MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 10 lipca 2014

Zanikające zjawisko

Oczekiwanie w poczekalni przedłużało się. Wszystkie krzesła były zajęte i tylko zmieniały się na nich osoby, jak w kalejdoskopie. Nie wiedzieć czemu, pewna dystyngowana starsza pani wciąż siedziała, choć wokół niej trwała rotacja: jedne pacjentki przychodziły, inne, po przyjęciu w gabinecie lekarskim, wychodziły. A ona siedziała na krzesełku na skraju i cały czas mówiła. Nawet nie zmieniała tematu rozmowy, jakby nie zauważając, że twarze jej słuchaczek się zmieniają. Jedne z nich żywo reagowały, inne obojętnie wysłuchiwały tyrady dystyngowanej pani. Jedna z przypadkowych rozmówczyń powierzyła obcej kobiecie tajemnicę swojej serdecznej koleżanki. Chcąc nie chcąc, wysłuchali wszyscy. W momencie powierzenia tej tajemnicy, dystyngowana pani natychmiast zamieniła się w domorosłego psychologa i zaczęła sypać jak z rękawa radami dla lekkomyślnej w kontaktach damsko-męskich przyjaciółki kobiety siedzącej w poczekalni.
Jedna z osób, niezbyt grzecznie się zachowując, rozmawiała przez telefon wydając instrukcje, w którym miejscu kuchennych mebli znajdują się rzeczy, których niewidoczny dla wysłuchujących rozmowę domownik nie mógł odnaleźć. Potem tłumaczyła wszystkim wokół, że bez niej w domu ani rusz. Tym samym każdy z poczekalni już wie, gdzie u pewnej pani tkwią takie, czy inne sprzęty i naczynia kuchenne.  
Pewna pani utyskiwała na brak miejsc parkingowych w mieście i, że przez godzinę jeździła z córką by zaparkować. Miasto nie jest duże; godzina wystarczy by je przejść wzdłuż, druga - wszerz. Kiedy od przypadkowej osoby, do której utyskiwała usłyszała, że można było samochód zostawić na rogatkach miasta i przyjść na nogach, albo skorzystać z komunikacji miejskiej, przesiadła się oburzona i tylko co jakiś czas zerkała potem na ową, z wielką dezaprobatą, ale znalazła posłuch u sąsiadki po przesiadce.  
Nie było rozmów o pogodzie, choć ta ostatnio kapryśna, ani też o polityce. Na szczęście. Ale i tak słowa bez ustanku i chwili przerwy wybrzmiewały w poczekalni. Może rozmowy były błahe, byle jakie, o byle czym, nastawione bardziej na przeczekanie, niż na głębię. Ale były. 

Tak rozmawiać - z przypadkowymi osobami - potrafi jeszcze tylko starsze i średnie pokolenie. Młodsi i młodzież siedzą odizolowani z nosami w smartfonach, czy tabletach. Umiejętność nawiązywania kontaktu z obcym człowiekiem zanika. Rozmowa w poczekalni, autobusie itp. będzie wnet anachronizmem. Ba! Młodzież spędzając wspólnie czas, nie rozmawia ze sobą, a tylko bezsłownie wymienia się obrazkami na ekranie swojego urządzenia elektronicznego, choć ostatnio coraz częściej rezygnują z gestu wyciągnięcia dłoni w kierunku drugiego człowieka, by, dzięki możliwości bezpłatnej komunikacji, po prostu przesłać obraz, czy mem do swojego "rozmówcy". 

piątek, 4 lipca 2014

Zakotwiczona przeszłość

Ileż to razy na przestrzeni ostatniego roku, od kiedy doznałam urazu kolana, śniłam, że biegam. Gdyby moje kolana na to pozwalały i tak bym nie biegała, bo odkąd dzieci wyrosły nie mam za kim biegać ;). Ale, że nie pozwalają, więc we śnie biegam, bo we śnie się marzy, albo się tkwi. Najczęściej biegam po łąkach z wysokimi trawami, ale zdarzyło się (we śnie wszystko się może zdarzyć), że biegłam po wybrukowanym placu. Plac wyglądał identycznie jak Plac Bohaterów Getta na krakowskim Podgórzu, choć w moim śnie był może spadzisty. Pewnie dlatego, że zbieganie w dół jest kompletną torturą?
Tak więc nawet się nie zastanawiałam: wolno - nie wolno, mogę - nie mogę.
Kraków Podgórze Plac Bohaterów Getta

 Postanowiłam dbać o moje kolana najbardziej jak to możliwe, by starczyły mi do końca życia, więc po górach chodzić - tak, biegać - nie, zwłaszcza, że w bieganiu żadnej przyjemności nie upatruję. 
Aż tu zdarzyło się, że Nasza Łaskawość pozostawiona pod moją opieką udowodniła mi, że mogę biegać i to szybko. Choć obawiam się, że to była jednorazowa możliwość. Podczas sprintu - miałam wrażenie, że pobiłam własny rekord w bieganiu - coś mi w operowanym kolanie chrupnęło, zgrzytnęło, otarło się, naderwało? Coś się stało i to coś takiego, co nie od razu rozlało się bólem. Nie żeby wcale, bo bolało, ale z każdym dniem, który mija od bicia rekordu, boli coraz bardziej. 
Może się zdarzyć niebawem, że jedyne przeżycia, jakie będą moim udziałem, to te we śnie (stąd tak dużo ostatnio o snach?) i te zaklęte we wspomnieniach. A wspomnienie  podgórzańskiego Placu Bohaterów Getta jest bardzo wyraziste. Tkwi pod powierzchnią myśli, drażni skórę od spodu, delikatnym piórkiem łaskocze w duszy, powodując niepokój w środku i na zewnątrz, daleko i blisko. Architektura placu zachowana jest z czasów przedwojennych na trzech pierzejach. Czwarta odcina od placu ulicą dodatkowo naznaczoną tramwajowym torowiskiem to, co dawne od tego, co nowe. Bo nowe wtargnęło na czwartą pierzeję placu w postaci oszklonego gmachu. Gdzieś całkiem niedaleko, wychylić się trzeba odrobinę za jedną z nienaruszonych pierzei, by dojrzeć, stoi nowoczesny gmach fabryki i hotelu. Zaraz za nimi płynie Wisła, niewzruszona dolą człowieka. 
Mieszkańcy Podgórza przemierzają Pac Bohaterów Getta za każdym razem, gdy chcą się udać do Krakowa, albo gdy zeń wracają. Zmierzają do tramwaju pomiędzy wielkimi, pustymi krzesłami, przecinając wybrukowany śmiercią plac. Niedaleko stamtąd do Płaszowa, gdzie był przejściowy obóz pracy (przemianowany potem na koncentracyjny) - machina śmierci, narzędzie Holocaustu. Nazistowski obóz w Płaszowie to ten od "listy Schindlera" i to ten sam, w którym dziećmi będąc przebywali Roma Ligocka i Roman Polański. 

Więc ten Plac, choć przecięłam go po przekątnej zaledwie kilka razy w życiu, zakotwiczył się w moim wnętrzu i jak kotwica swoimi łapami i pazurami ryje dno morskie, by utrzymać statek na wodzy, tak zapamiętane wrażenie z Placu wrzyna się bólem na największą głębokość mojego odczuwania. Dlatego we śnie plac jest spadzisty i na moich chorych nogach biegnę nim w dół...

czwartek, 3 lipca 2014

Ogłaszam konkurs

W jakim celu hakerzy zaatakowali witrynę z moim blogiem na bloggerze? Oczekuję odpowiedzi w dwóch kategoriach: najciekawszej (to taka kategoria z literatury fantastycznej) i najbardziej prawdopodobnej (to może bardziej z literatury fachowej). W drugiej kategorii mam dwa osobiste typy, ale chciałabym otrzymać propozycje od Czytelników. 
Grzebiąc w panelu administratora dokopałam się narzędzia dla webmasterów i stamtąd dowiedziałam się, że to, co spotkało moją witrynę, to jeden z najbardziej typowych ataków hakerskich. Postępowałam zgodnie z zawartymi instrukcjami wykonując 7 kroków, które miały oczyścić witrynę ze złośliwego oprogramowania, ale o ile większość była dedykowana dla osób bez doświadczenia webmasterskiego, to wystarczyło, by dwie były dla średniozaawansowanych, a jedna dla zaawansowanych, bym straciła wiarę w to, że poradzę sobie samodzielnie. Tymczasem okienko z komunikatem JavaScript się nie pokazuje, ale właśnie co przebrnęłam przez te kroki usuwania skutków ataku, więc jeszcze wszystko się może zdarzyć. 
Czekam więc na komentarze z odpowiedziami w dwóch kategoriach. Może być ciekawie. W tym miejscu powinnam zapewnić o nagrodzie dla zwycięzcy. Ale, mówiąc szczerze, nic innego prócz lodów u Argasińskiego nie przychodzi mi do głowy. No bo, czy ktoś by chciał wygrać golonkę mojej roboty? 
Dobra. Zwycięzcy wygrywają golonkę (po jednej w każdej z kategorii).  I jeszcze zwycięzca w drugiej kategorii będzie mógł osobiście wyrugować złośliwe oprogramowanie z mojej witryny. Już tak na zicher. 
Termin nadsyłania odpowiedzi: do końca wakacji.
Rozstrzygnięcie: natychmiast po wakacjach. 

Skład jury powiększa się o załączone w komentarzach najlepszych komentarzy emotikony świadczące o oddaniu pozytywnego głosu na najlepszy komentarz. Niepozytywnych emotikon i komentarzy nie należy stosować w myśl biblijnej nauki: "Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli."



Koty

Nad moim snem, by toczył się leniwie, najczęściej czuwają koty. Bo, gdy zasypiam, przeważnie obydwa są w nogach łóżka, i choć, co prawda wyglądają jakby same wtedy spały, to jest to tylko zmyła, bo uchylają choćby po jednym oku i bacznie mi się przyglądają. Pewnie myślą, że nie widzę tego ukradkowego śledzenia moich poczynań, gdy wchodzę do łóżka, ale już ja dobrze znam te dwa łotry w futrach. Udają, że śpią, by wzbudzić we mnie litość, bo kalkulują, że śpiącego kota nie zepchnę z kołdry. Kołderka jest miękka, z gęsiego puchu, który jeszcze Stara Kobieta z własną ciocią darła u zarania mojego z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem małżeństwa. Więc naciągam na siebie kołdry tyle, ile wystaje spod kotów i zawijam się snem. Nigdy nie wpadam w żaden koszmar; moje sny toczą się w sferze marzeń, które albo już się spełniły, albo właśnie się dopiero rodzą. Zdarza się, że Córka Syjamskiego Króla, nie wiedzieć kiedy, wyląduje na poduszce przy mojej głowie. Być może są to te momenty, których moja pamięć nie rejestruje, a kiedy jednak jestem na krawędzi jakiegoś koszmaru i wtedy właśnie mała kicia zjawia się ze swym zbawiennym mruczeniem, by uspokoić mój nierówny oddech i przeprowadzić do miejsca, gdzie morzem rozlewa się błogostan senny? Może. Toteż wypływam na ocean fantasmagorii i śpię, i śnię sny sprawiedliwego. 
Kiedy budzę się rano, obydwa koty siedzą przycupnięte - jeden u wezgłowia, drugi w nogach łóżka. Wtedy najwyraźniej widać, że trzymają straż. Nie ponaglają do zakończenia nocnych marzeń, nie trącają nosem i nie domagają się zainteresowania jak pies. Po prostu są. Czujne, nieznużone i bez wymówek pełnią wartę. Odczekują aż przekroczę granicę jawy i kiedy upewnią się, że nie wrócę do krainy mary sennej, po cichu, jak to koty mają w zwyczaju, ewakuują się w jakiś kąt, by zasnąć, skoro człowiek czuwa. 
Uczą spokoju i cierpliwości. Pozwalają człowiekowi, by wyłuskał z własnego wnętrza wiele cnót, rozbudował je i kierował się nimi w życiu z naczelną cnotą milczenia w każdej sytuacji. Dalej, z cnotą godzenia się na dary, które niesie czas. Radości z bycia i umiejętności bycia w bliskości, która niczym nie ogranicza wolności, a wręcz w niej ma swój początek i koniec. 

Koty to mądre stworzenia. Do tego miłe i przyjemne. I tylko jak to jest możliwe, że śpią za wszystkimi domownikami jednocześnie?

Koty

wtorek, 1 lipca 2014

W Beskidzie

W Beskidzie


Po wycince lasu przeprowadzonej przez służby nadleśnictwa ludzie mogą sobie zabrać pozostawione gałęzie. Ktoś załadował na przyczepę sporą ich ilość. Miałam jednoznaczne skojarzenie - z takich gałęzi można zbudować wspaniały szałas. Może ci, którzy zbierają i wywożą gałęzie drzew iglastych wykorzystują je do rozpałki? Nie wiem. W tamtym miejscu ten obrazek miał zupełnie inną wymowę. Na prawo, tuż za polną drogą, tkwi na polanie miejsce po byłej łemkowskiej sadybie. Dzisiaj już tylko trawy się chylą w ukłonach w stronę byłych gospodarzy, których przeszło tam wiele pokoleń. A naczepa wozu z wystającym dyszlem, przygotowana do podróży, której nie może rozpocząć, bo nie ma konia,  jakże wymowna w swym osieroceniu, również darmo czeka na gospodarza, który już nigdy nie przyjdzie. Nie ma gospodarza Rusnaka, nie ma konia, nie ma domu... Jest czas, las i droga, które leczą własne rany.

piątek, 27 czerwca 2014

Czynnik ludzki w pracy urzędnika

Duża Mała Dziewczynka doznała kolejnego urazu narządu ruchu i konieczne było unieruchomienie. Ponieważ uraz tym razem dotyczył innego stawu niż staw kolanowy, zaistniała konieczność nabycia stosownego stabilizatora innego niż goleniowo-piszczelowy. Doktor wypisał "zlecenie na zaopatrzenie w wyroby medyczne" i zdawałoby się, że należy tylko dopełnić formalności w NFZ, tj. podbić zlecenie, następnie nabyć sprzęt w sklepie zaopatrzenia medycznego.
Tytułem wielkiego kredytu zaufania do pacjenta (klienta) w pewnym sklepie takiego zaopatrzenia po okazaniu zlecenia i podaniu danych kontaktowych można otrzymać sprzęt "od ręki" a dopiero po dopełnieniu formalności w NFZ donieść opieczętowany i zatwierdzony wniosek. Przy czym osoba kompetentna (tylko takie mogą być zatrudnione w sklepie zaopatrzenia medycznego) sprawdza poprawność sporządzenia wniosku, choć może tylko pod kątem własnego rozliczenia z NFZ, a tu najważniejsze zapewne są pieczątki. Tak więc w kredycie wielkiego zaufania udzielonym w sklepie otrzymałam sprzęt zakodowany na zleceniu symbolem i wróciłam do domu z miejscowości znajdującej się 40 km od miejsca zamieszkania. Dopiero następnego dnia mogłam się udać do delegatury NFZ w swojej miejscowości. Wyczekałam się w kolejce godzinę i po wejściu do pokoju i okazaniu zlecenia usłyszałam, że muszę wrócić do lekarza, ponieważ na zleceniu brak jest określenia wyrobu medycznego - dodam, że słownego, bo tajemniczy symbol, którego Doktor długo poszukiwał w komputerze, widniał na zleceniu i sądząc po staranności i determinacji z jaką Doktor poszukiwał tego symbolu, jest on kluczem całego zlecenia. Okazało się, że "ALE NIE!", bo przyjmująca mnie urzędniczka poinformowała mnie, że równie niezbędny jest zapis słowny. Zapytałam więc grzecznie, co pokazuje opracowany system, gdy wpisze się do komputera ów kod, którego Doktor ze starannością i determinacją poszukiwał. Urzędniczka odczytała: orteza stabilizująca staw skokowy. "To właśnie taki sprzęt lekarz zlecił" - powiedziałam zadowolona, że wszystko gra. "Ale, jak już pani mówiłam, to nie wystarczy." - Urzędniczka wypowiedziała drugi raz to samo i za każdym kolejnym wypowiedzeniem tej formułki, coraz bardziej  brzmiała ona jak urzędnicza mantra. "Proszę pani, skoro po wpisaniu tego kodu do systemu NFZ wychodzi pani orteza stabilizująca staw skokowy, to komu innemu (urzędniczka na wstępie zasłoniła się kontrolą zwierzchników) nie wyjdzie peruka, ani pieluchomajtki." - zauważyłam logicznie. "Ale, jak już pani mówiłam, to nie wystarczy. Muszą być wypełnione wszystkie pola". "Przecież tu nie ma żadnych pól, poza polem na symbol, a ten właśnie jest! - oponowałam jeszcze, choć wiedziałam, że jestem na przegranej pozycji. - Orteza stabilizująca staw skokowy, jest ortezą stabilizującą staw skokowy" - dla mnie to było proste i logiczne. "Ale są różne stawy skokowe!" - wypaliła urzędniczka - "A poza tym zlecenie jest wypisane komputerowo, a tutaj jest ręcznie wpisany numer choroby i nie ma przy tym pieczątki lekarza!" - oznajmiła triumfująco, co było dla mnie widomym znakiem mnożenia braków. "Przecież pieczątka jest na końcu, na dole strony" - już porzuciłam wszelką nadzieję, ale jeszcze dodałam - "czy pani myśli, że ja wpisałam ten numer choroby?" I jak żywa stanęła przede mną scena z filmu z Krystyną Jandą grającą matkę alkoholiczkę, która odpierając zarzut niesamodzielnych prac polonistycznych jej dziesięcioletniego syna, tłumaczyła dyrektorce szkoły: "Czy pani myśli, że JA mu te prace piszę?". "Albo lekarz wypełnia komputerowo, albo ręcznie" - padło. Skonstatowałam jeszcze na koniec: "To jest niewyobrażalne, bym musiała jechać do miejscowości oddalonej o 40 km, narażała się na koszty finansowe, na stratę czasu, którą również można przeliczyć na kwoty pieniężne, po to tylko, by w zleceniu znalazł się pleonazm. Proszę więc od razu powiedzieć, czy pieczątka, która jest przyłożona, jest pod odpowiednim kątem, bo widać, że jest nierówno, a może musi być równolegle do wierszy." - przecież nie miałam już nic do stracenia. I tak już zupełnie na koniec wtrąciłam "Wnioskuję z tego, że sugeruje pani, iż lekarz jest jakimś niemotą, co to nie potrafi wypełnić druku." - czym zdenerwowałam panią, ale muszę przyznać, że nie wyprowadziłam z równowagi. "Ja takich słów nie użyłam!" - powiedziała z zaciśniętymi ustami. "Zgadza się, ale innego wniosku wyciągnąć się nie da z postępowania tutaj".
Idąc długim korytarzem w stronę wyjścia z budynku obmyślałam, że będę musiała zatelefonować do Doktora i prosić go o spotkanie "gdzieś na mieście", bo w przychodni jest przecież tylko raz w tygodniu i właśnie był poprzedniego dnia. "No, nie! - Wszystko się we mnie buntowało. - Jak mogę zakłócać mu spokój?! Przecież to urząd jest dla petenta, a nie petent dla urzędu. Zwłaszcza, że petent jest pacjentem! To tutaj powinno znaleźć się rozwiązanie!". Wyszłam na zewnątrz budynku. Było zimno i zawiewało deszczem. Momentalnie ochłonęłam. I momentalnie zawróciłam. Przecież ta urzędniczka ma zwierzchnika! - oświeciło mnie wraz z pierwszym smagnięciem wiatru z deszczem, którym dostałam po policzkach.
Kiedy ze wszystkimi szczegółami przedstawiłam Pani Dyrektor sprawę, usłyszałam, że postępowanie jej pracowniczki jest jak najbardziej słuszne, bo gdyby przyjęła źle wypełnione zlecenie, będzie ponosiła finansowe konsekwencje. Zaapelowałam do logiki i niemnożenia absurdów. "To nie jest nasz wymysł" - usłyszałam. "A czyj? - zapytałam (wiedziałam, że podstępnie) - Kogo NFZ ma nad sobą?". "Nnoo... Ustawa tak mówi" - Pani Dyrektor jak tonący brzytwy chwyciła się argumentu ostatecznego dla urzędnika.
Przeczytałam w swoim życiu niejedną ustawę. Miałam w swoim życiu do czynienia z niejedną osobą powołującą się na przepisy niekoniecznie z faktu znajomości przepisów, a braku argumentów w rozmowie. Nie żebym posądzała Panią Dyrektor o niewiedzę, czy brak kompetencji! Daleko mi do tego, ale najspokojniej w świecie poprosiłam: "Proszę mi pokazać Ustawę, na którą się Pani powołuje i wskazać dokładny zapis traktujący o tym". Widać było, że ramiona Pani Dyrektor opadły i niemal usłyszałam bezgłośne westchnięcie.
Długo by pisać o przebiegu rozmowy w gabinecie Pani Dyrektor. Na moją wzmiankę, że czuję się jak potencjalny przestępca chcący wyłudzić od NFZ sprzęt medyczny o wartości ok. stu złotych, Pani Dyrektor mocno się obruszyła, ale w tym momencie nastąpił zwrot w negocjacjach. Pani Dyrektor chciała zagrać na moim poczuciu empatii i zapytała" Jak ja się czuję słysząc takie rzeczy od pani?", na co niewzruszenie odparłam: "Ja się mam zastanawiać jak Pani się czuje? To raczej proszę sobie pomyśleć, jak ja się czuję odprawiona z kwitkiem, z poczuciem braku wykazania odrobiny dobrej woli ze strony urzędu i urzędnika w celu rozwiązania problemu, który wydaje mi się sztucznie stworzony???"
I w tym momencie znalazło się jednak rozwiązanie, które zwolniło mnie od podróży do miejscowości oddalonej o 40 km. Ale na takie rozwiązanie musiał się zgodzić właściciel sklepu zaopatrzenia medycznego, więc w obecności Pani Dyrektor wykonałam do niego telefon i poczyniłam uzgodnienia. Urząd wyśle pocztą zlecenie do przychodni z prośbą o naniesienie poprawek i odesłanie do urzędu, po czym prześle zlecenie bezpośrednio do sklepu.
Dało się?


Dzisiaj wykonałam jednak telefon do jednostki wojewódzkiej i zgłosiłam, że zauważyłam nieprawidłowości w traktowaniu petentów/pacjentów (oczekując przez godzinę w kolejce nasłuchałam się wiele i jak się okazuje, tak potraktowana nie byłam odosobnionym przypadkiem) przy czym zaznaczyłam, że nie chodzi mi o interwencję  konkretnie w mojej sprawie, gdyż znalazła satysfakcjonujące mnie rozwiązanie, ale o wyczulenie na przyszłość urzędników, by uwzględnili czynnik ludzki w swojej pracy. Dla pełnej jasności sprawy dodam, że w Oddziale Wojewódzkim NFZ poinformowano mnie, że przy stwierdzeniu jakichkolwiek braków w zleceniu, w pierwszej kolejności urzędnik powinien w obecności pacjenta spróbować skontaktować się z lekarzem i po telefonicznym uzgodnieniu samodzielnie nanieść poprawki na zleceniu. Dopiero, gdyby telefoniczny kontakt był niemożliwy, czyli, gdyby urzędnik wyczerpał wszystkie (raptem jedno) możliwe narzędzia, może pacjenta odesłać z tzw. kwitkiem.



Oczy tej małej

Siedziała w autobusie i swoim zachowaniem od razu przyciągnęła moją uwagę. Wierciła się na wszystkie strony jak mała dziewczynka. Trudno powiedzieć na oko, ile miała lat. Mogła mieć dużo. Równe dobrze mogła nie mieć wiele. W każdym razie była dojrzałą kobietą i nie powinna się tak wiercić jak mała dziewczynka. Od tyłu włosy wyglądały jakby były w zwyczajnym nieładzie. Sama nigdy w życiu się nie czeszę, więc pewnie nieraz mam nieład na głowie, choć zawierzam mojej fryzjerce, która wie, jak ściąć moje włosy, bym nie musiała używać szczotki. Jej getry i bluzka były skulkowane, co świadczyło, że mocno przechodzone albo z lichego materiału i do tego przechodzone. Pewnie ulubione! - pomyślałam, znów odnosząc do siebie, swoich zachowań i przyzwyczajeń. Lubię mieć jedne spodnie i jedną bluzkę - i są one ulubione, a skoro ulubione, to przechodzone. Wiercąc się, co chwilę odwracała się do tyłu i wtedy jej wzrok spotykał się z moim. Dostrzegłam w rysach jej twarzy coś nienaturalnego, jakieś obrzmienia. Taki typ urody - pomyślałam. I wtedy zwróciłam uwagę na dłonie. Dzisiaj już ludzie nie mają takich dłoni, może gdzieś jeszcze u jakiegoś starca się takie trafią. Były to dłonie kobiety z czworaków albo jakby żywcem wyciągnięto ją z planu "Chłopów" Reymonta. Tylko, że jej dłonie nie były po charakteryzacji, a najnormalniej w świecie były wielkie od ciężkiej pracy, ze zniszczonym, stwardniałym, niemal zrogowaciałym naskórkiem, bruzdami z zagłębieniami, w których tkwił brud z pracy w gospodarstwie. Paznokcie były olbrzymie i grube, jakby składały się z niezliczonej ilości narosłych na siebie płytek, popękane i poszarpane. W pewnym momencie wyciągnęła z reklamówki wciśnięte do niej byle jak spodnie. Wyobracała je na wszystkie strony przyglądając się im badawczo. Zakup z ciucholandu. Każdy kupuje w ciucholandzie - jeśli nie stale, to przynajmniej okazjonalnie - pomyślałam. Oglądając spodnie coś do siebie mówiła pod nosem, a przynajmniej miałam wrażenie, że jej usta cały czas się poruszają. Ileż to razy na ulicy zamyśliłam się i zaczęłam sama do siebie mówić na głos, albo śpiewać po cichu i zreflektowałam się dopiero w chwili, gdy mijałam się z innym człowiekiem, który przyglądał mi się bacznie - przypomniałam sobie. Z reklamówki wyjęła jeszcze kilka ciuchów i powtórzyła czynności, po czym wcisnęła je tak jak były wciśnięte - bez składania. Znów zaczęła się kręcić i wiercić; podnosiła się na siedzeniu, odwracała do tyłu, przekładała, wypatrywała przez okno, zerkała na mnie. Siedziałam niekonwencjonalnie - wyciągnęłam nogę na siedzenie obok, bo szła zmiana pogody: kolano bolało, jakby ktoś ściskał imadłem. Zresztą przeważnie tak siedzę. Nic dziwnego, że mi się ludzie przyglądają. A skoro inni się przyglądają, to i ta kobieta mogła. A że robiła to niedyskretnie? Widać jest ciekawska i nie bardzo potrafi zapanować nad tym - pomyślałam. W pewnym momencie zwróciła się do dziewczynki siedzącej na przeciwległym siedzeniu. Przede mną.

Równocześnie z obserwacją tej kobiety zastanawiałam się, dlaczego taka mała dziewczynka jedzie sama - wyglądała na jakieś 9-11 lat, półdługie, rzadkie włosy miała zaplecione w warkoczyki. I jechała już długo, znaczy daleko. Kiedy kobieta z przeciwległego siedzenia zwróciła się do dziewczynki z mysimi warkoczykami, mała odwróciła się za siebie i pomiędzy siedzeniami spojrzała na mnie, czy ja to widzę. Jej spojrzenie powiedziało mi wszystko. Powiedziało mi, że w swoim krótkim życiu nosi w sobie olbrzymi wstyd i winę za niepełnosprawność intelektualną matki. Również za to, że matka jest pośmiewiskiem we wsi. I za to, że nie ma ojca i ludzie wytykają ją palcami i urągają i jej, i matce. I za wszystko, co ludzie w matce - niemej kalece - upatrują i za co oskarżają. Powiedziało mi to wylęknione spojrzenie też o ciężkim brzemieniu nałożonym na małą dziewczynkę przez społeczność, która nie akceptuje inności i choroby jej matki. O niezrozumieniu świata, o strachu i o świadomości, że wszyscy wiedzą, że ona jest córką TEJ. Bo nawet jeżeli ludzie tak nie myślą, to ona myśli, że tak myślą. Bo nikt nie powiedział tej małej z mysimi warkoczykami, że choroba, złe prowadzenie się i wszelka dysfunkcja rodzica, to nie jest jej wina.

Bardzo dobrze o tym wiem, bo oczy tej małej patrzyły na mnie przez całe moje dzieciństwo z lustra. 

środa, 25 czerwca 2014

Surowy i piękny bobowski gotyk

Maleńka Bobowa bogata jest w dwa gotyckie zabytki, oba są sakralnymi budowlami. 
Kościół pw. św. Zofii położony jest na skarpie nad rzeką Białą. Prosto z rynku prowadzi do niego uliczka św. Zofii i z tej ulicy dawniej wchodziło się na teren kościoła i przylegającego do niego cmentarza. Świadczy o tym furta znajdująca się w dzwonnicy; dzwonnica, niczym brama, bo najprawdopodobniej nadbudowana w wiekach późniejszych nad gotycką bramą, ma charakter kurtynowy, niestety świeci pustkami i tylko wiatr ocierający gałęziami o kamienie gra i huczy w jej pustych oczodołach. We wnęce nad środkowym dzwonem tkwi jeszcze jakiś Święty kamienny, którego nie zdjęto wraz ze spiżem i chyba wszyscy o nim zapomnieli. Jak podają źródła - dzwony zniknęły w czasie II wojny światowej. Dziś furta jest zamknięta, dzwonnicę kruszy czas, a kamienne schody prowadzące z ulicy na teren przykościelny zmurszały i zarastają zielskiem. Po obu stronach dzwonnicy rosną stare, niebotyczne i grubaśne drzewa, co czyni ten zakątek niezwykle urokliwym i pełnym tajemnic.
Sam kościół zbudowany jest z łupanych kamieni i, cokolwiek to znaczy, jest po prostu piękny. Piękne w bryle kościółka św. Zofii  jest to, że od dawna nikt nie próbował ulepszać jego wyglądu zewnętrznego, np. przez obróbkę tego łupanego kamienia, przez jakieś tynkowanie, szlifowanie, czyszczenie itp. Stoi sobie surowy i piękny, jak z innej bajki, opięty uskokowymi przyporami. Nałożone niegdyś tynki odpadają z niego odsłaniając ten łupany kamień i szeleszczące słońcem refleksy światła rozpraszanego liśćmi tworzą na murach niezwykłą mozaikę ale też i muzykę. Dach jednonawowego kościoła kryty jest gontem. Na dachu znajduje się wieżyczka na sygnaturkę. Portale umieszczone z trzech stron kościoła zachwycają swym pięknem. W przeciwieństwie to innych gotyckich budowli, które już z nazwy kojarzą się z monumentalizmem i niezwykłą surowością, bryła kościoła św. Zofii sprawia wrażenie przytulnej i ciepłej. Podobnych rozmiarów kościół gotycki widziałam w Austrii, w Mautthausen nad Dunajem. 
Wewnątrz kościoła w głównym ołtarzu znajduje się XV wieczny obraz Świętej z jej trzema córkami: Wiarą, Nadzieją i Miłością. Przy wejściu głównym, na zewnątrz budynku, przy jednej z przypór umieszczona jest olbrzymich rozmiarów kropielnica kamienna. W kościele okazjonalnie odbywają się msze i nabożeństwa ale 15 maja na św. Zofii na pewno tętni życiem, odprawianych jest w nim wtedy kilka mszy w ciągu dnia, bo na odpust zjeżdżają się ludzie z okolicznych wsi i miejscowości.
W swej historii, w czasie kiedy za sprawą jednego z właścicieli miasteczka przejęli go arianie, był zamieniony na stajnię i trwało to jakiś czas. Austriaccy zaborcy, natarczywie zamykający wszystkie kościoły na zajętych ziemiach, również przeznaczyli go na jakieś świeckie cele. Tematu arian nie zgłębiam, bo jest to temat, na którym wyłożyłam się na maturze z historii i marnie przez to zdałam. Ciekawostką jest to, że i drugi gotycki katolicki kościół w Bobowej przeszedł w swych dziejach w ręce - jedne źródła podają, że - luteranów, inne, że kalwinów. Doliczając do nich historię synagogi, którą hitlerowcy zamienili również na stajnię oraz pożary, które nękały wszystkie świątynie, mamy bardzo bogato zarysowaną historię miejsc kultu religijnego w Bobowej. Nie mówiąc o tym, że jeden z trzech wzmiankowanych w starych źródłach historycznych kościołów katolickich w miasteczku całkowicie zginął w zawirowaniach dziejowych i o ile dostępne mi źródła mówią o jego historycznym istnieniu, tak wszystkie milczą na temat tego, co i kiedy się z nim stało. Znikł jak kamfora.


Warto, albo wręcz powinno się zobaczyć na własne oczy kościół św. Zofii w Bobowej. Dotknąć jego prastarych murów, posłuchać wiatru grającego pomiędzy przyporami opinającymi sylwetkę budowli i w pustych oczodołach dzwonnicy, dać się skropić kaskadą spływającemu z liści olbrzymich drzew światłu zachodzącego słońca, postać, zadumać się...

Galeria obrazów - Kościół św. Zofii w Bobowej

wtorek, 24 czerwca 2014

Bobowa - gdybym nie umiała opowiedzieć Ci Bobowej


Bobowa - cz. III



Już pod szczytem osiąga się spokój. Wiatr wieje łagodnie unosząc myśli, w których rozgościł się ból. Im dłużej chodziło się po miasteczku z ulicy na ulicę, im bardziej zagłębiało się w jego architekturę i szczegóły, tym głośniej huczały fale niepokoju. W Bobowej stoją nietknięte domy, które chyba wciąż oczekują na powrót właścicieli. Jeszcze wiszą szyldy rzemieślników, jak na domu zbudowanym przez Jakuba Schneidera Goldschmidta - właściciela pracowni obuwia. Przez okna wyglądają lampy naftowe w pozie oczekiwania na domowników i na koniec dnia. Jakby życie się nie skończyło, a co dopiero dzień? W dachach tkwią klapy zamykające kuczki wykorzystywane w Święto Namiotów. To właśnie w takie Święto rozpętał się pożar, który strawił miasto w przedostatnim dziesięcioleciu XIX w. Ogrody zarosły trawami, a ule opustoszały. Tak samo zarośnięty trawami i kłującymi krzewami jest bobowski kirkut na szczycie góry, na którą się właśnie wspinam. Pomimo zamknięcia zostaję wpuszczona do środka. Towarzyszy mi Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem. Właściwie to on dostaje zaproszenie do milczącego świata błogostanu i spokoju. Słońce schyliło się nisko i zaraz pacnie na łące na przeciwległym wniesieniu. Na razie kładzie się refleksami drgających na wietrze liści na plecach macew, których są niezliczone ilości. Lwy z koroną i korony na macewach są jedyną informacją, którą umiem odczytać. Więcej mi nie potrzeba. Jest ochel cadyka Halberstama, do którego do dziś pielgrzymują pobożni Żydzi z całego świata i są zbiorowe mogiły z pomnikami ofiar Holocaustu. Niektórzy zostali rozstrzelani właśnie w tym miejscu; nieobecność innych w wojnę, podczas gdy śmierć przyszła dopiąć im motylich skrzydeł, zaakcentowana jest tablicami spisanymi w jidysz. Pozostałe macewy są zwykłymi pomnikami postawionymi tym, co odeszli do Boga. Musieli odejść w wielkim przymierzu, bo znów obiektyw aparatu robi flarę i na zdjęciu powstaje tęcza... Czas kruszy macewy i kładzie je na ziemi. Porastają darnią. Ktoś wykosił trawę wokół ochela i na szczycie wzniesienia. Widać więc macewy ustawione w niejednym szeregu, po których wciąż ślizgają się refleksy światła kołysane wiatrem. Macewy stoją, jakby i one wraz z ludźmi, którzy odeszli do Olam Haba stały przed Sądem Najwyższego. Wiele macew schowało się w wysokich trawach. Dojścia do nich strzegą kolczaste krzewy dzikiej róży i głogu i to dużo skuteczniej niż zamknięcia przy bramach. Siadam na trawie, która pachnie i sianem, i kwitnącą łąką. Zastanawiam się, jaką modlitwę odmówić, by nie urazi pamięci tych, co odeszli, własną modlitwą. Zastygam więc w niemyśleniu i niemodleniu i trwam tak przez czas jakiś. W dole, połyskującą wstążką wije się Biała. Ależ i ona dostosowała się do panującego właśnie nastroju! Ościenna wieś przykleiła się do krajobrazu i trochę psuje panoramę nowoczesnością. Ale oczy mogą spocząć przecież na widnokręgu, który w górach jest zawsze blisko. Oddalają się więc na odległość doliny pomiędzy wzniesieniami Beskidu Niskiego, albo też Pogórza Ciężkowickiego i też udają się w stan niepatrzenia. I nagle uświadamiam sobie - za całą ludzkość, która pewnie w tym momencie o tym nie myśli - bezsens gonitwy za doczesnością. Z Mężczyzną, Który Kiedy Był Chłopcem dzielimy się przemyśleniami na temat wymiaru życia. 
Odchodząc, mówię Starszym Braciom w wierze: Szalom. Do zobaczenia u Dobrego Boga. 




Kolejny spacer po Bobowej - opowieść obrazem.