj) – usłyszałam słodziak: „To ONA, Mistrzyni! Nasza absolwentka, nie pamiętasz, przecież chodziła wtedy i wtedy do klasy, taka zdolna uczennica”.

Składam hołd każdemu, kto mozoli się i trudzi w doskonaleniu swoich umiejętności i możliwości. Kto pod wiatr idzie w kierunku własnego rozwoju, realizuje pasje i zainteresowania, choć niekoniecznie zostanie mistrzem świata. Wystarczy, że pokona własne niedoskonałości i słabości. 

Składam hołd mojej koleżance. Zawsze wiedziała, co jest w życiu najważniejsze.



niedziela, 21 września 2014

Kolegiata w Opatowie

Był jeden z pierwszych dni września, lato nabrało dojrzałości, a nam drogę przecięła jesień. Gdzieś tam, na ziemi sandomierskiej, blisko Małopolskiego Przełomu Wisły szeroki pas rozciągającego się leniwie krajobrazu w jednym i drugim miejscu przybrał  barwy złotej jesieni. Wszystko było w tej podróży niesamowite, więc i te widoki zdały się naturalne i dopiero, gdy świat znowu powrócił do lata, ocknęłam się oszołomiona. Można było, jadąc, wjechać i wyjechać z jesieni jak gdyby nigdy nic! Gdzieś tam, przy bocznej drodze obelisk. To miejscowość na Wyżynie Sandomierskiej - Konary, gdzie w maju 1915 roku rozegrała się krwawa bitwa formujących się Legionów Polskich. Dalej, w Klimontowie piękny kościół podominikański z charakterystyczną kopułą w sklepieniu. Autentyczny barok. Wnet miało się okazać, że jesteśmy na Szlaku Barokowym, który w tym miejscu zazębiał się ze Świętokrzyskim Szlakiem Literackim. W Klimontowie przyszedł na świat i wychował się Bruno Jasieński - poeta, przedstawiciel futuryzmu. Wnet mieliśmy znaleźć się na Szlaku Lubelskiego Renesansu... Tymczasem dojechaliśmy do Opatowa. Województwo świętokrzyskie, ziemia sandomierska, Lubelszczyzna - to wszystko Małopolska. Niezwykła. O Opatowie, o jego kolegiacie, nie umiałabym opowiedzieć słowem. Kolegiata św. Marcina jest niezwykle piękna. Wszystkim przeprowadzającym współcześnie remonty, udało się zachować jej historyczne piękno. Tam się gotyk wzniósł na romańszczyźnie, delikatnie wdarł się barok, nie niszcząc ani jednego, ani drugiego, a potem już tylko mądre gospodarowanie. Dlatego najlepiej, by obraz w tym wypadku zastąpił słowa. Jest prezentacja zdjęć i jest przekierowanie do albumu ze zdjęciamia, jeśli ktoś woli w ciszy... (Jak zwykle na tej stronie, po kliknięciu na zdjęcie poniżej nastąpi przekierowanie). 
Kolegiata w Opatowie, Opatów w ogóle - OBOWIĄZKOWY!!!




czwartek, 18 września 2014

Zamek Krzyżtopór w Ujeździe

Zamek odcinał się wyraźnym rysunkiem pięknej ruiny od lazurowego nieba. Pora roku jeszcze nie ta, a niebo miało już kolor, jaki przystoi głębokiej jesieni. Poranek jednego z pierwszych wrześniowych dni również nigdy nie szczyci się taką głębią kolorów nieba i widnokręgów na nim wyrysowanych, bo zazwyczaj mgły sinieją w powietrzu, czyniąc świat, gdy słońce już przejdzie kordon mlecznej barwy, bardziej pastelowym. Ale i tak stanęłam u stóp zamku rozczarowana. Od dwudziestu lat zamek Krzyżtopór jawił się w mojej wyobraźni, bo już wtedy obraliśmy go za cel naszych wędrówek. Były to jednak czasy, kiedy Synek z każdego zwiedzanego miejsca przywoził pamiątkowy scyzoryk, więc trzeba było jakoś ogarniać te zbiory i nie powodować, by nadmiernie rosły, więc Zamek Krzyżtopór odłożyliśmy na zaś. Tegoroczny wrzesień okazał się owym „zasiem”. I cóż, że po dwudziestu latach? Jawił się więc w mojej wyobraźni, tworzył bliżej nieokreślone obrazy, by rozczarować swoim mizernym wyglądem. Gdy się było w Kamieńcu Podolskim i widziało „ostatnią stanicę Rzeczypospolitej” nic dziwnego, że potem wszystko zdaje się być miałkie z wyglądu. Trzeba jednak było znaleźć się w środku, by doświadczyć, że pierwsze wrażenie jednak myli i to bardzo.
Zamek Krzyżtopór w Ujeździe jest wpisany do rejestru zabytków jako ruina trwała i jest tzw. „markowym produktem turystycznym województwa świętokrzyskiego”. Chyba od początku istnienia pisane mu było zostać ruiną trwałą, ale co do tego „markowego produktu” w dodatku województwa świętokrzyskiego, to mam mieszane uczucia.  Nie wiedzieć, co doprowadziło fundatora zamku Krzysztofa Ossolińskiego, wojewodę sandomierskiego do grobu zaledwie rok po zamieszkaniu w najwspanialszej na tamte i chyba wszystkie czasy, rezydencji magnackiej w Polsce. To, że wybudował ją nie z własnych pieniędzy i popadł w straszliwe długi? Od samego początku posiadłość była zadłużona i taką w spadku przyjął ją jedyny dziedzic majątku – Krzysztof Baldwin Ossoliński. Ten jednak, wychowany w duchu patriotyzmu, ruszył na wschodnie rubieże, na Podole, by stawić opór Chmielnickiemu i jego powstańcom. Zginął po zaledwie trzech latach posiadania zamku Krzyżtopór w majętności. Potem, posiadłość tragicznie zadłużona, przeszła w ręce dalszej rodziny i nie wiedzieć czy najazd Szwedów wybawił rodzinę z kłopotu, czy przyprawił o ulgę okraszoną jednak tragedią narodową. Jak przez całą Rzeczpospolitą, tak przez Ujazd, Szwedzi przeszli falą, niszcząc i grabiąc co się dało. Z takim pietyzmem wybudowany zaledwie 11  lat wcześniej i oddany do zamieszkania zamek, popadł w ruinę. A miał wojewoda sandomierski fantazję, gdyż kazał pobudować swą rezydencję o podwójnym znaczeniu – tzw. palazzo in fortezza, czyli pałac w funkcją zamku obronnego. Co akurat w niespokojnych czasach nie było fantazją, a koniecznością. Fantazja natomiast objawiła się w tym, że kazał zamek zbudować w oparciu o kalendarz. Powstał więc pałac – słownie jednej, jak jeden rok kalendarzowy. Miał cztery wieże, jak cztery kwartały roku. Miał dwanaście sal paradnych, jak dwanaście miesięcy. Pięćdziesiąt dwie komnaty, jak pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku. I trzysta sześćdziesiąt pięć okien, jak trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Nie trzeba o tym wiedzieć, by wszystko to wyolbrzymiało wyobraźnię, gdy stoi się pośrodku ruin. W pewnym momencie miałam wrażenie, że znajduję się wewnątrz rzymskiego Koloseum, tak łudząco podobna była ruina Krzyżtoporu, niebo tak lazurowe, okrąg przemijania tak kolisty a nadgryzione zębem czasu i zniszczeń dokonanych przez najeźdźców szczerby niegdysiejszej wspaniałości - tak wyraziste. Przewodnicy i przewodniki mówią, że rezydencja była tak bogata, że konie ponoć w stajniach przeglądały się w kryształowych lustrach i jadły z marmurowych żłobów, a strop ośmiokątnej wieży przyozdobiony był olbrzymim akwarium z egzotycznymi rybkami. Mieli więc Szwedzi co rozkradać. Nie dość, że rozkradli, to zniszczyli, spalili, nadwyrężyli. Wnet czasy obróciły się ku tragicznym wydarzeniom związanym z utratą niepodległości, ale zanim, to obronne walory zamku wykorzystali Konfederaci Barscy do obrony przed carskimi wojskami. Te, gdy już stłamsiły obrońców, dokonały zniszczenia i od tamtej pory, właściwie niezmiennie, Krzyżtopór stoi trwałą ruiną i tylko w wyobraźni i wrażliwości zwiedzającego jawi się najwspanialszą rezydencją magnacką złotych czasów Rzeczypospolitej.
Na naszej mapie, która datowana jest na niezbyt odległe czasy, bo jak się mają lata osiemdziesiąte XX w. do pierwszej połowy XVII w. , gdy zamek rodził się w posiadłości wojewody sandomierskiego, zamek podpisany jest Krzysztopór, co słusznie kojarzyć należy z nawiązaniem do imienia fundatora i herbu Topór, spod którego wojewoda Krzysztof Ossoliński się wywodził. I mniemać należy, że chyba dla celów „markowego produktu” zmieniono legendę i odwołano się do patriotycznych wydarzeń tego miejsca i zaszłości rodzinnych i zamek nazywa się dzisiaj „Krzyżtopór” rzekomo od krzyża i toporu (herbowego) znajdujących się w portalu bramy głównej. Istotnie znajdują się te elementy, ale w mojej wyobraźni podsycanej przez dwadzieścia lat pragnieniem ujrzenia zamku, on cały czas był Krzysztoporem, a w odmianie nawet Krzysztoforem i znalazłam potwierdzenie w materiałach źródłowych na to, co zbudowała moja wyobraźnia (twórcza).
Z całego serca polecam nawiedzenie Zamku Krzyżtopór. A nawet zalecam. Ale absolutnie nie jako zwiedzenie „markowego produktu”, a jako lekcję historii.



Nasze zwiedzanie tamtego wrześniowego poranka okraszone było obecnością dużej ilości harleyowców i gdy poprosili o zrobienie im grupowego zdjęcia ich aparatem, skorzystałam i użyłam też mojego, a Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wyreżyserował nawet scenę we wnękach okiennych. I jeszcze chciałam nadminić, że pisałam, jak zawsze, nocą. Spojrzałam na zegarek i okazało się, że jest już po 1. Przeraziłam się późną porą i klikając coś w pośpiechu spowodowałam, że wpis zniknął. W żaden sposób nie mogłam wrócić do stanu sprzed kliknięcia, nigdzie nie mogłam znaleźć zapisanego szkicu, czy wpisu roboczego (wordpress wciąż jest dla mnie tajemnicą, pisałam na wordpressie). Nie czułam straty, za to pomyślałam: cóż, bardziej utrwalę temat pisząc jeszcze raz. I dzisiaj od samego rana pisałam a do pisania nie używałam żadnej ściągi. Wszystko miałam w pamięci ;). Pomna na wczorajszą niemiłą przygodę, dziś pisałam w Wordzie. Jak wielkie okazało się moje zdumienie, gdy wchodząc na dyrdymalstwo i klikając ikonkę nowego wpisu pojawił się wczorajszy tekst?! Jakby nie zrobił mi wczoraj psikusa i nie zniknął nagle, nie pozwalając się odnaleźć. 
Jednak, jak mówi pewien znany nawigator nawigacji samochodowej: "nowy będzie lepszy".