Nie darmo wielcy filozofowie wschodu mówią, by nie wypatrywać przyszłości i nie wiązać z nią nadziei na to, że rozegrają się w niej rzeczy wielkie, bo jeżeli się dzieją, to tu i teraz. Ponieważ jest to moja luźna trawestacja myśli któregoś mędrca, więc nie wkładam jej w ramy cudzysłowu. Sens myśli zachowałam. Oryginał mam zachowany w telefonie komórkowym na jednym z pulpitów. Co, by to było, gdyby dano nam wtedy do rąk takie narzędzie jak telefon komórkowy i/lub internet? Mieliśmy linię alarmową w drużynie, a że telefony, dziś zwane stacjonarnymi, były tylko w nielicznych domach, trzeba było na butach gonić z wiadomością. Taką linię alarmową, jaką my mieliśmy, wymyślił sam Robert Baden Powell wymyślając skauting na początku XX wieku. I wystarczała na blisko 90 lat! W harcerstwie naturalnie, nie u nas w drużynie. Każdy w zastępie miał kartkę z kolejnymi krokami: ja dostaję wiadomość od tego, przekazuję tamtemu. I wiadomość rozchodziła się w tempie sms'a. A komputer? Na obozie w Hucie Wysowskiej w '82 roku Paseczek i cała sekcja informacyjna skupiająca się w zastępie PKP (ciekawe, co też Paseczek pomyśli o tym skrócie?) wydająca obozową gazetkę "Relanium", klepała po kilka egzemplarzy przez fioletową kalkę, na ręcznej maszynie do pisania, jaką dziś młodzi oglądać mogą już tylko w muzeum. Sporo tych numerów "Relanium" zachowało się w przechowywanych u mnie Cisotekach. Mam nawet ręcznie pisane numery tak zwanego "Relanium bis" z CAS-u.
Jest perełka (żeby przeczytać treść, trzeba kliknąć na zdjęcie dla powiększenia). Trzeba koniecznie przeczytać, więc trzeba koniecznie kliknąć.
Ale to nie może tak być. Nie uważam, że koniecznie powinno być chronologicznie, a wręcz nawet nie powinno, ale jakiś porządek ustalić sobie musimy. Musimy wiedzieć dla czegóż to, dla jakiej przyczyny, skąd, kiedy i z kogo powstał ten byt, który jest drogą i rzeką, morzem i oceanem, pragnieniem i podążaniem, oraz spełnieniem. Koniecznie musimy wrócić do Majdanu Sopockiego. Pierwszą gitarą był Witek. Czyli mogę powiedzieć, że moją pierwszą gitarą w życiu był Witek. Pierwsza gitara to zupełnie co innego, niż pierwsze skrzypce! Janusz - postać tyleż zagadkowa, co tragiczna, a może odwrotnie? W każdym razie prawdziwy fenomen. Halutka, ale dopiero od niedawna nazywana Halutką, więc pasuje zostać przy druhnie Halinie. Druh Zygmunt Chrypliwy, Pudel, dh. Wiesiek Wietrzyk i cała plejada instruktorów z Mszany Dolnej, bądź jej satelitów, z naczelną skautką (jak to dzisiaj nasz druh Tadeusz mówi) druhną Barbarą Panasiową, zwaną też Szefową lub Babcią. O tej kobiecie wystarczy powiedzieć tylko tyle, że była legendą już za życia. I nie ma co sobie języka strzępić czczą gadaniną, bo czego by się nie powiedziało, będzie mało i niewystarczająco. Wszystko, cokolwiek będzie treścią tych opowieści wydarzyło się tylko i wyłącznie dzięki temu, że druhna Panasiowa dała temu początek. Później dochodzili inni, wzbogacając przygodę. Nikt jednak nie miał takiej mocy sprawczej, jaką przez ponad osiem dziesiątek lat miała nad harcerskim światem druhna Panasiowa i nikt, jak ona nie potrafił krótkim spotkaniem wywrzeć tak wielkiego, pięknego i niezapomnianego piętna w życiu 17 letniej dziewczyny. Bo tyle lat miałam podczas pierwszego spotkania z druhną Panasiową.
Witek przez całe lata opowiada, że którejś nocy, podczas tego obozu, narozrabiali nieco: on, Janusz i dh. Chrypliwy. Kiedy Szefowa się o tym dowiedziała musiała być wielce wściekła. A Szefowa potrafiła być wściekła tak bardzo, jak bardzo potrafiła na przykład, gawędzić przy ognisku. Trzej młodzi instruktorzy, którzy przeskrobali na obozie, musieli wymyślić coś niebanalnego, by przeprosić i obłaskawić swoją Szefową. Toteż zgodnie z opowieściami Witka zerwali naręcze kwiatów polnych z roztoczańskiej łąki, i z kwiatami i z gitarą poszli przepraszać Szefową. Witek śpiewał, dh. Zygmunt wręczał kwiaty, Janusz robił za figuranta. Szefowa wysłuchała śpiewu, przyjęła kwiaty, po czym powiedziała i wykonała: tobie wybaczam, bo zagrałeś i zaśpiewałeś (penie to było do Witka), tobie daruję, bo mi przyniosłeś kwiaty (to z kolei do dh. Zygmunta), ale komuś muszę dać w pysk i nie tracąc czasu, by nie zrobił uniku, dała Januszowi plaskacza. Tak opowiada Witek. Dzisiaj niestety nie ma innej możliwości: trzeba mu wierzyć. Już żaden z pozostałych bohaterów opowieści nie potwierdzi, ani nie zaprzeczy prawdziwości jego słów.
"Wsłuchany w twą cichą piosenkę, wyszedłem na brzeg pierwszy raz
wiedziałem już rzeko, że kocham cię rzeko, że odtąd pójdę z tobą.
O dobra rzeko, o mądra wodo, wiedziałaś,
gdzie stopy znużone prowadzić, gdy sił już było brak, było brak.
Wieże miast, łuny świateł, ich oczy zszarzałe nie raz
witały mnie pustką żegnały milczeniem, gdym stał się twoim nurtem.
O dobra rzeko, o mądra wodo, wiedziałaś,
gdzie stopy znużone prowadzić, gdy sił już było brak, było brak.
Po dziś dzień z tobą rzeko, gdzież począł, gdzie kres dał ci Bóg,
och życia mi braknie, by szlak twój przemierzyć, by poznać twą melodię.
O dobra rzeko, o mądra wodo, wiedziałaś,
gdzie stopy znużone prowadzić, gdy sił już było brak, było brak."
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
wtorek, 11 stycznia 2011
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Na początku było trochę chaosu
Jak to na dobry początek, musiało być nieco chaosu na początku. Jakież by to było w przeciwnym wypadku dzieło stworzenia rzeczy wielkiej? Zbiórka przed wyjazdem na trzeci turnus obozu harcerskiego do Majdanu Sopockiego na Zamojszczyźnie była na podwórku komendy chorągwi. Z wielkich przygotowań klasowych wyszło tyle, że pojechałyśmy we dwie, z Bachą, bo reszta koleżanek się wykruszyła. I tak żadna z nas, ani Bacha, ani ja, nie wiedziałałyśmy przecież, gdzie się mieści komenda chorągwi, bo my poszłyśmy do hufca po karty na obóz, a nie do chorągwi! Hufiec sądecki mieścił się wtedy przy ul. Kilińskiego w starym budynku , którego już dzisiaj nie ma. Nic dziwnego, że już nie ma tego budynku, skoro tak niefortunnie wyrywał się całą swoją bryłą na ulicę. Przeszkadzał. Został ukarany wyburzeniem. Nie licował z nową architekturą tej części miasta. Żeby zakończyć już sprawę tego chaosu i tej zbiórki, bo łączą się ze sobą nierozerwalnie, to właśnie chaos panował podczas zbiórki. I to nie z uwagi na złą organizację. Chaos istniał raczej w mojej głowie i to tylko do czasu przyjazdu na miejsce. Nie rozmawiałam z Bachą na temat tego, czy i w jej głowie działo się to samo, więc wypowiadam się w liczbie pojedynczej.
Rok później, ktoś z zespołu prasowego naszej drużyny tak opisał podobną zbiórkę, w tym samym miejscu:
"W poniedziałek rano, w okolicach Komendy Chorągwi zrobił się wielki ruch. Kilka Cisowców i cała reszta, ci wszyscy, którzy po wielkich trudach i emocjach zyskali przychylną opinię druha Cisowskiego /a zyskali ją wszyscy/ wraz ze swoimi tobołkami /skromnie mówiąc/ władowali się do autobusu. Wkrótce po szybach pojazdu zaczęły smętnie spływać strużki deszczu. I tak zaczął się pierwszy obóz Cisowców.
Romantyczna "półka skalna" druha Cisowskiego okazała się błotnistą polaną otoczoną wówczas jeszcze czystym strumieniem i jeszcze pachnącym, wesołym, zielonym lasem /zresztą przez cały obóz był wesoły/. Ale wszystko ma swoje dobre strony, a zwłaszcza bliskość kuchni wraz z magazynami. Dzięki temu nasza obozowa Redakcja Ekskluzywnych Logicznie Analizujących Niektóre Informacje Utalencionych Mózgów czyli "RELANIUM" mogła tak wydajnie owocować /bez skojarzeń/. Trzeba przyznać, że pierwsze numery RELANIUM były dość anemiczne. Chyba ze względu na "extra zupki".
Huta Wysowska 5-27 lipiec 1982 rok
(no może i się zagalopowałam wychodząc na przód, ale to dla dobra sprawy)
W sierpniu 1981 roku z ulicy Wąsowiczów, a właściwie Zawiszy Czarnego, ruszyły pewnie trzy autokary, które po wielu godzinach dowiozły nas na miejsce obozowania. Było już ciemno, gdyśmy wysiedli z tych autokarów. Polecono nam zabrać plecaki - mój był ortalionowy w kolorze pomarańczowym, w takim, jak ponad dwie dziesiątki lat później przyjął kolor Rewolucji Pomarańczowej na Ukrainie - i ruszyliśmy w ciemność, która poprzerastana była sosnami. Słuch był tym zmysłem, który jako pierwszy został wykorzystany zanim dotarliśmy na miejsce. Jak nam wyjaśniono, uczestnicy drugiego turnusu żegnali się przy ognisku z Roztoczem, zanim autokary, które przywiozły nas, powieźć ich miały ku końcowi ich letniej przygody. W tym momencie musimy zatrzymać się na dłużej, ponieważ ważkość moich przeżyć tego wymaga. Nie mam słuchu muzycznego, ale to co usłyszałam nie wymaga na szczęście posiadania takich zdolności, ani talentów. Usłyszałam gromki śpiew kilkudziesięciu osób, pozostających ze sobą w wielkiej zażyłości, bo gdyby nie tak wielka zażyłość, śpiew nie brzmiałby w ten sposób. Doszedł mnie, jakąś już nadnaturalną zdolnością, pogłos wszystkich rozmów i zdarzeń, które tworzyły obozową codzienność kończącego się turnusu. Jakaż tam panowała wspaniała atmosfera! Pomyślałam z zadziwieniem, ale i z wielką zazdrością, na szczęście z taką budującą do porządnych działań zazdrością, jak mogłam przeżyć dotąd moje życie bez doświadczenia czegoś takiego, czego wtedy nazwać jeszcze nie potrafiłam i że odtąd już tak chcę na zawsze, choć tak do końca nie wiedziałam jeszcze, czego chciałam. Dopiero później okazało się, że oprócz całej panującej tam atmosfery, w lesie tym panował przede wszystkim duch Druhny Panasiowej. Całkiem żywy duch. Z krwi i kości. Bez niej nie poznałabym, co to harcerstwo. Ale zanim się cokolwiek wydarzyło, zanim drugi turnus opuścił obozowy majdan w Majdanie Sopockim, kolejny zmysł dał nam się zaznajomić z życiem pod namiotami. Pisać, który? No, dobra. Na twoje ryzyko. To był węch. Bo kiedy ognisko już się skończyło i tych kilkadziesiąt osób zaczęło przemieszczać się tu i tam, by pozbierać bagaże, a nie pomylić z naszymi, to za każdą osobą, która miała właśnie opuścić obozowisko, niósł się dość niemiły zapach, by nie powiedzieć smrodek. To doznanie nie należało do przyjemnych. Kręciło nosem, ale tylko do czasu, kiedy my sami, którzyśmy wtedy przyjechali, nie osiągnęli takiego zaawansowania w życiu obozowym, że było nam już wszystko jedno. Obozy trwały wtedy trzy tygodnie. Latrynki, rzeczka przepływająca nieopodal, służąca raczej do mycia rąk, twarzy i zębów, przy wielkim samozaparciu... Komu chciało się gonić za grzaną wodą i myć się w namiotach sanitarnych w misce wody? Szkoda było czasu na takie nikomu niepotrzebne rzeczy. Toteż dobrze zżytych obozowiczów na pierwszy rzut oka rozpoznawało się słuchem i węchem, a nie okiem. Cóż, wpadłam wtedy z kretesem.
Pierwsza piosenka zasłyszana tuż po przyjeździe do Majdanu Sopockiego, dokładnie wtedy, kiedy wcześniejszy turnus miał swoje pożegnalne ognisko. Nie żeby nie wiadomo, jaka ambitna...
"Ty druhu ze mną bądź, przez gorzkie śmiej się łzy
ty z całym światem bądź, druhu na ty."
Pewnie skłamałabym, gdybym nie przyznała się do tego, że urzekło mnie również "Obozowe tango". Całkiem niedawno, tuż przed kolędowym spotkaniem Cisowców Dariusz F. zastanawiał się na forum całego internetowego świata, czy bym mu zaśpiewała serenadę. Serenada z "Obozowego tanga" była jak znalazł.
Rok później, ktoś z zespołu prasowego naszej drużyny tak opisał podobną zbiórkę, w tym samym miejscu:
"W poniedziałek rano, w okolicach Komendy Chorągwi zrobił się wielki ruch. Kilka Cisowców i cała reszta, ci wszyscy, którzy po wielkich trudach i emocjach zyskali przychylną opinię druha Cisowskiego /a zyskali ją wszyscy/ wraz ze swoimi tobołkami /skromnie mówiąc/ władowali się do autobusu. Wkrótce po szybach pojazdu zaczęły smętnie spływać strużki deszczu. I tak zaczął się pierwszy obóz Cisowców.
Romantyczna "półka skalna" druha Cisowskiego okazała się błotnistą polaną otoczoną wówczas jeszcze czystym strumieniem i jeszcze pachnącym, wesołym, zielonym lasem /zresztą przez cały obóz był wesoły/. Ale wszystko ma swoje dobre strony, a zwłaszcza bliskość kuchni wraz z magazynami. Dzięki temu nasza obozowa Redakcja Ekskluzywnych Logicznie Analizujących Niektóre Informacje Utalencionych Mózgów czyli "RELANIUM" mogła tak wydajnie owocować /bez skojarzeń/. Trzeba przyznać, że pierwsze numery RELANIUM były dość anemiczne. Chyba ze względu na "extra zupki".
Huta Wysowska 5-27 lipiec 1982 rok
(no może i się zagalopowałam wychodząc na przód, ale to dla dobra sprawy)
W sierpniu 1981 roku z ulicy Wąsowiczów, a właściwie Zawiszy Czarnego, ruszyły pewnie trzy autokary, które po wielu godzinach dowiozły nas na miejsce obozowania. Było już ciemno, gdyśmy wysiedli z tych autokarów. Polecono nam zabrać plecaki - mój był ortalionowy w kolorze pomarańczowym, w takim, jak ponad dwie dziesiątki lat później przyjął kolor Rewolucji Pomarańczowej na Ukrainie - i ruszyliśmy w ciemność, która poprzerastana była sosnami. Słuch był tym zmysłem, który jako pierwszy został wykorzystany zanim dotarliśmy na miejsce. Jak nam wyjaśniono, uczestnicy drugiego turnusu żegnali się przy ognisku z Roztoczem, zanim autokary, które przywiozły nas, powieźć ich miały ku końcowi ich letniej przygody. W tym momencie musimy zatrzymać się na dłużej, ponieważ ważkość moich przeżyć tego wymaga. Nie mam słuchu muzycznego, ale to co usłyszałam nie wymaga na szczęście posiadania takich zdolności, ani talentów. Usłyszałam gromki śpiew kilkudziesięciu osób, pozostających ze sobą w wielkiej zażyłości, bo gdyby nie tak wielka zażyłość, śpiew nie brzmiałby w ten sposób. Doszedł mnie, jakąś już nadnaturalną zdolnością, pogłos wszystkich rozmów i zdarzeń, które tworzyły obozową codzienność kończącego się turnusu. Jakaż tam panowała wspaniała atmosfera! Pomyślałam z zadziwieniem, ale i z wielką zazdrością, na szczęście z taką budującą do porządnych działań zazdrością, jak mogłam przeżyć dotąd moje życie bez doświadczenia czegoś takiego, czego wtedy nazwać jeszcze nie potrafiłam i że odtąd już tak chcę na zawsze, choć tak do końca nie wiedziałam jeszcze, czego chciałam. Dopiero później okazało się, że oprócz całej panującej tam atmosfery, w lesie tym panował przede wszystkim duch Druhny Panasiowej. Całkiem żywy duch. Z krwi i kości. Bez niej nie poznałabym, co to harcerstwo. Ale zanim się cokolwiek wydarzyło, zanim drugi turnus opuścił obozowy majdan w Majdanie Sopockim, kolejny zmysł dał nam się zaznajomić z życiem pod namiotami. Pisać, który? No, dobra. Na twoje ryzyko. To był węch. Bo kiedy ognisko już się skończyło i tych kilkadziesiąt osób zaczęło przemieszczać się tu i tam, by pozbierać bagaże, a nie pomylić z naszymi, to za każdą osobą, która miała właśnie opuścić obozowisko, niósł się dość niemiły zapach, by nie powiedzieć smrodek. To doznanie nie należało do przyjemnych. Kręciło nosem, ale tylko do czasu, kiedy my sami, którzyśmy wtedy przyjechali, nie osiągnęli takiego zaawansowania w życiu obozowym, że było nam już wszystko jedno. Obozy trwały wtedy trzy tygodnie. Latrynki, rzeczka przepływająca nieopodal, służąca raczej do mycia rąk, twarzy i zębów, przy wielkim samozaparciu... Komu chciało się gonić za grzaną wodą i myć się w namiotach sanitarnych w misce wody? Szkoda było czasu na takie nikomu niepotrzebne rzeczy. Toteż dobrze zżytych obozowiczów na pierwszy rzut oka rozpoznawało się słuchem i węchem, a nie okiem. Cóż, wpadłam wtedy z kretesem.
Pierwsza piosenka zasłyszana tuż po przyjeździe do Majdanu Sopockiego, dokładnie wtedy, kiedy wcześniejszy turnus miał swoje pożegnalne ognisko. Nie żeby nie wiadomo, jaka ambitna...
"Ty druhu ze mną bądź, przez gorzkie śmiej się łzy
ty z całym światem bądź, druhu na ty."
Pewnie skłamałabym, gdybym nie przyznała się do tego, że urzekło mnie również "Obozowe tango". Całkiem niedawno, tuż przed kolędowym spotkaniem Cisowców Dariusz F. zastanawiał się na forum całego internetowego świata, czy bym mu zaśpiewała serenadę. Serenada z "Obozowego tanga" była jak znalazł.
sobota, 8 stycznia 2011
Zanim się wszystko zaczęło
Co można planować przeddzień wakacji mając 17 lat? My z koleżankami z klasy, a miałam w klasie tylko koleżanki, zaplanowałyśmy wspólny wakacyjny wyjazd. A żeby to tylko jeden? Ponieważ miałyśmy za sobą już kilka udanych wspólnych pobytów zimowych i letnich na zorganizowanym wypoczynku i w dodatku dobrze nam razem było, więc puściłyśmy wodze fantazji. Zaplanowałyśmy wyjazd na obóz wędrowny, a zaraz potem na obóz... harcerski. Przy czym żadna z nas harcerką raczej nie była. Owszem, mundurek harcerski był nieodzownym atrybutem każdego ucznia w tamtych latach, ale to wszystko, co z harcerstwem nas łączyło. Natomiast jeden obóz wędrowny był już za nami. Był to obóz z kategorii tych, organizowanych przez niezapomnianą nauczycielkę geografii w II ogólniaku, profesorkę Danutę K. Wtedy byłyśmy na obozie Łódź - Warszawa i tak zaczęłyśmy naszą znajomość z profesorką K., która w innych, nie wiedzieć czemu, budziła lęk. Czyżby przez swoje ulubione powiedzenie: "Idź, ty to taka głupia jesteś, że ciebie to tylko w armatę i w kibiny"? Tylko, o co tu fochy stroić? Co prawda, to nie fałsz. Przyznać trzeba, że szybko traciła cierpliwość ta wspaniała organizatorka niezapomnianych letnich przygód i podróży, ale w końcu każdy ma jakieś słabe strony. Ja tam nigdy, przenigdy, ani podczas lekcji, ani podczas wakacji nie byłam adresatką ulubionego powiedzonka... Toteż, wracając do pozostawionych planów, przed zbliżającym się latem powzięłyśmy postanowienie, by znów wybrać się na wakacyjną wędrówkę z profesorką K. i poznać, tym razem, kraj pierwszych Piastów, ze wszystkimi wspaniałościami historycznymi i geograficznymi, jakie w sobie krył. Taki obóz wędrowny niejednym odciskiem i łzami bólu zapisał się w naszej pamięci. Ale o czym tu mówić, kiedy się ma 17 lat?! Z koleżankami z klasy bywałyśmy też dwukrotnie zimą podczas ferii w Zakopanem w Domu Wczasów Dziecięcych, przy ulicy Karłowicza. Cóż za wspaniałe i niezapomniane chwile fundowali nam gospodarze tego miejsca? Tam nauczyłam się jeździć na nartach. Mieszkaliśmy u stóp Nosala, wyciąg nomen omen pod nosem, narty w zasobach ośrodka (kto wtedy miał własne narty? nieliczni!), instruktor jazdy na nartach wśród kadry. Całe dnie spędzaliśmy na śniegu, popołudniami zwiedzaliśmy miasto z najwspanialszą przewodniczką, która z wielką miłością opowiadała nam o takich wydarzeniach i pokazywała takie miejsca, których normalnie przewodnicy nie opowiadają i nie pokazują, bo rzadko kiedy mają tak wielkie przywiązanie do tych miejsc i zdarzeń. Natomiast wieczorami organizowaliśmy wieczory poetycko-muzyczne. Czerpaliśmy z miejscowego bogactwa twórczości Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej, Karola z Atmy i pozostałych. Jakież to były piękne wieczory?! No i jak tu nie chcieć znów zaznać wspólnych przygód, poznać nowych ludzi, odkryć nowe miejsca? Trzeba było te wakacje Anno Domini 1981 zaplanować tak, by wycisnąć z życia każdą chwilę.
"Jutro popłyniemy daleko,
jeszcze dalej niż te obłoki,
pokłonimy się nowym brzegom,
odkryjemy nowe zatoki."
"Jutro popłyniemy daleko,
jeszcze dalej niż te obłoki,
pokłonimy się nowym brzegom,
odkryjemy nowe zatoki."
piątek, 7 stycznia 2011
Długa droga do odnalezienie siebie
Ciężko było mi odnaleźć siebie w całkiem nowej rzeczywistości. Przeprowadzką do innego miasta oderwana zostałam od wszystkiego, co znałam, od wszystkiego, co dawało poczucie bezpieczeństwa i przynależności do miejsca i ludzi. Musiałam poszukiwać nowych dróg, nowych towarzyszy, nowego świata wreszcie. Może w Moim Mieście poszukiwanie nowych dróg wyglądałoby podobnie, bo przecież dorastając stawałam się całkiem nowym człowiekiem, ale... Ale pozostanie na zawsze. Bo nigdy nie będę wiedziała kim stałabym się, gdyby 1975 roku mapa polityczna naszego kraju nie została poszatkowana na 49 województw.
Niestety, zawsze należałam do gatunku ludzi, którzy potrzebują towarzystwa innych, jak ryba wody, orzeł przestworzy, kozica skał. Dopiero całkiem niedawne doświadczenia sprawiły, że wyraziłam życzenie: "obym już nigdy na swej drodze nie spotkała człowieka". Zbyt dużo bólu, by go przywoływać, ale też i niezmierna radość, że otwarły się me oczy.
Ten mój pęd do towarzystwa ludzi, wszystkie okoliczności przeszłego życia, między innymi zapewne odwiedziny Aniołów - Skrzydlatych Wysłanników Nieba, niezliczone wyprawy Wszystkimi Drogami Mojego Dzieciństwa i wpływ towarzyszy tych wypraw, oddziaływanie domu rodzinnego, intuicyjna wiara w bezmierną, wszechogarniającą miłość Najwyższego, skierowały moje kroki w krainy, które pozwoliły mi na zawsze odnaleźć swoje miejsce w świecie. Na zawsze, bo do tej pory. Nie znam dzisiaj innego zawsze w moim życiu. Choć kiedyś działy się rzeczy, które zdawały się trwać wiecznie. Jednak te minęły, pozwalając mi wyjść z nich zbudowaną mocą odprowadzenia rodziców ku prawdziwemu życiu.
Ale ileż to wtedy czasu upłynęło, zanim odnalazłam to cudowne miejsce? Ile doświadczeń w życiu, odkrywania nowych ludzi, poznawania nowych ścieżek, poszukiwań? Ile doświadczania wzlotów i upadków, radości i smutków, zwycięstw i przegranych, nadziei i beznadziei? Ile pór roku minęło, podczas których ziemia najpierw rodziła plony, by niebawem zasnąć, skuta lodem? Ile zeszytów, tomów pisanych od najwcześniejszych lat pamiętników, urosło w stos uchwyconych chwil? Wydaje mi się, że nazbyt wiele. Warto jednak było przeżyć każdy dzień mojego życia ze wszystkimi wydarzeniami, które niósł, by dotrzeć do miejsca, gdzie... do miejsca, w którym... tego się nie da teraz napisać. Aby oddać wartość tego miejsca, które było startem w moją przyszłość, czyli teraźniejszość, trzeba mi będzie wiele wieczorów i nocy spędzić przy klawiaturze komputera i z pokorą, ale i nadzieją prosić, bym otrzymanych talentów nie zakopała znów, gdzieś głęboko, przez roztargnienie, czy rzekomą przebiegłość, skrywając przed złodziejami, albo i własną niemocą. Zapewne miejsca tego nie da się zmierzyć żadną strukturą, którą zazwyczaj mierzy, czy określa się miejsca. Ono jest bytem. Ono jest drogą i rzeką, morzem i oceanem, podążaniem i pragnieniem. Zarazem spełnieniem.
"... niech się spełni wszystko:
żeby jutro było słońce,
ptak mógł w gniazdo wrócić,
żeby wierzba nie płakała,
przestała się smucić."
Niestety, zawsze należałam do gatunku ludzi, którzy potrzebują towarzystwa innych, jak ryba wody, orzeł przestworzy, kozica skał. Dopiero całkiem niedawne doświadczenia sprawiły, że wyraziłam życzenie: "obym już nigdy na swej drodze nie spotkała człowieka". Zbyt dużo bólu, by go przywoływać, ale też i niezmierna radość, że otwarły się me oczy.
Ten mój pęd do towarzystwa ludzi, wszystkie okoliczności przeszłego życia, między innymi zapewne odwiedziny Aniołów - Skrzydlatych Wysłanników Nieba, niezliczone wyprawy Wszystkimi Drogami Mojego Dzieciństwa i wpływ towarzyszy tych wypraw, oddziaływanie domu rodzinnego, intuicyjna wiara w bezmierną, wszechogarniającą miłość Najwyższego, skierowały moje kroki w krainy, które pozwoliły mi na zawsze odnaleźć swoje miejsce w świecie. Na zawsze, bo do tej pory. Nie znam dzisiaj innego zawsze w moim życiu. Choć kiedyś działy się rzeczy, które zdawały się trwać wiecznie. Jednak te minęły, pozwalając mi wyjść z nich zbudowaną mocą odprowadzenia rodziców ku prawdziwemu życiu.
Ale ileż to wtedy czasu upłynęło, zanim odnalazłam to cudowne miejsce? Ile doświadczeń w życiu, odkrywania nowych ludzi, poznawania nowych ścieżek, poszukiwań? Ile doświadczania wzlotów i upadków, radości i smutków, zwycięstw i przegranych, nadziei i beznadziei? Ile pór roku minęło, podczas których ziemia najpierw rodziła plony, by niebawem zasnąć, skuta lodem? Ile zeszytów, tomów pisanych od najwcześniejszych lat pamiętników, urosło w stos uchwyconych chwil? Wydaje mi się, że nazbyt wiele. Warto jednak było przeżyć każdy dzień mojego życia ze wszystkimi wydarzeniami, które niósł, by dotrzeć do miejsca, gdzie... do miejsca, w którym... tego się nie da teraz napisać. Aby oddać wartość tego miejsca, które było startem w moją przyszłość, czyli teraźniejszość, trzeba mi będzie wiele wieczorów i nocy spędzić przy klawiaturze komputera i z pokorą, ale i nadzieją prosić, bym otrzymanych talentów nie zakopała znów, gdzieś głęboko, przez roztargnienie, czy rzekomą przebiegłość, skrywając przed złodziejami, albo i własną niemocą. Zapewne miejsca tego nie da się zmierzyć żadną strukturą, którą zazwyczaj mierzy, czy określa się miejsca. Ono jest bytem. Ono jest drogą i rzeką, morzem i oceanem, podążaniem i pragnieniem. Zarazem spełnieniem.
"... niech się spełni wszystko:
żeby jutro było słońce,
ptak mógł w gniazdo wrócić,
żeby wierzba nie płakała,
przestała się smucić."
środa, 5 stycznia 2011
"Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie."
Pamiętam podobną styczniową noc sprzed kilku lat. Była, jak dzisiaj równie śnieżna, mroźna i późna. Wchłonęła mnie swoją bezdenną otchłanią w niezwykłą podróż, po której wróciłam do rzeczywistości inna, zupełnie inna, niż w momencie, kiedy wyruszałam. Nie oglądałam wcześniej żadnych map, które pozwoliłyby mi wyznaczyć drogi podróżowania. Nie przygotowywałam się w żaden znany, sprawdzony sposób, w jaki zazwyczaj ludzie przygotowują się do wielkiej wyprawy. Ja wtedy nie wiedziałam nawet, że każda upływająca minuta zabiera mnie nie tyle dalej, co głębiej, w tę nieplanowaną podróż. Nie miałam więc termosu z gorącą herbatą, choć było przecież mroźno i wietrznie. Nie miałam kanapek, które są nieodzowne w drodze. Nie miałam żadnych planów, ani widoków. Za to miałam bagaż. Wielki bagaż mojego dotychczasowego życia. Bo to była noc, po której miałam skończyć czterdzieści lat. Ludzie lubią robić podsumowania. Robią podsumowania mijającego roku dokładając do tego rzetelne, w momencie dokładania, postanowienia na przyszłość. Robią podsumowania jakichś zadań, które wykonali. Tak robią, bo tak się nauczyli. Ja nie chciałam niczego podsumowywać. Nie planowałam, jak nie planowałam podróży, robienia żadnych dobrych, czy złych postanowień. Zupełnie spontanicznie wsłuchałam się w głos mojego bijącego serca. To ono zabrało mnie w tę podróż w głąb siebie. W głąb mojego serca. Zamieniłam kuchenną ławkę w kapsułę podróży. Wpadłam chyba do kopalni, bo odkopałam niewyobrażalny świat własnych wspomnień, przeżyć, pragnień. Byłam też blisko gwiazd, bo żarzyły mocnym światłem i rozpaliły moje wnętrze do świadomości kantowskiej i ugruntowały przekonanie co do jego zawartości. Nie pamiętam, gdzie jeszcze podróżowałam, dość, że wróciłam całkiem odmieniona. Przypomniałam sobie o marzeniach, które niegdyś wypełniały moją codzienność. Przypomniawszy, stwierdziłam, że nie mogę ich dłużej odkładać na spełnienie w lepszych czasach. Przypomniałam sobie o ideałach, którym pozwoliłam pokryć się patyną czasu. Przypomniawszy, zaczęłam zdmuchiwać warstwy kurzu i patyny. Przypomniałam sobie o blasku iskier, który przygasł w moim dotychczasowym życiu. Przypomniawszy, roznieciłam ogień, by uwolnił iskry do lotu ku niebu. Na koniec założyłam mundur lekko pocierając krzyż harcerski, by tylko wypukłości lśniły i ruszyłam zmieniać siebie.
Jest to początek wspomnień, na które wszyscy czekają.
Myślę, że dojrzały we mnie do tego, by odsłonić je
oczekującym. One we mnie, ja w nich? A cóż to w końcu
za różnica? Pamiętajcie: one są moje. Jeśli kto zobaczy
inna rzeczywistość, niż ma we własnej pamięci, to dobrze.
Właśnie to do siebie mają wspomnienia.
Jest to początek wspomnień, na które wszyscy czekają.
Myślę, że dojrzały we mnie do tego, by odsłonić je
oczekującym. One we mnie, ja w nich? A cóż to w końcu
za różnica? Pamiętajcie: one są moje. Jeśli kto zobaczy
inna rzeczywistość, niż ma we własnej pamięci, to dobrze.
Właśnie to do siebie mają wspomnienia.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Podróże z Maleńką Wnuczką
Na Wyspie BulaGula-GulaBula ląduje się całkiem zwyczajnie. Wystarczy tylko nieco przychylić ramiona, posterować ciałem jak podczas jazdy na sankach i już - sfruwa się z nieba jak ptak przysiadający na ziemi w bezpiecznym miejscu. Przez chwilę miałam wrażenie, że siądziemy na wodzie, ja i moja Maleńka Wnuczka, z którą odkryłyśmy niedawno całkiem nowy ląd i nazwałyśmy go Wyspą BulaGula-GulaBula. Przysiadłyśmy jednak nie na wodzie a na miękkim i puszystym piasku, takim, jakiego nie znajdziesz na żadnym lądzie realnego świata. Piasek był jak puch, miało się wrażenie, że wszystkie kołdry i poduszki w naszym domu uwolniły swoje puszki wydarte z pierza zręcznymi rękami kobiet z rodziny mojej Maleńkiej Wnuczki. Ależ tego było! Woda delikatnymi falami przypływała i odpływała leniwie, dotykając nieśmiało naszych stóp, gdy stałyśmy przy brzegu, rozkoszując się miękkością i delikatnością puszystego piasku Wysp BulaGula-GulaBula. Była jak koktajl truskawkowy z różową pianką, którą chciało się innym zmysłem skosztować, niż tylko dotykiem bosych stóp. Była różowa, bo odbijała w swym spokojnym lustrze niebo wyściełane niezliczoną ilością motyli o różowo-liliowych skrzydłach, które w pięknym tańcu witały nas na dziewiczej Wyspie. Machając skrzydełkami, grały melodię tak cudną i ckliwą, że żaden z ziemskich kompozytorów, choćby największych, w swoich marzeniach o muzyce, takiej nie słyszał. Aż chciało się zatopić w różowo-białej kresce wyznaczonej zetknięciem się pian morskich z puszystą plażą Wyspy BulaGula-GulaBula. Ponieważ moja Maleńka Wnuczka, oraz ja - jej Babcia, mogłyśmy robić dosłownie wszystko, co chciałyśmy robić, więc położyłyśmy się tak, by głowy i ramiona spoczywały w miękkości puszystego piachu plaży, zaś by nasze nogi miały możliwość nurzania się w pienistym różu Koktajlowego Morza, bo przecież morze, które stykało się z Wyspą nie mogło nazywać się inaczej. Tak było przyjemnie, tak miło, tak pachnąco, grająco, uspokajająco, że z wielkiej radości, iż możemy robić dosłownie wszystko co chcemy: zasnęłyśmy, choć moja Maleńka Wnuczka właśnie ze snem walczyła, zanim zabrałam ją w kolejną podróż na Wyspę BulaGula-GulaBula.
Przed podróżą na Wyspę BulaGula-GulaBula
![]() |
Przed podróżą na Wyspę BulaGula-GulaBula
sobota, 25 grudnia 2010
czwartek, 23 grudnia 2010
środa, 22 grudnia 2010
"... Pomaga" i konkurs literacki
Poszukiwałam dzisiaj ludzi dobrej woli, ponieważ bardzo chciałam pomóc potrzebującym. Wiadomo, że przed Świętami ludziom łatwiej dobre uczynki wychodzą. Razem z Młodym Człowiekiem wydeptywaliśmy ścieżki, by znaleźć darczyńców dla naszych Bliźniaków. Instytucje były łaskawe. Prywatne osoby obiecały, że "coś" zrobią. Nieco zrezygnowana wróciłam do domu. Rozumiem, że prywatne osoby są do znudzenia zasypywane prośbami o pomoc finansową. Ale my nie prosiliśmy o pieniądze. Przy przeglądaniu stron internetowych, weszłam na fb, by zobaczyć co nowego u znajomych. I tam na stronie Przyjaciela znalazłam kłujące w oczy ogłoszenie: "...Pomaga. Pomóżcie nam znaleźć osoby, które najbardziej potrzebują naszej pomocy!" Czyż to nie było zrządzenie losu? Nie! Zaraz wytłumaczę. Otóż weszłam na stronę "... Pomaga" i przeczytałam, że "... Pomaga" organizuje swoisty konkurs literacki. W regulaminie stało, że należy opisać sytuację chorego, potrzebującego pomocy dziecka i poprzez trzy nagrodzone pierwsze miejsca otrzymać fortunę dla "bohatera" swojej opowieści. Zasada była taka, by nie zdradzić nazwisk, miejsc i żadnych danych osobowych opisywanych osób. Pestka.
Dodam, że Młody Człowiek rzucił mi kiedyś wyzwanie, mówiąc: "Wyciskacze łez potrafisz pisać, napisz teraz coś w innym tonie." Chciałam sprawdzić czy moje wyciskacze łez wycenione zostaną na 15 tys. zł. i przystąpiłam do konkursu. Trzy tysiące znaków i ani kropki więcej. I żadne zrządzenie losu, tylko, wierzę, moc sprawcza innych sił!
Do moich rąk trafił kiedyś tekst - dzienniki dziewczyny, która jako pierwsza w Polsce pacjentka chora na mukowiscydozę przeszła przeszczep płuc w wiedeńskiej klinice. Poproszono mnie o przygotowanie do druku pozostawionych w testamencie dzienników. Praca trwająca kilka miesięcy była niezwykle wyczerpująca emocjonalnie. Musiałam zaprzyjaźnić się z... nieżyjącą dziewczyną. Weszłam w środowisko jej bliskich, przyjaciół, lekarzy i innych chorych. Poznałam mnóstwo cudownych ludzi, którzy dokładnie wiedzą jak wielkim cudem jest życie. Zrządzenie losu, wierzę, że inne siły sprawiły, że poznałam rodzinę, w której jest troje dzieci chorych na muko. O tym, że najmłodsze dziecko jest chore, mama dowiedziała się trzy dni przed spotkaniem ze mną i właśnie jechała z najmłodszym dzieciątkiem na pierwszą wizytę do ośrodka leczącego jej starsze dzieci. Była załamana. Tym bardziej, że badania przesiewowe wykonane po urodzeniu małej dały wynik ujemny! Spotkałyśmy się w samochodzie prezeski stowarzyszenia pomagającego chorym i ich rodzinom. Ja jechałam wtedy do owego ośrodka celem spotkania ze środowiskiem medycznym i przeprowadzenia rozmów niezbędnych do pracy nad tekstem. Musiałam wniknąć w temat do najgłębszej głębi. Wniknęłam, prędzej niż mogłabym sobie wyobrazić. Prezeska otrzymała telefoniczną wiadomość, że w ośrodku właśnie odchodzi kolejny pacjent, dziecko. Przez drogę, prowadząc samochód odmawiała Koronkę do Bożego Miłosierdzia... Czy modlitwa otwarła drogę młodemu pacjentowi do nieba? Nie wiem. Gdy dotarłyśmy na miejsce młody człowiek, wolny już od walki o oddech, podążał zapewne w bezmiar Bożej miłości. Myślę, że modlitwa była bardziej potrzebna żyjącym - powtarzane jak mantra słowa Koronki przynosiły wyciszenie i pozbawiały lęku. Mało kto chciałby tego dnia dzielić ze mną moje emocje. Nie uważam się za przykładną i mocno wierzącą osobę, ale tego dnia biednej, zbolałej mamie trójki dzieci chorych na muko powiedziałam: "Proszę nie traktować swojego losu inaczej, niż jako wielkiego dotknięcia Bożą Miłością" i... myślałam, że mi serce pęknie. Znów los zrządził, wciąż wierzę, że inne siły również, że prowadząc moją działalność w wolontariacie w ZHP spotkałam na swojej drodze starsze dzieci owej zbolałej matki. Ktoś by powiedział: całkowicie przez przypadek. Bo na pierwszy rzut oka tak to wyglądało. To była wycieczka klasowa. Dwoje starszych dzieci, to trzynastoletnie bliźniaki. Wkrótce los i te inne siły tak kierowały naszymi drogami, że bliźniaki znów znalazły się w pobliżu - na letnim obozie, który prowadziłam. Wtedy bliskość stała się jednością. W dniu urodzin bliźniaków, na obozie, na skraju lasu, skąd blisko do gwiazd, przy blasku ogniska w miejscu i chwili, w której wszystko było możliwe a iskry z ogniska przemieszały się z gwiazdami, twarze bliźniaków płonęły radością, a ja pomyślałam: dzięki Ci Boże za ten wielki dar poznania i możliwość pokochania bliźniaków i ich maleńkiej siostry. Tych troje dzieci to naprawdę wielkie dotknięcie Bożej Miłości.
Czuć to napięcie w tekście? Im bliżej końca tym większy chaos, myśli poplątane, urywane. Jak oddech chorych na muko...
Mnie ograniczała tylko dopuszczona ilość znaków.
Chcę zdobyć I miejsce w konkursie "... Pomaga". Zbliża się Noc, w której spełnia się cud...
Dodam, że Młody Człowiek rzucił mi kiedyś wyzwanie, mówiąc: "Wyciskacze łez potrafisz pisać, napisz teraz coś w innym tonie." Chciałam sprawdzić czy moje wyciskacze łez wycenione zostaną na 15 tys. zł. i przystąpiłam do konkursu. Trzy tysiące znaków i ani kropki więcej. I żadne zrządzenie losu, tylko, wierzę, moc sprawcza innych sił!
Do moich rąk trafił kiedyś tekst - dzienniki dziewczyny, która jako pierwsza w Polsce pacjentka chora na mukowiscydozę przeszła przeszczep płuc w wiedeńskiej klinice. Poproszono mnie o przygotowanie do druku pozostawionych w testamencie dzienników. Praca trwająca kilka miesięcy była niezwykle wyczerpująca emocjonalnie. Musiałam zaprzyjaźnić się z... nieżyjącą dziewczyną. Weszłam w środowisko jej bliskich, przyjaciół, lekarzy i innych chorych. Poznałam mnóstwo cudownych ludzi, którzy dokładnie wiedzą jak wielkim cudem jest życie. Zrządzenie losu, wierzę, że inne siły sprawiły, że poznałam rodzinę, w której jest troje dzieci chorych na muko. O tym, że najmłodsze dziecko jest chore, mama dowiedziała się trzy dni przed spotkaniem ze mną i właśnie jechała z najmłodszym dzieciątkiem na pierwszą wizytę do ośrodka leczącego jej starsze dzieci. Była załamana. Tym bardziej, że badania przesiewowe wykonane po urodzeniu małej dały wynik ujemny! Spotkałyśmy się w samochodzie prezeski stowarzyszenia pomagającego chorym i ich rodzinom. Ja jechałam wtedy do owego ośrodka celem spotkania ze środowiskiem medycznym i przeprowadzenia rozmów niezbędnych do pracy nad tekstem. Musiałam wniknąć w temat do najgłębszej głębi. Wniknęłam, prędzej niż mogłabym sobie wyobrazić. Prezeska otrzymała telefoniczną wiadomość, że w ośrodku właśnie odchodzi kolejny pacjent, dziecko. Przez drogę, prowadząc samochód odmawiała Koronkę do Bożego Miłosierdzia... Czy modlitwa otwarła drogę młodemu pacjentowi do nieba? Nie wiem. Gdy dotarłyśmy na miejsce młody człowiek, wolny już od walki o oddech, podążał zapewne w bezmiar Bożej miłości. Myślę, że modlitwa była bardziej potrzebna żyjącym - powtarzane jak mantra słowa Koronki przynosiły wyciszenie i pozbawiały lęku. Mało kto chciałby tego dnia dzielić ze mną moje emocje. Nie uważam się za przykładną i mocno wierzącą osobę, ale tego dnia biednej, zbolałej mamie trójki dzieci chorych na muko powiedziałam: "Proszę nie traktować swojego losu inaczej, niż jako wielkiego dotknięcia Bożą Miłością" i... myślałam, że mi serce pęknie. Znów los zrządził, wciąż wierzę, że inne siły również, że prowadząc moją działalność w wolontariacie w ZHP spotkałam na swojej drodze starsze dzieci owej zbolałej matki. Ktoś by powiedział: całkowicie przez przypadek. Bo na pierwszy rzut oka tak to wyglądało. To była wycieczka klasowa. Dwoje starszych dzieci, to trzynastoletnie bliźniaki. Wkrótce los i te inne siły tak kierowały naszymi drogami, że bliźniaki znów znalazły się w pobliżu - na letnim obozie, który prowadziłam. Wtedy bliskość stała się jednością. W dniu urodzin bliźniaków, na obozie, na skraju lasu, skąd blisko do gwiazd, przy blasku ogniska w miejscu i chwili, w której wszystko było możliwe a iskry z ogniska przemieszały się z gwiazdami, twarze bliźniaków płonęły radością, a ja pomyślałam: dzięki Ci Boże za ten wielki dar poznania i możliwość pokochania bliźniaków i ich maleńkiej siostry. Tych troje dzieci to naprawdę wielkie dotknięcie Bożej Miłości.
Czuć to napięcie w tekście? Im bliżej końca tym większy chaos, myśli poplątane, urywane. Jak oddech chorych na muko...
Mnie ograniczała tylko dopuszczona ilość znaków.
Chcę zdobyć I miejsce w konkursie "... Pomaga". Zbliża się Noc, w której spełnia się cud...
poniedziałek, 20 grudnia 2010
"Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec"
Odchodzą wszyscy. Po kolei. Bilety do nieba dostali? Boją się, że nie zdążą? Może, że im miejsca braknie? I cóż z tego, że niektórzy wiek słuszny mieli? Tym większa pustka po nich na ziemi zostaje. Wypełniali nasz świat swoim doświadczeniem, zdobytym w najcięższych dla Ojczyzny chwilach. Zabrały im młodość. Nie narzekali. Wypełniali nasz świat swoją wiedzą. Mozolnie zdobywali. Hojnie dzielili. Wypełniali nasz świat swoim ciepłem. Jak chleb powszedni dawali. Wypełniali nasz świat swoim światłem. To światło przyświecać nam teraz musi w czasach przejścia. Bo nam teraz sposobić się do Ich roli przystoi.
Odszedł Pan Jakub Muller - strażnik grobu cadyka. Postać nierozerwalnie z Sączem związana. Napisano: był "naocznym świadkiem holocaustu". Co się w tych słowach kryć musi?! Ból jaki, cierpienie, żałoba trwająca dziesiątkami lat... Tak, jak wcześniej odeszła nieodżałowana Nusia - Irena Styczyńska. Choć nie Żydówka, też była świadkiem holocaustu. I wszystkich okrucieństw wojny oraz totalitarnego systemu, w jakim po wojnie Im wszystkim żyć przyszło. I doktor Masior. Wygnany i oderwany od swoich korzeni. Wypędzony, jak wielu, ze Lwowa. I Druhna "Babcia" Panasiowa. Chociaż nie z Sącza, to nie ma znaczenia. Jej życie było legendą opowiadaną w dniach, kiedy jej serce troszczyło się jeszcze o sprawy ziemskie...
I tylu przed nimi. Tylu razem z nimi. I zapewne jeszcze po nich. Nie sposób wymienić wszystkich. Nie na tym sztuka polega. Sztuką będzie niebywałą, takim krokiem przez życie teraz iść, by Ich marszowi dorównać. Choć starców nogi nie były przecież tak sprawne jak nasze. Choć żwawiej ruszać się potrafimy. Tylko, czy nadążymy? Za Ich umiłowaniem człowieka. Umiłowaniem miejsc, do których Ich los przypisał. Umiejętnością nadawania biegu wydarzeniom zwykłym i niezwykłym.
Ich życie jak spiżowy dzwon, pozostawiło w naszych sercach wezwanie do rzeczy wielkich. I spraw codziennych. I wypełnili testamentowe dziedzictwo, by wzorem wieszcza "tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata"
Tu nie ma patosu. Tu słowa Kadiszu splatają się ze słowami Pater Noster.
Odszedł Pan Jakub Muller - strażnik grobu cadyka. Postać nierozerwalnie z Sączem związana. Napisano: był "naocznym świadkiem holocaustu". Co się w tych słowach kryć musi?! Ból jaki, cierpienie, żałoba trwająca dziesiątkami lat... Tak, jak wcześniej odeszła nieodżałowana Nusia - Irena Styczyńska. Choć nie Żydówka, też była świadkiem holocaustu. I wszystkich okrucieństw wojny oraz totalitarnego systemu, w jakim po wojnie Im wszystkim żyć przyszło. I doktor Masior. Wygnany i oderwany od swoich korzeni. Wypędzony, jak wielu, ze Lwowa. I Druhna "Babcia" Panasiowa. Chociaż nie z Sącza, to nie ma znaczenia. Jej życie było legendą opowiadaną w dniach, kiedy jej serce troszczyło się jeszcze o sprawy ziemskie...
I tylu przed nimi. Tylu razem z nimi. I zapewne jeszcze po nich. Nie sposób wymienić wszystkich. Nie na tym sztuka polega. Sztuką będzie niebywałą, takim krokiem przez życie teraz iść, by Ich marszowi dorównać. Choć starców nogi nie były przecież tak sprawne jak nasze. Choć żwawiej ruszać się potrafimy. Tylko, czy nadążymy? Za Ich umiłowaniem człowieka. Umiłowaniem miejsc, do których Ich los przypisał. Umiejętnością nadawania biegu wydarzeniom zwykłym i niezwykłym.
Ich życie jak spiżowy dzwon, pozostawiło w naszych sercach wezwanie do rzeczy wielkich. I spraw codziennych. I wypełnili testamentowe dziedzictwo, by wzorem wieszcza "tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata"
Tu nie ma patosu. Tu słowa Kadiszu splatają się ze słowami Pater Noster.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




