Dziwne, ale w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką wszystkie drogi były proste i bezkresne. Rozciągały się aż po linię horyzontu i nikły na nieboskłonie. Każda inna droga w Moim Mieście w czasie Kiedy Ja byłam Małą Dziewczynką nawet jeżeli nie prowadziła w bezkres nowych przygód i nie mknęła prosto jak strzała, nawet jeżeli zakręcała, to i tak wiadomo było gdzie i kiedy należy zakręcić. Droga idąca przez Nasze Osiedle kończyła się, dalej był chodnik rozdzielający osiedlowy plac zabaw i boisko ogrodzone niewysokim płotem z siatki, który prowadził do zakończenia ślepej uliczki, przy której stał nietynkowany ceglany dom piętrowy, który wracał do mnie często w moich snach w czasach Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką. Dom ze snu, kojarzył mi się z niezwykle miłymi i ciepłymi wspomnieniami. Prawdę mówiąc te sny polegały na oczekiwaniu pod tym domem na to coś niezwykle miłego i przyjemnego. Dopiero po wielu, wielu latach dowiedziałam się, również za sprawą wejścia internetu do naszej codzienności i rozkwitu portali społecznościowych, że w domu tym mieszkał Delikatny Chłopiec, który był towarzyszem Naszych Dziecięcych wędrówek i odkrywania świata. Wspomnienie tego Delikatnego Chłopca do dziś ociepla serce i wywołuje tęsknotę za dniami, które minęły, za dniami Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Delikatny Chłopiec miał w sobie coś niezwykłego, wręcz niebiańskiego. Jeślim wtedy klasyfikowała spotkane postaci na ludzi i aniołów, a klasyfikowałam, to Delikatny Chłopiec na pewno miał skrzydła i duszę czystą, anielskiej podobną. Do tego stopnia, że pamięć o fizycznym ciele Delikatnego Chłopca wyrzuciłam z siebie, w miejsce tego zostawiłam pamięć o uduchowionej sylwetce rozprzestrzeniającej wokół siebie coś miłego i przyjemnego.
Z dróg prostych najczęściej były to polne drogi, porośnięte kwietnymi łąkami, na których przeważały białe rumianki z żółtym środkiem. Tuż nad wysokimi do kolan trawami unosiły się piękne ważki, a Motyle same pchały się w nasze ręce. Któregoś lata tak ukochaliśmy Motyle, że z tej wielkiej miłości postanowiliśmy zrobić wielkie, ale piękne cmentarzysko, dla tych skrzydlatych kwiatów. Ponieważ w naszym klimacie Motyle same z siebie nie padają całymi chmarami jak w jakim afrykańskim kraju, toteż trzeba było te Motyle łapać i pomagać im dokonać żywota. Każdemu Motylowi odprawialiśmy godny pogrzeb i składaliśmy do przepięknego grobu, którego kopczyk zrobiony był z płatków wszystkich kwiatów rosnących w Dolinie Lelka. Czasem trawa przed Naszym Blokiem była tak wielka, że bawiąc się w kryjówkę spokojnie można się było w niej schować, wystarczyło się tylko położyć i już. Przez trawnik przed Naszym Blokiem szła ścieżka na skróty. Dochodziło się nią do dziury w żywopłocie, za którą już był chodnik i dalej szło się chodnikiem osiedlowym. Moja Mama wprawdzie nigdy nie chodziła ową ścieżką na skróty, ale w miejscu, w którym ona łączyła się z chodnikiem w żywopłocie był wyraźny prześwit, w którym na mgnienie oka migała w całości sylwetka Mojej Mamy idącej do pracy w czasie kiedy ja zapłakana, bo chora, zostawałam w domu pod opieką Mojej Babci. Były to zapewne te dni, w których Moja Mama wyczerpała już limit opieki nade mną, albo z innych względów nie mogła pozwolić sobie na jej wzięcie. Ja siedziałam na szafce kuchennej przy oknie, z tyłu asekurowała i pocieszała mnie Moja Babcia a ja machałam do Mojej Mamy, płakałam i miałam wrażenie, że mi serce pęka. Gdym oczekiwała wtedy na Moją Mamę zdawało się, że zegar stoi w miejscu, choć nie umiałam jeszcze wtedy odczytać godziny.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
wtorek, 7 grudnia 2010
Najpiękniejsza i Najodważniejsza Kobieta w Moim Życiu (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
To Moja Mama swoim przykładem nauczyła mnie bohaterstwa w zwykłym codziennym życiu. I modlitwy, do której nie składa się rąk jak do zwykłego pacierza i nie wymawia się wyuczonych słów. Jej życie nie było łatwe. Miała czworo dzieci i męża, który nigdy nie był dla niej wsparciem, bo najczęściej w życiu borykał się z własnymi słabościami i nieumiejętnością zmierzenia się z trudną dla wszystkich, dla niego widać trudniejszą, rzeczywistością. Bywały dni, że budowały go zawodowe sukcesy i zwycięstwa, ale tych widać doświadczał mniej, skoro nie budowały go one do tego, by być wsparciem dla Mojej Mamy. Kochał ją mocno, najmocniej ze wszystkich, których kochał w swoim życiu, bo gdyby nie jego miłość, to co dodawałoby jej takiego piękna jak na tym zdjęciu oraz sprawiłoby, że zapisała się w mojej pamięci jako Najpiękniejsza Kobieta w Moim Życiu? Moja Mama pracowała w bibliotece. Znała przez to większość mieszkańców Mojego Miasta i była rozpoznawalna przez jeszcze szersze kręgi, niż te, które ona zapamiętywała. Przy tym miała niebywałą zdolność do przekręcania nazwisk wszelakich. W czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką była dla mnie oknem na szeroki świat. Mój świat ograniczał się do wolnej przestrzeni rozpościerającej się za Naszymi Blokami, które stały na skraju Mojego Miasta, kilku uliczek przesiąkniętych wtedy jeszcze mocno galicyjskim nastrojem i klimatem, Szkoły, Kościoła i ludzi, z którymi spotykałam się na co dzień i teraz stanowią tło wszystkich tamtych zdarzeń. Moja Mama wracając ze swojej pracy opowiadała u ludziach, którzy przychodzili po książki i przynosili w zamian opowieści swojego życia. Opowiadała o Koleżankach z Pracy, które stawały się dla Nas częścią naszego życia. Ale opowiadała też treści artykułów z gazet o całkiem obcych i odległych ludziach, o losach których przeczytała i tak mocno ją przejęły, że musiała Nam o nich opowiedzieć. Bo Moją Mamę zawsze przejmował bardziej los innych niźli jej własny. Nasz Dom dzięki Mojej Mamie zawsze był pełen ludzi. Przychodziły ciotki z wujkami, ale najczęściej wpadali odwiedzać Nas Kuzynowie i Kuzynki. Nieraz miałam wrażenie, że spędzają więcej czasu u nas niż w swoich rodzinnych domach. Moja Mama miała dwie Stasze Siostry, jedną o 9 lat, drugą o 10. Kiedy Starszym Siostrom Mojej Mamy urodziły się dzieci, Moja Mama była akurat w wieku, kiedy można je było zostawić pod jej opieką. Tak też Starsze Siostry Mojej Mamy podobno robiły. I pewnie Moja Mama była dla Moich Kuzynek i Kuzynów tym, kim dla mnie była Weronka. Nasze Kuzynostwo wyjeżdżało z Nami na wczasy, jeździło latem na wycieczki i uczestniczyło żywo w życiu Naszej Rodziny. Gdy potem, po wielu latach, które oddzieliły i mnie, i Moje Rodzeństwo i Moje Kuzynostwo od lat dziecinnych, Kuzynka wróciła do domu niebieskiego, Moja Mama przeżyła jej śmierć, jak śmierć własnego dziecka, które kilka lat wcześniej pożegnała. Bo Moja Mama zawsze niepokoiła się, kiedy Mój Straszy Brat nie wracał na czas do domu. Niepokoiła się do tego stopnia, że obdzwaniała milicję, szpital, pogotowie i nawet prosektorium w poszukiwania pierworodnego, który zdawał się być biblijnym Synem Marnotrawnym, a był przecież wtedy zwykłym nastolatkiem. W końcu doczekała się telefonu z policji z wiadomością, którą przeczuwała każdą komórką swojego organizmu od początku świata.Za męstwo i odwagę, za najpyszniejsze pierogi w świecie i najlepsze ciasto drożdżowe zawijane z kakaem, za posiadanie i nauczenie Nas wrażliwości i otwartości na potrzeby innych ludzi, za każdą chwilę oddaną Nam, wręczam Mojej Mamie Medal lśniący blaskiem, promienny jasnością i emanujący ciepłem chybotliwego płomienia świecy, która płonie w mym sercu dla pamięci.
Karzełek (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką miałam mnóstwo Koleżanek i Kolegów. Wszyscy byli mili mojemu sercu. Najmilszym jednak towarzyszem wszystkich dziecięcych zabaw, wszystkich wypraw, przygód i przeżyć był Karzełek. Najpierw mieszkaliśmy w dwóch sąsiadujących blokach. Potem, po przeprowadzkach, mieszkaliśmy w Naszym Bloku. Karzełek w Pierwszej Klatce na drugim piętrze, ja w Naszej Klatce na pierwszym piętrze. W pierwszej Klatce mieszkała też początkowo Moja Koleżanka z Klasy i Taś-Taś. W jakimś momencie Moja Koleżanka z Klasy przeprowadziła się do bloku przed Naszym Blokiem, bo tam zwolniło się większe mieszkanie. Dopóki Moja Koleżanka z Klasy mieszkała w małym, jednopokojowym mieszaniu w Naszym Bloku, sypiała w niemowlęcym, metalowym łóżeczku, z którego już wystawały jej nogi.
Karzełek miał dwoje Starszego Rodzeństwa: trochę Starszego Brata i Starszą Siostrę, trochę starszą od Starszego Brata. To ona była Koleżanką Mojej Starszej Siostry. Rodzice Karzełka i jego Starszego Rodzeństwa byli starsi od Moich Rodziców. Podobno Ojciec Karzełka, czy Mama, mieli jeszcze starsze dzieci z wcześniejszego małżeństwa. To byli dorośli już wtedy synowie, ale nie pamiętam, czy ich widziałam. Wiem, że czasem przychodzili do domu Karzełka, ale Nam wtedy mówiono, byśmy nie przychodzili. Karzełek zyskał swoje miano zapewne od niewielkiego wzrostu. Był mniejszy nawet ode mnie , choć ja, zawsze drobna, wątła i chorowita, należałam do mikrutów. W domu Karzełka mieszkał też Dziadek Karzełka, który był tak stary, że nigdy dotąd nie widziałam tak starego człowieka. Z tej starości nie wstawał z łóżka. Leżał w Małym Pokoju, w którym również mieszkała cała trójka rodzeństwa i jeżeli które z rodzeństwa przyjmowało gości, to właśnie w tym pokoju. Dziadek Karzełka miał długie siwe włosy, zazwyczaj kilkudniowy zarost, choć pamiętam momenty, kiedy Tata Karzełka golił Dziadka, skórę przezroczysto-białą jak pergamin, zapadniętą na kościach i ścięgnach. Wiecznie pojękiwał i wysyłał Starsze Rodzeństwo Karzełka do kiosku po Tabletki z Krzyżykiem. Starsze Rodzeństwo udawało, że idzie do kiosku, po czym sprytnie ktoś wyjmował spod poduszki Dziadka opakowanie Tabletek z Krzyżykiem, których tam był niezgorszy zapas i wręczał Dziadkowi. Nigdy nie widziałam, czy brali od Dziadka pieniądze i co z nimi ewentualnie robili. Kiedyś Tata Karzełka uczył go odczytywania godzin na starym wielkim zegarze, który tworzył klimat Małego Pokoju w mieszkaniu Karzełka. Jak ten zegar potrafił bić! Było to, któregoś dnia przed lekcjami, które miały rozpocząć się o 11:45. Rodzice Karzełka pracowali na zmiany, więc rzadko zdarzało się aby nikogo z dorosłych nie było w domu. Mój dom w godzinach przedpołudniowych był zawsze pusty. Chyba, że zachorowałam i Moja Mama siedziała ze mną na opiece. Ale ponieważ chorowałam tak dużo, to Mojej Mamie często brakowało już opieki i gdy byłam młodsza, przychodziła do mnie Moja Babcia, a gdy byłam nieco starsza, to pomimo choroby, siedziałam sama w domu. Tak więc pewnego dnia Tata Karzełka uczył go tych godzin na starym, bimbającym zegarze obudowanym ciemną, drewnianą skrzynią. Pamiętam zdenerwowanie Taty Karzełka, kiedy pomimo usilnych jego starań, Karzełek nie był w stanie odczytać godziny na zegarze, a ja błyskawicznie pojęłam o co w tym wszystkim chodzi. Ale nie zdobycie tej umiejętności cieszyło mnie wtedy. Poczułam bardzo przyjemne, wręcz łaskoczące gdzieś w środku uczucie wyzwolone zainteresowaniem Taty sprawami dziecka...
W Domu Karzełka wiecznie stały baniaki z bulkającym winem. Rodzice Karzełka mieli Działkę obok Stawów i stamtąd pewnie owoce na wino. Na Działce Tata Karzełka hodował króliki. Nieraz, ale tylko latem, chodziłam z Karzełkiem karmić te króliki. Kiedyś najadłam się zielonego groszku zrywanego wprost z gałęzi, był taki słodki, że nie mogłam się oprzeć. Potem wymiotowałam całą noc i przez dobre 20 lat nie mogłam znieść zapachu zielonego groszku. Pamiętam jak Starszy Brat Karzełka, gdy zeszło się kiedyś liczniejsze towarzystwo do ich domu pod nieobecność Rodziców, naciągnął dla każdego, z jednego z bulkających baniaków, po troszeczkę czerwonego jak koral wina. Spróbowałam, choć wiedziałam, że jest to zakazany napój. Nie smakował mi. Do dziś nie pijam win. Choć wino było zapewne przednie, bo Tata Karzełka słynął z produkcji tych trunków. Kiedyś rozmawiałam z Moją Koleżanką z klasy i powiedziała mi, że w swoim dorosłym życiu Karzełek przejął po swoim Tacie tradycję i robi najlepsze wina na świecie.
Był czas, że żałowałam, że nie jestem chłopakiem. Szczególnie wtedy, gdy Karzełek z innymi chłopakami bawili się w załogę Rudego 102. Mówili, że do tej zabawy dziewczyny niepotrzebne. Myślałam, że gdybym była chłopakiem, to wtedy Karzełek spędzałby ze mną więcej czasu, bo nieraz wydawało mi się, że lekceważy mnie z powodu tego, że jestem dziewczyną. Wybierał czasem zabawy w męskim towarzystwie. Choć najczęściej bawiliśmy się wszyscy wspólnie, dziewczyny z chłopakami. Latem graliśmy w piłkę nożną, szczególnie w latach, kiedy odbywały się mistrzostwa świata w tej dyscyplinie, czy olimpiady sportowe. Zimą budowaliśmy igloo, wszczynaliśmy wojny na śnieżki, robiliśmy wyprawy na sanki na Czumę. Niezliczone godziny spędzaliśmy w piaskownicy, budując fortece i zamki oraz na trzepaku, doskonaląc ewolucje trudnej sztuki gimnastyki artystycznej. Kiedy zrobiono nam Plac Zabaw na osiedlu, to sporo czasu tam spędzaliśmy. Pamiętam godziny spędzone z Karzełkiem na huśtawce, albo na karuzeli. Huśtaliśmy się nie kto wyżej, tylko tak, aby huśtać się równo. To nie było łatwe zadanie, ale miało pewnie głęboki podtekst psychologiczny.
Karzełek jest nierozerwalną częścią mojego dzieciństwa, towarzyszem każdej doli i niedoli budzącej się w dziecku świadomości , które całymi dniami podejmuje trud poznawania, zdobywania i czynienia sobie poddanym świata, w którym przyszło mu żyć. Karzełek jest najpiękniejszą pieśnią i opowieścią mojego dzieciństwa, najsłodszym kęsem spożywanej zadanej rzeczywistości. Karzełek jest źródłem tego ciepła, które wyzwala się we mnie, gdy myślę o czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką.
Nie widziałam Karzełka od blisko trzydziestu lat.
Karzełek miał dwoje Starszego Rodzeństwa: trochę Starszego Brata i Starszą Siostrę, trochę starszą od Starszego Brata. To ona była Koleżanką Mojej Starszej Siostry. Rodzice Karzełka i jego Starszego Rodzeństwa byli starsi od Moich Rodziców. Podobno Ojciec Karzełka, czy Mama, mieli jeszcze starsze dzieci z wcześniejszego małżeństwa. To byli dorośli już wtedy synowie, ale nie pamiętam, czy ich widziałam. Wiem, że czasem przychodzili do domu Karzełka, ale Nam wtedy mówiono, byśmy nie przychodzili. Karzełek zyskał swoje miano zapewne od niewielkiego wzrostu. Był mniejszy nawet ode mnie , choć ja, zawsze drobna, wątła i chorowita, należałam do mikrutów. W domu Karzełka mieszkał też Dziadek Karzełka, który był tak stary, że nigdy dotąd nie widziałam tak starego człowieka. Z tej starości nie wstawał z łóżka. Leżał w Małym Pokoju, w którym również mieszkała cała trójka rodzeństwa i jeżeli które z rodzeństwa przyjmowało gości, to właśnie w tym pokoju. Dziadek Karzełka miał długie siwe włosy, zazwyczaj kilkudniowy zarost, choć pamiętam momenty, kiedy Tata Karzełka golił Dziadka, skórę przezroczysto-białą jak pergamin, zapadniętą na kościach i ścięgnach. Wiecznie pojękiwał i wysyłał Starsze Rodzeństwo Karzełka do kiosku po Tabletki z Krzyżykiem. Starsze Rodzeństwo udawało, że idzie do kiosku, po czym sprytnie ktoś wyjmował spod poduszki Dziadka opakowanie Tabletek z Krzyżykiem, których tam był niezgorszy zapas i wręczał Dziadkowi. Nigdy nie widziałam, czy brali od Dziadka pieniądze i co z nimi ewentualnie robili. Kiedyś Tata Karzełka uczył go odczytywania godzin na starym wielkim zegarze, który tworzył klimat Małego Pokoju w mieszkaniu Karzełka. Jak ten zegar potrafił bić! Było to, któregoś dnia przed lekcjami, które miały rozpocząć się o 11:45. Rodzice Karzełka pracowali na zmiany, więc rzadko zdarzało się aby nikogo z dorosłych nie było w domu. Mój dom w godzinach przedpołudniowych był zawsze pusty. Chyba, że zachorowałam i Moja Mama siedziała ze mną na opiece. Ale ponieważ chorowałam tak dużo, to Mojej Mamie często brakowało już opieki i gdy byłam młodsza, przychodziła do mnie Moja Babcia, a gdy byłam nieco starsza, to pomimo choroby, siedziałam sama w domu. Tak więc pewnego dnia Tata Karzełka uczył go tych godzin na starym, bimbającym zegarze obudowanym ciemną, drewnianą skrzynią. Pamiętam zdenerwowanie Taty Karzełka, kiedy pomimo usilnych jego starań, Karzełek nie był w stanie odczytać godziny na zegarze, a ja błyskawicznie pojęłam o co w tym wszystkim chodzi. Ale nie zdobycie tej umiejętności cieszyło mnie wtedy. Poczułam bardzo przyjemne, wręcz łaskoczące gdzieś w środku uczucie wyzwolone zainteresowaniem Taty sprawami dziecka...
W Domu Karzełka wiecznie stały baniaki z bulkającym winem. Rodzice Karzełka mieli Działkę obok Stawów i stamtąd pewnie owoce na wino. Na Działce Tata Karzełka hodował króliki. Nieraz, ale tylko latem, chodziłam z Karzełkiem karmić te króliki. Kiedyś najadłam się zielonego groszku zrywanego wprost z gałęzi, był taki słodki, że nie mogłam się oprzeć. Potem wymiotowałam całą noc i przez dobre 20 lat nie mogłam znieść zapachu zielonego groszku. Pamiętam jak Starszy Brat Karzełka, gdy zeszło się kiedyś liczniejsze towarzystwo do ich domu pod nieobecność Rodziców, naciągnął dla każdego, z jednego z bulkających baniaków, po troszeczkę czerwonego jak koral wina. Spróbowałam, choć wiedziałam, że jest to zakazany napój. Nie smakował mi. Do dziś nie pijam win. Choć wino było zapewne przednie, bo Tata Karzełka słynął z produkcji tych trunków. Kiedyś rozmawiałam z Moją Koleżanką z klasy i powiedziała mi, że w swoim dorosłym życiu Karzełek przejął po swoim Tacie tradycję i robi najlepsze wina na świecie.
Był czas, że żałowałam, że nie jestem chłopakiem. Szczególnie wtedy, gdy Karzełek z innymi chłopakami bawili się w załogę Rudego 102. Mówili, że do tej zabawy dziewczyny niepotrzebne. Myślałam, że gdybym była chłopakiem, to wtedy Karzełek spędzałby ze mną więcej czasu, bo nieraz wydawało mi się, że lekceważy mnie z powodu tego, że jestem dziewczyną. Wybierał czasem zabawy w męskim towarzystwie. Choć najczęściej bawiliśmy się wszyscy wspólnie, dziewczyny z chłopakami. Latem graliśmy w piłkę nożną, szczególnie w latach, kiedy odbywały się mistrzostwa świata w tej dyscyplinie, czy olimpiady sportowe. Zimą budowaliśmy igloo, wszczynaliśmy wojny na śnieżki, robiliśmy wyprawy na sanki na Czumę. Niezliczone godziny spędzaliśmy w piaskownicy, budując fortece i zamki oraz na trzepaku, doskonaląc ewolucje trudnej sztuki gimnastyki artystycznej. Kiedy zrobiono nam Plac Zabaw na osiedlu, to sporo czasu tam spędzaliśmy. Pamiętam godziny spędzone z Karzełkiem na huśtawce, albo na karuzeli. Huśtaliśmy się nie kto wyżej, tylko tak, aby huśtać się równo. To nie było łatwe zadanie, ale miało pewnie głęboki podtekst psychologiczny.
![]() |
| W Przedszkolu z Karzełkiem |
Karzełek jest nierozerwalną częścią mojego dzieciństwa, towarzyszem każdej doli i niedoli budzącej się w dziecku świadomości , które całymi dniami podejmuje trud poznawania, zdobywania i czynienia sobie poddanym świata, w którym przyszło mu żyć. Karzełek jest najpiękniejszą pieśnią i opowieścią mojego dzieciństwa, najsłodszym kęsem spożywanej zadanej rzeczywistości. Karzełek jest źródłem tego ciepła, które wyzwala się we mnie, gdy myślę o czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką.
Nie widziałam Karzełka od blisko trzydziestu lat.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Zabawy na Strychu (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Czasem Nasze zabawy przenosiły się do wnętrza Naszego Bloku. Nasz Blok miał dwie klatki, w każdej dwa piętra mieszkalne, co dawało zaledwie 18 mieszkań, piwnicę i strych. Większość lokatorów była Nam znana. Szczególnie znaliśmy Sąsiadów, Którzy Mieli Dzieci. Tych Bezdzietnych, albo z dorosłymi dziećmi było niewielu. Nasz Blok nie miał dla Nas żadnych tajemnic. Bywaliśmy wszędzie, gdzie się tylko dało. Ale nie wszędzie naraz. W zależności od tego, jaki był temat zabawy, zajmowaliśmy odpowiedni fragment pomieszczeń ogólnodostępnych. Jeżeli była to gra w karty, albo zabawa w dom, wynosiło się z domu koce, kapy i narzuty, mościło się posadzkę i szerokie, nisko umieszczone okno zabezpieczone metalową barierką i robiło się odpowiedni klimat na półpiętrze klatki schodowej. Jeśli bawiliśmy się w kryjówkę, to naturalnie w piwnicy. Przy wejściu na strych przy skrzyni z piachem i akcesoriami strażackimi (były tam kilof i łopata) zabawa była tematycznie powiązana - najczęściej w strażaków, jeśli bawili się z nami chłopcy, choć czasem nam, dziewczynom udało się przeforsować zabawę w morze: rozsypywało się piasek ze skrzyni na podłogę, żeby plażę i brzeg utworzyć, sama zaś skrzynia przemieniała się w statek na morzu. Ale Sprzątaczka straszne robiła na drugi dzień awantury, nie wiedzieć czemu, przecież zgarnialiśmy potem cały piasek z powrotem do skrzyni. Zabawa w kryjówkę w piwnicy nie wymagała zbyt wiele odwagi. Przecież wszyscy równocześnie byli gdzieś pochowani, to w takim to w innym zakamarku, czy zaułku. Najgorzej było samemu przejść przez piwnicę do drugiej klatki zimą lub w czasie deszczu, kiedy nie chciało się zmarznąć, czy zmoknąć, idąc chodniczkiem na zewnątrz. Takie przejście samemu przez piwnicę to kolejny szczyt bohaterstwa. Zwłaszcza, jak towarzystwo Jeszcze Starszych Kolegów Mojego Brata w tajemnicy przed rodzicami siedząc w jednej z piwnic i kurząc papierosy, zwęszyło jakiego Malucha i postraszyło. Zresztą chodzenie tym zewnętrznym chodniczkiem tuż pod blokiem po zmroku też nie należało do przyjemnych, bo pomiędzy klatkami trzeba było przejść przez kratę nad oknem do pralni znajdującej się w piwnicy, a tam w dole pełno było żab, które nieprzyjemnie kumkały. Któregoś lata Koleżanka Mojej Starszej Siostry wymyśliła i wprowadziła w czyn zabawę w Teatr Żywego Aktora. W ogóle Koleżanka Mojej Starszej Siostry miała artystyczne zacięcie, bo to uczyła młodsze dzieci recytacji, to wymyślała zabawy w Festiwal Piosenki - zwłaszcza w czerwcu, bądź w sierpniu, kiedy telewizja emitowała festiwale z Opola i Sopotu. Była animatorką życia kulturalnego dzieci w Naszym Bloku. Ona i jej dwaj Młodsi Bracia faktycznie mieli zdolności plastyczne, w dorosłym życiu tworzą prawdziwą sztukę. Nasz Teatr Żywego Aktora przygotował i wystawił na scenie na strychu w Pierwszej Klatce sztukę o Czerwonym Kapturku. Próby trwały spory kawałek czasu. Zdawało Nam się, że stanowczo za długo. Ja byłam wilkiem. Z wymalowanymi wąsami, doprawionym ogonem z króliczego futra i przyczepionymi tekturowymi uszami nie mogłam doczekać się wyjścia na scenę i niecierpliwie wychodziłam zza kurtyny, którą stanowiły oczywiście prześcieradła zawieszone na sznurkach na pranie i... spaliłam przedstawienie. Potem Koleżanka Mojej Starszej Siostry była bardzo niezadowolona, bo bilety rozprowadzone, widownia złożona z przybyłych Naszych Rodziców i Bezdzietnych Sąsiadów oczekiwała na przedstawienie, a tymczasem ja swoją niecierpliwością dałam plamę na całej linii. Choreografia była przygotowana z wszystkimi detalami, kostiumy - a jakże. Nawet gramofon był podłączony z muzyką. Dla widowni przygotowano komplet krzeseł. Jak w prawdziwym teatrze.... Pomimo wszystko odnieśliśmy sukces sceniczny.
Przyszedł czas, że dla jakiejś przyczyny, której nie pamiętam, mieliśmy ogromną potrzebę izolowania się od Naszych Rodziców. I to izolowania się w tajemniczych okolicznościach. Tak dziś myślę, że pewnie pod wpływem któregoś odcinka czwartkowej "Kobry" telewizyjnej utworzyliśmy Klub na Strychu w Naszej Klatce. Klub miał skrót od trzyliterowej nazwy, ale moja pamięć zawiodła. Mieścił się w takim zupełnie nie używanym zaułku, oddzielonym od głównego strychu ażurową ścianą z cegieł. Poznosiliśmy do naszego Klubu stare meble dożywające swych dni na Strychu: mieliśmy tapczan, kilka krzeseł i okryty jakimś obrusem stół, który udało nam się podeprzeć tak, by nie chwiał się na swych powyłamywanych nogach. Na Strychu był oczywiście prąd elektryczny, ale My postanowiliśmy Nasz Klub oświetlać tylko nędznym światełkiem jakie dawała świeczka. Dostęp do Klubu mieli tylko wtajemniczeni, czyli wszyscy. Do niewtajemniczonych należeli zaledwie Nasi Rodzice i Bezdzietni Sąsiedzi. Ile twórczych pomysłów powstało w Naszym Klubie? A ile radości mieliśmy, jakie podniecenie nas ogarniało, gdy czyja Mama przychodziła na Strych, kładła blaszaną miskę z praniem na podłodze, która ze względów przeciwpożarowych wysypana była piaskiem i rozwieszała pranie nie podejrzewając, że cała dzieciarnia z Naszego Bloku siedzi obok i zaciska usta, aby nie wybuchnąć nerwowym śmiechem, wynikającym z braku umiejętności powstrzymania takich emocji. Kiedyś zdarzyło się, że przyszła Nasza Mama z Naszą Młodszą Siostrą i ona wypatrzyła nas w Naszym Klubie i po swojemu, dziecinnym językiem powiedziała o tym Naszej Mamie: "Siasia, tam" wskazując rączką. Na co Nasza Mama odpowiedziała jej: " Co ty mówisz, Siasia jest na polu", wzięła Naszą Młodszą Siostrę za rączkę, do drugiej ręki blaszaną miskę na pranie i wyszła ze Strychu.
Przyszedł czas, że dla jakiejś przyczyny, której nie pamiętam, mieliśmy ogromną potrzebę izolowania się od Naszych Rodziców. I to izolowania się w tajemniczych okolicznościach. Tak dziś myślę, że pewnie pod wpływem któregoś odcinka czwartkowej "Kobry" telewizyjnej utworzyliśmy Klub na Strychu w Naszej Klatce. Klub miał skrót od trzyliterowej nazwy, ale moja pamięć zawiodła. Mieścił się w takim zupełnie nie używanym zaułku, oddzielonym od głównego strychu ażurową ścianą z cegieł. Poznosiliśmy do naszego Klubu stare meble dożywające swych dni na Strychu: mieliśmy tapczan, kilka krzeseł i okryty jakimś obrusem stół, który udało nam się podeprzeć tak, by nie chwiał się na swych powyłamywanych nogach. Na Strychu był oczywiście prąd elektryczny, ale My postanowiliśmy Nasz Klub oświetlać tylko nędznym światełkiem jakie dawała świeczka. Dostęp do Klubu mieli tylko wtajemniczeni, czyli wszyscy. Do niewtajemniczonych należeli zaledwie Nasi Rodzice i Bezdzietni Sąsiedzi. Ile twórczych pomysłów powstało w Naszym Klubie? A ile radości mieliśmy, jakie podniecenie nas ogarniało, gdy czyja Mama przychodziła na Strych, kładła blaszaną miskę z praniem na podłodze, która ze względów przeciwpożarowych wysypana była piaskiem i rozwieszała pranie nie podejrzewając, że cała dzieciarnia z Naszego Bloku siedzi obok i zaciska usta, aby nie wybuchnąć nerwowym śmiechem, wynikającym z braku umiejętności powstrzymania takich emocji. Kiedyś zdarzyło się, że przyszła Nasza Mama z Naszą Młodszą Siostrą i ona wypatrzyła nas w Naszym Klubie i po swojemu, dziecinnym językiem powiedziała o tym Naszej Mamie: "Siasia, tam" wskazując rączką. Na co Nasza Mama odpowiedziała jej: " Co ty mówisz, Siasia jest na polu", wzięła Naszą Młodszą Siostrę za rączkę, do drugiej ręki blaszaną miskę na pranie i wyszła ze Strychu.
Bocznym Wejściem do Kościoła (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Odkąd pamiętam do Kościoła prowadziła mnie Koleżanka Taś-Taś. Była nieco starsza ode mnie i pochodziła z normalnej rodziny. To znaczy w niedzielę chodziło się do Kościoła, rodzina była liczna, którą utrzymywał ojciec (nad)używający alkoholu. Nigdy nie krzyczał, mówił wręcz tak cicho, że trudno go było usłyszeć, ale jego dzieci zawsze usłyszały kiedy wołał je przez Okienko w Małym Pokoju i stawały na baczność, przerywając najlepszą nawet zabawę.. Wszyscy nazywali go Tatulkiem. Nawet my.
Moja Mama ochrzciła nas, tzn. mnie i moje starsze rodzeństwo w tajemnicy przed naszym Ojcem, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią. Na ochrzczenie Mojej Młodszej Siostry nie starczyło już Mojej Mamie odwagi. Ojciec, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią, po swoim nieudanym starcie w seminarium duchownym, do którego wysłała go jego Mama - Babcia, Która Nie Zdążyła Być naszą Babcią, bo zmarła osieracając syna w wieku 17 lat, poszedł do szkoły średniej w najgorszym okresie i dla naszego państwa i dla tak młodego charakteru "po przejściach" i stał się prawdziwym ideowcem filozofii Marksa i Engelsa. To pewnie ten fakt zaważył, że trudno mu było pogodzić w swym życiu zderzenie wartości, do których został wychowany, z rzeczywistością jaką uraczyło go seminarium duchowne, a przede wszystkim z realiami budującego się w naszej Ludowej Ojczyźnie ustroju, że uciekł z czasem w chorobę alkoholową. W każdym razie, w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, bardzo wierzył w Manifest Komunistyczny i dlatego, a najbardziej dlatego, że wyznawanie tej wiary dawało mu możliwość uprawiania upragnionego zawodu, za strachu przed utratą pracy, nie godził się , by jego rodzina była widywana w Kościele. Do Kościoła w Moim Mieście wchodziliśmy zawsze Bocznym Wejściem. Tak się utarło. Nie było to wejście od strony napisu "Czas ucieka wieczność czeka", tylko z drugiej strony, od budynku parafialnego. Stamtąd blisko było do ołtarza ze Świętą Rodziną oraz do głównego ołtarza, a nade wszystko do kaplicy z obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ta Kaplica, do której okratowane wejście zazwyczaj było zamknięte, bo strzegło wotów wdzięczności, w postaci biżuterii i klejnotów, jakie ludzie zostawiali Pocieszycielce za udzielone łaski, przyprawiała o zawrót głowy swą niebiańską atmosferą. Tam należało modlić się ze szczególną nabożnością! Tam czuło się TO, czego ludzie niejednokrotnie bezowocnie szukają przez cały swój żywot: tam czuło się obecność Matki Bożej, a przede wszystkim Jej Syna. Szóstym zmysłem czuliśmy też potrzebę uklęknięcia przy chrzcielnicy, przy której każde z Nas było chrzczone. Po latach Papież Polak wyniósł ten zwyczaj ze sfery zmysłowości i uczynił dziękczynieniem, klękając i modląc się przy tej samej, co my wówczas chrzcielnicy. Do pierwszej Komunii świętej poszłam wbrew woli Ojca, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią. Pamiętam trwające nocami kłótnie rodziców, których treści nie słyszałam, oraz kilkudniową wyprowadzkę Ojca z domu, na czas uroczystości pierwszokomunijnych. Kiedyś, po latach, Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką, mieszkałam już gdzie indziej, a świat ogarnął szał internetu i portali społecznościowych, napisałam do pewnej pani, z zapytaniem czy jest ona może córką koleżanki Mojej Mamy z pracy i czy pamięta nasze spotkania w bibliotece na zabawach karnawałowych organizowanych dla dzieci pracowników lub podczas spotkań z autorami książek, w ogóle czy pamięta zetknięcie ze mną? Na co ta pani odpisała mi, że nie pamięta spotkań, o których ja piszę, natomiast jeżeli to ja jestem tą małą dziewczynką, która sprzeciwiła się ojcu i wbrew jego woli poszła do I Komunii św. to wie o kogo chodzi, bo zawsze w jej rodzinie krążyły opowieści o tej bohaterskiej dziewczynce.
Zawsze kiedy się było w okolicach Kościoła obowiązkowo należało zajrzeć do sklepu z dewocjonaliami, prowadzonego przez rodziców kolegi mojego Ojca - fotografa, który wykonał mi piękne fotografie pierwszokomunijne, a na co dzień zdarzało mu się współpracować z Ojcem, jako fotoreporterowi. Ten sklep był prawdziwą skarbnicą kolorowych obrazków, obrazów świętych od wszelakich wezwań, figurek z wizerunkiem Matki Boskiej, sztucznych kwiatów z kolorowej gąbki, pierwszokomunijnych lilijek dla dziewczynek i wielu, wielu innych rzeczy i pozwalał sycić oczy wszelkimi barwami dzieciakom złaknionym widoku normalnego świata, w świecie czarno-białej fotografii, czarno-białej telewizji, białych mesztów i jednokolorowych chałatów szkolnych z białym kołnierzykiem i biało-granatowym emblematem . Sklep z dewocjonaliami prowadzony przez rodziców kolegi mojego Ojca, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcia, był w rynku za Kościołem. Zakład fotograficzny był w rynku na przeciw Kościoła, nieopodal słynnej ciastkarni z najsławniejszymi w świecie kremówkami.
Lekcje religii odbywały się w Domu Katechetycznym w budynku parafialnym od strony Kościoła, od której zawsze wchodziliśmy do jego wnętrza. Biegliśmy na te lekcje raz w tygodniu tuż po lekcjach w szkole, w towarzystwie całej klasy, zatłoczoną główną arterią komunikacyjną Mojego Miasta i tylko cudem zapewne nie zdarzył się nigdy żaden wypadek potrącenia, czy przejechania Kogo z nas przez jadące w te i we w te samochody. Najwcześniej lekcje religii prowadziła siostra zakonna, pewnie nazaretanka, bo one prowadziły ochronkę Caritasu w Moim Mieście. Ale Ochronka Caritasu była daleko od Naszego Bloku, daleko od Naszej Szkoły i daleko nawet od Kościoła. W czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i mieszkałam w Moim Mieście w okolicach Ochronki byłam niewiele razy. Baliśmy się tego budynku, bo jak mi wytłumaczyła Moja Mama, mieszkały tam Dzieci Tak Chore, że Ich Rodzice Nie Mogli się Nimi Zajmować i dlatego zajmują się nimi siostry zakonne, A kto z Nas był wtedy gotowy na przypadkowe choćby spotkanie z tak chorymi dziećmi, które w dodatku pozbawione były swoich rodziców? Dlatego omijaliśmy okolice Ochronki wielkim łukiem w naszych wędrówkach. Od drugiej klasy lekcje religii prowadził z nami ksiądz. Mam wrażenie, że miał na imię Andrzej, ale nie będę się spierała. To był człowiek, który poprosił mnie kiedyś, abym mu obiecała, że nigdy od Pana Boga nie odejdę. Obiecałam, bo jemu mogłabym obiecać wszystko. Taki był dobry. Zmarł kilka lat później, jako bardzo młody proboszcz jednej z podmiejskich parafii. A ja dopiero wiele, wiele lat później zrozumiałam intencję jego prośby.
Moja Mama ochrzciła nas, tzn. mnie i moje starsze rodzeństwo w tajemnicy przed naszym Ojcem, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią. Na ochrzczenie Mojej Młodszej Siostry nie starczyło już Mojej Mamie odwagi. Ojciec, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią, po swoim nieudanym starcie w seminarium duchownym, do którego wysłała go jego Mama - Babcia, Która Nie Zdążyła Być naszą Babcią, bo zmarła osieracając syna w wieku 17 lat, poszedł do szkoły średniej w najgorszym okresie i dla naszego państwa i dla tak młodego charakteru "po przejściach" i stał się prawdziwym ideowcem filozofii Marksa i Engelsa. To pewnie ten fakt zaważył, że trudno mu było pogodzić w swym życiu zderzenie wartości, do których został wychowany, z rzeczywistością jaką uraczyło go seminarium duchowne, a przede wszystkim z realiami budującego się w naszej Ludowej Ojczyźnie ustroju, że uciekł z czasem w chorobę alkoholową. W każdym razie, w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, bardzo wierzył w Manifest Komunistyczny i dlatego, a najbardziej dlatego, że wyznawanie tej wiary dawało mu możliwość uprawiania upragnionego zawodu, za strachu przed utratą pracy, nie godził się , by jego rodzina była widywana w Kościele. Do Kościoła w Moim Mieście wchodziliśmy zawsze Bocznym Wejściem. Tak się utarło. Nie było to wejście od strony napisu "Czas ucieka wieczność czeka", tylko z drugiej strony, od budynku parafialnego. Stamtąd blisko było do ołtarza ze Świętą Rodziną oraz do głównego ołtarza, a nade wszystko do kaplicy z obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ta Kaplica, do której okratowane wejście zazwyczaj było zamknięte, bo strzegło wotów wdzięczności, w postaci biżuterii i klejnotów, jakie ludzie zostawiali Pocieszycielce za udzielone łaski, przyprawiała o zawrót głowy swą niebiańską atmosferą. Tam należało modlić się ze szczególną nabożnością! Tam czuło się TO, czego ludzie niejednokrotnie bezowocnie szukają przez cały swój żywot: tam czuło się obecność Matki Bożej, a przede wszystkim Jej Syna. Szóstym zmysłem czuliśmy też potrzebę uklęknięcia przy chrzcielnicy, przy której każde z Nas było chrzczone. Po latach Papież Polak wyniósł ten zwyczaj ze sfery zmysłowości i uczynił dziękczynieniem, klękając i modląc się przy tej samej, co my wówczas chrzcielnicy. Do pierwszej Komunii świętej poszłam wbrew woli Ojca, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcią. Pamiętam trwające nocami kłótnie rodziców, których treści nie słyszałam, oraz kilkudniową wyprowadzkę Ojca z domu, na czas uroczystości pierwszokomunijnych. Kiedyś, po latach, Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką, mieszkałam już gdzie indziej, a świat ogarnął szał internetu i portali społecznościowych, napisałam do pewnej pani, z zapytaniem czy jest ona może córką koleżanki Mojej Mamy z pracy i czy pamięta nasze spotkania w bibliotece na zabawach karnawałowych organizowanych dla dzieci pracowników lub podczas spotkań z autorami książek, w ogóle czy pamięta zetknięcie ze mną? Na co ta pani odpisała mi, że nie pamięta spotkań, o których ja piszę, natomiast jeżeli to ja jestem tą małą dziewczynką, która sprzeciwiła się ojcu i wbrew jego woli poszła do I Komunii św. to wie o kogo chodzi, bo zawsze w jej rodzinie krążyły opowieści o tej bohaterskiej dziewczynce.
Zawsze kiedy się było w okolicach Kościoła obowiązkowo należało zajrzeć do sklepu z dewocjonaliami, prowadzonego przez rodziców kolegi mojego Ojca - fotografa, który wykonał mi piękne fotografie pierwszokomunijne, a na co dzień zdarzało mu się współpracować z Ojcem, jako fotoreporterowi. Ten sklep był prawdziwą skarbnicą kolorowych obrazków, obrazów świętych od wszelakich wezwań, figurek z wizerunkiem Matki Boskiej, sztucznych kwiatów z kolorowej gąbki, pierwszokomunijnych lilijek dla dziewczynek i wielu, wielu innych rzeczy i pozwalał sycić oczy wszelkimi barwami dzieciakom złaknionym widoku normalnego świata, w świecie czarno-białej fotografii, czarno-białej telewizji, białych mesztów i jednokolorowych chałatów szkolnych z białym kołnierzykiem i biało-granatowym emblematem . Sklep z dewocjonaliami prowadzony przez rodziców kolegi mojego Ojca, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcia, był w rynku za Kościołem. Zakład fotograficzny był w rynku na przeciw Kościoła, nieopodal słynnej ciastkarni z najsławniejszymi w świecie kremówkami.
Lekcje religii odbywały się w Domu Katechetycznym w budynku parafialnym od strony Kościoła, od której zawsze wchodziliśmy do jego wnętrza. Biegliśmy na te lekcje raz w tygodniu tuż po lekcjach w szkole, w towarzystwie całej klasy, zatłoczoną główną arterią komunikacyjną Mojego Miasta i tylko cudem zapewne nie zdarzył się nigdy żaden wypadek potrącenia, czy przejechania Kogo z nas przez jadące w te i we w te samochody. Najwcześniej lekcje religii prowadziła siostra zakonna, pewnie nazaretanka, bo one prowadziły ochronkę Caritasu w Moim Mieście. Ale Ochronka Caritasu była daleko od Naszego Bloku, daleko od Naszej Szkoły i daleko nawet od Kościoła. W czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i mieszkałam w Moim Mieście w okolicach Ochronki byłam niewiele razy. Baliśmy się tego budynku, bo jak mi wytłumaczyła Moja Mama, mieszkały tam Dzieci Tak Chore, że Ich Rodzice Nie Mogli się Nimi Zajmować i dlatego zajmują się nimi siostry zakonne, A kto z Nas był wtedy gotowy na przypadkowe choćby spotkanie z tak chorymi dziećmi, które w dodatku pozbawione były swoich rodziców? Dlatego omijaliśmy okolice Ochronki wielkim łukiem w naszych wędrówkach. Od drugiej klasy lekcje religii prowadził z nami ksiądz. Mam wrażenie, że miał na imię Andrzej, ale nie będę się spierała. To był człowiek, który poprosił mnie kiedyś, abym mu obiecała, że nigdy od Pana Boga nie odejdę. Obiecałam, bo jemu mogłabym obiecać wszystko. Taki był dobry. Zmarł kilka lat później, jako bardzo młody proboszcz jednej z podmiejskich parafii. A ja dopiero wiele, wiele lat później zrozumiałam intencję jego prośby.
Powroty ze szkoły (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Nasze powroty ze Szkoły z roku na rok stawały się coraz bardziej rozbudowane programowo. W czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką lekcji było niewiele, trzy, cztery godziny lekcyjne dziennie. Nikt nie musiał odbierać wtedy dzieci ze szkoły. Po skończonych lekcjach, powolnym przebieraniu butów w szatni i załatwieniu wszystkich spraw w szerokim gronie całej, dość licznej klasy, ruszaliśmy sporą grupką udającą się w jednym kierunku. Kiedy gromada zbliżała się do domu któregoś z jej członków, należało się zatrzymać i dokończyć podjęty w drodze temat. Takie dokończanie tematu trwało czasem bardzo długo. W miarę oddalania się od szkoły towarzystwo topniało, aż w końcu dochodziliśmy w trójkę do Naszego Bloku. Wygląda na to, że z grupy udającej się w tym kierunku, my mieszkaliśmy najdalej. Ale to oczywiście bardzo subiektywne odczucie towarzyszy nam do końca życia, nie tylko w dzieciństwie, że tam gdzie nas nie ma, nie dzieje się już nic godnego uwagi i to jest koniec podjętych inicjatyw. W pierwszych tygodniach każdego roku szkolnego zamiast w kierunku naszych domów, udawaliśmy się dokładnie w drugą stronę, by zbierać kasztany, spadające z drzew rosnących wzdłuż ulicy prowadzącej od szkoły na Karmel i do Parku. A, że kasztany, szczególnie w wietrzny dzień, spadały i spadały bez końca, toteż zbieranie kasztanów trwało i trwało, aż po powrocie do domu okazywało się, że Moja Mama już zdążyła wrócić z pracy. Bywało nerwowo. Moja Mama bardzo niepokoiła się kiedy na czas nie wracałam do domu. Może dlatego, że Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, byłam bardzo chorowitym dzieckiem i pomimo tego, że do dzisiaj mam wrażenie, że w czasie Naszych wypraw zawsze świeciło słońce, czasem jednak zdarzyła się burza, ulewa i niepogoda o charakterze innej nawałnicy, która mogła spowodować nagłe schorzenie i wpakowanie mnie do łóżka. Nie wiedziałam dlaczego Mojej Mamie brakowało wyobraźni, która pozwoliłaby jej na spokojne oczekiwanie na mój powrót ze świadomością, że przecież schroniliśmy się w bezpiecznym miejscu. Nawet jeśli czasem tym miejscem była budowa osiedla domków jednorodzinnych, która zburzyła porządek i sielskość wędrówek odbywanych wczesną wiosną w stronę Rozdzielni Prądu na fiołkowe pola. Niekiedy, gdyśmy oczekiwali na spadnięcie większej ilości kasztanów, zwłaszcza w bezwietrzny dzień, okazywało się, że w pobliskiej kaplicy właśnie trwają uroczystości pogrzebowe jakiegoś nieszczęśnika, któremu się zmarło. Kaplica była na tyłach szpitala, ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Do szpitala szło się wszak całkiem inną drogą. Takie były obyczaje w Moim Mieście, że po różańcach i modlitwach w kaplicy przyszpitalnej, kondukt pogrzebowy ruszał na Mszę św. do kościoła, a dopiero stamtąd na cmentarz. Jaki to był kawał drogi dla takiego "pogrzebu"!?
Moja Mama czasem zabierała mnie na takie uroczystości, bo choć w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, prócz Weronki, nie towarzyszyliśmy nikomu bliskiemu w jego ostatniej drodze ulicami Mojego Miasta, to dla Mojej Mamy pracującej w bibliotece, często zdarzały się pogrzeby ludzi, na których chciała z takich, czy innych względów bywać. Nie znosiłam tego. Wtedy. Ale też w czasie Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką nie ciągnęłam moich własnych dzieci w takich momentach ze sobą. Natomiast wtedy, gdyśmy czekali aż spadną kasztany, bo przecież skoro już wybraliśmy się tam, skoro i tak będzie bura w domu za spóźnienie, to trzeba było nazbierać tych kasztanów ze dwie siaty na każdego... a w kaplicy odbywały się uroczystości pogrzebowe zupełnie nam obcej osoby, to zakradaliśmy się, mieliśmy wrażenie niepostrzeżenie, do środka kaplicy, by popatrzeć na nieboszczyka w trumnie. Na tamte czasy to było największe bohaterstwo. Większe niż przejście starym, dziurawym, drewnianym mostem na Choczence. A jak jeszcze żywo stanęły przed oczami opowieści Mojej Babci, a babcię miał każdy z Nas, niektórzy nawet po dwie babcie mieli, o nagle ożywających nieboszczykach w trumnie podczas pogrzebu , albo te o duchach wszelakiej maści, to niech mi kto dzisiaj znajdzie i wskaże większego bohatera, niż My wtedy byliśmy!
Z czasem program Naszych powrotów ze Szkoły stał się dużo bardziej atrakcyjny, z fabułą filmu przygodowego o bogatej treści i wartkiej akcji , że wymaga on oddzielnego zapisu.
![]() |
| Kondukt pogrzebowy idący od Kaplicy za szpitalem, po lewej mury więzienia, po prawej Moja Szkoła (niewidoczna) |
Moja Mama czasem zabierała mnie na takie uroczystości, bo choć w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, prócz Weronki, nie towarzyszyliśmy nikomu bliskiemu w jego ostatniej drodze ulicami Mojego Miasta, to dla Mojej Mamy pracującej w bibliotece, często zdarzały się pogrzeby ludzi, na których chciała z takich, czy innych względów bywać. Nie znosiłam tego. Wtedy. Ale też w czasie Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką nie ciągnęłam moich własnych dzieci w takich momentach ze sobą. Natomiast wtedy, gdyśmy czekali aż spadną kasztany, bo przecież skoro już wybraliśmy się tam, skoro i tak będzie bura w domu za spóźnienie, to trzeba było nazbierać tych kasztanów ze dwie siaty na każdego... a w kaplicy odbywały się uroczystości pogrzebowe zupełnie nam obcej osoby, to zakradaliśmy się, mieliśmy wrażenie niepostrzeżenie, do środka kaplicy, by popatrzeć na nieboszczyka w trumnie. Na tamte czasy to było największe bohaterstwo. Większe niż przejście starym, dziurawym, drewnianym mostem na Choczence. A jak jeszcze żywo stanęły przed oczami opowieści Mojej Babci, a babcię miał każdy z Nas, niektórzy nawet po dwie babcie mieli, o nagle ożywających nieboszczykach w trumnie podczas pogrzebu , albo te o duchach wszelakiej maści, to niech mi kto dzisiaj znajdzie i wskaże większego bohatera, niż My wtedy byliśmy!
Z czasem program Naszych powrotów ze Szkoły stał się dużo bardziej atrakcyjny, z fabułą filmu przygodowego o bogatej treści i wartkiej akcji , że wymaga on oddzielnego zapisu.
Łyżwy Figurowe (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
W ostatnich dniach listopada tego roku zima zawitała w pełnym rozkwicie. Od razu ze śniegiem po kolana i siarczystymi mrozami. Jakby pojawiła się w samym swoim środku... Kiedy słońce zaiskrzyło w płatkach otulających Szeroką Polanę przy Stanicy, jakimś cudem odbił się w nich obraz mojego pierwszego lodowiska. Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką w szkole panowała wymuszona moda oszczędzania na książeczce SKO. Slogan "Dziś Oszczędzam w SKO jutro w PKO" niestety nie wyrobił we mnie tego nawyku, choć Nasza Wychowawczyni, jako mój pierwszy w życiu minister finansów i owszem - nieźle radziła sobie ze ściągalnością cotygodniowych składek. Przez kilka lat oszczędzania uzbierałam majątek, który pewnej zimy postanowiłam obrócić na... ŁYŻWY FIGUROWE. Realizacja takiej decyzji, to nie było zwykłe hop, siup. Najpierw musiałam przekonać Moją Mamę, że kariera łyżwiarki figurowej jest marzeniem mojego życia i choć było ciężko, udało się. Trudniej było dorobić ideologię, by wytłumaczyć Naszej Wychowawczyni, która włożyła ogrom pracy nad ukształtowaniem moich przyszłych umiejętności ekonomicznych, dlaczego jednego dnia wyjmuję z kasy kilkuletnie oszczędności, których suma była owocem jej ciężkiej pracy. No, teraz stwierdzam, że miała rację, mówiąc, że w ten sposób nigdy nie nauczę się oszczędzać, bo tej sztuki nie posiadłam do dnia dzisiejszego. Pieniądze jednak dała i takim oto sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką pierwszych w moim życiu łyżew figurowych. Dziś nie wiem, czy był to deficytowy towar w owych czasach, czy nie, pamiętam natomiast, że ta wymarzona para łyżew dość długo kusiła mnie w witrynie sklepowej i wabiła lustrzanym blaskiem stalowej łyżwy i nienaganną bielą skóry cholewek. Naukę jazdy odbywałam na zamarzniętych kałużach na osiedlowej uliczce, bo oczywiście Moja Mama wymusiła na mnie obietnicę, że na zamarzniętym lustrze Choczenki moja noga nie postanie. Z uporem podobnym do uporu niemowlaka zdobywającego umiejętność chodzenia, wciąż upadałam i podnosiłam się rozcierając obolałe i zmarznięte pośladki, liczyłam siniaki tu i ówdzie, aż w końcu stwierdziłam, że moje umiejętności i talent przyszłej mistrzyni świata w jeździe figurowej na lodzie, uprawniają mnie do złamania słowa danego kilka dni/tygodni (?) wcześniej Mojej Mamie i wyruszyłam na wielką taflę zamarzniętej Choczenki obok Naszego Bloku. Porażka. Tafla nie była gładkim lodowiskiem jakie widziałam w czarno-białej telewizji, bo z płytkiej w tym miejscu Choczenki, wystawały kamienie. Cóż było robić?
Moja Koleżanka i ja w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką
Z Koleżanką z Klasy uknułyśmy chytry plan, że następnego dnia, tuż po szkole pójdziemy na "prawdziwe" lodowisko nad Wodospad! Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką lekcje kończyło się dużo wcześniej, niż można się było spodziewać powrotu z pracy Naszych Mam. Nikt nie musiał Nas odbierać ze szkoły, wracaliśmy sami. Przy Wodospadzie, wiadomo - woda głęboka, żadne kamienie z lodu nie będą wystawały! I tak zaczęła się wielka wspólna przygoda. Codzienne wyprawy nad Wodospad w celu doskonalenia techniki zaowocowały umiejętnością wykonywania piruetów, skoków z obrotami w powietrzu, jazdy mistrzowskiej po prostu. Widziałyśmy nad swoimi głowami tablicę z najwyższymi ocenami jururów, brawa publiczności brzmiały w naszych uszach, schylałyśmy się, by podnosić kwiaty rzucane pod nogi na taflę lodowiska przez wielbicieli naszego talentu... Ja oczywiście, zawsze widząca w sobie niedoskonałości, ubolewałam nad faktem, że to Moja Koleżanka zbiera wyższe noty, otrzymuje więcej oklasków i w jej stronę spada więcej kwiatów. Zresztą Moja Koleżanka sama to głośno artykułowała każdego dnia. I wszystko byłoby dobrze, pewnie zostałybyśmy mistrzyniami świata w jeździe figurowej na lodzie - już nawet pogodziłam się z faktem, że ja będę stawała na podium jako srebrna medalistka, gdyby nie mały defekt, który zburzył nasze marzenia. Komu i gdzie zaprezentujemy nasz talent? Przecież o naszym Prawdziwym Lodowisku nad Wodospadem nie można było powiedzieć nawet Karzełkowi, nie mówiąc o innych, że o Naszych Mamach nie wspomnę. No, to w jaki sposób cały świat dowie się o nas? To po co ta jazda? Zwłaszcza, w tajemnicy przed Karzełkiem? No, nie warto, po prostu nie warto nabijać sobie kolejnych siniaków, mrozić pupy wiecznymi upadkami i robić czegoś, co i tak trzeba trzymać w tajemnicy! Gwoździem do trumny dla mojej kariery był niefortunny upadek, podczas którego łyżwa rozdarła mi pośladek. Tak zakończyła się nasza wspólna kariera: Mojej Koleżanki z Klasy, która wraz ze mną wydeptywała wiele ścieżek w czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i moja - niedoszłej srebrnej medalistki świata w jeździe figurowej na lodzie.
Moja Koleżanka i ja w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką
Z Koleżanką z Klasy uknułyśmy chytry plan, że następnego dnia, tuż po szkole pójdziemy na "prawdziwe" lodowisko nad Wodospad! Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką lekcje kończyło się dużo wcześniej, niż można się było spodziewać powrotu z pracy Naszych Mam. Nikt nie musiał Nas odbierać ze szkoły, wracaliśmy sami. Przy Wodospadzie, wiadomo - woda głęboka, żadne kamienie z lodu nie będą wystawały! I tak zaczęła się wielka wspólna przygoda. Codzienne wyprawy nad Wodospad w celu doskonalenia techniki zaowocowały umiejętnością wykonywania piruetów, skoków z obrotami w powietrzu, jazdy mistrzowskiej po prostu. Widziałyśmy nad swoimi głowami tablicę z najwyższymi ocenami jururów, brawa publiczności brzmiały w naszych uszach, schylałyśmy się, by podnosić kwiaty rzucane pod nogi na taflę lodowiska przez wielbicieli naszego talentu... Ja oczywiście, zawsze widząca w sobie niedoskonałości, ubolewałam nad faktem, że to Moja Koleżanka zbiera wyższe noty, otrzymuje więcej oklasków i w jej stronę spada więcej kwiatów. Zresztą Moja Koleżanka sama to głośno artykułowała każdego dnia. I wszystko byłoby dobrze, pewnie zostałybyśmy mistrzyniami świata w jeździe figurowej na lodzie - już nawet pogodziłam się z faktem, że ja będę stawała na podium jako srebrna medalistka, gdyby nie mały defekt, który zburzył nasze marzenia. Komu i gdzie zaprezentujemy nasz talent? Przecież o naszym Prawdziwym Lodowisku nad Wodospadem nie można było powiedzieć nawet Karzełkowi, nie mówiąc o innych, że o Naszych Mamach nie wspomnę. No, to w jaki sposób cały świat dowie się o nas? To po co ta jazda? Zwłaszcza, w tajemnicy przed Karzełkiem? No, nie warto, po prostu nie warto nabijać sobie kolejnych siniaków, mrozić pupy wiecznymi upadkami i robić czegoś, co i tak trzeba trzymać w tajemnicy! Gwoździem do trumny dla mojej kariery był niefortunny upadek, podczas którego łyżwa rozdarła mi pośladek. Tak zakończyła się nasza wspólna kariera: Mojej Koleżanki z Klasy, która wraz ze mną wydeptywała wiele ścieżek w czasach Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i moja - niedoszłej srebrnej medalistki świata w jeździe figurowej na lodzie.
sobota, 4 grudnia 2010
Weronka (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
To Weronka pierwsza z ludzi dała mi przykład i nauczyła rozstań. Takich na zawsze. Bo kiedy odeszła pewnego kwietniowego dnia, w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, to rozłąka trwa do dnia dzisiejszego. Weronka, chociaż mieszkała z Moim Dziadkiem, nie była nawet moją babcią. Była moją Nianią. Temat zamieszkiwania Weronki u Mojego Dziadka był bardzo drażliwy dla Tańci, bo tak wtedy nazywaliśmy mojego Ojca, dlatego nikt mi nigdy nie wyjaśnił kiedy i skąd Weronka wzięła się w domu Mojego Dziadka. Dla mnie Weronka była od zawsze. Moja Mama rozpoczęła swoją zawodową przygodę akurat w czasie, gdy ja pojawiłam się na świecie, więc do opieki nade mną umówiono Weronkę. I dlatego to Weronka jest dla mnie symbolem największej miłości, jaką dziecko przyjmuje od innego człowieka. Czuła, wrażliwa, śpiewająca do snu przejmujące dumki ukraińskie ze śpiewnym akcentem repatrianta zza wschodniej granicy. Na początku mojego życia Weronka przychodziła do mnie. Później ja odwiedzałam Weronkę w domu Mojego Dziadka. Mój Dziadek mieszkał w starej chałupie, do sieni której wchodziło się po schodach jak do wozu cyrkowego. W sieni, wiadomo, graciarnia. Szwarc, mydło i powidło przesiąknięte zapachem wiaderka-nocnika. Z maleńkiej sieni wchodziło się do jedynej izby domostwa pachnącej sokiem malinowym, która w swej pierwszej części była kuchnią z piecem, haftowanymi makatkami o żywej wodzie, która zdrowia doda, zawieszonymi nad piecem pokrywkami od garnków, choć same garnki pozostawały w ukryciu, potem znajdowała się część jadalna i dzienna, która ograniczała się do maleńkiego kwadratowego stolika obłożonego obrusem z gazet, postawionego przy jedynym, maleńkim, wpuszczającym niewiele światła do pomieszczenia, okienku. Kiedy już minęło się wzrokiem ten swoisty salon, oddzielony od części sypialnej słupem światła oświetlającego izbę niczym mgły poranne, to koniecznie trzeba było zawiesić wzrok na obrazach świętych, które zawieszone na trzech ścianach zdawały się być za wielkie do tego maleńkiego pomieszczenia. Wisiały w charakterystyczny sposób: odstając w górnej części od ściany, nachylając się tym samym pod odpowiednim kątem dla oczu małego gościa. Robiły niesamowite wrażenie! To była moja pierwsza w życiu Galeria Sztuki. Pod obrazami, po dwóch przeciwległych stronach izby stały dwa pojedyncze łóżka zaścielone piernatami wysoko do góry. Dziś taki widok można oglądać już tylko w skansenie, albo na filmach. W momencie, gdy wchodziłam i przyzwyczaiłam wzrok do półmroku panującego w pomieszczeniu, zauważałam jak twarz Weronki rozświetlał promienny uśmiech, szczypała mnie w policzek mówiąc: "Jesteś, Cyganicho moja ukochana". Ten przydomek Cyganichy zyskałam dzięki wielkim oczom i śniadej cerze. Wiecznie wędrująca, osmagana wiatrem niosącym promienie słońca, musiałam mieć śniadą cerę. Przytulała mnie do siebie tak mocno, że zdawało mi się, że oddech tracę. A ja upajałam się bliskością ukochanej Niani, wciągałam, nie wiedząc o tym, jej zapach w nozdrza, by pamięć o tych chwilach i to wrażenie pozostało na długie życie pozbawione osoby Weronki.piątek, 3 grudnia 2010
Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką (cykl: Anioły Mojego Dzieciństwa)
Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką mieszkałam w zupełnie innym świecie. To nawet było inne miasto, które na zawsze pozostanie Moim Miastem. Świat pewnie miał inną nazwę, tylko Nikt z nas go wtedy nie nazywał. Mój świat był wtedy bardzo rozległy. Płynęła w nim Choczenka, którą od Małej Rzeczki oddzielała Dolina Lelka. Gdy się szło ku górnemu biegowi Choczenki, to przechodziło się ścieżką ukrytą w chaszczach, które miały swój specyficzny zapach nadrzecznych chaszczy. Ta ścieżka prowadziła do nowego mostu, ale szczytem bohaterstwa było przejście na drugą stronę Choczenki starym mostem. Był drewniany. Pełno w nim było dziur. Za mostem i po jego drugiej stronie Mała Rzeczka płynęła w bliskości Choczenki, bo kiedy doszło się do Żelazka to okazywało się, że Mała Rzeczka wypływa w tym miejscu z Choczenki, po to by zasilić stawy na Podstawiu. Ale o tym dowiedziałam się później. Wcześniej niejednokrotnie nabiłam guza na piszczelach moich nóg, gdyśmy przeskakiwali w tym miejscu Małą Rzeczkę. Po co? Dla samej sztuki przeskakiwania. To było wyzwanie w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Tam też rosły i wykluwały się Ropuchy z Łopianowych Liści. Strach było przechodzić przez Łopianowe Pole, które jawiło się wielkie jak plantacja. Zawsze wtedy myślałam, że te wyrastające z nich Ropuchy wciągną mnie pod Łopianowe Liście a stamtąd przeniosą do podziemnego świata, z którego już nie ma wyjścia.
Nieopodal rosły rosochate Idy, które, gdy się nań wlazło, dawały cudowne schronienie, raz będąc pokładem statku, innym zaś razem starym zapomnianym domiszczem. Tuż przy Żelazku był Wodospad. Nie wolno Nam było chodzić w pobliże Wodospadu, a już pod groźbą pozostania w domu aż do osiągnięcia pełnoletności, nie wolno się było zbliżać do Żelazka. No ale jak się nie zbliżać, skoro na obrzeżach Żelazka robiło się wyścigi, Kto szybciej przebiegnie po obwodzie? Biegło się w lewą stronę. Zawsze. W środku Żelazko głębokie na jakie parę metrów. Nie wiadomo ile w nim wody. W Żelazku mieszkały raki. Całe stada i roje. Strach się było nachylać nad Żelazkiem. Nieraz, gdy jeszcze pozostawało wiele godzin do powrotu Mamy z pracy szliśmy jeszcze wyżej w górę Choczenki, aż do Kaczego Mydła. Latem zdarzało się, że braliśmy kąpiel pod skarpą, smarując się wcześniej z namaszczeniem popielatą gliną Kaczego Mydła. Tam też nie wolno Nam było chodzić. Broń Boże do wody wchodzić, bo prądy niebezpieczne i wiry mogły nas wciągnąć. Którejś zimy, to już pod koniec mojego przebywania w tamtym świecie i zamieszkiwania w Moim Mieście te wiry usiłowały mnie naprawdę wciągnąć w czasie, gdym piętą buta sprawdzała grubość lodu. Wpadłam do lodowatej wody po pachy i gdyby nie pomocne ręce Koleżanek i Karzełka, Choczenka pewnie wzięłaby mnie w ofierze mojego nieposłuszeństwa wobec Mamy. Ale latem wirów nie było, więc zażywaliśmy kąpieli pod skarpą przy Kaczym Mydle. Gdyby w tym miejscu przejść wiosną na drugą stronę Choczenki i łąkami ruszyć w stronę Rozdzielni Prądu, to doszłoby się do wielkich polan porośniętych skrawkami nieba, to jest fiołkami. Ale oczywiście wiosną do polan fiołków szło się inną stroną Choczenki. To była bardzo daleka wyprawa wiosną, dużo dalsza i dłuższa niż latem do Kaczego Mydła. Pewnie dlatego, że trzeba było omijać grzęzawiska powstałe po zimowych roztopach, ubrań się miało więcej na sobie niż latem i buty jeszcze całkiem zimowe na nogach. Bo to była wczesna wiosna.
Dzisiaj już fiołki tak nie pachną jak wtedy Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Ale na co dzień, kiedy dochodziło się tylko do Wodospadu i Żelazka, a że długo tam być nie można było, bo a nuż by się Mama jakimś cudem dowiedziała, trzeba było zawrócić, znów przejść koło plantacji Łopianowych Liści, z których wykluwały się i rosły Ropuchy, przeskoczyć kilka razy Małą Rzeczkę, w miejscu, w którym była dość szeroka i obetonowana (to tam się właśnie robiło guzy na piszczelach), by iść z kolei wzdłuż Małej Rzeczki w kierunku przeciwnym. Szło się się na wysokości Doliny Lelka. Z drugiego brzegu Choczenki oglądało się nasze bloki, zdawało się bardzo dalekie. Tam zaś były plantacje małż. Wybieraliśmy muszle z wód Małej Rzeczki i oglądaliśmy masę perłową we wnętrzach muszli. Lśniła w słońcu różowo-fioletowym blaskiem. Zawsze świeciło słońce w czasie naszych wypraw! Czasem trafił się prawdziwy rarytas w postaci wypłukanego przez wodę kolorowego szkiełka, pewnie z butelki po Oranżadzie. Kiedy już znudziliśmy się zbieraniem muszli, ruszaliśmy dalej. Po drugiej stronie Małej Rzeczki były nieogrodzone Ogródki Działkowe. Czasem poczęstowaliśmy się marchewką wybraną z ziemi lub jakim ogórkiem... Ale najbardziej ekscytująca była droga przechodząca wskroś Małej Rzeczki. To była granica, do której dochodziliśmy, bo wyznaczał ją Niesamowity Tunel. Kiedy się położyło na brzuchu na drodze i zajrzało pod Mostek wytyczony dwoma, może trzema betonowymi kręgami, miało się wrażenie, że wpada się do Tunelu, z którego już na pewno nie ma wyjścia. Ten moment wpadania często wracał do mnie w koszmarnych snach, w czasach Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką, dawno opuściłam tamten świat i Moje Miasto. Niekiedy, nieco późniejszą wiosną, niż ta, kiedy chodziło się pod Rozdzielnię Prądu na fiołkowe pola, z zamysłem, że idzie się na narcyze i tulipany, szliśmy dalej, za ową drogę z Niesamowitym Tunelem, kompletnie go lekceważąc i nie zaglądając w głębię. Ale tamta wyprawa była naprawdę wielogodzinna. Tak mi się przynajmniej zdawało w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Mieliśmy już wiosenne buty na nogach, znajdowaliśmy po kilka narcyzów i tulipanów i wracaliśmy utrudzeni, ale radośni z tych wypraw. Nie było ich wiele, jedna do roku, nie więcej. Opowiadali, że tamtędy można dojść do Stawów. A chodzenie w stronę Stawów, to już był najpoważniejszy zakaz w życiu. Wracając, od drogi z Niesamowitym Tunelem szliśmy naokoło, przechodząc obok Domu Nauczycielki Od Przyrody. Mijało się też najpiękniejszy w okolicy dom, o którego pięknie stanowiły zmieszane z tynkiem kolorowe szkiełka. Tam koniecznie trzeba się było przykleić do płotu, zawisnąć w bezruchu na długą chwilę i nasycić oczy tym niezwykłym zjawiskiem. Potem mijało się okolicę, w której mieszkała Dziewczynka, Której Umarła Mama. Tam, nieopodal skupiały się wszystkie Świętojańskie Robaczki z całego mojego ówczesnego świata i rozświetlały mroki nocnych, czerwcowych wypraw. Potem przechodziło się koło Bloku Reny, by boczną ścieżką dojść do Naszego Bloku.
To fragment mojego świata i Mojego Miasta w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. W miarę mojego dorastania horyzont się poszerzał. Ale o tym innym razem.
Nieopodal rosły rosochate Idy, które, gdy się nań wlazło, dawały cudowne schronienie, raz będąc pokładem statku, innym zaś razem starym zapomnianym domiszczem. Tuż przy Żelazku był Wodospad. Nie wolno Nam było chodzić w pobliże Wodospadu, a już pod groźbą pozostania w domu aż do osiągnięcia pełnoletności, nie wolno się było zbliżać do Żelazka. No ale jak się nie zbliżać, skoro na obrzeżach Żelazka robiło się wyścigi, Kto szybciej przebiegnie po obwodzie? Biegło się w lewą stronę. Zawsze. W środku Żelazko głębokie na jakie parę metrów. Nie wiadomo ile w nim wody. W Żelazku mieszkały raki. Całe stada i roje. Strach się było nachylać nad Żelazkiem. Nieraz, gdy jeszcze pozostawało wiele godzin do powrotu Mamy z pracy szliśmy jeszcze wyżej w górę Choczenki, aż do Kaczego Mydła. Latem zdarzało się, że braliśmy kąpiel pod skarpą, smarując się wcześniej z namaszczeniem popielatą gliną Kaczego Mydła. Tam też nie wolno Nam było chodzić. Broń Boże do wody wchodzić, bo prądy niebezpieczne i wiry mogły nas wciągnąć. Którejś zimy, to już pod koniec mojego przebywania w tamtym świecie i zamieszkiwania w Moim Mieście te wiry usiłowały mnie naprawdę wciągnąć w czasie, gdym piętą buta sprawdzała grubość lodu. Wpadłam do lodowatej wody po pachy i gdyby nie pomocne ręce Koleżanek i Karzełka, Choczenka pewnie wzięłaby mnie w ofierze mojego nieposłuszeństwa wobec Mamy. Ale latem wirów nie było, więc zażywaliśmy kąpieli pod skarpą przy Kaczym Mydle. Gdyby w tym miejscu przejść wiosną na drugą stronę Choczenki i łąkami ruszyć w stronę Rozdzielni Prądu, to doszłoby się do wielkich polan porośniętych skrawkami nieba, to jest fiołkami. Ale oczywiście wiosną do polan fiołków szło się inną stroną Choczenki. To była bardzo daleka wyprawa wiosną, dużo dalsza i dłuższa niż latem do Kaczego Mydła. Pewnie dlatego, że trzeba było omijać grzęzawiska powstałe po zimowych roztopach, ubrań się miało więcej na sobie niż latem i buty jeszcze całkiem zimowe na nogach. Bo to była wczesna wiosna.
![]() |
| W Przedszkolu |
Dzisiaj już fiołki tak nie pachną jak wtedy Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Ale na co dzień, kiedy dochodziło się tylko do Wodospadu i Żelazka, a że długo tam być nie można było, bo a nuż by się Mama jakimś cudem dowiedziała, trzeba było zawrócić, znów przejść koło plantacji Łopianowych Liści, z których wykluwały się i rosły Ropuchy, przeskoczyć kilka razy Małą Rzeczkę, w miejscu, w którym była dość szeroka i obetonowana (to tam się właśnie robiło guzy na piszczelach), by iść z kolei wzdłuż Małej Rzeczki w kierunku przeciwnym. Szło się się na wysokości Doliny Lelka. Z drugiego brzegu Choczenki oglądało się nasze bloki, zdawało się bardzo dalekie. Tam zaś były plantacje małż. Wybieraliśmy muszle z wód Małej Rzeczki i oglądaliśmy masę perłową we wnętrzach muszli. Lśniła w słońcu różowo-fioletowym blaskiem. Zawsze świeciło słońce w czasie naszych wypraw! Czasem trafił się prawdziwy rarytas w postaci wypłukanego przez wodę kolorowego szkiełka, pewnie z butelki po Oranżadzie. Kiedy już znudziliśmy się zbieraniem muszli, ruszaliśmy dalej. Po drugiej stronie Małej Rzeczki były nieogrodzone Ogródki Działkowe. Czasem poczęstowaliśmy się marchewką wybraną z ziemi lub jakim ogórkiem... Ale najbardziej ekscytująca była droga przechodząca wskroś Małej Rzeczki. To była granica, do której dochodziliśmy, bo wyznaczał ją Niesamowity Tunel. Kiedy się położyło na brzuchu na drodze i zajrzało pod Mostek wytyczony dwoma, może trzema betonowymi kręgami, miało się wrażenie, że wpada się do Tunelu, z którego już na pewno nie ma wyjścia. Ten moment wpadania często wracał do mnie w koszmarnych snach, w czasach Kiedy Przestałam Być Małą Dziewczynką, dawno opuściłam tamten świat i Moje Miasto. Niekiedy, nieco późniejszą wiosną, niż ta, kiedy chodziło się pod Rozdzielnię Prądu na fiołkowe pola, z zamysłem, że idzie się na narcyze i tulipany, szliśmy dalej, za ową drogę z Niesamowitym Tunelem, kompletnie go lekceważąc i nie zaglądając w głębię. Ale tamta wyprawa była naprawdę wielogodzinna. Tak mi się przynajmniej zdawało w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Mieliśmy już wiosenne buty na nogach, znajdowaliśmy po kilka narcyzów i tulipanów i wracaliśmy utrudzeni, ale radośni z tych wypraw. Nie było ich wiele, jedna do roku, nie więcej. Opowiadali, że tamtędy można dojść do Stawów. A chodzenie w stronę Stawów, to już był najpoważniejszy zakaz w życiu. Wracając, od drogi z Niesamowitym Tunelem szliśmy naokoło, przechodząc obok Domu Nauczycielki Od Przyrody. Mijało się też najpiękniejszy w okolicy dom, o którego pięknie stanowiły zmieszane z tynkiem kolorowe szkiełka. Tam koniecznie trzeba się było przykleić do płotu, zawisnąć w bezruchu na długą chwilę i nasycić oczy tym niezwykłym zjawiskiem. Potem mijało się okolicę, w której mieszkała Dziewczynka, Której Umarła Mama. Tam, nieopodal skupiały się wszystkie Świętojańskie Robaczki z całego mojego ówczesnego świata i rozświetlały mroki nocnych, czerwcowych wypraw. Potem przechodziło się koło Bloku Reny, by boczną ścieżką dojść do Naszego Bloku.
![]() |
| Mój Brat Przy Żelazku nad Choczenką |
![]() |
| Łopianowe Pola nad Choczenką |
![]() |
| Mój Brat na żelazku |
To fragment mojego świata i Mojego Miasta w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. W miarę mojego dorastania horyzont się poszerzał. Ale o tym innym razem.
czwartek, 2 grudnia 2010
Podróż na wyspę BulaGula-GulaBula
Niedawno, całkiem przez przypadek, odkryłam nieodkryty dotąd ląd. Zostałam sama z moją Maleńką Wnuczką. Ani ja jej, ani ona mnie za bardzo nie znała. Przyszło nam wybrać się w daleki świat, w miejsce gdzie jawa zamienia się w sen i to w dodatku w najciekawszym momencie dnia. Była chwila załamania i nie umiem powiedzieć, która z nas była bardziej załamana. No, bo z perspektywy Maleńkiej Wnuczki, która została sama z Prawie Obcą Babcią i właśnie ma ochotę zdobywać nowe umiejętności i posiąść tajemną wiedzę, co w której kuchennej szafce się znajduje, a tu ta Prawie Obca Babcia stwierdza nie wiedzieć czemu, że czas na południową drzemkę lepszy niźli na odkrywanie babcinej kuchni - to rodzi bunt. A Prawie Obca Babcia? Co ma zrobić trzymając w ramionach rozpaczliwie płaczącą Maleńką Wnuczkę, która jest wprawdzie jej wnuczką, ale nie tuli się z ufnością w babcine ramiona, bo na co dzień mieszka tak daleko, że babcine ręce nie sięgają i nie zdążyły wyrobić nawyku bezpiecznego chronienia się w nich? Dla małego odkrywcy, którym pamiętamy, jest przecież Maleńka Wnuczka, Prawie Obca Babcia szybko musiała znaleźć temat zastępczy i kołysząc wytrwale w ramionach wijącą się Maleńką Wnuczkę, wyruszyć w podróż, która nieoczekiwanie zakończyła się odkryciem nieodkrytego do tej pory lądu. Ląd nieodkryty to i nienazwany. Nie było czasu na zastanowienie i w mgnieniu oka trzeba było nadać nazwę nieodkrytemu lądowi. Najpierwsza nazwa jaka przyszła do głowy Prawie Obcej Babci to Wyspa BulaGula-GulaBula. Trzeba wyjaśnić, że najstarsza i najmłodsza kobieta w rodzinie podróżowały tam samolotem skonstruowanym naprędce z ramion Prawie Obcej Babci. Pilotka samolotu spokojnym, acz stanowczym głosem wciąż podawała komunikaty pasażerkom o położeniu i odległości do nieodkrytego i nienazwanego jeszcze wtedy lądu. Najpierw leciały więc nad morzem o nieskończonej skali błękitu i niezmierzonej linii horyzontu, w którym radośnie brykały całe rodziny delfinów, by w końcu zbliżyć się do promiennego i jarzącego słońca tak, że aż oczy trzeba było mrużyć, żeby to promienne i jarzące słońce do myśli przez oczy podróżniczek nie wskoczyło. Gdyby tak słońce wskoczyło do myśli podróżniczek, to myśli byłyby tak jasne, że budziłyby do działań wszelakich. I kiedy tak leciały i leciały, a słońce promieniało i jarzyło, a one, tzn. Maleńka Wnuczka i jej Prawie Obca Babcia mrużyły oczy a z daleka czuć i słychać już było nieodkryty i nienazwany ląd, to niespodziewanie przyszedł Sen, który unieruchomił Maleńką Wnuczkę w ramionach Prawie Obcej Babci. Sen był zbawienny, bo przyniósł całkowite oddanie i zaufanie, spokój i wyciszenie. Maleńka Wnuczka wtuliła się w ramiona Prawie Obcej Babci, które szybko z samolotu stały się na powrót babcinymi ramionami i uśmiechając się do marzeń - zapewne o nowoodkrytym i dopiero co nazwanym lądzie, na który odtąd będzie się z radością odkrywcy i podróżnika udawała, Maleńka Wnuczka zasnęła snem spokojnym. A Prawie Obca Babcia wiedziała już wtedy, bo poczuła, że od tej właśnie chwili stała się babcią, przed której ramionami Maleńka Wnuczka już nigdy nie będzie się wzbraniała.
Maleńka Wnuczka
Maleńka Wnuczka
Subskrybuj:
Posty (Atom)









