MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 3 grudnia 2010

Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)

Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką mieszkałam w zupełnie innym świecie. To nawet było inne miasto, które na zawsze pozostanie Moim Miastem. Świat pewnie miał inną nazwę, tylko Nikt z nas go wtedy nie nazywał. Mój świat był wtedy bardzo rozległy. Płynęła w nim Choczenka, którą od Małej Rzeczki oddzielała Dolina Lelka. Gdy się szło ku górnemu biegowi Choczenki, to przechodziło się ścieżką ukrytą w chaszczach, które miały swój specyficzny zapach nadrzecznych chaszczy. Ta ścieżka prowadziła do nowego mostu, ale szczytem bohaterstwa było przejście na drugą stronę Choczenki starym mostem. Był drewniany. Pełno w nim było dziur. Za mostem i po jego drugiej stronie Mała Rzeczka płynęła w bliskości Choczenki, bo kiedy doszło się do Żelazka to okazywało się, że Mała Rzeczka wypływa w tym miejscu z Choczenki, po to by zasilić stawy na Podstawiu. Ale o tym dowiedziałam się później. Wcześniej niejednokrotnie nabiłam guza na piszczelach moich nóg, gdyśmy przeskakiwali w tym miejscu Małą Rzeczkę. Po co? Dla samej sztuki przeskakiwania. To było wyzwanie w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Tam też rosły i wykluwały się Ropuchy z Łopianowych Liści. Strach było przechodzić przez Łopianowe Pole, które jawiło się wielkie jak plantacja. Zawsze wtedy myślałam, że te wyrastające z nich Ropuchy wciągną mnie pod Łopianowe Liście a stamtąd przeniosą do podziemnego świata, z którego już nie ma wyjścia.
Nieopodal rosły rosochate Idy, które, gdy się nań wlazło, dawały cudowne schronienie, raz będąc pokładem statku, innym zaś razem starym zapomnianym domiszczem. Tuż przy Żelazku był Wodospad. Nie wolno Nam było chodzić w pobliże Wodospadu, a już pod groźbą pozostania w domu aż do osiągnięcia pełnoletności, nie wolno się było zbliżać do Żelazka. No ale jak się nie zbliżać, skoro na obrzeżach Żelazka robiło się wyścigi, Kto szybciej przebiegnie po obwodzie? Biegło się w lewą stronę. Zawsze. W środku Żelazko głębokie na jakie parę metrów. Nie wiadomo ile w nim wody.  W Żelazku mieszkały raki. Całe stada i roje. Strach się było nachylać nad Żelazkiem. Nieraz, gdy jeszcze pozostawało wiele godzin do powrotu Mamy z pracy szliśmy jeszcze wyżej w górę Choczenki, aż do Kaczego Mydła. Latem zdarzało się, że braliśmy kąpiel pod skarpą, smarując się wcześniej z namaszczeniem popielatą gliną Kaczego Mydła. Tam też nie wolno Nam było chodzić. Broń Boże do wody wchodzić, bo prądy niebezpieczne i wiry mogły nas wciągnąć. Którejś zimy, to już pod koniec mojego przebywania w tamtym świecie i zamieszkiwania w Moim Mieście te wiry usiłowały mnie naprawdę wciągnąć w czasie, gdym piętą buta sprawdzała grubość lodu. Wpadłam do lodowatej wody po pachy i gdyby nie pomocne ręce Koleżanek i Karzełka, Choczenka pewnie wzięłaby mnie w ofierze mojego nieposłuszeństwa wobec Mamy. Ale latem wirów nie było, więc zażywaliśmy kąpieli pod skarpą przy Kaczym Mydle. Gdyby w tym miejscu przejść wiosną na drugą stronę Choczenki i łąkami ruszyć w stronę Rozdzielni Prądu, to doszłoby się do wielkich polan porośniętych skrawkami nieba, to jest fiołkami. Ale oczywiście wiosną do polan fiołków szło się inną stroną Choczenki. To była bardzo daleka wyprawa wiosną, dużo dalsza i dłuższa niż latem do Kaczego Mydła. Pewnie dlatego, że trzeba było omijać grzęzawiska powstałe po zimowych roztopach, ubrań się miało więcej na sobie niż latem i buty jeszcze całkiem zimowe na nogach. Bo to była wczesna wiosna.
W Przedszkolu

Dzisiaj już fiołki tak nie pachną jak wtedy Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Ale na co dzień, kiedy dochodziło się tylko do Wodospadu i Żelazka, a że długo tam być nie można było, bo a nuż by się Mama jakimś cudem dowiedziała, trzeba było zawrócić, znów przejść koło plantacji Łopianowych Liści, z których wykluwały się i rosły Ropuchy, przeskoczyć kilka razy Małą Rzeczkę, w miejscu, w którym była dość szeroka i obetonowana (to tam się właśnie robiło guzy na piszczelach), by iść z kolei wzdłuż Małej Rzeczki w kierunku przeciwnym. Szło się się na wysokości Doliny Lelka. Z drugiego brzegu Choczenki oglądało się nasze bloki, zdawało się bardzo dalekie. Tam zaś były plantacje małż. Wybieraliśmy muszle z wód Małej Rzeczki i oglądaliśmy masę perłową we wnętrzach muszli. Lśniła w słońcu różowo-fioletowym blaskiem. Zawsze świeciło słońce w czasie naszych wypraw! Czasem trafił się prawdziwy rarytas w postaci wypłukanego przez wodę kolorowego szkiełka, pewnie z butelki po Oranżadzie. Kiedy już znudziliśmy się zbieraniem muszli,  ruszaliśmy dalej. Po drugiej stronie Małej Rzeczki były nieogrodzone Ogródki Działkowe. Czasem poczęstowaliśmy się marchewką wybraną z ziemi lub jakim ogórkiem... Ale najbardziej ekscytująca była droga przechodząca wskroś Małej Rzeczki. To była granica, do której dochodziliśmy, bo wyznaczał ją Niesamowity Tunel. Kiedy się położyło na brzuchu na drodze i zajrzało pod Mostek wytyczony dwoma, może trzema betonowymi kręgami, miało się wrażenie, że wpada się do Tunelu, z którego już na pewno nie ma wyjścia. Ten moment wpadania często wracał do mnie w koszmarnych snach, w czasach Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką, dawno opuściłam tamten świat i Moje Miasto. Niekiedy, nieco późniejszą wiosną, niż ta, kiedy chodziło się pod Rozdzielnię Prądu na fiołkowe pola, z zamysłem, że  idzie się na narcyze i tulipany, szliśmy dalej, za ową drogę z Niesamowitym Tunelem, kompletnie go lekceważąc i nie zaglądając w głębię. Ale tamta wyprawa była naprawdę wielogodzinna. Tak mi się przynajmniej zdawało w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Mieliśmy już wiosenne buty na nogach, znajdowaliśmy po kilka narcyzów i tulipanów i wracaliśmy utrudzeni, ale radośni z tych wypraw. Nie było ich wiele, jedna do roku, nie więcej. Opowiadali, że tamtędy można dojść do Stawów. A chodzenie w stronę Stawów, to już był najpoważniejszy zakaz w życiu. Wracając, od drogi z Niesamowitym Tunelem szliśmy naokoło, przechodząc obok Domu Nauczycielki Od Przyrody. Mijało się też najpiękniejszy w okolicy dom, o którego pięknie stanowiły zmieszane z tynkiem kolorowe szkiełka. Tam koniecznie trzeba się było przykleić do płotu, zawisnąć w bezruchu na długą chwilę i nasycić oczy tym niezwykłym zjawiskiem. Potem mijało się okolicę, w której mieszkała Dziewczynka, Której Umarła Mama. Tam, nieopodal skupiały się wszystkie Świętojańskie Robaczki z całego mojego ówczesnego świata i rozświetlały mroki nocnych, czerwcowych wypraw. Potem przechodziło się koło Bloku Reny, by boczną ścieżką dojść do Naszego Bloku.

Mój Brat Przy Żelazku nad Choczenką
Łopianowe Pola nad Choczenką
                                                         

Mój Brat na żelazku
                                           

                                                       


To fragment mojego świata i Mojego Miasta w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. W miarę mojego dorastania horyzont się poszerzał. Ale o tym innym razem.

4 komentarze:

  1. Jak widać Mała Dziewczynka wciąż żyje:-)
    padre Gregor

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Ojcze Grzegorzu za szczególną wrażliwość i umiejętność patrzenia na drugiego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie pamiętam dziewczynki, której umarła mama. Natomiast bardzo dziękuję ci za zdjęcia znad Choczenki. Tak trudno mi było odnaleźć klatki kadru w pamięci.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na ostatnim zdjęciu, w tle widać tylko jeden most. Nowy most, o którym piszę musiał być prawdziwie nowym mostem.

    OdpowiedzUsuń