Całkowita liczba wyświetleń stron

poniedziałek, 28 maja 2012

Trzy rozmowy

Trzy rozmowy przeprowadzone w ciągu jednego dnia. Z trzema różnymi osobami, które w dodatku do niedawna były mi całkiem obcymi osobami. Nawet ich nie znałam. Teraz łączy nas współdziałanie w różnych sprawach. Dlatego nasza znajomość od razu przeszła w niezwykłą zażyłość. Sprawy, które wspólnie realizujemy, nie są zwykłe. Nie są to tematy biznesowe, czy inne przyziemne, bo one nie pozwalają na zrodzenie się żadnych więzów. Za to są to sprawy, które wymagają oswojenia i tego rodzaju zażyłości, która jest niezbędna do uzyskania odpowiednich owoców. To takie misje, dzieła, sprawy, które wykraczają poza poletko własnych interesów i przyjemności.
Od pewnego momentu mojego życia mówiłam, że nie lubię planować dnia jutrzejszego. Była to oczywiście metafora, chodziło o przyszłość. Do zajęcia takiej postawy życiowej skłoniły mnie przykre doświadczenia. Często pobieramy bolesną naukę. Niejednokrotnie ze swej winy, ale tej nie byłam winna.
Tak też planując zaledwie działalność na polu harcerskiej służby i nieodległą przyszłość rodzinną nie planowałam żadnych nowych przedsięwzięć w swoim życiu. Znając siebie mogę sobie pozwolić na takie lenistwo w podejściu do dni, które nastaną, bo przecież wiem, że nigdy nie zdołam przejść obojętnie obok spraw, które pojawią się na mojej drodze. Zwłaszcza obok spraw trudnych. Tak też za przyczyną spraw niełatwych znalazłam się na kolorowej majowej łące i dogrywałam jedną z misji. Podczas kolejnych błądziłam pomiędzy własnymi myślami, wyobraźnią, która nijak nie podpowiada mi, co przyniesie jutro, a małym pokojem i kuchnią.
Dzieją się rzeczy niewyobrażalnie wielkie, a ja moją dzisiejszą modlitwę zamieniłam w błaganie złożone z zapowiedzi z Księgi Ezechiela "...I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała". I pragnę, by modlitwa moja została wysłuchana. Bez wahania pragnę, bo nie mam wątpliwości. Może tylko oczekuję niewłaściwych efektów. Może On ma inny plan na realizację tej modlitwy?
Zapewne Jego plany względem mnie są olbrzymim kosmosem, którego nie ogarniam. I dlatego przeprowadziłam tylko trzy rozmowy w ciągu jednego dnia z trzema różnymi osobami, które w dodatku do niedawna były mi całkiem obcymi osobami. Nawet ich nie znałam. Teraz łączy nas współdziałanie w różnych sprawach. Dlatego nasza znajomość od razu przeszła w niezwykłą zażyłość...



sobota, 26 maja 2012

Dzień Matki

Bardzo smutne to święto, kiedy Matce można zapalić tylko nikły płomyk pamięci, miłości i oddania.  Kiedy już tylko wspomnienia rysują profil Jej twarzy, a miast matczynej ręki wiatr wiejący przed wieczorem gładzi twoją twarz. Świat postawił tyle nowych budowli i zmieniły się krajobrazy, a ty wciąż widzisz Ją na ulicy dzieciństwa. Widzisz, jak się uśmiecha, niepokoi, niecierpliwi lub czeka na coś z nadzieją. Wszystko, co wyrzeźbiło Jej twarz dotyczyło Jej dzieci. Bo żyła życiem swoich dzieci. Cieszyła się ich radościami i osiągnięciami; martwiły ją ich smutki i bolały wszystkie bolączki i boleści. Dopóki żyła nigdy nie przyszło ci do głowy, że jest oddzielnym istnieniem, że kocha, pragnie, boleje i płacze też nad innymi sprawami niż tylko sprawy dzieci. Nigdy o tym nie pomyślałeś, że twoja matka jest kobietą: żoną, przyjaciółką, może jeszcze córką.
Bo przecież kobieta, która ma dzieci, kobieta-matka jest w stanie uświęcenia. Od pierwszej chwili swojego życia miałeś więc swoją codzienną świętą. I choć wtedy, kiedy chodziła jeszcze po świecie nie klękałeś przed nią i nie składałeś dłoni do modlitwy błagalnej, by wyprosiła ci łaski u swojego Boga, to w dniu, w którym odeszła do wieczności włożyłeś jej zdjęcie do modlitewnika. I masz w niej wizerunek prawdziwej świętej.
Stoisz nad grobem w Dzień Matki i bardziej niż w każdy inny dzień czujesz się samotny. Chcesz objąć twardą płaszczyznę zimnego kamienia, by zadośćuczynić i sobie i Jej za lata rozłąki. Zostawiła ci w testamencie tyle miłości i dobroci, którą w nadprzyrodzony sposób dzieliła między swoje dzieci i innych ludzi. Wciąż słyszysz dźwięk Jej głosu, który po latach brzmi odgłosem porcelanowej zastawy stołowej. Rozbrzmiewa gdzieś pomiędzy powszednimi sprawami gwar rodzinnego domu - ten codzienny i świąteczny. Chociaż minęło już tyle lat od kiedy Jej nie ma, ty wciąż chcesz biec do Niej z każdą radością i każdym smutkiem...
Smutne to święto, taki Dzień Matki bez Matki.
Na szczęście masz dla Niej modlitwę.
Masz Nadzieję, której cię nauczyła. Masz Miłość, którą ci pokazała. Masz Drogę, którą ci wskazała. Masz Prawdę, której cię nauczyła. Masz Życie, które ci dała.

piątek, 25 maja 2012

Szeroka Polana

Został tylko kawałek łąki, ale za to najpiękniejszy. Złocą się na nim jaskry. Soczystość zieleni sprawia, że chciałoby się położyć w trawie i jak Dyzio marzyciel Tuwima oglądać obłoki. Ale sielskość widoku oglądanego z werandy psuje wyrwa w krajobrazie Szerokiej Polany. Spory kawałek stoku górskiego został wyrównany. Zmieniło się wszystko. Zmieniły się perspektywy a nawet wspomnienia. Wprawdzie po mocno nachylonym stoku nikt nie chodził i polana nie służyła niczemu innemu, jak kontemplacjom i oglądaniu z werandy, ale Szeroka Polana zawsze była stokiem. Już przed laty ktoś zaburzył naturę robiąc przed domem trzy tarasy. Potem trwały spory, czy nachylenie stoku przed domem było aż tak duże, jak sugerują to uskoki tarasów, czy też to tylko złudzenie optyczne. Ale przez ponad ćwierć wieku wszyscy przyzwyczaili się do tarasów. Ze dwa lata temu trzeba było na pierwszym tarasie zrobić odwodnienie. Pod ziemią przeprowadzono pajęczynę rur plastikowych, powierzchnię wyłożono żwirem. Ale po dwóch latach trawa z powrotem zaczęła zarastać, co do niej należy i zmniejszył się obszar wyżwirowanej płaszczyzny.
A teraz Szeroka Polana stała się całkiem innym miejscem. Wysiana na wyrównanej płaszczyźnie trawa z ledwością pokryła gliniaste podłoże delikatnym meszkiem. W miejscu, gdzie kończy się wyrównanie, goła ziemia w kolorze gliny świeci pustką i nicością. Stok wygląda, jakby jakiś wygłodniały olbrzymi stwór żywiący się ziemią i darnią traw ugryzł wilki kęs i tak zostawił oddalając się w pośpiechu. Ślad łyżki koparki do złudzenia przypomina zęby olbrzyma. Tam trawy nikt nie wysiał. A powyżej złocą się jaskry, jakby z nieba spadło krocie gwiazd...
Boleję nad tą ranną górą, bo często ranę podobnej wielkości w duszy odczuwam. Rany tak głębokie w duszy noc głębszymi czyni. Dzień w słonecznym cieple zabliźnia rany gór. Noc z tych, które nie pozwalają ani chwili na sen stracić, kołysała świat w swoich ramionach w rytm deszczowej kołysanki otuliwszy mrokiem. Mroczne tulisko jakby głośno wypowiadało "nie", które w pół śnie, w pół jawie wiele razy słyszałam. Księżyc bał się, że zmoknie i nie wychylił nosa zza Piwowarówki. Może rozpłynął się w deszczu, albo w palącym pragnieniu?
I jak te rany mają się w duszy zabliźnić, skoro nawet górskim stokom gwałt taki zadano? Górom gwałt zadano! Zimnym i ostrym narzędziem, jak słowem śmiertelnym dźgnięto. Słowem, które miast leczyć, ból daje.
Noc dłoń swoją na człowieczym podołku położyła i trwała tak nieruchomo. Chciała zwyciężyć swój własny upór, więc rano z tryumfem wstała, minę kapryśną przybierając. Wcześniej, w brzasku dnia, musiała wysłuchać długiej opowieści, którą miłość snuła. Ta miłość nie zważa na kaprysy nocy i raz zdeptana powstaje, jak trawa na Szerokiej Polanie, gdy ją dziecięce stopy zgniotą. Nawet, gdy brzydkie jej imię ktoś nada, ona trwa sycona dziwnymi siłami. Jak to miłość. Nie może żyć sama dla siebie - chce innym służyć. Na Szerokiej Polanie znajdzie niejedno istnienie do obdarowania. Nawet sarny upodobały sobie to uroczysko. Miłość mówi: potrzebuję, a na myśli ma: weź mnie. I czeka, czy ją ta sarna skubnie, czy może człowiek jakiś odnajdzie. Choć sama czuje, że ona raczej nie z tego świata jest i nie tej nocy powinna robić wyznania. Słowa jednak uwalnia, a noc w jeszcze większym bezruchu trwa. Aż ptasie trele wypędzą ją z pieleszy. I snem się staje rana, rannym opatrunkiem brzasku i festiwalu słońca i i jasności opatrzona.
Może dała ta noc więcej snu, niż dać powinna?
Noce z dniami na przemian na Szerokiej Polanie goszczą. Miesiące przesiadają się z miejsca na miejsce przy ognisku, a pory roku w te i we w te przeganiają. Miłość, nocą szukająca przytuliska, dniem dzieli się jak kromką chleba, a echo po górach odbija wspomnienie-nie-nie-nie.

czwartek, 24 maja 2012

Wadowicka Biblioteka Publiczna

W żadnej bibliotece nie czułam się tak dobrze, jak w bibliotece, w której pracowała Moja Mama. Obfitowała w stare, zakurzone książki z kartkami wytartymi od przekładania. Wszystkie stały oprawione w szary papier pakunkowy, a wiele z nich klejonych było gumą arabską, której słoik zawsze stał w pogotowiu na zapleczu. W słoiku czekała zanurzona drewniana szpatułka cała oblepiona klejem. Kiedy przychodzili czytelnicy książek się nie kleiło. Takie czynności wykonywało się w środę. Środa była dniem wewnętrznym. Wtedy kleiło się rozklejone książki, a te których nie dało się skleić samodzielnie, wędrowały na stos książek oczekujących na wycieczkę do introligatora. Introligator to było trudne słowo, którego nauczyłam się w dzieciństwie. Dawniej dzieci nie znały tylu trudnych słów, co dzisiaj. W środę zamieniało się zniszczone oprawki na nowe. Układało się na bibliotecznych regałach niesforne książki, które jakimś cudem zawieruszyły się i błąkały po biurkach. Jest mi znana księga inwentarzowa, więc pewnie nie było specjalnego stanowiska do inwentaryzowania i opracowywania książek.
W pozostałe dni biblioteka oczekiwała na czytelników. Przychodzili nieustannie. Każdy chwilę postał i porozmawiał nim wyszedł z wypożyczoną książką. To były zupełnie inne czasy dla bibliotekarzy. Nigdy nie stała kolejka niecierpliwie oczekujących czytelników, przeciwnie, każdego można było wysłuchać. Każdy odwdzięczał się za poświęcony mu czas ciekawą opowieścią. Skoro opowiadał o sobie i był wysłuchiwany, to nic dziwnego, że bibliotekarki wiedziały, jakie książki lubi czytać. Dlatego też same często polecały czytelnikom książki odpowiednie dla nich, a ci zawsze wracali zadowoleni i ukontentowani.
W wypożyczalni znajdowały się regały z książkami. Przechadzanie się pomiędzy regałami, zabawa w chowanego z innymi dziećmi, to było coś! Mamy nam nie pozwalały, ale my przecież m.in. po to przychodziłyśmy do biblioteki. Po książki nie trzeba było chodzić do magazynu, bo wszystkie były pod ręką. Każda książka miała swoją kartę - kartonowy bloczek z rubrykami służącymi do wypełniania numerem karty czytelnika i datami. Czytelnicy też mieli swoje karty. Kiedyś wprowadzono nowość - karty z kieszonkami, do których wkładało się karty wypożyczonych książek. Uprościło to pracę bibliotekarzom.
Gdzieś z boku, na specjalnym stoliku, stał mebel z maleńkimi szufladkami. To był katalog książek i autorów. Tam, w szufladkach, na prowadnicy z drutu przebiegającego przez całą długość, zamknięte były karty katalogowe. Kiedy ktoś szukał konkretnej książki za tytułem, albo dzieła jakiegoś autora, szybko mógł sprawdzić, czy w bibliotece znajduje się dana pozycja. Jak ja lubiłam szperać w tych szufladkach!
W bibliotece bywałam prawie codziennie. Lubiłam zapach starych książek. Ale zapach nowych wprost uwielbiałam. Kartkowałam je przed nosem, by wdychać zapach farby drukarskiej i świeżego papieru...
Jedyny czas, w którym Moja Mama zabraniała mi przychodzić do biblioteki, to był czas inwentaryzacji.  Inwentaryzacja trwała zazwyczaj kilka dni, podczas których biblioteka była całkowicie zamknięta dla czytelników.
Nie wiem dlaczego, ale pamiętam, że pierwszego w życiu banana jadłam w bibliotece. W wypożyczalni stał olbrzymi filodendron i może ktoś coś sugerował? Nieraz z koleżanką chowałyśmy się pod jego liśćmi, by przeżyć jakąś niezwykłą przygodę.
Do gotowania wody na herbatę pracownice miały takie ceramiczne dzbanki z grzałką w środku. Wtedy w domach wodę gotowało się w czajnikach na piecu, zaś te ceramiczne dzbanki elektryczne kojarzyły się tylko z zakładami pracy.
Na parterze biblioteki, w której pracowała Moja Mama były dwa olbrzymie pomieszczenia: wypożyczalnia dla dorosłych po prawej stronie od wejścia i wypożyczalnia dla dzieci po lewej. Z wypożyczalni dla dzieci wydzielono czytelnię, bo księgozbiór dziecięcy był zdecydowanie mniejszy od tego dla dorosłych, więc nie było potrzebne tak wielkie pomieszczenie. Na piętrze budynku, w którym mieściła się biblioteka znajdowały się pomieszczenia administracyjne. Na piętro prowadziły kręte schody. Pomimo tego, że Moja Mama nie pozwalała mi  po nich wychodzić, bez przerwy wychodziłam na górę, ćwicząc zapewne trudną sztukę wychodzenia po krętych schodach.
W wypożyczalni dla dzieci, choć miała mniejszy księgozbiór, było więcej nowych książek. Może później powstała idea bibliotek dla dzieci, a może dzieci niszczyły książki i trzeba było wciąż odnawiać zbiory?
W bibliotece często odbywały się spotkania z autorami książek. Chodziłam na wiele takich spotkań, bo bardzo je lubiłam. Aż wylądowałam na spotkaniu w bibliotece, kontynuatorki tamtej, którą mam w pamięci i to ja byłam autorką i ze względu na mnie, na moją książkę inni przyszli na spotkanie. Choć biblioteka ta dziś jest bardzo nowoczesna i mieści się w innym budynku, to dla mnie jest w niej duch tej, która zbudowała mój obraz świata zamieszczonego na kartkach wszystkich jej książek.
Potem Moja Mama pracowała jeszcze w dwóch innych bibliotekach zakładowych, ale żadna z nich, ani też żadna inna, nie miała takiej atmosfery, jak ta, którą pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa. Śmiało więc można powiedzieć, że to nie osoba Mojej Mamy przyciągała mnie do owej biblioteki. To była jakaś magnetyczna siła tamtego miejsca, czasu i ludzi. Zakładowe biblioteki dysponowały literaturą fachową, a ta nie przemawiała do mojej wyobraźni tak, jak przemawiały książki beletrystyczne, przygodowe, przyrodnicze, geograficzne, kryminalne itd. itp. Tamte, w wypożyczalni biblioteki, którą pamiętam i wspominam, przemawiały do mnie nawet, gdy stały zamknięte na półkach.
Już pewnie w niewielu miejscowościach w kraju znajdują się biblioteki takie, jaką zapamiętałam, bo przecież komputery zawładnęły wszystkimi sferami życia społecznego, więc obraz, który przedstawiłam może zatrzymać pamięć o starych bibliotekach.
A z mojej strony jest przede wszystkim ukłonem w stronę dyrekcji, pracowników i czytelników Wadowickiej Biblioteki Publicznej za niezmiernie miłe i ciepłe przyjęcie, jakie mi zgotowali podczas sobotniego spotkania. Dziękuję.

wtorek, 22 maja 2012

Wybrać dobrze

Ten maj się zrobił jakiś nudny.
Drukarka nie działa.
Organizm się zbuntował. Postanowił wypocząć. Nie bacząc na umówione spotkanie w porannych godzinach, pozwolił spać do późna.
Idzie niż. Wszystko wisi w powietrzu. Jutro ma być burza. Niechby już była jak najprędzej, bo głowa pęka z bólu.
Drukarka od dawna nie działała. Ale dawniej nie była potrzebna. Od wczoraj potrzeba paliła. Wyglądało, że skończył się tusz. Ale nowy pojemnik nie pomógł. Pięknie drukuje kartki testowe. Dokumentów nie chce drukować. Zmarnowane 2/3 dnia na uruchamianiu drukarki. Właściwie funkcji drukowania. Nawet przyszedł specjalista od sprzętu. Podumał i nic.
Ktoś przed chwilą powiedział: "zdaje się, że wiem".
Nie mówił o drukarce.
Mówił o byciu.
Życie dla wszystkich jest trudne.
Trudne są wszystkie wybory.
Kilka dni temu musiałam dokonać wyboru. Wiedziałam, że każdej decyzji, którą podejmę, będę żałowała. Żałuję tej, którą podjęłam. Czasem trzeba stanąć na krawędzi i zaryzykować wszystko.
Tym razem nie zaryzykowałam. Bałam się, że zrobię z siebie błazna. Nie zrobiłam. Ale też nie wykazałam się zaufaniem. Przecież to ja myślałam, że mogę zrobić z siebie błazna!
Skąd ten ktoś, kto powiedział "zdaje się, że wiem", wie? No nie, nie wie. Myśli, że wie.
W miejsce Dziadka przyszedł Pradziadek. Tak o sobie powiedział.
Łąki już bardziej czerwcowe niż majowe. A Dziadka na łąki zielone zaprowadził Pan, który jest pasterzem. Skąd wiem?
Wierzę.
Niektórzy myślą, że trzeba wiedzieć dlaczego się wierzy. Że trzeba znać mechanizmy i akty prawne wiary.
Moja wiara, choć tego nie wymaga, nie jest pełna. Zaufałam bardziej własnemu przekonaniu, niż drugiemu człowiekowi. Nie pozwoliłam jemu zdecydować, sama uznając inną decyzję za błazenadę. Ze strachu. A ze strachu nawet apostoł zaparł się Pana.
Życie dla wszystkich jest trudne.
Trudne są wszystkie wybory.



Zanurzona w Mieście

Zanurzyłam się w Moim Mieście. Bez reszty. Dotknęłam chyba wszystkiego. Choć nie spotkałam wszystkich. Spotkałam wiele ważnych osób, ale też nie spotkałam innych równie ważnych. W takim wypadku każda osoba jest wyjątkową, tą jedną jedyną. Widziałam się i rozmawiałam z Moją Wychowawczynią. Ale nie przyszedł Karzełek. Nie da się między tymi dwoma osobami zrobić żadnych porównań, ale obok niezmiernej radości ze spotkania z pierwszą Nauczycielką, jest pustka spowodowana nieobecnością najmilszego przyjaciela dziecięcych lat.
To też nie tak. Bo każdy jest najmilszy. Wszyscy, których tego dnia spotkałam są najmilsi i najważniejsi. To tylko ten mój wieczny głód i nienasycenie. Ta dążność do tego, by wciąż i wciąż się spełniało to, czego nawet głośno nie wypowiadam, z obawy przed tym, że wypowiedziane zginie, nim słowa przebrzmią. Może dobrze mieć taki głód i takie nienasycenie, bo wciąż sięga się po więcej i więcej? Jak mi wyrazić to, co czułam tamtego popołudnia?
Więc: zanurzyłam się w Moim Mieście. Zanurzyłam w ludziach i miejscach, i wydarzeniach. Gdy moja radość była niemierzalna właśnie odchodził do Domu Ojca człowiek-legenda Wadowic. Sobotniego popołudnia zmarł Pan Andrzej Leń, fotograf, przyjaciel Mojego Ojca, autor moich fotografii pierwszokomunijnych (żeby tylko moich?), dokumentalista ważnych wydarzeń z życia miasta. Miałam niewypowiedzianą nadzieję, że może choć kilka zdań zawartych w mojej książce będzie dla niego radością... Tymczasem zbliżał się do radości wiecznej.
- Kuka, skąd wiedziałaś, że te Anioły w nas tkwią? - zapytała koleżanka ze łzami w oczach - Tyle lat żyłam z myślą, że tamte czasy są dawno za mną, że nie ma powrotu do tego, co było. Tymczasem obudziłaś wszystkie uśpione Anioły i ja je czuję! Czuję, jak rozwijają we mnie skrzydła i otrząsają z zapomnienia. Jak się cieszę, że przywróciłaś mi wspomnienie beztroskiego dzieciństwa, że pokazałaś, że nie było ono do końca takie, jakie zostało w mojej pamięci...
- Dorotko, ja serdecznie chciałam ci podziękować, że ty pamiętałaś o tym wszystkim, a tyle lat już przecież minęło, co ja do ciebie mówiłam i do całej klasy, kiedy byliście w pierwszej klasie. - Powiedziała Moja Wychowawczyni dziękując za pamięć.
Moim obowiązkiem jest pamiętać. Obowiązkiem każdego młodszego pokolenia jest pamiętać o tym, co mówiło starsze.
Wszystkie uściski najbliższych - tych, w których płynie krew Mikołajczyków, ich współmałżonków i dzieci! Na to nie ma słów. To są więzy, które są gwarantem jedności i tradycji.
Spotkanie Mojej Starszej Siostry z Tutem... trzeba było zobaczyć.
Całkiem obce osoby cieszące się niekłamaną radością, dziękujące na miejscu osobiście i jeszcze dziś na forum internetowym...
Kwiaty.
Łzy wzruszenia koleżanek.
Wspaniałe otoczenie ubrane w prace artysty plastyka Franciszka Suknarowskiego, którego dzieła znajdują się w naszym domu.
Gospodarz miejsca do ostatniej chwili nie dający wiary w jakąkolwiek frekwencję; mile zaskoczony, jak wszyscy, ilością przybyłych gości.
Chwile, kiedy tylekroć napisałam: Wadowice, 19.05.2012 r.
Zdjęcie zrobione po 42 latach od tamtego zdjęcia.
Pan Marcin, który na swoim portalu internetowym napisał: "Anioły dzieciństwa powróciły do Wadowic".
Przygarnięcie do piersi i matczyny uścisk kobiety, która obok swoich licznych dzieci zawsze miała serce i dobre słowo dla obcych dzieci - dla mnie i mojego rodzeństwa przede wszystkim. Jej słowa o tym, jak bardzo boleje, gdy sobie pomyśli: "biedaku, ty już tyle lat żyjesz bez mamusi i tatusia". Słowa, które doprowadziły mnie do łez. I moment, w którym chciałam, by czas się zatrzymał, bym mogła w tych matczynych ramionach pozostać na zawsze. Chociaż to nie moja matka. Chociaż to matka, która sama wymaga opieki. Wiek odbiera jej siły, ale ma słowa, którymi może obdzielić nawet nie swoje dzieci. I serce, do którego potrafi przygarnąć.
Spotkanie pod trzepakiem przed blokiem i nocne rozrabianie, takie, na jakie nikt nie pozwoliłby sobie będąc dzieckiem.
Dom i bliscy. Dwa domy.
Msza św. w bliskości chrzcielnicy.
Krótki spacer po mieście.

I to pragnienie, które trawi i nie daje zasnąć spokojnie.
Gdzie jest spełnienie? Zaznałam czegoś niepowtarzalnego, czegoś o czym nie śniłam i nie marzyłam. A może to było we wszystkich snach przez te 36 lat, które minęły od wyprowadzki z Mojego Miasta? Czaiło się we wszystkich marzeniach i pragnieniach?
Może.
To był kosmos.
Ale to nie było spełnienie.

Sobotnia deklaracja, że w każdej chwili tęsknię za Moim Miastem.
I dzisiejszy krótki spacer po Sączu, podczas którego spotkałam druhnę Remiową, która, gdy życzyłam jej zdrowia, powiedziała:
- Już chcę odpocząć, jestem za bardzo zmęczona życiem druhno. Mam 90 lat. Już chcę odpocząć.

Gdy Mój Kuzyn zapytał, dlaczego tęskniąc, nigdy nie pomyślałam o powrocie do Wadowic, nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Dzisiaj wiem.
Nie byłabym w stanie przeżyć kolejnej rozłąki. Z kolejnym miastem. Z kolejnymi ludźmi, miejscami. Z moim życiem.

Wiem, gdzie jest spełnienie, ale nie wiem, czy umiem tak wierzyć.






































sobota, 19 maja 2012

Przyczajona książka

W naszym domu książka Fabbsa "Przyczajony Chrystus ukryty Bóg" żyje własnym życiem.  Zawsze, kiedy potrzebuję po nią sięgnąć, nie ma jej. Zapewne czai się i ukrywa, jak to ma zadane w tytule. Wyłazi w czasie, kiedy aż tak bardzo jej nie potrzebuję. To znaczy pewnie jest zupełnie odwrotnie, bo gdyby było, jak myślę, to książka zawsze leżałaby w miejscu, w którym ostatnio została odłożona, albo nawet i na swoim miejscu. Ona zapewne nie jest mi potrzebna, wtedy kiedy ja chcę po nią sięgnąć. Z pewnością bardziej jest mi potrzebna, kiedy sama wychodzi z ukrycia i przyczajenia. To tylko ja nie potrafię tego rozeznać.
Od wczoraj bardzo jej potrzebuję. Kilkakrotnie przeszukałam cały dom. Nigdzie jej nie ma. Ostatnio też tak było. Po jakimś czasie od moich poszukiwań okazywało się, że leży na wierzchu i niemożliwością było jej nie zauważyć. Moja Babcia w takich sytuacjach mówiła, że diabeł położył na poszukiwanym przedmiocie ogon. Z książką ojca Fabiana tak nie jest. Jej zniknięcia nie są sprawką diabła, a tego, że ona na pewno żyje własnym życiem. I pomimo tego, iż myślę, że książka jest mi TERAZ bardzo potrzebna, musi być zupełnie na odwrót.

piątek, 18 maja 2012

Słowa są jak dzieci

Wczoraj rano wstałam jak zawsze i dopóki nie zadzwoniłam do wydawnictwa, nie wiedziałam, że książka już na mnie czeka. Wydrukowana, oprawiona, gotowa. Przed południem zjawiłam się w wydawnictwie i zaraz za progiem czekały opisane paczki: "Anioły Mojego Dzieciństwa". Zabrałam je do domu, bo mają jechać ze mną do Mojego Miasta. Paczki postawiłam w dużym pokoju. Nie rozpakowałam ich. Książki tkwią wszystkie na miejscu, tak jak je zapakował wydawca. Teraz stoją i czekają aby je otworzyć. Czekają na jutrzejsze wydarzenie. Czekają aż zostaną uwolnione. Czekają, by zacząć żyć własnym życiem.
I w tym miejscu radość i rozemocjonowanie zaczynają się mieszać z lękiem. To całkiem tak samo, jak troska o dziecko, które po raz pierwszy samodzielnie wychodzi z domu. I jeszcze tak samo, jak troska o dziecko, które opuszcza już dom rodzinny. Dmuchanie, chuchanie na każde słowo, każde zdanie, które tworzy opowieść, podobnie jak dmucha i chucha się na swoją latorośl. Zawarłam tam tak dużo własnych przeżyć i stanu ducha - nieskrywanych, bez maski. Autentycznych przemyśleń pochodzących z najwcześniejszych lat. W krótkich zdaniach byłam tam tylko osobą dorosłą. Cała opowieść zbudowana jest z odczuć i doznań dziecka... Pamiętam niepokój mojej Mamy, kiedy rozpoczynałam życie na własny rachunek. Wczoraj znowu się do mnie odezwała słowami wypowiedzianymi z ust Dużej Małej Dziewczynki. Duża Mała Dziewczynka od początku swojego życia sprawiała wrażenie, jakby była kolejnym wcieleniem mojej Mamy. I to, co wczoraj do mnie powiedziała... nie jak córka do matki, ale jak matka do córki... w dodatku konkretna matka do konkretnej córki... Nigdy w życiu nikt nigdy nie mówił mi czegoś takiego - za to niejednokrotnie mówiła moja Mama i wczoraj, nie wiedząc o tym,  powiedziała Duża Mała Dziewczynka.
Pamiętam własne lęki, gdy moje dzieci opuszczały dom idąc do szkoły i dalej ku przyszłości.
I teraz wypuszczam te moje słowa-dzieci w świat z całą moją i ich wrażliwością. Tak, jak ptak wypuszcza młode, jak rodzice wypuszczają dzieci. Oby nie padły na grunt ludzkiej zawiści i nienawiści. O to boją się rodzice najbardziej, gdy ich dziecko zaczyna samodzielne wędrowanie przez życie. Nieważne czy ma 7, czy 27 lat. I chociaż książka nie jest mną, bardzo się starałam, by czytelnik mógł się uosobić z tym dzieckiem poznającym świat, to przecież każde słowo i zdanie, które tak pieściłam na wszystkich etapach pracy nad książką jest cząstką mnie, bo wyszło ze mnie. Z mojego postrzegania świata, z tej mojej takiej, a nie innej wrażliwości.

Myśląc jak będzie, gdy książka się ukaże, spodziewałam się różnych uczuć. Na pewno nie przewidziałam takiego.

czwartek, 17 maja 2012

Wszystko i nawet

Dał mi wszystko naraz.

1. Książkę.
2. Wymianę z Bośnią i Hercegowiną.
3. Przygotowania do obozu.
4. Zabieg.

Nawet te pieprzone zęby. I chociaż to kreślenie za bardzo nie pasuje do kontekstu, to do bólu, jaki dało, jak najbardziej.

Wszystko zapewne dlatego, żebym nie popadła w samouwielbienie.  Mogłabym - tak czasami lubię - rozczulić się zbytnio nad jedną sprawą, gdyby sprawy działy się w jakiejś kolejności i następowały po sobie. Każda z nich zajmuje miesiące, bywa, że lata. A tak masz - rzut na głęboką wodę. Przecież On nigdy nie daje więcej, niż jesteśmy w stanie udźwignąć. Zwykle ludzie tak mówią, chcąc się pocieszyć w cierpieniu. Ale przy darach tak wielkich jakie otrzymuję, powiedzenie to zawiera w sobie taką samą analogię jak to, że trzeba umieć dawać. To znaczy, człowiek człowiekowi musi umieć dawać. Bo przecież On umie.
Może zawsze dawał mi dużo, tylko bałam się brać? Tak. Zapewne.
Pewnie też nauczyłam się prosić. O wszystko. Prosić w myśl zasady św. Ignacego. I pewnie też nauczyłam się pragnąć wszystkiego, ale nie tak jakby to było najważniejsze i cośkolwiek warunkowało.
Nie, jednak nie wszystkiego. Są pragnienia, które mnie spalają. Zupełnie niepotrzebnie. I tych pragnień nie powinnam mieć. Czasem udaje mi się je zepchnąć na taką głębokość, że gdyby były materialne, nie byłoby żadnych prawideł na wyciągnięcie ich z tej głębi. Ale nie należą do świata materialnego. Są w duszy. Tkwią gdzieś na granicy świadomości i nieświadomości. Często aż bolą od swojego bycia. Nie są ciężarem. Są ogniem. I choć ogień można ugasić, ten jest jak świeczka prestidigitatora - po zgaszeniu pojawia się znowu.
Wszystko dał po coś.
Wujek wczorajszej nocy zapytał: - Ty to wszystko ogarniasz?
Ogarniam co jest do zrobienia. Nie ogarniam, co pozornie jest do zrozumienia. Czasem pytam innych, proszę o pomoc w zrozumieniu. Ale ci nie chcą odpowiadać.
Nie chcieć zrozumieć powinno być moim naczelnym pragnieniem, jeszcze przed tym, by nie pragnąć wcale.
Abym ogarnęła, dał mi moment zatrzymania. Zatrzymał moją świadomość, zdaje się życie, na krótką chwilę. Bo czym jest kilka godzin, nawet jeżeli dla innych dłużyły się w nieskończoność, w porównaniu z latami, które poza mną? To była krótka chwila, po której zorientowałam się, że wszystko może być, bywa, jest o nas bez nas.

Jest
1. Książka.
2. Wymiana z Bośnią i Hercegowiną.
3.  Przygotowania do obozu.
4. Zabieg.

I nawet te pieprzone zęby.

środa, 16 maja 2012

Dobre zawody

Od wczesnego dzieciństwa źle znoszę zmęczenie fizyczne. Kiedy miałam kilka lat zdiagnozowano u mnie po raz pierwszy arytmię serca. Potem w różnych okresach życia arytmia pojawiała się i znikała, męczliwość trwała przy mnie niezmiennie i dopiero w ubiegłym roku przy użyciu nowoczesnej aparatury diagnostycznej stwierdzono, że mam większe serce niż powinno to wynikać z anatomii. Lekarz uspokoiwszy się, że nie mam nadciśnienia tętniczego oraz, że problemy z nierównym biciem serca i szybkim męczeniem się towarzyszą mi niejako od zawsze, uspokoił i mnie i stwierdził, że moje powiększone serce jest wobec tego dla mnie normą.
Szybko się męcząc z czasem nauczyłam się reagować lękiem przed pojawiającym się w nieodpowiednim czasie zmęczeniem. W wieku szkolnym kombinowałam nawet na lekcjach wychowania fizycznego, by wykorzystać tę dolegliwość, ale ileż to więcej poważniejszych głupot robi się w wieku dorastania?
Dlatego nigdy nie zaświtała mi w głowie myśl uczestniczenia w jakimkolwiek maratonie. Maraton - wiadomo - polega na pokonaniu krótszego, czy dłuższego odcinka drogi, truchtem lub biegiem, a dyscypliny sportu wymagające dużego wysiłku w krótkim czasie najbardziej mnie zawsze męczyły. Z wielkim szacunkiem patrzyłam na osoby, które podejmowały trud udziału w maratonach biegowych. Realnie mierząc siły na zamiary, nigdy nie podjęłabym się takiego wyzwania. A podejmowanie wyzwań to przecież moja pierwsza, najważniejsza i najmocniejsza natura. Trzeba tu sobie przypomnieć fragment "Ani z Zielonego Wzgórza", gdy ta "podejmując wyzwanie" spadła z dachu i zepsuła nogę. Kiedy się ma tyle lat ile moja ulubiona postać literacka miała wtedy, nie rozeznaje się w mądrości i głupocie zbyt jasno. Mój instynkt przetrwania był na szczęście większy od mojej głupoty.
I tak sobie żyłam przez długie lata w przeświadczeniu, że maratony są nie dla mnie, aż dostałam światło, które pozwoliło mi dostrzec, że maratonem może być nie tylko bieg, trucht czy inny podobny wyczyn sportowy, ale też każde inne działanie, które wymaga długoterminowego zaangażowania siły i woli, systematyczności i wytrwałości. Treningu i uczestnictwa najlepiej zwieńczonego dotarciem do wyznaczonego celu, może być, że ukończonego zwycięstwem, ale innym niż to, o jakie walczą sportowcy.
Dopiero niedawno dotarły do mnie tak naprawdę słowa św. Pawła z listu do Tymoteusza, w którym mówi: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem."


No, więc biegnę... Pomimo tego, że zawsze szybko ulegałam zmęczeniu fizycznemu, pomimo tego, że zdiagnozowano, że mam powiększone serce, pomimo wszelkich lęków, niedoskonałości i lenistwa. W dodatku chcę zdobyć laur zwycięstwa. Bez światła lauru zwycięstwa udział w tym maratonie nie miałby żadnego sensu.