MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 25 sierpnia 2012

Transport

Po Ukrainie najlepiej nie poruszać się własnymi samochodami, o ile nie są terenówkami. Dlatego, gdy jechaliśmy dalej, "braliśmy" busa. Braliśmy jest zdecydowanie najlepszym określeniem, ponieważ trzeba było brać, co było. A we wszystkim, co było, to właśnie wyboru nie było. Co prawda nie na naszej głowie spoczywała troska o zamówienie transportu, bo robił to za nas Sasza, ale jednak to nasze portfele pustoszały po każdej podróży busem.
Karpaty Wschodnie to region, który tkwi w uśpieniu i chyba ludzie nie do końca świadomi są faktu, że zmienił się ustrój i wszystko trzeba wziąć we własne ręce. Dlatego życie gospodarcze jest tam w opłakanym stanie. Nie ma tam przemysłu, ani nawet przetwórstwa - mieszkańcy żyją tylko i wyłącznie z rękodzielnictwa. A że "siłę w ręcach mają" oraz talent i wrażliwość, które umiejętnie przekładają na niezwykłe dzieła, tak więc życie jakoś idzie do przodu.
Państwo raczej nie popiera oddolnej przedsiębiorczości, ponieważ ludzie pracujący w sektorze prywatnym płacą wyższe podatki od tych pracujących na państwowych posadach, toteż naród tym bardziej nie garnie się do gospodarczych inicjatyw. Dlatego na przykład transport sektora ni to państwowego, ni to prywatnego to legendarne "marszrutki", których stan techniczny i wygląd zewnętrzny świadczą, że zapewne pamiętają Breżniewa, nie przedstawiają się zachęcająco, zwłaszcza z olbrzymimi butlami gazowymi na dachach.
Sasza znajdował gdzieś dla nas małe busy. Małe busy za wielką kasę. Z braku konkurencji ceny były nawet nie tyle wygórowane, co wyżyłowane. Jeden z busów nie miał na przykład wszystkich rzędów kanap, dlatego w miejsce ostatniej kanapy i foteli bocznych wstawione były pufy. Tak, zwykłe pufy pokojowe. Podnóżki pod nogi, a co się dziwisz? Tak wyposażonym busem przemierzyliśmy blisko 400 km. Zwłaszcza droga powrotna była ciekawa. Około 80 km przed Kosowem wjechaliśmy w straszliwą ulewę. Właściwie było to oberwanie chmury, albo sądny dzień. Nasi "chłopcy" normalnie jechali o połowę wolniej niż Jurij, kierowca owego busa w tę ulewę. To wielka sztuka omijać te wszystkie dziury. Tymczasem Jurij, w strugach deszczu zalewającego mu przednią szybę i po oceanie wody rozlanym na ulicy, trzeba powiedzieć bez owijania w bawełnę: rżnął jak na rajdzie Paryż-Dakar. Ja już widziałam te nagłówki w gazetach i na informacyjnych portalach internetowych, jak to ukraiński bus wiozący grupę urlopowiczów z Polski uległ wypadkowi z powodu niedostosowania prędkości do warunków jazdy i zginęli szczególnie ci siedzący na pufach... ale Jurij dowiózł nas bezpiecznie do domu. Choć nerwowo było. Za to dumni jesteśmy, bo być może "za nasze" Jurij kupi ostatnią kanapę i boczne fotele :).
Drugi zaś przypadek wynajęcia busa to znacznie gorsze warunki techniczne auta, ale też droga do przebycia znacznie gorsza - w wysokich górach. Dla nas niesamowitym zdarzeniem było to, że przy szlabanie do Karpackiego Parku Narodowego wystarczyło zapłacić wstęp od osoby i strażnicy podnosili szlaban i można było odcinek liczący ok. 14 km pokonać autem, zamiast zmordować nogi zanim zacznie się trasa typowo górska. Inną rzeczą jest ta, że turystyka górska na Ukrainie jest żadna, więc zbyt wiele aut ci strażnicy nie wpuszczają za szlaban. Jednak w naszym kraju to nie do pomyślenia. W Tatrzańskim Parku Narodowym doszło do takiej paranoi, że latem do kolejki na Kasprowy Wierch  wpuszcza się 50 % pasażerów mniej niż zezwalają przepisy przewozowe, tylko dlatego, aby turyści nie zadeptywali Tatr.
Raz nam się zdarzyło własne auta zaparkować na skraju łąki. Sasza powiedział nam, że można. Na trawie widać było wyraźne ślady po samochodach. Wyszliśmy na kilka godzin w góry i po powrocie zastaliśmy odrutowany szlaban odgradzający wyjazd z łąki. Głowy byśmy dali, że gdy stawialiśmy auta, nie było najmniejszego śladu szlabanu. Po bliższym przyjrzeniu się konstrukcji okazało się, że został postawiony naprędce z belek drewnianych i drutu. Gdyśmy tylko podeszli do aut, z krzaków po drugiej stronie polnej drogi wyskoczyła starsza kobieta z wielkim krzykiem. Sasza wziął na tzw. klatę atak (słusznie) rozzłoszczonej kobiety, z pokorą jej wysłuchał, po czym zapłacił jej za wyrównanie szkód. Kiedy zaczęła zwalniać nasze auta z niewoli nadszedł stary mężczyzna i od nowa zaczęły się krzyki. Tym razem groźniejsze. Uciekaliśmy czym prędzej, a Duża Mała Dziewczynka cieszyła się, że poznała nowe ukraińskie powiedzenie. Przytoczyć je tutaj byłoby jednak nieparlamentarne.
Za każdym razem, gdy przemieszczaliśmy się własnymi autami i wracaliśmy po kilkugodzinnej nieobecności na parking, mówiliśmy z zawodem: "Nie! To jest naprawdę nie fair ze strony Ukraińców. Przecież nie ukradli nam samochodów. Ani nawet szyby żadnej nie wybili...".

Tak. Transport prywatny na Ukrainie z uwagi na brak konkurencji jest dla bogatych. A tym - wiadomo - wszystko wolno.

piątek, 24 sierpnia 2012

Olexandr

Naszym gospodarzem, przewodnikiem, a przede wszystkim serdecznym druhem na Ukrainie był Olexandr. Sasza z zawodu jest nauczycielem, więc mógł się nam poświęcić bez reszty, ponieważ trwały wakacje. Może jego żona nie była za bardzo zadowolona z poświęcenia się nam bez reszty, ale Sasza to jakoś rozwiązał. Z każdego dnia, każdej godziny i minuty wyciskał na maksa ile się dało. Sasza jest też przewodnikiem turystycznym i pasjonatem regionu, więc dokładnie wiedział jak nam pokazać swoją ojczyznę, byśmy nauczyli się patrzeć na tę przepiękną, bogatą w tradycję i historię ziemię li tylko jako na jego ojczyznę. Był przy tym niesamowicie wiarygodny, więc zapewne tak nauczono go kochać ziemię ojców, na której niewątpliwie żyli kiedyś wespół z Polakami. 
Poruszaliśmy się głównie w Obwodzie ivanofrankowskim, ale zwiedziliśmy wiele krain gograficznych począwszy od Huculszczyzny, przez Pokucie i Bukowinę, czyli Zielony Beskid, dalej przez Besarabię, Podole i Czarnohorę. Sasza pokazywał nam miejsca swojej małej ojczyzny oraz ludzi, którzy obecnie tworzą historię Karpat i  Huculszczyzny. 
Sasza to doskonały obserwator; potrafił dotrzeć do każdego uczestnika wycieczki. Z każdym znalazł wspólny temat. Każdemu poświęcił czas podczas podróżowania i wędrowania. Rozmawiając z nim miało się wrażenie, że podjęty temat jest dla niego najciekawszym tematem na świecie. Zapewne sam chłonął informacje, które przekazywaliśmy mu w rozmowie; poznawał nas i uczył się każdego z nas indywidualnie. Zdobywając wiedzę o nas, bogacił swój zasób wiedzy o świecie, w którym my żyjemy. Równocześnie przekazywał nam jak najwięcej ciekawostek ze swojego świata i życia. Prowadził nas w miejsca, z którymi mogliśmy się utożsamiać indywidualnie i grupowo. Miał odwagę pokazywać nam ślady polskości w odwiedzanych miejscach. Nigdy nie powiedział niczego, co mogłoby świadczyć o wyparciu historii tych ziem. 
Dowcipny, pogodny i wesoły. W lot łapał aluzje i półsłówka śmiejąc się z nami z naszych żartów. Przez kilka wspólnie spędzonych dni zebraliśmy spory bagaż własnych aluzji i półsłówek. W zgranej paczce wystarczy miną, jednym słowem wywołać salwę śmiechu z przeżytej przygody. Tak też było i z nami. 
Z wielkim szacunkiem odnosił się do zabytkowych miejsc w miastach. Pochylał się nad każdą rośliną podczas wędrówek w górach. Któregoś dnia zerwał cykorię podróżnika i wsadził do swojego plecaka tak, by śliczny niebieski kwiatek wystawał ponad jego ramieniem. To było na polnej drodze pomiędzy zabytkową grażdą, a 300 letnią cerkwią u podnóża Wierchowiny (polskiego Żabia). 
Urodzony romantyk. Jak on patrzył w dal! Ciekawam, co tam widział? Zapewne w owej nieokreślonej dali błądziły jego marzenia. Skakały nad polami i lasami - to wyraźnie było widać w jego wzroku. Może on sam odbywał kolejną wędrówkę po karpackich czarnohorskich szlakach? Kto wie, czy nie skakał jak kozica zbiegając ze szczytu i ścigał się z motylem, który z nich pierwszy dotrze do kwiatka rosnącego na skale nieopodal? A może miał wizję, jak pomóc swoim uczniom w nauce i życiu - ci zajmowali czołowe miejsce w jego myślach i opowieściach. 
A z jaką pokorą, skruchą i cierpliwością wysłuchiwał awantury szeszorskiej staruszki, gdyśmy zaparkowali auta na skraju jej łąki! Jak przepraszał i przyjmował na siebie całą winę!

Kiedy Sasza pokazywał nam miejsca, które boleśnie jawią się w historii naszych narodów, nie dopowiadał końca historii. Liczył na naszą znajomość rzeczy? Może na wyrozumienie? Albo na coś jeszcze innego.
Opowieścią bez ostatniego zdania była jedna z najboleśniejszych jego opowieści o służbie w wojsku. Służył w Mińsku w latach 80-82. Jego jednostka przystosowana na 2000 żołnierzy mieściła w swoich murach dziesięć razy więcej żołdaków. Cała granica z Polską obstawiona była specjalnym kordonem wojsk. Był to czas, kiedy spali nawet z bronią (dosłownie mieli ją cały czas przy sobie, by nie tracić czasu na pobieranie broni z magazynu) oczekując rozkazu by iść na Warszawę, zanim w Polsce zaprowadzono stan wojenny.
Zapytaliśmy Saszy i siebie, jak patrzylibyśmy dzisiaj na siebie, gdyby wtedy groźba interwencji spełniła się. Sasza wzruszył ramionami i powiedział:
- W wojsku rozkaz jest rozkazem. 
I chyba nigdy nie zapomnę bólu w jego oczach, kiedy to mówił. I nikt już nie był w stanie dokończyć tej rozmowy.


Harcmistrzyni ze skautmistrzem
pod pomnikiem skauta w Iwano-Frankowsku.

Na szczycie Howerli w towarzystwie Saszy.

Romantyk Sasza.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Pomnik bohatera

Zda się, że Ukraina ma dwóch bohaterów. No, trzech. Ale tym trzecim na razie nie będziemy zawracać sobie głowy. Tak więc każde miasto zaopatrzone jest na pewno w pomnik Szewczenki oraz w główną ulicę jego imienia. Tarasa Szewczenki - poety romantycznego, artysty malarza. Bohater przedstawiony na pomniku do złudzenia przypomina postać niegdysiejszego bohatera Kraju Rad i nie obrażając nikogo zastanawialiśmy się, czy przypadkiem z oszczędności nie przerobiono owego niegdysiejszego narzuconego bohatera na tego dzisiaj właściwego, narodowego. Taras na każdym pomniku dzierży książkę w dłoni i w związku z tym wygląda, jakby w swoim dorobku miał jeden jedyny egzemplarz. Zapewne tak samo widzą nasz kraj obcokrajowcy, gdy patrząc na cztery strony świata widzą pomniki Jana Pawła II, ulice i ronda, szkoły i szpitale jego imienia. Zapewne nieadekwatne to porównanie zwłaszcza w naszej narodowej dumie, ale o tym za czas jakiś - z każdym zdaniem cierpliwie zmierzam do celu.
Skąd przyszła nam do głowy myśl, że dla uczczenia nowego bohatera można było wykorzystać istniejące pomniki niegdysiejszego narzuconego bohatera, które pozrzucano z cokołów? Taki pomysł nasunęła nam historia opowiedziana przez przewodniczkę w katedrze w Kamieńcu Podolskim, gdzie znajduje się wyrzeźbiony w białym marmurze pomnik nagrobny młodej dziewczyny oraz popiersia jej bolejących rodziców. Władze Kraju Rad po dokładnych oględzinach całego pomnika stwierdziły, że popiersie ojca nadaje się, by przerobić je na popiersie niegdysiejszego bohatera i nakazały to zrobić. Teraz przy pomniku umarłej przedwcześnie Laury widnieje popiersie ni to jej ojca Przeździeckiego, ni to niegdysiejszego bohatera.

Nagrobny pomnik znajdujący się
w katedrze w Kamieńcu Podolskim


Tak. Okazuje się, że wszystko jest możliwe. Zwłaszcza kiedy jest się na wakacjach i tworzy się własną historię zwiedzanych miejsc. Tak dla zabawy. Dla śmiechu. Dla zignorowania tego, co rodzi się w sercu.

Kolejnym bohaterem narodowym Ukrainy jest Iwan Franko. Również był poetą i pisarzem, do tego jeszcze tłumaczem i slawistą. Miał doktorat z filozofii. I za to wszystko można go sławić. Kiepsko zaczyna się robić, kiedy przeczyta się w jego biografii, że był socjalistą, zagorzałym marksistą i przetłumaczył na ukraiński "Kapitał". Również w jego pomniki zaopatrzone jest każde miasto i miasteczko, każda najmniejsza miejscowość przez którą przejeżdżaliśmy i w której byliśmy.
Jak bardzo jego pamięć jest czczona przekonaliśmy się na własnej skórze. Właściwie to Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wie w tym temacie najwięcej, ponieważ to on wysłuchał "wykładu" kustoszki pewnej 200-letniej grażdy, w której jednego lata spał bohater, na temat wielkości bohatera i pamiątek po nim zdewastowanych przez polskich turystów. Dlaczego Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem? A co się dziwisz? On zaprzyjaźniał się ze wszystkimi. Najpierw znalazł przyjaciół na służbie, którzy za jedyne 100 hrywien powiedzieli mu, jak wyjechać z Drohobycza na drogę do Stryja, bo się wszyscy zamotali. Potem poszedł po mój plecak z paszportami, który zostawiłam w owej grażdzie, gdyśmy biegiem uciekali po tym, jak Darek F. rozwalił to łóżko. No i wysłuchał opowieści na temat wielkości bohatera Iwana.

Łóżko, na którym któregoś lata spał I.F.
(i tego lata kładł się D.F.).

Zaraz chłopcy naprawiali, bo D.F. wyszła słoma z... łóżka I.F.

200 letnia grażda huculska w Wierchowińskim Beskidzie.
Dość dwóm dygresjom zupełnie z tematem nie związanym.

Iwan Franko jest dla Ukraińców tak ważnym i wielkim bohaterem, że jego imieniem nazwali miasto. Ivano-Frankowsk był celem naszej pierwszej wycieczki. Ivano-Frankowsk jest oczywiście takim Ivano-Frankowskiem, jak niegdyś Leningrad Leningradem.
Podczas naszej pierwszej wycieczki odwiedzaliśmy oczywiście Stanisławów - gród Rewery Potockiego, zwany Stanisławowem na mocy przywileju erekcyjnego z dnia 7 maja 1662 r. Myślę, że Stanisławów ma niezliczone ilości zabytków i niezatarte (pomimo usilnych starań) ślady polskości. Jednak niewątpliwie największym i najważniejszym zabytkiem jest Pałac Potockich. W noc poprzedzającą nasz pobyt w grodzie Rewery runęła zabytkowa brama do parku pałacowego. Ponieważ kompleks jest w opłakanym stanie, myślę, że nikt tej bramy nie zrekonstruuje. Do bramy przymocowany był olbrzymiej wielkości baner reklamowy, który przegrał w starciu z wichurą szalejącą w nocy. Wichura poczyniła wiele szkód w mieście. Służby porządkowe w postaci chłopów z furmankami konnymi zaopatrzonych w łopaty i miotły usuwały połamane gałęzie wielkich drzew.

Niby ukłon w stronę historii miasta...


...ale jak to się ma do tego, że przed pałacem Potockich
znajduje się pomnik "wybitnego ukraińskiego...".


Zburzona brama kompleksu pałacowego Potockich
w Stanisławowie.

Gdyby ktoś chciał poznać historię Stanisławowa musi znaleźć odpowiednią stronę w wyszukiwarce internetowej. My spacerowaliśmy ulicami ukraińskiego miasta, które ma swoje nazwy ulic, pomniki, siedziby szkół, administracji państwowej i samorządowej, zabytki z nieopowiedzianą historią, stare budynki i parki, kościoły i dworce, klasztory katolickie zamienione na szpitale itd. itp. A zewsząd zionie swojski klimat naznaczony galicyjskim charakterem architektury i urbanistyki.
Przy Pijarskiej w Nowym Sączu jest identyczna,
nieco mniejsza kamienica jak ta w Ivano-Frankowsku
(Stanisławowie).

Tu znów przypomina mi się analogia z Nowym Sączem
ul. Matejki. Tymczasem to Ivano-Frankowsk...

Pomnik skauta w Ivano-Frankowsku.
Pomnik Adama Mickiewicza
w Ivano-Frankowsku.
:)))
Nie wiem dlaczego to miasto, niegdysiejszy Stanisławów, jest pomnikiem bohatera Ukrainy.

środa, 22 sierpnia 2012

Kałabanie, Kołomyja i mamałyga

Na granicy

Też na granicy, ale również w całym kraju

Kołomyja, ratusz


Żeby się nie zagłębiać w temat można by powiedzieć: byliśmy na Ukrainie, kałabanie jadły nam z ręki, a my w Kołomyi jedliśmy mamałygę.
Jeśli komuś to wystarczy więcej czytać nie musi.

Dostałam pozwolenie od ukraińskiego strażnika granicznego na zrobienie zdjęcia na granicy. Najpierw zabronił fotografowania i kazał schować aparat. Wydało mi się to śmieszne i niemożliwe do wykonania, więc z nadzieją na zrozumienie powiedziałam:
- Sfotografuję tylko ten znak - Tu wskazałam na wielką tablicę informacyjną z napisem Ukraina -  i schowam aparat. Jesteśmy pierwszy raz na Ukrainie, nie mamy jeszcze takiego zdjęcia.
Pan chyba zrozumiał, co dla mnie znaczy "mieć zdjęcie", bo powiedział:
- Znak można, ale na przejściu granicznym nic poza tym.
I tak przez tydzień nie rozstawałam się z aparatem.

W drodze do Kosowa najpierw był Sambor. Właściwie to najpierw była wprawka pozwalająca nam doświadczyć Ukrainy. Na odcinku ok. 30 km droga była tak dziurawa, że to wprost niewyobrażalne i niewyrażalne w słowach. Chyrów wygląda jak wielki lej po bombie. Po takiej wprawce potem każda droga była gładka i wygodna.
Toteż najpierw był Sambor. Zaraz za nim Drohobycz. Już w Drohobyczu ciarki przechodziły mi po plecach. Siedziałam na murku z widokiem na ulicę Brunona Schulza. Klimat miasteczka uderzająco podobny do klimatu wszystkich miast i miasteczek jakie znam od najwcześniejszego dzieciństwa - galicyjski klimat. Gdyby nie wszechobecna cyrylica można by mieć wrażenie, że jest się "gdzieś tutaj".
Potem był Stryj i Stanisławów, ale wtedy padał deszcz, więc nie wysiadaliśmy z samochodów. Dopiero Kołomyja zaprosiła nas do siebie. Z Kołomyi do Kosowa - serca huculszczyzny - już tylko maleńki krok.
W drodze towarzyszyły nam Karpaty. Byliśmy na ich skraju, ale patrząc na południe, czyli na prawo w stosunku do kierunku jazdy, majaczyły raz dalej raz bliżej, tworząc tło krajobrazu. Niebawem miałam się przekonać, że tak jak mijane miasteczka nie różnią się od tych, które znam, tak i Karpaty Wschodnie niczym nie różnią się od znanego mi rodzimego fragmentu Karpat Zachodnich.
Wszyscy dziwili się i jeden autorytet większy od drugiego powtarzał: "Jedziecie na Ukrainę na wakacje? Co to za pomysł? Okradną was. Auta wam ukradną. Tam bieda, tragiczne warunki. I co tam można zobaczyć?".
Ano zobaczyliśmy. I przeżyliśmy. I to tak wiele, mocno i głęboko, że Ukraina będzie wracała w snach jak najpiękniejsza opowieść.
Pojechaliśmy w trzy rodziny trzema samochodami. W drodze mieliśmy SB-radio i cały czas gadaliśmy. Całkiem tak jakbyśmy jechali w jednym aucie. Z samochodów na każdym postoju wysypywało się 11 osób - całkiem spora wycieczka. Po pierwszym szoku spowodowanym stanem dróg, szybko zwróciliśmy uwagę na kopuły cerkwi. Wschodzące słońce ślizgało się po wszystkich złotych baniach i już wtedy można się było zakochać w Ukrainie znaczonej kopułami cerkwi grecko-katolickich i prawosławnych. Mieszkańcy Ukrainy, przynajmniej tej części, wyraźnie zaznaczają prawosławie kijowskie i moskiewskie. Tego drugiego nie lubią. W ogóle nie lubią niczego, co związane z Moskalami - bo tak nazywają Rosjan. Niewyobrażalnie boleśniejsza była dla nich historia po II wojnie światowej, niż dla nas, Polaków. Dlatego wolność wyrażają przede wszystkim wolnością religijną. Mieszkają w starych domach, tych co pamiętają polskich właścicieli, ale na wielu podwórkach stoją kapliczki przydomowe bogato zdobione w środku i na zewnątrz, kapiące złotem, jaśniejące blaskiem nawet w niepogodę. Każdy przydrożny krzyż owinięty jest haftowanym bieżnikiem, jak obrazy w cerkwi. Bieżnik kosztuje krocie. Z krzyża nikt nie odważy się go zabrać. Restaurowane budynki i nowo budowane na elewacji mają religijne motywy. Zdarzyło nam się widzieć, że świeżo wybudowany blok mieszkalny na poddaszu miał kapliczkę z Matką Boską.
Wszystkie te elementy krajobrazu i architektury nie są tylko na pokaz, bo widzieliśmy mieszkańców wielkiego miasta, którzy w obliczu cerkwi przystawali na ulicy i żegnali się z namaszczeniem. Byłam pod wielkim wrażeniem, bo rzecz nie dotyczyła pojedynczych osób, a prawie każdego idącego ulicą. Pewnie ci, którzy się nie żegnali przed cerkwią grecko-katolicką byli prawosławnego wyznania i odwrotnie.
Język wywodzący się ze wspólnej grupy języków prasłowiańskich nie stanowi bariery. No i nasze pokolenie uczone jeszcze cyrylicy nie musiało czuć się jak analfabeci. Dzieci przeszły przyspieszony kurs nauki czytania cyrylicą i nieźle sobie radziły.
Dotarliśmy do Kosowa i stanęliśmy w umówionym miejscu oczekując na naszego przewodnika, który poświęcił nam swój czas opuszczając nas zaledwie na krótkie nocne przerwy.

U bram Kosowa






wtorek, 21 sierpnia 2012

Piękni jak kwiaty



Na szlakach w Beskidzie Sądeckim króluje kolor szafirowy i fioletowy. Wszystkie kwiaty kwitną w tych barwach. Od najmniejszych dzwonków leśnych, poprzez te nieco większe, aż po osty a także wrzosy, które w tym roku jakby szybciej wzrosły. Mieszkańcy wysokich partii Beskidu mówią, że wczesne kwitnienie wrzosów wróży rychłą zimę. Mówili tak ich ojcowie i dziadowie, więc i oni powtarzają, ale sami nie wiedzą, czy się sprawdza. Pamiętam lata, kiedy wrzosu nie uświadczyło się na szlaku - zdawało się, że wyginął. W tym roku połową sierpnia zakwitł. Jakby chciał się znaleźć w bukietach zielnych składanych Królowej Łąk.
Naprawdę wiele szlaków zeszłam w tym roku. O każdej porze roku, w każdej pogodzie. Świat zawsze i wszędzie jest piękny. Niezależnie od pory dnia, od miesiąca, czy miejsca. I ludzie - towarzysze wypraw - pięknieją w trudzie wędrówki. Każdy nabrał nowego blasku i poświaty. Stał się cenniejszy we własnych odczuciach oraz w odczuciach innych, dzielących znój. Sama może też wypiękniałam choć trochę. Tak. Myślę, że wypiękniałam. Widziałam to w oczach tych, z którymi wędrowałam.


niedziela, 19 sierpnia 2012

Ludzie Stamtąd - pożegnanie dzieci


19.08.2012

Upał od samego rana. Noc pewnie była ciepła i szkoda, że bałyśmy się podjąć decyzję, by dzieci spały pod gołym niebem. Zjemy tylko śniadanie i ruszmy do domów. Ostatni poranek, ostatni posiłek i pożegnanie. Co najmniej na rok. Z niektórymi być może na dłużej.
Zbyteczny smutek i zatroskanie, bo Ania rzuciła z samochodu:
- No i żeby nie było, że już tu nie wrócimy.
Filip przywarł do mnie w uścisku. To było najboleśniejsze pożegnanie. Dzieci zjawiają się w naszym życiu, by któregoś dnia zniknąć na zawsze. Wyrastają z dzieciństwa, dojrzewają. Pojawiają się nowi dorośli, którzy często niewiele mają wspólnego z tymi osobami, którymi byli, zanim wydorośleli.
Zdecydowanej większości ludzi potrzebne jest dorastanie – bez tego procesu pozostaliby głupkami. Bo nie każdemu w dzieciństwie jest do twarzy. Inni nigdy nie powinni się zmieniać. Ci jednak dojrzewają znacznie szybciej od tamtych, którym dojrzewanie jest niezbędne.
Do tych, dla których dzieciństwo jest skrojone na miarę, niewątpliwie należy Filip. I Misiu.
W następnym roku wszyscy, jeżeli przyjadą, przyjadą znów odmienieni – starsi i bardziej dorośli. Muszą odejść. Dzieci tak mają, że strasznie szybko rosną. Że odchodzą. W przeszłość. Dlatego tak ważna jest umiejętność odnajdywania dziecka w każdym spotkanym człowieku.
Ja sama wciąż czekam, aż oplotą mnie ramiona pełne miłości.
„Dobrze nam tu mijał czas”!


Ludzie Stamtąd 7


16.08.2012

Dzisiaj spełniło się jedno z największych marzeń Filipa. Zobaczył z bliska a nawet dotknął owce.
Już od kilku dni i wypraw umawiał się z Druhem Bartkiem na spotkanie ze stadem. Druh Bartek jest takim wychowawcą, który czerpie siły witalne z radości dziecka. Obiecał Filipowi, że dzisiejsza wyprawa w góry spełni jego marzenie. Szliśmy na Łemkowszczyznę, na Wierchomlę. Choć po Akcji Wisła zmienili się mieszkańcy, lud tam dalej pasterski. Toteż gdzie, jak gdzie, ale tam zawsze można liczyć na spotkanie na szlaku ze stadem owiec. Dlatego Druh Bartek powiedział Filipowi, że jeżeli dzisiaj nie spełni się jego marzenie, to osobiście pojedzie na jarmark i kupi mu owcę. Na szlaku, gdy Filipowi dłużyła się droga a stada owiec jak nie było, tak nie było, Filip powiedział:
- Ja nie chcę nic mówić, ale dla ciebie będzie to chyba kosztowny dzień.
W końcu natrafiliśmy na popołudniowe dojenie owiec. Całe stado było skoszarowane. I to dosłownie skoszarowane, bo przenośna zagroda dla owiec nazywa się koszary właśnie. Baca z juhasem doili owce, psy odbywały drzemkę popołudniową i nawet nie drgnęły gdyśmy zbliżali się do koszar. Filip rozpłynął się w zachwycie. Towarzyszył mu Jasiek, ale ten robił to wyraźnie dla towarzystwa. Kiedy skończyło się dojenie mężczyźni odjechali z bańką mleka do bacówki, a przy stadzie został mały chłopiec i psy. Otwarto koszary i pozwolono Filipowi i Jaśkowi wejść między owce. Spędzili tam pół godziny i wydawało się, że Filip zamieni się w pasterza. Jedno jagnię przyszło do chłopców i ssało ich palce. Kozy i owce beczały, a chłopcy odbekiwali tak, że zdawało się, że nawiązało się pomiędzy nimi porozumienie…
Lato nareszcie przypomniało sobie, że to jego pora. Wypogodziło się i zrobiło się ciepło. Piękna była wycieczka – przyjemną trasą trawersującą zbocze aż na samą Wierchomlę, potem grzbietem na Pustą Wielką, aż po wyciąg, który latem i zimą wiezie turystów na Pustą. Stamtąd zrobiliśmy Quest, którego nie jestem zwolennikiem, ale był, to zrobiliśmy. Ważne, że dzieciom się podobał. Potem kto chciał i mógł to poszedł na basen do hotelu w Wierchomli. Pozostali czekali przy potoku oddając się leniwemu popołudniu we władanie. Filip już w drodze powrotnej dziękował Druhowi Bartkowi za piękną wycieczkę. To dziecko za wszystko dziękuje i przeprasza. I potrafi się cieszyć ze wszystkiego tak, jak żadne inne dziecko na świecie.

17.08.2012

Lubię, kiedy wieczorną porą dzieci biegają wokół domu i zewsząd słychać ich pogodne głosy. Tak jak teraz. Samodzielnie wymyślona zabawa jest najradośniejsza. Niestety oboźna odgwizdała już czas na toaletę wieczorną i czar prysł. Coraz wcześniej robi się ciemno. Jasiek przebiegł około naszych drzwi i dobiegł jego głos:
- O! Jak się nie boi, to trzeba, żeby się bała. Jak Stalina.
Opowieści i nawiązania do Stalina są nieodzownym elementem osobowości Jaśka.

Dzisiaj byliśmy w Placówce Straży Granicznej na prelekcji, a po obiedzie poszliśmy zawiesić drogowskaz na Wielkim Rogaczu. Wielki Rogacz ma 1182 m n.p.m. W sam raz na popołudniowy spacer ;). Gdy wychodziliśmy po niebie goniły się deszczowe chmury. W jedną nawet mieliśmy pecha wdepnąć gdzieś na Rogaczach, więc zrosiła nas mgłami. Za to w powrotnej drodze towarzyszyły nam maleńkie białe obłoki rozwleczone po błękicie wieczornego nieba. Skoszone trawy rozsiewały zapach, którym pachnie szczęście i spełnienie. Filip zobaczywszy kilka pasących się owiec stwierdził, że po wczorajszej przygodzie dzisiaj ma nostalgię za owieczkami. Ania przy kolacji powiedziała do Olimpii:
- I co dziwniejsze okazało się, że moja mama jest też mamą Baśki.
- Co to znaczy? – zapytała Oli.
Edyta miała dzisiaj bardzo ciężki dzień. Najpierw wyrzuciła śmieci ze skarpy na szlaku. Rzuciła je tak niefortunnie, że nie dało się po nie zejść, by pozbierać. Dla wykorzenienia brzydkiego zachowania dostała worek i w drodze powrotnej oczyściła szlak z wszelkich śmieci.
Potem była kolacja na gorąco. Kluski śląskie i ani jednej kromki chleba na stole.
Chleb i ziemniaki są głównymi i chyba jedynymi składnikami pożywienia Edyty. Mamy nieodparte wrażenie, że rodzice dziewczynki podrzucili nam kukułcze jajo w postaci tragicznego przypadku niejadka i nie informując nas o tym liczyli, że problem zostanie rozwiązany. Ponieważ długo nie mogłyśmy wpaść na przyczynę Edyty niejedzenia, starałyśmy się, by jadła przynajmniej ten chleb z żółtym serem i ziemniaki. Tak więc nawet jeśli menu tego nie przewidywało, przed Edytą zawsze stawiano te produkty. Zorientowałyśmy się jednak, że jest jak stoi wyżej napisane, więc postanowiłyśmy od wczoraj nie przejmować się jej niejedzeniem. Pomyślałyśmy sobie, całkiem logicznie zresztą, że za te niespełna trzy dni nie umrze nam z głodu (ani może nawet nie zemdleje). Wczoraj (bo od wczoraj wprowadziłyśmy z Paseczkem program naprawczy żywienia Edyty) mieliśmy całodniową wycieczkę i suchy prowiant. Na śniadanie Edyta zjadła chleb z kremem czekoladowym. Nikt nie sprawdzał, czy zjadła suchy prowiant (jak się dzisiaj okazało – nie zjadła; może zjadła, ale nie cały). Wczoraj wieczorem po powrocie była obiadokolacja, więc Edyta napchała się ziemniakami. Natomiast dzisiaj na śniadanie zjadła kilka kromek chleba, w tym część suchych, część posmarowanych kremem czekoladowym. Na obiad zjadła same ziemniaki. A na kolację były te kluski śląskie. Ziemniaki i makaron lubi. A klusek się nie tknęła. Powiedziałyśmy, że ma zjeść przynajmniej trzy, bo nie ma ani jednej kromki chleba w domu. Chyba nie potrafię opisać, co to dziecko robiło podczas jedzenia tych klusek (taki Misiu na przykład zjadł z trzema dokładkami, a podsumowując dzień powiedział, że kluski pyły najpyszniejsze ze wszystkich dań na obozie). I może lepiej, żebym nie pisała. Ponieważ wszyscy dawno już zjedli  czekaliśmy tylko na nią. Nareszcie zjadła. Zaczęliśmy jej bić brawo i w ferworze wielkiej radości ktoś rzucił hasło: BIS!!!  Nie! Tylko nie to! Pomyślałam i szybko wstaliśmy, by zaśpiewać „Ściereczkę”.
Moim zdaniem to dziecko ma poważny problem. Rodzice być może jeszcze większy.
Filip w takiej sytuacji mówi:
- A czy możemy porozmawiać o czymś pozytywnym???
No to: Misiu dzisiejszy dzień zaliczył do udanych!


18.08.2012

Gdy wracaliśmy z dzisiejszej wyprawy na Eliaszówkę (1024 m n.p.m.) zadzwonił mój telefon. Dzwoniła siostra Filipa – Julia i poinformowała mnie, że ponieważ w poniedziałek wylatują do Chicago, to jeszcze dzisiaj około 17-tej przyjedzie z dziadkiem po Filipa. Tuż przed obiadem powiedziałam o tym Filipowi. Filip zrobił zmartwioną minę i zapytał:
- No a co ty powiedziałaś?
- A co miałam powiedzieć? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie – Tobie mówię.
- Zgodziłaś się??? – zdumienie Filipa graniczyło z rozpaczą.
Na szczęście szybko okazało się, że był to fałszywy alarm. Filip zostaje do końca, czyli do jutra.
Edyta jakby nigdy nic jadła dzisiaj zupełnie normalnie. Aż żałowałyśmy, że od samego początku nie zastosowałyśmy w stosunku do niej najnormalniejszej w świecie formy przymusu, tylko chciałyśmy spełnić standardy pedagogiczne.
Dzisiejsza, ostatnia tegoroczna wyprawa obozowa na Eliaszówkę dała nam w kość. Eliaszówka leży po drugiej stronie Czercza, a to znaczy, że wszelkie szlaki w tamtym kierunku są bystrzejsze, niż te tutaj. Poza tym w ubiegłym roku Eliaszówka zapisała się w naszej pamięci z ogromną burzą gradową i ulewą jak z cebra. I chociaż dzisiejszy dzień zapowiadał się piękny, baliśmy się, że nad tą wyprawą tkwi jakieś fatum, zwłaszcza, że ja kojarzę Eliaszówkę zawsze w deszczu. Dla odmiany dzisiaj skąpani w promieniach słońca i zlani zaledwie ;) potem, który wycisnęło z nas zdrowe zmęczenie, obeszliśmy tam i z powrotem.
Ja sama nauczyłam się (na własny użytek), że każda pogoda daje moc doznań na szlaku. Niegdyś szalałam za błękitnym niebem, które stanowiło kontrast dla zieleni lasów i szachownicy pól. Obecnie poznaję uroki każdej pogody i niepogody. Jakie wspaniałe widoki dawał deszcz i unoszące się nad lasami mgły! Jak dobrze i bezpiecznie wchodziło się w chmurę, która do mgieł podobna otulała wędrowców! Jak przyjemnie orzeźwiał ciepły, rzęsisty deszcz!
Około północy okazało się, że Filipa nie ma w pokoju a Jasiek, który się przebudził zeznał, że Filip miał iść z dziewczynami spać pod grzybkiem. W ubiegłym roku pozwoliliśmy najstarszym uczestnikom spać pod grzybkiem, ale był zaledwie środek lipca, noc ciepła i gwiaździsta. Dzisiaj dziewczęta pytały, czy mogą podobnie jak w ubiegłym roku spędzić tę ostatnią noc pod gołym niebem, ale nikt im nie pozwolił, bo noce już zimne. Były dni z temperaturą 12 st.C.
Paseczek wystraszyła się nieobecnością Filipa i zrobił się mały rumor. Po poszukiwaniach okazało się, że Filip śpi u dziewczyn w pokoju. Zapewne się bestie umówiły, że nastawią budzik i nocą, kiedy my będziemy już spać powędrują jako te duchy na Szeroką Polanę. Tymczasem dziewczyny śpią, Filip śpi i pozostali chłopcy również. Szeroka Polana też zasnęła  zapewne świadoma zbliżającej się rozłąki. Tylko my czuwamy w tę ostatnią obozową noc, by zrodzone w głowach naszych milusińskich szalone pomysły nie mogły się zrealizować.

środa, 15 sierpnia 2012

Ludzie Stamtąd 6


14.08.2012

Niepogoda zatrzymała nas dzisiaj w domu. Zadziwiające, że spory zastęp małych ludzi potrafił przez cały dzień bawić się układaniem mozaiki z koralików. Naprodukowaliśmy mnóstwo pięknych i niepowtarzalnych prac. Kolejnych do kolekcji po tych malowanych na szkle, rysunków, plecionych bransoletek, mozaiki z nasion i fasolek, plakatów itp.
Najważniejsze, że podczas pożegnania dnia Misiu dzisiejszy dzień zaliczył do udanych.  Całkiem tak samo jak każdy dzień na obozie. Jego zaliczenie dnia do udanych stało się już anegdotą obozową. Misiu jest bardzo skrupulatny. Możliwe, że w dorosłym życiu będzie księgowym, bo liczby i cyfry rządzą jego światem. Gdy byliśmy u leśniczego w Uhryniu i smażyliśmy nad ogniskiem kiełbasę Misiu zapytał:
- Czy leśniczy też będzie jadł?
Ktoś z nas zapytał dlaczego zadaje takie pytanie (niegrzeczne – brzmiało w podtekście).
- Bo kiełbas jest 15, a nas z leśniczym jest 16 – odpowiedział Misiu.
Dlatego tak ważne jest, że Miś zalicza kolejne dni do udanych.
Dzisiaj wyjechała Alicja. Jej radosna osobowość nie będzie już współtworzyła kolorytu tej naszej wspólnej przygody. Choć wszystkie nasze dzieci są rozgadane, Alicja nie ma sobie równych. Dobrze, że była z nami chociaż przez tydzień. Lubię zawierać znajomość z takimi ludźmi jak Alicja. To jak zbieranie skarbów.
Od kiedy organizujemy z Druhem Bartkiem (potem dołączyła do nas Paseczek) obozy w Stanicy, przyjeżdżają do nas z roku na rok te same dzieci. Miło jest patrzeć, jak rosną, dojrzewają i zmieniają się. Miło jest mieć świadomość, że mamy w tym procesie swój maleńki udział. Jeszcze milej jest słyszeć każdego obozowego dnia, że to co robiliśmy dzisiaj nasi milusińscy robili po raz pierwszy w życiu. Dla nas znaczy to tyle, że nie popadamy w rutynę i już któryś rok z rzędu jesteśmy w stanie każdy dzień zapełnić czym innym. Dzisiaj przygotowywaliśmy trasy wycieczek pod kątem ilości punktów na Górską Odznakę Turystyczną (GOT). W ubiegłym roku prawie wszyscy zdobyli popularną. W tym roku zdobędą wiele punktów do brązowej. Resztę wycieczek będą musieli odbyć z rodzicami. I zapewne odbędą.
Termometr za oknem przez cały dzień pokazywał 12 st. C. U nas atmosfera była gorąca. Wszak „gorące serca biją w nas…”.
Korczak na dzisiaj:  „Żyjemy partacko, niedbale, powierzchownie, byle jak” i „Ludzie Stamtąd” wiedzą dlaczego właśnie na dzisiaj te słowa. Bo to kolejny dzień, kiedy jeden z uczestników nie umył się wieczorem (nie mogę podać imienia – w ogóle to powinnam dopisać, że wszelka zbieżność z osobami i zdarzeniami jest przypadkowa ;).

15.08.2012

Filip poszedł dzisiaj z nami do kościoła. Powiedział: „Idę, przecież dzisiaj jest wielkie święto”. Zaraz po mszy podszedł do mnie mówiąc:
- Dlaczego wszyscy ludzie tacy bez radości? Ja myślałem, że jak jest święto wszyscy będą weseli, cieszyć się, a oni tacy… am… - już brakło mu słów, by wyrazić swój zawód z ujrzenia smutasów podczas radosnego święta wniebowzięcia Chrystusowej Matki.
Filip ma rację. Obserwowałam podczas mszy   4 zakonnice, które spędzają tu chyba lato, bo były z różnych formacji zakonnych. Już one same przedstawiały szczególny rodzaj ludzi tragicznie poważnych, do cna pozbawionych radości.
Potem, po powrocie do Stanicy, na werandzie Filip powiedział:
-  Ja nie mam dowodu na to, że Bóg jest. Oni mówią mi, że mam to czuć w sercu, a ja się pytam, czy jak nie ma dowodu na to, że kosmici byli na ziemi, to też mam to czuć w sercu? To bez sensu. Poza tym, mówią mi, że Bóg daje mi znaki, a ja nie widzę żadnych drogowskazów… kiedyś bardzo cierpiałem, bolało mnie całą noc i co? Ja nie dostałem żadnego znaku…
Opowiedziałam mu o moim spotkaniu z Bogiem i poprosiłam, jak niegdyś mnie poproszono, aby zapamiętał tę rozmowę.
To była długa i trudna rozmowa. Nie sposób jej tutaj przytoczyć. Dość powiedzieć, że utwierdziłam się w przekonaniu, że ze swoją wrażliwością ten chłopiec znajdzie kiedyś drogę do Boga. Skąd wiem? Nie mam na to dowodu. Czuję to w sercu…

Podczas obiadu Filipa rozbolał brzuch. Nie mógł dojeść kotleta i zaczął wszystkich rozpytywać, kto za niego zje. Od razu wszyscy odezwali się niegdysiejszym powiedzeniem Ani: „No chyba, że Basia, bo ona w domu zawsze po wszystkich zjada, jak ktoś nie może dojeść”! Basia powiedziała, że już nie może. Dlatego Filip zwrócił się do mnie:
- A ty zjesz za mnie ten kotlet? Proszę.
Zjadłam, chociaż też miałam po dziurki w nosie.
Potem Filip sprzątając plecak wysypał na środku ścieżki w lesie chrupki i stwierdził, że dziki je zjedzą.
W czasie obiadu Basia zwróciła się do Ani:
- Czy mogłabyś swoimi słowami opisać mi smak tego kompotu?
Na co Ania odpowiedziała:
- Oj będziesz musiała sama spróbować, ponieważ ten kompot jest tak pyszny, że nie mam słów na opisanie jego smaku.
Dziewczyny jeszcze w ubiegłym roku bardzo się ze sobą kłóciły. Bez przerwy wybuchały konflikty, jak to wśród dziewczyn. W tym roku stanowią całkiem udany i zgrany zespół. Dotarły się w minionych latach a i dojrzały wszystkie, które mam na myśli. Jeszcze niedawno to Marianka robiła takie histerie jak kilka dni temu Oli. Tymczasem Marianka poprowadziła sensowny i wartościowy kominek o harcerstwie, prowadzi zajęcia z musztry, pląsy i zabawy. Basia i Ania są wzorem cnót siostrzanych i koleżeńskich. Ola zawsze miała pokojowe usposobienie. Wszystkie cztery są takim katalizatorem i duchem wychowawczym dla chłopaków. Przez tych kilka turnusów udało nam się wypracować istotę ciągu wychowawczego w harcerstwie. A przecież nie mamy do czynienia z harcerzami.
Po powrocie z Kicarza i po kolacji mają czas dla siebie. Zabraliśmy im sjestę poobiednią, więc trzeba im było zapewnić tę chwilę bez zajęć. Siedzą na górze. Dziewczyny z Filipem zapewne grają w Monopoly. Jasiek gra w jakąś grę elektroniczną (na telefonie albo Game Boy’u), bo co chwilę dobiega dziki śmiech Jaśka. A tak śmieje się tylko, gdy gra. Misiu zapewne asystuje Jaśkowi, bo w tym roku wyjątkowo się skumplowali. W ubiegłym roku to Misiowi Jasiek najbardziej dokuczał. W tym chłopcu też zaszły niesamowite zmiany. W ubiegłym roku bardzo agresywny, skory do bitki i obelg. W tym roku nie ten chłopak.
W ubiegłym roku Jaśka fascynowało robienie wirów łyżeczką w szklance z herbatą. Robił te wiry tak długo, że już wszyscy zdążyli zjeść. Potem pokłócił się z tym i z tamtym, by wreszcie zacząć spożywać posiłek. Ponieważ wspólnie przychodzi i wychodzi się z jadalni, pozostali czekając na Jaśka bawili się śpiewając pląsy i krótkie piosenki. Tak nam się obóz zintegrował.
W tym roku brakuje nam tego elementu, chociaż posiłki i tak z dnia na dzień stają się coraz dłuższe. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. To znaczy przebywania na obozie. Świeże górskie powietrze wyostrzone chłodem potoku w dzień i w nocy (umówmy się, że okna nie są za szczelne), codzienne wyprawy w góry i to w miarę ambitne wyprawy, zdrowe zmęczenie – są to najlepsze składniki do poprawienia apetytu. Dzisiaj tak się zagalopowali przy kolacji, że zjedli Druhowi Bartkowi wszystkie naleśniki. A Druh Bartek uwielbia naleśniki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Ludzie Stamtąd 5


13.08.2012

Janek z Filipem trzymają dzisiaj sztamę. Jakby wczorajszej kłótni wcale nie było.  Nawet wspólnie umieszczali na rogaczu na Obidzy drogowskaz do Stanicy. Janek przybijał młotkiem, Filip zaciskał zaczepy. Reszta dzieciaków poszła z Paseczkiem do bacówki, bo na przełęczy wiało bardziej niż w Rytrze (a w Rytrze wieje zawsze bardziej niż w Kieleckiem). Aby dojść ze Stanicy na Obidzę i z powrotem musieliśmy pokonać 12 km. Co chwilę padał deszcz. Obok schroniska na Suchej Dolinie (przepraszam, teraz to jest Ski Hotel) remontują drogę. W tym miejscu, gdzie jest ostry zakręt wspomagany lustrem a po obu stronach drogi stoją domy. Kiedy szliśmy na górę trwała przerwa śniadaniowa, praca została przerwana w mało interesującym momencie. Natomiast, gdy wracaliśmy roboty zaszły już do takiego etapu, w którym ścięto skarpę, na której stał jeden z domów. Okazało się, że dom stoi na skale. To był piękny widok. Na co dzień wokół domu od wczesnej wiosny do późnej jesieni kwitną w  ładnym i zadbanym ogrodzie kwiaty. Poza ogrodzeniem wisi skarpa. I kiedy budowlańcy naruszyli tę skarpę szczękami koparki, okazało się, że tkwi tam przepiękna skała. Mocno padał deszcz, gdy tamtędy przechodziliśmy, nie mogłam więc wyjąć z plecaka aparatu fotograficznego, by zrobić zdjęcia i już po przejściu kilku kroków bardzo tego żałowałam. Ciekawe też, jacy ludzie mieszkają w takim domu wybudowanym prawdziwie na skale?
Alicja bardzo zmartwiła się, gdy zobaczyła dziadka. Myślała chyba, że przyjechał po nią. Bo Alicja przyjechała na obóz tylko na tydzień i choć bardzo chciałaby zostać dłużej, to obiecała swojej mamie, że nie będzie dzwoniła i marudziła, że chce zostać jeszcze. Alicja jest bardzo dojrzała i odpowiedzialna.  Z ogromnym bólem powiedziała nam: „Wrócę jutro do domu. Nie mogę marudzić i prosić rodziców, bo oiecałam”. Serce namsię krajało, gdy słyszałyśmy jak ta mała dziewczynka to mówi.
Popołudnie przeszło na leniuchowaniu. Przed pożegnaniem dnia leżąc w łóżkach pod śpiworami miałyśmy nawet pomysł, by wszyscy przyszli do naszego pokoju, ja powiem gawędę, jak co wieczór i na koniec zawiążemy krąg.
Najważniejsze, że Misiu dzień zaliczył do udanych. A i Druh Bartek jest zadowolony, że udało mu się poranny bunt 10% uczestników obozu zażegnać w niespełna godzinę. Buntownikiem była Oli, która krzyczała, że nie pójdzie w góry i nie będzie niczego robiła, bo my ją do wszystkiego zmuszamy. Przeprowadzona telefoniczna konferencja z dziadziem kazała jej zaprzestać buntu i podporządkować się temu, do czego ją zmuszamy.
I głównie dla nieji Janusz Korczak przyszedł dzisiejszego wieczoru do nas ze słowami: „W zmęczeniu hartuję się i dojrzewam”.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Ludzie Stamtąd 4

12.08.2012
Od rana dzieciaki jakieś rozkojarzone. Trzeci z rzędu deszczowy dzień, więc nie ma się co dziwić. Toteż się nie dziwimy, ale zdążyłyśmy się przyzwyczaić, że wszystko idzie jak z płatka. Kto nie wie, czym jest praca z dziećmi pewnie nie zrozumie, jak wielkim osiągnięciem jest wypracowanie takiego statusu, że dzieci same pełnią dyżury oboźnego, pilnują porządku dnia, odgwizdują gwizdkiem zbiórki i przychodzą do naszego pokoju z zaproszeniem na zajęcia albo na posiłek. Choćby teraz. Wyszliśmy po kolacji ze stołówki i dzisiejsza oboźna Alicja momentalnie odgwizdała zbiórkę na zajęcia programowe. Od popołudnia wszyscy mozolą się nad bransoletkami wyplatanymi z muliny. Prawdę mówiąc same byłyśmy już znużone tłumaczeniem i pokazywaniem każdemu oraz nauczaniem zaplatania i chciałyśmy po kolacji nieco odsapnąć. Wyszłam na piętro popatrzeć, jak wygląda zbiórka na zajęcia a tam wszyscy siedzieli już na krzesłach i zaplatali kolorowe nitki. Z telefonu dobiegała muzyka. Żyć nie umierać.
Dla jasności – to Paseczek prowadzi wszystkie zajęcia artystyczne. Ona tłumaczy, wyjaśnia, przygotowuje grunt. Ja tylko współuczestniczę.
Dzisiejsza pogoda wprowadziła pewnego rodzaju chaos w emocjach „Ludzi Stamtąd”. Najpierw wszyscy wykłócali się z nami, że nie wezmą kurtek przeciwdeszczowych do kościoła, chociaż dopiero wczoraj mokliśmy w deszczu wracając z Niemcowej. Potem wyniknęła jakaś wojna plemienna pomiędzy chłopakami. Jasiek nie może zrozumieć, że Filip ma inny stopień wrażliwości i poczynania, które jemu wydają się zwykłym psikusem, Filipa wprawiają w rozpacz. Nie było nas przy tym, kiedy wybuchł ten konflikt, dość, że Filip płakał zamknięty w innym pokoju, Jasiek mu wygrażał używając nieparlamentarnych słów a pozostała część obozu murem stała za Filipem. Bez wnikania w jakiekolwiek szczegóły widać było ewidentną przewinę Jaśka. Ale on nawet po długim tłumaczeniu, przytaczaniu wszelakich przykładów nie rozumiał i to on czuł się pokrzywdzony. Musiałam przypomnieć nie raz powtarzane już słowa, że wojna powstaje w sercu każdego z nas, nigdzie indziej na świecie.
Do Olinki przyjechali dziadkowie w odwiedziny. Po wyjeździe wpadła w atak histerii. Taka mała pokazówka. Nie odzywa się do nas. Cały czas nie rozumiemy, dlaczego do nas, ale musimy nauczyć się z tym jakoś żyć ;)
No i największy dylemat dzisiejszego dnia. Filip zapytał rano, czy wszyscy muszą iść do kościoła. Zrobił przy tym taką minę, jakby pójście do kościoła było dla niego największą katorgą.
Tu małe tłumaczenie. Wszyscy wiedzą, że mam słabość do Filipa. Jest w tym dziecku wielkie przypomnienie jego ojca. Do tego spotęgowana wrażliwość. Gdy Filip popatrzy mi w oczy swoim wzrokiem niewinnego i czystego dziecka, jestem „ugotowana”. Widzę w nim bezradnego i zagubionego chłopca. Dużo bardziej bezradnego i dużo bardziej zagubionego niż był jego ojciec.  Śmiało można powiedzieć, że Filip to taki „Mały Książę”.
Bardzo szybko musiałam rozważyć w myślach za i przeciw jego pytania, które równocześnie było prośbą. Błaganiem wręcz. Zapytałam o to i tamto i podjęłam decyzję, by nie szedł. Zobaczyłam wielką ulgę w oczach chłopca. I natychmiast spotkałam się z dezaprobatą pozostałych opiekunów, że przecież dziecko nie może samo decydować, że trzeba je może i przymusi, ale to w konsekwencji dla jego dobra, a zdecyduje, gdy będzie dorosłe.
Jakoś nie mieści się to w moim pojęciu drogi do Boga.
Podczas letniego wypoczynku mamy obowiązek zapewnić dzieciom udział we mszy, ale nie możemy ich do niczego zmuszać.
Filip powiedział innym dzieciom, że nie jest za bardzo religijny, bo religie były przyczynami wielu wojen. To mądry chłopiec, dużo czyta. Pewnie i to wyczytał. Jest dobrym dzieckiem i łatwo można wskazać mu drogę do Boga niekoniecznie poprzez zmuszanie go do udziału we mszy.  A już na pewno ja nie mam takiego prawa.
Ale też słowa Filipa dały przyczynę dyskusji, która zawrzała. Mnie ta dyskusja przeraziła, bo świadczy o kompletnym braku tolerancji przełożonym tutaj na nasz grunt ze swoich środowisk. Ania stwierdziła, że w USA może i można zrozumieć to, że ktoś nie chodzi do kościoła, ale w Polsce nikt tego nie zrozumie (!). Ania jest niezwykle mądrą osóbką, z ogromną zdolnością analitycznego myślenia i wyciągania właściwych wniosków. Jasiek od razu wypalił, że „pewnie, że to prawda, że religie były przyczyną wojen, bo np. ten  >pi….ny< Bin Laden…”. Jeszcze przytoczył Stalina, ale już po pierwszym szoku zdążyłam zareagować i zrugać Jaśka. Misiu stwierdził, że to tak nie można, aby nie chodzić do kościoła itd. itp. I pozostali dopatrywali się samego zła w tym fakcie.
A ja myślę, że Filip ze swą przeogromną wrażliwością nie może nie trafić na odpowiednią drogę, która zaprowadzi go do Boga, a wszelkie formy przymusu, czy piętnowania jego obecnego zagubienia będą go tylko od tej chwili oddalały. Ale jestem tylko człowiekiem, więc mogę się mylić.
Edyta zaczęła więcej jeść. Więcej to znaczy bardziej urozmaicone posiłki. Ale i tak dowiedziałyśmy się, że w domu pomidory są dobre i mają inny smak, a te tutaj nie smakują.
Oli, choć jest jeszcze małą dziewczynką zrozumiała swoje niewłaściwe zachowanie i przeprosiła wszystkich. Jasiek do końca dnia patrzył na nas bykiem – przynajmniej ja miałam wrażenie, że tak patrzy na mnie. Nie wiedział też z jakiej racji miałby przepraszać Filipa i kogokolwiek innego, choć każdy przy pożegnaniu dnia wyrażał się, że jest mu przykro ze względu na kłótnię chłopców. Dlatego Janusz Korczak przyszedł dzisiaj do nas ze słowami: „Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem jak to się robi”.