MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

środa, 27 maja 2015

Beksiński w Sanoku - z cyklu: Bieszczady - akcja pod kryptonimem "Domek u Jadzi" cz. III

Wraz z wejściem na sanocki zamek, który jest siedzibą Muzeum Historycznego, weszłam w Beksińskiego. Było to w dniu, w którym trafiły do sprzedaży wydane w 10. rocznicę jego śmierci nigdy nie publikowane opowiadania. Taki też tytuł nosi wydany zbiór - Zdzisław Beksiński "Opowiadania". Otwarta na chybił trafił książka, wciąga każdym magicznym słowem w głąb fascynującej twórczości literackiej. I zapewne nie sięgnęłabym po nią, gdybym nie zderzyła się z jego malarstwem. Tak. Zderzenie to najlepsze określenie tego, co czułam ujrzawszy na własne oczy jego dzieła. Sporych rozmiarów książka zawierająca jedyną twórczość literacką, próbie której podjął się artysta w latach 63-65 i niestety zarzucił czując niespełnienie, musiała chwilę zaczekać objęta mięsistą obwolutą, ponieważ przyszło mi do głowy, by najpierw poznać szerzej autora niezwykłej twórczości, który na niwie malarstwa, a wnet i literatury, stał się dla mnie jak Zderzacz Hadronów dla Einsteina. Sprowadziłam więc Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińskich portret podwójny i ponownie weszłam w Beksińskiego. I w całą jego rodzinę.

No przecież nie opowiem o tych nocach spędzonych nad lekturą, które w sposób tajemniczy zamieniały się w spotkania rodzinne, choć Beksińscy byli hermetyczni do granic pojmowania. Może i bardziej bym chciała otwarcia ze strony pani Zofii - żony i matki, ponieważ brakuje mi bezpośredniego kontaktu tej ważnej osoby w życiu rodziny, ale autorka założyła, że pokaże ją tylko oczami męża i syna, a ci traktowali ją jak oczywistą oczywistość niezbędną do życia i przez to nieuświadomioną jak np. powietrze, czy bicie serca, możliwą do dostrzeżenia tylko w momencie deficytu, bardziej braku.

Nie opowiem również o przeżyciach tych kilku nocy, gdy zanurzałam się w niezwykłym świecie stworzonym w opowiadaniach Zdzisława Beksińskiego, wielu światach i akcjach z pozoru oderwanych, lecz tak naprawdę połączonych geniuszem obłędu narratora. I tylko niewłaściwym, bardzo nie na miejscu akcentem jest dla mnie posłowie "Opowiadań", którego nie radzę nawet zacząć czytać.

Po przeczytaniu książki M. Grzebałkowskiej, po poznaniu wielokrotnie wyrażanej w przytaczanych wywiadach niechęci artysty na tytułowania swoich obrazów, by nie stworzyć nawet cienia możliwości szeregowania i szufladkowania przez różnej miary znawców tematu, pomyślałam: jak dobrze, że książka jest dziewicza, że nikt nie miał jeszcze możliwości porównań, klasyfikacji, narzucenia skojarzeń etc. Wiedząc, bo artysta wielokrotnie powtarzał, co przedstawiła czytelnikowi M. Grzebałkowska, że malarstwu Z. Beksińskiego nie przyświecała żadna ukryta idea, żaden zakamuflowany podtekst, żadne odwołanie się do czegokolwiek ponad aktualną wizję i potrzebę ducha, pomyślałam, że przeczytam opowiadania otwarte tylko na moją wyobraźnię, którą ukierunkują słowa - bardziej malujące niż opisujące światy autora.

A tu masz posłowie, którego autor przypisuje Beksińskiemu chyba tylko swoje teorie spiskowe, porównuje do nurtów i twórców literatury światowej, wyszukuje odzwierciedlenia rzeczywistości i wydarzeń nawet życia politycznego kraju, a co jak co, ale rzeczywistość polityczną Beksiński miał w dupie. Tak samo jak całą rzeczywistość w ogóle i funkcjonował wyłącznie w świecie swoich fantazji, choć często na wzór narratora swoich opowiadań roztrząsał dylemat czy przypadkiem to nie on jest wytworem fantazjii, śnił sny we śnie. I tu m.in. autor posłowia przypisuje Beksińskiemu wzorowanie się na twórczości Ionesco i gdybym nie miała przez to obrazić obu Wielkich, napisałabym: czy innego dupesco. To, że Z. Beksiński fascynował się twórczością Gombrowicza, Brunona Schulza czy choćby przytoczonego Ionesco nie znaczy, że postanowił pisać jak oni. Dlatego właśnie nie znoszę krytyków sztuki, ponieważ za ich przyczyną powstaje zbyt wiele ram, szuflad (nie wiem dlaczego spod moich palców wyszło słowo: "szyflag"), szablonów, szlabanów i granic. Osoba zafascynowana czyjąś twórczością nie staje się plagiatorem. Fascynacja polega na zbieżnym poziomie wrażliwości. Gdyby wrażliwość Beksińskiego była na innej płaszczyźnie, nigdy nie sięgałby po Gombrowicza, Schulza, Ionescu i innych, którzy go fascynowali. Proste?

Być może autor posłowia wie o czymś, co kompletnie nie wynika z książki M. Grzebałkowskiej, choć książka tej ostatniej - portret jak stoi w tytule - napisana jest z zachowanych fragmentów licznej korespondencji, dzienników, materiałów źródłowych, których autorem był sam Beksiński i to Beksiński wielokrotnie powtarzający, by nie szufladkować go nigdzie, nie przypisywać mu żadnych idei ponad idee fixe tę jedną właśnie, która w danym momencie stanowiła jego wizję - wyobraźni złączonej z potrzebą wypowiedzi. Dzięki M. Grzebałkowskiej można się dowiedzieć, że malowanie obrazu nie było jednorazowym aktem. Najczęściej malował i malował i wciąż będąc niezadowolony z efektu darł albo palił, nazwijmy to - prototypy, aż namalował obraz, który zaspokoił w nim wszystko, który był wiernym odzwierciedleniem jego widzenia, potrzeby, czucia.

Kiedy na sanockim zamku wchodzi się do galerii Beksińskiego chciałoby się stamtąd już nigdy nie musieć wychodzić. Zostać na zawsze w świecie jego wyobraźni. Niektórzy twierdzą, że mrocznej, według mnie odmalowanej niezwykłością barwy, kształtu, figury, a przede wszystkim głębi. Nie jestem na szczęście znawcą tematu. Jestem odbiorcą świata. Jestem taflą lustra, w którym może się odbić piękno i niezwykłość chwili z jej niepowtarzalnością i przemijaniem. Jestem zderzaczem hadronów wreszcie, w którym, gdy zderzy się piękno z pięknem, powstaje energia uczucia niemierzalna ludzką miarą.

P.S. Nie radzę oglądać twórczości (szczególnie obrazów) Zdzisława Beksińskiego w galeriach internetowych.

piątek, 15 maja 2015

Barwinek. Bieszczady - akcja pod kryptonimem: "Domek u Jadzi" cz. II

Zawsze z wielką pokorą i nieokreślonym żalem pochylam się, mówię, piszę i milczę (milczenie jest najwymowniejsze) nad światem, który przeminął. Nad życiem, które kiedyś istniało w Beskidzie Niskim wysławianym w zaśpiewach rusińskiego języka. Nad jarmarkami z kramami Moszów i Srulów, choć nad tymi wisi tak wielka i ciemna przesłona tragedii Holokaustu, że moja wyobraźnia z trudem wyławia fragmenty wielusetletniej codzienności, której kres dała akcja "ostatecznego rozwiązania", skupiając się raczej na całym nieszczęściu i tragedii narodu starszych braci w wierze niż nad ich życiem zwyczajnym. I każda kolejna synagoga i kolejny cmentarz żydowski, które nawiedzamy w swoich wędrówkach i podróżach są niezwykle magicznymi miejscami, które paraliżują mnie i sprawiają, że nie jestem już taka jak byłam zanim tam przyszłam.
Dziś jednak chcę opowiedzieć o Łemkach i Bojkach zamieszkujących niegdyś Beskid Niski i Bieszczady nim będę gotowa do opowieści o bieszczadzkich Żydach. Czy o tych, czy o tych - będzie to opowieść o wielkich nieobecnych, o tęsknocie ziemi za swoimi dziećmi, o miejscach, którym - choć historia je przeznaczyła na zapomnienie - przyroda stawia pomnik pamięci.
Trop złapaliśmy w Zyndranowej. Właściwie było to kilka tropów. Najpierwszy - muzeum Łemków i Bojków u Goczów, potem ściśle związana z nim opowieść Pani Goczowej i książka Krycińskiego (kupiona u Goczów). Postanowiliśmy dotrzeć do "Grobu Hrabiny".
Kryciński pisze, że spoczywający w "Grobie Hrabiny" Stroińscy (Klara i Franciszek) nie byli kimś szczególnym - ot, zwykli właściciele ziemscy mieszkający w czasach odległo-nieodległych w okolicach źródeł Sanu w Siankach - miejscowości, która dziś przedzielona nie tylko rodzącą się rzeką, ale i granicą po części leży w Polsce (niestety pusta, wysiedlona), po części na Ukrainie. Na szczególną uwagę zasługuje za to fakt, że "Grób Hrabiny" znajduje się na najdalej na południe wysuniętym cyplu Bieszczadów i w minionej epoce dojście tam było jak najbardziej nielegalne, zatem pożądane - stanowiło akt największego bohaterstwa wśród bieszczadzkich włóczęgów. I dziś, choć trasa została oznakowana i nikt nie zabrania wejścia na teren przygraniczny jest mało popularna wśród turystów. Pseudoturystów zadeptujących nagminnie w klapkach niejeden górski szlak.
Między innymi dlatego tak bardzo lubię Beskid Niski, że nie jest komercyjny, nie pchają się w niego tłumy takich, którzy bywają w miejscach modnych.
Ponieważ pogoda nie pozwoliła nam podjąć kilkunastokilometrowej wędrówki do "Grobu Hrabiny" to w rezultacie musieliśmy zastosować jedną z odleglejszych od pierwowzoru opcji planu naszej wyprawy i dzięki temu zaowocowała ona tym, czym chcę się dzisiaj podzielić.

- Nie dość, że oglądają wszystkie cerkwie i cmentarze, które są, to muszą jeszcze oglądać te, których nie ma? - zapytał zdegustowany Jan, Co Śpi. - Chcę do domu, który jest! Chcę do mamy, która jest.

Staliśmy właśnie na cerkwisku w miejscowości, której nie ma. Staliśmy w miejscu, które dziś jest oznakowane dla turystów, ale gdyby nawet nie było i tak przyroda wyodrębnia je w krajobrazie w sposób szczególny, dla znawców tematu łatwy do zdefiniowania i wyłapania w przestrzeni. Wokół rozpościerały się bezkresne połoniny. W zależności od tego, w którą stronę nachylony był stok, tak szybko wiosna brała w posiadanie łąki i całą przyrodę. Były połoniny, z których zaledwie zszedł śnieg - szare od wspomnień o zaprzeszłym roku. Były z kępkami seledynowych traw i roślin i były też takie, które tryskały bujną zielenią zakotwiczoną w dojrzewającej wiośnie.
Cerkwisko porosłe drzewami, krzewami i nieprzebytymi zaroślami wyróżniało się na tle z pozoru jednolitej szaty krajobrazu. Nie były to kilkusetletnie drzewa, które okalały cerkiew, bo te powalone z belkami świątyni sterczały omszałą nierównością ponad murawą. Z ziemi wyrastał jeden kamienny krzyż, zmęczony czasem, zgarbiony i metalowy z tabliczką, która dźwigała na sobie słowa prośby o modlitewne westchnienie za duszę czyjejś matki. Gdzieś majaczyły omszałe resztki muru - niskiego murku, który oddzielał zawsze sferę sacrum od profanum, wszak przy cerkwiach spoczywały doczesne szczątki tych, którzy ze szczerą nabożnością całowali ikony prazdnikowe, wycierali je chusteczką i zapalali cieniuteńkie świeczki woskowe, by światło, póki płonęło, podsycało ich modlitwę, nawet wtedy, kiedy oni zanieśli już swoje myśli do biednych, rodzinnych domów. Tych domów, które zniknęły za przyczyną jednej historycznej decyzji...
Charakterystyczną cechą, z pozoru pustego, bieszczadzkiego cerkwiska jest to, że jego ścisłych granic strzeże delikatna, fioletowa, kwitnąca roślinka o ciemnozielonych, woskowych liściach. Nie wychodzi poza strefę sacrum. Jakby niepoświęcona ziemia była jej niegodna. Barwinek. Przecież to niemożliwe, by ludzka ręka pilnowała, by się nie rozrósł po połoninach, bo wokół nie widać działalności człowieka. Mogłoby go słońce wypalić wśród traw, ale nie przeszkadzałoby to, by rósł w granicach cienia, a te są rozleglejsze niż granica wyznaczona pradawnym murem, dziś omszałym, kruszejącym, pokrytym darnią.

Ziemia bez matek, bez ludzi, bez domów, bez grobów, bez świątyń. Ziemia bez pamięci.


Kliknięcie w linijkę spowoduje przekierowanie na stronę albumu z moimi zdjęciami.

Cerkwisko w Radziejowej - nieistniejącej miejscowości w Bieszczadach.

środa, 13 maja 2015

Bieszczady - akcja pod kryptonimem "Domek u Jadzi" - cz. I

Mówią, że to Osławą biegnie granica pomiędzy Beskidem Niskim a Bieszczadami Zachodnimi i między Łemkami a Bojkami, ale jak to na każdej granicy, którą można wyznaczyć kreską na mapie lub słupkiem w przestrzeni, ludzie, zwierzęta i przyroda jakoś tak wyznaczonych granic się trzymać nie chcą. Dlatego mieszają się nierzadko wchodząc w związki małżeńskie pomiędzy sobą, choć znacznie częściej niż krew miesza się kultura i obyczaje ludzi każdego pogranicza. W przypadku grup etnicznych zamieszkujących Karpaty lepiej byłoby mówić o ich odrębności w ogóle niż różnych narodowościach, ale cóż zrobić, kiedy kartografowie upatrzyli sobie szczyty gór na wyznaczanie granic? O Łemkach i Wołochach od lat śpiewali studenci snujący się po nadgranicznych terenach w polskich Karpatach, jak snuł się dym palonych przez nich ognisk. O Bojkach trzeba już było przeczytać w przewodnikach, encyklopediach itp. albo zderzyć się z ich kulturą w ich świecie. Z jednej strony profesor Roman Reinfuss, którego życie i działalność na rzecz badania kultury Łemków obrosło w legendę, z drugiej strony największy i najwspanialszy piewca łemkowszczyzny i Beskidu Niskiego - Jerzy Harasymowicz układający słowa chwały, sławiące piękno tego zakątka świata w pieśni kołysane wiatrem na połoninach Beskidu i dzwoniące echem minionych czasów w pustych niejednokrotnie parawanach dzwonnic przycerkiewnych, to ludzie, którzy są drogowskazem dla wrażliwego wędrowca.
Osława więc jest naturalną granicą pomiędzy Łemkami a Bojkami, choć obie grupy etniczne należą do Rusinów, którzy m.in. byli naturalnymi mieszkańcami południowo-wschodnich rubieży naszego kraju ujętego w obecnych granicach.
Jadąc tam, pierwszy raz Osława stanęła nam na drodze w okolicach Zagórza i jest to miejsce, nieopodal którego wpada ona do Sanu i już wespół z nim dzieli Łemkowszczyznę i stracony świat Bojków od świata Pogórzan. Sam Zagórz jest wschodnim przedmieściem Sanoka, choć odzyskał jestestwo jako samodzielny byt administracyjny. Zaś jeśli chodzi o Bojków, ich kulturę i tradycje, to natknęliśmy się na nie już w Zyndranowej, a ile stamtąd jeszcze do Osławy i wyznaczonej na niej granicy?
Zagórz najlepiej obejrzeć ze wzgórza Mariamont, na którym znajdują się ruiny klasztoru obronnego oo. Karmelitów. Widać stamtąd obie cerkwie i kościół "polski" - jak zwykli rozróżniać świątynie miejscowi na tych niejednolitych pod względem religijnym terenach. No i widok rozpościera się oczywiście na położone po obu stronach Osławy miasteczko i przepięknie wijącą się wśród okolicznych wzgórz rzekę tworzącą w tym miejscu zakole; rzekę, którą w drodze tam i z powrotem przekroczymy niezliczoną ilość razy. Kiedyśmy wciąż przejeżdżali wskroś Osławy i Sanu zdawało się nam, że jeździmy w kółko, albo, że nie ma już na świecie innych rzek ponad te dwie, przy czym San towarzyszył nam w Bieszczadach, dokąd zmierzaliśmy.
Skoro jesteśmy w Zagórzu i wspinamy się trasą wycieczkową ku szczytowi Mariamontu i wieńczącym go ruinom klasztoru, to zostańmy tam chwilę, bo naprawdę warto. Idzie się drogą jezdną, ale już przy parkingu znak informuje, że droga jest tylko dla mieszkańców. Rzeczywiście domy wnet się kończą, wraz z nimi asfalt, a droga staje się "drogą pylistą, drogą polną jak kolorowa panny krajka". Słońce było wysoko, zapewne nad stodołą i chcieliśmy tańczyć walca... Najbardziej wtedy, gdy z nieograniczonej przestrzeni połoniny, którą hulał swawolny wiatr gnający po niebie obłoki weszliśmy w pozbawione dachu ruiny barokowej fortecznej budowli, która niszczeje od czasów zaborów austriackich, właściwie od czasów Konfederacji Barskiej, a już szczególnie od czasu II pożaru, który strawił  to miejsce po części w 1822 roku.
Niebotyczne mury nawy głównej kościoła ufundowanego przez Jana Franciszka hr. Stadnickiego w podzięce za uratowanie życia w wojnie północnej (jak głosi tablica umieszczona na murach ruin klasztoru, a głosi nieco odmiennie o danych fundatora niż znana encyklopedia internetowa) zamykają w sobie przestrzeń i stanowią barierę dla wiatru, ale otwierają się na niebo. W miejscu, gdzie znajdowało się prezbiterium, nad ołtarzem głównym do dzisiaj zachowały się fragmenty fresków malowanych techniką tzw. fresku mokrego. Wyraźnie też przekracza się granicę prezbiterium intuicyjnie zachowanym stopniem i ma się wrażenie, że widać wejście do krypty. Zresztą tablica znajdująca się na zewnątrz zawiera cztery kolumny po 14 nazwisk ojców i braci karmelitów bosych, którzy w latach od 1722 do 1817 spoczęli w owej krypcie pod nawą główną klasztoru, zawdzięczającego swą świetność i bogactwo klejnotom i srebrom córki fundatora - Annie Stadnickiej. Gospodarz obiektu umieścił tablicę informującą o niebezpieczeństwie wejścia na teren kościoła, ale gdybyśmy tam nie weszli, pewnie nie przeżylibyśmy tego wrażenia, które zawładnęło nami, gdyśmy stanęli w monumentalnych murach pod gołym niebem. I tylko tam będąc można było odczuć, że te konkretne ruiny mocniej świadczą o pięknie i niecodzienności tego miejsca, niżby świadczył zachowany klasztor - forteca. Do tego zapewne trzeba znać krztynę historii kraju i miejsca, by wrażenie odniosło się mocniejsze, pełniejsze, powodujące gęsią skórkę na ciele w ciepły wiosenny dzień.
Na szczycie wieży zrobiona jest platforma widokowa i to z niej rozpościerają się najpiękniejsze widoki na zakole Osławy, trzy świątynie i zabytkową część miasta.
Sanok z przylegającym doń Zagórzem jest bramą w Bieszczady, którą właśnie przekroczyliśmy w wyprawie w poszukiwaniu śladów kultury ludzi niegdyś je zamieszkujących.

Kliknięcie w linijkę spowoduje przekierowanie na stronę albumu z moimi zdjęciami.







Człowiek żałosny

Kiwał się oparty o słupek usiłując zapalić papierosa, kiedy szłam tam. Słupek solidny, tkwiący w wyznaczonym miejscu od poprzedniej epoki. Dzisiejsze słupki ustawiane w charakterze balasek chroniących obszar przeznaczony wyłącznie dla pieszych przed ruchem samochodowym są tak liche, że nawet maluch niespecjalnie silny i mocarny potrafiłby je wytrącić z gruntu, gdyby taka myśl przyszła mu do głowy, a dorośli nie zauważyli niszczycielskich zapędów swojej pociechy.
Stał więc oparty o ten słupek, choć było tak rano, że stan zamroczenia musiał przedłużać się od minionej nocy. Zresztą po delirycznym drżeniu sylwetki można się było domyślać, że stan ten trwa nieprzerwanie od dziesiątków lat. Kiedy na niego patrzyłam idąc tam, zakładałam się ze sobą w myślach, że zejdzie mu na tym zapalaniu papierosa do momentu, kiedy będę szła z powrotem, zwłaszcza, że czynność utrudniał wiatr, który rozciągał gałęzie drzew jak włosy dzierlatki. Przegrałam zakład sama ze sobą, ponieważ, gdy szłam z powrotem, kiwał się oparty o słupek zaciągając się papierosem. Ręce rozciągnął wzdłuż tułowia bezradny na tym wietrze, podwójnie zawiany. Człowiek żałosny. Ciekawe, kiedy przestał się oszukiwać, że los sprzysiągł się przeciwko niemu?

środa, 29 kwietnia 2015

Magia miejsc

Są takie miejsca i takie zdarzenia, o których nie da się ot tak napisać, opowiedzieć. Do dziś nie wiem jakich słów mogłabym użyć, by odzwierciedliły to, co przeżyłam, gdy stanęłam w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.

Wcześniej wyczytałam na jakiejś stronie internetowej, że odwiedziny na Górze Trzech Krzyży można sobie podarować, że pobyt w tym miejscu można ominąć. Tymczasem, choć Kazimierz robi wrażenie coraz głębsze i wyrazistsze z każdym krokiem, który się stawia w tym opiewanym przez artystów miejscu, można pojąć i "zobaczyć" go tylko z perspektywy Góry Trzech Krzyży i potem zamknąć obraz ze wzgórza klasztoru franciszkanów.

Więc najpierw, gdy stanęłam w narożniku rynku od strony kamienic Przybyłów mogłam się tylko rozpłakać. Szloch zacisnął moje gardło i nie byłam w stanie przedsięwziąć niczego. Nie mogłam się ruszyć, postawić ani jednego kroku, nie mogłam wypowiedzieć ani jednego słowa - jedyne co mogłam, to dać upust łzom. I wcale nie dlatego, że naczytałam się o magii tego miejsca, że gdzieś obudziły się jakieś skojarzenia itp. Ta magia tam była i sparaliżowała mnie, poraziła każdą komórkę odpowiedzialną za odbiór rzeczywistości i te odpowiedzialne za reakcje na rzeczywistość również.

Tak doskonałej harmonii piękna rzeźby terenu, krajobrazu przyrody i architektury jeszcze nigdzie dotychczas nie doświadczyłam. I gdybym się miała raz jeszcze urodzić i spędzić życie poza ukochanym Beskidem, chciałabym, by dokonało się to w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.

Magia miejsca i czasu, magia piękna i harmonii krajobrazu i architektury spotyka mnie i unieruchamia każdorazowo w Beskidzie Niskim. Odczuwam ją łaskotaniem delikatnych powiewów łagodnego wiatru, aromatem traw, porosłych ziołami wolnych przestrzeni, podmokłych łąk; zaklęta jest w zapachu modrzewiowych desek poskładanych w zręby, zamykających pod kopułami cerkiewnych bani najświętsze ikony, modlitwy i nabożne pieśni kantorów. Tkwi pomiędzy krzyżami i macewami cmentarzy, z których wszystkie są pomnikami czasów bezpowrotnie minionych. Odbija się echem od chylących się drewnianych ścian chyżych - chat osieroconych przez zawieruchy historii. Jest owa magia w każdym przydrożnym kamiennym krzyżu z trzecim pochyłym ramieniem i na półksiężycach cerkiewnych wykutych krucyfiksów, w których czasem światło przebija się przez kolorowe szkiełka. W wielkiej kontemplacji przeżuwają ją krowy leniwie wylegujące się w pobliżu świątyń Bożych a stada owiec wyśpiewują w radosnym beeeczeniu niesionym z wiatrem w dal.

Im częściej tam jestem, tym bardziej zniewala mnie ta magia, przywiązuje, łudzi, obiecuje i jest to zniewolenie na wzór najwyższego, zawartego w osobie Stwórcy, boskiego zniewolenia. I o tym miejscu jestem w stanie opowieść zawrzeć w słowach, choć tak daleko jej do tej prawdziwej opowieści, takiej jaką ją odczuwam.
Jeśli zaś będę w stanie ubrać w słowa cokolwiek, co przydarzyło mi się po obu stronach Wisły na wysokości Kazimierza Dolnego, zapewne to zrobię.

Tymczasem zapraszam w Beskid Niski.

Chyba zdjęcia (po kliknięciu w linijkę) odzwierciedlą, co mam na myśli, a czego nie potrafią wyrazić słowa. 



sobota, 25 kwietnia 2015

Mauzoleum Skrzyńskich w Zagórzanach

Zaczęło się chyba od tego, że D. zapytała swoją koleżankę z pracy: - A co ciekawego jest w miejscowości, w której mieszkasz? Ponieważ koleżanka umiała powiedzieć, co jest ciekawego, dlatego pojechaliśmy. Bywa, że ludzie mieszkający w danej miejscowości, szczególnie małej, zapytani o jakieś ciekawostki, czy osobliwości, najczęściej mówią zdziwieni: - A cóż ciekawego może być w naszej miejscowości? Więc koleżanka D. wiedziała i umiała powiedzieć o osobliwościach swojej miejscowości.

Ta miejscowość to Zagórzany k/Gorlic.

Dlatego jechaliśmy przez Stróże, Polną, Szalową i Łużną, trochę odskoczyliśmy w bok do Moszczenicy, bo wabiły drogowskazy i informacje o zabytku architektury drewnianej. Okazała się nim być kaplica cmentarna z końca XVII w. Naturalnie kaplica była zamknięta. Za to na centralnym placu Moszczenicy - miejscowości gminnej - postawiono fontannę i tablicę z oryginalną inskrypcją "Ku chwale naszym przodkom, założycielom i budowniczym Moszczenicy. Ku pamięci potomnym dedykujemy ten pomnik. Moszczenica 2014". Znajdują się tam również toalety i tablica informacyjna o rewitalizacji z unijnych funduszy. Chciałam skorzystać z toalety. Nawet musiałam. Niestety, toalety są, ale niedostępne. Zamknięte. Nawet nie mają zainstalowanego zamka na monety. Ani też nie wisiała na nich kartka, gdzie mieszka "babcia klozetowa". Można jednak nacieszyć oko i ducha świadomością rozwoju naszego narodu. Dawniej to było nie do pomyślenia, by tak mała miejscowość gminna jak Moszczenica miała ubikacje publiczne. Ubikacja za to była przy kościele w Zagórzanach. Wiodła do niej dróżka obok kapliczki z Matką Boską. Wyglądało jakby sama Matka Boska pobierała opłaty za skorzystanie z WC.

Zapytany przy kościele miejscowy chłopak o poszukiwaną przez nas osobliwość Zagórzan, która nas zwabiła w to miejsce, wytłumaczył, że przed murem czy za murem, w każdym razie, widać z drogi. Przejechaliśmy miejscowość ze dwa razy wzdłuż (przejechać wszerz się nie dało, bo nie było na tyle szerokości) i z drogi widać nie było. Widać było mur, i owszem. Za murem niszczejący pałac i okropnie zaniedbany park. Przy murze stała kapliczka, również w stanie rozkładu. Natrafiliśmy nawet na kolejny cmentarz wojenny (125 Zagórzany) - przepiękny cmentarz, na szczęście nikt nie zechciał go odnawiać i restaurować ani odbudowywać jak w Łużnej (kliknij) Pustkach, o którym pisałam niedawno. A osobliwości, do której zmierzaliśmy, jak nie było widać z drogi, tak nie było. W końcu znów musieliśmy zasięgnąć języka i dopiero po kolejnym tłumaczeniu trafiliśmy.
Z drogi na pewno nie da się zobaczyć tej osobliwości, a i tablicę informacyjną zarosły krzaki. Gdyby ktoś jechał od Łużnej, jak my (od dwóch lat mamy podejrzenia, że dziennikarze lokalnego portalu internetowego jeżdżą za nami, bo zanim ja zdążę napisać relację z naszej wycieczki, tekst o nawiedzanych przez nas miejscach ukazuje się na łamach; internetowych, bo internetowych, ale się ukazuje), to przed budynkiem nadleśnictwa, zatem przed murem trzeba skręcić w lewo. Ma się wrażenie, że wjeżdża się na czyjąś posesję i tak właściwie to przy bloku należącym do pracowników nadleśnictwa kończy się droga (mówiłam, że Zagórzany szerokości nie mają, mają tylko długość).
Dotarliśmy do parkingu przy bloku pracowników nadleśnictwa i do ich ogródków działkowych i zaraz za nimi znajduje się osobliwość Zagórzan: mauzoleum rodziny Skrzyńskich w postaci piramidy.

Aleksander hr. Skrzyński, rozmiłowany w Egipcie postanowił wybudować dla siebie i swojej rodziny ten swoisty grobowiec na wzór prawdziwej piramidy Cheopsa, oczywiście pomniejszony w odpowiednich proporcjach.

I tak stoi przepiękny grób-piramida, który w swym wnętrzu dał wieczne schronienie sześciu członkom rodziny Skrzyńskich, począwszy od Adama hr. Skrzyńskiego, który zmarł w 1905 r. i początkowo pochowany został gdzie indziej. Obok spoczywa jego małżonka Oktawia z hr. Tarnowskich (napis na płycie granitowej umieszczonej we wnętrzu piramidy głosi jeszcze: Adamowa hr. Skrzyńska), syn hrabiego - Aleksander hr. Skrzyński - budowniczy piramidy, córka Maria z hr. Skrzyńskich Adamowa Sobańska z małżonkiem Adamem hr. Sobańskim, oraz wnuk po córce Aleksander Maria hr. Sobański. Ten ostatni pochowany został w asyście mieszkańców bloku pracowniczego w 1994 roku, o czym poinformowała nas pani z pieskiem i kubkiem kawy w ręce, która zobaczywszy nas zapewne przez okno swojego mieszkania, wyszła, by z nami pogawędzić i opowiedzieć nam co nieco. Skrzyńscy zrobili wiele dla regionu i dla Polski, więc należy im się uwaga.

Rodzina Skrzyńskich w 1945 roku przechytrzyła reformatorów i - podobnie jak wielu praktykowało - zapisała swoje dobra w postaci nieruchomości na terenie Zagórzan z przeznaczeniem na dom dziecka.

Dziś pałac znajduje się w opłakanym stanie i nowy właściciel ogrodził go zupełnie, nie dając możliwości wejścia na teren parku ani też zbliżenia się do pałacu. Prawdopodobnie działanie to podyktowane jest względami bezpieczeństwa, a przynajmniej takie nasuwa się wytłumaczenie.
Zanim zaproszę na poglądową część wycieczki podzielę się informacją, która ze zdjęć nie wynika i nie ma jej nawet na miejscu, że piramida wybudowana z inicjatywy Aleksandra hr. Skrzyńskiego stanęła w 1932 r. już po tragicznej śmierci pomysłodawcy. Stawiając niezwykły grobowiec, chciał wybitny Polak uczcić swoich rodziców, zupełnie nie spodziewał się, że sam spocznie w niej równie szybko. Ciała Aleksanera i Adama hr. Skrzyńskich spoczęły początkowo w Kobylance i zostały uroczyście przeniesione na miejsce wiecznego (przynajmniej obecnego) spoczynku w 1932 r. Piramida u podstawy ma 12 metrów szerokości i 10 metrów wysokości. Na wysokości 5 m piramidę przebija monumentalny kamienny krzyż z postacią Chrystusa i przewyższa piramidę o kolejnych 5 m. Sama piramida wygląda jakby osadzono ją w pagórku, którego na zdjęciach praktycznie nie widać, ale, proszę mi wierzyć, jest dość spory. Grobowiec okolony jest więc tym pagórkiem, na którego szczycie rosną drzewa. Wieść gmina niesie, że hrabia panicznie bał się ciemności, więc opłacił elektrowni rachunek na 100 lat z góry, by w miejscu jego spoczynku wiecznie płonęło światło. Od frontu piramidy jest widok na park i pałac, no tylko w tzw. międzyczasie, tj. od śmierci budowniczego, postawiono budynek biurowy i blok mieszkalny pracowników nadleśnictwa. A może zalążek nadleśnictwa istniał już wcześniej (patrz życiorys Aleksandra hr. Skrzyńskiego na zdjęciu w galerii). No i podobno do piramidy nigdy nie został doprowadzony prąd. Obok znajduje się grobowiec, już zwykły, w którym spoczywa ogrodnik z małżonką, ponoć najbardziej zaufany pracownik. I dobrze, że grobowiec ogrodnika usytuowany jest bokiem do ogrodu, bo zapewne by się chłopina przewracała w grobie widząc do jakiej ruiny doprowadzono jego dzieło.

No to zapraszam na wycieczkę poglądową. Trzeba kliknąć w tę linijkę.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Wzgórze Pustki

Skoro już wycięty został las na  południowym stoku, to przynajmniej trzeba oddać sprawiedliwość, że z daleka widać gontynę królującą na 446. m n.p.m. (czterysta czterdziestym szóstym metrze n.p.m. :) ). Na wzgórzu otulającym Łużną - miejscowość gminną w powiecie gorlickim na Pogórzu Ciężkowickim rozegrała się bitwa wchodząca w skład operacji wojennej zwanej Bitwą pod Gorlicami. Bitwa, cała operacja pod Gorlicami, zwana przez współczesnych Małym Verdun, była największą operacją wojskową I wojny światowej w Galicji Zachodniej. To podczas tej Bitwy zginęło najwięcej żołnierzy, ale też wydarzenia z maja 1915 roku pozwoliły przełamać napór armii rosyjskiej.
Więc dotarliśmy w Pustki w przeddzień setnej rocznicy wydarzeń rozgrywających się w oparciu o to wzgórze, Wydarzeń, które we wspólnych mogiłach położyły ponad 1000 żołnierzy wszystkich trzech armii biorących udział w wojnie narodów. Najwięcej żołnierzy poległo z armii austro-węgierskiej, bo aż 912. Nie na darmo bitwę o wzgórze Pustki nazywa się Małym Verden albo Verden Galicji Zachodniej.
Obecnie cmentarz, jak głosi tablica, jest w trakcie "tworzenia [zeń] ogólnopolskiego produktu turystycznego - małopolski odcinek Szlaku Frontu Wschodniego I wojny światowej" i najlepsze co z tego wynikło, to odbudowa zabytkowej gontyny, która w pożarze w 1985 r. uległa kompletnemu zniszczeniu. Gontynę zaprojektował słowacki architekt, etnograf Karpat, budowniczy cmentarzy wojennych Duszan Jurkowicz, po tym jak odwołano głównego (pierwszego) budowniczego/projektanta cmentarza nr 123 - Jana Szczepkowskiego. Jurkowicz zaprojektował i wybudował ponad 30 cmentarzy wojennych w Beskidzie Niskim, a w swojej pracy wykorzystywał wiedzę zdobytą dzięki zauroczeniu etnografią regionu. Widziałam sporo z nich. Rzeczywiście jest w nich zaklęta dusza Karpat. Od razu muszę szczerze powiedzieć, że najbardziej podobają mi się te cmentarze, do których nie dobrano się współcześnie, by zrobić z nich "produkt turystyczny". Stary cmentarz najpiękniejszy jest wtedy, kiedy przemija razem z czasem. Jest ich, starych cmenatrzysk sporo na terenie Beskidu Niskiego - tych wojennych, ale jest też mnóstwo łemkowskich, czy żydowskich. Pięknie się starzeją... Ponownie trzeba oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że odbudowa cmentarza nr 123, czyli tego, o którym cały czas mowa, przebiega całkowicie w zgodzie z planami i w najdrobniejszych detalach odwzorowuje się to, co było, ale niewybaczalne jest ścięcie starodrzewu buczyny karpackiej ze stoku Pustek.
To, że jedyną w swoim rodzaju gontynę można było odbudować, zawdzięczać należy faktowi, że w słowackim Narodowym Muzeum w Bratysławie przechowywana jest dokumentacja tego monumentu zaplanowanego w drewnie. Gontyna ma 25 m wysokości i tak właściwie powinno się ją nazywać chramem, ale ktoś kiedyś ją tak nazwał i nazwa się przyjęła. Chram stoi w świętym gaju, a jakiż inny gaj może być świętszy od tego, który rośnie pijąc krew chłopców i młodych mężczyzn?

Niezależnie od tego czy jest się patriotą, czy interesuje się historią, czy tematyką batalistyczną lub zagadnieniami I wojny światowej - cmentarz wojskowy nr 123 z I wojny światowej znajdujący się w Łużnej Pustkach powinno się nawiedzić. I koniecznie trzeba obejrzeć kościół katolicki stojący u stóp wzgórza. W prawej wieży znajdują się pociski artyleryjskie, które podczas ostrzału w dniach 2-5 maja 1915 r. osiadły w ceglanym murze.

Cmentarz wojskowy z I wojny światowej w Łużnej Pustkach (kliknij - otworzy się gaeria ze zdjęciami).

Kościół w Łużnej (kliknij - otworzy się galeria ze zdjęciami).

Cmentarz wojskowy nr 123
z I wojny światowej w Łużnej Pustkach

piątek, 17 kwietnia 2015

Szalowa - dwór

To nie kościół w Szalowej, zabytek baroku zaklęty w drewnie był miejscem, które urzekło mnie najbardziej w tej miejscowości. Jadąc od Stróż minęliśmy stary park otoczony resztkami kruszejących murów a w nim zabudowania dworskie, które przyciągnęły moją uwagę tym, że w przepiękny sposób poddają się czasowi. Tak, czas we dworze w Szalowej kruszy wszystko, nie tylko mur okalający park. Wszystkie zabudowania dworskie, a jest ich sporo, bo począwszy od klasycystycznego dworu z pierwszej połowy XIX w., który stoi na brzegu skarpy i chyba tylko pnącza dzikiego wina trzymają go w ryzach, przynajmniej od strony skarpy i drogi, jest niezwykłej urody oficyna dworska, drewniany spichlerz, takaż stodoła i murowana obora. Rylscy byli ostatnimi właścicielami dworu (i sporej części wsi), ale wśród wcześniejszych właścicieli znaleźć można nazwisko Skrzyńskich, a tego dnia zdążaliśmy m.in. do grobowca Adama Skrzyńskiego.
Widok z dworu od strony werandy jego mieszkańcy mieli przedni - okna wychodziły na stawy. Przy jednym ze stawów stoi kapliczka. Pamiętamy z poprzedniej opowieści, że kapliczek jest mnogość w tej miejscowości. Zwolennicy legendy o biesach powiedzą, że po to, by odstraszyć siły nieczyste. Kapliczka stoi na rozstaju dróg, tak przecież w dawnych wiekach znakowano trakty, by wiadomo było nawet w czasie zamieci śnieżnej, w którym miejscu skręcić, gdzie znajduje się krzyżówka, gdzie jakieś rozwidlenie. Trwała migracja żab w stronę wody, by złożyć skrzek, więc na ulicy i głównej alei starego, dworskiego parku było ich zatrzęsienie. Pąki zaledwie kaleczyły gałęzie drzew i krzewów by się przebić i odrodzić po zimie, przy stawach straż trzymały zeszłoroczne uschnięte badyle sitowia, zaś wszystko, co zimą przykrywa śnieg, a wiosną, jesienią i latem zarasta roślinnością teraz było odkryte i wystawione na widok publiczny. Musi tam być przepięknie o każdej porze roku, bo przecież każda z pór ma swoje barwy i niezwykły urok, ale zapewne nigdy nie widać tak wyraźnie jak teraz wszystkich szczegółów miejsca, które z wolna, acz dokładnie pochłania czas.

Album ze zdjęciami - po kliknięciu nastąpi przekierowanie.





czwartek, 16 kwietnia 2015

Szalowa

W Stróżach przy kapliczce skręciliśmy po to, by dojechać do Szalowej. Szalowa, gdy planowaliśmy w domu wycieczkę,  kusiła nas przede wszystkim drewnianym, okazałym kościołem, który, gdy go już zobaczyliśmy na własne oczy, stwierdziliśmy, że zapewne jest perłą w koronie zabytków Pogórza Ciężkowickiego. Ale, żeby tylko Pogórza! Wiki podaje, że jest unikatem na skalę europejską i zapewne musi, co tak jest. Widziałam w swoim życiu wiele drewnianych kościołów i cerkwi z zabytkową polichromią, która oszałamiała, i każdy z tych kościołów i każda z cerkwi jest unikatowa, więc nie można odebrać kościołowi w Szalowej tego zaszczytnego tytułu. W przeciwieństwie do wszystkich innych obiektów sakralnych, ten jest zabytkiem barokowym. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię, by zobaczyć barok zaklęty w drewnie. Zwykle barok w architekturze kojarzy się z alabastrami, marmurami, drogim kamieniem budowlanym, a tu taka niespodzianka.
Tablica znajdująca się przy kościele informuje, że świątynia powstała w latach 30. XVIII wieku. Budowla świątynna ma układ bazylikowy, jest trójnawowa o konstrukcji zrębowej. A polichromia barokowo-rokokowa ma charakter iluzjonistyczny, który w połączeniu z licznymi figurami składającymi się na wystrój kościoła robi naprawdę imponujące wrażenie.
Widać, że zewnętrzne deski zostały niedawno wyczyszczone, gdyż bieleją z daleka jasnym kolorem zapewne drzewa modrzewiowego, gdyż modrzew stanowił najczęściej budulec kościołów i cerkwi.
I tu, podobnie jak w Polnej, ludzie zbierali się na nabożeństwo, więc rytuał powtórzył się identycznie jak przed mszą w Polnej. Kobiety i dzieci odmawiały w kościele różaniec, a mężczyźni zbierali się nieopodal świątyni wykorzystując każdą minutę na rozmowy w męskim gronie. Były więc uściski dłoni na powitanie, częstowanie papierosami, zapalanie i łapczywe zaciąganie się dymem, by zdążyć przed dzwonkami ministrantów oznajmiającymi rozpoczęcie mszy. Były splunięcia pod stopy, pospieszne gaszenie papierosów, jeśli któryś z panów nie zdążył wykurzyć do końca. Było i rzucanie petami dookoła siebie, znów splunięcie, kolejny uścisk rąk i wejście chyłkiem do kościoła. Jakiś odsetek młodzieży męskiej i rodzice z małymi dziećmi stali przed wejściem do świątyni, niektórzy chłopcy szukali odosobnienia, ale nie odważyli się wyjść poza teren kościoła wyznaczony murem, za to pochowali się za pniami wiekowych drzew.
Jak przy każdej drewnianej świątyni, tak i przy tej obok stoi dzwonnica parawanowa. Kościół, gdy się jest w środku robi wrażenie niezwykle wielkiego. Z zewnątrz wygląda dziwacznie - jest niski i przysadzisty. Brak mu strzelistych, niekoniecznie bardzo wysokich, wystarczyłoby nieco wyższych niż są - wież powodujących, że budowla nabiera smukłości.
Tuż przy kościele remiza straży pożarnej, a w niej placówki kultury, obok przedszkole, kiosk przemysłowo-spożywczy, po drugiej stronie ulicy kapliczka i staw. Typowa wieś. Powiadają jednak, że kapliczek i krzyży w tej wsi jest znacznie więcej niż w przeciętnej polskiej wsi. Ich mnogość wiąże się z podaniem o biesach zamieszkujących zbocze góry wznoszącej się nad miejscowością. Bies jak to bies - wciąż głodny ofiar bałamucił, sprowadzał na manowce i gubił niejednego cnotliwego obywatela i niejedną cnotliwą obywatelkę. By pozbyć się czarta podobno odczyniono egzorcyzmy, po którym to obrzędzie z jamy we wnętrzu góry buchnął odór siarki, a biesa wywleczono na zewnątrz na widłach i po wywleczeniu z martwego cielska lała się smoła, czarna jak otchłań piekielna. Dla ochrony przed siłami nieczystymi postawiono wcześniejszy kościół, który potem rozebrano i w miejsce starego postawiono w latach 30. XVIII w. ową późnobarokową perłę w koronie Pogórza.

Kościół Archanioła Michała w Szalowej

Galeria zdjęć - po kliknięciu w link nastąpi przekierowanie do mojego albumu.




Jescze nie opuszczamy Szalowej.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Polna za Stróżami

Chociaż wycieczkę mieliśmy zaplanowaną z detalami, nie można się było nie zatrzymać po drodze, gdy wypatrzyliśmy coś ciekawego. Tak więc kolejnym, niezaplanowanym miejscem był kościół parafialny św. Andrzeja w Polnej znajdujący się na Małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej. W Stróżach, przy przepięknej, starej kapliczce stojącej na rozdrożu, skręciliśmy na Szalową i Zagórzany. Kapliczka w Stróżach jest niemal zasłonięta przez otaczające ją banery i reklamy, i pewnie tylko dlatego, że niewielkich rozmiarów i chyląca się ku ziemi, nie została całkowicie zasłonięta przez liczne, wątpliwej urody zawalidrogi. Nieopodal kapliczki stoi kamienny krzyż, drogowskaz wskazujący na cmentarz wojenny, bo tych na gorlickiej ziemi bez liku.
Droga wiodła nas wzdłuż potoku, który jest dopływem dopływu Białej - tej Białej, której źródła zaledwie wytrysną z ziemi już patrzą na Lackową, a potem wiją się Beskidem Niskim i Pogórzem Ciężkowickim, by dotrzeć do Dunajca w miejscu na zachód od Tarnowa, właściwie w Tarnowie, zanim ten wpadnie do Wisły na wysokości Opatowca. 
Więc potok ten raz z prawej, raz z lewej strony drogi prowadził nas do górnego swojego biegu, by właśnie w Polnej rozstać się z nami zupełnie. Jeszcze nakazał nam przejść drewnianym mosteczkiem ponad nim, by dotrzeć do kościoła, z którego dobiegał gromki głos różańcowej modlitwy. W kościele z przepiękną polichromią znajdowały się same kobiety i dzieci, to one odmawiały różaniec za zmarłych, za chorych, za zdrowych i za Ojczyzną oraz za wszystkie sprawy wymagające modlitwy. Przewodził temu chórowi kobieco-dziecięcych głosów szczególnie jeden głos, zupełnie nie wzmocniony przez mikrofon, wręcz z którejś ławki znajdującej się w głębi, daleko za prezbiterium. Stałam jak urzeczona, gdyż taki głos, taką modlitwę ostatnio słyszałam w filmowej wersji "Chłopów" Reymonta, w reżyserii Jana Rybkowskiego. Byłabym stamtąd nie wyszła, gdyby nie ponaglenia Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem, a jego, jak zwykle, czas naglił. 
Mężczyźni stali przed kościołem - po jednej i po drugiej stronie drogi. Kiedy który do grupy przystawał, witał się z każdym podaniem ręki, poczym wyciągał papierosa, albo też zostawał częstowany i stli tak w małych grupkach panowie, póki nie wybrzmiał ostatni dzwonek oznajmiający wejście księdza i rozpoczęcie mszy. Cisnęli petami, splunęli, dziarskim ruchem podali sobie dłonie i ruszyli w stronę kościoła, by tam zająć miejsce po przeciwnej stronie niż kobiety. 
Tamtego dnia jeszcze raz dane nam było zaobserwować to wymierające zjawisko, gdyśmy dotarli do kościoła w Szalowej - a ten już był na trasie naszej wycieczki. 

Kapliczka na rozstaju dróg w Stróżach

Wnętrze kościoła św. Andrzeja w Polnej