Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 18 grudnia 2012

Motyl w miejscu serca

Trudno jest robić cokolwiek, kiedy w miejscu serca ma się trzepocącego skrzydłami motyla. Pewnie nigdy nie umiałabym nazwać tego stanu inaczej, niż tak jak to czuję, ale opowiadałam to kiedyś mojej siostrze, która jest lekarzem i ta na koniec stwierdziła, że jeszcze nigdy w życiu nikt nie opisał jej tak poetycko objawów tachykardii. Tachykardia niekoniecznie jest objawem choroby, w moim przypadku pewnie jest objawem wieku ;), ale kiedy ten motyl wprowadzi się w okolice mostka, to człowiek czuje się bardziej chory, niż zdrowy. Dlatego dzisiaj najczęściej oglądałam świat bez formułowania nawet myśli, a co dopiero komentarza. A było tak, że gdy wchodziłyśmy rano do szpitala z Dużą Małą Dziewczynką, tuż przed nami przez wahadłowe drzwi przechodziło kilku studentów kierunku ratownictwa medycznego. Wszyscy ubrani w piękne czerwone spodnie i kurtki. Przeszli nam przed nosem, nie ustępując miejsca. A niech tam, przecież spieszą się na praktykę, pomyślałam i buch! drzwi uderzyły w zagipsowaną rękę Dużej Małej Dziewczynki. Mogli się spieszyć, ale powinni uważać. Wtedy jeszcze zareagowałam i poinformowałam, że stawiam im stopień niedostateczny za brak empatii do chorego i narażenie go na dodatkowe urazy i ból. Już wyobraziłam sobie, że jestem chorym, którego pakują do karetki i przez nieuwagę przytrzaskują mu nogę drzwiami...
Potem siedziałyśmy długo w izbie przyjęć oddziału pediatrycznego i pierwsza osoba, która przechodziła i nas zobaczyła, była tą osobą, której my obie najbardziej nie chciałyśmy w ogóle dziś spotkać. Potem weszła pielęgniarka. Ta zaś przeszła obok nas, jakbyśmy były niewidzialne, popatrzyła w lustro, zdjęła buty, stanęła na wadze, coś mruknęła pod nosem, założyła buty i wyszła w dalszym ciągu nas nie zauważając. Potem weszła lekarka z usprawiedliwieniem, że tylko po szpatułki i przeprasza. Następnie pani ordynator zajrzała z taką miną, jakbyśmy były żoną i córką sułtana, który odtąd będzie sponsorował oddział szpitalny. Jedna z pielęgniarek w biegu zajrzała do nas i powiedziała: Siedzicie? To siedźcie, zaraz się wami zajmę. Aż przyszła młoda i sympatyczna lekarka i się nami zajęła.
Potem lepiłam uszka i pierogi. Już na Wigilię. Zawsze tak robię. Wsadzam do zamrażarki i są gotowe. Pewnie przy setnym uszku, bo już bardzo mnie bolał kręgosłup szyjny, posłyszałam zamieszanie pod drzwiami. Spoglądam przez wizjer - drzwi u sąsiadki otwarte, przed drzwiami stoją gotowe do wyniesienia pudła. Przypomniałam sobie jak ze dwa lata temu piętro niżej złodzieje włamali się do sąsiadki w samo południe i nikt nie zareagował. Dlatego wyszłam na korytarz. Drzwi otwarte na oścież i żywego ducha nie ma. Wołam: Sąsiadko! Sąsiadko! Wyszła z kuchni, więc to nie złodzieje. Wróciłam do uszek i pierogów.
Potem poszłam z obiadem do Dużej Małej Dziewczynki. Nie mogła go zjeść, bo lada moment miała iść na badanie. Już nie koncert życzeń z mojej strony, jak mi insynuowała ostatnio pani ordynator, a medyczna procedura diagnozowania poprzez wykluczanie. Więc MRI OUN. Badanie, od którego powinni byli zacząć poprzednią hospitalizację dziecka z przeszłością neurologiczną.
Minęło z dwie i pół godziny od mojego przyjścia z obiadem zanim zadzwoniono z pracowni rezonansu magnetycznego, że można przyjść na badanie. Obiad stygł, Dużą Małą Dziewczynkę skręcało z głodu. Motyl w miejscu mojego serca trzepotał skrzydłami. Dlatego usiadłam w poczekalni i czekałam, aż badanie się skończy. Z jakiegoś oddziału pielęgniarka przyprowadziła 5 pacjentów do hurtowego badania. Wyglądali jakby byli z psychiatryka. Nawet zachowywali się adekwatnie. Jedna pani mówi: Ja tam nie wejdę. Ja się boję. Nie, ja tam nie wejdę. Na co druga, usiłująca ją uspokoić, powiedziała: To jeszcze pani nigdy nie miała robionego rezonansu? Nie ma się czego bać. To nie jest straszne badanie. Tylko jak kładą człowieka w tej tubie, to jest okropne. Można umrzeć ze strachu! Na co pierwsza pani: No widzi pani?! Nie! Ja tam nie wejdę. Ja się boję. I znów druga: Mówię pani, że to nie jest straszne. Nie ma się czego bać. Tylko tak OKROPNIE jest w tej tubie.
Rozmowa w tym tonie toczyła się do momentu, w którym Duża Mała Dziewczynka nie zjawiła się w poczekalni po skończonym badaniu i nie jęknęła: Jejku, moja głowa! Myślałam, że mi młotkiem po niej walą! No, widzi pani, a mnie tak boli głowa. - Odezwała się znów pierwsza pani. - Czy to boli? - zwróciła się do Dużej Małej Dziewczynki. Nie, nie boli. Ale to takie OKROPNE! Jakby młotkiem walili po głowie - Duża Mała Dziewczynka już się zapamiętała w opisie, więc odciągnęłam ją czym prędzej i ruszyłyśmy labiryntem korytarzy w drogę powrotną na oddział.
Nie wiem, czy wszystkie szpitale mają tak skomplikowaną bryłę, ale nasz szpital składa się z kilku budynków stawianych w różnych okresach na przestrzeni ponad 100 lat. W dodatku znajduje się na wzgórzu, więc poziom -1 w jednym budynku jest bodaj 1. piętrem w innym.
Poradziłyśmy sobie bez kompasu - ma się to doświadczenie w biegach na azymut.
Dopiero w drodze powrotnej do domu pomyślałam sobie: a jak to badanie niczego nie wykluczy, a coś potwierdzi?
I wtedy się motyl roztrzepotał w okolicy mojego mostka na dobre.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz