MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 26 kwietnia 2011

Droga do Rzymu

Takiego obrotu sprawy nie przewidziałabym w najśmielszych zapatrywaniach i przemyśleniach. Bo przecież wszyscy wiedzą, że nie w marzeniach. To było raczej pragnienie, ale dotyczyło sfery twórczej. Żadne podróże po świecie nie błąkały mi się po głowie. No, ile osób zaglądających tutaj może poświadczyć, że zawsze i zawzięcie mówiłam, że nie marzą mi się podróże, zwłaszcza po stolicach europejskich? Jak walecznie odpierałam argumenty Darka, że koniecznie powinnam zobaczyć Lwów?! Jak całkiem niedawno rozmawiając z Młodym Człowiekiem, z Którym Ostatnio Spędzam Dużo Czasu, stwierdziłam,  że Rzym byłby ostatnim miastem, do którego pojechałabym, gdybym miała gdziekolwiek ruszyć w świat! Ja wiem, że czasem powiemy coś w takim momencie, w którym jakieś magiczne siły wychwycą nasze słowa i zaniosą przed oblicze Tego, Który Wszystko Może. A mogąc wszystko, robi człowiekowi psikusy.
O. Fabian w czasie swoich niedzielnych przepowiadań, których słucham z zapartym tchem, mówi zawsze: o co będziesz prosić, to ci zostanie dane!
Moje pragnienie dotyczyło otrzymania daru pisania. Możliwości odkopania tych talentów, co to je dostawszy, skrzętnie zakopałam, by nie zginęły... Nie pragnęłam nigdzie jechać!
Wszystko zaczęło się od dnia pogrzebu Druhny Babci. Bardzo zabolała mnie wiadomość o jej odejściu. Napisałam krótki nekrolog, bardziej może wspomnienie, pożegnanie. Przesłałam do osoby, która najbardziej z naszego środowiska z Druhną Babcią była związana.
Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy uczestnicząc w Mszy św. żałobnej pierwsze słowa, jakie usłyszałam, były podobne do słów mojego wspomnienia. Zaczęłam się wsłuchiwać... toż to mój tekst odczytywano właśnie w kościele. Na rozpoczęciu Mszy, zanim ktokolwiek mądry powiedział cośkolwiek! Wzruszyłam się bardzo. Nawet nie umiem wyrazić, jak bardzo. Wznosząc oczy, a przede wszystkim swe myśli ku niebu, które w tym momencie przysłonięte było kościelnym sklepieniem, pomyślałam: to jest największy zaszczyt, jaki mnie w życiu spotkał. I zastanawiałam się tylko dla jakiej przyczyny...
Słuchałam przepowiadań niedzielnych o. Fabiana.
Pamiętając o zaszczycie, jaki mnie spotkał, prosiłam o dar pisania.
Potem przywędrowały do mnie dzienniki Igi, bym je przygotowała do druku.
Byłam ślepa.
Znów słuchałam przepowiadań niedzielnych o. Fabiana.
Pamiętając o zaszczycie, jaki mnie spotkał, znów prosiłam o dar pisania.
Potem jakaś nieokreślona siła kazała mi zapisywać wspomnienia dzieciństwa spędzonego w Moim Mieście. Musiałam pisać dniami i nocami, bo ta siła powodowała, że gdy tylko odeszłam od klawiatury, głowa pękała mi od natłoku przelewających się tam i z powrotem gotowych do zapisania zdań.
Wiele razy wcześniej śniłam taki sen, że z mojej głowy wypływają lawiny zdań układających się w całe opowieści. Działo się to w takim tempie, w jakim rzeka spływa z wysokich gór. Nigdy w normalnym życiu na jawie myśli człowieka tak szybko nie biegną. W tym śnie miałam podobne odczucia, jak w czasie, w którym dziwna jakaś siła zmuszała mnie do zapisywania wspomnień z dzieciństwa.
Zaś pisząc nie potrafiłam niczego czytać.
Znów słuchałam przepowiadań niedzielnych o. Fabiana.
Pamiętając o zaszczycie, jaki mnie spotkał, wciąż prosiłam o dar pisania.
Potem już, gdy wspomnienia z dzieciństwa przelały się z mojej głowy do zapisu w komputerze, z mniejszym bólem i spokojniejszą perswazją spisywałam losy moje i moich przyjaciół harcerzy. Pomiędzy tymi zapiskami wtrącałam jakieś bieżące tematy. Byłam już bardzo zmęczona.
Wciąż nie potrafiłam niczego czytać.
Znów słuchałam przepowiadań niedzielnych o. Fabiana.
Pamiętając o zmęczeniu prosiłam o dar czytania.
Od przyjaciół i znajomych miałam pochlebne opinie.
Chciałam jednak od obcych, od profesjonalistów usłyszeć opinię na temat tego, co jest owocem daru, o który prosiłam. Najbardziej zależało mi, uparłam się wręcz, by w Moim Mieście ktoś łaskawie spojrzał na moje teksty. Dostałam zapewnienie od dyrektora Centrum Kultury, który w porozumieniu z Dyrektorem Muzeum postanowił wydać fragmenty moich wspomnień w Almanachu Kulturalnym.
Radość moja nie miała granic.
Dziękowałam Temu, Który Wszystko Może. Dziękując czułam się  po raz kolejny zaszczycona.
Znów słuchałam przepowiadań niedzielnych o. Fabiana.
Pamiętając o zmęczeniu prosiłam o dar czytania.
Aż w końcu przeczytałam książkę innego autora.
Znalazłam też w internecie ogłoszenie, że Watykan zaprasza blogerów. Należało wysłać zgłoszenie na podany adres mailowy i zgłosić swój blog. Informacja lakoniczna. Nic nie mówiąca. Właśnie już po wysłaniu tej dziwnej aplikacji rozmawiałam z Młodym Człowiekiem, z Którym Ostatnio Spędzam Dużo Czasu na temat tego, że wcale nie pragnę wyjechać do Rzymu.
Tuż przed Wielkanocą otrzymałam z prywatnego adresu, od całkiem mi obcej osoby gratulacje z powodu znalezienia się na liście 150 blogerów z całego świata zaproszonych do Watykanu przez Papieskie Rady ds. Kultury oraz Środków Społecznego Przekazu na konferencję blogerów!
Konferencja ma się odbyć 2 maja, jako impreza towarzysząca beatyfikacji naszego Papieża. Trochę więcej niż tydzień, znacznie mniej niż dwa tygodnie do wyznaczonej daty! Żadnej oficjalnej informacji. Za to grad maili od pozostałych osób, które z naszego kraju znalazły się na liście szczęśliwych wybrańców.
Wielka walka z myślami. Przecież w ten weekend miałam pracować. Pracuję od niedawna i tylko raz w miesiącu. Miałam składać na czesne do szkoły dla mojej Małej Dziewczynki. Lubię tę pracę. Poza tym już kilkakrotnie w życiu na szalę moich awansów zawodowych kładłam służbę wszelaką. Nie znam przecież języka. Jak ja się dostanę do Rzymu, jak sobie poradzę sama? Nie mam pieniędzy! Przecież niedawno byłam w szpitalu, bo miałam problemy z sercem!!!
Obieg maili pomiędzy moimi nowymi znajomymi "z listy" oraz telefoniczna wymiana myśli i zdań z przyjaciółmi, rozmowy z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem i koronny argument Młodego Człowieka, z Którym Ostatnio Spędzam Dużo Czasu, że to dla sprawy...
Kilkakrotnie postanawiałam:
- jadę;
- nie, zwariowałam - nie jadę;
- no, muszę jechać...




Najważniejsze w tym wszystkim jest, że wciąż nie ogarniam rozumem tego zaszczytu. Najpierw wystraszyłam się. Bo zobaczyłam. To znaczy przestałam być ślepa. Uświadomiłam sobie, że On jest i spełnia właśnie moje pragnienie. Skoro wcześniej byłam na tyle ślepa, że nie widziałam, że wszystkie wcześniejsze zaszczyty, zgodnie z przepowiadaniami o. Fabiana były spełnieniem moich próśb, to w końcu dał mi taki zaszczyt, taki znak, że już go nie mogę przegapić, przejść obok. A co mnie wystraszyło?! Już nigdy nie będę sobie mogła pozwolić na jakiekolwiek zwątpienie, co do istnienia Tego, Który Wszystko Może. Skoro tak spełnia moje pragnienia... skoro tak hojnie dzieli zaszczytami!

A ja chciałam tylko sprawdzić, czy dobre są moje teksty na blogu.

Czy ja umiem tak dziękować, jak On zaszczyca?

2 komentarze:

  1. przywieź mi coś z tego Rzymu, proszę...
    padre

    OdpowiedzUsuń
  2. Padre, dla Ciebie wszystko. Płatki róż pod stopy:)

    OdpowiedzUsuń