MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 31 grudnia 2013

Od dżentelmena do dżendermena

I pomyśleć, że przez wieki feministki w zawoalowany sposób szerzyły swoją ideologię dżender wmawiając z początku mężczyznom, że powinni być mili i szarmanccy wobec kobiet a honorowi względem innych przedstawicieli swojej płci. Miły, szarmancki i delikatny, to przecież lekko zniewieściały mężczyzna. Z tą płcią, czyli seksem też było nie tak jak sprawy się dzisiaj mają, bo pedantyczni Anglicy seksem właśnie zwali płeć do czasu zapewne aż nasz dzielny naród, który uwielbia pławić się w makaronizmach, nie zmienił i zwulgaryzował im znaczenia tego słowa, zastępując nim rodzimą kopulację. W tej sytuacji stateczni Wyspiarze nie mieli innego wyjścia, jak znalezienie nowego określenia na płeć i wybrali słowo gender.
Jeśli poszpera się w dziełach spisywanych na przestrzeni wieków przez autorów angielskich, francuskich i polskich i odnajdzie próby zdefiniowania pojęcia dżentelmena, tudzież zajrzy się w opracowania kodeksu mężczyzny honorowego można znaleźć informację, że słowo to w jakimś stopniu oznaczało również mężczyznę, który nie musiał pracować, szczególnie jeśli nie posiadał tytułu szlacheckiego, bo szlachcic i tak nie pracował. Słusznie więc jeszcze w pierwszej połowie XX wieku mawiano, że "Umowa dżentelmeńska to wzajemne zobowiązanie, które łamie się w nadziei, że druga strona go dotrzyma", by już na przełomie wieku XX/XXI do kanonu weszło powiedzenie: "Na pierwszej randce nie całuje gentleman, na drugiej gej".
Wkurzona jestem, że w niedzielę Świętej Rodziny, która w tym roku była dniem urodzin Dużej Małej Dziewczynki zmuszona byłam słuchać listu biskupów, który przejawiał w sobie elementy mowy nienawiści, a już na pewno nie szerzył Dobrej Nowiny. Dość mam bombardowania przez media wiadomościami o gender, więc idąc na Mszę św. chciałabym posłuchać, że Bóg kocha mnie i wszystkich innych, bo ukochał nas zanim nas stworzył.  
To ja przez całe swoje życie żyję w strukturze rodziny najpierw od rodziców ucząc się wzorców, potem przekazując je swoim dzieciom, by wreszcie móc patrzeć, jak pięknie i płynnie są przekazywane dalej. W rodzinie widziałam i widzę jaką siłą jest ekspresja psychiki dziecka, młodzieńca i dorosłego człowieka. To ja zmagałam się każdego dnia swojego matczynego życia z troską o dobre wychowanie dzieci, o umiejętność przekazania im świata wartości i z niepokojem o czyhające na każdym kroku zagrożenia współczesnego świata. Informacji o zagrożeniach i patologiach nie szczędziły media i rzeczywistość za progiem domu, dlatego w kościele chcę słuchać o miłości i Bogu - Dobrym Pasterzu, o Chrystusie, który jest mi Bratem i tak świat i mnie umiłował, że życie za mnie oddał. Potrzebuję dobrych wzorców bym mogła je przekazywać. Nie potrzebuję straszenia i zastraszania, bo tych życie nie szczędzi. A tymczasem w natłoku szerzącej się wojny na słowa (w tym słowa nienawiści) i burzenia jedności - list biskupów jest jak buldożer, który niszczy we mnie nadzieję na to, że jest gdzieś w moim życiu azyl i wytchnienie, dla zmęczenia patologią tego świata. Miejsce piękne i czyste, gdzie tęczą Przymierza Bóg związał się ze mną. Gdzie pali się światło, które ma moc przenikania najgłębszej ciemności. Miejsce, w którym uczy się miłości i przebaczania, bo to najtrudniejsze lekcje w życiu człowieka. 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ludzie i ludziska

Rehabilitacja w naszej rodzinie jest towarem pierwszej potrzeby. Naczyniaki na kręgosłupie i przepukliny, złamane biodro, choroba Osgood-Schlattera, wypadająca rzepka, zwyrodnienie kolana, stany zaniku mięśni po unieruchomieniu, stany pooperacyjne, choroby autoagresywne atakujące stawy itd. sprawiają, że rehabilitujemy się na potęgę. Ściślej mówiąc powinniśmy się rehabilitować. Na szczęście przypadki rozłożone są na trzy osoby, choć niestety nierównomiernie i Dużej Małej Dziewczynce przypadło najwięcej (o ironio! była najdłużej karmionym piersią dzieckiem w naszym domu).
Kolejki w służbie zdrowia jakie są, każdy widzi. Przy czym rehabilitacja jest dziedziną, z którą jedynie okulistyka może iść w zawody w kategorii długości oczekiwania na realizację. Tak mi się wydaje, choć mogę być w błędzie.
I tak, korzystając z propozycji lekarza specjalisty, z początkiem lata, a może z końcem wiosny pisałam skargi do NFZ i Rzecznika Praw Pacjenta na niedostępność badań diagnostycznych i zabiegów rehabilitacyjnych. Skargi zaowocowały otrzymaniem z NFZ wykazu placówek rehabilitacyjnych w Nowym Sączu i okolicy i wykazem na wtedy, czyli na lipiec, bo w lipcu otrzymałam odpowiedź, ilości osób oczekujących w kolejce, zestawieniem miesięcznego "załatwienia" (co fachowo nazywa się "skreśleniem z listy oczekujących w miesiącu z powodu wykonania świadczenia") pacjentów w danej placówce itp. wewnętrznych funduszowych sprawozdań. Rzecznik Praw Pacjenta ograniczył się do potrzeby otrzymania odpowiedzi czy i jak sprawę małopolski NFZ załatwił, czyli krótko mówiąc do informacji, czy udzielono mi odpowiedzi. Odpowiedzi, a nie pomocy.
Ze świadomością, że po operacji kolana będę wymagała natychmiastowej rehabilitacji przezornie chciałam donieść wcześniej skierowanie na zabiegi fizjoterapeutyczne, by sobie czekało i dojrzewało, ale w jednej z przychodni (znajdującej się najbliżej domu i najwyżej w tabeli otrzymanej z NFZ, czyli mającej najkrótszy termin oczekiwania) powiedziano mi, że ze skierowaniem z adnotacją, że po zabiegu operacyjnym dostaje się termin poza wszelkim oczekiwaniem, więc wystarczy przynieść skierowanie już po zabiegu.
Wielkie, olbrzymie było moje zdziwienie, gdy dotarłam do przychodni ze skierowaniem otrzymanym właśnie po zabiegu i usłyszałam: październik/listopad. Usłyszałam jeszcze, że nikt w tej przychodni nie mógł mi udzielić innych informacji, gdyż wszyscy, ale to wszyscy mówią jednym głosem, czyli głosem pani, która mnie obecnie - niezbyt uprzejmie, bo kpiąco, niemal szyderczo - przyjmowała. No, poprzednia była znacznie milsza, choć, jak widać, kłamała. Wróciłam do domu i postanowiłam telefonicznie znaleźć przychodnię z krótszym terminem oczekiwania. Już nie olbrzymie, a bolesne było moje zdumienie, gdy w pierwszej przychodni, do której się dodzwoniłam, pani poinformowana o szczegółach, czyli, że jestem po operacji narządu ruchu, kazała mi przyjść ze skierowaniem, bo ona telefonicznie nie będzie udzielała informacji o terminach oczekiwania na zabiegi i niecierpliwym głosem napomniała, że ma pacjentów przy okienku.
Oczywiście, że mogę chodzić, a nawet powinnam, ale nie do kilkunastu przychodni na trenie miasta o powierzchni blisko 60 km². Zwłaszcza w dobie komputerów i telefonii cyfrowej.
Wielkim zderzeniem był kolejny wykonany przeze mnie telefon i rozmowa z pracownicą niepublicznej placówki rehabilitacyjnej, która w sposób rzeczowy i miły poinformowała o wszystkim, co chciałam i potrzebowałam wiedzieć. Na koniec serdecznie zaprosiła, w terminie niemal natychmiastowym (co to jest jeden kwartał oczekiwania w porównaniu do czterech?!), do skorzystania z usług świadczonych przez ich placówkę.


I choć system trudno ruszyć, to czy mogłoby być tak na świecie, żeby wszyscy byli ludźmi?


sobota, 28 grudnia 2013

"Wszystko przez Nie się stało..."

Zasilony bateriami żłóbek z Dzieciątkiem był, jak co roku, sygnałem do tego, że mogą się zacząć Święta. Jednak trzeba było długo jechać, by odnaleźć pierwszą gwiazdkę. Zaświeciła w drodze. Ale ta na nieboskłonie świeciła gdzieś w odległej kosmicznej głębi i pewnie tak naprawdę dawno temu zgasła. To dzieci nadały prawdziwego światła i blasku wigilijnej nocy i świątecznym dniom, bo przecież gdzie indziej, jak nie w drugim człowieku szukać dziś Boga na ziemi? Więc barszcz z co najmniej trzech talerzy natychmiast wylał się na nowy obrus, a żur był najlepszą zupą na świecie. Pierogi, których ktoś nie mógł dojeść wylądowały pomiędzy talerzami, a właściciel małych rączek sprytnie upychających pierogi oznajmił głośno: "juś nie ma". Ryba smakowała wszystkim - nawet Meli, która, gdy nikt nie widział, zwinęła kawałek ze stołu i "prosiła", by wypuścić ją ze zdobyczą na ganek. Były pieśni śpiewane przy dźwięku gitary i szukanie pomiędzy prezentami tego dla "Małego Jezuska".
- Jezusek pewnie dostał książkę - powiedział Mniejszy Brat, który zasypia otoczony woluminami z domowej dziecięcej biblioteki. 
Dzieci intuicyjnie czują i dlatego wiedzą. Mniejszy Brat nie miał wiedzy zdobytej o tym, że "Na początku było Słowo a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo". 
- Babciu, ja nie lubię chodzić do kościoła... - powiedziała mi na ucho Maleńka Wnuczka. 
- ?
- Bo tam śpiewa się nudne piosenki. I są same zakazy!
- ???
- Jest zakaz jedzenia i picia - to rozumiem, ale jest jeszcze zakaz ziewania! A jak można nie ziewać, jak śpiewają same nudne piosenki?!
Gdy wujek się zagalopował i powiedział, że w pokoju "jakaś cholera śpiewa" Maleńka Wnuczka stanęła pomiędzy wujkiem, a ojcem, powoli zmierzyła wzrokiem i jednego, i drugiego i zwracając się ze stoickim spokojem do wujka powiedziała:
- Wujku, ta cholera to nasz tatuś.

- Babciu, a w żłóbku były oście... - zaczęła Maleńka Wnuczka.
- Co to są oście? - przerwałam.
- Nie oście, tylko "oście" - usiłowała mnie poprawić. - No: "o-ście".

Bolek podczas kilku godzin nocy, gdy ludzie swym zwyczajem położyli się do łóżek, zdążył towarzyszyć każdemu i ogrzać kocim futrem czy ktoś chciał, czy nie.
Jednego wieczoru, który przeciągnął się do późna, kilka sylwetek tkwiło pochylonych nad tabletem Synka i kreśliło na ekranie palcami słowa w grze słownej zdobywając punkty i zajmując pomimo zespołowej pracy, niezbyt premiowane miejsca. Pamiętam siebie, gdy z Moim Bratem kreśliliśmy słowa na kartkach w podobnej grze przed laty. Byłam Wtedy Małą Dziewczynką, która wciąż we mnie, gdzieś w głębi tkwi - na szczęście. 

Maleńka Wnuczka, pomimo, że podczas ostatniej naszej wizyty deklarowała, że: - moja mamusia najpyśniej gotuje, powiedziała: - babciu, jeszcze nigdy nie jadłam tak pyśnej zupy. 

Kładłam się do łóżka z Maleńką Wnuczką, figlowałam z Mniejszym Bratem i próbowałam oswoić Naszą Łaskawość. Wszystkich bliskich miałam wokół.
I to właśnie było Boże Narodzenie.





"Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał". (Ewangelia św. Jana)





czwartek, 19 grudnia 2013

Talitha kum! - kule precz!

Dojechałam wczoraj o jednej kuli do mojego Doktora do Krynicy-Zdrój autobusem pełnym młodzieży wracającej do podsądeckich miejscowości (wiejskich) ze szkół. Nikt z blisko 50 osób nie kwapił się, by zrobić mi miejsce, nawet to wydzielone i oznakowane dla osoby niepełnosprawnej. Musiałam przejść przez całą długość autobusu, bo na końcu tkwiły dwa wolne miejsca. Dałabym ból, kule i ową niepełnosprawność każdemu z tych młodych ludzi, by przeszli przez całą długość jadącego pojazdu. Będę musiała zrobić jakąś akcję wśród gawiedzi szkolnej, happeningi czy coś w tym stylu, by uwrażliwić młodzież na ludzi chorych. Na dzień dzisiejszy nie jestem trwale niepełnosprawna, ale został mi przecież tylko jeden stopień do całkowitego zwyrodnienia stawu kolanowego, więc wcześniej, czy później będę. Ale też, pomijając żarty, nie chodzi o mnie, bo kiedy wyszłam o kulach z domu z tą moją chwilową niepełnosprawnością, zobaczyłam, że na ulicy aż roi się od osób z kulami, laskami itp. To zdumiewające! Do tej pory aż tylu niepełnosprawnych ludzi nie było!
- Kiedy już wypruto mi nitki z kolana i kiedy Doktor powiedział: "dziewczynko, mówię ci, wstań!" i że kule nie są mi potrzebne, wstałam ze stołu i tańcząc odśpiewałam "Alleluja" - powiedziałam kilka godzin później Paseczkowi przez telefon.
- Aaaa!!! - słychać było zawód ze strony Paseczka - szkoda, że nie odśpiewałaś kwestii z "Dziesięciu Murzynków" - "Oooo!!! Aleee! Alea tikatonga" - byłoby lepiej. - Dobra, wróćmy więc do tego momentu: wstaję ze stołu, podnoszę ręce do góry i śpiewam "Oooo!!! Aleee! Alea tikatonga" - podchwyciłam pomysł Paseczka, który był zdecydowanie lepszy.  - No to co śpiewałaś? "Alleluja", czy "Oooo!!! Aleee!"?! - zapytała zniecierpliwiona Paseczek tonem, jakim pytają nasze dziewczyny podczas podróży naśladując Shreka: "No to daleko jeszcze, czy nie?!"

- Wiedzą ci, co naprawdę widzą - powiedziała Paseczek, jakby dosłownie cytowała Oliwkę z Czerwieni Pamuka - Nie możesz jej tego powiedzieć, bo ona nie jest otwarta na taką wiedzę. Może kiedyś się otworzy i dostrzeże i wtedy właśnie będzie gotowa, by usłyszeć to, co chciałabyś powiedzieć jej dzisiaj.

Czasem milcząc mówimy więcej. Tylko ktoś musi słuchać.



Matenadaran - ormiański instytut starożytnych rękopisów.
Tu rysunek z Nowego Testamentu z 1302 r.
Podczas lektury "Nazywam się czerwień" Orhana Pamuka
poszukiwałam informacji o tzw. arabskich ilustratorach i natknęłam się
na stronę tej największej na świecie biblioteki manuskryptów
znajdującej się w Erywaniu.

Myślę, że obraz ilustruje słowa Jezusa "Talitha kum!" ("Dziewczynko, mówię ci, wstań!")


wtorek, 17 grudnia 2013

Pamięci Jakuba Müllera - strażnika "di hailiky sztut Sanc"



"Człowiek jest podobny do jednego tchnienia, 
a dni jego są jak cień, co przemija".
                                                                     Psalm 144, 4




Dzień był pełen symboli: cienie ludzi na ulicy przy bramie kirkutu, słowa odbijające się echem wokół macew i ohelu cadyka Chaima Halbersztama, drzewa splątane z czasem, który przeminął i tęcza jako symbol przymierza Boga z człowiekiem... 



Słońce świeciło nad nieistniejącym żydowskim Sączem gdzieś w okolicy zamku i raczej wychylało się zza góry zamkowej, niż wędrowało po niebie. 16 grudnia dzień jest przecież krótki, a słońce leniwe. To cud, że po kilku dniach niepogody, właśnie dzisiaj otuliło jaskrawym światłem "Święte Miasto Sącz". Najbardziej w momencie, kiedy przy bramie żydowskiego cmentarza, który jest miejscem pielgrzymek chasydzkich Żydów z całego świata, córka Pana Jakuba - Karolina Lawitz mieszkająca w Szwecji - odsłaniała tablicę poświęconą pamięci tego wątłego ciałem, wielkiego duchem Człowieka, w trzecią rocznicę Jego śmierci.

Wspominała, że rodzinę wysiedlono w 1968 roku  z Polski do Szwecji, ale od kiedy otwarto granicę do Polski w 1989 r., jej tata nieustannie wracał do Sącza i nawet zastanawiała się z bratem, kto jest dla niego ważniejszy: jego dzieci i wnuki, czy Miasto; oboje - i ona, i brat - mieli wrażenie, że przegrali z Miastem. Trzeba przeczytać książkę p. Ewy Andrzejewskiej "Obok inny czas", by zrozumieć, czym Sącz był dla Pana Jakuba.


Cienie zebranych osób odbijające się na wybrukowanej ulicy i na murowanym fragmencie bramy, jako teraźniejsze i przyszłe cienie obecnie żyjących, mówiły aż za wiele.  Jakby Psalmista wyreżyserował dzisiejszą uroczystość i przygotował fragment Psalmu 144,4:
"Człowiek jest podobny do jednego tchnienia,
a dni jego są jak cień, co przemija".





Uroczystość przygotowaną przez p. Łukasza Połomskiego, młodego sądeckiego historyka, zaszczycił swoją obecnością rabin krakowski Eliezer Gurary, który odmówił kadysz za P. Jakuba Müllera.


Cmentarz położony jest w widłach Dunajca i Kamienicy, więc przechadzając się dzisiaj po ziemi, która płaszczem przykryła ciała wielu sądeckich Starszych Braci w Wierze, miało się wrażenie, że mgły, niczym pajęczyny rozciągnęły się tuż ponad macewami.


Za bramą, daleko od ulicy, w tym niezwykłym parku zapomnienia we mgłach gubiły się promienie słońca. Zawieszone na pajęczej sieci mgieł okrywały historię Świętego Miasta Sącza, niegdyś wielonarodowego bogatego w wielokulturowość, rozbrzmiewającego gwarą wielu języków,w tym jidisz.



Drzewa rosnące w szeregu prowadziły do ohelu cadyka Chaima Halbersztama, by bardzo blisko miejsca pielgrzymek chasydów z całego świata, rozpierzchnąć się niczym niesforne dzieci po łące. Równając w owym szeregu drzew macewy, zwrócone przodem do ohelu wielkiego cadyka, tworzyły szyk oddając równocześnie honor - tak je widziałam i czułam - przecież stały zwrócone inaczej w stosunku do pozostałych, nie zwracały się ku Jerozolimie. 


Wielki cadyk Chaim Halbersztam zwany Diwrej Chaim (hebr. Słowa Chaima) od tytułu rozpraw i komentarzy religijnych jakie spisał, spoczywa na sądeckim cmentarzu żydowskim od 1876 r. i od tamtego czasu jego grób jest miejscem pielgrzymek chasydów z całego świata. Ważna na pielgrzymkowej mapie chasydów jest również Bobowa (miejsce urodzenia cadyka Chaima), znajdująca się nieopodal Sącza i Łańcut. Cadyk miał siedmiu synów; trzech z nich spoczywa przy ojcu, w tym niezwykłym, grobie - ohelu.



Skromność.
Oto, co zwykł opowiadać rabbi z Sącza: "W młodości, kiedy rozpaliła się we mnie miłość Boga, sądziłem, że nawrócę cały świat. Ale wkrótce zrozumiałem, że dość będzie, jeżeli zdołam nawrócić ludzi w moim mieście: długo się nad tym trudziłem, ale to mi się nie udało. Zrozumiałem wtedy, że podjąłem się rzeczy zbyt wielkiej i zwróciłem się ku moim domownikom. Ale ich także nie udało mi się nawrócić. Wreszcie zaświtało mi, że powinienem starać się o to, abym sam rzetelnie i w prawdzie służył Bogu. Ale i tego nawrócenia nie zdołałem dokonać".

Martin Buber "Opowieści Chasydów", tłumaczenie Paweł Hertz, Wydawnictwo 
"W drodze" Poznań 1986.

Oszołomiła mnie ilość próśb przy grobie wielkiego cadyka. Z pozoru wyglądały jak nawrzucane papiery, a one nazywają się "kwitłech" i zawarte w nich prośby za sprawą Chaima mają trafić wprost do Najwyższego. Bo ohel cadyka jest miejscem cudów.


Cadyk Chaim Halbersztam (ur. 1782 r.) w Nowym Sączu osiedlił się w 1830 r. i pełnił funkcję rabina. Żył niezwykle skromnie, kierując się zasadą miłości bliźniego, pomocy najuboższym, włączając to wyznawców innych religii. Był niezwykle mądrym i uczonym człowiekiem. Jest założycielem szkoły talmudycznej.  



W czasie II wojny światowej cmentarz żydowski w Nowym Sączu przy ul. Rybackiej był miejscem masowych egzekucji Żydów i Polaków, dlatego w latach wojny pochowano tam tych, których rozstrzelano na miejscu - również chrześcijan.
W sposób niezwykły jeszcze w pierwszej połowie XX wieku splatały się losy ludności tego wielokulturowego miasta. Dla Żydów  - Świętego Miasta Sącza.
Więc niezwykłość zarejestrował nawet aparat, którego obiektyw zasłania filtr, który normalnie nie dopuszcza do takich "wynaturzeń" zdjęć, jak flara obiektywu, która jest skazą. Biblijny symbol tęczy - przymierza Boga z człowiekiem. Przymierza, które Bóg zawarł z Noem, że nigdy już ziemi nie zaleje potop jeżeli ludzie (przymierze Jahve odnosi się do wszystkich) będą przestrzegali: zakazu mordowania ludzi, zakazu kradzieży, zakazu czczenia fałszywych bogów,
zakazu czynów niemoralnych seksualnie,
zakazu spożywania części żyjącego zwierzęcia,
zakazu bluźnierstwa oraz ustanowienia sprawiedliwych i praworządnych sądów sądzących przestępstwa.

I wreszcie fundator tablicy - centralna postać na zdjęciu - młody mężczyzna - Dariusz Popiela, olimpijczyk i wielokrotny złoty i srebrny medalista w kajakarstwie górskim, który - prócz tego, że zdobywa medale i staje na podium - żyje od jednego dobrego uczynku, do  drugiego. Osobiście poznałam tego bohatera codzienności w dniu dzisiejszym, lecz tak naprawdę znam go od czasu, gdy pomagałam dziennikom Igi Hedwig ujrzeć światło dzienne. Wiele nieocenionego dobra, duchowego dobra, zrobił dla tej śmiertelnie chorej dziewczyny, będąc przyjacielem i dzieląc się siłą własnego charakteru, mocą słowa, że można przezwyciężyć wszelkie trudności. Dziś on i wszyscy zebrani przy tablicy pamięci Pana Jakuba Müllera ocalali od zapomnienia.

piątek, 13 grudnia 2013

Wymagajcie od siebie...

Najważniejsze to umieć zachować fason. Moje dzisiejsze wejście do wanny było właśnie z fasonem. Weszłam wślizgiem i jeszcze nie wiem jak tam moje nogi (pamiętamy, że nie dalej jak 23 września miałam operowaną tę nogę, której nie miałam operowanej 4 grudnia). Ale się nie przewróciłam!

Miało być o fasonie? No, niektórzy potrafią, niektórzy zaś nie potrafią żyć z fasonem. Ci drudzy niektórzy, to chyba nawet zapomnieli, że kiedyś istniało coś takiego jak fason, morale, honor i te sprawy, które decydują o naszym człowieczeństwie. Znalazłam dzisiaj w sieci piękny mem, który siedział sobie w jakimś odległym zakamarku, bo przecież spostrzeżenia, które zawiera, nie są popularne.



Jak od niedawna zwykłam to pisać na fb: byłoby komu zadedykować. Ale zadedykuję sobie. Bo bardzo potrzebuję zrozumieć drugiego człowieka. Zwłaszcza tego z kruchym, czy małym charakterem.

Człowiekiem, który w ostatnim czasie pokazał klasykę fasonu jest Fabian Błaszkiewicz. Dzięki Ci Panie za takich ludzi. Dzięki za to, żeś stworzył go wielkim mężczyzną z wielkim charakterem.



czwartek, 12 grudnia 2013

CISOWCOM




Całkiem zapomniałam, że zaraz po powrocie ze szpitala YT zaczął współpracować.  

Ten piękny haft to oprawka tzw. "Cisoteki". Są dwie "Cisoteki" - jedna zrobiona z szarego płótna o nazwie "Tom I" i druga zrobiona z zielonego płótna - o nazwie "Stah 2". Haftowałyśmy z Moniką według jej pomysłu. Tom I - wiadomo - tom, jak tom. Przy drugiej teczce stwierdziła, że trzeba ją nazwać inaczej, więc wymyśliła tego Stacha, ale brakło miejsca na "ch", dlatego jest "samo h". 
CISOWCOM wysłałam link mailem. Prawie wszyscy coś napisali w odpowiedzi. Balo napisała tak: "Super film, szkoda tylko że samych staruchów obsadziłaś w rolach głównych". Cała Balo. 
Tam nie wszyscy są CISOWCAMI. Niektórzy nie wytrzymali próby czasu, dodam, że bardzo długiego czasu. Inni są współmałżonkami, co wcale nie znaczy, że sympatykami ;). 

Radek zrobił nam wielki prezent przesyłając piosenkę o tęsknocie. Chociaż... Czasami zastanawiam się, czy ta tęsknota nie jest ułudą, czy jest w nas choćby krztyna tamtych ludzi, sprzed lat? 






środa, 11 grudnia 2013

Serce na szczycie

To, że zrobiłam dziś placki ziemniaczane nie jest oczywiście szczytem moich osiągnięć kulinarnych, bo pamiętać należy, że wciąż figuruję w statystykach jako "gospodyni domowa", więc skoro musiałam wybrać jakąś specjalność w tym "zawodzie", preferencyjnie potraktowałam gotowanie przed np. takim sprzątaniem, czy prasowaniem... Natomiast zrobienie dziś placków ziemniaczanych jest dowodem na to, że mój płyn mózgowo-rdzeniowy osiąga szczyt swojego wyrównania. I choć dalej mam wrażenie jakbym tonęła, gdy zbyt długo stoję, czy siedzę, i dalej mam zawroty głowy, które doprowadzają w rezultacie do bólu, i choć dzisiaj pojawił się dodatkowy objaw w postaci uczucia gorąca na całej długości kręgosłupa po tym, jak schyliłam się kilka razy, by posegregować i włożyć pranie do pralki, to jednak zrobienie tych placków jest wielkim osiągnięciem w moim powrocie do normalnego funkcjonowania po tzw. zespole popunkcyjnym, jako rezultacie znieczulenia podpajęczynówkowego do artroskopii kolana (prawego). Nawet kolano dziś złagodniało. I przekroczyłam wreszcie próg mieszkania, gdy potrzebowałam wziąć ziemniaki z pojemnika na korytarzu...
Od wczoraj, leżąc, wyobrażam sobie, że stoję na szczycie schodów i usiłuję zejść. Pewnie zejście ze szczytu schodów po operacji kolana jest niczym w porównaniu do zejścia ze szczytu pychy i dumy, na który człowiek z zapamiętaniem wspina się każdego dnia, a który to szczyt tkwi w świecie samotnie jak palec, oddalając od innych ludzi.
Boże daj umiejętność rozeznania ścieżek i dróg życia i ześlij talent niezbędny do odczytywania mapy, szczególnie nakreślonej górami, by móc ominąć szczyty, których zdobywać nie należy.

wtorek, 10 grudnia 2013

Medytacja w bólu

Gnał za mną od samego początku. Już w samochodzie w drodze powrotnej ze szpitala miałam pierwsze objawy, ale oszukiwałam się myśląc, że nie wypowiadając głośno jego imienia, odżegnam się jakoś od niego. W piątkowe przedpołudnie nie było już wątpliwości, że to on. Z potwornym bólem głowy zagonił mnie do łóżka i nie pozwolił się choćby odrobinę unieść aż do teraz. Każda próba pionizacji, nawet ta przymusowa polegająca na wyjściu do łazienki, kończyła się rozsadzającym bólem głowy. Wczoraj pojawiły się zawroty głowy, ale dzięki nim ból jakby zelżał. Tak więc po operacji kolana najbardziej boli mnie głowa.
Leżałam w pozycji horyzontalnej patrząc w sufit. Czasem lekko skręcałam głowę w bok - w tę, czy tamtą stronę. Kiedy patrzyłam w tę - widziałam drzewo na ścianie, które mnogością szczegółów powodowało natychmiastowe odwrócenie rozchwianego wzroku. Gdy zaś patrzyłam w tamtą stronę, za każdym razem, gdy otworzyłam oczy, widziałam twarz Chrystusa z "chusty Weroniki" wyrzeźbionej przez Ryśka Rolę. Normalnie ma oczy zamknięte, ale teraz, za każdym razem, gdy patrzyłam na Niego, uchylał jedno oko i zerkał ku mnie z lękiem, troską a najbardziej z pobłażliwością, jakby, po pierwsze, chciał sprawdzić, jak sobie radzę, po drugie, ogarniał swoją troską i uspokajał przesłaniem: przecież to nieodzowne; wytrzymasz.
Mi brakowało cierpliwości. Objawy zespołu popunkcyjnego minimalizuje się spożywaniem dużej ilości płynów, kofeiny, cukru, środków przeciwbólowych no i leżeniem - bezczynnym trwaniem po aktywizującej bombie. A tu ani książka, ani komputer, ani telewizja nie wchodziły w rachubę, bo drażniły, wzrok się nie mógł skupić, zaostrzały się objawy.
Wczoraj od rana do części, które bolą, dołączyło się operowane kolano. Miało prawo. Wybierając się na wędrówkę do łazienki sięgam po drugą kulę i stosuję wyuczony w szpitalu sposób chodzenia, by nie stawać na chorej nodze. W końcu, gdy stawiałam pierwsze kroki w szpitalu, pochwalili mnie, że od razu potrafię.
Rehabilitacja jest bolesna, więc zamiast trzech, ćwiczę dwa razy dziennie. Gdyby bolała sama noga, może bym się zdecydowała na ten trzeci raz, ale nie wiem, czy nie opóźniam przez to zażegnania objawów zespołu.
Mała Duża Córeczka spostrzegła, że z różnych zespołów ten może i nie jest najgorszy, bo mógłby mi się trafić np. zespół szkół, a wtedy ból głowy nie ustąpiłby samoistnie po przyjęciu pozycji poziomej.
Koty dotrzymują mi towarzystwa. Najbardziej dlatego, że wylegują się wtenczas na kocu zahaczając o róg poduszki, czasem się jakiś promień słońca po nich i po mnie prześlizgnie. Ale też oba koty mruczą nade mną na dwa głosy. Mruczenie kota, co udowodniono naukowo, leczy. Kiedy tak koty mruczały w duecie, a Chrystus z "chusty Weroniki" wyrzeźbionej przez Ryśka Rolę patrzył na mnie jednym okiem, zrozumiałam wpływ na modlitwę i medytację gongów w religiach Wschodu. Widziałam rzeczy i sprawy, które na powrót się przede mną zamknęły, a które ukazują się w momentach, gdy mózg pracuje inaczej niż zwykle. Pływałam w tamtych sprawach, bo zawsze się w nich pływa, nigdy nie chodzi ani też nie porusza w inny sposób i znów mogłam nabrać dystansu do tego, co na co dzień trapi. W momentach, kiedy ból głowy stawał się paraliżujący, uświadamiałam sobie, jak bardzo się jednak bałam tej operacji, jak bardzo! Nawet zapłakałam z tego powodu; ze strachu, który we mnie tkwił i z radości, że już po, a on jeszcze dławi.
Konsultowałam się telefonicznie z lekarzem. Ale też w końcu wezwałam lekarza na wizytę do domu, by mieć w kartotece, że to nie mój wymysł, a zdiagnozowany przypadek. Dziś najbardziej dokuczają mi zawroty głowy. I uczucie, jakbym tonęła, gdy za bardzo się spionizuję.

czwartek, 5 grudnia 2013

Strzyżenie stawu

Mój staw kolanowy został ostrzyżony niczym owca na hali. Bo jak owcze futro wyglądały na monitorze postrzępione powierzchnie chrząstki stawowej.
Byłam piąta w kolejce na zabieg wczorajszego dnia. Ostatnia. Dwa pierwsze zabiegi to miały być kobyły. Dlatego też, by nie denerwować się, założyłam sobie, że najwcześniej pójdę o 16. na blok. Wyznacznikiem miało być podanie tabletki na ok. godzinę, pół godziny przed operacją. Ponadto współtowarzyszka z sali miała iść przede mną. Pilnie nasłuchiwałam, czy wręcz podsłuchiwałam każdego telefonu, który dzwonił w dyżurce pielęgniarek. Około 16. na blok pojechała moja sąsiadka. Zaś ponad godzinę później telefonowano, że można zacząć szykować mnie. Szykować, znaczy podać tę tabletkę (zwaną "głupim Jasiem"), no i mnie na moje własne życzenie cewnikowano jeszcze, z czym był niemały kłopot. Na własne życzenie wybierało się rodzaj znieczulenia, przy podpajęczynówkowym można było jeszcze poprosić o "ululanie" by nie mieć świadomości, co tam robią na tym stole. Ponieważ operację żylaków przeżywałam świadomie, postanowiłam i podczas tej na kolano wiedzieć, co się wokół mnie dzieje. Kiedy już miałam nogi "nieczułe" zatelefonowano po doktora, bo lekarz operator wchodzi na salę ostatni. Moja sytuacja była niezwykle komfortowa, bo byłam całkowicie ubrana w szpitalny jednorazowy uniform od góry i we własne majtki i krótkie spodenki od dołu. Stół ze mną zajmującą całą jego powierzchnię odbijał się w lustrzanym suficie, po lewej stronie miałam monitor a na nim wyświetlał się przebieg zabiegu, znaczy wnętrze mojego kolana. Stąd wiem, że wyglądało to jak strzyżenie owiec na hali. Przecież niejednokrotnie widziałam jak strzyże się owce.
Już podczas zabiegu doktor powiedział, że stan kolana od środka nie przedstawia się tak tragicznie jak to wyglądało na zdjęciach, przy czym opis rezonansu robił sobie doktor sam, a potem potwierdził go lekarz, zupełnie niezwiązany z doktorem, opisujący badanie w pracowni MRI.
Dobrą stroną późnej godziny zabiegu jest to, że odpada doba zerowa - od razu jest noc i... o 10.00 w dniu następnym wypis do domu. To, co bolało było raczej następstwem tkwiącego w stawie drenu, który odprowadzał do butelki krew i zbierający się po zabiegu płyn. Usuwanie drenu również nie należy do przyjemności i były to chyba dwa najmniej przyjemne aspekty tej operacji (przeszłam w życiu niejeden atak kamicy nerkowej i kolki wątrobowej, znam więc gradację bólu). Zostałam uprzedzona, że w domu mogą mi się zrobić krwiaki i to jest również bolesne, ale nie ma przymusu dla krwiaków, by się robiły. Zwłaszcza, że ja, podobnie jak po operacji na żylaki i tak w pakiecie wybrałam wymioty nocą, jako skutek znieczulenia a może przyjmowania leków przeciwbólowych, albo antybiotyku? No i miałam też jeszcze dodatkowy pakiecik, ale czy to wypada tak o tym pisać? Chociaż i tak dzisiaj z rana już cały oddział wiedział o tym moim dodatkowym pakieciku, który jest co prawda od kilkunastu miesięcy wielką uciążliwością, ale kres jego jest bliski, a dni są policzone.
Podczas zmiany opatrunku dowiedziałam się, że mogę stawać na operowanym kolanie, co znaczy również, że nie muszę używać kuli. Otrzymałam więc te 6 tygodni, o które tak bardzo się martwiłam, że mnie unieruchomią w domu. Łąkotka była w porządku, żadnego z więzadeł nie trzeba było zszywać, żadnej śruby wstawiać, ani nogi szpotawić. Z czterostopniowej skali zwyrodnienia stawu, moje ma poziom trzeci, ale mogło być przecież znacznie gorzej ;). Kolano zostało ostrzyżone jak owca na hali, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem przywiózł mnie do domu i już tylko zastrzyki przeciwzakrzepowe, zmiana opatrunków, rehabilitacja, no i na najbliższe dni ten dodatkowy pakiecik, którego kres jest bliski a dni są policzone. No, za dwa tygodnie wyciągnięcie szwów po artroskopii, kontrola u mojego doktora i na jakiś czas po zmartwieniu. Na jakiś czas. Bo przecież został tylko jeden stopień do całkowitego zwyrodnienia. No i jeszcze drugie zwyrodniałe kolano...



poniedziałek, 2 grudnia 2013

2 dni

Moja Siostra zapytała dzisiaj:
- Boisz się?
- Nie.
- Jak to się nie boisz? Przecież każdy się boi przed operacją.
- Nie mogę się bać, bo uczucie lęku podnosi ciśnienie. Jeśli mi się podniesie ciśnienie, to nikt mi nie zrobi operacji. Był czas na lęk, to się bałam, teraz już nie.

Zawsze istnieje ryzyko, że z jakiegoś powodu (jeden z nich jest nawet bardzo realistyczny, zdecydowanie bardziej niż to, że mi - niskociśnieniowcu - podniesie się ciśnienie) operacja się nie odbędzie. Jeśli mogłabym chcieć, to nie chciałabym aby do takiej ewentualności doszło. Ale co ja mogę w tej materii?

Z pełną świadomością, że to ostatni przed wielotygodniową przerwą, odbyłam dziś mój kilkukilometrowy spacer rehabilitacyjny. Jutro mam być w szpitalu i być może nie pozwolą mi już wyjść z oddziału na ów spacer.

Mam pełne zaufanie do kompetencji lekarza, który będzie mnie operował, bo takie wzbudził we mnie mój lekarz prowadzący.

Dzisiaj ja rozbiłam szklankę.

Podziwiam młodych Ukraińców, że z takim zapałem dążą do zmian w swoim kraju. Równocześnie mam pełną świadomość, że te zmiany nie są dla nich niezbędne. Ich sytuację można porównać do sytuacji w lunaparku. Ci, którzy nie dostali biletu na karuzelę stoją na trawie i z zazdrością przyglądają się tym, którzy zapięci w krzesełkach unoszą się nad ziemią. Ci na karuzeli sprawiają wrażenie szczęśliwych, ale oni z ledwością powstrzymują wymioty od szaleńczego pędu myśląc, jak straszną głupotę zrobili wsiadając na karuzelę i marzą, by znów stanąć na trawie.
Karuzela zatrzymuje się, gdy minie czas zaprogramowania. Losy krajów toczą się niepowstrzymanie. I choć historia zatacza kręgi, to raczej nigdy na przestrzeni życia jednego pokolenia.

niedziela, 1 grudnia 2013

3 dni

Niedziela trochę leniwa. Drugi dzień zgłębiam tajemnicę YouTube w kwestii mielenia prezentacji. Serwis mielenie nazywa przetwarzaniem. Inny film mi przyjęło, tego o Cisowcach nie chce. W czasie gotowania obiadu notowałam listę rzeczy, których nie mogę zapomnieć do szpitala. Na pierwszym miejscu znalazły się kule. Trzeba było oszukiwać Dużą Małą Dziewczynkę, jak niegdyś jej starsze rodzeństwo, w kwestii przemycenia na obiad podrobów. Gdy przed kolacją się dowiedziała, że wołowina w materii mięsa na obiad była połowiczną prawdą, bo owszem był ozór wołowy, to chyba jeszcze do teraz pluje, choć i tak nie zjadła całej porcji.
Od kilku dni wolne chwile spędzam nad Bosforem w Stambule Orhana Pamuka. Trochę bardzo czarno-biały świat swojego dzieciństwa przedstawia, ale jest w tym rewelacyjny. Żeby czytelnikowi nie wydawało się, że są miejsca egzotyczne, wyjątkowe, tajemnicze i jakie tam jeszcze, ukazał rodzinne miasto jako coś zupełnie normalnego, niejednokrotnie nudnego i właśnie pozbawionego kolorów. Ta normalność w przedstawieniu bogactwa historycznego, czasów podbojów i ekspansji na Zachód ciekawie się mają w zestawieniu z "Mostem na Drinie" Ivo Andriča.
Pokazywałam dziś Mężczyźnie, Który Kiedyś Był Chłopcem w jaki sposób będę wychodziła po schodach, bo nie dowierzał, że dam radę. Wypełniałam ankietę anestezjologiczną przed tą operacją i pytano w niej m.in. na które piętro wychodzę bez odpoczynku. Pierwsze skojarzenie jakie miałam, to czy pytają o wychodzenie o kulach i skąd ja to już mam wiedzieć? Dopiero po przemyśleniu stwierdziłam, że chodziło im o normalne wychodzenie. Jest dobrze, znaczy nie mam tyłów. Chociaż kiedyś, ale to już pewnie 20 lat temu, wychodziłam o kulach na to moje 3 piętro. I chyba szybko zrezygnowałam z tego wymysłu i narażałam buta gipsowego na złamanie, bo nie miałam cierpliwości...



sobota, 30 listopada 2013

4 dni

Nocą... na 4. dzień... pewnie to były życzenia, dostałam maila ze studyjnym nagraniem piosenki, którą już raz dostałam, nagraną podczas próby. To Młody Jerzynka, o istnieniu którego do tamtej pory nie miałam pojęcia, skontaktował się kiedyś w wirtualnym świecie. Tak pięknie napisał wtedy o swoich najwcześniejszych tęsknotach za CISOWCAMI - drużynie brata, o upragnionej chwili przyjęcia w poczet członków I Chorągwianej Drużyny Drużynowych, że musiałam się popłakać. Płakałam czytając maila. Kiedy słuchałam piosenki ryczałam jak bóbr. Nic, że nagranie było z próby, jeszcze nieprofesjonalne - przecież do takiego grania i śpiewania nawykłam. Młodemu Jerzynce muzyka grała w duszy od najwcześniejszych lat, bo ponoć przy powrotach brata zawsze wypytywał o Marka C., czy napisał nową piosenkę, czy choćby śpiewał coś nowego.
Młody Jerzynka zamieszkał daleko. Z daleka tęskni się bardziej. Jego tęsknota ubrała się w pieśń*, która wzrusza. Szukał CISOWCÓW, aż znalazł się tutaj. Sprowokował mnie do jakże miłej i przyjemnej pracy. Mając tak piękną pieśń o tęsknocie za przyjaciółmi postanowiłam pomiędzy słowami i akordami umieścić ludzi i symbole. Sięgnęłam do mojego własnego archiwum i wygrzebałam nieco staroci, które musiały uzupełnić pieśń. Całe popołudnie pracowałam, aż zabrakło piosenki - tak dużo obrazów miało status "konieczny". Młody Jerzynka przesłał kolejne pieśni, które wnet znajdą się na płycie. Pracowałam, pracowałam i pracowałam, ale filmu dziś nie załączę, bo YT  napisał mi tak: "To trwa dłużej niż powinno. Twój film został umieszczony w kolejce i zostanie przetworzony, gdy tylko to będzie możliwe." Kolejki do przetworzenia filmu... koniec świata!

Jerzynko, dobrze, że zatęskniłeś!

Chusta CISOWCÓW

Do mojej zamrażarki nie zmieści się już nawet kartka z zeszytu... ale kto by ją tam wkładał?

sł. i muz. Marzena Chabowska, ALAYA

piątek, 29 listopada 2013

5 dni

O ile św. Andrzejowi Apostołowi jest wsio rawno w który dzień ludzie postanowili go czcić w sposób szczególny, więc mogłam przez roztargnienie spowodowane uporczywością myśli pomylić te dni, tak panu w hurtowni jajek nie było obojętnym, że przyszłam na zakupy bez pieniędzy. Ba! Ja poszłam bez plecaka (plecak = torebka). W drodze odczuwałam wyjątkową lekkość (plecak zawiera to i owo - jak damska torebka), więc cieszyłam się tymi ostatnimi dniami swobody i możliwości uskuteczniania moich spacerów frunąc niemal nad ziemią. Odleciałam nawet do domu moich wnucząt i zanim doszłam do hurtowni jajek odbyłam kilka rozmów z Maleńką Wnuczką i pozostałymi małymi człowiekami. Bo Maleńka Wnuczka powiedziała mi ostatnio konspiracyjnym szeptem wprost do ucha: "Babciu, następnym razem jak do nas przyjedziesz, to przywieź nam jajka niespodzianki!". (Kupowałam jajka kurze, ale skojarzenie z jajkami niespodziankami jest jak najbardziej na miejscu). No i już pokonałam tych kilka stopni do hurtowni jajek, stanęłam w kolejce i kiedy sięgnęłam ręką, by ściągnąć plecak okazało się dlaczego było mi tak lekko w drodze i dlaczego mogłam przenieść się aż do domu moich wnucząt.
Pewnie w innej sytuacji byłabym wściekła na siebie i rzucałabym: "A niech to! A niech to!" jak Maleńka Wnuczka, gdy odwiedziły ją "Łóżkosikacze", ale w tym wypadku uradowała mnie możliwość wydłużenia codziennego spaceru zadanego.
Dodatkowo wywiozłam się (autobusem) do rynku i wracając na nogach kluczyłam ulicami - by było dłużej i dalej.
Zakupiłam kompres żelowy, który mi polecono kupić i przywieźć ze sobą do szpitala. Kompres się chłodzi lub grzeje, w zależności od potrzeby. Kiedy podnosiłam podane pudełko i poczułam jego wagę, skrzywiłam się na samą myśl o przyszłym bólu, który spowoduje ciężar zamrożonego kompresu.
Moje biedne kolano!!! Uuuuaaaa!

Z zapasów świątecznych zrobiłam ćwikłę z chrzanem. Wiem, że to nie te święta, ale powiedzcie to Mężczyźnie, Który Kiedyś Był Chłopcem!

Maleńka Wnuczka zwiedza świat

czwartek, 28 listopada 2013

6 dni

Poszłyśmy z Lulą na spotkanie autorskie z panem Pawłem Spodenkiewiczem, autorem książki "Stefan Miecznikowski - jezuita i harcerz". Przechodziłyśmy przez ulicę Pijarską pod oknami, na których zawisła kontrowersyjna wystawa, ale nie zadarłyśmy głów do góry a tłumów gardzących, czy też podziwiających, które mogłyby nam wskazać, w którym miejscu głowy zadrzeć, również nie było. Zdecydowanie tłumniej jest w dziale komentarzy internetowych pod zamieszczonym linkiem.
Spotkanie autorskie, do których nawykłam od wczesnego dzieciństwa, było sympatyczne. Autor jest historykiem, pracownikiem łódzkiego IPN-u i kim tam jeszcze - warto przeczytać w Internecie. Kiedy mówił o swoim bohaterze, wyczuwało się w nim duszę romantyczną. Wyczuwało się też, że jest zauroczony i zachwycony postacią jezuity, harcerza. Nawiązywał do tylu drogich memu sercu wątków, że czułam, że z powodzeniem mogłabym zająć jedno z miejsc zajmowanych przez przyjaciół i druhów w bogatym w czyn życiu "Gorącego Serca". Bo takie leśne imię przyjął o. Miecznikowski w sądeckim harcerskim męskim hufcu.
Autor osobiście znał swego bohatera. Poznał go w czasie internowania, gdy ten przyszedł z posługą kapłańską do internowanych w Łęczycy. Kiedy wspominał, że na krótko przed swoją śmiercią o. Miecznikowski położył swoją dłoń na jego, mówiąc: "wspomnij mnie kiedyś", głos mu się załamał, a ja od razu wiedziałam co czuł od tamtej chwili przez wszystkie dni, które doprowadziły go do napisania książki i do Nowego Sącza.
Poznanie życiorysu Stefana Miecznikowskiego - jezuity i harcerza było wspaniałą lekcją patriotyzmu.
Dzieląc się sposobem pracy nad książką autor dał mi cenną lekcję. Powiedział, że kiedy szperał w archiwach i odgrzebywał różności w postaci zdjęć, notatek itp. WYOBRAŻAŁ SOBIE, jak to mogło być. Zapomniałam o tym, że historyk musi sobie przede wszystkim umieć wyobrazić, stworzyć obraz itp. A przecież dwoje starszych dzieci wychowałam na historyków. Pewnie więc sama działam intuicyjnie, nie zdając sobie z tego sprawy. I co? I autentyzm moich działań poszedł się paść. Odtąd już będę na chłodno kalkulować ile wyobraźni włożyć, by (jakąś) historię zbudować.
Zaraz po przyjściu do domu natknęłam się w Internecie na "Sądeckie Kroniki", których autorem jest Feliks Rapf - profesor gimnazjalny. Profesor Rapf wraz z rodziną był pierwszym gościem Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach z końcem sierpnia 1927 r. na co jest dowód w postaci osobistego wpisu do Kroniki Stanicy, który to wpis z dziką radością badacza zaledwie tydzień temu odnalazłam w stanicznej kronice znajdującej się w Archiwum Narodowym o/N.Sącz. Zaś "Sądeckie Kroniki " zaledwie kilka lat temu znalezione w czyjejś szufladzie, wystawiono i kupiono na aukcji i pokazywano z wielką atencją w Sączu. Choć żadne instytucje publiczne nie były zainteresowane kupnem owych i zakupiła je prywatna osoba. Gdy 2 lata temu (pewnie z nawiązką) oglądałam po raz pierwszy "Sądeckie Kroniki" nazwisko Rapf nic mi nie mówiło... dziś jestem szczęśliwą posiadaczką wiedzy, że jako pierwszy śnił sny pod niebem rozpostartym nad Szeroką Polaną, na której stoi najwspanialszy dom na świecie - Stanica Harcerska w Kosarzyskach. Proszę zwrócić uwagę w filmie na aspekt zatytułowany "Tradycja" i ilość harcerzy w przedwojennym Sączu. (A dziś mówi się harcerzom, by nie przychodzili na uroczystości patriotyczne, bo nie będzie dla nich miejsca...).
"Rozsłonecznionej pogody przyrody i ducha, jaka nam tutaj przypadła w udziale, życzę wszystkim tym, którzy kiedykolwiek pod dach Stanicy zawitają" - pisał profesor. 
Kolejny człowiek orkiestra - grał na wszystkich instrumentach; wychowywał i uczył, wspierał działalność charytatywną, dokumentował i pewnie długo by wyliczać tak w przypadku profesora Feliksa Ralpfa, jak i o. Miecznikowskiego.
Znam i dzisiaj takich ludzi - autorytety, które jak cokół podtrzymują pomnik ludzkości. Pomnik, który czas kruszy bezlitośnie im więcej lat, a z nimi doświadczenia mi przybywa. Na szczęście rodzą się jeszcze tacy ludzie. 


Wpis prof. Rapfa do kroniki Stanicy


Sądeckie Kroniki prof. Feliksa Rapfa


Nie zrobiłam dziś żadnych pierogów na zapas. Ani innych przyziemnych rzeczy - na 6 dni przed operacją. Bo dzisiejszy dzień był tym, dlaczego operacja się przesunęła w czasie.


środa, 27 listopada 2013

7 dni

Na siedem dni przed operacją dalej zapełniałam zamrażarkę gotowym jedzeniem. Nikt mnie nie wyręczy w przygotowywaniu obiadów, to przygotowuję. No i oczywiście osiągnęłam równowagę emocjonalną, a przynajmniej dostrzegłam, że jestem szczęściarą, bo przecież zorganizowałam i przeprowadziłam, co zamierzyłam, czyli oba listopadowe przedsięwzięcia, a nawet jedno więcej. Mam na myśli wyjazd do Lwowa całej wycieczki i MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ oraz Harcerskie Zaduszki - zorganizowanie których wg pomysłu dh. Bogusia - raczej wymusiłam na serdecznych druhach. Chciałam zapełnić mój czas działaniem, by odciągnąć uporczywość myśli. Nie przewidziałam opóźnienia terminu operacji. Gdyby nie to opóźnienie, już byłabym po.
Uporczywość myśli jest intensywna i dokuczliwa. Okazało się, że z roztargnienia pomyliłam teksty dzienne do pikczerów - wspólnego z ksasem przedsięwzięcia. Przyspieszyłam wspomnienie św. Andrzeja o jeden dzień. Dobrze, że był czas na zmianę. I że się zorientowałam, bo przecież mogłam być w dalszym ciągu roztargniona z uporczywości myśli.
Paseczek przyniosła krzesełko do kąpieli nakładane na wannę :).
Skończyłam tę nudną książkę i właśnie wyruszam zaraz ku nowej przygodzie.

Lekarz obiecał mi, że pójdę w góry.

Światełko pamięci z Harcerskich Zaduszek

wtorek, 26 listopada 2013

8 dni

Wykonałam telefon do pielęgniarki do szpitala w Jędrzejowie i dowiedziałam się, że mam przyjechać dzień wcześniej; sami zrobią mi badania przed operacją i nie mam - jak widniało w informacji - przyjeżdżać w dzień zabiegu już ze zrobionymi. I tak mam zrobione. Chciałam tylko zapytać, czy robić na nowo, bo przez przesunięcie terminu lekko się zdezaktualizowały. Przybliży mi się więc czas pójścia do szpitala.
Na oddziale dostałam też namiary na nocleg dla Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem. Pani prowadząca agroturystykę zapytała:
- Pani ze szpitala? To dwie noce będą, jak u wszystkich.
Moje codzienne spacerowanie wymieniłam dzisiaj na wyprawę do lekarza z Dużą Małą Dziewczynką, bo znowu chora. Troska o jej stan zdrowia skutecznie zapełniła mi czas, który miałabym na zbędne myślenie. Pochłonęła mnie też nowa lekcja grafiki komputerowej, którą sobie zadałam. Czas okłamałam, ale i tak prawie nic mi w głowie nie zostało z tej lekcji - po kilku godzinach chciałam powtórzyć nowe umiejętności i samodzielna praca zadziałała połowicznie. Nie dlatego, że trudne; dlatego że mi się głowy nie trzyma.
Nawet książka, którą czytam jest kiepska, a przynajmniej nie na tyle dobra, by wciągnąć.
Dzień wcześniej, czyli właściwie zostało 7 dni. Nie mówiąc, że dzisiejszy już się kończy, i że zleciał jak z bicza trzasł.

poniedziałek, 25 listopada 2013

9 dni

To przesunięcie terminu operacji było chyba czymś najgorszym, co się mogło zdarzyć. Jeśli nie znajdę w sobie jakiegoś sposobu na uspokojenie się, to mnie strach chyba zje, albo pochłonie. Duża Mała Dziewczynka kombinował dziś nad opcją, by komputer mi się blokował, jeśli tylko podejmę zamiar otwarcia jakiejś strony z artroskopią.
Głowa mnie boli. Pewnie podniosło mi się ciśnienie, choć zazwyczaj mam niskie, prawie jak nieboszczyk.
Zima zawitała w świecie, który od dawna był szary. Zrobiło się biało. Wyszłam na moje codzienne spacerowanie i dziwiłam się ludziom, że złorzeczą zimie. Tylko dzieci pod szkołami zużyły cały śnieg na śnieżki, bo przecież każde, ale to każde dziecko musiało zrobić przynajmniej jedną kulę i pacnąć kolegę lub koleżankę. Dzieci to się potrafią cieszyć! I nie boją się jak dorośli.
Trenowałam schodzenie i wychodzenie po schodach o kulach.

niedziela, 24 listopada 2013

10 dni

Kiedy po południu odebrałam maila od Doktora z informacją, że jego zespół uzyskał pieniądze od NFZ i moją operację zaplanował na nowo na 4 grudnia, to wystraszyłam się bardziej niż w ogóle do tej pory się zdążyłam bać w związku z wiedzą o operacji kolana. Nie podobało mi się przełożenie zabiegu na kwiecień, bo wyglądało to tak, że nie dość, że kontrakt został wyczerpany i moja operacja nie odbędzie się w zaplanowanym terminie, to jeszcze dodatkowo zostanę ukarana przeniesieniem na koniec kolejki. Skoro więc dzisiejsza informacja spowodowała taki lęk, to musiałam w głębi ducha liczyć na ten kwiecień, choć tak naprawdę nie wyobrażałam sobie jakim cudem to kolano doniesie mnie do wiosny.

BOLI.

Podczas wizyty kwalifikującej do zabiegu Doktor mówił, że operacja będzie polegała na niemal całkowitej rekonstrukcji stawu kolanowego. Zabieg będzie wykonywany przy znieczuleniu podpajęczynówkowym i ponoć mogę oglądać wszystko na monitorze.
Po pierwsze Doktor będzie mi wstawiał śrubę w kość piszczelową, by uzupełnić wytarte i wyłamane fragmenty kości. Śruba wstawiona pionowo od góry do dołu będzie podporą dla sztucznej łąkotki (a może allogenicznej? tego nie wiem), ponieważ i łąkotka przyśrodkowa i powierzchnie stawowe kości piszczelowej i udowej wraz z fragmentami kości są wytarte, starte i połamane. Następnie zrobi osteotomię okolicy stawu kolanowego, tj. przeniesienie obciążeń w stawie z okolicy przeciążonej na zdrową  przez przecięcie poziome kości i korekcję osi (Doktor wyraził się: lekko pani wyszpotawię nogę, by w przyszłości, gdy się nam staw zregeneruje odwrócić z powrotem oś nogi na miejsce ;) ). Osteotomię  stabilizuje się metalowymi implantami, pozwalającymi na zrośnięcie się odłamów. Jest tam jeszcze w moim kolanie do zszycia któreś więzadło, prawdopodobnie przednie krzyżowe i torbiel Bakera do usunięcia. Prócz tego trzeba poodkurzać, by usunąć walające się fragmenty odłamanych fragmentów kości piszczelowej i udowej oraz jakieś śmieci po uszkodzeniu łąkotki i rzepki.

Po 24 godzinach od zabiegu, najdalej po 48, mam wyjść do domu.

Miniony tydzień, w związku z odroczeniem jakie uzyskałam, był cudownym tygodniem bez żadnych strachów. Jedynym lękiem jaki mnie spowijał był ten, jak dotrwam z tym kolanem do kwietnia, ale nadzieja na odwleczenie się tego wszystkiego w czasie była tak wielka, że  miałam same optymistycznie wizje.

Więc zostało 10 dni.



piątek, 22 listopada 2013

F60.0

Z upływem czasu ma się wrażenie, że ludzi, którzy potrzebują porady psychiatry przybywa. I to w zastraszającym tempie. Nie, żebym siebie samą miała za całkiem normalną. Ale też z wielkim niepokojem obserwuję jak na moich oczach ludzie odkrywają się i obnażają ze swych skrywanych przypadłości. Bo taki wariat to doskonale wie, jak zabłysnąć w środowisku i co zrobić, by przez długie lata uchodzić za pozytywnego i normalnego gościa. Zwłaszcza, że niejeden wariat to taki "bystrzak" towarzyski, co to elokwencją, żartem, dowcipem, znajomością różnorodnych tematów i czym tam jeszcze potrafi oczarować. A pilnuje się przy tym dokładnie, by przypadkiem nie zostać zdemaskowanym.
Wydaje mi się, że jestem dobrym obserwatorem i intuicyjnie potrafię wyczuć intencje, zamiary i prawdziwe osobowości ludzi, z którymi mam kontakt. A jednak zdarzyło się kilka razy w moim życiu, że pozwoliłam się zwieść pozorom i fałszywemu obrazowi, który z tak wielką perfekcją potrafił odmalować jakiś psychol.
Więc zastanawiam się, czy jest to skutkiem mojej naiwności, której głównym wątkiem i równocześnie osnową jest zaufanie i wiara w człowieka, czy też może manipulacja i spryt tych, co bardziej niż ja odstają od normy normalności psychicznej.
No bo sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy ktoś się okazuje pospolitą świnią.


Archiwalia

Dostałam od Druhny Mańci tajny liścik na karteluszce z sygnaturą dokumentów z Archiwum Narodowego. Prosiłam ją o informacje na temat Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach, a ona od razu z grubej rury. Najpierw zadzwoniłam do Archiwum i zapytałam o co trzeba. Więc, gdy weszłam do biura Archiwum mało atramentu nie wypiłam. Pierwszy raz w życiu mnie tam poniosło. Już po wymianie pierwszych zdań z pracownikami okazało się, że przez telefon to o nic nie zapytałam. Albo po prostu pracownicy Archiwum bardziej do starych dokumentów przystają niż do kontaktu z ludźmi. We własnym mniemaniu jestem osobą komunikatywną - od dzieciństwa słyszałam, że nie mam problemów z nawiązywaniem kontaktu - ale z panią z Archiwum nijak dogadać się nie mogłam. Kiedy się okazało, że tych dokumentów nie dostanę od razu, że muszę wypisać jakieś fiszki, w dodatku każdą podwójnie i małymi literami (nie wzięłam okularów) i muszę przyjść w umówionym terminie, choć i tak nie ma gwarancji, że otrzymam zamówione dokumenty, bo jeszcze do końca nie są zarchiwizowane i na dowód tego pan pokazał mi (kiedy już wypisałam kilkanaście fiszek małymi literami, podwójnie i bez okularów) w tzw. katalogu, że właśnie "o w tym miejscu jest zaznaczone, że nie są jeszcze skatalogowane" to myślałam, że się rozpłaczę. Zamiast tego wyraziłam podziw dla obu państwa za umiejętność pracy w takim miejscu i miałam nadzieję, że nie zabrzmiał zgryźliwie. Potem wiłam się jeszcze przez kilka godzin w bezsilnej złości, że nie jestem typem naukowca, że praca badacza jest nie dla mnie, że przecież dopiero co Mama Halinka powiedziała tak pięknie, że mam duszę męczeńsko patriotyczną i ja właśnie chcę być męczennicą patriotką, a nie jakimś tam wiarygodnym historykiem, czy choćby znawcą tematu.
W umówionym terminie, czyli dzisiaj, udałam się do Archiwum z własnym nośnikiem rejestracji dokumentów, czyli z aparatem fotograficznym i jeszcze dobrze drzwi za sobą nie zamknęłam, a pani przywitała mnie w te słowa: - Pani miała dzisiaj przyjść? Bo my chyba nie przygotowaliśmy dla pani materiałów. - Tak, dzisiaj. O dwunastej - odpowiedziałam siląc się na luz w głosie i zachowaniu. (Wciąż ćwiczę cnotę cierpliwości!). Okazało się, że dokumenty czekają na specjalnym wózku. Wszystkie! Nawet te nieskatalogowane. Przedtem i dzisiaj wypisałam sto tysięcy oświadczeń, złożyłam tyleż podpisów stwierdzających zapoznanie się z... i zgody na...; pouczona jak mogę dokumentować udostępniony materiał, rozśmieszona do rozpuku zakazem manipulowania dokumentami na stoliku w celu sfotografowania itp. miałam serdecznie dość. Bardziej niż serdecznie. I bardziej niż dość.

Kiedy dotknęłam oprawy pierwszej kroniki Stanicy Harcerskiej z lat 1927 - 1939 zapomniałam o Bożym świecie. Nigdy w życiu jej nie widziałam. Swojego czasu kontaktowałam się z dh. Bronką Szczepańcówną (prawdopodobnie od niej trafiła ta kronika do Archiwum) w sprawie materiałów do mojej pracy dyplomowej, ale kroniki mi wtedy nie pokazała. Stało się coś niesamowitego i nieprawdopodobnego. Zaledwie wczoraj nasi seniorzy z "Szumiącego Boru" opowiadali o tym, co na stronach kroniki, a tu słowo stało się namacalne, by nie rzec, że ciałem. "Siwa Broda przyjechała./ Parada! Parada!/ I ze szopką nas zabrała./ Circium! Ciarada!" podśpiewywała wczoraj swoją rolę niegdysiejsza dziewczynka, która w zuchowym mundurze brała udział w szopce harcerskiej zbierając fundusze na budowę Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach i na cele dobroczynne, a tu masz: jak cokół w kronice podtrzymują jedną ze stron.
Przewracałam kartki cieniuteńkie, pożółkłe, szeleszczące jak pergamin, karmiłam się każdym wyrazem przepięknie wykaligrafowanym, każdą wyczytaną informację traktowałam jak najcenniejsze wykopalisko, podziwiałam ręczne ilustracje i zdobienia, zamieszczone fotografie chłonęłam i... pokochałam bycie naukowcem i badaczem-odkrywcą.
Nie wiedzieć kiedy zleciało kilka godzin. Gdy wyszłam na ulicę, miałam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie; że mój świat jest innym światem. Dokonałam niesamowitych odkryć, mianowicie że wszystko, co dzisiaj robimy, jest tylko powielaniem tego, co robiły wcześniejsze pokolenia. Więc tak bardzo dziwiłam się współczesności gnającej ulicami miasta. Znalazłam zapis, że w 10. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości męski i żeński hufiec podjęły wspólne postanowienia, wśród których znalazło się dotyczące corocznych uroczystości rocznicowych. A ja myślałam, że to ja wpadłam na pomysł MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ... Odkryłam przyczynę powstania  w 1920 r. Koła Przyjaciół Harcerstwa. Nie różniła się niczym od przyczyn powstania Stowarzyszenia Przyjaciół Harcerstwa "Czuwaj", do założenia którego nawoływałam nie tak dawno temu druhny i druhów. Już wtedy Kraków miał chrapkę na ten przepiękny zakątek Sądecczyzny w postaci Szerokiej Polany w Kosarzyskach. Znalazłam odezwy ludzi do nie dzielenia Polski i Polaków a do zjednoczenia. I najbardziej wzruszające słowa zawarte w innym dokumencie kronikarskim: "Chciałbym uczcić Stanicę jak kogoś bliskiego, drogiego, żyjącego." - napisane przez dh. Józefa Hałasa, profesora sztuki. Bo tak właśnie Stanicę się czci.


Podpisywałam oświadczenie,
że nie będę publikowała udokumentowanych trwale materiałów,
ale w myśl zasady, że:
 nawet jeśli czegoś nie wolno, a bardzo chcesz, to wolno,
zamieszczam maleńkie fragmenty, ociupinki dwóch zaledwie stron. 

I kto poskładał tak wydarzenia, że to wszystko stało się moim udziałem?

środa, 20 listopada 2013

Harcerskie zaduszki

Wieczór ukołysany do snu poezją wyśpiewaną w jednej chwili zamienił się w noc rozświetloną dwoma księżycami w pełni. To banie latarni zaglądały wprost z ulicy. Podsłuchiwały i podglądały zazdrosne o migotliwe światło świec palonych dla pamięci. Niektórych wypominano wielokrotnie - przyjaciół harcerzy. I choć promień ich światła zgasł już dla świata, nikłych płomyków przybywało z każdym wspomnieniem o każdym przyjacielu. Wielu z tych, co odeszli, znałam osobiście. Z innymi - pomostem pamięci łączy najstarsze pokolenie. Bo do czegóż porównać opowieść osiemdziesięciokilkulatka o swoich wychowawcach, jak nie do bajań o twórcach harcerstwa na sądeckiej ziemi? Ileż legendarnych nazwisk padło w ten zaczarowany wieczór?! Od "Siwej Brody" (prof. Kazimierza Ostoi-Chełczyńskiego), przez Bronkę Szczepańcównę, małżeństwo Żytkowiczów, rodzinę Pawłowskich itd. itd. Wspaniały druh Tadeusz, który był uczniem "Siwej Brody"! Jak cudowną opowieścią jest jego życie! Cały "Szumiący Bór" bogaty w pamięć o pokoleniu, którego nie spotkałam, dzielił się dzisiejszego wieczoru wspomnieniami.
Też tylu odeszło w ostatnim czasie! Nie byli staruszkami. Śmierć zastała ich w pół drogi, wśród wielu niedokończonych spraw. Niektórzy nie zdążyli dzieci wychować; szykowali się do wszystkiego, tylko nie do odejścia w zaświaty. Ktoś wspomniał młodego harcerza, któremu śmiertelna choroba pokrzyżowała zapewne jakiś plan na życie i prócz pamięci nie ma już po nim niczego.
Ile radosnych chwil wychynęło z zakamarków pamięci wszystkich skupionych w harcerskim kręgu wokół światełek pamięci... Te zaś, chybotliwe i nikłe, rozświetlały listopadowy mrok i grzały serca. Jak zawsze. Bo taką mają właściwość, gdy spotkają się razem - ogień i serce w harcerskim mundurze.






Harcerskie zaduszki


Harcerskie zaduszki


Harcerskie zaduszki



wtorek, 19 listopada 2013

Układanka

Nastraszona strachami, napędzona własnymi obawami odebrałam wczoraj telefon, że kontrakt w szpitalu w Jędrzejowie wyczerpany. Trwają renegocjacje i jeśli się powiodą, to operacja odsunie się o tydzień, dwa. Zaś jeśli się nie powiodą, to nie wiedzieć czemu wskoczę na koniec kolejki, czyli na kwiecień. Jak to niegdyś ksas filozoficznie ujął "wszystko jest po coś", więc szybko pogodziłam się z wieściami i rozmrażając lodówkę, zaczęłam szukać jasnej strony. Najjaśniejsza jest ta, że odroczona jestem od lęku i strachu. Może na wiosnę lepiej zniosę rekonwalescencję po operacji? Będzie słonecznie i pogodnie, bardziej optymistycznie niż w grudniu i w styczniu. Z początkiem roku doktor jedzie na szkolenie, może nauczy się nowego sposobu na rekonstrukcję mojego stawu?
Zimą pójdziemy z Paseczkiem na Obidzę i do Wąwozu Homole, jak Paseczek planowała... (zimą dobrze się chodzi po górach, bo we wszystkich nierównościach nawiane jest tyle śniegu, że droga się robi bardziej płaska ;) ).
Same jasne strony tego odroczenia.
Zawsze byłam przekonana, że rozmrażanie lodówki jest śmiertelnie nudną czynnością. W obecnym stanie ciała i ucha przekonałam się, że jest to niezwykle ciężkie zajęcie. Co prawda pierwszy raz w życiu rozmrażałam lodówkę na prostych nogach, a jak by nie patrzeć lodówka ma górę i dół, więc do części dolnej wygodniej byłoby kucnąć, czy klęknąć. Ba! Kiedy obserwuję w kościele klęczących ludzi to mam wrażenie, że klęczenie ktoś wymyślił dla zadania największej tortury i zastanawiam się dlaczego akurat w kościele stosuje się te najcięższe. Im dłużej myślę, tym dalej jestem od sensownego wniosku, zaś te, które mi się nasuwają, powinny zostać niewypowiedziane.
Zasapałam się i spociłam (podczas rozmrażania); na koniec musiałam usiąść i odpocząć. Dawno nie wykonywałam pracy fizycznej. Zaś niedawno miałam dwie operacje.
No i w świetle tych dwóch operacji minionych i kolejnych dwóch czekających mnie ostatnie zdarzenia zakrawają na spisek. Tuż po pierwszej operacji, uczestniczyłam w pogrzebie. Chciałam dokonać dokumentacji fotograficznej, ale nie chciałam się rzucać w oczy, więc usiłowałam po cichu dogadać się z panami łapiduchami prowadzącymi kondukt, w którą stronę będziemy się udawać. Na co jeden z panów łapiduchów odpowiedział mi, że na "trzynastkę".
- Ale ja nie wiem, gdzie jest "trzynastka" - powiedziałam.
- Przecież pani tam ma grób - usłyszałam w odpowiedzi.
Pan łapiduch zastosował skrót myślowy, bo rzecz jasna chodziło mu o grób najbliższych, nie o mój - aczkolwiek być może słyszał, że zamierzamy poddać się kremacji i spocząć w tymże, przyciasnym na kolejną trumnę z całym nieboszczykiem.
Przez jakiś czas po tym zabawnym zdarzeniu opowiadałam wszem wobec, że "a może panowie wiedzą więcej niż ja?".
Aż na fb dostałam zaproszenie od Całkiem Obcego Pana. Postanowiłam "sprawdzić" gościa w Internecie. I co się okazało? Całkiem Obcy Pan nie dość, że jest dyrektorem pogotowia, to jest jeszcze członkiem rady społecznej szpitala w mojej miejscowości.
To Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem poskładał wszystkie elementy układanki:
- Ludzie pogotowia, szpitala, grabarze... wszyscy cię mają namierzoną - powiedział.

piątek, 15 listopada 2013

...na ile nas sprawdzono.

Czas, który miał przeznaczenie, przeszedł już swoją granicę. Teraz wystaje gdzieś poza i boi się, że spadnie w przepaść, bo poza kresem krawędzi nie ma już żadnej przestrzeni, na której mógłby się zatrzymać. Lęk odczuwany przez czas z każdą upływającą godziną przenosi się na mnie i teraz marzę już tylko o tym, by przespać dzielącą mnie odległość od chwili, która jest wyznaczona. Prócz codzienności, nie ma już nic, co pozwoliłoby zaczepić się myślom i uciec w jakiekolwiek sensowne działanie, poza lepieniem pierogów i rozmrażaniem lodówki. Wraz z czasem kurczy się ilość tych, którzy coś znaczyli. Znaczyli na przykład różnicę pomiędzy codziennością, a niezwykłością. I to on -przeklęty i zarazem błogosławiony czas - uwidocznił, że sami znaczyli tyle, co nic. Egoizm i pycha nakarmiły najwierniejszych do rozpuku. Powiedziałam: nie mogę udawać, że jest dobrze, kiedy wszystko wkoło mówi, że jest bardzo źle. Nasłuchuję więc, kiedy nastąpi wielkie buuum - wtedy uleci powietrze z nadymanych ja wszystkich byłych. W moim świecie aż roi się od pustych cokołów, na których niegdyś stali ludzie, którym ofiarowywałam ciepłe myśli, jak rękawiczki w zimowy dzień. I siebie, jak głodnemu chleb na myśli. Więc myśli pozostały samotne - ogołocone jak listopadowe drzewa. Odarte z bólu, który zadany po raz wtóry nie ranił już tak głęboko, jak za pierwszym cięciem. Dominuje tęsknota. Za tym, co przed, nie za tym, co za mną. Z uczuciem, które podnosi usilne próby wydostania się na powierzchnię - z lękiem. Lękiem przed bólem samotności w bólu, w świecie pełnym pustych cokołów, drzew bez liści, późnojesiennej szarugi i nieba zaciągniętego chmurami w kolorze stali.
Trudną mi pozwoliłeś wybrać drogę, Boże.

środa, 13 listopada 2013

Prosto z mostu prawem eliminacji

Analityka w szpitalu jest czynna do 10.00. Nasz Doktor wzywa mnie i Dużą Małą Dziewczynkę do gabinetu w przyszpitalnej przychodni specjalistycznej dopiero o 9:40 uspokajając, że zdążę zrobić badania. Obie mamy konsultacje, do tego ja mam do Doktora ostatnie pytania, których nagromadziło się sporo przed czekającą mnie operacją kolana. To już za dwa tygodnie. Nieśmiało proszę Doktora o numer telefonu. Dostaję go wraz ze skierowaniem do szpitala i skierowaniem na badania laboratoryjne. Niemal biegniemy do analityki, bo kiedy wychodzimy od Doktora jest 9:55. Oczywiście, że to "niemal biegniemy" jest wielką przenośnią, bo przecież zaledwie stawiam nogę na ziemi. W pamięci mam sen minionej nocy - śniłam rzecz niemożliwą. Biegłam we śnie w słoneczny dzień przez rozległą przestrzeń, która raz była polaną z wysokimi trawami muskającymi moje dłonie, raz wybrukowanym granitową kostką placem. Obie przestrzenie były łagodnym stokiem górskim, bo wyraźnie biegłam w dół. Zawahałam się na moment w biegu, bo uświadomiłam sobie, że nie mogę biegać. - Jak to nie mogę, jak biegnę? - pomyślałam i pobiegłam jeszcze szybciej...
Więc niemal wbiegłyśmy do poczekalni w analityce. Tam oczekiwało jeszcze kilka osób. Kobieta, która właśnie wyszła z gabinetu powiedziała: za mną była jeszcze jedna pani, poszła do przychodni coś załatwić, ale skoro jej nie ma no to przepadła jej kolejka. Kiedy miałam wchodzić do gabinetu jako ostatnia pacjentka, do poczekalni weszła młoda kobieta w zaawansowanej ciąży. Nawet chciałam ją przepuścić przed sobą, ale ona skinieniem głowy podziękowała. Pobieranie krwi w krynickim szpitalu idzie błyskawicznie, więc po chwili wychodziłam już z gabinetu trzymając lewą rękę w geście Kozakiewicza. Młoda kobieta w ciąży poderwała się z krzesła i już przekroczyła próg gabinetu, gdy do poczekalni z zewnątrz wtargnęła owa kobieta, która przedtem zarezerwowała sobie kolejkę i z krzykiem: Moja kolejka! Przeszła moja kolejka! Proszę wyjść! - wyszarpnęła młodą kobietę w zaawansowanej ciąży na zewnątrz z gabinetu. W poczekalni oprócz nas - żywego ducha! Na szczęście laborantki, pielęgniarki zachowały zimną krew i wyprosiły krzykaczkę z gabinetu, prosząc ciężarną.
- Przecież niemal pani nie stratowała tej kobiety w zaawansowanej ciąży - zauważyłam spokojnie - Czy nie widzi pani, że jest pusta poczekalnia i żadna rezerwacja nie przyspieszy, ani nie opóźni pani przyjęcia?
- A co się pani wtrąca? Miałam zarezerwowaną kolejkę!!! Byłam tylko u lekarza!!! Ja tu pracowałam w tym szpitalu, nie tylu pacjentów przyjęłam!!! Co to panią obchodzi!?!?!? Jakim prawem się pani wtrąca!?!?!? - wrzeszczała.
- Co mnie obchodzi? Jakim prawem się wtrącam? - zapytałam równie grzecznym tonem jak wcześniej i  równie grzecznie natychmiast udzieliłam odpowiedzi - Prawem eliminacji chamstwa i bezczelności w otaczającym mnie życiu.
- Niech się pani już zamknie!!!

O nie! Ja dopiero zaczęłam tak naprawdę i na poważnie.

wtorek, 5 listopada 2013

Abrazja

Lekarz operator przypinał moje nogi pasami do kozła, gdy bardzo młodziutka anestezjolożka przyłożyła mi maskę do twarzy mówiąc, bym oddychała. Strasznie śmierdzący gaz wydobywał się z wnętrza, więc spłyciałam oddech  zastanawiając się dlaczego przypominają mi te nogi.
- Proszę oddychać głębiej! - usłyszałam i wzięłam głęboki oddech.
Następne wydarzenia, które mój umysł rejestrował, działy się już na sali pooperacyjnej. Trochę mnie szczypało w podbrzuszu, ale nie był to ból. Nade mną znajdował się wbudowany w sufit punkt świetlny. Pod mleczną szybą na zielono świeciła tylko kontrolka - dzień był słoneczny, sala pooperacyjna przestronna z wielkimi oknami, więc lampy nie były włączone. Po mojej lewej stronie leżała jakaś starsza ode mnie kobieta.
Miałam ten zabieg robiony po raz pierwszy 24 lata temu, gdy urodziłam Synka. Z małą różnicą, bo bez znieczulenia. Pielęgniarka z bloku operacyjnego, kiedy odpowiadając na jej pytanie poinformowałam ją o tym, nie chciała wierzyć, że można było na ludziach dokonywać tak barbarzyńskich aktów. A jednak. Jeszcze warknięciem zakazano mi wtedy krzyczeć z bólu.
Do wczoraj, choć znów bezpodstawnie i wbrew rozsądkowi, łudziłam się, że operator wykluczy konieczność dużej operacji. Każdorazowe tego typu złudzenie jest poddawaniem w wątpliwość fachowości lekarzy kierujących mnie na zabiegi. A przecież wybieram na lekarzy prowadzących dobrych specjalistów.
Na noc wróciłam do domu. Po zabiegu najbardziej bolała mnie... noga. Nie omieszkałam powiedzieć doktorowi, że tymi pasami i kozłem dał czadu mojemu kolanu. A on się odwdzięczył informacją przekazaną przez Dorotę, bym podczas wycieczki do Lwowa nie skakała aby przez płot ;). No i jak to ginekolog na pożegnanie powiedział: jeszcze do pani zajrzę, umawiając się ze mną na przyszłość, na operację.

niedziela, 3 listopada 2013

Jutro

Jakże się cieszę, że to ja będę operowana, a nie ktoś z moich najbliższych, bo lęk o bliskich jest paraliżujący. Lęku o siebie nie odnotowuję. Mogę co najwyżej bać się bólu, ale w tym przypadku żadne receptory strachu się nie uruchomiły. Licząc czas pomiędzy operacją jednej nogi a drugiej, nie uwzględniłam niespodzianek. Więc 5 tygodni po i trzy tygodnie przed, wyskoczył dodatkowy zabieg, całkiem jak królik z kapelusza. Gdzieś blisko pod skórą czai się jednak jakiś lęk - że nie wyzbieram się do piątku i nie pojadę do Lwowa z wycieczką, którą organizuję. Zaraz po Lwowie MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ - gra miejska dla hufca harcerzy. I lękam się, że mnie to wszystko ominie. A może po cichu liczę na to, że jednak nie będę w stanie pojechać do Lwowa? Przecież ból kolana jest już tak przykry, a wycieczka to wielogodzinna jazda autobusem, dwa dni zwiedzania, znów wiele godzin w podróży... i chyba lęk przed tymi trudami plasuje się jako lider wszystkich innych.
A jutrzejsza operacja nie jest jedyną z tej serii, którą wyczarował groteskowy prestidigitator. Jednak wspaniałe jest to, że to ja, a nie ktoś z moich najbliższych.

czwartek, 31 października 2013

Ich dłonie

Wkroczyłam na drogę samotności. Kiedy stawiałam pierwszy krok szaruga jesienna postawiła za pniami przydrożnych drzew wielkie straszydła, a te w geście jak z największego horroru rozcapierzyły nade mną kościste ramiona i długie, trupie palce. Za nimi były już tylko mgły. Droga w oddali również niknęła w mglistej toni, która nie jaskrawiła się przepuszczanym światłem jak to bywa na drogach nadziei, a ginęła w otchłani szarości skraplającej się deszczem. Kap, kap, kap - dobiegał zewsząd odgłos spadających kropli. Pod liśćmi, którymi usłana była droga, coś szeleściło, jakby potok płynął. Tak, to deszcz po zderzeniu z ziemią wezbrał w szeleszczącą rzekę, spływającą wtedy w kierunku doliny. Ptaki zamilkły a wszelkie odgłosy dochodzące zewsząd napawały lękiem, bo jak nie ptaki, to musiały to być skrzeczące upiory. Lęk zakleszczył mnie w swoich szponach. Może deszcz, a może łzy płynęły po moich policzkach. Chyba łzy, bo w głębi siebie czułam szloch. Zwłaszcza z nadejściem nocy szloch wzmógł się i jego fala zerwała tamy, których postawiłam przecież niemało. Dopiero nazajutrz z mgieł wyłoniło się słońce i dostrzegłam, że droga ma wiele uroków. Złote liście, mieniące się w blasku promieni słonecznych spadały kaskadą na tle błękitnego nieba. Tańczyły w niebywałym tańcu, ukończywszy wcześniej Akademię Tańca Spadających Liści. Wreszcie się uśmiechnęłam. Uśmiechnąwszy, pomyślałam, że przecież muszę tę drogę pokonać. W słońce, czy w deszcz. Może nawet i w śnieżną zawieruchę. Czuję oddech przyjaciół, słyszę ich serdeczne głosy, ich dłonie błądzą w odległej przestrzeni. Moja droga jest strasznie daleko od wszystkiego, co było, co jest. Muszę ją przebyć sama.

poniedziałek, 28 października 2013

Owocowa rapsodia: imbir i pomarańcza

Słoik tego dżemu mieni się jednym z kolorów jesieni. Najbardziej przypomina ten liści brzozy. Może dlatego, że jako zagęstnika użyto pektyny z winogron? Winogrona musiały być białe jak mgły rozlewające się pomiędzy pasmami Beskidów. Dżemowi smak nadaje imbir delikatnie szczypiący w język, będący jednocześnie pikanterią czasu jesieni. Bo liście brzozy odcinające się na tle bezchmurnego październikowego nieba już same z siebie szczypały zmysły. Wiatr hulał grzbietami i już to słabł, już wzmagał się, wskakiwał na skraj polany, by zaraz giąć drzewa w ukłonach i szumieć w koronach wydając dźwięk tybetańskich dzwonków. A to ptak leśny wydawał odgłos monotonny, powtarzający się w sekwencji czasu i wysokości tonu. Ogień szalał na wietrze, odrywając się od rozżarzonych drew i uciekając na krótko w przestrzeń, jakby się chciał uwolnić. Nie wiedział biedaczyna, że żyje dzięki tym suchym badylkom i im dalej od nich, tym jego żywot bardziej skończony aż do niebytu łącznie. Tatry, jak nigdy, wąską szczeliną spomiędzy Beskidów i Pienin zaglądały przez dzień cały, a nawet w ciemności majestatyczny ich garb nie zniknął lecz tylko spowodował ciemność ciemniejszą, granitową.
W przeciwieństwie do listopadowych, których nie lubię, lubię cmentarze październikowe. Listopadowe, wystrojone w patos i niecodzienność ponad miarę, odstraszają. W ostatnich dniach października życie wstępuje na cmentarze i przybywający tam ludzie zachowują się naturalnie. Ze zwykłą rodzinną troską i staraniem oddają się opiece nad pomnikami i tablicami przypominającymi im ich bliskich, którzy odeszli. Spotykają znajomych jak w drodze do sklepu. Przystają i rozmawiają o sprawach normalnych. Nie stoją nad grobami w odświętnych strojach ze złożonymi do modlitwy dłońmi i nie wymawiają wypominkowych koronek, a dzielą się ze spotkanymi znajomymi zwykłością, za którą tęsknią cienie przywalone kamiennymi płytami. Zrobiłam prysznic moim najbliższym i włóczyłam się od grobu do grobu, odwiedzając znajomych, których od lat już nie widziałam. Byłam u Wiesi, która wraz ze swoją młodszą siostrą odeszła już 28 lat temu. Wiesia już w szkole żyła bardzo intensywnie, jakby wiedziała, że tak musi, bo mało ma czasu na ziemską wędrówkę. Co to za wiek na umieranie, gdy się ma 22 lata, albo 16 jak jej siostra? Przysiadłam na ławeczce, którą dla siebie zrobiła mama dziewczyn, zwłaszcza, gdy do grobu złożyła jeszcze ich ojca, i tak sobie w milczeniu poobcowałam z nimi. Z kaplicy dobiegały modlitwy - wielu ludzi przyszło odprowadzić mężczyznę, syna znanej osobistości... Nawiedziłam pomniki ze zbiorowymi mogiłami bohaterów i swoją wędrówkę zakończyłam u mojego drużynowego, który zrobił tak wiele, może jeszcze więcej nie zrobił...
Wiatr dziś w mieście nie szalał jak wczoraj po górach. Cmentarz miał kolor owocowej rapsodii ze słoiczka z imbirem i pomarańczą. Tak samo, jak liście brzozy, spod której wczoraj oglądałam najpiękniejsze widowisko na wielkiej scenie Beskidów. Jakże piękne i wolne od nadętości żyjących są opuszczone cmentarze całego świata.

czwartek, 24 października 2013

Byle nie wymięknąć

C-itakowa napisała: będziesz lżejsza, jak ci znowu coś wytną; szukaj pozytywów. A ja po chwili refleksji pomyślałam sobie: nie mam prawa wymiękać, przecież to było nieuniknione, od tego wszystko się zaczęło. Bo napisałam C-itakowej, że teraz, wieczorem, w dniu, w którym otrzymałam od kolejnego doktora, kolejne skierowanie, na kolejną operację (wycięcia) to mam ochotę sobie poryczeć. I miałam. Ale C-itakowa mnie rozbroiła. Na moje pytanie Jerzy odpowiedział: - A to się okaże, czy twój organizm wytrzyma kolejną operację. I po chwili dodał: - Dziewczyno, nie takie rzeczy się robi. Człowiek wiele wytrzyma.
Najważniejsze, to nie wymięknąć. Tylko jak?

Pozytywy kolejnej operacji:
- może o kolejne święta (Wielkanocne) zahaczy okres ochronny i ominie mnie sprzątanie,
- będę lżejsza...

lista jest otwarta. Drugiej listy, z drugiego bieguna, nie robię. A Mała Duża Córeczka, nauczona chyba filozofii swoich dzieci, powiedziała: - Nie chodź już więcej do żadnych lekarzy.

Będę musiała pozbierać się do kupy, nawet jak mi powycinają jeszcze to i owo. Planuję z Paseczkiem na lato dwa turnusy obozów. I tej myśli będę się trzymała. Byle nie wymięknąć...


wtorek, 22 października 2013

Mela

Rodzina znowu się powiększyła. Dlatego tym razem oprócz głosów dzieci wołających: Babciu, babciu już dzień, zostałam obudzona ciepłym, miękkim jęzorem, którym Mela wylizała mój policzek na dzień dobry nim zdążyłam schować głowę pod kołdrą. Mela, chociaż jest szczeniakiem, przybyła ze schroniska. Jednak nie urodziła się w schronisku. Została znaleziona w lesie i oddana do azylu prowadzonego przez ogólnopolską fundację opieki nad zwierzętami. Azyle należące do fundacji na szczęście nie mają nic wspólnego ze schroniskami dla zwierząt jakie widuje się najczęściej. Są to po prostu rozsiane po całej Polsce domy prywatnych ludzi, do których na krótko trafiają bezdomne zwierzaki, gdzie w warunkach niemal cieplarnianych oczekują aż wolontariusze uwiną się i znajdą dla nich nowy dom. Tak więc Mela, będąc szczeniakiem, nie ma za sobą przykrych doświadczeń i głodu rodzinnego życia, co nie przeszkadzało jej ucieszyć się z faktu, że w domu zjawili się nowi ludzie i przyjęła ich, znaczy nas, z wielką radością, ale też bez cienia zdziwienia.
Mela jest na etapie rozwoju Naszej Łaskawości, choć prawdę mówiąc psina więcej kuma o co chodzi z sikaniem, niż dziewczynka. Najbardziej ekscytującym zajęciem Meli jest polowanie na kury sąsiada. Zanim ktokolwiek z domowników zorientuje się, że Mela zwiała pomiędzy drankami furtki i okrążyła ogród, by wtargnąć do sadu sąsiada, po którym dostojnie przechadzają się kury, ta gna już na zaorane pole ze zdobyczą w pysku. Larum podniesione przez człowieka owocuje wypuszczeniem ptaka i ucieczką w tzw. długą, czyli dalej w pole, w kierunku rzeczki i lasu. Uwolniona kura leży chwilę, czy to oszołomiona, czy udająca martwą, aż podniesie się jak gdyby nigdy nic i z prędkością olimpijską gna wprost do kurnika. Kilkakrotnie zaobserwowaliśmy podobne zdarzenia, więc stąd wnioskuję, że zawsze tak jest. Po naszym wyjeździe i monitach Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem kierowanych do ojca moich wnucząt, założono siatkę na bramę i furtkę, ale stwierdzono przy tym, że znacznie tańszy byłby zakup paczki kurcząt dla sąsiada, niż tej siatki zabezpieczającej przed ucieczkami Meli. Zresztą Mela wnet urośnie, bo chociaż nie jest czystej rasy labradorem, bardzo go przypomina. Gdyby nie kot, Mela pewnie nie znalazłaby tej możliwości wydostawania się poza ogrodzenie. 
W całym domu znajduje się jeden jedyny, niewielkich rozmiarów dywan, na którym lubią wylegiwać się dzieci, zwłaszcza, gdy oglądają bajki. No i teraz jeszcze Mela rozciąga się jak długa na mięciutkim podłożu. Wieczorem, gdy światło w domu gaśnie i ostatni z dużych ludzi udaje się do spania słychać odgłos psich łap na drewnianych schodach i podłogach. To Mela cichcem skrada się do sypialni i zajmuje miejsce z drugiej strony łóżka, nie z tej samej co kot, blisko człowieka. Może marznie, a może stwierdza, że dzieci marzną, bo każdej nocy usiłuje zmieścić się w którymś łóżeczku, najbardziej upodobała sobie łóżko Mniejszego Brata, ale dzieci protestują nie chcąc, by Mela okrywała je własnym ciałem.