MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 28 lutego 2013

Kancelaria finansowa

Całkiem niedawno temu zadzwoniła do mnie (w sensie, że na mój telefon, na mój numer) jakaś pani, która przedstawiła się z imienia i nazwiska, choć nie pamiętam, czy podała firmę, i chciała rozmawiać z moim mężem. Nie pytała o Mężczyznę, Który Kiedyś Był Chłopcem, tylko o mojego męża właśnie. Poinformowałam ją, że niestety nie znam na pamięć numeru telefonu mojego męża, więc polecam jej skorzystanie z informacji, ewentualnie oddzwonienie za taką chwilę, która wystarczyłaby mi na zajrzenie i spisanie z telefonicznej książki owego numeru. Pani jednak nie była skora do dalszych poszukiwań i głosem, w którym zawierała się i chęć, i pewna doza jakiegoś znudzenia, zaczęła pytać, czy mąż jest w mieście, czy za granicą. Na takie pytanie odpowiedziałam, że naturalnie, iż jest za granicą miasta. Na byciu za granicą miasta polega jego praca, ale tego już pani nie powiedziałam. No i pani nie wiedząc, czy zdradzać powód swojego telefonowania, czy nie, zaczęła coś przebąkiwać, że chciałaby się "umówić z mężem na spotkanie". O! I to mnie już zainteresowało. Nie, żeby z zazdrości. Z czystej ciekawości. Pani tak enigmatycznie tłumaczyła - choć ja każdą moją wypowiedź zaczynałam od zdania, że lepiej, by porozmawiała z moim mężem w tej sprawie, bez mojego pośrednictwa - czy to ze znudzenia, czy z braku wiary w powodzenie swojej misji, bo najwyraźniej jakąś misję miała, że z całych jej tłumaczeń zrozumiałam, że pani chciałaby zająć się finansami mojego męża. Znaczy Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem.
Zapowietrzyło mnie. No to jaka moja rola w małżeństwie?
Jak Ace Wenturze w filmie "Psi detektyw" zbyt późno przyszło mi do głowy, co "mogłam jej powiedzieć". No, bo "mogłam jej powiedzieć", że przecież Mężczyznę, Który Kiedyś Był Chłopcem ledwo stać na utrzymanie mnie, Dużej Małej Dziewczynki, dwóch kotów i domu, a pani miała nadzieję podczepić się jeszcze pod jego marną pensję. I to nie sama, a z całą kancelarią finansową, jak się w końcu okazało. Poinformowała mnie, że mnożą zyski. Ja pomyślałam, że zysków to się nie da mnożyć z tej pensji, jedyne co można robić to minimalizować straty, znaczy się wydatki.
Im więcej czasu upływa od tej dziwacznej rozmowy, tym więcej wiem, co "mogłam jej powiedzieć".
No bo Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem ze swej pracy to przede wszystkim utrzymuje swojego pracodawcę. W następnej kolejności od wysokości pobieranego haraczu jest NFZ i ZUS, następnie państwo, spółdzielnia mieszkaniowa w tym ciepłownia i wodociągi, firma energetyczna i gazowa, firmy telekomunikacyjne, telewizje TVP i cyfrowa i pewnie jeszcze kilka innych instytucji. Dla nas zostają ochłapy, a jakaś pani z kancelarii finansowej chciałaby, i to pewnie wraz z zarządem, nieco uczknąć. Co prawda w ostatnim czasie bardzo się staramy, żeby taki NFZ sporo z tej kasy, którą pobiera z pensji Mężczyzny, Który Był Chłopcem oddał w ręce ludzi pracy, czyli pracowników służby zdrowia na różnym szczeblu, ale przecież doskonale wiemy, że każdorazowo, gdy słyszymy w placówkach służby zdrowia słowo "limit", wiemy, że znaczy to pensja, premia itp. pracownika NFZ.
No masz! I tu jeszcze taka pani, która jawnie umawia się wprost ze mną, że wespół z wyżej wymienionymi instytucjami i organami chciałaby być utrzymanką mojego męża.

środa, 27 lutego 2013

Boląca rzeczywistość

Każdy wyjazd do Krynicy podobny jest wkroczeniu do świata baśni. Malowniczość trasy na styku Beskidu Sądeckiego i Niskiego, szczególnie zimą, karmi zmysły. Wiele widziałam zapierających dech w piersi widoków, jednak za każdym razem, gdy jestem w Mochnaczce na szczycie, powtarzam sobie, że właśnie teraz, właśnie ten widok jest najpiękniejszy. Dziś w samo południe szadź na gałęziach drzew wyprzeźroczała i mieniła się w słońcu kolorami tęczy. Krople wody kapały jak łzy Gerdy, roztapiając zatwardziałość ziemi skutej zimą. Tak dawno nie świeciło słońce, że już zapomniałam jak piękny i radosny może być świat. Najpierw śnieg parował mgłą, po której ślizgało się jaskrawo przenikliwe słoneczne światło. Nawet nie jestem w stanie wyrazić jakie to zjawisko budziło wrażenia i uczucia. Wciągnęło mnie w zaczarowany świat, z którego wypadłam w gabinecie u doktora, gdy ten oznajmił kolejną trudną do zrozumienia i przyjęcia diagnozę dotyczącą Dużej Małej Dziewczynki. Nie chcę pić tego kielicha. On jednak napełnia się kropla za kroplą z konsekwencją, która boli. Zapewne cały ten ból w dziejach bólu ludzkości nie znaczy więcej niż jeden TIR, który wylądował w rowie nieopodal bajecznych widoków w Mochnaczce, a może już w Krynicy. Pewnie też sama wybrałam takie, a nie inne trudy, by były moją drogą, ale tak po prostu i po ludzku boję się. Mogłabym wyjść na Lackową. Sama i zimą. Zamiast usłyszeć, co usłyszałam. Mogłabym raz jeszcze i potem jeszce odebrać wiadomość, po której sporo życia wytoczyło się z czerwonym płynem z mojego krwiobiegu, przenosząc mnie do przeźroczystego bytu między życiem a niebyciem. Zamiast usłyszeć, co usłyszałam.  Mogłabym też, jak Pi Patel w oczach pewnych ludzi, przeinaczyć rzeczywistość, uciekając od spraw zbyt trudnych. Zima jest zimna, często lodowata. Dobrze się ją ogląda z okien samochodu, przemieszczając się z prędkością pozwalającą zachwycać się najczarowniejszymi obrazami. Wiosna zaś jest niecierpliwa ze swoim oczekiwaniem na lato. Lato znów z pośpiechem zdąża ku jesieni, a tamta za szybko przemija... Która więc pora roku byłaby najlepsza, by szukać w niej furtki, za którą można zostawić rzeczywistość? Tę przeźroczystą i tę bolącą jak choroba Zofijek.

wtorek, 26 lutego 2013

Babka i wnuczka w kwietnych wiankach - z cyklu: Kobiety


Chata zielarki stała daleko za ostatnimi zabudowaniami wsi, pod lasem. Las opadał pod dom zielarki łagodnym zboczem góry, za którą wznosiły się następne. Ludzie bali się tej kobiety, dlatego żyła samotnie. Nikt tak do końca nie wiedział, co o niej myśleć, faktem jednak było, że gdy kto we wsi zachorował, nalewki i zioła zadane przez babkę zielarkę każdego stawiały na nogi. Dziwny to był dom z wyglądu, bo jakby na pół przerżnięty. Tak jakby kiedyś był większy i ktoś, wyprowadzając się, wziął swoją połowę i przesadził w inne miejsce. Najbardziej taką wersję podpowiadał widok bali ułożonych na bocznej ścianie, co były nie jak ze szczytu domu, a tylko jakby miały dzielić dwie izby. Dom zielarki musiał być niegdyś bogaty, bo pod izbą była piwniczka. O! Tylko bogaci gospodarze mogli sobie na taki zbytek pozwolić. Ale co też, prócz ziół, mogła babka zielarka w tej piwniczce trzymać? Babka zielarka musiała być samowystarczalna, bo ludzie ze strachu i przez zabobon nieskorzy byli do pomocy. Toteż miała babka zielarka kilka kurek i kaczek. W stajence mieszkała krowa. Kotów w domu i na podwórzu było zawsze bez liku, a i jakiś Burek na łańcuch strzegł babcynego dobytku. Przy domu babka miała ogródek warzywny, za płotem poletko ziemniaków, fasoli i buraków. Każdego roku wysiewała sporo kapusty, bo świeży jej sok był lekarstwem na wiele chorób. Czegóż to sok z kapusty nie leczy? A to cukrzycę, nieżyty żołądka, wrzody dwunastnicy, hemoroidy, nadciśnienie, miażdżycę, otyłość, tarczycę, nie mówiąc o zbawiennym wpływie na czyszczenie organizmu z wszelkich złogów. Niby dawniej pożywienie było naturalne, nie zawierało dodatków chemicznych, jak to współczesne, ale za to ludzie jedli bez umiaru i bez wiedzy, jakie składniki spożywcze ze sobą dobierać, aby nie szkodziły.
Po wsi i okolicy krążyła historia, że jakoby babka paktowała z siłami nieczystymi, bo jakże by inaczej potrafiła takie mikstury przyrządzić, które ludzi z największych boleści na nogi stawiały? Toteż pletły ludziska, co im ślina język przyniosła, a i tak jak kto chory, to pierwsze się do babki udawał po radę, nalewki i zioła. Babka przyzwyczajona była i do złego gadania, i do tego, że ludzie to i w środku nocy przyjdą po pomoc. Najbardziej ze wszystkiego przyzwyczajona była do samotności. Chodziła po łąkach i polach zbierając zioła potrzebne do swojej apteki. Umiejętność leczenia ziołami była w rodzinie babki od pokoleń. Nikt nie sięgał pamięcią, od jak dawna. Przechodziła z matki na córkę, a właściwie z babki na wnuczkę, bo nie w każdym pokoleniu zdarzała się kobieta, która miała ku temu zdolności. Chodząc samotnie przez długie miesiące od wiosny do jesieni po rozległych okolicach, babka nauczyła się mówić do siebie. Mówienie to bardziej było mruczeniem pod nosem. Dlatego, gdy się czasem z kim na polanie w głębi lasu mijała, mając do pleców przytroczony zgrzebny worek wypchany ziołami i tak mruczała coś pod nosem dla zabicia samotności, to ten, co się na bakę natknął, czmychał wystraszony, znak krzyża czyniąc przezornie, bo myślał, że babka jakieś zaklęcia wymawia. W zwyczaju babki też było nucenie melodii pod nosem, zwłaszcza, gdy zioła na kuchni warzyła. Najczęściej babka godzinki śpiewała, bo najlepszą miarą czasu były dla sporządzanych mikstur, ale czy to kto wiedział, co babka burczy, gdy przez okno lękliwie zaglądał? Zawsze ludzie gadali, że wszystkie babki z babcynej rodziny się ze złym skumały, toteż nikomu przez myśl nie przeszło, że babka godzinki może odprawiać. A też z rzadka babka do kościoła zaglądała, bo wolała pod przydrożnym krzyżem z Panem Bogiem porozmawiać, niż budzić odrazę, lęk i niechęć wstępując w święte progi.
Miała babka męża, ale krótko. Urodził się syn z tego małżeństwa, ale jak poszedł do szkół do miasta, to już do domu nie wrócił. Ludzie ze wsi go zaszczuli, nie był na tyle silny, by się ich gadaniem nie przejmować. Późno założył rodzinę i po kilku latach przyszła na świat córka, babcyna wnuczka jedyna. Jednak synowa babki brzydziła się starą chałupą, mówiła, że śmierdzi w domu i jedyni bliscy, jakich babka miała, rzadkimi byli gośćmi. Jednak, gdy wnuczka podrosła, zaczęło ją ciągnąć do babki i wymusiła na rodzicach, by pozwolili jej spędzać wakacje w domu, który pachniał po trochu stajnią, po trochu suszoną łąką. Babcyna wnuczka uwielbiała zapach ziół świeżych i wysuszonych. Interesowało ją wszystko: którą chorobę jakim się ziołem leczy, jak łączyć zioła w preparaty i mikstury, by lepiej i szerzej działały, w którym miesiącu najlepiej zbierać dane zioło i gdzie które rośnie, jak długo i w jakich warunkach suszyć. Babka z radością dzieliła się ze swoją jedyną wnuczką wiedzą, która od pokoleń była w rodzinie i czuła, że spokojnie będzie mogła z tego świata odejść. Miała baka inne niepokoje, które spędzały jej sen z powiek. Najbardziej ze wszystkich niepokojów nękał ją ten, że ludzie coraz większe dziedziny dziewiczego lasu zamieniają w miejsca zabudowane. Stawiają tam hotele i pensjonaty, do których prowadzą drogi zwieńczone ogromnymi parkingami. Przy jednym takim hotelu górskim bezpowrotnie zniszczyli stanowisko bardzo rzadkiego ziela, którego nigdzie indziej od lat babka nie znajdywała. Zwierzęta leśne przenosiły się na inne tereny, ale te nie były dla nich przyjazne. Tak burzył się cały ekosystem. I choć babka nie znała uczonych słów, to jednak sercem czuła, że w nieskończoność tak być nie może. Trudno jej było pogodzić się z nowym, które wkraczało do jej świata. A już najgorsze było to, że przewodnicy zaczęli przyprowadzać wycieczki turystów z miasta, żeby mogli obejrzeć sobie "chatę zielarki". Chcieli jej płacić za wejście do domu i zrobienie fotografii, ale babka takich przeganiała na cztery wiatry, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż. Rada była, gdy kto przyniósł mąki, czy chleba, bo już jej coraz ciężej było udawać się na zakupy, ale żeby brać pieniądze za pokazanie domu? Żeby własnym życiem kupczyć?
Wnuczka wyuczyła się na farmaceutkę. Studiowała na uczelni w wielkim mieście. Ot, następny znak czasów. Ale babka i tak rada była, bo do czego sama wnuczkę przyuczyła, wiedziała, że jej nie zginie, a też żadne uniwersytety jej tego nie nauczą. Umierała więc babka spokojna o dziedzictwo. A dom? Zapisała w testamencie dla muzeum, bo ją "te przewodniki, co przychodziły z turystami, namawiały".

poniedziałek, 25 lutego 2013

Zniewoleni miłością

Nie będzie Hymnu o Miłości, ani też żadnego aforyzmu. Będzie za to bolesna konstatacja, albo wręcz rewolucyjne odkrycie, że nie można człowieka inaczej kochać, jak tylko będąc gotowym, aż zechce on przyjąć naszą miłość. Każde inne działanie chcące uszczęśliwić drugiego człowieka zasadza się na stwierdzeniu, że altruizm jest wyrafinowaną formą egoizmu. Kiedy kochamy kogoś - za bardzo, albo po prostu kochamy - zniewalamy go swoją miłością.
Taka delikatna i oczekująca forma miłości jest nam doskonale znana, bo zawisła na krzyżu. I tylko zwielokrotnionym w nieskończoności bólem zastanawiam się, jak bardzo musiał cierpieć Chrystus, jak cierpi każdorazowo, gdy człowiek nie jest gotowy na przyjęcie Jego miłości, wręcz ją odrzuca. Umieranie jest więc nieodzowną częścią odrzuconej miłości. Nie tylko zbawienia.
Po śmierci następuje zmartwychwstanie. Zmartwychwstanie człowieka po śmierci spowodowanej odrzuconą miłością jest jak ponowne narodziny świadomości wyostrzonej przeźroczystością zmysłów podczas umierania. Bo choć obumrzeć w człowieku musi tylko ta nikomu niepotrzebna miłość, to odradza się każda komórka. Kiedy przestaje się żyć, dokładnie na trzy dni i tak nie przestaje się myśleć. Śmierć można pokonać tylko prosząc o to, by przestać myśleć. Kiedy jest się gotowym na niemyślenie można wyjść z ciemnego grobu swojego cierpienia. I zamienić modlitwę w codzienne wołanie o niemyślenie.

niedziela, 24 lutego 2013

Z muzyką w duszy - z cyklu: Kobiety



W tym uroczym, białym domku na grzbiecie górskiej grani mieszkała poetka. Nie jakaś tam uczona i wyspecjalizowana. Była prostą kobietą, która przyszła na świat w rodzinie, gdzie od pokoleń ludzie zmagali się z trudami codzienności uprawiając pole tak strome, że ustać bez podpory nie szło. No bo grań wąska, zaledwie na ścieżkę, a po obu stronach stok pod szalonym kątem zmierzał ku dolinom. W jeden dolinie płynęła rzeka, która każdego ranka chowała się popod mgłami. Te zaś przelewały się niczym spienione wody aż do momentu, gdy słońce wyszło wysoko i ogrzało ciepłem wszystko, co na ziemi i do ziemi przywiązane. W drugiej dolinie swe gniazdo uwiła maleńka wioska, do której schodziło się, by załatwić wiele człowieczych spraw. Był tam i kościół, i szkoła, i sklep. Obie doliny oddzielały od góry z uroczym, białym domkiem kolejne pasma. I tak jak wzrokiem sięgnąć przed oczami roztaczały się dziewicze krajobrazy gór. Ileż tam było poezji i muzyki w tym życiu na grani! Ileż piękna czystego, które bólem rozsadzało pierś kobiety od najmłodszych lat! Ludzi w sąsiedztwie nie było - domy rozsypane po górach w dzień ledwo widoczne, nocą świecąc nikłym światłem żarówki w izbie czy przy zagrodzie, zdawały się jak latarnie morskie na olbrzymim oceanie. Kobieta, będąc dziewczynką jeszcze, skazana najczęściej na towarzystwo najbliższych, którzy nie rozumieli jej wrażliwości, nauczyła się uciekać do świata wyobraźni. Najwierniejszymi towarzyszami następujących po sobie lat były ptaki i leśne zwierzęta a przede wszystkim jej myśli. Była taką Anią z Zielonego Wzgórza na swojej rodzinnej grani, z której rozlewał się widok na ocean gór. Owszem, w latach szkolnych miewała koleżanki, ale szybko nauczyła się, że dziewczynkom nie może powierzać swoich myśli, gdyż te, nie potrafiąc jej zrozumieć a też i nie umiejąc utrzymać języka za zębami, rozpowiadały na wszystkie strony krzywdzące ją historie, pukając się przy tym wymownie w czoło. Była na świecie jedna osoba, która od pierwszej chwili, aż po kres swoich dni rozumiała kobietę. To była babunia najmilsza, która huśtając kołyską śpiewała rzewne pieśni do ucha zasypiającej wnusi, a potem, gdy ta nieco podrosła opowiadała jej historię świata, takiego, jakim widzieli i opisali go najwspanialsi bajkopisarze. Niektórzy z tych babuniowych bajkopisarzy wcale nie spisali swoich bajek, ba tylko je babuni niegdyś opowiedzieli. I przechodziły te bajki i legendy z pokolenia na pokolenia, aż zasiały się w duszy kobiety poezją  i rozedrgały muzyką, którą rozumiał każdy poszum wiatru, słyszała i kwiliła każda ptaszyna najmniejsza, rosła w drzewach i szumiała w trawach, wyła w halnym, bębniła w strugach deszczu, słała się promieniem słońca po łąkach i halach, szumiała w strumieniach, które tworzyły się wiosną podczas roztopów i w czasie każdej ulewy lata. Kwitła w pierwszych i ostatnich kwiatach, zaznaczała się miłością i przywiązaniem do rodzinnej ziemi, tradycji, mądrych i pracowitych ludzi, dnia świątecznego i codziennego. Była w kołyskach nowo narodzonych i w trumnach odchodzących. W dźwięku dzwonów kościelnych i echu trombity, której głos odbijał się od góry, do góry. W mgłach porannych i zorzach wieczornych. Wreszcie w zaśpiewnym głosie babuni, która zbyt szybko odeszła.
Poetka wyszła za mąż, bo prawo natury nakazuje, by kobieta złączyła się z mężczyzną i by swoim potomstwem zaludniali ziemię. Żadna z niej była żona, bo przypalała mleko. Gdy poszła do stajni, miast siąść na zydelku i przystąpić do dojenia, zawieszała wzrok w ograniczonej przestrzeni i odpływała w nieznane. I tak każda czynność sprawiała jej wiele kłopotów, ale że mąż był jej niezmiernie oddany i jak to mówią - uwielbiał ziemię, po której stąpała - prowadził gospodarstwo sam, a przecież rodzice kobiety jeszcze żyli, więc praca matki i ojca wyręczała córkę. Wszak wiele lat temu pogodzili się z tym, że prędzej ją można w obłokach spotkać, niż stąpającą po ziemi. Za to dzieci poetka kochała ponad życie. Kiedy miało przyjść na świat każde kolejne dziecko, a było ich pięcioro, szyła przepiękne kaftaniki zdobne w hafty, których nauczyła ją babunia. Bo igłą umiała równie zręcznie wywijać poetka, jak słowem zgrabnym w wierszu i poemacie. Kołysząc w ramionach maleństwa nuciła im te same melodie, co jej babunia nuciła, zdawało się - nie tak dawno temu. Gdy które dziecko podrosło, karmiła je opowieściami babuni i tymi, które sama stworzyła. Wszystkie dzieci ułożone były bardzo i grzeczne niezmiernie, ale najmłodszy synek, to już był poetą większym od matki urodzonym.
Dziwny to był dom. Biedny w dostatek rzeczy, z nieograniczonym bogactwem wyobraźni i ducha. Miłość tam jak snop światła rozpościerała się opromieniając wszystko wokół. Ludzie kwitli wiosną jak przebiśniegi i sasanki, latem jak lilie leśne i dzwonki, jesienią jak wrzosy.
Poezja, która wyszła z duszy poetki przyniosła jej sławę wydrukowaną w tomach wierszy. Przyznano jej zaszczytne nagrody i tytuły, ale ona je za nic miała, bo każda uroczystość odciągała ją tylko od jej miejsc ukochanych, od ich muzyki i liryki.
Taka to była niezwykłą dziwnością inna kobieta, co mieszkała w uroczym, białym domku na grani.

sobota, 23 lutego 2013

Żona pijaka - z cyklu: Kobiety



Dom, jakich wiele w okolicy. Spośród innych najbardziej wyróżniał go ogród. Zadbany, ale prowadzony w stylu starych, zdziczałych ogrodów okalających domostwa dziwaków. Kilka starych drzew parasolem chroniło dom przed kosmicznymi kataklizmami. Groszki, nasturcje, malwy, bzy i pnące róże. Kwiaty i krzewy nasadzone w sposób, by kwitnienie następowało po sobie zgodnie z porami roku czyniąc poszczególne fragmenty ogrodu bądź trwającymi w oczekiwaniu na kwitnienie, bądź w feerii barw, lub też odpoczywające po szaleństwie pączkowania, kwitnienia, nektarowania. Tak. Ten ogród doskonale oddawał charakter kobiety mieszkającej w tym domu.
Wszyscy, uwierzcie mi, nie było człowieka, który by tego nie robił, użalali się nad nią każdego dnia i załamywał ręce nad jej losem. Jakoś tylko ona sama potrafiła się bez trudu odnajdywać w mrokach, o których wszyscy myśleli, że brnie każdego dnia. Bo kobieta mieszkająca w tym domu była żoną pijaka. Nikt nie mógł zrozumieć dlaczego nie wyrzuciła go z domu, nie kazała mu się wynosić precz ze swojego życia a tylko wciąż tolerowała jego nieudacznictwo i pociąg do kieliszka. Dzieci z tego związku nie było. I całe szczęście - mówili wszyscy. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z cierpienia kobiety z tego powodu. Zresztą kto wie, jak potoczyłyby się losy tego małżeństwa, gdyby Pan pobłogosławił ich związek dziećmi. Choćby jednym dzieckiem. A tak, skoro kobieta nie wydała ze swego łona ani jednego owocu tej uzależniającej miłości, pogodziła się z losem i wszystkie uczucia, które miałaby do ewentualnych dzieci, skierowała na męża pijaka. To nie było tak jak się ludziom wydawało. On ją przecież tak bardzo kochał. Tak bardzo chciał ją uszczęśliwić i tylko wciąż życie układało się tak, że coś mu stawało na przeszkodzie. Kobieta pamiętała dni, w których budził ją zapach płatków róż usianych ścieżką biegnącą od łóżka do ogrodu, aromat świeżo zaparzonej kawy unoszący się delikatnie w powietrzu, wabiąc ją do kuchni w szlafroku i kapciach, zaspaną, zawstydzoną nocą brzemienną w miłość o jakiej poeci piszą. Tak. Jej mąż był poetą. Jak on potrafił kochać! Jak potrafił ubrać miłość w słowa i delikatne czyny! Robił to do tej pory. I tylko nie potrafił sobie poradzić z tym, co przytłaczało w życiu. A przytłaczało przecież wiele spraw codzienności. Pił więc, by zapomnieć choć na chwilę o bólu, jaki ogarniał go ze wszech stron. Bo jego tak bardzo bolało życie. Kobieta czasami miała wrażenie, że jest w stanie wyobrazić sobie ogrom tego bólu, który kazał jej mężowi uciekać w zapomnienie owiane odorem gorzałki, ale zaraz potem uświadamiała sobie, że nie potrafi przedrzeć się przez zasłonę nieobecności, niemocy i nieumiejętności jej męża w zderzeniu z rzeczywistością. Poza domem wyglądało to zupełnie inaczej. Ludzie widzieli człowieka zataczającego się, odurzonego, czasem spojonego do nieprzytomności, który nie mając siły dojść do własnego domu, poległ gdzieś na ławce, czy na trawniku, nieopodal rowu przydrożnego. Mówili, że zmarnował życie tej pięknej, mądrej i szlachetnej kobiecie i gdyby nie nie jej szlachetność, już dawno sczezłby w brudzie i własnych wymiocinach.
Kobieta - niezłomna w swej wierności, z sercem wciąż przepełnionym niewytłumaczalną miłością ku niemu - stawała w progu domu, ogarniała spojrzeniem ogród, który tak bardzo oddawał  jej codzienne oczekiwanie, kwitnienie i obumieranie i odgarniając włosy z czoła, nawet nie wzdychała. Patrzyła w dal spojrzeniem zamglonym łzami. Szukała w niej dzieci, których nigdy nie urodziła. Szukała czasu zamkniętego w dniach, które minęły, które trwają w beznadziei i tych, które przyjdą w smutku i bólu. Szukała nadziei.

Dzień Myśli Braterskiej 2013

Raz i drugi krzyżujesz spojrzenie z małym bąblem. Zauważasz, że kręci się wokół jak satelita. To nie jest przypadek. Nie wiesz dlaczego upatrzył sobie właśnie ciebie. Kiedy gdzieś zmierzasz, śledzi cię wzrokiem. Gdy wychodzisz z pomieszczenia, wyczekuje twojego powrotu wpatrzony w drzwi. W końcu siada tak blisko, że prawie na kolanach. Nawet go nie znasz. Nie zachęciłeś go niczym do takiej wierności. Spotkałeś go przed chwilą i na chwilę. A on, ten smarkacz, gdy siedzi a ty stoisz, już śmiało zadziera głowę i widzisz w jego wzroku całkowite oddanie połączone z fascynacją. Do tego te oczy - wielkie i kształtne jak dwa okręgi. Niebieskie. Wokół tych dwóch oceanów czarne podkręcone rzęsy. Usteczka ułożone w uśmiechu. Włosy związane w koński ogon. I mundur harcerski. Łapie cię za rękę swoją małą dziecięcą łapką i stoi przy tobie w kręgu, w którym płynie pieśń o przyjaźni. Tej, której jeśli ktoś poznał smak, nie będzie trwonił słów...
Dawid ma porażenie mózgowe. Cała drużyna Nieprzetartego Szlaku wracała z drużynową i przyboczną do internatu szkoły specjalnej na nogach, ale dla Dawida, choć to tylko kilka przecznic, to za daleko. Bo Dawid jest spastyczny. Dawid się uczy na cukiernika. Ostatnio robili w szkole ciasto. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jakie to było ciasto. Jak by ktoś chciał na imieniny do domu, to można zamówić w szkole. Przez trzy dni w tygodniu mają lekcje, w pozostałe dni praktyki. Na praktyki jeżdżą autobusami z nauczycielem. Dość daleko, choć Dawid sobie nie zdaje sprawy, że tak jest. Wychodzi z samochodu na boisku szkolnym i przedziera się w kierunku internatu przez śnieg, który sypie od kilku godzin. Bo mieszka, jak powiedział, w internacie i w domu.
Druha Tadeusza znowu strasznie boli głowa. Od iluż to lat ten wyjątkowy staruszek z czerwoną, harcmistrzowską podkładką pod krzyżem harcerskim cierpi na niedokrwienne bóle głowy? Tak musi być - mówi, i uczestniczy w życiu hufca.
Druhna Mańcia strofowała kogo trzeba było i kogo się dało. Chłód podczas przywitania ze mną zmroził atmosferę w rynku bardziej niż oscylująca w granicach zera temperatura powietrza. Nie zrobiłam kroniki i nie przesłałam jej zdjęć, chociaż od dawna prosi i przypomina. Druhna Mańcia zmobilizowała swoich z Szumiącego Boru i stawili się w ilości godnej szacunku. Niektóre członkinie Szumiącego Boru znały osobiście harcerki z jedynej na świecie drużyny harcerek "Mury" działającej w obozie koncentracyjnym w Rawensbrück. To jest niesamowite. Jedna z nich, z członkiń kręgu seniorów, jest wychowanką druhny Bronki Szczepańcówny!
Halutka w swoim żywiole. Organizuje wszystko za siebie i za innych. Nawet znalazła moją zgubioną wcześniej rękawiczkę. Zgubiłam ją, bo w drodze do rynku ujrzałam wspaniałe ujęcie do zdjęcia. Tylko ja zgubiłam suchą rękawiczkę, a Halutka znalazła całkiem mokrą, która i tak do niczego już tego popołudnia służyć nie mogła.
Drożdżówki piekł, jak zawsze, druh Wicek, w swoim koktajlbarze. Pyszne. Pani Małgorzata B. - mama trzech harcerzy ufundowała sztuczne ognie, które poleciały w niebo iskrą przyjaźni. Zestawiam z  drożdżówkami, bo jedne i drugie były ucztą.
Druh Boguś dzisiaj był z nagłośnieniem, druh Stanisław jak zawsze z aparatem fotograficznym. Każdy zuch i harcerz dostał niebiesko-żółty balonik. Niebiesko-żółty to kolor skautek, a to one wymyśliły to święto w 1926 roku dla uczczenia dnia urodzin Naczelnego Skauta i Naczelnej Skautki Świata. Przecież te harcerki i instruktorki w Rawensbrück je nawet obchodziły. Druh Boguś jest wyjątkowym zjawiskiem ze swoim spokojem i umiejętnością dopilnowania, by wszystko grało . I to niekoniecznie na sprzęcie grającym, a głównie między ludźmi. 
Lula. Jej obecność rozlewa się ciepłym strumieniem wokół mojego serca. Życie, szczególnie to podczas harcerskiej służby byłoby blade bez Luli. Lula ma najliczniejszą drużynę w całym hufcu. Już musiała z niej nawet wydzielić twór o nazwie "prim". Z jej drużyny wychodzi wielu instruktorów. 
Druhna Mańcia mało nie udusiła komendanta. Na jednym ze zdjęć wygląda, jakby wydrapywała mu oczy. Za co? Zapytajcie innych.
Zuchów i harcerzy było tylu, że zrobili kontury olbrzymiej lilijki harcerskiej na rynku. A było na czym, bo sądecki rynek jest jednym z największych w Małopolsce. Kuba zrobił prawie włam do Sali Reprezentacyjnej Ratusza, gdyśmy szli na balkon, by robić zdjęcia z góry. Drzwi do sali są olbrzymie. Konno można by wjechać na salę. Klamka i zamek znajdują się na wysokości oczu. Klucz wielki, by pasował do całego majestatu. Ratusz, odbudowany po pożarze i tak ma już ponad 100 lat. 
Coś dziwnego umiejscawia się w okolicach serca, jakiś drgający stwór, gdy widzi się te dzieciaki w harcerskich mundurkach. Najbardziej, gdy patrzy się na dzieci z ośrodka specjalnego, z drużyny Nieprzetartego Szlaku, które przyprowadzają dh. Agnieszka i dh. Sabina. 
Zimno było. Jak to w zimie. Ale czy to w czymś przeszkadza? 
I ten mały bąbel wciąż obok. 

Nie zgaśnie tej przyjaźni żar, co połączyła nas
nie pozwolimy, by ją starł nieubłagany czas...



środa, 20 lutego 2013

Na zawsze pozostała dzieckiem - z cyklu: Kobiety



W tym najmniejszym na świecie domku mieszkała kobieta, która na zawsze pozostała dzieckiem. Urodziła się jako ostatnie dziecko w rodzinie rolników w małej górskiej miejscowości. Przyszła na świat zanim matce zdążył urosnąć brzuch, a księżyc obrócić się 10 razy. Była taka maleńka, krucha i delikatna, że od razu po urodzeniu ojciec wziął się za budowę domku dla niej, gdyż wiedział, że nigdy, ale to przenigdy nie pozwoli jej zamieszkać z dala od jego troskliwego spojrzenia. Choć człowiek mieszkający w górach, utrzymujący rodzinę z pracy swoich rąk musi być hardy (i takim też był ów ojciec), jednak jego najmłodsza latorośl czyniła zeń najdelikatniejszego i najckliwszego mężczyznę na świecie.
W dzieciństwie zaskarbiła sobie serca i uczucia całej wsi, taka była przymilna i dobra dla każdego. Potrafiła przepięknie śpiewać, tak pięknie, że mogłaby stawać w zawody z rajskimi ptakami.
Po kilku latach budowa domu została ukończona i z początku służył on wszystkim dzieciom, jako domek do zabawy. Kiedy się okazało, że najmłodsza nie rośnie tak jak pozostałe, a i myśli nieco wolniej, rodzice poczęli szukać porady u kogoś, kto swoją mądrością potrafiłby ogarnąć ich problem. A że były to czasy bardzo odległe a wieś schowana głęboko w górach, dostęp mieli jedynie do nauczyciela, który przychodził z najbliższej miejscowości uczyć młodsze dzieci i do księdza proboszcza, który zaledwie raz na miesiąc odwiedzał tę część swojej parafii. Toteż każdy z nich po trochu, zasięgnąwszy porady u ludzi, którzy się na tym lepiej od nich znali, doradzili rodzicom, czego koniecznie muszą nauczyć najmłodszą córkę, a jakie nauki będą jej zbędne. Jaką to wielką mądrością i miłością pokierowali się prości, niekształceni rodzice kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem, że wyposażyli ją na przyszłe życie, w którym ich zabrakło, w umiejętności, które pozwoliły jej zarobić na utrzymanie i nie być ciężarem dla rodzeństwa, ani dla małej wiejskiej społeczności z gór. Bo choć w tamtych czasach ludzie potrafili sobie pomóc nawzajem i otoczyć słabszych pomocą, to jednak każdy zdawał sobie sprawę, że najważniejsze jest, by umieć sobie samemu w prostych sprawach poradzić. Ci zaś rodzice chcieli, by ich córka potrafiła zrobić coś i dla siebie, i dla innych, by choćby najdrobniejszym akcentem przyczynić się do zbiorowego dzieła, które każde pokolenie po sobie zostawia.
Oprócz przepięknego głosu kobieta, która na zawsze pozostała dzieckiem otrzymała wyjątkowy dar i wszystko co wzięła do ręki zamieniało się w małe dzieło sztuki. Tworzyła nadzwyczaj piękne ozdoby z papieru, bibuły, gałganków, gliny, farby itp. I choć wielu w okolicy się tym zajmowało, jej malunki na szkle nie miały sobie równych. A jakie robiła podłaźniczki z kolorowych bibuł, jakie bukiety sztucznych papierowych kwiatów, co wyglądały jakby świeżo na łące zerwane. Haftowała i robiła kilimy, a jakie obrazy tworzyła ze sprasowanej słomy, to już się jej sława rozeszła po całej okolicy, zaraz po kraju, a wnet i granice przekroczyła.
Jednak ważniejsze i piękniejsze od wszystkich talentów kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem było to, że każdego zarażała uśmiechem, chęcią czynienia dobra, serdecznością i szczerością. Biła z niej jakaś jasność - taka sama, jaka unosi się nad nowo narodzonym człowiekiem i którą zazwyczaj  potrafi dostrzec tylko matka. Zaś jasność kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem, widzieli wszyscy. Błyszczała w jej oczach, tliła się w sercu, ulatniała z wnętrza rozpościerając wokół łunę nieziemskiego światła. I to światło dawało innym siłę, zarażało swoją jasnością. Do ostatka, do śmierci nie zatraciła zdolności zadziwiania się każdym nowym dniem i wydarzeniem, które niosło życie. Wszystko - dobre i złe - przyjmowała w sposób naturalny: złe bez skargi, dobre bez pychy. Kłaniała się kwiatkom i rozmawiała z motylami. Głośno ubolewała nad żmudnym życiem pszczół, ale też i nadziwić się nie mogła skąd one wiedzą, jak trzeba pracować - co, kiedy i gdzie robić - bo ona takich umiejętności nie miała. Każdego ranka wybiegała witać się ze słońcem, a kiedy chmury pękły i padał deszcz tańczyła przed swym maleńkim domkiem taniec radości, rozchlapując wodę z kałuż, lub stojąc pod rynną jak pod wodospadem, śmiała się tak, że i huk burzy nie przyćmił jej głosu i słychać ją było w najdalszej dali. Zimą pod oknem zawsze lepiła bałwana.
Nigdy wcześniej ani później maleńka wieś położona głęboko w górach nie miała takiego mieszkańca. Pochowano ją w małej trumience i usypano kopczyk nie większy niż na dziecięcym grobie.

wtorek, 19 lutego 2013

Sprawiedliwa - z cyklu: Kobiety

Kapliczka z Niepokalaną na frontonie domu sprawiedliwej kobiety.


W mały galicyjskim miasteczku w domu przy ulicy skłaniającej się niezbyt stromym spadem ku dolinie rzeki i ku torom kolejowym mieszkała kobieta, o której wszyscy mówili sprawiedliwa. To ten dom, w którym ręka budowniczego zrobiła wnękę, wykusz, akurat takich rozmiarów, by umieścić w nim maleńką figurę Niepokalanej i zamknąć szklaną szybą w kutej małej oprawie. Trudno nie zauważyć tej domowej kapliczki, gdyż znajduje się na wysokości oczu przechodnia, a że chodnik jest tylko po tej stronie drogi, która w miejscu, gdzie dom stoi, ucieka już za miasto, więc każdy udający się do miasta z pobliskiego osiedla, musi tamtędy przechodzić. Dom nie jest samotny i nigdy do samotnych nie należał, w przeciwieństwie do kobiety, która w nim mieszkała. Budynek stoi w szeregu równie starych i smutnych domów jak on sam.
Kobiecie urodzonej w domu, którego strzegła Najświętsza Panienka wydawało się, że dom od pokoleń należał do rodziny i w zasadzie nigdy nie rozmawiała z rodzicami na ten temat, gdyż od najwcześniejszych lat słyszała sformułowanie: nasz dom. Rodzice zmarli osierocając swoją jedyną córkę w bardzo młodym wieku. Długo nie mogła dojść do równowagi po śmierci ojca i matki, którzy odeszli w porządku cyklicznym nie dłuższym niż następujące po sobie pory roku. Całymi dniami siedziała osowiała, niezdolna do jakiegokolwiek działania. Wreszcie, z chęci otrząśnięcia się po nieodległych tragediach, z konieczności zbudowania sobie życia według nowego porządku, zabrała się za uprzątnięcie najstarszych szpargałów. Każdy kto ma dom wie, że najstarsze szpargały lądują zawsze na strychu. Zainstalowawszy porządne oświetlenie rozgościła się na poddaszu, z rzadka tylko schodząc na dół do spraw codzienności. Z czasem tak ją to przebywanie na strychu pochłonęło, że pomyślała, by tam urządzić mieszkanie, skoro i tak musi poukładać życie od nowa.
Zdarzyło się, że przygotowując pomieszczenie do remontu odsunęła jakiś stary mebel, wniesiony na strych nie wiedzieć kiedy, który był jak stragan - ze wszystkim, co tylko mógł pomieścić. Obok książek poukładano na nim uszczerbioną porcelanę, dziurawy garnek, sparciałe kalosze, jakąś skrzynkę i wiele, wiele innych rzeczy, które latami przenosi się na strych z nadzieją, że się jeszcze kiedyś przydadzą, a potem już nigdy w życiu się po nie nie wraca. Otóż, kiedy odsunęła ów regał, zobaczyła szczelinę pomiędzy kominem a ścianą. W szczelinie wyraźnie rysował się kształt złożonej na czworo kartki papieru. Musiała użyć wąskiego narzędzia, by wydobyć kartkę. Papier był pożółkły i mocno dotknięty już zębem czasu. Z wielką delikatnością i starannością rozprostowała kartkę, która pokryta była kaligraficznym pismem. Dziś nikt tak już nie pisze - pomyślała. Podeszła pod snop światła, by nasycić nim papier i z każdym odczytywanym słowem zamieniała się w słup soli.

Bardzo się boję. Może ktoś kiedyś znajdzie ten list i dowie się o moim przerażającym lęku. Mam na imię Ryfka. Mam 14 lat i chyba nie ma nadziei bym dożyła więcej. To jakiś koszmar, to co się dzieje na świecie. Rodzice mnie ukrywają. Nie mówią mi wszystkiego, ale i tak wyszłam kiedyś w nocy z mojej kryjówki i usłyszałam, jak mówili, że wywożą wszystkich w jakieś straszne miejsce. Nie wiem dokąd, bo ściszyli głos. Jakie to może być straszne miejsce, skoro straszniejszego od piwnicy i ciasnej i ciemnej skrzyni wmurowanej w ścianę pod dachem na strychu domu, który wybudował mój dziadek już sobie nie wyobrażam? Kiedyś, gdy dzieci takie jak ja - żydowskie dzieci - mogły jeszcze biegać, bawiliśmy się nad rzeką nieopodal torów kolejowych. Zatrzymał się tam pociąg, wiele kilometrów przed stacją. Do lokomotywy podoczepiane były wagony bydlęce i na początku wydawało nam się, że dobiegają z nich odgłosy zwierząt, a już smród na pewno był nieludzki. Potem zobaczyliśmy dłonie ludzi wyciągnięte z okna i ze szpar pomiędzy deskami. Zorientowaliśmy się, że to nie odgłos zwierząt, tylko straszliwy jęk i zawodzenie ludzi, którzy już chyba nie wydawali ludzkich odgłosów ani zapachów... Jestem głodna. Strasznie głodna. Chce mi się pić. Chcę zobaczyć słońce! Całymi dniami siedzę skulona w takiej skrzyni, którą tatuś zabudował w ścianie na poddaszu. Tylko w nocy mogę z niej wyjść i rozprostować nogi. To już trwa tyle tygodni! 
Może ktoś znajdzie ten list... Jeżeli znajdzie, to proszę

 W tym miejscu słowa stały się nieczytelne.

Jak to? - wszystko zaczęło krzyczeć w głowie młodej kobiety. - Od urodzenia słyszała od rodziców: nasz dom. A teraz się okazuje, że nasz dom, nie był naszym domem, tylko domem żydowskiej dziewczynki, z którą nie wiadomo, co się stało?
Wybiegła z domu i tak naprawdę powróciła do niego dopiero, kiedy znalazła odpowiedź na to jedyne, zarazem najprostsze pytanie, jakie zrodziło się w jej głowie: jak to?
Dotarła do prawdziwej historii swojej miejscowości. Nie do tej, w której całe pokolenie przemilczało obecność Żydów w życiu małego galicyjskiego miasteczka. Fakt, że sąsiedzi pomagali ile mogli żydowskiej społeczności podczas tego, co Ryfka nazwała koszmarem, nie usprawiedliwia dziesiątek lat milczenia o tym, co stało się z blisko pięćdziesięcioma procentami ludności miasteczka, zajęcia ich domów, zaniechania odnalezienia zaginionych!
Dlaczego domu, w którym mieszkała z rodzicami, strzegła figura Niepokalanej?
Jedna ze staruszek, które pamiętały jeszcze wojnę, za to gubiły się w teraźniejszości, powiedziała jej, by lepiej tę sprawę zostawić w spokoju, bo straszne to były czasy. Tamtym życia nie wróci, a dni i lata, które nastały po wojnie, nie były wiele lepsze od gehenny wojny i okupacji.
- Miałaś uczciwych rodziców - powiedziała. - Nie szukali poprzednich właścicieli domu, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa wszyscy zginęli w Bełżcu. A i władze zachęcały do tego, by zrobić wszystko, by zadomowić się w tej dzielnicy na stałe. Nawet pozwalały i namawiały na te kapliczki nad drzwiami na froncie budynku. A Ryfka? Ryfka umarła na zakaźną chorobę zanim się pogrom zaczął. Tak mówili jej rodzice... Czekaj, czekaj, moje dziecko. A może tylko tak mówili?

Poczuwszy się spadkobierczynią niedokończonej prośby małej Ryfki, kobieta, o której piszę zyskała miano sprawiedliwej, bo przez szereg lat odgrzebywała historię miejscowości i regionu oraz dzieje ludzi. Nie było łatwo, gdyż niewielu świadków tamtych wydarzeń żyło. Ci którzy żyli pamięć mieli poplątaną, albo bali się mówić. Tyle lat po wojnie bali się mówić? Może nie chcieli, bo mieli coś na sumieniu? Nie osądzała nikogo. Krok za krokiem brnęła do prawdy. Mijały lata. Niektórzy się z niej śmiali, większość ją podziwiała. Cechy swojego charakteru, którymi obdarzyła ją natura, takie jak uczciwość, dociekliwość, sumienność, pracowitość, upór doszlifowała w tym czasie niczym diamenty.
Udało jej się odnaleźć Ryfkę, która przeżyła Holocaust - najpierw w piwnicy swojego domu, potem w skrytce ze skrzyni wmurowanej na strychu pomiędzy kominem a ścianą, następnie w obozie koncentracyjnym. Ryfkę, która nigdy nie zapomniała o marzeniu i prośbie kierowanej przez adresata listu do Boga, by wrócić jeszcze kiedyś do swojego domu. To Ryfka, staruszka, pierwsza powiedziała o tej kobiecie:
- Sprawiedliwa. Jesteś sprawiedliwa. Bądź błogosławiona.

Cienie domów, w których mieszkają cienie tamtych ludzi
w małym galicyjskim miasteczku.



poniedziałek, 18 lutego 2013

Każdy Mały Książę kiedyś odchodzi - z cyklu: Kobiety

W pięknej kamienicy, na rogu dwóch ulic bardzo starego miasta z bogatą historią, mieszkała pewna kobieta. Każdy przybysz mógł ów dom szybko rozpoznać, ponieważ jako jedyny w mieście miał przepiękne wejście usytuowane w narożniku budynku. Zapewne architekt chciał w ten sposób oddać należny hołd dwóm kościołom znajdującym się przy placach przylegających do dwóch prostopadłych ulic, na rogu których zaprojektowano i wybudowano dom.
Kobieta, wzrastając w cieniu wież kościelnych i dźwięków dzwonów oznajmiających wydarzenia codzienne i niecodzienne, a także przez wrodzoną wrażliwość wykazywała się niezwykłym darem rozumienia drugiego człowieka. Nic więc dziwnego, że otaczał ją zawsze tłum prawdziwych i fałszywych przyjaciół. Owo rozumienie drugiego człowieka zasadzało się na intuicji i umiejętności wejrzenia w serce i duszę ludzką. Nie trzeba jej było słów, wystarczyło jedno spojrzenie w oczy odwiedzających ją ludzi i już wiedziała, czego im trzeba. Najczęściej potrzebowali rozmowy. Rozmową umiała tak pokierować, by sama nie musiała w niej brać udziału, zaś by rozmówca mógł pozbyć się balastu trosk, problemów i wszystkich trudnych spraw, które w nim tkwiły, rosły i uniemożliwiały życie.
Nigdy świadomie nie rozdzielała ich na prawdziwych i fałszywych, ponieważ wiedziała, że każdy człowiek potrzebuje, aby go wysłuchać. Sama zaś posiadała mądrość, która kazała jej wiedzieć, że tak naprawdę przyjacielem jest nie ten, który u nas szuka pomocy, a ten, do którego my możemy się udać, kiedy sami potrzebujemy pomocy.
Tak więc piękne narożne drzwi kamienicy u zbiegu ulic starego miasta zawsze stały otworem - tak samo jak jej serce - dla każdego, kto potrzebował pomocy. Tak, każdemu, kto przyszedł, opowiedział o tym, co mu nie pozwala spać spokojnie, wydawało się, że dostał dobrą radę od kobiety. Ona tymczasem, niekiedy tylko wtrącając się w zwierzenia, wiedziała, że balsamem nie są słowa, które z  rzadka wypowiadała, a sama możliwość opowiedzenia i tym samym wyrzucenia z siebie wszystkich problemów w atmosferze zrozumienia. Bo przecież zrozumienie drugiego człowieka było jakimś nadprzyrodzonym darem, który posiadała.
Nikt nie interesował się tym, że kobieta po wysłuchaniu każdej opowieści, przyjmowała jej ciężar do własnego serca i potem miesiące i lata bolała nad dolą odwiedzających ją ludzi, nawet gdy los tamtych uległ już zmianie. Bywało, że złe fatum nie odmieniało się prędko i niektórzy całymi latami oczyszczali  swe serce w domu kobiety w starej i pięknej narożnej kamienicy.
Nie zdarzyło się nigdy, by kobieta do kogokolwiek miała lekceważący stosunek, z czasem jednak nauczyła się rozróżniać, czyje problemy mnożą się za pomocą własnego nieudacznictwa, a kto naprawdę jest ofiarą niesprzyjających okoliczności. Nie kształciła się z psychologii, która w tamtych czasach była raczkującą nauką, a i tak wiedziała, że są pewne typy ludzi, które ściągają do siebie osobników wykorzystujących ich naiwną dobroć. Ci cwani, potrafiący manipulować innymi i naginać rzeczywistość do własnych potrzeb nigdy jej nie odwiedzali. Chyba nawet nie znała takich ludzi.
Z czasem zaczęła odczuwać, że jej dyskretna obecność w bólu znajomych i przyjaciół jest jakąś jej życiową misją.
Zdarzyło się, że jedna z serdecznych koleżanek, z którą łączyło ją wiele od najwcześniejszych lat - zawsze myślała, że to przyjaźń właśnie - po którejś z kolejnych wizyt, która przebiegała nie inaczej, niż pozostałe, powiedziała:
- Nie mogę do ciebie więcej przychodzić, bo zawsze wyciągniesz ode mnie wszystko to, o czym nie mam ochoty z nikim rozmawiać.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Nie pokazała się więcej aż do końca życia, a tego nie wiem, która z nich pierwsza umarła. Wiem, że krótkie przypadkowe spotkania odbywały się jakby za zasłoną szklanej fasady, którą zbudowała tamta.
Z biegiem lat nauczyła się, że wielu w ten sposób odchodzi. Jakby ze wstydem z własnej słabości, która kazała im zwierzać się z tych problemów i bólu, z którym sobie nie radzili w życiu. Bo kiedy problemy znikały, znikali i oni.
Kobieta, o której piszę, zagubiła się z czasem we wszystkich tych sprawach przyjaciół i znajomych, niosąc ich brzemię, jak swoje. Zaczęło jej to ciążyć i chętnie pozbyłaby się choć czubka góry tych ludzkich tarapatów, którą usypali wszyscy w jej sercu. Zorientowała się, że raczej nie może liczyć na to, że przez kogokolwiek zostanie wysłuchana, więc nawet nie usiłowała mówić a przecież na tamte tematy i tak mówić nie mogła. Aż któregoś roku poznała chłopca, który przypominał Małego Księcia. Jak Mały Książę dzielił się z nią swoją czystą i intuicyjną otwartością na świat i ludzi, ale i sam wymagał ogromnego zrozumienia i nauczenia i świata, i ludzi. Dłużej niż na kartach powieści przebywali ze sobą. Zdaje się, że chłopiec zdążył stać się mężczyzną. Bardzo dobrze poznała, co znaczy oswojenie, o którym lis opowiadał chłopcu z innej planety. I choć wiedziała, że "decyzja oswojenia niesie ze sobą ryzyko łez", brnęła głębiej i głębiej w to ryzyko. Potrafił tak pięknie opowiadać o swoim świecie, o gwiazdach i róży oraz tak dojrzale i z wielkim rozeznaniem o tym, czego doświadczył. Jednak pomimo tego, że tyle wiedział o przyjaźni, miłość była dla niego całkiem obca i niezrozumiała, choć sam sądził, że jest inaczej. Kobieta sama już nie wiedziała kto komu jest bardziej potrzebny - ona jemu, czy on jej. Zdała się więc na to, czego nie doświadczyła tak naprawdę i do końca nigdy w życiu - na przyjaźń, która była owocem wspólnych rozmów, radości, smutków, poznawania i dzielenia siebie. Bolała nad losem chłopca, który spadł z jednej z planet i wsłuchiwała się w jego niejednokrotnie bezsłowną opowieść. Nie skarżył się. Ona cały jego ból i nieszczęście widziała i odczuwała własnym sercem. Myślała, że on też czuje wszystko, co w niej tkwi. Chyba do końca, aż do momentu, w którym zasnął, nie wiedziała czy tak jest, czy może jest inaczej. W końcu po raz pierwszy czuła się oswojona i to było najważniejsze.

Rozstał się z nią dokładnie tak jak Mały Książę odszedł z kart książki.
Powiedział jej, że musi odejść.

- Teraz idź sobie. (...) 
- Tej nocy... wiesz... nie przychodź.


Niestety nie powiedział wcześniej jak prawdziwy Mały Książę:

- Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.
I zaśmiał się znowu.
- A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze moim przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu, do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: "Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu." Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel. 

Dlatego nie wiedziała, co było prawdziwą przyczyną jego odejścia. Czy chęć powrotu do róży, czy może to, że stał się znudzony odpowiedzialnością za to, co oswoił - za nią. Nigdy też jej przyjaciele nie widzieli, by otwierała okno i śmiała się patrząc na gwiazdy. Ponieważ nie wiedziała, czy wystarczy słowo przepraszam, więc i dla niej wszystkie gwiazdy stały się studniami z zardzewiałym blokiem. Wszystkie gwiazdy dały jej pić. I tylko odwrotnie niż napisał Antoine de Saint-Exupery, choć robiła wrażenie żywej, to nie była prawda.
Tu mogła stać kamienica, w której mieszkała tamta kobieta.
Teraz nie ma już jednak ani kobiety, ani kamienicy,
więc to nie jest takie ważne.





SDM "List do Małego Księcia".

sobota, 16 lutego 2013

Trudna droga

Znów zdobywaliśmy Lackową i Babią Górę, Radziejową i Howerlę. Jeszcze echem odbijają się wspomnienia ubiegłorocznych wypraw, a my już planujemy nowe. Cichcem uknuliśmy plan, by każdy sezon już teraz zaczynać od wyjścia wczesną wiosną na Lackową. Ktoś się nawet zagalopował mówiąc, że Lackowa będzie naszym testerem: dopóki będziemy w stanie wyjść na tę górę, wyjdziemy na każdą.
Kiedy wygrywam w górach z własnymi słabościami, zmieniam punk widzenia. Po zejściu z gór, nawet tych niewielkich, wszystko co mnie spotyka maleje do rangi nic nie znaczących problemów i błahostek. Im dłużej chodzę po płaskim terenie, tym bardziej wszystko co przynosi teraźniejszość wyolbrzymia się znowu i rośnie. Również sposób postrzegania drugiego człowieka staje się inny po tym, kiedy dane mi było patrzeć na świat z góry. Im bardziej muszę pokonać siebie, tym bardziej jestem w stanie otworzyć się na drugiego człowieka.
Choć idąc szlakiem muszę twardo stąpać po ziemi, to jednak myśli uciekają wyżej jeszcze niż najwyższe szczyty. Bujają w obłokach ale i sięgają gwiazd. Choć pochylam się nad swoją i innych słabością i niedoskonałością, lękiem i zniechęceniem, to jednak króluje we mnie odwaga i hardość charakteru.

Ukształtowana w dużej mierze przez halny, przez strugi deszczu, kopny śnieg, upalne słońce, kolejne lata i zimy, wyznaczane na nowo szlaki pokonywania słabości często kieruję się mylnym wrażeniem, że wszyscy tak mają. Zbyt często, chodząc po niskim terenie, poruszając się wśród ludzi nawykłych do życia w dolinach, traktuję ich, jakby dopiero co zeszli z gór i wiedzieli, że każde wypowiedziane tam, wysoko słowo ma swoje konkretne znaczenie, że każdy gest wykonany ze wskazaniem na drugiego człowieka jest gestem, który może uratować życie, a brak jakiejkolwiek reakcji może życia pozbawić. Że każdy krok może być krokiem w przepaść.
Więc wciąż tylko mijam się z drugim człowiekiem, bo mało kto wie, jak tam jest. W tym świecie zbudowanym z moich odczuć.


czwartek, 14 lutego 2013

Picie herbaty po chińsku

Pomysłów na spotkania mamy wiele i na szczęście życie wciąż podsuwa nam nowe. Jedno z CISOWSKICH dzieci studiuje w Chinach i właśnie przyjechało na przerwę międzysemestralną zaopatrzone w duże ilości herbaty. Rodzice, z których co najmniej jedno jest CISOWCEM, ale ponieważ wszyscy jesteśmy małżeństwami z około srebrno godowym stażem, więc dzisiaj trudno przypomnieć sobie kto CISOWIEC, kto współmałżonek, zaprosili więc wszystkich na picie herbaty po chińsku. Kiedy Misiek wybrał się po herbatę do sklepu starego Chińczyka, spędził tam kilka godzin. Już można wyobrazić sobie ile, wiedząc, że w Chinach nie można po prostu wejść do sklepu i kupić herbatę ze wskazaniem palcem na tę, tę i tę, z ewentualnym wsadzeniem nosa do puszki i zaakceptowaniem zakupu za pomocą zmysłu powonienia.
W Chinach sprzedawca - wiem od Terzaniego, że Chińczycy wyspecjalizowali się w byciu właścicielami małych sklepików u siebie, w całej Azji, Europie i Ameryce - sadza kupującego wygodnie i rozpoczyna ceremoniał parzenia herbaty. Taką zieloną herbatę np. pije się dopiero z trzeciego, lub nawet czwartego naparu. Woda, którą zalewa się herbaciane liście nie może być wrząca, najlepiej by miała temperaturę w granicach 70-80 st. C, po kilkuminutowym parzeniu należy wylać każdy napar na mosiężną figurkę Buddy w celach znanych tylko chińskim sprzedawcom herbaty. Niesamowita duchowość wszystkich ludów i narodowości Azji każe im zapewne wierzyć w coś, co po takich zabiegach zapewni naparowi odpowiedni smak a przede wszystkim właściwości. W naszym domu stoi figurka Buddy, jako pamiątka po Moim Bracie, ale nam przecież takiej wiary nie staje, więc nie było potrzeby w ten sposób przygotowywać herbatę. Poszliśmy na spotkanie, Buddę pozostawiając na swoim miejscu.
Misiek przywiózł wiele gatunków herbat zielonych, czarnych, owocowych i innych. Tym bardziej można sobie wyobrazić ile godzin spędził w sklepie u starego Chińczyka, gdyż każdy gatunek herbaty, którą chciał kupić, musiał spróbować. A co, jak z którejś zrezygnował...?
Herbaty przywiezione przez Miśka miały niebywały kolor, aromat i smak. Taka np. zwykła herbata zielona, bez żadnych dodatków aromatycznych w postaci kwiatów jaśminu itp. miała kolor, jak mocna czarna herbata z dużą ilością wyciśniętej cytryny. A cierpka była tak bardzo, że skóra w ustach ścierpła i spierzchła jak palce po długotrwałej kąpieli. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem sięgnął po cukiernicę, co spowodowało głośny protest ze strony Miśka, że przecież nie słodzi się herbaty, a już zielonej w szczególności. Nastąpiła konsternacja za strony dorosłego mężczyzny, po czym nasypał, nie powiem ile łyżeczek cukru, do filiżanki.
My - "dziewczyny" - nie mamy z tym problemów, bo każda z jakiegoś powodu nie słodzi (mając około srebrno godowe staże małżeńskie ileż to lat musimy mieć w ogóle i różnych powodów, by nie używać cukru...).
Zaś jedna z owocowych herbat miała taką właściwość, że im więcej naparów się z niej robiło, każdy kolejny był bardziej cierpki i miał głębszy aromat i kolor.

No! Całkiem ładny zwyczaj nam się stworzył. Kto by pomyślał 30 lat temu, kiedy w dobie największego kryzysu gospodarczego jeździliśmy na kilkudniowe harcerskie biwaki w góry z jednym serkiem topionym i słoikiem dżemu, albo smażonego w domu smalcu ze skwarkami, że teraz będziemy za każdym razem zasiadać do suto zastawionego stołu (wszak dodatki do herbaty się znalazły).
Że w ogóle będziemy. Razem.
:)


środa, 13 lutego 2013

Cały świat jak Ułan Bator

Ułan Bator

To, że nie trafiłam jeszcze u Terzaniego na opis podróży do Mongolii nie znaczy, że czytając go nie można mieć bardziej niż bladego pojęcia o tym, jak wygląda życie w tym kraju, którego terytorium zdaje się być wykrojone z powierzchni Chin niczym kawałek ciasta wykrojony niewprawną ręką niecierpliwego zjadacza niewystudzonych placków. Na kartach swoich ostatnich powieści (pisanych w latach 90. XX w. i na początku XXI w.) ubolewa on bardzo nad zmianami jakie zachodzą w całej Azji, na ślepym naśladownictwie Zachodu i zatracaniu własnego bogactwa duchowego, kulturowego i wszelkich pozostałych bogactw różnych dziedzin życia.
Wczorajsze zdjęcia oraz poniższe, choć pochodzą z Mongolii, a nie z krajów opisywanych przez Terzaniego, w sposób szczegółowy obrazują, jak bardzo świat Zachodni jest nienaturalnym środowiskiem dla ludzi tego kontynentu. Autor, w którego życie wgłębiam się w odwrotnym kierunku, czyli od ostatniej książki do tych wcześniejszych, ubolewa nad globalizacją i "sprzedaniem" sposobu na życie ludom i narodom azjatyckim przez konsumpcyjne społeczeństwa zachodniego świata.
W książce "Powiedział mi wróżbita" zauważa ustami jednego z bohaterów, że: "Miasta na całym świecie niszczeją, gdyż nie służą już do mieszkania; zaludniają je ludzie tymczasowi, którzy przybyli tylko po to, aby zarobić pieniądze".
Zapewne nie rozmyślałam o tym, gdy robiłyśmy obiad wspólnie z Małą Dużą Córeczką, by nakarmić małe głodomory, ale robienie obiadów i wykonywanie innych czynności domowych sprzyja takim rozmyślaniom. Ugotowałam już tyle obiadów od czasu naszej podróży do Ułan Bator a w ostatnich miesiącach przeczytałam kilka książek T. Terzaniego, więc był czas wyciągnąć wnioski. Zapewne wszystko zaczęło się od "Mostu na Drinie" Ivo Andriča i jego genialnej historii zmieniających się ludzi na tle jednego miejsca na świecie oglądanego na przestrzeni wieków. Potem autentyczna podróż na Ukrainę w dawne Województwo Małopolskie Wschodnie, podróż po Galicji Martina Pollacka i wiele innych pozycji książkowych tego i innych autorów.
Jakaś niemiło łaskocząca świadomość, że każdego dnia mojego życia idzie nowe, niosąc nieodwracalne zmiany. Uczestnictwo w rozmowach urzędowych i społecznych nad chęcią zmiany przez samych mieszkańców skrawka świata z tego spokojnego, cichego, schowanego w górach, w Mekkę pielgrzymów-turystów robiących gwar, hałas, mających więcej żądań w ciągu dnia niż jeden człowiek może mieć potrzeb przez całe życie.
Czasami mam wrażenie, że brak mi tchu, że tonę w tym świecie. Albo, że z niewiadomej przyczyny znalazłam się bez pamięci i umiejętności powrotu i przypomnienia sobie wszystkiego w obcym miejscu z dala od domu. Mam tylko odczucie straszliwego zagubienia i niemożliwą do zniesienia chęć powrotu. Wołam, błagam, niemal krzyczę: zabierz mnie stąd! Tylko nie wiem kto jest adresatem tych próśb. Pragnę, bym mogła położyć się na dywanie jak Mniejszy Brat i z krzykiem wypłakać mój lęk i ból z powodu tego wielkiego zagubienia. Dokładnie tak samo, jak robi to maluch, kiedy czuje się bezsilny wobec spotykającego go losu w swoim niespełna trzyletnim życiu.




Ułan Bator (zrzut ekranu)

wtorek, 12 lutego 2013

Ułan Bator

Nie tak dawno temu wybrałyśmy się z Małą Dużą Córeczką do stolicy Mongolii. Córeczka już tam bywała, teraz wzięła mnie, aby pokazać mi osobliwości tego miasta.
Kiedy się podróżuje z autorem takim jak Tiziano Terzani po całej Azji i czyta się o jej duchowości, trudno oprzeć się chęci zajrzenia tu i tam. Przeleciałyśmy z prędkością kilkunastu megabajtów z dowolnego miejsca na Ziemi i prędko znalazłyśmy się w miejscu, do którego chciałyśmy trafić. Mała Duża Córeczka po pobieżnym przedstawieniu mi centrum miasta czym prędzej pognała w dzielnice nie aż tak bardzo peryferyjne, bo znajdujące się tuż przy centrum administracyjnym. Jednak ich architektura zmusza nas, ludzi Zachodu, do wskazania przymiotnika "peryferyjny", jako najlepszego do opisania stanu ulic i zabudowy. Bo tuż za centrum, nieopodal dzielnicy z blokami mieszkalnymi, znajdują się dzielnice, zwane Khoroo, mówiąc w języku zachodnim - działek jednorodzinnych. Khoroo oznaczone są numerycznie, bez żadnej fantazji z nazwami, które miałyby kojarzyć się z jakimiś wydarzeniami historycznymi itp. Na większości działek oddzielonych od siebie parkanami znajdują się domy. Jednak nie na każdej. Za to na każdej znajduje się przynajmniej jedna jurta, czyli namiot ludów koczowniczych. Na działkach, na których nie ma domów, znajduje się kilka jurt. Nie dość, że teren ukształtowany jest tak jakby krajobraz sam z siebie tworzył owe jurty z górzystych kopców, to jeszcze na tle tych naturalnych, stoją białe, płócienne.
O ile w centrum miasta rosną nieliczne drzewa, są nawet skwery, to prywatne posesje pozbawione są wszelkiej zieleni. Jakieś chaszcze gdzieniegdzie. Dziwne miasto.

Niestety jak szybko przybyłyśmy do Ułan Bator, tak szybko musiałyśmy się stamtąd ewakuować, gdyż skończyła się bajka, wszystkie dzieci zrobiły się strasznie głodne i musiałyśmy się zająć obiadem. Trzeba by się tam kiedyś zakotwiczyć na dłużej. Trzeba też znaleźć kogoś kto jednak był w samej Mongolii, a nie jak Terzani, obok...



Jak widać na pierwszym ze zdjęć, wszystkie pochodzą z Google Earth i są zrzutami z ekranu.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Klimat umiarkowany

Tak sobie pomyślałam dzisiaj, brnąc pomiędzy zaspami, że jesteśmy jednak wielkimi szczęściarzami, że przyszło nam żyć w takim klimacie. Mam wielu świadków na to, że nie przepadam za zimą, ale nie wyobrażam sobie życia bez niej. Zwłaszcza, kiedy w miastach postawi barykady z zasp. Zawsze można się odgrodzić taką śnieżną barykadą od głupoty. Przekroczenie zasp usypanych na skrajach chodników i ulic jest w wielu miejscach niemożliwe. Można poruszać się wąską dróżką wydeptaną na szerokość jednego idącego człowieka, albo nieco szerszym traktem utworzonym przez mały spychacz. 
Dzisiaj słyszałam, jak pewna kobieta rozmawiając w autobusie komunikacji miejskiej dość głośno prze telefon, dawała swojej rozmówczyni rady, by po każdej rozmowie spisywała sobie ilość wykorzystanych minut, bo w abonamencie ma ich sporo, a przecież szkoda "im oddawać". Do tej pory zastanawiam się czy to przejaw głupoty, czy chytrości i pewnie nie znajdę jednoznacznej odpowiedzi, bo im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej szala zaczyna się huśtać jak jakaś huśtawka. Potem spotkałam się z jeszcze inną i, mniemam, że jeszcze większą głupotą. Z taką z kategorii powiedzenia doktora Sztrosmajera ze "Szpitala na peryferiach", że "gdyby głupota umiała latać, unosiłaby się pani jak gołębica". Dawniej mnie takie spotkania przyprawiały o wrzenie krwi, ale nawet nie wiem kiedy polubiłam je. W tym sensie, że podczas tego rodzaju spotkań mogę ćwiczyć swoją cierpliwość. A ćwiczenie cierpliwości z dawna zadałam sobie i to bardziej obowiązkowo i sumiennie, niż ćwiczenia grafiki komputerowej. 
Dzisiejszy dzień przyniósł z samego rana odpowiedź, z poszukiwania której i tak dobrowolnie przed kilkoma dniami zrezygnowałam, kto zgłosił mnie do konkursu im. księdza profesora o tytuł "Sądeckiego autora". Poszukiwałam "winnego" wśród znajomych i w życiu bym nie typowała na taką możliwość (dlatego np. nie gram w totka). Pani, która do mnie telefonowała w tej sprawie, gdy jej to powiedziałam, a powiedziałam dosłownie tak samo jak napisałam powyżej, nie wiedziała czy żartuję, czy mówię poważnie, zapytała więc z lękiem czy nie mam "im" tego za złe i na koniec życzyła mi powodzenia w wyborze mnie do tytułu tego autora. 
To w zasadzie skoro tak mi się dzień zaczął, chyba byłam skazana na taki, a nie inny dalszy jego przebieg? 
Dobrze, że choć ten śnieg taki biały i tak go dużo. Rzadko w mieście jest tyle zimy. Zwykle ucieka za rogatki, na pola i łąki oraz do lasu. Tymczasem tak pięknie miasto spowiła.
A gołębie? Wędrowałam dzisiaj sporo ulicami. Nie widziałam żadnego gołębia... No tak. Głupota nie lata. 

niedziela, 10 lutego 2013

Czuwanie przy chorym

Chorzy ludzie, nie dość, że odgrodzeni są od zdrowych murem niezrozumienia, to w dodatku przebywają w niezmierzonej samotności swojego cierpienia. Bo najwrażliwszy i najbardziej oddany opiekun, czy najmocniej nawet miłujący bliski nie jest w stanie przedrzeć się do świata myśli i uczuć, a przede wszystkim bólu osoby chorej. Mówili mi o tym moi bliscy - chorzy, którzy przemierzali drogę usłaną cierpieniem w samotności, wśród tylu kochających ich osób. Pomimo tej bariery, pomimo wszystko, każdy zdrowy powinien być najbliżej jak to tylko możliwe, osoby chorej. Trzeba się wdzierać do jego świata oddzielonego od świata ludzi zdrowych przesłoną bólu i być. Po prostu być. Niejednokrotnie trwać w milczeniu, bo przecież bywa tak, że żadne słowo nie pomoże przetrwać tak jednej jak i drugiej stronie. Nie dławić się od hamowanego płaczu, a tryskać radością z powodu każdego ułamka czasu, który jeszcze jest, pomimo tego, że czasem modlitwy obu stron kierują się w stronę tego, aby czas dobiegł końca. Nikt nie jest w stanie zdjąć cierpienia z osoby chorej, ale każdy może być milczącym towarzyszem bez udawania, że rozumie, współodczuwa, boleje. Bo tak naprawdę odczuwa własny ból spowodowany niemocą i wie, że nic nie wie i niczego nie rozumie w obliczu ciężkiej choroby, która bardziej niż cokolwiek innego na świecie potrafi tworzyć nieprzebyte granice pomiędzy ludźmi.
Jeśli istnieje cień szansy na wyzdrowienie, czy na poprawę losu chorego - a przecież zawsze istnieje, ale można go dojrzeć dopiero wtedy, gdy ból i szok spowodowany wiadomością o chorobie pozwoli otoczeniu widzieć - w opiekujących się chorym wyzwala się chęć działania na skalę, jakiej dotychczas sobie nie wyobrażali. Ileż to pięknych inicjatyw powstaje za sprawą konieczności poprawy losu ludzi chorych, ile dobra się wtedy w ludziach wyzwala, tak jakbyśmy potrzebowali tak tragicznych bodźców do tego, by być ludźmi z wielkim i dobrym sercem.
Pomimo tego, że zaczynamy góry przenosić i dokonywać rzeczy niemożliwych, chorzy - nasi podopieczni - coraz bardziej pogrążają się w swoim osamotnionym świecie choroby, cierpienia i bólu. Paradoksalnie, im bardziej my wypływamy z naszą inicjatywą na głębię naszego działania, tym bardziej oni toną w oceanie samotności.
I często jest tak, że wszystkie te podejmowane inicjatywy bardziej służą dla sprawy spokoju naszego sumienia, byśmy mogli sobie i światu powiedzieć "zrobiłem/łam wszystko, co było w mojej mocy...", niż choremu. Dlatego, nie rezygnując z nadziei na cud i wyzdrowienie, trzeba umieć rozeznać, czy przypadkiem nasza milczącą obecność i każdy najdrobniejszy gest przy łóżku chorego nie są cenniejsze, niż zbiórka ogromnych sum pieniędzy.

Za progiem snu

Między snem a jawą - grafika 


Czasem, może już za progiem snu, a może jeszcze nie, nasze myśli układają się tak, jak nigdy nie potrafią na jawie. Wszystko, co w życiu skomplikowane znajduje proste i oczywiste rozwiązanie. Jest na wyciągnięcie ręki i zdaje się, że zawsze tam było, a tylko nasze racjonalne myślenie zaślepia nas do stanu odrętwienia. Wybiegamy ponad nasze codzienne sprawy i często zdarza się, jakby to, co w nas tkwi za dnia, było jakimś balastem przytroczonym do naszych myśli po to tylko, by nas odciągnąć od tego, co najważniejsze, a co jawi się pomiędzy snem a jawą. W tym dziwnym stanie nie jesteśmy tymi i nie znaczymy tego, kim jesteśmy i co znaczymy biegając od troski do troski i od radości do radości w życiu na jawie. Jesteśmy wyzwoleni. Z ciała i myśli zwyczajnych.
Lubię zaznawać takiego stanu. Im bardziej lubię, tym bardziej chciałabym go przywołać. Zjawia się duchem i unosi mnie ponad pragnienia i zniechęcenia. Odrywa od wszystkiego, co powoduje, że mówię o sobie: jestem. Tam nie ma czasu ani przestrzeni. Jest nieskończoność, która bez zasadniczej przyczyny zamienia się z jasności w ciemność lub z ciemności w jasność, a powrót do tego co było, jest równie łatwy jak wybiegnięcie do tego, co ma być. Mogę więc kreować i modelować stan tego bytu w niebycie, przy czym wyzbywam się zwykłej dla życia na jawie zachłanności na to, czego zwykle oczekuję od losu.

Kiedy rano budzę się ze snu mam wrażenie, że brnę przez gęstą, nieprzeźroczystą mgłę, oczy zasnuło mi bielmo niewidzenia, słuch stracił ostrość, wręcz stępiał całkowicie, ciało zrobiło się niemożliwie ociężałe, a myśli... a myśli jakby ktoś zamknął w klatce bez dostępu światła i powietrza.

sobota, 9 lutego 2013

Dom pełen krasnoludków

Kiedyś całe moje życie zamknięte było w czterech ścianach domu. Najbardziej w kuchni. Nie. Właściwie to nie tak było, bo zanim zamknęło się w domu, wszędzie mnie było pełno. Sąsiadki z rodzinnego domu, rówieśnice moich rodziców, widząc mnie w latach późniejszych pochyloną nad rodziną i jej sprawami, kręciły głowami z niedowierzaniem, powtarzając w kółko, że nastąpiła we mnie niewyobrażalna przemiana. Może za sprawą fryzury? Bo do ślubu zrobiłam trwałą ondulację.
Więc kiedy wróciłam do prostych włosów, to z czasem zatęskniłam do życia sprzed trwałej. Tamte lata zaowocowały tym, że stałam się mistrzynią kuchni. Ot taką, nie na miarę własnych programów telewizyjnych i medialnego show wulgaryzmu i chamstwa, ale akurat taką, by na zapach duszonej golonki ściągnęły się do nas "wszystkie chłopy" z miasta. Ktoś mógłby powiedzieć, że "realizowałam się" w kuchni. Nawet usłyszałam takie stwierdzenie, ale że padło z ust mężczyzny, od razu uznałam je za szowinistyczne i postanowiłam coś zrobić z tym "realizowaniem się". Potem się okazało, że owo stwierdzenie tamtego mężczyzny nie wynikało z szowinizmu a z prawdziwej potrzeby domowych posiłków i ciepła, ale już było za późno, bo właśnie wyprostowały mi się włosy po ostatniej trwałej i zaczęłam "realizować się" na innych polach. 
Dziś uważam, że wszelkie zabiegi kulinarne o szerszym zasięgu niż codzienność rodziny, która choć się rozrosła, to jednak się skurczyła, ściągają mnie na ziemię i nie pozwalają na rozwinięcie skrzydeł. Inaczej mówiąc - odmóżdżają. Właśnie dziś miałam taki odmóżdżający dzień, bo przecież w mijającym tygodniu było świętej od anioła, trzech jabłek i róż, więc do jutrzejszej kawy trzeba podać golonkę, a do golonki placki, a do placków pewnie sałatki. Koniecznie musiałam też utopić smalcu ze skwarkami i cebulą, bo z poprzedniego wytopu skończył się dziś na moich kromkach, a i pośród gości są tacy, którym tylko tym specjałem można dogodzić. Wykonałam szybki telefon do koleżanki, z której nazwiskiem przepis na placek widnieje w moim kapowniku, a że placek piekłam raz w życiu, zadałam krótkie pytanie: biszkopt ma być na samym spodzie, czy na samej górze? 
- W środku - usłyszałam od mojej imienniczki, której zapewne święta ze wszystkich swoich atrybutów, lilię podarowała. 
No i całe szczęście, że przed wieczorem zadzwoniła Mała Duża Córeczka i udostępniła Maleńką Wnuczkę z jej opowieścią na dzisiaj o krasnoludku, na którego ktoś (ktoś za każdym razem znaczy kogoś innego, ale też za każdym razem słowo to wypowiadane jest z wielką atencją) rzucił czar i ten zamienił się w chrabąszcza. Krasnoludek już po przemianie miał taką ilość przygód, że sam Andersen by się zawstydził z braku wyobraźni i pomysłów. Na koniec Maleńka Wnuczka się zagalopowała, bo stwierdziła, że mama krasnoludka, o imieniu, którego nie pomnę, tak się wystraszyła tego chrabąszcza, że wyrzuciła go. 
Mała Duża Córeczka czuwała nad opowieścią swojej pierworodnej, bo zaraz wyciągnęła morał i nauczyła empatii. 
Na szczęście Maleńka Wnuczka nie zmienia się tak gwałtownie, nadal twierdząc, że lekarstwa kupuje się  w iptopece i łantem się jedzie na zakupy. 
Dobrze, że choć przez internet zasiała krasnoludki, to będą dobre placki ;). 

czwartek, 7 lutego 2013

848 stron w dobrym gatunku

Po dwóch latach uznaliśmy, że możemy już przystąpić do pańskich szesnastu wersetów z czwartego rozdziału Genesis. Moi starzy panowie też uważali, że tamte słowa są bardzo doniosłe: "będziesz", czy "masz". A oto skarb, do którego się dokopaliśmy: "Możesz". "możesz panować nad grzechem". (...)
- Niewiarygodna historia. - Samuel pokręcił głową. - Starałem się ją śledzić, ale może coś mi się wymknęło. Dlaczego to słowo jest takie ważne?
Ręka Li drżała, kiedy napełniał delikatnie czareczki. Wychylił swoją jednym haustem.
- Czyż pan nie rozumie?! - zawołał. - Amerykańskie tłumaczenie nakazuje ludziom triumfować nad grzechem, a grzech można nazwać niewiedzą. Przekład Króla Jakuba daje obietnicę w słowie "będziesz", co znaczy, że ludzie z całą pewnością nad grzechem zatriumfują. Natomiast słowo hebrajskie, wyraz timszel  - "możesz" - daje prawo wyboru. Kto wie, czy to nie najważniejsze słowo na świecie. Mówi ono, że droga jest otwarta. Przenosi odpowiedzialność na człowieka. Bo jeśli "możesz", to znaczy, że również "możesz nie". Rozumie pan?

Taką rozmowę trzej bohaterowie  powieści Steinbecka "Na Wschód od Edenu" przeprowadzają na 429 stronie. Wszystko, co było wcześniej, naprowadza czytelnika na to słowo. Wszystko, co dzieje się później, pozwala mu zrozumieć co dokładnie znaczy timszel.
Niemal geometryczny układ i mistrzowskie rozegranie akcji powoduje, że książka powinna być klasykiem powieści obyczajowej. Czytając ma się wrażenie, że autor wprowadził nas do opisanego przez siebie świata pełnego zdarzeń i ludzi, miejsc oraz historii, a wszystko składa się na coś w rodzaju (nie boję się tego słowa) epopei "Ameryki". I w zasadzie nigdzie w opisującej kilkudziesięcioletnie dzieje ludzi i kraju powieści czytelnik nie musi się nad niczym zastanawiać. Jak na widelcu ma podane, co jest złem, a co dobrem, która postać jest pozytywna, która negatywna. Porusza się po świecie stworzonym przez Steinbecka i brnie w czasie ku przyszłości, niczym we własnym życiu napotykając na ludzi i ich szlachetne czyny i karykatury ludzkie z podłością wymalowaną w każdym odruchu. W żadnym miejscu powieści autor nie bawi się w psychologa i nie próbuje podjąć analizy takich, czy innych zachowań bohaterów. On ich po prostu opisuje, tak samo jak opisuje świat, który czytelnik zastaje, niczym pierwszy człowiek zastał raj na ziemi. W żadnym też innym miejscu powieści czytelnik nie natknie się na głębokie rozważania podobne tym na stronie 429. , na której toczy się rozmowa. Jeżeli są, to sprytnie wplecione w opisywanie świata, wydarzeń, ludzi i ich zachowań i czynów. Nie, no są. Są, bo przecież niejednokrotnie spisywałam "złote myśli" zapisując wiele karteczek. No proszę, jak sprytnie ukryte pomiędzy zwykłymi słowami opisującymi codzienność bohaterów.
Dla mnie najbardziej niezwykłym i fascynującym aspektem tego dzieła, za które John Steinbeck dostał nagrodę Nobla w 1962 roku jest fakt stworzenia tak wielkiej, bogatej w wątki, bohaterów i wydarzenia fabuły dla wyjaśnienia tego jednego słowa, które w oryginale brzmi timszol. Bo nikt nie może mieć wątpliwości, że w całej powieści tylko o to mu chodziło.
Księga Rodzaju rozdz. 4, werset 7.
 "Halo im-tejtiw se'et wejim lo tejtiw lapetach chatat rowets we'elecha teszukato we'atah timszol-bo".
Biblia Tysiąclecia tłumaczy ten werset:
„(…) jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować”. *


Możesz. Możesz panować. W konsekwencji: Możesz nie... - Mam wybór. Wolną wolę. Do mnie należy decyzja, co zrobię. Uczy się nas tego od początku, mówi się nam o tym; będąc małymi dziećmi klepiemy niezrozumiałe akty i prawdy wiary i dorastamy z tą wiedzą, jednak w tym kontekście wygląda to zupełnie inaczej. Wygląda i znaczy tyle, co kwintesencja wolnej woli z... równoczesnym ograniczeniem wolności poprzez raz podjętą decyzję. Jak w tej opowieści starego mędrca hinduskiego o tym, by stanąć na jednej nodze. Jakże to inaczej brzmi od słów "masz", "będziesz".
Na ośmiuset czterdziestu ośmiu stronach genialnie skonstruowanej powieści, napisanej prostym i zrozumiałym, acz pięknym językiem, znalazłam to, co powinno być elementarnym pojęciem i wiedzą człowieka wierzącego, a jednak, z uwagi na to jedno krótkie słowo nie było tak elementarne i zrozumiałe.
Dopiero na koniec największa niespodzianka dla czytelnika. Zamykające powieść słowo Timszel! okraszone krótkim zdaniem: Oczy mu się zamknęły i zasnął. - dopiero wtedy pozwala czytelnikowi rozpocząć niekończące się rozmyślania nad możliwościami tego, co może.


* Za stroną internetową THE 614TH COMMANDMENT SOCIETY.


środa, 6 lutego 2013

Druga strona medalu

Przepisy ministerialne wyraźnie instruują jak należy zorganizować wypoczynek dzieci i młodzieży, kto może być organizatorem, jakie wymagania musi spełniać kadra kierownicza i wychowawcza oraz obiekt. Dodatkowo obiekty są kwalifikowane i bez "klepniętej" pieczątki (obecnie przez Straż Pożarną) obiekt nie może być dopuszczony. Jest cały szereg instytucji kontrolnych mających uprawnienia do skontrolowania placówki i formy wypoczynku, z nałożeniem mandatów dla odpowiednich pracowników włącznie, nawet jeżeli ci pracują na umowę wolontariacką.
Zgłoszenie wypoczynku do kuratorium, a każda oficjalnie organizowana forma wypoczynku musi być zgłoszona, to niekończące się ceregiele i prawdziwy majstersztyk biurokracji mnożącej stosy papierów, papierków, pozwoleń, zezwoleń, uprawnień, dokumentów itd. itp. złożonych w formie elektronicznej (mailowo i na CD) oraz papierowej. Każdorazowo zakładane jest subkonto bankowe i takie tam. Kierownik wypoczynku i wychowawcy podpisują niezliczone ilości oświadczeń i zobowiązań, a także deklarują się do odpowiedzialności a to za życie i zdrowie dzieci, a to finansowej i znów itd. itp.
Nie wnikając głęboko w temat, każdy człowiek przy zdrowych zmysłach dla własnego dobra nie powinien angażować się w organizowanie wypoczynku dzieci i młodzieży, bo grozi to więzieniem.
Dodatkowo, my instruktorzy harcerscy, organizując wypoczynek dla harcerzy robimy to na umowach o pracy w wolontariaccie. To już naprawdę poważne kuku na muniu.
Kiedy wypoczynek się odbędzie cały biurokratyczny korowód zaczyna się na nowo a w zasadzie trzeba odkręcić mocno zakręconą sprężynę. I dawaj od nowa. Dzieciom zdąży się zmyć opalenizna, znikną wszystkie siniaki i zadrapania, matki wypiorą i wymyją dzieci na dziesiątą stronę, że my - obozowi wychowawcy  nie poznalibyśmy "naszych" dzieci po takich zabiegach, a my dalej w papierach sprawozdawczych. Na koniec zarzekamy się, że to już był naprawdę ostatni raz, bo przecież ledwo uszliśmy z życiem przed potopem dokumentów, ale dostajemy dyplom od szefa, który wieszamy sobie w widocznym miejscu aż... do następnego roku albo "co gorsza" sezonu ;).

ZHP jest naprawdę organizacją godną zaufania. 100-letnia tradycja i wkład organizacji w wychowanie młodego pokolenia jest nie do podważenia i nie do podbicia na - brzydko mówiąc - rynku wypoczynku dzieci i młodzieży. Bo właśnie słowa: rynek, ekonomia itp. są najmniej znaczące w naszej instruktorskiej pracy. Nie chcę by zabrzmiało to jak hasło reklamowe, czy wyborcze, ale dla nas naprawdę liczy się młody człowiek i z wielkim upodobaniem zaszczepiamy w nim wszystkie wartości, które przysłużą się jemu samemu, innym ludziom i światu.
Poza tym, programowym założeniem harcerstwa jest ciągłość pracy wychowawczej. Na obóz jadą dzieci sprawdzone w różnych warunkach, poznane niejednokrotnie od podszewki. Do grupy dzieci tzw. "wyrobionych" harcersko dobiera się grupkę dzieci niezrzeszonych, które szybko nabierają maniery obozowego drylu. Choć organizujemy też wypoczynek tylko dla dzieci, które nie są i nigdy nie były harcerzami. Wtedy początki są o wiele trudniejsze niż na obozie harcerskim i dopiero kiedy dobrze poznamy możliwości uczestników zaczynamy stopniować atrakcje programowe. Wyznajemy zasadę, że nie ruszamy się z miejsca dopóki nie nauczymy uczestników karności i nie poznamy ich możliwości fizycznych i psychicznych. W tym czasie realizujemy program, który ma pomóc zintegrować się uczestnikom, zagospodarować na miejscu, by poczuć się jak w domu i stworzyć więzi (jak w "Małym Księciu").
Prócz tego ciągłość wychowawcza polega również na tym, że młodzi uczą się przy doświadczonych instruktorach. Ja od 17. roku życia pobierałam nauki u mistrzów, których u nas nazywa się harcmistrzami.

Nie twierdzę, że ZHP ma jedyną receptę na udany, odpowiedzialny i bezpieczny wypoczynek dla dzieci i młodzieży; daleka jestem od tego. Jednak dobrze by było, gdyby rodzice wysyłający swoje dzieci na jakąkolwiek formę wypoczynku letniego czy zimowego, przede wszystkim sprawdzili w internecie, czy jest ona zgłoszona w Kuratorium Oświaty wskazanym dla miejsca siedziby organizatora. Niech pytają organizatora o doświadczenie wychowawców w pracy z dziećmi i młodzieżą, niech domagają się ludzi sprawdzonych w tej roli. (Ministerialne zarządzenie zezwala, by wychowawcą był człowiek pełnoletni po kursie wychowawcy kolonijnego. Kurs trwa jeden weekend(!). Wtedy będą mieli 100 % pewności, że organizator wypoczynku jest profesjonalistą godnym powierzenia w jego ręce największego skarbu jaki mają - własnego dziecka.
A ze skarbem jak ze skarbem - wydaje się szarą rzeczywistością, dopóki go nie utracimy.



wtorek, 5 lutego 2013

Na własne życzenie

Duża Mała Dziewczynka cały czas w szpitalu, zaś ja w rozjazdach pomiędzy domem a Krakowem. Przeprowadzając pierwsze z zaplanowanych badań lekarze specjaliści zdiagnozowali przypadłość mojego dziecka. Nazwa kosmiczna, kilka dni musiałam się jej uczyć, by móc powtarzać ją bez zająknięcia. Choroba, jeśli się nie znajdzie konkretnej przyczyny, a zazwyczaj się jej nie znajduje, ma podłoże ogólnie neurokardiogenne. Trzeba wykluczyć poważne wady neurologiczne i kardiologiczne. Jeśli się je wykluczy chory może spokojnie funkcjonować dalej jak funkcjonował przed zdiagnozowaniem jednostki chorobowej, ponieważ nie leczy się jej farmakologicznie, a tylko prewencyjnie. Czytałam, że u starszych pacjentów w przypadku dużej uciążliwości objawów wstawia się rozrusznik serca. Najważniejsza informacja jaką przeczytałam na temat choroby jest taka, że wszystkie podejmowane działania nie służą przedłużeniu życia pacjenta, a poprawieniu komfortu i jakości życia. Znaczy, że bezpośrednio choroba nie prowadzi do śmierci. Więc Duża Mała Dziewczynka wróci do domu i dalej będzie miała życie jak w lunaparku, ale za to została przyuczona, jak postępować, by lepiej funkcjonować.
Kiedy dzieliłam się z lekarzem pediatrą informacjami na temat stanu zdrowia Dużej Małej Dziewczynki miałam wrażenie, że nazwa jednostki chorobowej, którą wypowiedziałam (bez zająknięcia) nie jest jej znana. Zapewne również nie jest znana p.o. ordynatora pediatrii sądeckiego szpitala ze specjalnością kardiologa dziecięcego, lekarki na której musiałam niemal wymuszać wszelkie badania i skierowania do specjalisty, gdyż ta autorytarnie stwierdziła, że w wieku Dużej Małej Dziewczynki "takie rzeczy się zdarzają".
Z wszelkich niebezpieczeństw, które zagrażają pacjentowi z tą chorobą, najgroźniejsze są urazy, jakich może doznać podczas omdlenia, czy utraty równowagi. Zbyt wielka ilość doznanych urazów kończyn i innych części ciała zaniepokoiła naszego lekarza ortopedę i mając w ręku wyniki badań, których przeprowadzenie niemal wymusiłam w sądeckim szpitalu, wpadł na trop choroby i to z jego ust najpierw padły słowa kierujące diagnostykę na układ naczyniowy, jeszcze zanim powiedzieli to neurolodzy w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II. Nic więc dziwnego, że nasz ortopeda poczuł się władny wypisać skierowanie do szpitala na oddział neurologii dziecięcej, gdyż z jego strony niepokoiły go liczne upadki i doznane w związku z nimi urazy. Lekarz (mniemam, że neurolog) zastępujący ordynatora oddziału neurologii dziecięcej w uniwersyteckim szpitalu w Prokocimiu powiedział mi to słynne zdanie, że "skierowanie od ortopedy do neurologa, to jakby nie przymierzając kowal kierował do okulisty" i odmówił przyjęcia dziecka ze skierowaniem na oddział. Żeby nie było, że w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym tak pięknie i przyjemnie, choć piękniej i przyjemniej niż w Leśnej Górze, szczególnie dlatego, że w rzeczywistości, nasza doktorka z przychodni specjalistycznej zasugerowała, by może skorzystać równolegle z poradni zdrowia psychicznego, gdyż panienki w tym wieku, zwłaszcza te mające niezbyt dobre stopnie, lubią wymyślać różne objawy choroby, którą trudno zdiagnozować, wprowadzając tą sugestią Dużą Małą Dziewczynkę, której duchowe imię brzmi "Uczciwość", w permanentne oburzenie.
Dzisiaj też jasna się dla mnie stała definicja jednej z nauczycielek podana mi z końcem ubiegłego roku szkolnego dotycząca mojego dziecka, której to definicji wtedy słuchałam jak najbardziej skomplikowanej mowy z pogranicza pomroczności jasnej, a może niejasnej. Otóż nauczycielka powiedział mi, że Duża Mała Dziewczynka jest dla niej nieodgadnionym przypadkiem i niemożliwym do rozszyfrowania, ponieważ gdy siedzi w ławce i inni uczniowie są pytani, w przypadku gdy ktoś czegoś nie wie, ona pierwsza podnosi rękę i zapytana, udziela dobrej odpowiedzi; zaś wzywana do tablicy sprawia wrażenie, jakby nie docierało do niej pytanie, bądź nie rozumiała słów, czy nie słyszała i stoi z obojętną miną. Wtedy zareagowałam zdziwieniem na fakt, że moje dziecko stoi i nic nie mówi, bo nigdy w życiu nie doświadczyłam, aby Duża Mała Dziewczynka nie miała nic do powiedzenia, nawet, gdy faktycznie nie ma nic do powiedzenia.
Dzisiaj medycznie wiadomo, że gdy Duża Mała Dziewczynka wstaje czy to z krzesełka, czy z pozycji poziomej, musi opanować bradykardię serca i gwałtowny spadek ciśnienia, co objawia się szumem i huczeniem w głowie, jaskrawymi rozbłyskami przed oczami, zawrotami i brakiem równowagi. Musi "wymapować" ciało. Musi opanować nadchodzące omdlenie. Więc nie słyszy. Nie rozumie. Nic do niej nie dociera. Tylko zapewne nie ma wtedy obojętnej miny.


Duża Mała Dziewczynka nie wyszła jeszcze z Oddziału Neuroinfekcji i Neurologii Dziecięcej Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II. Przed nami droga diagnostyki kardiologicznej w celu wykluczenia wady budowy serca powodującej dolegliwości, których skutkiem jest choroba, której nazwy uczyłam się kilka dni, by móc umieć powiedzieć ją bez zająknięcia. Choroba nie prowadząca bezpośrednio do śmierci, jednak uciążliwa i mająca szereg niebezpiecznych epizodów. A ja już dzisiaj mam wrażenie, jakbym stoczyła walkę z połową świata o prawo do diagnozy dla mojego dziecka. I jakbym tę diagnozę z łaski otrzymała. Na własne życzenie.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Kapituła konkursu

U zarania mojej dorosłości, kiedy rozpoczynałam krótką drogę mojego zawodowego życia, byłam świadkiem nieprzyjemnego incydentu bolesnego potraktowania człowieka przez pewną kapitułę.
Powiedzmy, że było tak, iż po rozpoczęciu pracy w środowisku kultury, obracałam się w świecie jej twórców i pracowników. Kiedyś, zapewne z uwagi na moje umiejętności pisania na maszynie (pisało się na ręcznych maszynach, które z komputerem nie miały nic wspólnego, przy najmniejszej pomyłce trzeba było cały dokument przepisywać na nowo; potrzebna była umiejętność rozplanowania dokumentu na kartce, bo wszystko się działo rzeczywiście; o bólu palców od naciskania na klawisze z literami nie wspomnę) zaproponowano mi, bym weszła w skład  jakiegoś towarzystwa kultury, które właśnie się tworzyło. Poproszono mnie o protokołowanie zebrań, w których udział brały same rekiny sądeckiego świata kultury. Otóż na jednym z pierwszych takich zebrań byłam świadkiem, jak te rekiny i grube ryby odebrały pewnemu człowiekowi kierownictwo w przedsięwzięciu, którego był twórcą, któremu poświęcił siebie i swoje życie, twierdząc, że dzieło przerosło jego możliwości i dla dobra miasta trzeba to dzieło powierzyć w bardziej profesjonalne ręce. Pamiętam niewymowny żal i ból tego człowieka, który jedyne, co był w stanie powiedzieć, to słowa: "Przecież sami mnie nagradzaliście, mam od was medale, dyplomy, odznaczenia... dlaczego mi to robicie???".
Potem niejednokrotnie spotkałam się z podobnym nieludzkim traktowaniem człowieka przez ukonstytuowane takie, czy inne rady ludzkie lecz to pierwsze było dla mnie, młodej kobiety z głową pełną wiary w braterstwo, służbę na rzecz drugiego człowieka, w pracę dla wspólnego dobra, a już na pewno dla dobra Polski, najbardziej szokującym, trudnym do przejścia nad nim do porządku dziennego i bolesnym.
Zawsze miałam w sobie mocno zakodowane poczucie swojej i cudzej własności, w tym również mieści się dorobek intelektualny, więc odczucia niesprawiedliwości i naruszania czyichś dóbr oraz godzenia w nie uważam za rzecz niewybaczalną, podlegającą srogiej karze, do pogardy względem człowieka dopuszczającego się takiego czynu, włącznie.

W minioną sobotę w lokalnym portalu internetowym z wielkim zdziwieniem odczytałam swoje imię i nazwisko wśród osób nominowanych do nagrody w konkursie fundacji będącej gestorem owego portalu, w kategorii "Sądeckiego Autora" (wydano ostatnio dwie moje książki, rzadko podsyłam materiały, które publikowane są na łamach portalu).
W pierwszej chwili poczułam się zaszczycona. Umieściłam nawet na fejsbuku wpis wyrażający moje zdziwienie, bo myślałam, że w dzisiejszym świecie człowiek sam musi zabiegać o wszystko, w tym uznanie itp. a okazuje się, że nie. Potem nakierowałam swoje myśli na działania sił "z góry", bo to 2 lutego - Ofiarowanie i światło itp. Dalej zaś zastanawiać się zaczęłam: kto zgłosił moją kandydaturę i nawet przepytałam kilka osób. Mając możliwości dotrzeć do źródła, doszłam jednak do wniosku, że wolę nie wiedzieć. Następnie chciałam wysłać pismo, w którym wyrazić bym miała rezygnację z ubiegania się o tytuł w konkursie, ale wysłuchałam nagrania przepowiadania o. Fabiana Błaszkiewicza i postanowiłam w to nie ingerować.

Dostałam talenty. Jak każdy. Dostałam ten konkretny talent i głód, by pasję, w którą się przerodził, realizować. Kiedy odezwał się we mnie ten głód, tylekroć stałam u stóp mojego Pana prosząc o łaskę, bym mogła robić to, co robię - pisać. Ileż to razy moje wnętrze płonie i boli od owej pasji tego talentu?! Dostałam zaszczyt od mojego Pana wtedy, kiedy w towarzystwie 150 osób z całego świata pozwolił mi przebyć drogę do wnętrza niezrozumienia tego, co mi zrobił, czym obdarzył. A teraz jacyś ludzie, jakieś ukonstytuowane rekiny i grube ryby pracowników sądeckiej kultury, wśród których jest co najmniej jedna z owego towarzystwa sprzed lat, chcą dokonać oceny tego, co dał mi Pan?

Mam statystyki na blogu. Twoja nawracająca obecność tutaj, Drogi Czytelniku, jest dla mnie najlepszym i najmilszym tytułem autora, którego czytasz. Dziękuję Ci za ten zaszczyt.

niedziela, 3 lutego 2013

Wolno mi

Pewien mój znajomy, dla którego żywię serdeczne uczucia, w rozmowie ze mną stwierdził niedawno, że państwo bardzo źle traktuje ludzi mieszkających z dala od miast. Zapewne miał na myśli siebie i swoich sąsiadów, gdyż mieszka z dala od jakiegokolwiek miasta. Czułam w jego głosie wielkie rozgoryczenie, kiedy mówił, żebyśmy wzięli dajmy na to takiego staruszka, który musi dojechać 10 km do najbliższej poczty, by porobić comiesięczne opłaty i jak on ma to zrobić, kiedy zima sroga? Ponieważ w wielu dziedzinach życia jestem impulsywna, w rozmowie również, nie czekając aż rozwinie swoją myśl albo zacznie bardziej utyskiwać, weszłam mu w słowo mówiąc, że przecież jeszcze całkiem niedawno ten staruszek zapewne na piechotę pokonywał dziesięciokilometrowy dystans dzielący go od poczty, bo i sam był młodszy i nie było tyle środków publicznego transportu, a poza tym robił tak przez całe życie, do tego jak świat światem, zanim powstało tak wiele państwowych rozwiązań legislacyjnych i ustawowych, regulacji prawnych itp. to rodzina i sąsiedzi pomagali wszystkim staruszkom wokół oraz słabym lub chorym, więc dlaczego teraz państwo miałoby wyręczać ludzi w byciu ludźmi? Znajomy przyznał mi rację. Może dlatego żywię do niego serdeczne uczucia, bo nie jest człowiekiem, który za wszelką cenę musi postawić na swoim, nie wiem? Jest dobrym partnerem w rozmowie, gdyż pozwala dyskusji ewaluować, podczas gdy większość ludzi przystępuje do wszelkich rozmów z nastawieniem, że muszą przeprowadzić swoją rację jak jakieś twierdzenie matematyczne. 
Kto pokusił się o obserwację młodego pokolenia musiał dokonać przerażających wniosków, że młodzież przesiaduje obok siebie z iPodami, laptopami, czy zwykłymi komórkami i zamiast rozmawiać, czy planować jakieś psikusy, pokazuje sobie, co ma w swoim sprzęcie, na swoim koncie, jakie ciekawostki znalazł w internecie. Przy czym "ciekawostki" należy zawrzeć w cudzysłowie, ponieważ dla większości młodzieży najciekawsze są największe głupoty i totalne bzdury, tak totalne, że gdyby podłączyć je do aparatury pokazującej parametry życiowe, kreska byłaby pozioma i sygnał ciągły. Potrzeba porozumienia werbalnego i kontaktu bezpośredniego na naszych oczach zanika. Dołóżmy do tego tak rozumiane zabezpieczenia socjalne ze strony państwa i jego organów, w stosunku do swoich obywateli, to już na pewno zaniknie w człowieku wszelka wrażliwość na potrzeby słabych, starych i chorych oraz umiejętność, chęć i potrzeba służenia drugiemu człowiekowi. 
Jako obywatele musimy wiedzieć czego powinniśmy domagać się od państwa ale przede wszystkim znać swoje obowiązki wobec drugiego człowieka (że o państwie i świecie nie wspomnę). Nie od dziś wiadomo, że im więcej obwarowań prawnych, tym mniej wolności jednostki i zbiorowości. A człowiek w swojej wolności powinien umieć poczuć, że wolno mu być dobrym i opiekuńczym, pomagając słabszym.