Było to pewnie, gdy byliśmy w drugiej klasie, kiedy w Praktycznej Pani na osiedlu sąsiadującym z Naszym Osiedlem, pojawiła się Pani prowadząca zajęcia z tańca dla dzieci. Zapisaliśmy się na te zajęcia prawie wszyscy. No, w każdym razie dużo nas było. Wiadomo, po jakimś czasie dokonała się naturalna selekcja, ale Tańce były moim ulubionym zajęciem do końca czasu Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Pani była niezwykle sympatyczną osobą. Najpierw nas uczyła, potem przygotowywała występy. Jedynym chyba, a może najważniejszym występem, był występ uliczny na osiedlu, przy którym działała Praktyczna Pani, z okazji festynu może na Dzień Dziecka? Najważniejsze jednak były emocje, jakie towarzyszyły nam podczas przygotowań do prawdziwych i do wyimaginowanych występów. Jednak marzenia i wyobrażenia w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką bardziej szły ze sobą w parze, niż w czasie Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką. Wystarczyło tak niewiele, by widzieć się oklaskiwanym podczas występów na deskach i scenach całego świata. Wtedy wszystko było możliwe. Chciało się zostać mistrzynią świata w łyżwiarstwie figurowym na lodzie, choćby tylko ze srebrnym medalem, to należało tylko o tym pomyśleć i już otwierały się wszelkie możliwości, by nią zostać. Chciało się zostać zespołem tańczącym przed najważniejszymi osobistościami świata, zdobywającym sławę tak łatwo, jak łatwo zbierało się koniczynę na wianki na łące koło Naszego Bloku? Odrobina magii w myślach i już tańczyło się w błyszczących strojach, tak błyszczących, że takich materiałów nie było na półkach sklepowych.
Na osiedlu, przy którym mieściła się Praktyczna Pani mieszkała Kobieta, u Której Kupowało się Gumy Donald. Żeby zdobyć pieniądze na Donalda, trzeba było sprzedać butelki. Najczęściej po wódce "Czystej stołowej", bo gdyby się Mamie sprzedało butelki z mleka lub ze śmietany, nie byłoby wesoło. Jakoś często, tak myślę, biegaliśmy po te Donaldy... Na tym samym osiedlu, całkiem blisko Biblioteki, mieszkała młoda Kobieta, Która Miała Męża Murzyna i Małe Murzyńskie Dziecko. Podobno poznała tego Murzyna jak była na studiach w Krakowie.
Ponieważ tak słodko tańczyliśmy na naszych zajęciach i robiliśmy taki miły gwar, szybko staliśmy się ulubieńcami Starszych Pań spotykających się w tym samym co my czasie, w Praktycznej Pani na zajęciach z szydełkowania i haftowania. Starsze Panie, wszystkie niezwykle miłe i wylewne w swej sympatii do Nas, szybko wciągnęły nas do swojego hobby szydełkowania. Takim sposobem nauczyłam się robótek ręcznych przydatnych niegdyś każdej pannie na wydaniu.
Jednej wiosny, gdy okazało się, że któregoś dnia Pani od Tańców nie przyszła na zajęcia, nie było jej też w domu, sprawdziliśmy, bo mieszkała w pobliżu, zyskaliśmy sporo czasu dla siebie. Musiała to być wczesna wiosna, bo ciemno było jeszcze wtedy w godzinach popołudniowych. Przynajmniej ciemno było w godzinie, w której rzecz się działa. Nieopodal płynęła oczywiście Choczenka. Ale było to bliżej Domu Mojego Dziadka niż Naszego Bloku. Było to po prostu tuż obok Praktycznej Pani. Musiały być roztopy, bo Choczenka płynęła tuż pod powierzchnią mostu. Ale my poszliśmy ją oglądać z bliższej perspektywy, z boku. Nie zabrała nikogo. Choczenka była Nam przecież bardzo przyjazna. Wychowywaliśmy się niemal w jej nurcie.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
środa, 8 grudnia 2010
Bóg Jest Miłością (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
O tym, że Bóg Jest Miłością w sposób naturalny i oczywisty powiedział Nam Pan Organista, który przygotowywał Nas do Mszy pierwszokomunijnej w sali budynku katechetycznego, gdzie ćwiczył z nami kilkakrotnie scenariusz Mszy św. i uczył nas pieśni, a także mocno i na całe życie zaakcentował, jak należy wymawiać Modlitwę Pańską. Tyle razy ćwiczyliśmy pieśń "Bóg jest miłością", że nie można było sobie tego nie zapamiętać i nie dziwić się potem, gdy przypominano Nam jedną z prawd wiary, że Bóg jest Sędzią, choćby nawet Sędzią Sprawiedliwym. Ale że "za złe karze", to już nie mogło godzić się z wizerunkiem Miłości, którą tak obrazowo przedstawił Nam Pan Organista. Uczył Nas nawet jak mamy układać usta, gdy śpiewamy "Bóg jest Miłością", zachęcał do wydobycia głosu z serca. A jak głos może przejść dziecku chociażby przez gardło, już nie wspomnę o wydobyciu się prosto z serca, gdy wie, że będzie karane? Czyż nie jest przywilejem człowieka wzrastającego szukanie właściwych dróg, a przez to błądzenie, kluczenie, zrywanie z drzewa dobrego i złego? I za to miałby człowiek wzrastający zostać ukarany? Moja Najstarsza Córka w czasie, gdy była ledwo mówiącym brzdącem, powiedziała "Nie chcę takiej Bozi, co karze".
Chodziliśmy na Nabożeństwa Różańcowe, Nabożeństwa Majowe i Drogę Krzyżową. Ksiądz proboszcz, ten sam, który przygotowywał Naszego Papieża do I Komunii św. był już mocno zaawansowany wiekiem i pewnie stracił cierpliwość dla wiecznie kręcących się dzieciaków i przez pokrzykiwanie na nas, sprawił, że woleliśmy zejść mu z oczu pod boczny ołtarz Świętej Rodziny. Nieraz jednak klęczeliśmy przy balaskach oddzielających ołtarz od nawy głównej Kościoła. Były to czasy, kiedy kazania mówiono jeszcze z ambony.
Kiedy szłam do pierwszej w swoim życiu spowiedzi, byłam chora na zapalenie płuc. Pamiętam, że Moja Chrzestna Matka, zobligowała Mojego Chrzestnego Ojca do zawiezienie mnie do Kościoła samochodem. Nieliczni mieli wtedy samochody. Do nich należał Mój Chrzestny Ojciec. W czasie procesji na Boże Ciało też byłam chora. Moja Mama za nic nie chciała się zgodzić, abym w niej uczestniczyła. Ja natomiast za nic nie chciałam się zgodzić, abym w niej nie uczestniczyła. Prosto po procesji, w sukience pierwszokomunijnej z pustym koszyczkiem po kwiatach, których płatki rozsypywałam pod nogi goszczącej wtedy na ulicach Mojego Miasta Miłości, poszłam na zastrzyk do dyżurującego ośrodka zdrowia. Pamiętam jak niejednokrotnie Moja Mama na rękach niosła mnie chorą do Ośrodka Zdrowia, w poczekalni którego spędziłyśmy spory kawałek życia. Pamiętam pobyt w szpitalu w Nowej Hucie Mojej Mamy i mój w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, bo tylko tam był tzw. oddział dla matki z dzieckiem. Mnie robiono punkcję kręgosłupa, bo podejrzewano zapalenie opon mózgowych. Moja Mama zostawiła cały dom i pracę i pojechała by być przy mnie.
Kiedy na świat w Naszej Rodzinie przychodziło jakieś dziecko, to Moja Mama zanosiła położnicy do szpitala gotowane przez siebie rosoły, chodziła kąpać noworodka i uczyła pielęgnacji malucha.
Pamiętam wypadek jakiemu uległa Moja Babcia, który zaważył na sposobie naszego życia do końca czasu Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i mieszkałam w Moim Mieście. Wychodząc w niedzielne południe z Kościoła po Mszy św. Moja Babcia udała się w kierunku Naszego Domu, bo Moja Mama zaprosiła ją na obiad. Moja Babcia nie przyszła wtedy, za to Moja Mama odebrała telefon, że Moja Babcia jest w szpitalu. Złamała panewkę stawu biodrowego, a bojąc się o swoje ponoć słabe serce w czasie operacji, uprosiła Moją Mamę, aby wypisała ją ze szpitala na własne żądanie . Moja Mama nie podjęła tej decyzji sama, tylko ze Swoim Rodzeństwem, mimo to, to Moja Mama opiekowała się Moją Babcią chodząc do niej codziennie do domu, Moja Babcia mieszkała już wtedy w kamienicy za Kościołem, zanosząc jej obiady, myjąc ją, robiąc zakupy i wszystko inne, co należy zrobić przy leżącym chorym. Wiem, bo codziennie byłam z Moją Mamą po jej pracy u Mojej Babci.
Pomimo tego, że całą sobą czyniła tak, że nie można było mieć wątpliwości, to nigdy w życiu nie usłyszałam od Mojej Mamy, że Bóg jest Miłością.
Chodziliśmy na Nabożeństwa Różańcowe, Nabożeństwa Majowe i Drogę Krzyżową. Ksiądz proboszcz, ten sam, który przygotowywał Naszego Papieża do I Komunii św. był już mocno zaawansowany wiekiem i pewnie stracił cierpliwość dla wiecznie kręcących się dzieciaków i przez pokrzykiwanie na nas, sprawił, że woleliśmy zejść mu z oczu pod boczny ołtarz Świętej Rodziny. Nieraz jednak klęczeliśmy przy balaskach oddzielających ołtarz od nawy głównej Kościoła. Były to czasy, kiedy kazania mówiono jeszcze z ambony.
Kiedy szłam do pierwszej w swoim życiu spowiedzi, byłam chora na zapalenie płuc. Pamiętam, że Moja Chrzestna Matka, zobligowała Mojego Chrzestnego Ojca do zawiezienie mnie do Kościoła samochodem. Nieliczni mieli wtedy samochody. Do nich należał Mój Chrzestny Ojciec. W czasie procesji na Boże Ciało też byłam chora. Moja Mama za nic nie chciała się zgodzić, abym w niej uczestniczyła. Ja natomiast za nic nie chciałam się zgodzić, abym w niej nie uczestniczyła. Prosto po procesji, w sukience pierwszokomunijnej z pustym koszyczkiem po kwiatach, których płatki rozsypywałam pod nogi goszczącej wtedy na ulicach Mojego Miasta Miłości, poszłam na zastrzyk do dyżurującego ośrodka zdrowia. Pamiętam jak niejednokrotnie Moja Mama na rękach niosła mnie chorą do Ośrodka Zdrowia, w poczekalni którego spędziłyśmy spory kawałek życia. Pamiętam pobyt w szpitalu w Nowej Hucie Mojej Mamy i mój w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, bo tylko tam był tzw. oddział dla matki z dzieckiem. Mnie robiono punkcję kręgosłupa, bo podejrzewano zapalenie opon mózgowych. Moja Mama zostawiła cały dom i pracę i pojechała by być przy mnie.
Kiedy na świat w Naszej Rodzinie przychodziło jakieś dziecko, to Moja Mama zanosiła położnicy do szpitala gotowane przez siebie rosoły, chodziła kąpać noworodka i uczyła pielęgnacji malucha.
Pamiętam wypadek jakiemu uległa Moja Babcia, który zaważył na sposobie naszego życia do końca czasu Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i mieszkałam w Moim Mieście. Wychodząc w niedzielne południe z Kościoła po Mszy św. Moja Babcia udała się w kierunku Naszego Domu, bo Moja Mama zaprosiła ją na obiad. Moja Babcia nie przyszła wtedy, za to Moja Mama odebrała telefon, że Moja Babcia jest w szpitalu. Złamała panewkę stawu biodrowego, a bojąc się o swoje ponoć słabe serce w czasie operacji, uprosiła Moją Mamę, aby wypisała ją ze szpitala na własne żądanie . Moja Mama nie podjęła tej decyzji sama, tylko ze Swoim Rodzeństwem, mimo to, to Moja Mama opiekowała się Moją Babcią chodząc do niej codziennie do domu, Moja Babcia mieszkała już wtedy w kamienicy za Kościołem, zanosząc jej obiady, myjąc ją, robiąc zakupy i wszystko inne, co należy zrobić przy leżącym chorym. Wiem, bo codziennie byłam z Moją Mamą po jej pracy u Mojej Babci.
Pomimo tego, że całą sobą czyniła tak, że nie można było mieć wątpliwości, to nigdy w życiu nie usłyszałam od Mojej Mamy, że Bóg jest Miłością.
Nasza Wychowczyni (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Nasza Wychowawczyni wraz z Naszą Klasą dostała trudny orzech do zgryzienia, w postaci programu eksperymentalnego z matematyki, którym prawdopodobnie miała przetestować program 10-latki, który usiłowano wdrożyć do naszego państwowego systemu oświaty. Ale nas dzieci to nie interesowało. Najważniejsze było, że dostaliśmy się do tak zwanej Klasy Eksperymentalnej. Była to klasa I a. Choć prawdę powiedziawszy mnie samej osobiście bardziej się rozchodziło o to, by chodzić do "Klasy i a". To Moja Koleżanka z Klasy robiła takie wielkie zamieszanie i halo z tej Klasy Eksperymentalnej. Pamiętam moje zniecierpliwienie graniczące z płaczem z powodu tego, że Moje Koleżanki i Koledzy z Przedszkola już dawno dostali wezwanie do szkoły, które w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką przychodziło pocztą do domu i odbyli już swoje rozmowy kwalifikacyjne z Panem Dyrektorem, a w naszych drzwiach długo po tym nie pojawiała się jeszcze koperta z takim wezwaniem. W końcu nadeszła. Poszłam z Moją Mamą na pierwszą w moim życiu rozmowę kwalifikacyjną, która, z racji tego, że była pierwszą, miała największe znaczenie. Pamiętam wybuch śmiechu Pana Dyrektora, który znał Mojego Ojca, Którego w Tym Czasie Nazywaliśmy Tańcia, w momencie kiedy na zadane przez niego pytanie, jak ma na imię mój tata, odpowiedziałam prosto z mostu: "Kazek". Nie rozumiałam z czego się śmieje, ale gotowa byłam wybaczyć mu ten śmiech, którego najwidoczniej powodem byłam ja, byleby mi tylko szybko powiedział, czy dostałam się do wymarzonej Klasy I a. Powiedział, że tak. Mogłam więc wrócić do Przedszkola i cierpliwie, z pozostałymi szczęśliwcami, oczekiwać początku roku szkolnego i snuć wizje Naszej nauki w Klasie Eksperymentalnej. Samo pójście do szkoły stanowiło wielką nobilitację w środowisku osiedlowym, gdzie większość moich Koleżanek uczęszczała już do szkoły. Bo w takim środowisku dzieciarni i młodzieży było bez liku, każdy z innego rocznika, choć zdarzały się przypadki, że kilkoro z nas było w jednym wieku. Mój Straszy Brat miał swoje towarzystwo Kolegów, Którzy Byli Jeszcze Starsi od Mojego Starszego Brata. Moja Starsza Siostra koleżankowała się ze Starszą Siostrą Karzełka. Do mojego towarzystwa lewitowały Osoby Trochę Starsze Ode Mnie i Trochę Młodsze Ode Mnie. Toteż, Te Trochę Starsze Ode Mnie Osoby wyrobiły w nas taki prestiż bycia uczniem, czy uczennicą, że już nie mogliśmy doczekać się kiedy Nasi Rodzice kupią Nam tornistry z Elementarzem, białe meszty i chałaty.
Dwie rzeczy, prócz czytania i liczenia, których nauczyła mnie Moja Wychowawczyni, to przysłowia "Nie śmiej się dziatku z czyjegoś wypadku, dziatek się śmiał to samo miał", oraz "Nie rób drugiemu co tobie niemiłe" budząc we mnie mocne poczucie empatii, którym kieruję się w całym moim życiu i mimo, iż nie mam "uszu do słuchania" innych, potrafię "odczuwać" ich całą sobą.
Przedszkole (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Większość Koleżanek i Kolegów, którzy są tłem szkolnych wspomnień o czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką uczęszczało ze mną do Przedszkola. Przedszkole było całkiem blisko Naszego Osiedla. Na wyciągniecie ręki można powiedzieć. Moje najwcześniejsze wspomnienie z Przedszkola to straszliwy, wręcz histeryczny płacz w szatni, kiedy mnie Moja Mama przebierała, uczepienie się jej spódnicy i niespełnione błaganie "Nie zostawiaj mnie tutaj". Dostałam szafkę z muchomorkiem, swój ręcznik w łazience i miejsce w szeregu. Najbardziej w Przedszkolu nie lubiłam jeść i spać. Wywalczyłam niejedzenie śniadań, oraz potraw, których nie lubiłam - czyli większości z jadłospisu przedszkolnego i niespanie. Przychodziłam z domu po śniadaniu i wracałam w trakcie leżakowania. Czasem przesiedziałam całe leżakowanie, bo nie miał mnie kto odebrać wcześniej, ale nie położyłam się za żadne skarby. Dlaczego? Dlatego, ponieważ przebierając się w piżamki, musieliśmy publicznie ściągać majtki. Do dzisiaj śpię w majtkach w uznaniu wolności, o którą walczyłam w pierwszych latach mojego pobytu w Przedszkolu. Do końca swoich dni Mój Ojciec, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią, wspominał moje ustne relacje o "kluskach ze śmieciami", jakie któregoś dnia serwowano w przedszkolnym menu. Obiad zjadałam każdego dnia w Moim Domu, po powrocie z Przedszkola i po powrocie Mojej Mamy z pracy, bo tylko obiad przygotowany prze Moją Mamę był prawdziwym obiadem. Choć z czasem okazało się, że panie kucharki potrafią przygotować co dobrego w Przedszkolnej kuchni. Zaskarbiły sobie moją sympatię i zyskały zaufanie do swej sztuki kulinarnej, kiedy prowadziły z nami zajęcia polegające na robieniu ciasteczek świątecznych. Okazało się, że od znajomych pań kucharek zupełnie inaczej smakują obiady. Zdaje się, że zaczęłam nawet jadać śniadania i podwieczorki. Kiedy poznałam Panie Przedszkolanki też okazało się, że już nie czepiałam się spódnicy Mojej Mamy, z dnia na dzień chętniej zostawałam w Przedszkolu, aż przyszedł czas, że nie chciałam by dzień się kończył, szczególnie gdy opiekowała się nami jedna Pani, Która Nie była Przedszkolanką, Tylko Pomocą Przedszkolną. Pokochałam ją niemal tak mocno, jak Weronkę. Przedszkole to nieustanne przygotowania do jakichś występów. To nauka nowych piosenek, wcale niekonstruktywna krytyka mojego nałogu ogryzania paznokci, ale też świat pierwszych wizyt w teatrze, który witał nas w progach Domu Kultury. Tylko Delikatny Chłopiec nie chodził do Przedszkola. Pojawił się w moim życiu dopiero w czasie, gdy przekroczyłam mury szkolne, w których przywitały mnie słowa poety "Wstrzymał słońce, ruszył ziemię, polskie wydało go plemię" i sam uczony przedstawiony za sprawą pędzla Mistrza Jana z rozwianym włosem w szaleństwie odkrycia, które było wzorem dla naszego odkrywania świata.
W Przedszkolu
W Przedszkolu
Czuma (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Na Czumę chodziło się przede wszystkim zimą. Było to najwspanialsze, wprost wymarzone miejsce na sannę. Jakimś dziwnym trafem z tym wzniesieniem kojarzy mi się wyśpiewywana przez Koleżankę z Klasy , Która Mieszkała Niedaleko Mleczarni, piosenka "Trojki dwie". Koleżanka z Klasy , Która Mieszkała Niedaleko Mleczarni z takim rozrzewnieniem potrafiła swym śpiewem zagrać na strunach wrażliwości mojej duszy, że umiejscowiłam klimat tej piosenki z naszą Czumą i wszystkim tym, czego tam doświadczyłam. Niekiedy chodziliśmy tam z Rodzicami na niedzielne spacery. Ale te pamiętam mniej. Natomiast pamięć o zimie, gdyby nie epizod z moim przygotowywaniem się jednego roku do zdobycia srebrnego medalu w jeździe figurowej na lodzie, to przede wszystkim pamięć o wyprawach na sanki na Czumę. Aby dojść na Czumę, trzeba było pokonać drogę jak do naszej Szkoły, a więc przejść przez całe Nasze Osiedle, minąć Przedszkole, iść drogą do góry, minąć Gimnazjum, które wtedy było liceum ogólnokształcącym, ale z przyzwyczajenia ludzi starszych nazywane było Gimnazjum, przejść przez ulicę w stronę Naszej Szkoły, minąć ją, iść drogą, która jesienią dawała kasztany i zanim się doszło do Kaplicy, w której zawsze odbywały się uroczystości pogrzebowe, należało skręcić w prawo, w uliczkę prowadzącą już wprost na Czumę, a przy której mieszkały Dwie Koleżanki z Klasy. Na Czumie domów było niewiele. Latem ludzie uprawiali tam pole. Zimą te niepotrzebne ludziom pola zamieniały się w trasy saneczkowe i narciarskie. Można tam było spotkać dzieciarnię z całego Mojego Miasta. Szczególnie utkwiła mi w głowie jedna wyprawa zimowa na Czumę na sanki. Wybrałam się tam pod opieką mojej Starszej Siostry. Inaczej by Moja Mama nie wyraziła zgody na tę wyprawę. Moja Mama była wtedy bardzo chora, leżała w Małym Pokoju z gorączką w łóżku, nie zrobiła nawet wtedy obiadu. To był zwykły dzień nauki szkolnej, więc jak wracałyśmy ulicami, to ich mroki rozpraszały tylko światła latarni. Pomimo przestróg Mojej Mamy, by się nie przemoczyć, szczególnie chodziło jej zapewne o moje zdrowie, przyszłyśmy przemoczone do suchej nitki. Bardziej mokra zimą byłam tylko raz, gdy mnie Choczenka chciała wziąć w ofierze nieposłuszeństwa. Bałyśmy się z Moją Starszą Siostrą wejść do domu, bo gdyby Moja Mama zobaczyła, jak jesteśmy mokre, afera byłaby na pół bloku gotowa. Na szczęście gorączka w godzinach popołudniowych chyba się wzmogła i Moja Mama w ogóle nie wyszła z łóżka. Kurtki i spodnie na piec; wyschną do rana, ale co zrobić z całkiem przemoczonymi butami? Moja Starsza Siostra w genialności swojego doświadczenia wynikającego ze starszeństwa wymyśliła, że przecież buty pastuje się po to, aby były suche. Ale okazało się, że pasta do butów całkiem zmarznięta. Tańcia miał sposób na rozgrzanie zmarzniętej pasty do butów. Kładł blaszane pudełko z pastą Buwi na kraju pieca kuchennego i ocieplał ją do momentu rozmiękczenia. Tak też zrobiła i moja Starsza Siostra owego dnia, ale że albo chciała to zrobić szybko, albo nie wiedziała, gdzie jest dokładnie ten kraj pieca, lub też nie znała momentu, w którym pasta do butów jest ociaplona do stanu rozmiękczenia, w każdym razie pasta na piecu kuchennym zaczęła gotować się w pudełeczku i kipieć na blachę. Moja Starsza Siostra wzięła czym prędzej blaszane pudełeczko z pieca przez ścierkę, aby je wynieść do przedpokoju, gdzie pastowało się bytu i kiedy trzymała pudełeczko z bulgoczącą pastą do butów nad podłogą, musiała wypuścić je z rąk, bo pewnie dotarł do jej mózgu impuls spowodowany poparzeniem. Pasta rozlała się po całej podłodze w Naszej Kuchni i tego już nie dało się przed Moją Mamą ukryć.
Ale Czuma stała się też miejscem, w które zaprowadziły nas Nasze powroty ze szkoły o innej porze roku, niż zimą. Pewnie rok szkolny zmierzał wtedy ku końcowi, a może dopiero się zaczynał? Dość, że było ciepło, słońce świeciło, jak zawsze w czasie Naszych wędrówek, ludzie prowadzili jakieś prace w polu, a My odkryliśmy na Czumie stary, opuszczony, rozwalający się Dom, który stał się miejscem docelowym naszych codziennych powrotów ze szkoły. To nic, że Nasze powroty powinny odbywać się w innym kierunku. Odbywały się w kierunku Czumy i wiodły do domostwa lata swojej świetności mającego daleko za sobą, które dostarczyło nam przeżyć wystarczających na scenariusz porządnego filmu przygodowego. Pomieszczenia znajdujące się na dolnym poziomie, rozlatujące się ściany, odpadająca farba, resztki mebli i urządzeń domowych nie stanowiły kwintesencji fabuły Naszej przygody. Trzeba Nam było jakimś cudem wdrapywać się na poddasze, które zionęło pustką kompletną i gdyby nie Nasza wyobraźnia, Dom pewnie nigdy nie przeżyłby tego, co przeżywał dzięki historiom, które snuliśmy siedząc na górze, machając nogami spuszczonymi w dół przez dziurawy strop i cieszyliśmy się radością nieogarniętą, z odkrycia nowych ścieżek i ciekawych dróg w Naszym życiu.
![]() |
| Spacer na Czumę (w wózeczku ja) |
![]() |
| Widok z Czumy na Moje Miasto |
Ale Czuma stała się też miejscem, w które zaprowadziły nas Nasze powroty ze szkoły o innej porze roku, niż zimą. Pewnie rok szkolny zmierzał wtedy ku końcowi, a może dopiero się zaczynał? Dość, że było ciepło, słońce świeciło, jak zawsze w czasie Naszych wędrówek, ludzie prowadzili jakieś prace w polu, a My odkryliśmy na Czumie stary, opuszczony, rozwalający się Dom, który stał się miejscem docelowym naszych codziennych powrotów ze szkoły. To nic, że Nasze powroty powinny odbywać się w innym kierunku. Odbywały się w kierunku Czumy i wiodły do domostwa lata swojej świetności mającego daleko za sobą, które dostarczyło nam przeżyć wystarczających na scenariusz porządnego filmu przygodowego. Pomieszczenia znajdujące się na dolnym poziomie, rozlatujące się ściany, odpadająca farba, resztki mebli i urządzeń domowych nie stanowiły kwintesencji fabuły Naszej przygody. Trzeba Nam było jakimś cudem wdrapywać się na poddasze, które zionęło pustką kompletną i gdyby nie Nasza wyobraźnia, Dom pewnie nigdy nie przeżyłby tego, co przeżywał dzięki historiom, które snuliśmy siedząc na górze, machając nogami spuszczonymi w dół przez dziurawy strop i cieszyliśmy się radością nieogarniętą, z odkrycia nowych ścieżek i ciekawych dróg w Naszym życiu.
Karmel (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Jedyne mroczne miejsca jakie pamiętam z czasów Kiedy Ja była Małą Dziewczynką, to góra, na której stał Karmel. Już prowadząca do niej droga sprawiała wrażenie ponurej, zwłaszcza kiedy się szło z zamysłem, że idzie się na Karmel. Bo to ta sama ulica, przy której rosły kasztanowce dostarczające Nam każdego września i października lśniących rudością i błyszczących blaskiem radości z faktu ujrzenia tak pięknego świata pokolorowanego wszystkimi barwami jesieni kasztanów, wyskakujących ze swych skorupek i wołających do Nas: tu jestem, weź mnie do swojego koszyczka. Trzeba było minąć Kaplicę, w której zawsze gdyśmy szli, odbywały się uroczystości pogrzebowe, dalej podążać drogą jeszcze wyżej, aż do rozwidlenia prowadzącego albo do Parku albo do Księżego Lasu i w tym miejscu było się już u wejścia do parku, który porastał górę, na której szczycie stał Karmel. Drzewa tam rosły olbrzymie, to one dawały już taki mrok, z którego się człowiek nie mógł wyzwolić aż do powrotu z tego dziwnego miejsca. Ojcowie karmelici prowadzili szpital, był on niemalże na opłotkach szpitala, w którym leżała kiedyś Moja Mama, państwowego szpitala. Wtedy o wszystkim mówiło się, że jest państwowe. Prócz sklepu za Kościołem z dewocjonaliami, który był sklepem Rodziców Fotografa, Który Zrobił mi Fotografie Pierwszokomunijne, oraz kilku sklepów wzdłuż ulicy, co nosiła nazwę od wydarzeń związanych z wyzwoleniem Mojego Miasta spod okupacji hitlerowskiej, a która prowadziła od Naszego Osiedla do rynku, to jest do Kościoła. Jeszcze mroczniej, tajemniczo i strasznie robiło się, gdy weszło się do kaplicy klasztornej, która była całkiem sobie sporym kościołem. Tam dopiero był mrok! Jeślim się kiedy uczyła w czasie Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką o mrokach średniowiecza, to przybierały one takiego kolorytu jak atmosfera parku i kaplicy na Karmelu. Jedynym powodem, dla którego chodziliśmy wtedy w to mroczne miejsce był grób świętej Teresy, który rozpromieniał to miejsce blaskiem cnót świętej, które pozwoliły z żywota tej kobiety uczynić wzór do naśladowania. Święta Teresa leżała sobie w swoim grobie na Karmelu tworzącym jeden z ołtarzy bocznych, ukazana oczom ciekawskich dzieciaków za przeźroczystą szybą tworzącą jedną ze ścian trumny. Ubrana była jak zazwyczaj Matka Boska, w biało-niebieskie szaty, dłonie miała złożone na piersi w modlitewnym geście, na jej padołku leżały kwiaty, mnie się zdawało, że zawsze świeże i najpiękniejsze, twarz miała uduchowioną, sylwetkę gibką i była tak piękna i niezwykła, że nie chciałam stamtąd wracać. Pewnie za sprawą elektrycznej iluminacji jej postać jaśniała blaskiem, w każdym razie było to jedyne jasne, wręcz nieziemską jasnością bijące miejsce na Karmelu. I rozpromieniało moje życie w czasach Kiedy Ja była Małą Dziewczynką.
wtorek, 7 grudnia 2010
Gieto (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
W każdy czwartek Gieto, znajdujące się nieopodal Naszego Osiedla w drodze do rynku i do Kościoła zaczynało tętnić życiem. Przekupy rozkładały swoje kramy i stragany. Rozkładały wszystko co ziemia poza Moim Miastem urodziła: świeże, surowe, przetworzone, a także to, co udało się dosłownie i w przenośni ze zwierząt udoić. Kupowało się na kopy, tuziny, pęczki, osełki i inne ludowe miary. Myślałam, że Gieto jest gietem. Nie wiedziałam,że w innym świecie to zjawisko nazywa się dniem targowym, zielonym, czy maślanym rynkiem. Dopiero dużo później dowiedziałam się, że to spolszczone i ugwarowione słowo nazywało MIEJSCE a nie zjawisko. Swój rodowód wzięło od słowa getto - nazwy miejsca martyrologii społeczności żydowskiej Mojego Miasta w czasach wojny. Za mała byłam, żeby o tym wiedzieć. W Naszej Szkole, jeśli mówiło się o wojnie to najbardziej w pamięci utkwiły mi obchody rocznicy wyzwolenia Mojego Miasta spod okupacji hitlerowskiej oraz doroczna wielka akademia na płycie rynku w dniu zakończenia II wojny światowej, wtedy obchodzonym 9-tego, nie tak jak obchodzi się dzisiaj, 8 maja. Moja Babcia opowiadała mi, że we wrześniu 39 roku, w czasie nalotów hitlerowskich nad Naszym Miastem i bombardowania, wszyscy schronili się do piwnicy. Zapomnieli tylko o Mojej Mamie, która była wtedy kilkunastomiesięcznym niemowlaczkiem śpiącym w mieszkaniu w suterenie na podwórku domu w którym Moja Babcia mieszkała po wojnie. Moja Babcia kiedy się zorientowała, że zostawiła swoje najmłodsze dziecię na pewną śmierć chciała biec czym prędzej na górę, ale podobno jej Mąż, Dziadek Mojego Starszego Rodzeństwa, nie pozwolił jej na to, mówiąc, że jeżeli Moja Mama ma przeżyć, to Bóg da, przeżyje, a jeżeli nie, to po co mają ginąć obie? Pamiętam też opowieści Mojej Mamy, jej Starszych Sióstr i pewnie też Mojej Babci, bo były tyle razy powtarzane, że już nie wspomnę kto o nich mówił, dlatego zdaje mi się, że wszyscy. Kiedy przyszedł czas ostateczny dla hitlerowców w styczniu 1945 roku większość mieszkańców Mojego Miasta, a na pewno Rodzina Mojej Mamy postanowiła uciec z miasta na jego obrzeża, bo obawiali się bombardowań i innych działań wojennych. Schronili si w opuszczonych poniemieckich domach na Podstawiu. I kiedy już w miarę się rozgościli, od domu do domu przeszli żołnierze niemieccy z informacją do cywilów, by raczej opuścili domy i wrócili do miasta, bo tam, gdzie się schronili będzie przechodził front i to tam będą się rozgrywały najgorętsze działania wojenne.
Pamiętam, jak czasem Moja Babcia spędzała u nas kilka dni, może tygodni zimową porą i zawsze kiedy w telewizji wieczorem emitowany był film wojenny, a na emisję takiego wojennego filmu był zarezerwowany jeden dzień w tygodniu, to Moja Babcia uciekała z Małego Pokoju do Kuchni, bo autentycznie bała się, że ją zastrzelą.
W czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką Gieto było tylko maślanym rynkiem i targowiskiem, które co czwartek gromadziło sporo mieszkańców spoza Mojego Miasta i mieszkańców Mojego Miasta, którzy mieli przeciwstawne interesy: bo pierwsi chcieli jak najwięcej zarobić na pietruszce, marchewce, rzodkiewce, ziemniakach, jajach, maśle, serze, żurze i kiszonych ogórkach, natomiast drudzy chcieli jak najmniej zapłacić za kupowane "koguciki na druciku".
Pamiętam, jak czasem Moja Babcia spędzała u nas kilka dni, może tygodni zimową porą i zawsze kiedy w telewizji wieczorem emitowany był film wojenny, a na emisję takiego wojennego filmu był zarezerwowany jeden dzień w tygodniu, to Moja Babcia uciekała z Małego Pokoju do Kuchni, bo autentycznie bała się, że ją zastrzelą.
W czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką Gieto było tylko maślanym rynkiem i targowiskiem, które co czwartek gromadziło sporo mieszkańców spoza Mojego Miasta i mieszkańców Mojego Miasta, którzy mieli przeciwstawne interesy: bo pierwsi chcieli jak najwięcej zarobić na pietruszce, marchewce, rzodkiewce, ziemniakach, jajach, maśle, serze, żurze i kiszonych ogórkach, natomiast drudzy chcieli jak najmniej zapłacić za kupowane "koguciki na druciku".
Moja Babcia (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
"Miała babuleńka kozła rogatego, kozła rogatego
fik, mik, fik, mik, szwady, rydy, rydz,
rach, ciach, ciach kozła rogatego.
Wsadziła go babcia do wora wielkiego, do wora wielkiego
fik, mik, fik, mik, szwady, rydy, rydz,
rach, ciach, ciach do wora wielkiego..."
Ta stara piosenka ludowa kojarzy mi się nierozerwalnie z Moją Babcią. Wiadomo, że Moja Babcia była mamą Mojej Mamy. Innej babci nie mieliśmy. Najpierw Moja Babcia mieszkała w domu przy ulicy za dworcem autobusowym. Na przeciwko domu Mojej Babci był taki skwer, na którym czasem siadaliśmy na ławce w ładne letnie dni. Podobno na drzewie rosnącym przy skwerze powiesił się jednego roku jakiś mężczyzna. Dalej za domem Mojej Babci był szpital, ale o tym dowiedziałam się przedostatniej zimy, kiedy Moja Mama leżała w szpitalu, bo miała zapalenie i potem operację woreczka żółciowego. Kiedy Moja Mama była w szpitalu, to na sali obok umierała na raka dwuletnia dziewczynka. Panie z sali Mojej Mamy opowiadały, że była najmłodszym dzieckiem i jedyną córką ludzi mieszkających tuż za boiskiem na Naszym Osiedlu, którzy mieli samych synów, w dodatku już całkiem dużych.
Do mieszkania Mojej Babci szło się przez długą i ciemną sień. Może nie była tak długa, jak ciemna. Im pogodniejszy był dzień, tym sień wydawała się ciemniejsza, gdy się doń weszło. Po lewej i po prawej stronie zaraz za wejściem były mieszkania, więc gdyby Moja Babcia mieszkała w którymś z nich, to na pewno sień nie byłaby taka długa. A tak trzeba było jeszcze minąć schody, które prowadziły na piętro i dopiero za schodami, po lewej stronie sieni, obite ceratą były drzwi do mieszkania Mojej Babci. Na przeciw tych drzwi był taki śmieszny blaszany zlew, jak na haftowanych makatkach u Weronki w Domu Mojego Dziadka, albo u Chrzestnej Matki, gdy jeszcze mieszkała koło Sądu. Bezpośrednio z sieni wchodziło się do kuchni, a przez kuchnię szło się do pokoju. Okna wychodziły na podwórko i były tak nisko, że z łatwością wychodziłam przez nie na zewnątrz i wchodziłam do środka. Ale Moja Mama nie pozwalała mi tego robić, mówiąc, że pokazuję drogę złodziejowi. Sprawdzałam dokładnie za każdym razem: żadnego złodzieja na podwórku nie było. Moja Mama opowiadała, że kiedy ona była małą dziewczynką to mieszkali w suterenie na podwórku na piętrze. Mieszkanie w suterenie kojarzyło jej się z biedą dzieciństwa wyznaczonego latami wojny i powojennymi. Opowiadała mi też, że kiedy szła do I Komunii św. to przed Mszą św. u sióstr, które miały swoją siedzibę za ogrodzeniem wytyczającym świat dzieciństwa Mojej Mamy, było organizowane przyjęcie dla dzieci pierwszokomunijnych. Siostry gościły dzieci bułką drożdżową i kakaem, które dostawały z paczek z UNRY. Dziewczynki pięknie wystrojone w odświętne, białe sukienki zasiadały za długim stołem. I kiedy tak Moja Mama napawała się smakiem kakao, któraś z dziewczynek siedzących obok przez nieuwagę potrąciła kubek z czekoladowym napojem mlecznym i cała zawartość wylała się na sukienkę Mojej Mamy. Siostry przebrały podobno Moją Mamę w jakąś sukienkę, którą miały u siebie, ale już do końca dnia Moja Mama płakała i nie nie mogła myśleć o niczym innym, jak o tym, że wszyscy na nią patrzą, bo ma taką byle jaką, wypożyczaną sukienkę.
Moja Babcia zaś opowiadała, że kiedy Moja Mama była całkiem małą dziewczynką, to w czasie wojny mąż Mojej Babci, który był Dziadkiem Mojego Starszego Rodzeństwa, bo moim nie zdążył być, za pracę zduna dostał kurę w kartonowym pudle i przyniósł ją do domu. Pudło miało nacięte dziury, żeby kura miała czym oddychać. I tak miała skończyć w garnku, ale powinno się jej poderżnąć gardło, a nie zadusić brakiem powietrza. Poza tym jakieś święta miały być niebawem, bo Moja Babcia postanowiła jak najdłużej utrzymać kurę przy życiu. I to pudło kartonowe z naciętymi dziurkami podobno tak się Mojej Mamie podobało, że co rusz pytała: "Mamo, a jak ci ta kura zdechnie, to dasz mi to pudło?"
Kiedyś Moja Babcia, która od mojego przyjścia na świat była wdową, wyszła za mąż i przeprowadziła się do domu za Kościołem, a swoje mieszkanko zasiedlone wiele lat po wojnie w głównej kamienicy, a nie w suterenach w podwórku, zostawiła swojemu synowi, Bratu Mojej Mamy, który ożenił się z Ciocią Elą i właśnie wspólnie oczekiwali przyjścia na świat swojego jedynego syna, Mojego Kuzyna.
Wiele razy we śnie idę przez tę ciemną sień do mieszkania Mojej Babci w tamtej kamienicy i jak nigdy za życia Mojej Babci, zastaję drzwi zamknięte na klucz. Pukam, a trudno jest pukać w drzwi obite ceratą, pod którą znajduje się gąbka i wołam: "Babciu, wpuść mnie, to ja". Słyszę w odpowiedzi głos Mojej Babci: "Idź stąd, nie możesz tu przychodzić. Nie teraz." Po takim śnie umiera ktoś bliski, krewny Mojej Babci.
fik, mik, fik, mik, szwady, rydy, rydz,
rach, ciach, ciach kozła rogatego.
Wsadziła go babcia do wora wielkiego, do wora wielkiego
fik, mik, fik, mik, szwady, rydy, rydz,
rach, ciach, ciach do wora wielkiego..."
Ta stara piosenka ludowa kojarzy mi się nierozerwalnie z Moją Babcią. Wiadomo, że Moja Babcia była mamą Mojej Mamy. Innej babci nie mieliśmy. Najpierw Moja Babcia mieszkała w domu przy ulicy za dworcem autobusowym. Na przeciwko domu Mojej Babci był taki skwer, na którym czasem siadaliśmy na ławce w ładne letnie dni. Podobno na drzewie rosnącym przy skwerze powiesił się jednego roku jakiś mężczyzna. Dalej za domem Mojej Babci był szpital, ale o tym dowiedziałam się przedostatniej zimy, kiedy Moja Mama leżała w szpitalu, bo miała zapalenie i potem operację woreczka żółciowego. Kiedy Moja Mama była w szpitalu, to na sali obok umierała na raka dwuletnia dziewczynka. Panie z sali Mojej Mamy opowiadały, że była najmłodszym dzieckiem i jedyną córką ludzi mieszkających tuż za boiskiem na Naszym Osiedlu, którzy mieli samych synów, w dodatku już całkiem dużych.
![]() |
| Widok na Kościół od strony Domu Mojej Babci |
![]() |
| Moja Mama w dniu I Komunii Świętej |
Moja Babcia zaś opowiadała, że kiedy Moja Mama była całkiem małą dziewczynką, to w czasie wojny mąż Mojej Babci, który był Dziadkiem Mojego Starszego Rodzeństwa, bo moim nie zdążył być, za pracę zduna dostał kurę w kartonowym pudle i przyniósł ją do domu. Pudło miało nacięte dziury, żeby kura miała czym oddychać. I tak miała skończyć w garnku, ale powinno się jej poderżnąć gardło, a nie zadusić brakiem powietrza. Poza tym jakieś święta miały być niebawem, bo Moja Babcia postanowiła jak najdłużej utrzymać kurę przy życiu. I to pudło kartonowe z naciętymi dziurkami podobno tak się Mojej Mamie podobało, że co rusz pytała: "Mamo, a jak ci ta kura zdechnie, to dasz mi to pudło?"
Kiedyś Moja Babcia, która od mojego przyjścia na świat była wdową, wyszła za mąż i przeprowadziła się do domu za Kościołem, a swoje mieszkanko zasiedlone wiele lat po wojnie w głównej kamienicy, a nie w suterenach w podwórku, zostawiła swojemu synowi, Bratu Mojej Mamy, który ożenił się z Ciocią Elą i właśnie wspólnie oczekiwali przyjścia na świat swojego jedynego syna, Mojego Kuzyna.
Wiele razy we śnie idę przez tę ciemną sień do mieszkania Mojej Babci w tamtej kamienicy i jak nigdy za życia Mojej Babci, zastaję drzwi zamknięte na klucz. Pukam, a trudno jest pukać w drzwi obite ceratą, pod którą znajduje się gąbka i wołam: "Babciu, wpuść mnie, to ja". Słyszę w odpowiedzi głos Mojej Babci: "Idź stąd, nie możesz tu przychodzić. Nie teraz." Po takim śnie umiera ktoś bliski, krewny Mojej Babci.
Wszystkie Drogi Mojego Dzieciństwa (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Dziwne, ale w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką wszystkie drogi były proste i bezkresne. Rozciągały się aż po linię horyzontu i nikły na nieboskłonie. Każda inna droga w Moim Mieście w czasie Kiedy Ja byłam Małą Dziewczynką nawet jeżeli nie prowadziła w bezkres nowych przygód i nie mknęła prosto jak strzała, nawet jeżeli zakręcała, to i tak wiadomo było gdzie i kiedy należy zakręcić. Droga idąca przez Nasze Osiedle kończyła się, dalej był chodnik rozdzielający osiedlowy plac zabaw i boisko ogrodzone niewysokim płotem z siatki, który prowadził do zakończenia ślepej uliczki, przy której stał nietynkowany ceglany dom piętrowy, który wracał do mnie często w moich snach w czasach Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką. Dom ze snu, kojarzył mi się z niezwykle miłymi i ciepłymi wspomnieniami. Prawdę mówiąc te sny polegały na oczekiwaniu pod tym domem na to coś niezwykle miłego i przyjemnego. Dopiero po wielu, wielu latach dowiedziałam się, również za sprawą wejścia internetu do naszej codzienności i rozkwitu portali społecznościowych, że w domu tym mieszkał Delikatny Chłopiec, który był towarzyszem Naszych Dziecięcych wędrówek i odkrywania świata. Wspomnienie tego Delikatnego Chłopca do dziś ociepla serce i wywołuje tęsknotę za dniami, które minęły, za dniami Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Delikatny Chłopiec miał w sobie coś niezwykłego, wręcz niebiańskiego. Jeślim wtedy klasyfikowała spotkane postaci na ludzi i aniołów, a klasyfikowałam, to Delikatny Chłopiec na pewno miał skrzydła i duszę czystą, anielskiej podobną. Do tego stopnia, że pamięć o fizycznym ciele Delikatnego Chłopca wyrzuciłam z siebie, w miejsce tego zostawiłam pamięć o uduchowionej sylwetce rozprzestrzeniającej wokół siebie coś miłego i przyjemnego.
Z dróg prostych najczęściej były to polne drogi, porośnięte kwietnymi łąkami, na których przeważały białe rumianki z żółtym środkiem. Tuż nad wysokimi do kolan trawami unosiły się piękne ważki, a Motyle same pchały się w nasze ręce. Któregoś lata tak ukochaliśmy Motyle, że z tej wielkiej miłości postanowiliśmy zrobić wielkie, ale piękne cmentarzysko, dla tych skrzydlatych kwiatów. Ponieważ w naszym klimacie Motyle same z siebie nie padają całymi chmarami jak w jakim afrykańskim kraju, toteż trzeba było te Motyle łapać i pomagać im dokonać żywota. Każdemu Motylowi odprawialiśmy godny pogrzeb i składaliśmy do przepięknego grobu, którego kopczyk zrobiony był z płatków wszystkich kwiatów rosnących w Dolinie Lelka. Czasem trawa przed Naszym Blokiem była tak wielka, że bawiąc się w kryjówkę spokojnie można się było w niej schować, wystarczyło się tylko położyć i już. Przez trawnik przed Naszym Blokiem szła ścieżka na skróty. Dochodziło się nią do dziury w żywopłocie, za którą już był chodnik i dalej szło się chodnikiem osiedlowym. Moja Mama wprawdzie nigdy nie chodziła ową ścieżką na skróty, ale w miejscu, w którym ona łączyła się z chodnikiem w żywopłocie był wyraźny prześwit, w którym na mgnienie oka migała w całości sylwetka Mojej Mamy idącej do pracy w czasie kiedy ja zapłakana, bo chora, zostawałam w domu pod opieką Mojej Babci. Były to zapewne te dni, w których Moja Mama wyczerpała już limit opieki nade mną, albo z innych względów nie mogła pozwolić sobie na jej wzięcie. Ja siedziałam na szafce kuchennej przy oknie, z tyłu asekurowała i pocieszała mnie Moja Babcia a ja machałam do Mojej Mamy, płakałam i miałam wrażenie, że mi serce pęka. Gdym oczekiwała wtedy na Moją Mamę zdawało się, że zegar stoi w miejscu, choć nie umiałam jeszcze wtedy odczytać godziny.
Z dróg prostych najczęściej były to polne drogi, porośnięte kwietnymi łąkami, na których przeważały białe rumianki z żółtym środkiem. Tuż nad wysokimi do kolan trawami unosiły się piękne ważki, a Motyle same pchały się w nasze ręce. Któregoś lata tak ukochaliśmy Motyle, że z tej wielkiej miłości postanowiliśmy zrobić wielkie, ale piękne cmentarzysko, dla tych skrzydlatych kwiatów. Ponieważ w naszym klimacie Motyle same z siebie nie padają całymi chmarami jak w jakim afrykańskim kraju, toteż trzeba było te Motyle łapać i pomagać im dokonać żywota. Każdemu Motylowi odprawialiśmy godny pogrzeb i składaliśmy do przepięknego grobu, którego kopczyk zrobiony był z płatków wszystkich kwiatów rosnących w Dolinie Lelka. Czasem trawa przed Naszym Blokiem była tak wielka, że bawiąc się w kryjówkę spokojnie można się było w niej schować, wystarczyło się tylko położyć i już. Przez trawnik przed Naszym Blokiem szła ścieżka na skróty. Dochodziło się nią do dziury w żywopłocie, za którą już był chodnik i dalej szło się chodnikiem osiedlowym. Moja Mama wprawdzie nigdy nie chodziła ową ścieżką na skróty, ale w miejscu, w którym ona łączyła się z chodnikiem w żywopłocie był wyraźny prześwit, w którym na mgnienie oka migała w całości sylwetka Mojej Mamy idącej do pracy w czasie kiedy ja zapłakana, bo chora, zostawałam w domu pod opieką Mojej Babci. Były to zapewne te dni, w których Moja Mama wyczerpała już limit opieki nade mną, albo z innych względów nie mogła pozwolić sobie na jej wzięcie. Ja siedziałam na szafce kuchennej przy oknie, z tyłu asekurowała i pocieszała mnie Moja Babcia a ja machałam do Mojej Mamy, płakałam i miałam wrażenie, że mi serce pęka. Gdym oczekiwała wtedy na Moją Mamę zdawało się, że zegar stoi w miejscu, choć nie umiałam jeszcze wtedy odczytać godziny.
Najpiękniejsza i Najodważniejsza Kobieta w Moim Życiu (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
To Moja Mama swoim przykładem nauczyła mnie bohaterstwa w zwykłym codziennym życiu. I modlitwy, do której nie składa się rąk jak do zwykłego pacierza i nie wymawia się wyuczonych słów. Jej życie nie było łatwe. Miała czworo dzieci i męża, który nigdy nie był dla niej wsparciem, bo najczęściej w życiu borykał się z własnymi słabościami i nieumiejętnością zmierzenia się z trudną dla wszystkich, dla niego widać trudniejszą, rzeczywistością. Bywały dni, że budowały go zawodowe sukcesy i zwycięstwa, ale tych widać doświadczał mniej, skoro nie budowały go one do tego, by być wsparciem dla Mojej Mamy. Kochał ją mocno, najmocniej ze wszystkich, których kochał w swoim życiu, bo gdyby nie jego miłość, to co dodawałoby jej takiego piękna jak na tym zdjęciu oraz sprawiłoby, że zapisała się w mojej pamięci jako Najpiękniejsza Kobieta w Moim Życiu? Moja Mama pracowała w bibliotece. Znała przez to większość mieszkańców Mojego Miasta i była rozpoznawalna przez jeszcze szersze kręgi, niż te, które ona zapamiętywała. Przy tym miała niebywałą zdolność do przekręcania nazwisk wszelakich. W czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką była dla mnie oknem na szeroki świat. Mój świat ograniczał się do wolnej przestrzeni rozpościerającej się za Naszymi Blokami, które stały na skraju Mojego Miasta, kilku uliczek przesiąkniętych wtedy jeszcze mocno galicyjskim nastrojem i klimatem, Szkoły, Kościoła i ludzi, z którymi spotykałam się na co dzień i teraz stanowią tło wszystkich tamtych zdarzeń. Moja Mama wracając ze swojej pracy opowiadała u ludziach, którzy przychodzili po książki i przynosili w zamian opowieści swojego życia. Opowiadała o Koleżankach z Pracy, które stawały się dla Nas częścią naszego życia. Ale opowiadała też treści artykułów z gazet o całkiem obcych i odległych ludziach, o losach których przeczytała i tak mocno ją przejęły, że musiała Nam o nich opowiedzieć. Bo Moją Mamę zawsze przejmował bardziej los innych niźli jej własny. Nasz Dom dzięki Mojej Mamie zawsze był pełen ludzi. Przychodziły ciotki z wujkami, ale najczęściej wpadali odwiedzać Nas Kuzynowie i Kuzynki. Nieraz miałam wrażenie, że spędzają więcej czasu u nas niż w swoich rodzinnych domach. Moja Mama miała dwie Stasze Siostry, jedną o 9 lat, drugą o 10. Kiedy Starszym Siostrom Mojej Mamy urodziły się dzieci, Moja Mama była akurat w wieku, kiedy można je było zostawić pod jej opieką. Tak też Starsze Siostry Mojej Mamy podobno robiły. I pewnie Moja Mama była dla Moich Kuzynek i Kuzynów tym, kim dla mnie była Weronka. Nasze Kuzynostwo wyjeżdżało z Nami na wczasy, jeździło latem na wycieczki i uczestniczyło żywo w życiu Naszej Rodziny. Gdy potem, po wielu latach, które oddzieliły i mnie, i Moje Rodzeństwo i Moje Kuzynostwo od lat dziecinnych, Kuzynka wróciła do domu niebieskiego, Moja Mama przeżyła jej śmierć, jak śmierć własnego dziecka, które kilka lat wcześniej pożegnała. Bo Moja Mama zawsze niepokoiła się, kiedy Mój Straszy Brat nie wracał na czas do domu. Niepokoiła się do tego stopnia, że obdzwaniała milicję, szpital, pogotowie i nawet prosektorium w poszukiwania pierworodnego, który zdawał się być biblijnym Synem Marnotrawnym, a był przecież wtedy zwykłym nastolatkiem. W końcu doczekała się telefonu z policji z wiadomością, którą przeczuwała każdą komórką swojego organizmu od początku świata.Za męstwo i odwagę, za najpyszniejsze pierogi w świecie i najlepsze ciasto drożdżowe zawijane z kakaem, za posiadanie i nauczenie Nas wrażliwości i otwartości na potrzeby innych ludzi, za każdą chwilę oddaną Nam, wręczam Mojej Mamie Medal lśniący blaskiem, promienny jasnością i emanujący ciepłem chybotliwego płomienia świecy, która płonie w mym sercu dla pamięci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







