Ja mówiłam, że po świecie rozpuszczone zostały już mgły świadczące o tym, że koniec lata tuż tuż. Nikt mi nie wierzył, aż dzisiaj przedwieczorną porą wszyscy dostrzegli, że mleczna powłoka okryła Beskid. Najwięcej mgieł jest oczywiście w dolinach - wszędzie tam, gdzie przemykają strumyki z radością pluszczące wodami do czasu, aż nie wpadną w sidła większych potoków. To tam: w wąwozach, choćby najmniejszych, dołach i jarach te mgły się rodzą. I stamtąd rozpływają się mleczną powłoką po łąkach i polach. Dużo nieużytków stoi. Pola od wielu wiosen nie obsadzane, ani nie obsiewane, więc się te mgły tam rozsiadają, jak wrony na rżysku. Rozciągają i filtrują promienie słoneczne tak, jak to jest możliwe tylko przy końcu lata. I czynią świat niewyraźnym. Już się człowiek zastanawia, czy przypadkiem okularów przetrzeć nie musi. Zdejmuje, przeciera raz i drugi, ale świat w dalszym ciągu nieprzeźroczysty. Mglisty i mleczny. I patrząc na ten świat mgłami osnuty, tak się człowiek przeciąga, jak po ciężkiej pracy jakiej. Bo kiedy lato zaczyna zbierać się do odejścia, człowiek wie, że przyjdzie czas odpoczynku. Po pracy, którą od wieków praojcom wyznaczały pory roku. I ten odwieczny cykl pór roku wpisany jest w człowieczą świadomość, co się w najodleglejszych zakamarkach niepamięci kryje.
I trzeba dobrze nawyki świata znać, by wiedzieć, że gdy sierpnia kolorowe krajobrazy bledną, wnet się te mgły rozsiądą na polach i łąkach na dobre. Niebawem zaś przemieszają się z dymami ognisk, które człowiek rozpali. W ogniu jesiennych ognisk spłoną wszystkie dowody przeszłego lata, te, których człowiek do spichrzów nie schował.
Ale to kiedyś, niebawem. Dziś mgły zaczęły się rodzić po wąwozach, dołach i jarach i świat swoją mleczną nieprzeźroczystością otulać.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 7 sierpnia 2011
piątek, 5 sierpnia 2011
Wszystko płynie
Na dzisiejszą noc zamieniłam moją kuchnię w przetwórnię owocową. Może niezbyt to precyzyjne określenie, bo przecież wiśnie i czarne porzeczki puszczały sok od dobrych kilku tygodni. Nadszedł czas, by zlać sok ze słoików, obrobić termicznie i rozlać do butelek. Oczywiście, gdyby nie chmura muszek owocówek unosząca się nad słoikami, w których w sposób naturalny owoce puszczały sok, nie znalazłabym w sobie motywacji do zakończenia właśnie dzisiaj procesu przetwórstwa owocowego. A tak, wreszcie będę miała częściowo zapełnioną szafkę z przetworami:)
Dostrzegłam tę chmurę muszek owocówek w dobrym momencie - minionej nocy skończyłam przenoszenie plików z komputera stacjonarnego do laptopa, więc zapewne mogłam przejrzeć na oczy. Wykonałam mrówczą pracę - każdej nocy po kilka godzin poświęcałam na zgranie w sumie kilkuset gigabajtów zdjęć i dokumentów tekstowych.
I o czym ja chciałam pisać?
Wrócił do mnie we śnie koszmar przeżytej burzy gradowej.
Dobrze, że czasami można uciec od koszmarów sennych w robienie przetworów.
Sok wiśniowy ma cudownie koralowy kolor. W powietrzu unosi się zapach wiśni. Taki pestkowo-migdałowy. I ten zapach ma kolor wiśniowy. A w moim śnie ulicę, przy której mieszkam, nagle zalała przeogromna woda. Dzika i rwąca. Zanurzyła mnie w sobie po pas. Wyciągnęłam rękę, ale nie było nikogo, kto mógłby tę moją rękę złapać. Nie utonęłam. Nie mogłam dotrzeć do pracy!
Na moim soku nawet nie zbiera się zbyt dużo "szumów". Mimo, że wiśnie były obite deszczem. W ogóle puściły dużo soku. Zadziwiająco dużo soku. Ale też były mocno dojrzałe, gdy je zerwano dla mnie z drzewa.
Nikt nie lubi koszmarnych snów, a ja w szczególności nie lubię nocnych lęków i niepokoju. Gdy byłam małym dzieckiem, przebudziwszy się nocą w gorączce, zobaczyłam nachylającego się nade mną diabła. Tak sobie wtedy pomyślałam, że to diabeł. Wyglądał identycznie, jak taki czarny gumowy diabełek, z czerwonymi oczami i czerwonym wyskakującym jęzorem. Jęzor ów wyskakiwał, gdy się diabła ścisnęło. Diabeł miał rogi i ogon. Takie zabawki można było kupić w kiosku w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Zapewne była to sugestia i jakieś zaburzenie pracy fal mózgowych podczas wysokiej gorączki, a nie żadne senne widziadło. Ale do dzisiaj pamiętam ten strach, który przeżyłam. I nigdy o tym nikomu nie powiedziałam.
Naszym życiem rządzą czasami dziwne zjawiska. Pojawiają się straszydła, które nie pozwalają normalnie funkcjonować.
Po owej burzy gradowej przeprowadziliśmy wieczorem z dziećmi pogadankę na temat naszych przeżyć. Widać dla mnie była nie dość wystarczająca.
Przed laty wybrałam się z moją Małą Dużą Córeczką pociągiem do sanatorium nad morzem. Mała Duża Córeczka była wtedy jeszcze całkiem malutka. Miałam bagaż dla nas obu. Małą Dużą Córeczkę trzymałam za rękę. Przez kilka lat po owej wyprawie nawiedzały mnie koszmary senne, że dziecko wyrywa mi się i na moich oczach wpada pod lokomotywę nadjeżdżającego pociągu.
Człowiekowi potrzebna jest ponoć odpowiednia doza lęku.
Czy więc pozwolić, by owa wielka woda wraz z burzą gradową przechodziła przez moje sny do czasu, aż nie zabierze ze sobą wszystkich lęków i niepokojów, które spowodowała?
Niech płynie. Wszak wszystko płynie.
Zaraz do butelek spłynie pięknej koralowej barwy sok wiśniowy na smaczne, latem pachnące herbatki, które będą płynęły w naszym domu zimą.
Dostrzegłam tę chmurę muszek owocówek w dobrym momencie - minionej nocy skończyłam przenoszenie plików z komputera stacjonarnego do laptopa, więc zapewne mogłam przejrzeć na oczy. Wykonałam mrówczą pracę - każdej nocy po kilka godzin poświęcałam na zgranie w sumie kilkuset gigabajtów zdjęć i dokumentów tekstowych.
I o czym ja chciałam pisać?
Wrócił do mnie we śnie koszmar przeżytej burzy gradowej.
Dobrze, że czasami można uciec od koszmarów sennych w robienie przetworów.
Sok wiśniowy ma cudownie koralowy kolor. W powietrzu unosi się zapach wiśni. Taki pestkowo-migdałowy. I ten zapach ma kolor wiśniowy. A w moim śnie ulicę, przy której mieszkam, nagle zalała przeogromna woda. Dzika i rwąca. Zanurzyła mnie w sobie po pas. Wyciągnęłam rękę, ale nie było nikogo, kto mógłby tę moją rękę złapać. Nie utonęłam. Nie mogłam dotrzeć do pracy!
Na moim soku nawet nie zbiera się zbyt dużo "szumów". Mimo, że wiśnie były obite deszczem. W ogóle puściły dużo soku. Zadziwiająco dużo soku. Ale też były mocno dojrzałe, gdy je zerwano dla mnie z drzewa.
Nikt nie lubi koszmarnych snów, a ja w szczególności nie lubię nocnych lęków i niepokoju. Gdy byłam małym dzieckiem, przebudziwszy się nocą w gorączce, zobaczyłam nachylającego się nade mną diabła. Tak sobie wtedy pomyślałam, że to diabeł. Wyglądał identycznie, jak taki czarny gumowy diabełek, z czerwonymi oczami i czerwonym wyskakującym jęzorem. Jęzor ów wyskakiwał, gdy się diabła ścisnęło. Diabeł miał rogi i ogon. Takie zabawki można było kupić w kiosku w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Zapewne była to sugestia i jakieś zaburzenie pracy fal mózgowych podczas wysokiej gorączki, a nie żadne senne widziadło. Ale do dzisiaj pamiętam ten strach, który przeżyłam. I nigdy o tym nikomu nie powiedziałam.
Naszym życiem rządzą czasami dziwne zjawiska. Pojawiają się straszydła, które nie pozwalają normalnie funkcjonować.
Po owej burzy gradowej przeprowadziliśmy wieczorem z dziećmi pogadankę na temat naszych przeżyć. Widać dla mnie była nie dość wystarczająca.
Przed laty wybrałam się z moją Małą Dużą Córeczką pociągiem do sanatorium nad morzem. Mała Duża Córeczka była wtedy jeszcze całkiem malutka. Miałam bagaż dla nas obu. Małą Dużą Córeczkę trzymałam za rękę. Przez kilka lat po owej wyprawie nawiedzały mnie koszmary senne, że dziecko wyrywa mi się i na moich oczach wpada pod lokomotywę nadjeżdżającego pociągu.
Człowiekowi potrzebna jest ponoć odpowiednia doza lęku.
Czy więc pozwolić, by owa wielka woda wraz z burzą gradową przechodziła przez moje sny do czasu, aż nie zabierze ze sobą wszystkich lęków i niepokojów, które spowodowała?
Niech płynie. Wszak wszystko płynie.
![]() |
| To jest co prawda niegdysiejsza nalewka, ale wiśniowa. |
Zaraz do butelek spłynie pięknej koralowej barwy sok wiśniowy na smaczne, latem pachnące herbatki, które będą płynęły w naszym domu zimą.
Uciekający czas
Po powrocie z obozu ładnych parę dni trwało moje przystosowanie do codzienności. Nic dziwnego - z obozu harcerskiego wraca się zawsze bardzo zmęczonym, niezależnie od tego czy było się uczestnikiem, czy kadrą. Zdarzało się w historii organizowanych przez nas obozów, że były donosy rodziców, iż dzieci po powrocie do domów śpią kilka dni z rzędu. No cóż, gdyby rodzice wiedzieli ile się dzieje na takim obozie, to zapewne nie dziwiliby się temu, że dziecko miast wypoczęte, wraca pod ich skrzydła pełne wrażeń i niezapomnianych przeżyć.Umówmy się, że organizowane przez nas obozy w Stanicy są pseudoharcerskie, ponieważ nie uczestniczą w nich harcerze. Nasze obozy służą temu, by zaszczepić ideę harcowania. Udaje nam się i jedno i drugie, czyli zaszczepić ideę harcowania poprzez zastosowanie "męczących" (kadrę i uczestników) metod pracy. Od razu spieszę z wytłumaczeniem, by nikt nie chciał chcieć mnie znowu po sądach włóczyć, że "męczące" metody pracy, to takie, które zmuszają do aktywnego wypoczynku: górskie wędrówki, zajęcia na basenie, nordic-walking, gry terenowe, ogólnie pojęte harcowanie i tym podobne formy pracy zniechęcające uczestników do naruszania cierpliwości kadry instruktorskiej (wychowawczej) poprzez nadmierną aktywność własną w czasie nieprzeznaczonym do tego.
W te wakacje przystosowywać się do codzienności musiałam w odmiennych warunkach niż zazwyczaj, bo od pierwszego dnia po obozie w tę codzienność wpleciona była też praca zawodowa.
Ledwo więc unormowałam i zharmonizowałam wszystko, w czym uczestniczę (bardziej siłą rozpędu), a przyszedł moment refleksji: przecież sierpień na dobre zagościł w kalendarzu i zapewne nie wiedzieć kiedy, przemknie, by wraz z bocianami około ostatniej dekady odlecieć do ciepłych krajów i miejsce po sobie zostawić wrześniowi i październikowi.
A wrzesień i październik to integracje.I nie wiadomo: bać się tego czasu, czy czekać nań z niecierpliwością? Znów będziemy mieć do czynienia z młodzieżą niezrzeszoną, w dużej mierze trudną; zmieniającą się, jak w kalejdoskopie. Taką obrałam sobie drogę służby harcmistrzowskiej - żeby nie było łatwo. Mój drużynowy powtarzał : "per aspera ad astra", więc, gdy wreszcie jestem na prawdziwej harcerskiej imprezie, to czuję się, jakbym miód spijała. Trudna ta moja służba, ale taką podjęłam niegdyś decyzję. Zapewne w myśl jednej z sentencji Druhny Babci, że i te (w tym wypadku niezrzeszone) dzieci mają prawo do radosnego i szczęśliwego wzrastania. A wierzę, że poprzez moją pracę, naszą, bo przecież nie pracuję sama, pokazujemy tym dzieciakom kawał świata z wartościami.
Przeglądam kosztorys integracji zatwierdzony ostatecznie przez obie strony: Urząd Miasta i Hufiec i planuję brzmienie i wygląd informacji do szkół. Umowa opiewa na 250 uczestników. W ubiegłym roku szkolnym zintegrowaliśmy 550 dzieciaków, w tym roku spodziewamy się podobnej ilości. Zaledwie w ciągu września i października. Na tegoroczne integracje Miasto dało nam trzy razy większą kwotę. Wiem już, co będzie tematem przewodnim integracji!Tegoroczne integracje pozwolą uczestnikom wznieść się pod niebo, nabrać wiatru, spróbować zmierzyć się z własną niemocą, by na koniec udowodnić wszystkim, że człowiek stworzony jest do tego, by u jego ramion rosły skrzydła...
Każde dziecko przyjedzie do nas ze swoją własną"opowieścią" o tym, jakim jest człowiekiem. A naszym zadaniem będzie, w niezwykle krótkim czasie, uświadomić im wszystkim i każdemu z osobna, że w pojedynkę nie zdziała się w życiu nic.
Chociaż czasami człowiekowi tak bardzo potrzebne jest oddalenie od świata i ludzi... ale w myślach i przeżywaniu. Nie w działaniu.
(Zdjęcia pochodzą z obozu letniego w Stancy z zajęć prawie terapeutycznych, podczas których uczestnicy mieli za zadanie przygotować dla wszystkich uroczystą wesołą kolację w plenerze).
czwartek, 4 sierpnia 2011
Co można powiedzieć
Na przystanku autobusowym u stóp Jaworzyny stał spory tłum ludzi. Wreszcie przestało padać i przyszła prawdziwie letnia pogoda. Nic więc dziwnego, że turyści tłumnie zaczęli korzystać z poskąpionego dobrodziejstwa tego lata. Nie ma co, o tej porze dnia niebo odcina się szafirową kreską od szmaragdowego lasu. Zagubiony pierzasty obłok wzmacnia głębię kolorów. W oszklonych ścianach Pegaza odbija się i niebo, i las, a przede wszystkim Pani Jaworzyna.
Kiedy podeszłam bliżej okazało się, że spory tłum czekający na autobus mający wywieźć turystów spod Jaworzyny do centrum Krynicy-Zdroju, składa się z młodych emerytów. Jak miło - pomyślałam - że wreszcie i w naszym kraju emeryci organizują się i aktywnie spędzają czas, miast bawić wnuki lub siedzieć w zatłoczonych poczekalniach do lekarzy.
Zaraz też autobus przyjechał i jak lawa wszyscy oczekujący wlali się do jego wnętrza. Siedziałam pomiędzy paniami emerytkami, widać bardzo dobrze się znającymi. Rozmowa tychże od jakiegoś banalnego tematu przeszła na temat chorej koleżanki.
Było wzdychanie i ochy oraz achy, jak to Halinkę zmogło od kwietnia. Jaka biedna, słaba i coraz gorzej się czuje. Odporność prawie zerowa. I tu, nie wiedzieć czemu moje towarzyszki podróży ściszyły znacząco głosy, jakby "biedna Halinka" siedziało obok, albo co najmniej mogła je usłyszeć. A Halinkę dzisiaj wypisano ze szpitala do domu, bo już nie ma możliwości leczenia.
O wielkiej zażyłości z Halinką świadczyły wszystkie szczegóły z życia Halinki i jej najbliższych, których wymieniać tu nie ma potrzeby
- Rozmawiałaś z nią Krysiu? - zapytała jedna z pań.
- Nie, nie dzwoniłam do niej, ani nie byłam u niej. No, co ja jej biduli mogę powiedzieć?
I zaraz też Krysia przerzuciła temat na całkiem bezpieczny tor, czyli na komentarz co do bogactwa inwestora budującego przeogromny kompleks hotelowy, mijany po drodze.
No, nie! -pomyślałam ze zdzwieniem. Za chwilę moje myśli przyoblekły się i w zgrozę. - Jak można nie wiedzieć, co powiedzieć chorej (prawdopodobnie umierającej) koleżance? Jak można nie umieć, jak można bać się przynieść komuś słowo? Jak można nie potrafić współodczuwać i jak można nie potrafić swoją obecnością zaświadczyć o prawdzie? O tej prawdzie, że jest się koleżanką. Obecną. Odważną. Oddaną. Silną i pokorną.
Przecież w takiej sytuacji nie trzeba mówić nic. Wystarczy być i milczeć.
Kto zostawia drugiego człowieka z takim lękiem samego?
Czy ktoś nam dawał lekcje na trudne chwile w życiu? Czy znajdzie się gdzieś spisaną i powieloną regułkę, co powiedzieć temu, który chory, może umierający? Czy do okazania serca trzeba ukończyć jakie kursy? Czy do zwykłego świadectwa poprzez samą tylko obecność trzeba aż takiej odwagi? Odwagi, by nawet od rozmowy o tym nie uciec w błahe tematy?
"Strzeż mnie Boże od przyjaciół, bo z wrogami poradzę sobie sam."
środa, 3 sierpnia 2011
wtorek, 2 sierpnia 2011
Pasywacja przyjaźni
Czy po wielu, wielu latach można liczyć na to, że starzy przyjaciele są jeszcze tymi samymi przyjaciółmi, co kiedyś?
Taki prawdziwy przyjaciel to "złota karta" wśród wszystkich znajomych. Należę do nielicznych szczęśliwców na tym świecie, otoczonych licznym gronem przyjaciół. Nie, żeby to było łatwe dostać taką "złotą kartę".
Czas płynie. I zostawia na nas i naszych przyjaciołach swoje piętno. Rzeźbi nas, jak rzeka swoje koryto. I tak, jak dawno już przepłynęły wody rzeki, nad którą rozpinaliśmy namioty, by pod ich zielonym brezentem pielęgnować naszą przyjaźń, tak rozpłynęły się w niektórych więzi, widać złym spoiwem scalone. Choć woda owej rzeki ślizga się po tych samych kamieniach, przesunęła nieco nurt. Nurt niektórych przyjaciół zapełnił się jakimiś nowymi, nieznanymi wodami.
Podobnie jak krzyża Virtuti Militari, tytułu przyjaciela nie nadaje się za nic.
Patyną czasu pokrywają się wspomnienia. Patyna zaś kończy pewien proces. Proces pasywacji.
"O pasywacji jest mowa wtedy, gdy powłoka [ta] jest całkowicie odporna na dalsze reakcje z [tym] środowiskiem i jednocześnie na tyle szczelna, że stanowi barierę ochronną dla reszty substancji, którą otacza" (za Wikipedią).
No i chciałoby się wierzyć, że proces pasywacji przyjaźni uszczelni powierzchnię zbiorowego organizmu tak, by żadne przekłamanie nie przedarło się przez tę latami wytwarzaną barierę ochronną żywej substancji. Pod warunkiem, że ów organizm jest zdrowy.
Wszystkie rzeki świata wciąż płyną. Niektóre wysychają. Podobno coraz więcej rzek na świecie wysycha...
Rzeki wysychają, ponieważ deszcze nie padają. Deszcze zaś nie padają, bo człowiek źle gospodaruje - wyniszczając środowisko. To w takim środowisku patyna zacznie osiadać na zwykłej rdzy. Ilu dziś dostaje krzyż Virtuti Militari?
Można odmówić komuś męstwa i cnoty?
Ano, historia najnowsza pokazuje, że można.
Na szczęście nielicznym. Którzy okazali się niegodni.
Rzeki czasami mają niszczycielskie działanie.
Pasywacja ma charakter niszczycielski.
By odznaczyć się męstwem w boju pewnie nieraz trzeba stanąć przed dylematem, czy zabić wroga.
Zniszczyć i zabić. Wszelkie słabości w sobie. Wymagać tego samego od przyjaciół.
Taki prawdziwy przyjaciel to "złota karta" wśród wszystkich znajomych. Należę do nielicznych szczęśliwców na tym świecie, otoczonych licznym gronem przyjaciół. Nie, żeby to było łatwe dostać taką "złotą kartę".
Czas płynie. I zostawia na nas i naszych przyjaciołach swoje piętno. Rzeźbi nas, jak rzeka swoje koryto. I tak, jak dawno już przepłynęły wody rzeki, nad którą rozpinaliśmy namioty, by pod ich zielonym brezentem pielęgnować naszą przyjaźń, tak rozpłynęły się w niektórych więzi, widać złym spoiwem scalone. Choć woda owej rzeki ślizga się po tych samych kamieniach, przesunęła nieco nurt. Nurt niektórych przyjaciół zapełnił się jakimiś nowymi, nieznanymi wodami.
Podobnie jak krzyża Virtuti Militari, tytułu przyjaciela nie nadaje się za nic.
Patyną czasu pokrywają się wspomnienia. Patyna zaś kończy pewien proces. Proces pasywacji.
"O pasywacji jest mowa wtedy, gdy powłoka [ta] jest całkowicie odporna na dalsze reakcje z [tym] środowiskiem i jednocześnie na tyle szczelna, że stanowi barierę ochronną dla reszty substancji, którą otacza" (za Wikipedią).
No i chciałoby się wierzyć, że proces pasywacji przyjaźni uszczelni powierzchnię zbiorowego organizmu tak, by żadne przekłamanie nie przedarło się przez tę latami wytwarzaną barierę ochronną żywej substancji. Pod warunkiem, że ów organizm jest zdrowy.
Wszystkie rzeki świata wciąż płyną. Niektóre wysychają. Podobno coraz więcej rzek na świecie wysycha...
Rzeki wysychają, ponieważ deszcze nie padają. Deszcze zaś nie padają, bo człowiek źle gospodaruje - wyniszczając środowisko. To w takim środowisku patyna zacznie osiadać na zwykłej rdzy. Ilu dziś dostaje krzyż Virtuti Militari?
Można odmówić komuś męstwa i cnoty?
Ano, historia najnowsza pokazuje, że można.
Na szczęście nielicznym. Którzy okazali się niegodni.
Rzeki czasami mają niszczycielskie działanie.
Pasywacja ma charakter niszczycielski.
By odznaczyć się męstwem w boju pewnie nieraz trzeba stanąć przed dylematem, czy zabić wroga.
Zniszczyć i zabić. Wszelkie słabości w sobie. Wymagać tego samego od przyjaciół.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Serek topiony z cytryną
Pogoda taka pod psem, że już nawet spotkanie z przyjaciółmi nie daje dzikiej radości, jak zawsze. Z powodu ustawicznego braku słońca tego lata można popaść w ciężką melancholię. Zawsze ta pensjonarska diagnoza lepiej brzmi od współczesnej depresji.
Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie?
N. wspominała, jak to kiedyś wybrała się na biwak z jednym serkiem topionym i cytryną. Przeżyła dwa dni. Oczywiście, że nie na swoim wikcie.
Dawno nie spotkaliśmy się w takim gronie. Albo może wcale?
Pomimo, że już kilka dni temu specjalnie kupiłam kiełbasę na tego grilla u N., to zapomnieliśmy jej wziąć z lodówki.
Nie siedzimy już na ziemi podczas śpiewania. Siedzimy na krzesłach, fotelach, sofach i kanapach.
Stół ugina się od jadła.
K. dwukrotnie na przestrzeni kilku miesięcy namówił mnie do zrobienia z nim rzeczy wbrew sobie. Dziś piłam z nim miód. W listopadzie publicznie robiłam z K. inną rzecz wbrew sobie.
Zapomnieliśmy słów piosenek Bułata Okudżawy.
K. znów mówił, że ma wielki problem. Tylko po co? Przecież wszyscy wiedzą o żylakach powrózków:)
D. powiedział, że nie będzie śpiewał, bo ma żałobę. Uknuliśmy spisek. Poległ na "Hiszpańskich dziewczynach". Żałoba na dobre skończyła się na "Czerwony, jak cegła."
U. zaraz potem chciała, by Mistrzu J. zaśpiewał PO CICHU "Rzekę".
K. opowiadał kawał o nocujących w hotelu facetach z wadą zgryzu, chcących zgasić świeczkę.
N. dziś okrutnie kłamała. Zdarza jej się to za każdym razem, ale dzisiaj kłamała naprawdę.
K. robił nam test na słuch. Wszyscy wypadliśmy kiepsko. Postanowiliśmy zawęzić łączące nas więzy z Przemkiem J. znanym i uznanym otolaryngologiem, wywodzącym się ze środowiska bliźniaczego "CISOWCOM".
Pomimo naszego dojrzałego wieku wciąż jest przy nas sporo naszych dzieci.
A. pytała, czy zrobiłam wiśniówkę w tym roku. Odpowiedziałam kategorycznie, że po każdej zrobionej wiśniówce rodzi nam się wnuczę. Na razie dość wnucząt.
M. wciąż czerwieni się, gdy świntuszymy. Ileż można naświntuszyć w obecności dzieci? M. i tak się czerwieni.
U. musiała tłumaczyć swojemu młodszemu dziecku, o czym mówimy.
My zaś z upodobaniem mówiliśmy "dzień dobry" po holendersku. To było to nasze świntuszenie.
Z jakiegoś względu Mistrzu J. był łaskawy; powiedział mi bym śpiewała. Zaś U. uplasowała mnie przed sobą w możliwościach wokalnych.
D., po kilkuletniej praktyce przy lek. okuliście uspokoiła wszystkich, że mamy wręcz obowiązek nie widzieć tak zwanej bliży.
Opowiedziałam wszystkim o dzieciach P.S.
Pierwszy raz to nie M. nawoływał do odwrotu. Choć z wielkim zaangażowaniem śpiewał "Jest już za późno."
Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie???
Melancholia, ciężka melancholia.
Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie?
N. wspominała, jak to kiedyś wybrała się na biwak z jednym serkiem topionym i cytryną. Przeżyła dwa dni. Oczywiście, że nie na swoim wikcie.
Dawno nie spotkaliśmy się w takim gronie. Albo może wcale?
Pomimo, że już kilka dni temu specjalnie kupiłam kiełbasę na tego grilla u N., to zapomnieliśmy jej wziąć z lodówki.
Nie siedzimy już na ziemi podczas śpiewania. Siedzimy na krzesłach, fotelach, sofach i kanapach.
Stół ugina się od jadła.
K. dwukrotnie na przestrzeni kilku miesięcy namówił mnie do zrobienia z nim rzeczy wbrew sobie. Dziś piłam z nim miód. W listopadzie publicznie robiłam z K. inną rzecz wbrew sobie.
Zapomnieliśmy słów piosenek Bułata Okudżawy.
K. znów mówił, że ma wielki problem. Tylko po co? Przecież wszyscy wiedzą o żylakach powrózków:)
D. powiedział, że nie będzie śpiewał, bo ma żałobę. Uknuliśmy spisek. Poległ na "Hiszpańskich dziewczynach". Żałoba na dobre skończyła się na "Czerwony, jak cegła."
U. zaraz potem chciała, by Mistrzu J. zaśpiewał PO CICHU "Rzekę".
K. opowiadał kawał o nocujących w hotelu facetach z wadą zgryzu, chcących zgasić świeczkę.
N. dziś okrutnie kłamała. Zdarza jej się to za każdym razem, ale dzisiaj kłamała naprawdę.
K. robił nam test na słuch. Wszyscy wypadliśmy kiepsko. Postanowiliśmy zawęzić łączące nas więzy z Przemkiem J. znanym i uznanym otolaryngologiem, wywodzącym się ze środowiska bliźniaczego "CISOWCOM".
Pomimo naszego dojrzałego wieku wciąż jest przy nas sporo naszych dzieci.
A. pytała, czy zrobiłam wiśniówkę w tym roku. Odpowiedziałam kategorycznie, że po każdej zrobionej wiśniówce rodzi nam się wnuczę. Na razie dość wnucząt.
M. wciąż czerwieni się, gdy świntuszymy. Ileż można naświntuszyć w obecności dzieci? M. i tak się czerwieni.
U. musiała tłumaczyć swojemu młodszemu dziecku, o czym mówimy.
My zaś z upodobaniem mówiliśmy "dzień dobry" po holendersku. To było to nasze świntuszenie.
Z jakiegoś względu Mistrzu J. był łaskawy; powiedział mi bym śpiewała. Zaś U. uplasowała mnie przed sobą w możliwościach wokalnych.
D., po kilkuletniej praktyce przy lek. okuliście uspokoiła wszystkich, że mamy wręcz obowiązek nie widzieć tak zwanej bliży.
Opowiedziałam wszystkim o dzieciach P.S.
Pierwszy raz to nie M. nawoływał do odwrotu. Choć z wielkim zaangażowaniem śpiewał "Jest już za późno."
Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie???
Melancholia, ciężka melancholia.
niedziela, 31 lipca 2011
(Z)Nów (na srebrne wesele)
Świat ogarnęła ciemna noc.
Bardzo ciemna noc.
Niebo, którego nie rozświetla blask księżyca dodatkowo pokryte jest chmurami.
Kiedyś jechałam autem z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem przez noc.
Otwartym oknem wiatr wnosił do samochodu zapach dopiero skoszonych łąk. W innych miejscach widać było wysokie trawy, które gięły się leniwie, kołysane nocnym wiatrem. Pachniało. Pachniało skoszonymi łąkami. Pachniało rosnącymi trawami. Pachniało wodami płynącego, gdzieś pomiędzy skoszonymi, a rosnącymi trawami strumienia. Pachniało nocą. Poczuciem lęku przemieszanym z nutą bezpieczeństwa. Pachniało ogromną tajemnicą. Zapragnęłam wtedy wybiec w noc i gnać zroszonymi trawami przed siebie. W stronę zapachu strumienia. W stronę lęku i tajemnicy. Zapalone gwiazdy oświetlały pola i las odcinający się ciemniejszą plamą od tła nocy.
Przypomniałam sobie wtedy inną noc z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem. Tamtej nocy prawdziwie był chłopcem. Ile to już nocy temu?
W tamtym czasie - niezliczoną ilość nocy temu - byliśmy ogarnięci nocą na wskroś. Z przygodą zapakowaną w plecakach, namiotem przytroczonym, jak dom do ślimaka oraz wielką miłością, którą postanowiliśmy wypełnić wspólną przyszłość. Zdążaliśmy ku tej przyszłości poprzez noc, ulicą, którą oglądam każdego dnia w moich podróżach Doliną Kamienicy. Płynie tam potok. Może jest już rzeką w tym miejscu? I wtedy może też był już rzeką? Zapewne staje się rzeką podczas ulewnych deszczy, których w tym roku nie brakuje. Niesie ten potok z sobą odgłosy minionych dni i lat. Przede wszystkim tamtej nocy. Czasami nuci, czasami śpiewa a niekiedy pełnym głosem wydobywającym się rykiem gnającego na złamanie karku nurtu przypomina, jak niegdyś odbijały się gwiazdy w jego wodach. A my, nakarmieni wzajemnością, oglądaliśmy niebo utopione pod powierzchnią wody. I zastanawialiśmy się, czy gwiazdy są przyczepione do nieba na górze, czy do nieba na dole.
Ile to nocy minęło od tamtej nocy?
Ile przeżyć, podczas tych minionych, od owej z zatopionymi w wodzie gwiazdami nocy, do dzisiejszej, czy choćby, tamtej - minionej niedawno, gdy wiatr wpadał przez otwarte okno do samochodu z zapachem podobnym tamtej nocy? Dobrych i złych przeżyć. Jak to w życiu.
Świat ogarnęła ciemna noc dzisiejszej nocy...
"Dobra-noc, dobra-noc.
jaka piękna jest ta noc.
Takiej nocy życzę tobie
przyjacielu, dobranoc."
Bardzo ciemna noc.
Niebo, którego nie rozświetla blask księżyca dodatkowo pokryte jest chmurami.
Kiedyś jechałam autem z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem przez noc.
Otwartym oknem wiatr wnosił do samochodu zapach dopiero skoszonych łąk. W innych miejscach widać było wysokie trawy, które gięły się leniwie, kołysane nocnym wiatrem. Pachniało. Pachniało skoszonymi łąkami. Pachniało rosnącymi trawami. Pachniało wodami płynącego, gdzieś pomiędzy skoszonymi, a rosnącymi trawami strumienia. Pachniało nocą. Poczuciem lęku przemieszanym z nutą bezpieczeństwa. Pachniało ogromną tajemnicą. Zapragnęłam wtedy wybiec w noc i gnać zroszonymi trawami przed siebie. W stronę zapachu strumienia. W stronę lęku i tajemnicy. Zapalone gwiazdy oświetlały pola i las odcinający się ciemniejszą plamą od tła nocy.
Przypomniałam sobie wtedy inną noc z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem. Tamtej nocy prawdziwie był chłopcem. Ile to już nocy temu?
W tamtym czasie - niezliczoną ilość nocy temu - byliśmy ogarnięci nocą na wskroś. Z przygodą zapakowaną w plecakach, namiotem przytroczonym, jak dom do ślimaka oraz wielką miłością, którą postanowiliśmy wypełnić wspólną przyszłość. Zdążaliśmy ku tej przyszłości poprzez noc, ulicą, którą oglądam każdego dnia w moich podróżach Doliną Kamienicy. Płynie tam potok. Może jest już rzeką w tym miejscu? I wtedy może też był już rzeką? Zapewne staje się rzeką podczas ulewnych deszczy, których w tym roku nie brakuje. Niesie ten potok z sobą odgłosy minionych dni i lat. Przede wszystkim tamtej nocy. Czasami nuci, czasami śpiewa a niekiedy pełnym głosem wydobywającym się rykiem gnającego na złamanie karku nurtu przypomina, jak niegdyś odbijały się gwiazdy w jego wodach. A my, nakarmieni wzajemnością, oglądaliśmy niebo utopione pod powierzchnią wody. I zastanawialiśmy się, czy gwiazdy są przyczepione do nieba na górze, czy do nieba na dole.
Ile to nocy minęło od tamtej nocy?
Ile przeżyć, podczas tych minionych, od owej z zatopionymi w wodzie gwiazdami nocy, do dzisiejszej, czy choćby, tamtej - minionej niedawno, gdy wiatr wpadał przez otwarte okno do samochodu z zapachem podobnym tamtej nocy? Dobrych i złych przeżyć. Jak to w życiu.
Świat ogarnęła ciemna noc dzisiejszej nocy...
"Dobra-noc, dobra-noc.
jaka piękna jest ta noc.
Takiej nocy życzę tobie
przyjacielu, dobranoc."
piątek, 29 lipca 2011
Wiatr, który mówi: Ooo
Poznałam chłopca o imieniu Wiatr, Który Mówi: Ooo.
Naprawdę!
Wiatr, Który Mówi: Ooo nauczył się czytać w języku ojczystym swojego ojca w wieku 3 lat. Kiedy miał 5 lat za pomocą komputera samodzielnie opanował język angielski. Mieszka we Francji, więc chodzi do francuskiej szkoły, ale jego tata pracuje w Szwajcarii, więc zna również język niemiecki. Doskonale posługuje się też językiem ojczystym swojej mamy. Potrafi pisać i czytać we wszystkich tych językach, Ma wiedzę godną co najmniej szanowanego magistra (są jeszcze tacy). Zwiedził w świecie tyle miejsc, ile niejeden leciwy podróżnik, któremu życie całe zeszło na podróżach w najciekawsze zakątki świata. Potrafi o każdym z tych miejsc opowiedzieć niezwykle interesującą historię. Wspaniale rysuje i posiada niezwykle bujną wyobraźnię. Zna bajki, baśnie i legendy kraju dzieciństwa swojej mamy i swojego taty. Gdy mu powiedzieć wiersz, momentalnie go zapamiętuje i powtarza. Wiatr, Który Mówi: Ooo ma młodszą siostrę i bardzo chciałby mieć młodszego brata, ale jeszcze na ten temat z rodzicami nie rozmawiał. Śmieje się zaraźliwie i ma piękne oczy, które, gdy tylko Wiatr, Który Mówi: Ooo się śmieje, śmieją się również. Jest pięknym chłopcem. I ma piękną duszę, bo wrażliwą. Wiatr, Który Mówi: Ooo bryka i psoci, jak każdy siedmiolatek.
Takich dzieci się nie zapomina.
Nigdy.
Za spotkanie takich dzieci do końca życia dziękuje się Panu.
Bo to wielki dar - spotkać tak wielkiego człowieka, jak Wiatr, Który Mówi: Ooo.
Naprawdę!
Wiatr, Który Mówi: Ooo nauczył się czytać w języku ojczystym swojego ojca w wieku 3 lat. Kiedy miał 5 lat za pomocą komputera samodzielnie opanował język angielski. Mieszka we Francji, więc chodzi do francuskiej szkoły, ale jego tata pracuje w Szwajcarii, więc zna również język niemiecki. Doskonale posługuje się też językiem ojczystym swojej mamy. Potrafi pisać i czytać we wszystkich tych językach, Ma wiedzę godną co najmniej szanowanego magistra (są jeszcze tacy). Zwiedził w świecie tyle miejsc, ile niejeden leciwy podróżnik, któremu życie całe zeszło na podróżach w najciekawsze zakątki świata. Potrafi o każdym z tych miejsc opowiedzieć niezwykle interesującą historię. Wspaniale rysuje i posiada niezwykle bujną wyobraźnię. Zna bajki, baśnie i legendy kraju dzieciństwa swojej mamy i swojego taty. Gdy mu powiedzieć wiersz, momentalnie go zapamiętuje i powtarza. Wiatr, Który Mówi: Ooo ma młodszą siostrę i bardzo chciałby mieć młodszego brata, ale jeszcze na ten temat z rodzicami nie rozmawiał. Śmieje się zaraźliwie i ma piękne oczy, które, gdy tylko Wiatr, Który Mówi: Ooo się śmieje, śmieją się również. Jest pięknym chłopcem. I ma piękną duszę, bo wrażliwą. Wiatr, Który Mówi: Ooo bryka i psoci, jak każdy siedmiolatek.
Takich dzieci się nie zapomina.
Nigdy.
Za spotkanie takich dzieci do końca życia dziękuje się Panu.
Bo to wielki dar - spotkać tak wielkiego człowieka, jak Wiatr, Który Mówi: Ooo.
![]() |
| Tutaj jest napisane w języku ojczystym ojca chłopca moje imię, imię siostry chłopca o imieniu Wiatr, Który Mówi: Ooo, oraz imię chłopca |
Różnorodność
W mojej pracy najwspanialszym aspektem jest ten, że nie można narzekać na monotonię. Stwierdziłam nawet, że dzieci przewijają się jak film i nie pamiętam już imion wszystkich moich podopiecznych. (Podobnie mam z filmami - pamiętam miłe wrażenia z filmu, ale nie potrafię opowiedzieć treści, ani też podać szczegółów dotyczących obsady itp.) I choć nie jestem nauczycielką, uważam, że to wspaniały przymiot nauczyciela, takie niepamiętanie niepotrzebnych szczegółów dotyczących uczniów. W miejsce tego lepiej mieć w pamięci całościowy obraz.
Najlepiej byłoby zapisywać każdy dzień, tak jak to się robi na obozach. Wtedy byłaby szansa, zatrzymać wspomnienie konkretnych osób na dłużej.
Z niektórymi dziećmi zżywam się w sposób szczególny. Podejrzewam, że ze zdecydowaną większością, o ile nie ze wszystkimi. Małe dzieci, szczególnie małe dzieci, mają to do siebie, że nie można ich zakwalifikować do kiepskich, czy miernych form gatunku, jak to jest w przypadku sporej ilości filmów. Dlatego bardzo żałuję, gdy przychodzi czas rozstania. Chciałabym móc wiedzieć, co się z tymi dziećmi będzie działo w przyszłości.
I w tym miejscu doszłam do najgorszego aspektu mojej pracy. Krótkotrwałości, tymczasowości , czy jakkolwiek by tego nie nazwać.
I tajemnicą dla mnie samej jest, czy to aspekt profesjonalizmu wychowawcy każe mi zastanawiać się nad przyszłymi losami "moich" podopiecznych, czy przypadkiem może jakieś uwikłania emocjonalne?
Nie mnie trudzić się nad odpowiedzią, bo filozofowie różnych epok i nurtów zaprzątali sobie głowy tym, czy da się oddzielić serce od rozumu. I nie znaleźli złotego środka. Ja tam wiem, że w pewnych sferach życia nieumiejętność oddzielania serca od rozumu jest najbardziej pożądaną nieumiejętnością, jaka w moim życiu występuje.
Najlepiej byłoby zapisywać każdy dzień, tak jak to się robi na obozach. Wtedy byłaby szansa, zatrzymać wspomnienie konkretnych osób na dłużej.
Z niektórymi dziećmi zżywam się w sposób szczególny. Podejrzewam, że ze zdecydowaną większością, o ile nie ze wszystkimi. Małe dzieci, szczególnie małe dzieci, mają to do siebie, że nie można ich zakwalifikować do kiepskich, czy miernych form gatunku, jak to jest w przypadku sporej ilości filmów. Dlatego bardzo żałuję, gdy przychodzi czas rozstania. Chciałabym móc wiedzieć, co się z tymi dziećmi będzie działo w przyszłości.
I w tym miejscu doszłam do najgorszego aspektu mojej pracy. Krótkotrwałości, tymczasowości , czy jakkolwiek by tego nie nazwać.
I tajemnicą dla mnie samej jest, czy to aspekt profesjonalizmu wychowawcy każe mi zastanawiać się nad przyszłymi losami "moich" podopiecznych, czy przypadkiem może jakieś uwikłania emocjonalne?
Nie mnie trudzić się nad odpowiedzią, bo filozofowie różnych epok i nurtów zaprzątali sobie głowy tym, czy da się oddzielić serce od rozumu. I nie znaleźli złotego środka. Ja tam wiem, że w pewnych sferach życia nieumiejętność oddzielania serca od rozumu jest najbardziej pożądaną nieumiejętnością, jaka w moim życiu występuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



