MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 30 sierpnia 2011

Prababcia moich wnuków

Wnuki bardziej niż dzieci są kwiatkami życia.
Moje wnuki są jeszcze pąkami zaledwie. A nawet można zaryzykować stwierdzenie, że nasionami, co wzrosły na wiosennej grządce.
Tak sobie przypomniałam, że moja córka, gdy była trzy-, może czteroletnią dziewczynką, już pytała mnie skąd się biorą dzieci. Zawsze udzielałam dzieciom prawdziwych odpowiedzi, na miarę ich pojmowania, toteż odpowiedziałam wtedy, że potrzebne jest, aby tatuś zasiał u mamusi takie specjalne nasionko i tak dalej, i tak dalej. Moje dociekliwe dziecko pytało jeszcze, jak się podlewa to nasionko. Odpowiedziałam, że trzeba po prostu jeść. Mała Duża Córeczka, bo o niej mowa, zakończyła temat stwierdzeniem, że w takim razie poprosimy dzisiaj tatusia, aby dał mi to nasionko, a potem ja będę gotowała sobie (nie wiedzieć czemu) kisiel i będę go jadła i tak z nasionka zrobi nam się dzidziuś.
Niemal w tym samym czasie, kiedy odbyła się ta rozmowa, Mała Duża Córeczka miewała sny, podczas których bolały ją skrzydła. Mówiła o tym przez sen.
W wieku pięciu, może sześciu lat podyktowała swojej babci opowieść o Arielce - ulubionej po dziś postaci z bajki. Opowieść zapisana na okładce malowanki była na miarę lotnego pióra uznanego bajkopisarza. Mam pewność, że babcia nie mogła tego napisać.
Moja Mała Duża Córeczka - wielki duch w małym ciele, które jest kolebką dla znaczniejszej radości, niż ta wynikająca z piastowania własnych dzieci.
Moja córka - matka wszystkich moich wnuków. Najpiękniejszych kwiatków letniej łąki mojego życia.
Moje wnuki nie mają jeszcze własnych powiedzonek na miarę sztambucha. Mają za to nadprzyrodzoną zdolność kruszenia serc.
I jeszcze jedno.
Z wielkim rozrzewnieniem spoglądam, jak starcza sylwetka prababci gnie się nad maleńkimi postaciami i całuje rączki i stopy tych najcudowniejszych w świecie istot. Z wielką  miłością i oddaniem pochyla się nad swoimi prawnukami. Mądra kobieta! Jak nikt z nas wszystkich zdaje sobie sprawę z niepowtarzalności spotkania z tymi maleńkimi pielgrzymami w jednej  czasoprzestrzeni tutaj na ziemi. Jej zamglone starością oczy zaczynają błyszczeć jak gwiazdy, gdy wiodą wzrok za tymi perłami w koronie jej rodu. Bo moje wnuki noszą jej nazwisko.
I ja wzrastam do większej jeszcze i niczym nie ograniczonej Miłości, mogąc uczestniczyć w tej wielkiej uczcie na wzór Bożej Agape.

Prababcia z moją wnuczką

W minioną niedzielę ochrzciliśmy Najmniejsze Maleństwo.
Obie płakałyśmy. Prababci już się to zdarzało. Mnie po raz pierwszy. Bo w nowy sposób odkryłam na mapie mojego życia drogę przemijania. Przemijania prowadzącego do wypełnienia się obietnicy.
Właśnie wszystko się spełnia.



Znów nów

Dzisiejszy dzień był tym dniem, w którym zepsuł się komputer stacjonarny. Pewnie zaszkodziły mu upały.
Dzisiejszy dzień był również dniem, w którym obudziłam się ze świadomością, że nie jadę do hotelu. Miast trwogi, nastrój był błogi, że tak powiem wierszem.
Od razu wzięłam się za rzeczy długodystansowe, to jest takie, których wykonanie zajmuje sporo czasu. Przez całe wakacje czas miałam podzielony na krótki odcinek przed południem i jeszcze krótszy wieczorem. Tylko noce miałam długie.
By ulżyć portfelowi poszłyśmy z Dużą Małą Dziewczynką po podręczniki.
Zlałam i zabutelkowałam z 15 l soku malinowego, bo owocówki znowu zakwaterowały się w naszej kuchni. Przy sokach to nawet brakło mi czasu i kilka słoi zostało do zlania i zabutelkowania na jutro. Choć jutro jest już od ponad godziny... Znowu nie  ma księżyca na niebie. Poszedł sobie do Nowiu i powoli zacznie wracać. Chodzi tam i z powrotem, jak jaki tolkienowski hobbit. W zasadzie, gdy się mieszka w centrum miasta na skrzyżowaniu, to nie ma znaczenia, czy księżyc daje światło, czy cień.
Na ulicy latarnie świecą krócej. Miasto oszczędza. Ale drzewa urosły takie wysokie, że to nie ma znaczenia. Za oknem ciemno i cicho. Gdy księżyc w Nowiu - noce cichsze, spokojniejsze. Szaleńcy motoryzacyjni śpią podczas ciemnych nocy. Nikt nie przejeżdża z piskiem przez skrzyżowanie.
Jarzębina dojrzała. I nie zauważyłam momentu, w którym bociany umawiały się na tegoroczny odlot. Droga Doliną Kamienicy nie dostarcza atrakcji w postaci sejmikujących wielkich ptaków z długimi czerwonymi dziobami, na czerwonych wysokich nogach. Za to w drodze do Kosarzysk, na Zamakowisku, w tym samym miejscu, w którym papież kanonizował Panią Sądeckiej Ziemi, co roku zbierają się wszystkie bociany rezydujące w Beskidzie Sądeckim i ustalają formę podróżowania, może jakiś regulamin itp.
Swoją drogą, czy święta Kinga chciałaby takiej adoracji za życia, by w jej wyniku powstało stowarzyszenie jej czcicieli?  Myślę, że nie. Ale stowarzyszenie powstało kilkanaście lat temu.
Młody Człowiek kiedyś ciekawie opowiadał o świętej oraz o jej ciotce - Elżbiecie - również świętej. Oprowadzał wtedy po Starym Sączu Rudą Druhnę znaną wszystkim ze służby pod krzyżem przy Pałacu Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej. Ruda Druhna ma na imię Kinga. Pewnie dlatego Młody Człowiek postarał się, by opowieść była wyjątkowa. Ruda Druhna przyjechała ze swoim zastępem harcerek oraz ze swoją mamą. Ma czworo rodzeństwa i psa. Jedna z sióstr - bliźniaczo do niej podobna, jest członkinią zastępu Rudej Druhny. Może i jest bliźniaczo podobna, ale nie jest tak charakterystyczna, jak jej młodsza siostra. W Rudej Druhnie tkwi coś, co każe zwrócić na nią uwagę. Jest całkowicie niebanalna.
Młody Człowiek zaimponował mi też opowieścią na temat cerkwi i historii łemkowszczyzny na terenie Beskidu Sądeckiego. Nie tak dawno wspólnie jeździliśmy na tak zwany (przez Młodego Człowieka) rekonesans, by objechać trasę cerkwi, wybrać najładniejsze i z najciekawszą historią. Młody Człowiek przygotowywał się wtedy do oprowadzania wycieczki. Długo stał pod tablicami z informacjami na temat poszczególnych cerkwi, prosił o zrobienie zdjęć tym tablicom. Żaden przewodnik nie wytłumaczył, bym zrozumiała, o co to chodzi z tym ikonostasem. A Młody Człowiek podczas tegorocznego obozu powiedział to tak, że dotarło. Sama  mogę teraz innym opowiadać.

Kto rozpętał to całe szaleństwo o krzyż pod Pałacem Prezydenckim? Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem jest po lekturze książki i studiach nad postacią Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego. Mówi, że czytając historię generała miał wrażenie, że czyta o czasach kompletnie współczesnych.

"Bijecie się o honor? A my o naszą wolność. Czyli każdy walczy o to, czego mu brak."
B.Wieniawa-Długoszowski


sobota, 27 sierpnia 2011

Został tylko cień

To miasteczko jest na mapie. Leży w Małopolsce. W dawnej Galicji. Jeżeli wspominam o Galicji, to dlatego, że gdy Galicja była, miasteczko to i jemu podobne, zamieszkiwali ludzie  różnych kultur. Po ówczesnych mieszkańcach galicyjskiego miasteczka zostało wspomnienie bardzo podobne do cienia na zdjęciu. Bo coraz mniej świadków tej odległej historii znajduje się jeszcze w naszej rzeczywistości. Odchodzą. Wraz z nimi w zapomnienie odchodzi koloryt galicyjskich miasteczek biedą okraszonych, gdzie katolik, żyd i prawosławny jedną kromką chleba się dzielili.

Cień domu z kominem i murowanym parkanem
 w małym, polskim galicyjskim miasteczku
Zdjęcie przedstawia stary dom z kominem oraz murowany parkan. Dom stoi tuż przy rynku w samym środku małego galicyjskiego miasteczka. Niedaleko linii kolejowej.
Dom ten przed laty zamieszkiwali starsi bracia w naszej wierze. Przed laty, to znaczy przed wielu, wielu laty. I trwał taki stan rzeczy z zakorzenioną już nie na mapach,a w umysłach ludzkich Galicją nim wielki wichrzyciel historii nie zburzył porządku świata i nie wykoleił marszu człowieka do wypełnienia dni modlitwą pracy i blaskiem codzienności. Wysoki murowany parkan tak wtedy, jak i dzisiaj zasłania przed ciekawskimi oczami wielki ogród, którym można się było dostać do synagogi. Sieć ogrodów za domami w małych galicyjskich miasteczkach była istnym labiryntem tajemnych przejść i krętych dróg prowadzących do historii życia niejednego pokolenia.
Dzieci wychowujące się w tym ogrodzie z ciekawością oglądały przez furtkę w murze od tyłu, jak toczą się losy tych, którym na podwórku Boga wypełniał się los. Potem same dorastały do tego, by podjąć zadanie przeznaczone dla nich. Przyszły na świat ich dzieci, po to, by nie dane im było dorosnąć. Ostatniej wiosny przed transportem do nazistowskiego obozu śmierci zbierały stokrotki. Maleńkie, beztroskie białe kwiaty ze słonecznym środkiem.
Ktoś komuś opowiedział tę historię, aż dotarła do mnie. Nie chcę zatrzymywać jej dla siebie. Nie mogę dźwigać jej ciężaru. Ona musi żyć. Bo ten, który ją pamiętał, zbiera już stokrotki z tymi wszystkimi, co wiele, wiele lat temu odjechali pociągiem tam, skąd tacy, jak oni, przeistoczeni wpierw w motyle stawali się aniołami i na obłokach przedostawali się do Boga.  I kto dzisiaj w tym bogatym w historię małym miasteczku galicyjskim znajdzie dziesięciu sprawiedliwych, by odmówili modlitwę za zmarłych?
גאָט פול פון רחמנות


Wciąż zauroczona książką autorstwa pani Ewy Andrzejewskiej "Obok inny czas o Mieście i Jakubie" pozwalam sobie na takie wędrówki. Zapraszam do świata, po którym został tylko cień.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Anioły są w nas

Pisałam  w tym rozdziale, że publikuję teksty na portalu areopag21.pl - miejsce rozmowy o Bogu, wierze i religii.
Jeżeli miewam jakieś komentarze, to są przyjazne. Jeden, no może dwa teksty zaczęły żyć życiem nadanym przez internautów i dorobiono do tych tekstów własną historię. Niesamowitą wręcz historię. Aż się zdziwiłam, gdy w kolejnych komentarzach czytałam, a potem się zastanawiałam, co takiego napisałam, albo raczej jakimi słowami, że czytelnicy odebrali to w taki sposób. Jestem osobą początkującą w materii publikowania na poczytnym portalu, więc zapewne jeszcze wiele rzeczy mnie zdziwi. I dobrze, bo przecież to kwintesencja życia - móc i umieć wciąż się zadziwiać. Rozumiem różnicę między zdziwić, a zadziwić, ale cały czas myślę pozytywnie.
Wczorajszej nocy wpakowałam się jak kij w mrowisko. To przyczyna, dla której nie było mnie tutaj.
Nie będę przecież w tym miejscu pisała, co dzieje się na "wzgórzu mędrców", bo każdy ciekawy sam zajrzy i poczyta, jeśli będzie chciał.
Jednak w wyniku tego, co się dzieje, zostałam niemal - na szczęście nie sama, a w towarzystwie pewnego miłego jezuity (dla mnie wszyscy jezuici są mili, wszak mam do nich słabość) - uznana za osobę prawie niespełna rozumu. Prawie, to takie dramatyczne, ulubione określenie Ani z Zielonego Wzgórza (do niej też mam słabość).
Otóż ze wspomnianym miłym jezuitą wymieniliśmy sobie w komentarzach pod moim własnym tekstem uwagi na temat naszego upodobania do aniołów. No i w komentarzu pod tekstem całkiem obcego człowieka, w dodatku schowanego pod nickiem, a nie prawdziwym imieniem i nazwiskiem, zostaliśmy wywołani pod tablicę.

Wszystko to, co napisałam, to przydługi wstęp do tego, co chcę napisać. Oczywiście wnikliwych zapraszam na areopag21 do tekstów o "pobożności ludowej" (są trzy, różnych autorów: pierwszy - miłego jezuity, drugi - człowieka ukrywającego się pod nickiem, kolejny - znów miłego jezuity i mój) i naturalnie do komentarzy pod tymi tekstami.

Ja wracam do aniołów.

Byłam kiedyś u Mojej Mamy w szpitalu.
(Już samo napisanie tego zdania jest jak przebywanie wśród aniołów! - przecież nie byłam u Mojej Mamy od 14 lat! a to zdanie działo się i tak jeszcze dawniej.)
Moja Mama miała wtedy usuwaną  tarczycę wraz z wyrosłym na niej nowotworem. Była po skomplikowanej, wielogodzinnej operacji. W dodatku lekarze powiedzieli, że najprawdopodobniej uszkodzili struny głosowe, by dokładnie wyczyścić tkankę z nacieków nowotworowych i że Moja Mama już prawdopodobnie nigdy nie będzie mówić. Na szczęście okazało się, że struny nie są uszkodzone, natomiast tamtego popołudnia i wieczoru Moja Mama mówiła tylko szeptem. Już wtedy wycieńczona była chorobą. Dodatkowo - osłabiona operacją.
Czuwałam przy jej łóżku. Sala szpitalna pełna była pacjentek - jedna w cięższym stanie od drugiej. Na łóżku obok leżała starsza kobieta z domu pomocy społecznej - potocznie zwanego domem starców. Były to czasy, w których nie było przyzwolenia społecznego na oddawanie starszych ludzi posiadających rodzinę do tego rodzaju placówek. Ale w przypadku tamtej staruszki to nie miało znaczenia, bo i tak była bezdzietna. Tak przynajmniej mówiła. Otóż kobieta ta była pacjentką leżącą, podobnie jak zdecydowana większość w tej sali. Leżała tuż obok cały czas obserwując mnie i nie pozwalając sobie pomóc w żadnej sytuacji. Jej wzrok był zimny i nieprzyjemny, jakby poddawała mnie krytycznej ocenie. Generalnie przyszłam do Mojej Mamy, ale jak mogłabym być pomocna innym - zawsze z otwartym sercem.
Pod ścianą, kilka łóżek dalej, leżała inna kobieta z postępującą gangreną stopy. Znosiła nieludzki ból, co wyrażała w ustawicznym pojękiwaniu. Nie zgodziła się na amputację stopy, za argument podając to, że mieszka przy synu, synowa ma małe dzieci i nikt nie ma czasu chodzić koło niej (starej matki).
Wzywana dzwonkiem pielęgniarka nie przychodziła, więc zaproponowałam swoją pomoc. Ta kobieta skorzystała z mojej propozycji. Potem już, gdy udało jej się przysnąć, widziałam, że niejednokrotnie chce się poprawić na łóżku, więc podchodziłam do niej i delikatnie poprawiałam jej tę chorą, bolącą nogę. Prosiła o zwilżenie ust wodą i inne drobiazgi. Drobiazgi dla zdrowego. Dla chorego i tak bardzo cierpiącego - rzeczy nieosiągalne.
W pewnym momencie, gdy nachyliłam się nad ową kobietą leżącą pod ścianą, spojrzała na mnie rozgorączkowanym wzrokiem, jakby była gdzieś w innej rzeczywistości i powiedziała: jesteś aniołem moje dziecko.
Gdy sama leżałam w tym roku w szpitalu i pomagałam mojej sąsiadce z łóżka obok- starej starowince, którą odratowano z zapaści, ale i tak bardziej była po tamtej, niż po tej stronie życia, usłyszałam te same słowa, w takich samych okolicznościach: jesteś aniołem moje dziecko.
Gdy wychodziłam późno w nocy z oddziału po operacji Mojej Mamy, kobieta leżąca obok Mojej Mamy rzuciła za mną, jak nóż w plecy: dobrze, że idzie, bo siedzi tu, jakby nic do roboty nie miała.

O tym, że jestem aniołem słyszałam niejednokrotnie w innych okolicznościach. Ale nigdy słowa te nie miały dla mnie takiego znaczenia, jak z ust tych dwóch starych, umierających kobiet.

Wiele razy kierowano też pod moim adresem słowa, jak ostrza przekłuwające mnie na wylot. Bolały, jakby zadający ranę z perwersją posypał ją jeszcze solą.

Ja widziałam wyrastające anielskie skrzydła z umęczonych chorobą ciał tamtych kobiet.

Wiele ran musiałam wylizać nim uwierzyłam, że bardziej jestem aniołem niż człowiekiem-celem dla ludzi rzucających ostrzem z rozmysłem lub na oślep.

środa, 24 sierpnia 2011

Kończy się

Natalka z Adasiem są trzeci raz w Hotelu, a dopiero wczoraj udało mi się pozyskać ich zaufanie. Są tacy zagubieni. Trudne było zadanie, ale radość tym większa.
Sporo jest takich  dzieci, które wchodząc do sali zabaw, czują się jak ryba w wodzie. Ot - choćby taka Kostka, która powiedziała, że swojego pokoju nie lubi, lubi tylko to przedszkole i najchętniej, spałaby tutaj.  Przychodząc po bliźniaków rodzice pytali: a wy nie zapomnieliście, że macie rodziców? Hanka i Janek przyszli tylko jeden raz - płakali za rodzicami. Wiadomym było, że więcej nie przyjdą. Jedna z mam czekała na mnie przyczajona w korytarzu i napadła z zarzutem: pani to jak jakieś guru dla tych dzieci, przecież one nic nie chcą z nami robić, nigdzie się nie ruszą, bo cały dzień czekają na panią! W innym przypadku Aleks i Wiktor każdego dnia czekali już na mnie - mama razem z nimi. Mama tych chłopców nakręcała pozostałych rodziców do tego, żeby wszystkim chciało się chcieć. Ona sama bardzo chciała, by jej synowie wyjechali z Polski z niezapomnianym wrażeniem cudownie spędzonych wakacji. Maciek konfabulował jak jasna cholera. Przed kropką w pierwszym zdaniu swojej opowieści na temat siebie doszedł do wieku gimnazjalnego. Że niby on już idzie do gimnazjum. Zaliczył zaledwie zerówkę. Nawet mu pierwsze zęby jeszcze nie wypadły. Rózia niewytrwała w działaniach, za to chciała robić wszystko. Mama zaś chciała by zajmować się tylko Rózią. Stała i głośno do córki mówiła, co teraz panie powinny jej podać, albo o co ma się Rózia upomnieć. Wiktor - trzylatek recytował Brzechwę, Tuwima i teksty wielu innych autorów. Kacper najczęściej biegał po tarasie i zdawało się, że sufit się zawali. Za to jego siostra Weronka przesiadywała u nas całymi dniami. Piotrek spotkał się z Kazeo i byli doskonałymi kompanami - inteligencja goniła inteligencję. Zosia przypominała moją Małą Dużą Córeczkę z analogicznego okresu. Julka zachowywała się, jak nasza obozowa Klara - płochliwe zwierzątko w świecie zbudowanym z dzikiej przyrody. Wiktoria plotła całymi dniami plecionki z kolorowych żyłek. Niespełna dwuletni Michałek biorąc do ręki puzzle z cyframi nazywał wszystkie cyfry. Kiedy podał mi kwadratowy klocek i powiedział: to jest kwadracik, nie wytrzymałam i powiedziałam: nie powiesz mi, że znasz wzór na obliczenie jego obwodu i pola. Piotruś siedział cały czas na moich kolanach i kazał sobie czytać bajki. Inny zaś Piotrek w przyszłości zatroszczy się o sieć i jakość polskich dróg - zrobił z kilku arkuszy szarego papieru makietę miasta z bardzo rozbudowaną infrastrukturą drogową. To była super precyzyjna praca. Zabrał ją ze sobą do domu.

I długo mogłabym tak opowiadać o wszystkich moich podopiecznych wakacji w SPA. Mam wrażenie, że te dzieci poddane były jakiejś selekcji nim trafiły w to lato pod Jaworzynę. Przecież z całej gromady, nie było dziecka, które zostawiłoby po sobie jakieś niepozytywne wrażenie.
Z trwogą patrzę na kalendarz i obserwuję, że wakacje niestrudzenie zmierzają ku końcowi. Wiem, że najbliższe miesiące - pierwsze miesiące nowego roku szkolnego - to okres wytężonej pracy podczas integracji, ale też nie wyobrażam sobie teraz, że któregoś dnia obudzę się ze świadomością, że dziś nie jadę do Hotelu.
Wszystko w życiu ma swój kres. Szkoda, że rzeczy piękne i przyjemne kończą się szybciej niż wszystkie pozostałe. I bardzo boleję nad faktem, że z większością z tych dzieci, może nawet ze wszystkimi nie spotkam się już nigdy więcej. Tak nie powinno być! Nie zgadzam się z tym!
Z pięknem należy obcować. A te dzieci są zbyt piękne, by można się było pogodzić z ich brakiem.
Czy można w tak nieprofesjonalny sposób podchodzić do pracy?
Ależ ja nie pracuję! Ja kocham to, co robię.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Motywacja

- Ciekawe, gdzie ten autobus jedzie? - zastanawiała się na głos pewna Pańcia, rzucając pytanie jakby do swojej Koleżanki.
Pańcia miała zabandażowaną rękę i to całą - od palców po pachy i to budziło współczucie, ale coś w jej zachowaniu było nieprzyjemnego. Na pierwszy rzut oka odpychała. Była z rodzaju tych głośnych i zajmujących swoją osobą wszystkich dookoła. Obie z Koleżanką wsiadały do autobusu komunikacji miejskiej na pętli, autobus chwilę stał, mogły przeczytać - tablica była dobrze opisana.
Nie znały miasta, więc gdziekolwiek autobus by jechał, one i tak by nie wiedziały.
- Może jedzie tam, gdzie postój tych koników? - infantylnie zastanawiała się na głos Pańcia.
Zadała jeszcze kilka pytań w przestrzeń, na tyle głośno, by zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Siedziała tuż obok mnie. Niestety.
Ja miasta też nie znam, ale jako tako się orientuję. Zazwyczaj przemierzam miasto środkami komunikacji, ale też nie ma ono skomplikowanej topografii. Jedna główna ulica rozwidlająca się na wylotową i prowadzącą w głąb Zdroju. Postój zaprzęgów konnych jest po prostu nieopodal Hawany. A Hawana jest najbardziej charakterystycznym punktem w mieście. Słynny peerelowski koktajlbar w mieście uzdrowiskowym, w którym ponoć podawano najsmaczniejsze desery w Polsce Ludowej. Kto pochodzi z Krynicy lub z okolic albo odwiedził Krynicę przynajmniej raz w życiu, dawniej lub obecnie - taką wiedzę siłą rzeczy ma.
Z grzeczności, a przede wszystkim z nadzieją, że Pańcia przestanie robić tanie widowisko odpowiedziałam, że w miejsce, które wymieniła autobus nie jedzie, ale ja będę wysiadała na przystanku najbliżej tego miejsca, więc powiem kiedy, to i panie sobie wysiądą.
No i tym samym ukręciłam na siebie bat, jak niegdyś grzeczna i uprzejma Kobieta w busie odpowiadająca na niewinne pytanie Starszego Pana.
Pańcia zaczęła naraz zadawać niezliczoną ilość pytań - jedno infantylniejsze od drugiego.
A to: czy my już jesteśmy w Krynicy? - choć autobus komunikacji miejskiej jedzie od Krynicy do Krynicy.
A to: gdzie ulica Zdrojowa? A właśnie nią jechaliśmy i chwilę wcześniej to oznajmił kierowca.
A to: czy kierowca jedzie pod Hajduczka, bo one może jednak by tam wysiadły, jeśli to NA Parkową (na Górę Parkową jedzie i owszem - wyciąg - kolejka górska szynowa) a Hajduczek dokładnie w drugą stronę niż postój koników.
A to: może my wysiądziemy jednak przy poczcie, ale gdzie to i czy daleko od tych koników?
A to: czy może w takim razie ten autobus jedzie do Słotwin, ależ nie one nie chcą do Słotwin, bo są tylko do jutra, więc nie zdążą, ale chciałyby wiedzieć, czy przynajmniej autobus tam jedzie, bo to stamtąd ta woda mineralna Sło- Słotwinka?
Itd. itp.
W końcu wysiadły jednak ze mną i Pańcia na koniec serdecznie mi dziękowała, że niby taka miła jestem. Najwidoczniej nie słyszała mojego zgrzytania zębami.
Skierowałam swoje kroki na moje wydeptane codziennym wydeptywaniem miejsce na przystanku autobusowym, by oczekiwać na bus, który powiezie mnie do domu. Ale Pańcia zadała jeszcze jedno pytanie:
- Ale ta ulica Zdrojowa to mówi pani, że gdzie jest?
Stałyśmy na chodniku przy ulicy Zdrojowej! Mówił to kierowca, mówiłam ja jeszcze w autobusie!

- Bo tam jest podobno taka pizzeria.
Wyjaśniłam, że nie wiem, gdzie jest pizzeria przy ulicy Zdrojowej, a nawet jeśli jest, to pewnie nie jedna, bo ulica długa w swojej długości. Podpowiedziałam, że tuż obok jest ogródek z daniami z grilla i nie tylko z grilla, z pięknym widokiem na Deptak i Stary Dom Zdrojowy.

- A nie, proszę pani, my nie chcemy zjeść. My tylko chcemy zobaczyć, bo nam taksiarz (! - słowo wyszło z użytku wraz z wyjściem z naszego kraju zaprzyjaźnionych wojsk i odejściem dawnego ustroju) powiedział, jak nas wczoraj wiózł z dworca,  że koło pizzerii na ulicy Zdrojowej są kwatery z pokojami po 18,- zł. ale, że tam takie menele i menelnia jest. I my chciałyśmy zobaczyć jak ta menelnia wygląda.

- A widzisz tu taki zniszczony dom, ale to ludzie tu sobie normalnie mieszkają - słyszałam jeszcze oddalające się Pańcie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Państwo Muszyńskie

Dzisiaj wypoczywaliśmy w historycznym Państwie Muszyńskim. I tym razem był to wypoczynek w stylu leżenia bykiem. No, troszkę rekreacji wodnej pouprawaliśmy. Moje nogi wystawione zostały na widok publiczny i działanie promieni słonecznych po raz pierwszy od wielu lat i w związku z tym są bardzo złe wróżby co do czekającej mnie najbliższej przyszłości. Nogi spiekły się na raka. Moje uprawianie rekreacji wodnej polegało na pławieniu się w dżakuzi, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że poddawałam plecy dość mocnemu biczowaniu i weszłam do oczka z najzimniejszą wodą, więc energię spaliłam...
Przecież nie umiem pływać, więc nie mogłam wejść do basenu, bo jeszcze naraziłabym ratowników na przerwanie błogiej sielanki. A tak to się całe towarzystwo ratownicze wysiedziało na swoich krzesłach i tylko gwizdki były w użyciu.

Pierwsze wzmianki na temat Muszyny pochodzą z 1208 roku. Dokument, który wzmiankuje o miejscowości nie jest nadaniem praw lokacyjnych, a tylko praw do pobierania cła. Granica wtedy była płynna, ale i tak znajdowała się niedaleko. Położenie geograficzne w dolinie Popradu i jego dwóch dopływów pozwoliło na rozwój miejscowości na szlaku handlowym, tak zwanym "węgierskim". Strasznie to zawiła historia, bo prawa do pobierania cła nadał król węgierski proboszczowi kapituły spiskiej, a miejscowość należała do rodu Niegowickich. Prawa miejskie Muszyna zawdzięcza Kazimierzowi Wielkiemu i szczyci się nimi od roku 1356. Wielki strateg i budowniczy średnich dziejów Polski dokładnie zdawał sobie sprawę z roli, jaką miejscowość ta pełni dla bezpieczeństwa kraju. Wielki król funduje oczywiście zamek murowany w miejsce drewnianej budowli pełniącej rolę punktu poboru cła, strażnicy granicznej oraz dworu. Nic dziwnego, skoro takie działania były pasją ostatniego Piasta. A poza tym czasy były niebezpieczne, miejscowość i dwór nękane były przez napady zbójów i rzezimieszków przygranicznych. Punkt poboru cła nęcił swoim bogactwem, choćby tylko wyimaginowanym. Zamek muszyński nie był nigdy zamkiem królewskim - był zamkiem starostów.
Takim, a nie innym zrządzeniem losu wędrowała Muszyna z rąk ludzi kościoła do rąk królewskich, aż w końcu, po 80 latach panowania świeckiego, by zjednać sobie duchowieństwo u schyłku XIV wieku Władysław Jagiełło darowuje powtórnie tzw. klucz muszyński, w którego skład wchodziły 2 miasta i ponad 30 wsi, biskupstwu krakowskiemu. Odtąd już niezmiennie, aż do czasów zaborów, kluczem muszyńskim zarządzają biskupi krakowscy, powierzając funkcję zarządcy ludziom świeckim - starostom.
O państwie Muszyńskim zaczęto mówić dlatego, ponieważ w związku z położeniem strategicznym i różnymi napaściami (zbójeckimi, ale też wojsk węgierskich) Muszyna doczekała się własnego wojska, zwanego harnicami i dragonami, sądu i administracji.
Państwo Muszyńskie przechodziło też dwukrotną kolonizację. Ostatecznie sprowadzono na tę piękną ziemię Rusinów i Wołochów, których z czasem, ponoć wykorzystując ich własne nazewnictwo, zaczęto nazywać Łemkami. Kolonizacja wołoska miała miejsce w XV wieku.
Łemkowie, wyznania greckokatolickiego postawili na terenie Państwa Muszyńskiego liczne cerkwie, które dzisiaj (po niechlubnej Akcji "Wisła") przemianowane na kościoły katolickie, stanowią perłę architektoniczną ziem dawnego państwa. Powstał Małopolski Szlak Architektury Drewnianej oraz Międzykulturowy Szlak Turystyczny Pogranicza Polsko-Słowackiego, których przemierzenie gwarantuje ucztę dla zmysłów.

Przykre i bolesne dzieje Polski zostawiły swój wkład w rozwój tego regionu. Powstała w drugiej połowie XIX wieku za rządów Austriaków linia kolejowa, tzw. Kolej Tarnowsko-Leluchowska, pozwoliła na dotarcie do Muszyny rzeszom kuracjuszy, bo był to już czas, w którym odkryto lecznicze działanie wód mineralnych i mikroklimatu. Austriacy powołali do życia liczne instytucje uzdrowiskowe. Choć nie lubili tych ziem z powodu działalności konfederatów barskich. Do dziś pełno jest po lasach miejsc zwanych Okopami Konfederatów Barskich.

W latach dwudziestych XX wieku Muszynie nadano status uzdrowiska.

Podczas II wojny światowej tereny dawnego Państwa Muszyńskiego, podobnie jak wszystkie tereny przygraniczne Beskidu Sądeckiego pełniły rolę przerzutową pomiędzy GG a Słowacją.

Choć Państwo Muszyńskie było wielokulturowe, zawirowania dziejowe tylko XX wieku spowodowały zniknięcie co najmniej dwóch, spośród wszystkich kultur zamieszkujących te ziemie. Niemcy wywieźli i wymordowali Żydów. Zaś po wojnie w czasie wspomnianej Akcji "Wisła" wysiedlono z beskidzkich wiosek Łemków.
Są jednak świadectwa pozwalające odnaleźć ślady tych społeczności.
Trzeba chcieć ich poszukać.

Miło jest leżeć na Zapopradziu i patrząc na wzgórza Pasma Jaworzyny Krynickiej  wsłuchać się w opowieść księżyca, który zagubił się chyba w swej wędrówce do Nowiu na południowym niebie. I będąc akurat nad Dwiema Dolinami łypał jednym okiem z prawej półkuli swojej łysej głowy wciąż do mnie gadał, nie dając mi spokoju.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Olbrzymy-pielgrzymi i drzewa podparcia

Kiedy zimową porą przemierzałam trasę Doliną Kamienicy pozwalającą mi dotrzeć do dzieci, zaobserwowałam ciekawy wyłom w krajobrazie. Pisałam już kiedyś, że zimą więcej widać. Każdy najmniejszy strumień ujawnia się, bo nie ma gdzie się schować. Latem strumienie nikną pod kaskadą z traw. Czasem zdarzy im się wyschnąć - ale to nie tego lata. Wiem, że są tam na pewno. Są dni, że zamieniają się w rwące potoki.
Natomiast w miejscu, gdzie droga jezdna odchodzi od Beskidu Niskiego, by wedrzeć się w Beskid Sądecki i pnie się stromo pod górę na graniczny szczyt Pasma Jaworzyny Krynickiej, w lesie, w odległości nie mniejszej, nie większej od siebie niż potrzeba, poustawiane są krzesła. Stare, pokojowe. Tapicerowane. Widać je tylko zimą i wczesną wiosną. W czas lata paprociami zarosły. Już gdy jeździłam zimą wyobrażałam sobie, że krzesła te ustawił kto dla wędrownych olbrzymów-pielgrzymów, co przemierzają świat i góry w szerz i wzdłuż. Zwłaszcza, że ustawione tak, iż urastają do monumentalnych rozmiarów i przez to pozwoliły na takie wyobrażenia. Droga w tym miejscu, przez miejscowych zwana "nową drogą" wznosi się od Roztoki Wielkiej przez Krzyżówkę do Mochanaczki Wyżnej - zwyczajowo zwanej krzyżówką. Droga powstała na stoku, równolegle do jego nachylenia. Toteż z jednej strony drogi jest ostry spad w dół, z drugiej - strome wzniesienie do góry. W dole, przyklejona do tak zwanej starej drogi znajduje się wieś - Krzyżówka. Wzniesienie do góry porosłe jest lasem. I w tym lesie, na samym jego brzegu oczekują te wygodne krzesła na utrudzonych wędrowców, olbrzymów-pielgrzymów. Każde z krzeseł, a jest ich może trzy, może cztery (nigdy nie mogłam ich zliczyć, jakby każdej nocy ktoś je przestawiał w inne miejsce), stoi odwrócone  przodem do drogi. Aby nie spadło oparte jest o drzewo. Ale inaczej oparte, niż czytającemu przychodzi do głowy. Owe krzesła nie są oparte oparciami - opierają się przodami i lekko nachylają się w stronę ulicy. Łatwo więc nie zauważyć siedzącego na nim olbrzyma-pielgrzyma, bo może właśnie zasłonił go pień drzewa podparcia?
Każdego zimowego i letniego dnia moich codziennych podróży wypatrywałam i krzeseł i spoczywających na nich postaci. Każdego dnia naliczałam inną ilość krzeseł. Było więc całkiem podobnie jak z furtkami w ogrodzie Akademii pana Kleksa prowadzącymi do bajek. Jest ich "oże o a oże eście" jak mawiał szpak Mateusz, niewymawiający pierwszych sylab wyrazów.

Na co też taki olbrzym-pielgrzym może patrzeć siedząc w tym, a nie innym miejscu? - myślałam.

Ano zapewne patrzy na przemijające pory roku. Patrzy, jak ludzie w dolinie mozolą się w swej codzienności. Zimą dzień w dolinie Krzyżówki krótki, że w grudniu i w styczniu to nie warto spod pierzyny wychodzić. Wiosna przychodzi dużo później w te strony, wcześniej po całym świecie się rozejdzie. Choć to góry niewysokie, zaledwie geografowie nazwali je reglem dolnym w stosunku do wielkości innych gór świata, ale pot z człowieka wycisnąć potrafią. Toteż patrzy ten olbrzym-pielgrzym, jak człowiek pot z czoła ściera, dom za domem stawia i gospodarstwa upiększa. Nadziwić się nie może, że ludziom taki trud się opłaca. A ma porównanie - jest wszak wędrowcem świat przemierzającym. Zastanawia się więc dalej, co tych ludzi przy tej ciężkiej roli trzyma? Przecież wolni są, mogliby wyfrunąć któregoś roku z ptakami do ciepłych krajów i już więcej nie zaznać długiej, mroźnej i ciężkiej zimy i krótkiego lata. Ale zaraz też dym jesiennych ognisk zasnuje okolicę i ujrzy ją patrzący olbrzym-pielgrzym, jak w oparach fajki bajarza, co bajki nad bajkami baja. Choć przez mgłę - wyraźniej zobaczy piękno tej beskidzkiej ziemi. Snopy siana z ostatnim pokosem traw tego lata, przycupnięte pomiędzy miedzami. Wyspy na polach z brzóz i sosen, co wierzą, że są lasem, jak ten z drugiej strony drogi jezdnej. Słońce przez dzień cierpliwie wędrujące od góry, do góry po błękitnym niebie, będące wzorem niestrudzonej pracy. Cienie z każdym dniem dłuższym pociągnięciem przyciemniające krajobraz. Księżyc nocną porą, który, gdy wychyla się zza szczytu wielki jest, jak balon, który zaraz pęknie. I wreszcie Droga Mleczna, co odbija się w wodach wszystkich strumieni, potoków i rzek, po której snują się marzenia senne śpiących w dolinie ludzi...
Zaraz też drzewa wybuchną feerią barw. Potem liście spadną, przyjdzie pierwszy śnieg. Krzesła nie będą już tkwiły w ukryciu.
Tylko tych olbrzymów-pielgrzymów pewnie znów nie uda mi się zobaczyć. A chętnie wysłuchałabym, ich opowieści, bo się i napatrzyły i nasłuchały bajarza, co bajki nad bajkami baja.

 

sobota, 20 sierpnia 2011

O wyższości Szkolnictwa nad szkolnictwem

Zbliża się początek roku szkolnego, więc temat na czasie.

Wyższość szkół niepublicznych nad szkołami publicznymi na etapie ponadgimnazjalnym przerabialiśmy przy okazji edukacji Synka.
Synek - urodzony adehadowiec - nie mógł znaleźć miejsca w szkołach publicznych. Gdy Synek był uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej, jako jedyne rozwiązanie wynikłego problemu, szkolna pedagog zaproponowała mi przeniesienie dziecka do innej szkoły. Moje dziecko zostało wtedy pobite przez kolegę z klasy do tego stopnia, że miało siną pręgę na szyi. Ponieważ kolega zdenerwował się na Synka, przyparł go do muru podczas przerwy i zaczął najnormalniej w świecie dusić. Może i słusznie kolega zdenerwował się na Synka. Niesłuszność moim zdaniem polegała na tym, że w pobliżu nie znajdował się dyżurujący nauczyciel, który w porę by zareagował. W porę, to znaczy na etapie, kiedy Synek denerwował swojego kolegę. Bo podczas przykrej rozmowy w gabinecie pani pedagog dowiedziałam się, że to wina mojego dziecka, że niemal nie zostało uduszone w szkole na przerwie między drugą a trzecią lekcją.
Z kolei w klasie czwartej kolega z innej klasy (starszej) zdenerwował się na Synka podczas wspólnej lekcji wuefu na boisku szkolnym, popchnął go i w wyniku tego Synek doznał złamania kości przedramienia.
W dalszym ciągu rozumiem, że Synek adehadowiec mógł zdenerwować starszego kolegę podczas wspólnej lekcji wuefu. Nie rozumiem tylko tak dziś, jak i wówczas nie rozumiałam, gdzie był nauczyciel (ba! dwóch nauczycieli) podczas tego incydentu, gdy moje dziecko znów działało na nerwy koledze. Bo przy dzieciach ich na pewno nie było.
Tak w stosunku do kolegów bandytów, jak i do nauczycieli, którzy zaniedbaniem swoich obowiązków służbowych narazili zdrowie i życie  mojego dziecka nie wyciągnięto wtedy żadnych konsekwencji.
Natomiast nam przyklejono łatę dysfunkcyjnej, choć czułam, że wręcz patologicznej rodziny, która nie radzi sobie z wychowaniem dzieci.
Na marginesie:
Z jedynej w swoim życiu kolonii Synek wrócił ze złamaną i niezaopatrzoną ręką. Też zdenerwował starszego od siebie kolegę podczas gry w piłkę na boisku. Zatrudniona na kolonii pielęgniarka po obejrzeniu ręki na "własne oczy", stwierdziła autorytatywnie: nic ci nie jest i dziecko przez 10 dni chodziło ze złamaną ręką bez opatrunku gipsowego.
Gdy po wizycie w szpitalu, prześwietleniu, diagnozie lekarskiej i włożeniu ręki w gips poszłam zgłosić ten incydent organizatorowi, usłyszałam, że fakt złamania ręki na kolonii przez moje dziecko nie miał miejsca, a ja na pewno chcę wyłudzić odszkodowanie.

Okres gimnazjalny to koszmar, tak dla Synka, jak dla nas - rodziców.

Na marginesie:
Zupełnie niezależnie od szkoły Synek został napadnięty na ulicy w centrum miasta w samo południe. Dwóch rzezimieszków przyłożyło mu nóż pod prawe żebro i kazało oddać portfel i telefon. Policja umorzyła śledztwo.

Natomiast szkoła, tj. nauka i "działania wychowawcze" szkoły to temat na całą książkę, a nie na post na blogu. W gimnazjum to już po prostu byliśmy postrzegani jako hiper patogenne środowisko.
Gdy kończącemu gimnazjum Synkowi wystawiono jakąś marną ocenę z zachowania, z wielkim rozgoryczeniem powiedziałam pani dyrektor, że jak do szkoły nie przyjdzie prokurator zainteresowany uczniem, to szkoła nie ma zielonego pojęcia co się z jej uczniami dzieje po lekcjach.
W tym czasie Synek był posiadaczem listu gratulacyjnego od Małopolskiego Kuratora Oświaty za działalność w organizacji pozarządowej (nie trudno się domyślić jakiej). Mogłam jej tak powiedzieć.

W publicznym ogólniaku już w grudniu pierwszego półrocza powiedziano nam, że Synka należy kategorycznie zabrać ze szkoły. Ponieważ nie wyścigował się w wyścigu szczurów, a po prostu realizował w służbie. Nie pasował do wizerunku klasy, jaki powstał w głowie jednego z nauczycieli, więc za jego namową pozostali postanowili postawić mu na półrocze oceny niedostateczne. W sumie Synkowi groziło 7 jedynek. Nie dlatego, że był matołem. Dlatego, że był niesubordynowany.

Kiedy poszukiwałam szkoły, która zechciałaby przyjąć moje dziecko, to załamałam się, gdy usłyszałam w zawodówce, że taki słaby uczeń nie poradzi sobie w tej szkole, bo oprócz normalnej nauki przedmiotowej, jest jeszcze nauka przedmiotów zawodowych.
Myślałam, że uczestniczę w jakiejś farsie.
Synek prócz ADHD miał jeszcze dysleksję i dysortografię. To często idzie w parze. Do dzisiaj nie potrafi wypowiedzieć długich wyrazów. Jego słynna "echokolacja" (jako zjawisko echa akustycznego występującego u nietoperzy) jest sztandarowym przykładem dysleksji. Tak jak w poleceniu na dyktandzie w trzeciej klasie podstawówki, by wypisać wszystkie znane wyrazy pisane przez samo "h", Synek napisał: cherbata, chuśtawka, chak, cherbatnik itd. jest sztandarowym przykładem dysortografii.

Poszukując blisko 6 lat temu szkoły, która odważyłaby się przyjąć moje dziecko, zdesperowana, u kresu mojej wędrówki od szkoły do szkoły, trafiłam do niepublicznego liceum akademickiego oo. jezuitów.
Nie powiem, że było idealnie od początku do końca. Cokolwiek chciałabym powiedzieć, lub przemilczeć, Synek był przecież niezwykle trudnym dzieckiem.
Na miesiąc przed maturą podpisywałam tzw. zagrożenie  z przedmiotów maturalnych (język polski i angielski). Podpisywanie zagrożenia to nic innego, jak przyjęcie do wiadomości, że dziecku grozi ocena niedostateczna z danego przedmiotu i w związku z tym niedopuszczenie do matury. Wszystko odbyło się jednak w atmosferze spokoju i poszanowania.
Synek otrzymał na koniec roku szkolnego pozytywne oceny z zagrożonych przedmiotów, natomiast maturę z obydwóch zdał wysoko - w przeliczeniu na oceny pomiędzy 4 a 5. (Dostał się na UJ na studia, więc chyba musiał dobrze zdać).

Natomiast szkoła niepubliczna jawi nam się spokojem i akceptacją trudnej inności naszego dziecka.

Na marginesie:
Długo po maturze Synek przyznał nam się, że od jednego z nauczycieli - jezuity dostał po prosu w pysk za tak zwane fikanie podczas lekcji. Z relacji Synka wynika, że najpierw było ostrzeżenie (jak przy użyciu broni przez funkcjonariuszy mundurowych) i dopiero strzał. Synek wspomina to z pokorą. Ja podchodzę do tego z wdzięcznością.

Nagle, w szkole niepublicznej, przestaliśmy być traktowani jak rodzina dysfunkcyjna, czy patologiczna. Dostrzeżono życiową pasję naszego dziecka i na tym budowano jego wizerunek. Przede wszystkim naszemu dziecku pozwolono uwierzyć w swoją wartość, której miarą nie są li tylko cenzurki szkolne. Synek w szkole oo. jezuitów otrzymał warunki do poprawnego wzrastania w najlepszych warunkach i najwyższych wartościach, gdzie liczy się człowiek i jego godność, jako odbicie wizerunku i godności Boga.

Sporą cenę zapłaciło nasze dziecko za te idealne warunki dojrzewania i wcześniejsze "błędy" nieumiejętności wtłoczenia się na tory jednostajności i bylejakości - Synek samodzielnie i to fizycznie pracował na opłacenie czesnego w tej niepublicznej szkole.
Fizyczna praca dla adehadowca jest najlepszą formą wychowania, po jaką mogą sięgnąć rodzice.

Nie zastanawialiśmy się nad wyborem szkoły, gdy nasza Duża Mała Córeczka kończyła pierwszy etap nauki. Oczywiście niepubliczna.
Zwłaszcza, że mam przekrój szkół gimnazjalnych podczas organizowanych przez nas imprez integracyjnych w Stanicy.
Szkoły niepubliczne uprawiają Szkolnictwo. Szkoły publiczne - tylko szkolnictwo.

P.S.
Nie było to moim celem, więc nie będę przepraszała, jeśli uraziłam kogo szlachetnego pracującego w szkolnictwie publicznym.
Mnie nigdy nie przeproszono za błędy popełniane w czasie edukacji mojego syna w szkołach publicznych.
Jeśli kto nie otarł się o problem ADHD na przykładzie własnego dziecka, niech więc powstrzyma się od bezsensownych komentarzy.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Apetyt wilczy


Bo gdy się milczy


Wy mnie słuchacie, a ja 
Śpiewam tekst z muzyką 
Taka konwencja, taki moment 
Więc tak jest 
Zaufaliśmy obyczajom i nawykom 
Już nie pytamy 
Czy w tym wszystkim jakiś sens 
A ja zaśpiewać dzisiaj chcę w obronie ciszy 
Choć wiem nie pora, nie miejsce i nie czas 
Bo gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas 
Przecież już dosyć mamy 
Huku i jazgotu 
Ale gdy cicho to źle 
I głupio nam 
Jakby się zepsuł życia niezawodny motor 
Coś nie w porządku 
Jakbyś był już nie ten sam 
Cisza zagłusza, sam już nie wiesz jaki jesteś 
Więc szybko włączasz co pod ręką masz 
A gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas 
Gdy kiedyś łomot nagle umrze na dyskotekach 
Do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd 
Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka 
Cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas 
Dlatego uczmy się ciszy i milczenia 
To siostry myśli, świadomości przednia straż 
Bo gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas



                                                Jonasz Kofta





Muszę, po prostu muszę czasami pomilczeć. 
W milczeniu budzi się we mnie apetyt nie tylko na poezję. Bo poezja przecież we mnie wcale nie śpi. Budzi się we mnie apetyt na innego rodzaju sztukę. Tak bardzo chciałabym umieć wyśpiewać, co mi w duszy gra! Tak bardzo chciałabym umieć namalować świat, co najmniej tak piękny, jakim stworzył go Pan.
Nie potrafię, chociaż wiem, że właśnie drzemie  we mnie wielki apetyt na sztukę inną, niż tylko sztuka władania słowem. Chciałabym posiąść władzę nad moją dłonią i nad głosem. To takie natarczywe, czuć ogromną potrzebę, a nie móc zawładnąć tym, co pragnie wydobyć się na powierzchnię. 
Pamiętam, w latach szkolnych, polonistki niejednokrotnie gromiły mnie za używanie słów neologizmów. Mówiły, że poetom i pisarzom wolno stosować neologizmy, ale mnie - uczennicy - nie! Myślałam sobie wtedy: skąd one mogą wiedzieć, co we mnie drzemie? Ja przecież czułam nieodpartą potrzebę zastosowania słowa, które dla tej potrzeby stworzyłam. 
Teraz mi wolno? Czy ktoś się zorientował, że stosuję?











Dla mnie jest oczywiste, że zawsze wolno mi było, niezależnie od opinii moich polonistek.


Pytanie: wolno mi prosić o więcej?