MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 września 2012

Na postumencie wiary

Dzisiaj jestem po lekturze "Huculszczyzny" Michała Kruszona. Kończę też podróż "Po Galicji" Martina Pollacka. Swe okładki otwiera dzieło Vincenza "Na wysokiej połoninie", czekając niecierpliwie, aż sięgnę po każdy z czterech opasłych tomów.
Minęło zaledwie kilka tygodni od mojego pobytu na Ukrainie, a mnie wydaje się, że wszystko, czego tam doświadczyłam, było snem zaledwie. Pięknym i nostalgicznym snem o utraconym raju. Pojechałam ślepa na Ukrainę, wróciłam odbierając ją wszystkimi zmysłami. Najbardziej boli mnie moja wcześniejsza ignorancja dotycząca spraw Kresów - miejsc, krajobrazów, miast i wsi, ludzkich historii, wreszcie historii Ojczyzny wplecionej w to wszystko, co zobaczyłam, przeżyłam, o czym pisałam.
Wydaje mi się, że zupełnie naturalnym procesem przebiegającym na poziomie moich emocji był straszliwy żal i rozgoryczenie skierowane ku historii, nauczycielce życia, za to wszystko, co w jakiś sposób zostało mi odebrane. Tobie również miły Czytelniku.
Wyszłam jednak z tej niewczesnej żałoby po utraconej Ojczyźnie oczyszczona i przekonana mocą stwierdzenia, które się we mnie zrodziło.
Patrząc na historię ziem, które nawiedziłam w naszej wakacyjnej wędrówce, nie mają, może nie miały, one szczęścia do określonej państwowości. Wciąż szargane walkami narodów uzurpujących sobie prawo do panowania nad nimi, rodziły swych własnych synów, którzy niewątpliwie są jej przynależni, a ona im. To Huculi na Huculszczyźnie. Bukowinianie na Bukowinie. Wszystkich innych przywiały tam wichry historii. Każdy z narodów zostawił swój ślad, mocne piętno, które dziś stanowi piękne i bogate tło wszystkiego, co widziałam.
Człowiek, jako pielgrzym i tak przemierza tylko ziemskie drogi w wędrówce do nieskończonego bytu. Ważne więc, aby jego podróż była wartościowa, aby budowała w nim dobro. W swej wędrówce spotyka, nie może być inaczej, drugiego człowieka, dziesiątki, setki ludzi. Ważne jest, aby sam w wędrówce nie ustał i nie zatracił wartości, ale też by pomógł innym w ich pielgrzymowaniu, aby kochał. Podczas swej ziemskiej peregrynacji stawia domy, przywiązuje się do ojcowizny, do ziemi, którą nazywa swoją ojczyzną. Przygotowuje się w ten sposób do pobytu w prawdziwej Ojczyźnie. "Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie". 
Nigdzie indziej jak na kartach Pisma Świętego w sposób jasny przedstawiona jest pewna nadzwyczajna historia. To historia zyskiwania i tracenia ojczyzny; przechodzenia z jednej do drugiej, wygnań, niezrozumienia, miłowania. To historia zbawienia. Dlatego nie da się, nie umiem inaczej zrozumieć historii ojczyzny, jak na postumencie wiary.

Zaś w Kamieńcu Podolskim po prawej stronie katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła stoi kolumna. Ma wyraźnie oddzielony postument z inskrypcją. Na szczycie kolumny przycupnęła postać Chrystusa Frasobliwego. Ale sama postać nie przykuwa uwagi. Jest wysoko, trzeba zadrzeć głowę do góry, a i tak mało co widać. Widać, że to Syn Boży na wysokości. Natomiast na jednym boku postumentu na poziomie wzroku przechodzącego jest inskrypcja; na drugim krótki napis, którego w zasadzie można nie zauważyć. Można go wręcz pomiąć. Tylko, czy wolno? "Słaby jest lud, (...), gdy zapomina, że został posłany, by czuwać..." powiedział Karol Wojtyła. Ale, że człowiek jest tylko człowiekiem, więc czasem może nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć... Dla wszelkich słabości trzeba mieć zrozumienie, a "...jeśliby ci milczeli, wnet kamienie wołać będą".
Karpaty rodzą synów prawych i honorowych, takich, co to miłują Boga i swoją ojczyznę. Widziałam tę miłość w oczach Saszy. Widziałam we wszystkim, co robi, w jego przywiązaniu do gór, tradycji, wiary ojców. Widziałam jego dbałość o wszystko, co z regionem związane. Teraz pokolenie Saszy wędruje, jak niegdyś pokolenia naszych przodków wędrowały w swej ziemskiej drodze przez ziemie Beskidu Zielonego, przez trudne do przebycia góry, wąwozy i jary. Bądźmy spokojni o ten fragment naszej ziemskiej ojczyzny, bo jej lud darzy ją wielką miłością. 


Kolumna Chrystusa Frasobliwego
na dziedzińcu katedry
w Kamieńcu Podolskim.


Postument  kolumny Chrystusa Frasobliwego
na dziedzińcu katedry
w Kamieńcu Podolskim.


"Ucząc się nowej nadziei, idziemy przez ten czas ku ziemi nowej. I wznosimy ciebie, ziemio dawna, jak owoc miłości pokoleń, która przerosła nienawiść". (Karol Wojtyła)



Postument kolumny Chrystusa Frasobliwego
na dziedzińcu katedry
w Kamieńcu Podolskim.







poniedziałek, 3 września 2012

Cerkwie Karpat Wschodnich

Chrześcijaństwo na dzisiejszej Ukrainie datuje się na rok 988, kiedy to książę Rusi Kijowskiej Włodzimierz I Wielki przyjął chrzest z rąk patriarchy Konstantynopola. Oznacza to, że Ruś Kijowska weszła w krąg chrześcijaństwa bizantyjskiego. Bo w tamtych czasach ziemie dzisiejszej Ukrainy należały do Rusi Kijowskiej. Niebawem w kościele doszło do schizmy wschodniej, jak kto woli wielkiej i wykształciło się prawosławie, a nieco później Litwini przejęli panowanie nad ziemiami Rusi Kijowskiej, by w wyniku Unii z Polską przyłączyć je do "Korony Królestwa Polskiego". Uff! Jakiż to telegraficzny skrót!
Jak by na to nie patrzeć zrobił się mały "żbąk", ponieważ Polska była na wskroś katolicka. Blisko 200 lat szukano rozwiązania i w końcu podpisano kolejną unię, na mocy której część Cerkwi prawosławnej znajdująca się na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów (w tzw. międzyczasie umowy między/wewnątrz/państwowe powołały ją do istnienia ;)  przyjęła zwierzchnictwo papieża, zachowując jednak własną strukturę administracyjną oraz wschodnią liturgię. Powstał kościół unicki (w czasach zaborów przez cesarzową dla uproszczenia nazwany greckokatolickim). Uff! Jakiż to telegraficzny skrót!

A może powinnam rozpisać się na kilkanaście stron, kilkadziesiąt tysięcy słów i kilkaset tysięcy znaków, aby dokładnie wyłuskać wszelkie niuanse historyczne uwarunkowań politycznych i geopolitycznych, oraz historii kościoła miejsca na świecie, które nas interesuje, czyli Karpat Wschodnich? Pewnie jeszcze będę żałowała, że tak nie zrobiłam, ale odsyłam czytelnika do jego własnej wiedzy historycznej, ewentualnie do zgłębienia tematu lekturą i studiami. 

Rzeczpospolita Obojga Narodów, przekształcona niebawem (uff!) w Rzeczpospolitą Polską straciła niepodległość i fragment świata nas interesujący administracyjnie przeszedł pod panowanie austriackie. Po dusze ludów wyznających grekokatolicyzm sięgnęła znów (znów, bo już kiedyś sięgała) Moskwa ze swym prawosławiem. Jeden z przewodników turystycznych tłumaczący mi kiedyś zawiłości tego tematu powiedział, że w czasach zaborów, całe wsie przechodziły z grekokatolicyzmu na prawosławie i odwrotnie, w zależności od tego jak interes przeżycia tym kierował. Było to zapewne wielkie uproszczenie, ale jakoś dało mi zrozumienie problemu, więc się nim dzielę. 
Następnie przyszedł burzliwy wiek XX i tragiczne lata I i II wojny światowej, oraz pod zwierzchnictwem sowietów, kiedy to kościół przeszedł do podziemia i oficjalnie podniósł głowę dopiero na przełomie lat 80/90 XX w. Powstała wolna i niepodległa Ukraina, w której, co prawda religią dominującą jest prawosławie (kijowskie), ale na terenie Karpat Wschodnich zdecydowanie przeważa grekokatolicyzm. I o tym, że tak jest, z dumą poinformował nas Sasza. A ja przejeżdżając przez miejscowości usytuowane w Karpatach Wschodnich i na przedkarpaciu wyrobiłam sobie przeświadczenie, że dla mieszkańców tych ziem wolność uwarunkowana jest wolnością religijną, a państwowość kojarzy się przede wszystkim z zagwarantowanym, niczym nie ograniczonym dostępem do swobód religijnych.
Sasza pokierował naszymi krokami tak, abyśmy mieli okazję zobaczyć kilka perełek architektonicznych i historycznych jego kościoła. Nie da się nie zauważyć, zaledwie przekroczy się granicę Ukrainy na najbardziej na południe usytuowanym przejściu granicznym z Polską, przepięknych cerkiewnych kopuł, o których (kopułach) w swej poezji Jerzy Harasymowicz pisał "cerkwi banie". 
Teren, na którym mieszkam obfituje w wiele zabytków cerkiewnych (przemienionych niestety na kościoły katolickie po niechlubnej w dziejach naszego kraju Akcji Wisła z 1947 roku - ale była ona założeniem wynikającym z nowego porządku Europy, na który umówili się u schyłku II wojny światowej trzej mocarze), więc krajobrazy górskie z przycupniętymi starymi, drewnianymi cerkwiami nie są mi obce, z baniami - poprawnie zwanymi kopułami, na planie krzyża, czy częściej prostokąta. Właściwie to nie wiem, czy w Beskidzie Niskim i Sądeckim widziałam jakąś cerkiew na planie krzyża. Natomiast Karpaty Wschodnie to bogactwo cerkwi na planie krzyża greckiego - a te wyglądają jak arki - można je łatwo pomylić z cerkwiami na planie koła (czytałam opinię znawczyni architektury cerkiewnej, która podzieliła się informacją, że nigdy w życiu nie widziała cerkwi na planie koła). 
Tak więc widzieliśmy cerkwie Ivano-Frankowska (Stanisławowa) i Kołomyi. Byliśmy u bram najstarszej na Huculszczyźnie cerkwi zbudowanej w 1600 roku w Pistyniu nad rzeką Pistynką, tą samą, która płynie głębokim jarem i obok wąskiej kładki dla pieszych zbudowano tam "windę do nieba" dla trumny, na linie rozciągniętej nad rzeką. Podziwialiśmy bogatą cerkiew w Krzyworówni nad Czeremoszem nieopodal Worochty - tę, która schowana wysoko w górach uniknęła przerobienia przez władze z czasów SSR na magazyn lub coś w tym rodzaju. 
Jak już pisałam cerkwie są otwarte o każdej porze, każdego dnia tygodnia, wewnątrz są ludzie modlący się, zapalający świeczki, całujący z nabożeństwem obrazy i krzyż, a nawet stopień pod krzyżem. Ludzie na ulicy, przechodząc obok cerkwi, przystają i żegnają się. Bogactwo krzyży i kapliczek przydrożnych jest nie do opisania. W twórczości ludowej Hucułów motyw religijny jest naczelnym, nie licząc ceramiki glinianej, która omija ten temat - trudno, aby na misach i kaflach widniały sceny z życia Chrystusa, czy świętych. 
Tak. Wiara. Wyrażona w architekturze, twórczości ludowej i postawie ludzi. Na tym się dzisiaj zatrzymajmy. 

Cerkiew w Pistyniu z 1600 r.
Tablica informująca o najstarszej cerkwi
Huculszczyzny (w Pistyniu).

Kapliczka przydrożna.

Cerkiew w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.
(drewniany, misternej roboty świecznik ma 250 lat)

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Krzyworówni.

Wnętrze cerkwi w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie).

Cerkiew w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie).

Wnętrze cerkwi w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie).


Cerkiew w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie).

Wnętrze cerkwi w Kołomyi.



Cerkiew w Kołomyi.

Cerkiew na przedkarpaciu.

sobota, 1 września 2012

Mały Rycerz - rotmistrz ostatniej stanicy Rzeczpospolitej

Rok urodzenia - 1620. Miejsce urodzenia - Maków na Podolu, ok. 15 km na północny wschód od Kamieńca Podolskiego. Szlachcic polski herbu Korczak, stolnik przemyski, żołnierz i zagończyk, rotmistrz, od 1669 pułkownik, kawalerzysta w chorągwi hetmana Jana Sobieskiego (za Wikipedią). Hetman Jan Sobieski mianował go rotmistrzem w twierdzy w Kamieńcu Podolskim. Henryk Sienkiewicz uczynił nieśmiertelnym bohaterem, sarmatą - obrońcą ojczyzny. 
Po tragicznej śmierci od wybuchu w Baszcie Czarnej w Zamku Górnym w sierpniu 1672 r. pochowany został w krypcie klasztoru franciszkanów, który dziś usiłuje się podnieść z ruiny.

Twierdza w Kamieńcu Podolskim z daleka i z bliska wygląda jak makieta. Naturalnie ufortyfikowana na wysokich skalnych zboczach tworzących jar rzeki Smotrycz uchodziła za niemożliwą do zdobycia. 
Ta zaś (rzeka) widziana z lotu ptaka, okalając miasto, tworzy półwysep w kształcie greckiej litery omega. Wąski przesmyk do dziś stanowi naturalną drogę dotarcia do twierdzy od strony Starego Miasta. Niegdyś istniało tylko przejście wąziutką ścieżką nad przepaścią, z czasem drogę poszerzono i w tym celu wybudowano most.
O twierdzy w Kamieńcu Podolskim mówiło się, że jest przedmurzem chrześcijaństwa, albo też bramą do Polski. Nic więc dziwnego, że była najpilniej strzeżona. 
Sam Kamieniec Podolski zamieszkiwany był przez niezliczoną ilość narodowości i grup etnicznych, które po prostu ze sobą mieszkały i współdziałały. Każda z narodowości wyspecjalizowana była, zgodnie ze swoimi predyspozycjami i odwiecznym zajęciem, w oddzielnej dziedzinie rolnictwa, produkcji, gospodarki, czy handlu i nikt nikomu nie wchodził w drogę. Nowy porządek świata wprowadzony przez trzech wielkich mocarzy u schyłku II wojny światowej całkowicie wyeliminował wielonarodowościowe społeczeństwa, przyczyniając się tym samym do kresu barwnych i bogatych kulturowo miast, miasteczek i wsi. 
Miejsce, do którego najpierw zaprowadziła nas nasza przewodniczka w Kamieńcu Podolskim to Pomnik Małego Rycerza na placu katedry rzymskokatolickiej pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Katedra ta jest jedynym na świecie kościołem rzymskokatolickim przed którym stoi minaret. Aby dowiedzieć się skąd się wziął trzeba by cofnąć się do czasów Małego Rycerza, a właściwie do lat, które nastąpiły po poddaniu twierdzy Turkom i śmierci rotmistrza Wołodyjowskiego.  Zamek w rękach Turków był zaledwie 27 lat i po podpisaniu traktatu pokojowego w Karłowicach wrócił w ręce Polaków. Godny odnotowania jest fakt, że murowany zamek w miejscu późniejszej twierdzy został zbudowany z inicjatywy książąt Koriatowiczów i Spytka II z Melsztyna. O ile Koriatowicze są mi nieznani, to Spytko II z Melsztyna po sąsiedzku panował na zamku w Melsztynie, nieopodal Tarnowa.
Wróćmy do Małego Rycerza, bo wielkim dla nas zaskoczeniem był jego pomnik w ogrodach katedry. Pomnik jest niewielki, powiedziałabym nawet, że niepozorny. W kształcie ściętego drzewa, gdzie pień pozbawiony konarów pozostawiono w ziemi licząc, że drzewo się odrodzi. Wszak już w Księdze Hioba można przeczytać, że: "Drzewo może mieć nadzieję: choć jest ścięte, znowu się odradza, a jego pędy rosną dalej". Nic więc dziwnego, że naród po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., bo wtedy postawiono pomnik, liczył na odrodzenie się potęgi Rzeczpospolitej. Na pniu przysiada ptak, pewnie to gołąb z gałązką oliwną w dziobie. I jest to zapewne symbol, który wyprzedził czas o 27 lat i więcej. 
Nasza przewodniczka opowiadając o perypetiach Kamieńca Podolskiego i całego Podola, z jego przechodzeniem z rąk do rąk na przestrzeni wieków, wyraziła się w ten sposób, że w latach 1918 - 1939 Kamieniec był pod okupacją Polaków...
Te sprawy wymagają uspokojenia myśli. Wielkiego wyciszenia emocji, które się zrodziły przy osobistym zwiedzaniu tego miejsca i wszystkich innych. Starannego poukładania, którego jestem bliska.
Ma więc prawdziwy Jerzy Wołodyjowski swój pomnik, niczym ze spiżu, stojący w niegdysiejszej bramie do Rzeczpospolitej, będącej zarazem przedmurzem chrześcijaństwa. Niezależnie od tego pomnika, sienkiewiczowski bohater, bohater narodowy - ma pomnik w sercu każdego Polaka. 


Kamienic Podolski na starej mapie

Kamieniec Podolski - twierdza

Katedra pw. śś. Piotra i Pawła
z minaretem; na szczycie
znajduje się figura Matki Bożej
Pomnik Małego Rycerza, na którym
widnieje inskrypcja, jak poniżej


Inskrypcja na pomniku Jerzego Wołodyjowskiego
rotmistrza twierdzy Kamieniec Podolski

***


"W stepie szerokim, którego okiem
nawet sokolim nie zmierzysz
wstań unieś głowę, wsłuchaj się w słowa
pieśni o małym rycerzu..."









Bukowina ukraińska

Tam, gdzie się kończą Karpaty Wschodnie zaczyna się kraina zwana Bukowiną. Dzieli się ją na północną należącą dziś do Ukrainy i południową - rumuńską. Próżno szukać na mapach Bukowiny, bo jest zaledwie krainą historyczną, ale bardziej niż geografia i podziały administracyjne - stare i nowe - interesuje nas podróż do świata, którego już nie ma. Bo Bukowina jest kwintesencją dziejów Europy Środkowo-Wschodniej. Jest bramą ze świata kultury wschodu, do zachodniego świata chrześcijaństwa i odwrotnie. Góry były naturalną granicą dla wojsk sułtańskich i stanowiły zaporę przed zalewem islamu tam, gdzie królowały kościoły i cerkwie.
Historia Bukowiny jest bardzo burzliwa i warto się z nią zapoznać. Bogactwo kultur etnicznych i scheda po niech jest niewyobrażalna. Na dzisiaj wyróżnia się spośród mieszkańców tych rejonów: Ukraińców (Rusinów), Rumunów, Mołdawian, Rosjan, Żydów i Polaków; historycznie doliczyć należy Romów, Ormian, Niemców i czasowo przebywających Turków.
O Hucułach mówi się, że są góralami Bukowińskimi, ale nie słyszałam takiego określenia od Saszy. Kiedy jechaliśmy do bram chrześcijaństwa oddzielających świat zachodni od wschodniego Sasza powiedział: "Wyjeżdżamy z Huculszczyzny, jedziemy przez Pokucie, Besarabię i Podole" - i są to tyleż krainy geograficzne, co historyczne.
Głównymi miastami Bukowiny są Czerniowiec i Suczawa. Czerniowiec leży przy głównym szlaku, więc przejeżdżaliśmy przez niego. Sasza pokazywał nam również kierunek, w którym należy się udać, by dotrzeć do historycznego monastyru św. Jana z Suczawy, jednego z najważniejszych miejsc kultu religijnego Bukowiny.
Miasta na Ukrainie w Karpatach i na przedkarpaciu charakteryzują się tym, że na obrzeżach mają ustawione rogatki. Jest to zapewne pozostałość po latach SSR i nie wiedzieć dlaczego nikomu nie przyszło do głowy, aby je zlikwidować. We wszystkie dni tygodnia, oprócz niedzieli, na rogatkach stoi milicja i każdy samochód ma obowiązek zatrzymać się, a funkcjonariusze wskazują kto ma jechać dalej, a kto pozostać do kontroli. Tak było i w Czerniowcu na olbrzymich rondach przy wjeździe i wyjeździe z miasta.
Tego dnia wynajęliśmy busa, bo droga była daleka. Miało zrealizować się jedno z największych marzeń Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem - pojechaliśmy do Chocimia i Kamieńca Podolskiego.
Prawdę powiedziawszy dla mnie obydwa te miejsca owiane są bardziej legendą stworzoną przez Sienkiewicza niż historyczną prawdą. To znaczy, gwoli ścisłości, było tak do dnia, w którym moja noga nie stanęła w obu twierdzach, a oczy nie zobaczyły ogromu fortecznych budowli.
I znów trzeba by wielu dni, by poznać dokładnie te miejsca, a i zapewne niejedną książkę przeczytać.
Dość, że przekroczyliśmy Dniestr, za którym majaczyły Dzikie Pola. I w tym momencie rozbrzmiał tętent koni, dało się słyszeć szczęk broni, odgłosy walk, które ustawicznymi bojami i wojnami przetaczały się przez te ziemie.
Duże dziewczyny usiłowały spać w busie, rozłożyły oparcia siedzeń, a Mały Rycerz, który za kilka dni miał skończyć 3 lata siedział pomiędzy nimi i mówił: "Kuku-ryku. Dzień".
Sienkiewiczowski etos urzeczywistnił się, historia ojczyzny zamajaczyła na widnokręgu. Niezależnie od wszystkiego dzieci śpiesznie zdążają ku przyszłości, a i tak najważniejsza jest teraźniejszość.


Kamieniecki bruk

Widok na Dniestr z twierdzy Chocim
(no i Dzikie Pola za Dniestrem, choć może nie tuż zaraz).
Mury twierdzy Chocim od wewnątrz

Mury twierdzy Chocim

piątek, 31 sierpnia 2012

Źródła Prutu

Pokonanie szczytu w moim przypadku nie kończy się na wyjściu na górę. Howerla w języku rumuńskim znaczy: trudna do przejścia. A z każdej góry trzeba jeszcze zejść, co przy moich sklerotycznych kolanach jest nie lada wyczynem. Co prawda po przebytej rehabilitacji od kilku zejść kolana już mi nie dokuczały, ale zawsze może przyjść ten czas, kiedy skończy się cudowne działanie zastosowanej fizjoterapii. W przypadku wysiadających kolan do pokonania jest zupełnie inny aspekt górskiego wędrowania.

Sasza zaproponował nam zejście, które przez krótki moment prowadziło szlakiem, przepiękną zieloną połoniną - jakżeby inaczej. Kiedy doszliśmy do środka półokręgu, który tworzyła grań na szlaku, skręciliśmy pod kątem prostym w lewo, to jest na wschód, schodząc w olbrzymi kocioł nieoznakowaną ścieżką*. Tak olbrzymiego kotła nie widziałam nigdy w życiu. Za nim, właściwie pod nim, był następny i następny. Gdzieś w dole, u kresu wędrówki natknęliśmy się na okopy z I wojny światowej. Żadna ścieżka dydaktyczna, jakich w naszych górach pełno - autentyczne okopy, z autentycznym drutem kolczastym.
Pierwszy kocioł był o tyle piękny, co przerażający z uwagi na moje kolana. Ściana do zejścia prawie pionowa - jeszcze bardziej niż wcześniej wyjście na szczyt. Zejście z drugiego okazało się jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem. Przed nami rozpościerał się widok tak rozległy, że człowiek znajdujący się na odległość ręki zdawał się już maleńki w obliczu majestatu tej wielkości.
Tu jest najdoskonalsza odpowiedź na pytanie, po co włóczymy się po tych wszystkich górach, szczytach, zboczach, stokach, dolinach potoków i rzek, połoninach i halach. By uznać swoją małość w obliczu prawdziwej wielkości. Takiej wielkości, która wyszła spod ręki Stwórcy.

Kolana mnie nie rozbolały, chociaż do samego końca drogi nie mogłam wiedzieć, że tak będzie. Z każdym krokiem cieszyłam się z widoków, jakie się przed nami roztaczały. Powetowałam sobie stratę braku zdjęć z odcinka wyjścia z Małej Howerli na Howerlę i co rusz się odwracałam, by ze ścieżki, którą szliśmy, robić zdjęcia. Dziwna właściwość, że przy zejściu zawroty głowy i szaleństwo błędnika nie działają tak jak w drodze na szczyt. No przecież się tym nie martwię, zauważam tylko fakt. Tak samo, jak zauważyliśmy słupki graniczne granicy polsko - czechosłowackiej datowane na 1939 rok. Znajdowaliśmy się blisko, zaledwie kilka, no może kilkanaście godzin marszu od miejsca zetknięcia się trzech przedwojennych granic: polskiej, czechosłowackiej i rumuńskiej. Dziwne uczucie - być w głębi obcego kraju i co rusz odkrywać tyle śladów z przeszłości własnego narodu, własnej państwowości. Choć państwowość jest tu najgorszym słowem - pojęciem, którego można użyć. "Będę musiała po powrocie do domu dokładnie zgłębić temat" - pomyślałam. Już wtedy bardzo bolało mnie niezrozumienie świata, w którym się znalazłam. Na ile znałam temat, na tyle miałam poukładany w głowie porządek świata, jaki zastałam, gdy zjawiłam się na nim i to było dobre. Wiedziałam, że kiedy pojadę na Ukrainę, o co zabiegał pewien osobnik już od wielu lat, cały ten ład zostanie nie tyle zaburzony, co zburzony, obalony, zniknie. Tak się też stało. A co się dziwisz? Jak mogłoby być inaczej znajdując tyle śladów polskości kilkaset kilometrów od obecnej granicy państwa?
Dla krajobrazów górskich nie ma to na szczęście żadnego znaczenia. Żyją rytmem wyznaczonym przez przyrodę. Cieszą się każdą porą roku, wystawiają swe lica do słońca i z pokorą przyjmują nawałnice. Trwają od milionów lat obojętne na sprawy człowiecze. Tyle pokoleń ludzi przeminęło, a one wciąż trwają. Niezależnie od ustrojów politycznych i granic. Nie ludzie mają na nie wpływ, a one na ludzi. Człowiek wspinający się na szczyty gór, albo też ten mieszkający w ich cieniu musi podporządkować się rytmowi, jakie one nadają. I dobrze by było, by każdy człowiek w swej bucie panowania nad światem, stanął twarzą w twarz z górą. By zamiary swe niewolenia innych ludzi poprzez ograniczanie ich myśli i pragnień przymierzył do góry. By wszelkie zapędy swe względem przyrody żywej i nieożywionej skonfrontował w obliczu swojej mizernej postury naprzeciw góry.

Od jakiegoś momentu przy zejściu towarzyszył nam szum wody. Jakby stłumiony. Pierwsza usłyszała go mała dziewczynka, uczestniczka wyprawy. Jak okiem sięgnąć nie widać było żadnego strumienia, najmniejszego nawet cieku wodnego, a coś szumiało i szumiało. Odgłos niewątpliwie musiał dochodzić spod ziemi. No, przynajmniej spod darni, która gdzieniegdzie zerwana, zapewne przez schodzące zimą lawiny, odkrywała czarną ziemię. Tak czarną, że takiej jeszcze nie widziałam. W tym zjawisku tkwiła odpowiedź nazwy pasma, po którym wędrowaliśmy - Czarnohora.
Kiedy zbliżaliśmy się do końca pierwszego kotła już długo idąc po jego dnie, dotarliśmy wreszcie do miejsca, w którym woda wypłynęła spod ziemi. Momentalnie na jej szlaku znalazły się głazy i skały, choć do tej pory szliśmy przykładną połoniną, nawet kosodrzewiny jeszcze nie było. Tylko na stoku Howerli w momencie zejścia towarzyszyło nam rumowisko skalne, całkiem jak na Babiej Górze. Jednak skały w nurcie strumienia, który nagle wypłynął spod ziemi były zupełnie innego pochodzenia niż te, które mijaliśmy na stoku Howerli. Tamte z mapą geograficzną na sobie, te omszałe i wypłukane wodą. Choć zdawało się, że strumień wypłynąwszy na połoninę pogodził się z zastanym porządkiem rzeczy. W godzinie, w której przy nim stanęliśmy wyglądał najniewinniej na świecie. Płynął małym rozlewiskiem, spokojnie, jakby również nie mógł się nadziwić wielkości świata, który zobaczył.
To był początek Prutu. Jednej z głównych rzek regionu, ale też Mołdawii i Rumunii. Pomiędzy Czarnohorą i Gorganami, czyli na Huculszczyźnie płyną trzy najważniejsze rzeki: Prut, Czeremosz i Cisa. Dwie ostatnie mają krótki bieg, ale i tak wiele znaczą w życiu mieszkańców, zawsze znaczyły. Prut pochłania je - Czeremosz wcześniej, Cisę nieco dalej. Płynie przez wiele setek kilometrów, by już blisko Morza Czarnego ujść do Dunaju. Prut jest drugim co wielkości dopływem Dunaju. A w swej długości jest niespełna 100 km krótszy od królowej rzek Polski.
W drugim kotle spływał ogromną kaskadą. Szliśmy równolegle do skał, po których staczał swe wody na dno kotła, w kłującym jałowcu, który zastępował kosodrzewinę. Gdy po zejściu na dół zadarliśmy swe głowy do góry, ujrzeliśmy widok zapierający dech w piersiach.
Już wtedy wiedziałam, że Prut ma wielkie znaczenie, jak wielkie dowiedziałam się dopiero później. Czułam to pod skórą, chociaż nie mogłam tego wytłumaczyć. Tak samo jak słyszeliśmy wody Prutu zanim one same ujrzały światło dzienne. Takie rzeczy odczuwa się szóstym zmysłem w sposób nadprzyrodzony. Jakaś wiedza tkwi w człowieku, na wzór wiedzy archetypicznej, przekaz duchowy i genetyczny doświadczeń pokoleń wcześniejszych, zakodowany obraz i wizerunek rzeczy, zjawisk i ludzi. Albo może coś zupełnie innego.
Dość, że brakowało nam już wody, którą wzięliśmy ze sobą, słońce prażyło coraz mocniej, schodząc w dół oddalaliśmy się od orzeźwiającego wiatru. Prut poczęstował nas swoim krystalicznym smakiem, pozwolił zaczerpnąć kropli schłodzonych pod ziemią, nieskazitelnie czystych i nieprzyzwoicie zimnych. Smakował wybornie. Ożywił nasze komórki życiodajną siłą. Dał moc swojej siły pozwalającej drążyć skały i niewinność pierwszej strugi przejrzystej, krystalicznej wody. Największe bogactwo, które skrywa Howerla. Największe bogactwo ludzi, choć ci nie zdając sobie sprawy z prostoty najwspanialszego daru natury, uganiając Bóg wie za czym po świecie, marnują życie. Tymczasem życie wypływa ze wschodniego stoku góry, która stawia wyzwanie niejednemu człowiekowi, stając nagle na jego drodze. Wyzywa go na pojedynek. Mówi: zmierz się ze mną. I śmiałkowi w nagrodę daje możliwość dotknięcia źródła, które jest źródłem wszech rzeczy. Bo przecież pochodzi od Stwórcy.


Album ze zdjęciami z Howerli.


* Sasza jest przewodnikiem górskim.


środa, 29 sierpnia 2012

Żabie


Wierchwina (przedwojenne Żabie) jest miejscowością położoną wysoko w górach - w Karpatach Wschodnich na Ukrainie. My dostaliśmy się do niej jadąc przez przełęcz drogą z Kosowa Hucuclskiego. W którymś momencie majaczył nam szczyt Howerli - najwyższy szczyt Czarnohory i zarazem Ukrainy. Trudno jednak powiedzieć, by ta prawdziwsza niż Kosów stolica Huculszczyzny znajdowała się w cieniu Howerli. Sasza podał jako ciekawostkę, że w pewnym momencie istnienia miejscowości kobiety stwierdziły, że nie chcą się nazywać Żabianki, wolą Wierchowianki. Wierchowina i okolice były ważnym punktem naszej wędrówki i chociaż widzieliśmy tylko wskazane przez Saszę miejsca - ufam, że najciekawsze i najważniejsze. Tak więc zwiedzaliśmy 200-letnią grażdę, która znajduje się w Krzyworówni - miejscowości położonej po drugiej stronie Czeremosza. Grażda to nic innego jak obronne domostwo huculskie. Nie znam dokładnie przyczyny budowania obronnych domostw, ale logicznie rzecz ujmując szlaki górskie, niedostępne ostępy leśne i naturalne uwarunkowania terenu sprzyjały, by zbóje wszelkiej maści włóczyli się po okolicy. Wśród zbójów byli ludzie oraz niedźwiedzie i wilki. Zapewne dla zapewnienia sobie jako takiego bezpieczeństwa przed grabieżcami Huculi stawiali takie "zamknięte" domostwa. Bo grażda składa się z drewnianego domu mieszkalnego oraz znajdujących się naprzeciw niego, równie dużych jak dom, zabudowań gospodarczych. Maleńkie podwórko jest otoczone wysokim parkanem, w którym tkwi niewielka furta.
Po wyjściu z grażdy odwiedziliśmy starą drewnianą cerkiew datowaną na pierwszą połowę XVIII w. Cerkiew jest prawosławna prawosławia kijowskiego. Zachowała się w nienaruszonym stanie podczas lat SRR tylko dlatego, ponieważ znajdowała się wysoko w górach, więc władzom sowieckim zapewne nie przeszkadzała. Dla bezpieczeństwa państwowego wystarczyło ją zamknąć i tak przetrwała w przeciwieństwie do innych obiektów sakralnych zamienianych na muzea, kina, hale magazynowe itp. Pewnie dlatego jej wnętrze jest tak bardzo bogate, dużo bogatsze niż pozostałych, w których progi wstąpiliśmy.
Słowo cerkiew samo z siebie wyzwala w słuchającym oczekiwanie na wielkie doznania estetyczne (obok duchowych). Przepych wystroju cerkwi, ikonostas, polichromia na ścianach i sklepieniu, mnogość obrazów i elementów sakralnych, wyrobów sztuki ludowej, jak słynne haftowane ręczniki służące do dekoracji krzyża i obrazów, wszystkie złocenia i rzeźbienia powodują, że chciałoby się tam być bez końca. Nie przyćmiewa to bynajmniej sprawy najważniejszej, dla której obiekt istnieje. Zwiedzając cerkwie w Karpatach Wschodnich, szczególnie tę w Krzyworówni uświadomiłam sobie, że wciąż tkwi we mnie ta sama mała dziewczynka z czasów Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i z przyklejoną twarzą do witryny sklepu PP. Leniów w Moim Mieście oglądałam kolorowe obrazki i inne dewocjonalia.
Cerkiew w Krzyworówni nie ma sobie nomen omen równej jeśli chodzi o bogactwo wnętrza.
Cerkiew pokazał nam znajomy Saszy, proboszcz tamtejszej parafii. Opowiadając to i owo wziął do ręki z jednego z ołtarzy piękny drewniany świecznik, koronkowej, niezwykle misternej roboty i jakby nigdy nic powiedział:
- Ten świecznik ma 150 lat, a tamten, o tam, na tamtym ołtarzu ma 250 lat...
Znamienne, że w każdej cerkwi o każdej porze dnia, czy to w wielkim mieście, czy też w maleńkiej górskiej miejscowości, zawsze był ktoś modlący się. Te cerkwie były otwarte!
W cerkwi w Krzyworówni w dniu, w którym tam byliśmy znajdował się peregrynujący obraz Matki Bożej opiekunki widzących, a niedostrzegających Boga. Namalował go niewidomy artysta. Postać Bożej Rodzicielki była niezwykła. Bardziej przypominała światło takie przebijające się przez mgłę.

Dalej byliśmy w Muzeum Ivana Franka, choć tak naprawdę był to dom, pod dachem którego znalazł gościnę. Dom jest swoistym muzeum Huculszczyzny, niezwykle barwnym miejscem. Ponieważ odbieramy świat wszystkimi zmysłami, po wejściu do części mieszkalnej zachowanej najwyraźniej bardzo dokładnie, poczułam zapach identyczny jak w domu mojego dziadka i Weronki. To było cudowne wrażenie. Jedyne określenie "wywieziona zza wschodniej granicy" na oznaczenie pochodzenia Weronki, wciąż nasuwa mi nowe wyobrażenia.
Ludzie dla jakichś dziwnych powodów ukrywają wiele faktów z własnego życia i z życia innych. Kiedyś nazwano takie zachowania pruderią. Bo jeśli się coś ukrywa, to nasuwa się jedno skojarzenie. Nie wiem dlaczego ukrywano i zatajano przed nami - dziećmi - pochodzenie Weronki. Pozostanie to na zawsze tajemnicą, tak jak i dokładne miejsce jej urodzenia i pochodzenia. Ciekawe, czy sama Weronka chciała te fakty ukryć?
Muzeum Ivana Franka skrywało w sobie część poświęconą Stanisławowi Vincenzowi. Prawdę powiedziawszy do tamtej pory w ogóle o nim nie słyszałam. Dzisiaj jestem bogatsza o wiedzę o nim i marzę by być bogatszą o książki jego autorstwa w sposób niebagatelny sławiące Huculszczyznę.

No i woda mineralna nazwana przez nas "propan - butan", która wypływa sobie z ziemi, gdzieś w dolinie Czeremoszu, dokładnie jak nasze wody mineralne, ot choćby w Głębokiem, tylko że po przyłożeniu do niej zapalonej zapałki powietrze tuż nad wylotem rury z ziemi wybucha płomieniem. Taka sobie osobliwość. W Truskawcu, choć to nieco bardziej na zachód, mają  obok wód "Zosia:, "Marysia" itp. wodę o nazwie "Naftusia". Mam nieodparte wrażenie, że nazwa tej ostatniej nie jest zdrobnieniem imienia...
Byli tacy, co próbowali tej wody i mówili, że jest bardzo słona. Z mocno solankowych wód piłam wodę ze Szczawy w Beskidzie Wyspowym, a może już w Gorcach. Przy źródle jakaś kobieta ze wsi robiła pranie w wanience niemowlęcej. Wanienka zabarwiona była pomarańczowo - żelaziście. No i miękko...
Jadąc przez góry kilkakrotnie widzieliśmy, jak kobiety prały na tarłach pranie w baliach przed domami. Te widoki to lata mojego wczesnego dzieciństwa, jeszcze ten zapach w Muzeum Ivana Franka.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Co wspólnego ma przyrodolecznictwo z harcerstwem?

Zarzewie harcerstwa datuje się na czasy, kiedy Polski nie było na mapach Europy. Czasy zaborów. Czasy Galicji. Czasy, kiedy Polska zapisana w sercach Polaków bogata była w Kresy i "granica" sięgała hen, po Podole znajdujące się dzisiaj na Ukrainie.
Idea skautingu, wiadomo, zrodziła się w głowie angielskiego generała Roberta Baden-Powella u schyłku XIX w. Szybko rozprzestrzeniła się na na cały europejski kontynent, a nawet do Ameryki. Lotem błyskawicy dotarła na ziemie polskie. Dokładnie do Małopolski Wschodniej. Jak wiadomo, z organizacji wychowującej brytyjskich chłopców, ewaluowała dla potrzeb odzyskania przez Polskę niepodległości. Aż do tego czasu, tj. do dni spędzonych na Ukrainie myślałam, że pierwszy zastęp skautowy powstał we Lwowie. Tak nas uczono historii harcerstwa.
Tymczasem w Kosowie Huculskim dr Apolinary Tarnawski, lekarz owładnięty ideą przyrodolecznictwa zbudował sanatorium i alternatywną dla Zakopanego stolicę górską. Teren Huculszczyzny bogaty jest w wody mineralne o zgoła innym składzie niż te z Małopolski Zachodniej (posłużę się ówczesną terminologią geograficzną, wiadomo, że chodzi o współczesny powiat nowosądecki, gorlicki, szczawnicki itp.). Wody tamtejsze zawierają wielkie ilości solanki. Przez długie lata minionych wieków tamtejszy lud żył z oddzielania soli od wody. Tak pozyskaną sól sprzedawano na huculskim jarmarku, następnie dalej wędrowała w świat.
Dla potrzeb prywatnego zakładu przyrodoleczniczego dr Tarnawski zbudował potężne warzelnie soli a przy nich całą strukturę sanatoryjną. Kosów stał się nie tylko stolicą górską Karpat Wschodnich. Zjeżdżała się tam elita życia kulturalnego nieistniejącej na mapach, za to kwitnącej w sercach Polaków Polski. To byli pozytywiści z krwi i kości. Tak samo jak pozytywistą był sam doktor Tarnawski.
Zdarzyło się, że w pięknych stylowych budynkach zakładu dr. Tarnawskiego przebywali bracia Lutosławscy - Kazimierz i Witold, oraz dzielna dziewczynka - Olga Drahonowska. Oni to założyli pierwszy zastęp skautów, dając tym samym początek Związkowi Harcerstwa Polskiego (z taką nazwą musiał poczekać do odzyskania niepodległości w 1918 r.). Andrzej Małkowski i Lwów to nieco późniejsze dzieje. Pewnie liczone na tygodnie, może krótkie miesiące, jednak historia harcerstwa i Polski jakoś zapomniała o Huculszczyźnie, opłakując zaledwie Lwów, Stanisławów itp.
Sam dr Apolinary Tarnawski był aktywnym działaczem kosowskiego Sokoła - Towarzystwa Gimnastycznego, z szeregów którego w ogóle wyłonili się pierwsi skautmistrze i skauci polscy. Ks. Kazimierz Lutosławski, bo jeden z braci był księdzem, jest przecież autorem Krzyża Harcerskiego.

Byłam, wszyscy byliśmy w niegdysiejszym Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie Huculskim. Znajduje się tam kilka autentycznych budynków zbudowanych na przełomie wieków - XIX i XX. Sasza opowiedział anegdotę, że co się doktorowi urodziła córka - stawiał nowy budynek. Wikipedia mówi tylko o jednej córce (i jednym synu)...  W tym wypadku bardziej wierzę Saszy niż Wikipedii, ale to przecież nie jest w tej chwili takie ważne.
Najważniejsze jest wrażenie jakie miałam w sobie - w każdej cząstce siebie samej, z której składam się jako człowiek, harcerka, matka harcerzy, instruktorka harcerska itd. - kiedy spacerowałam po parku Zakładu Przyrodoleczniczego dr. Tarnawskiego.
Podobne wrażenie wielokrotnie gościło we mnie na ukraińskiej ziemi, to jednak było szczególne. Może dlatego, że klamrą zamknęło nasze wędrowanie? A może bardziej dlatego, że uświadomiłam sobie, iż do mnie należy powiedzieć harcerzom i harcerkom, a także instruktorom, że początek harcerstwa do Kosów Huculski, a nie Lwów, jak zwykło się mniemać?
Być może historycy mają jednak rację. Znów Wikipedia podaje, że był to jeden z pierwszych zastępów na ziemiach polskich...

Pierwszy, czy drugi? Jakie to ma znaczenie dzisiaj? Kiedy grób Apolinarego Tarnawskiego kruszeje na polskim cmentarzu w Kosowie Huculskim? A on tak kochał Karpaty Wschodnie!

Do dziś w Zakładzie dr. Tarnawskiego mieści się sanatorium.

Tablica pamiątkowa w Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Tarnawskiego

Tablica pamiątkowa w Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Tarnawskiego .

Budynek w Zakładzie Przyrodoleczniczym
dr. Apolinarego Tarnawskiego.

Budynek w Zakładzie Przyrodoleczniczym
dr. Apolinarego Tarnawskiego.


Skautmistrz Sasza przy jednym z budynków
Zakładu Przyrodoleczniczego dr. Tarnawskiego
(to drzewo ponad 100-letnie!)

Huculsko - pokuckie pisanki, ceramika i inne dzieła

Pisanka w Karpatach Wschodnich na Pokuciu i Huculszczyźnie jest całoroczną ozdobą domu. O każdej porze roku można ją kupić na każdym straganie z pamiątkami, w sklepie z wyrobami regionalnymi i oczywiście bezpośrednio u ich twórców. Taka pisanka zrobiona jest z wydmuszki jaja kurzego, więc należy obchodzić się z nią jeszcze delikatniej niż z jajkiem. O ileż jest cenniejsza od zwykłego jajka! Inni mówią o mnie, że mam nieograniczoną wyobraźnię. Jednak w tym momencie moja wyobraźnia ma wyraźne granice, ponieważ nie jestem w stanie ogarnąć ogromu pracy, precyzji, cierpliwości i pokory jaką musi dysponować człowiek robiący takie cudeńka jak ukraińskie pisanki. I tu się dziwię.
Każdy turysta powinien wrócić z Huculszczyzny z pisanką.
Na dowód tego, jak ważna jest pisanka w twórczości ludowej, w Kołomyi powstało Muzeum Pisanki. Zbiorów muzeum nie oglądaliśmy, dość, że staliśmy przed muzeum i podziwialiśmy bodaj największą na świecie pisankę, liczącą sobie ponoć kilkanaście metrów. Charakterystyczne dla największej na świecie pisanki jest to, że jej wzór jest co jakiś czas zmieniany. Mieliśmy okazję zobaczyć pisankę w barwach żółci, pomarańczu i rudego. Może to już przygotowanie do jesieni, której rozpoczęcie mieli wierchiwinianie świętować już w połowie sierpnia?
Dom, w którym mieszkaliśmy, pensjonat "Panske", urządzony jest na ludowo. Z wielką delikatnością i olbrzymim smakiem właściciele pensjonatu udostępnili w cenie noclegów małą galerię sztuki ludowej. Przyjemnie było mieszkać w takim otoczeniu, które na każdym kroku świadczyło o przynależności do kultury huculskiej. Oprócz innych wyrobów rękodzieła ludowego, pisanki miały tam również swoje miejsce.
Byliśmy też w domu rzeźbiarza ludowego, który kolekcjonuje pisanki. Jego dom to swoista galeria sztuki rzeźbiarskiej. Nawet meble kuchenne są własnoręcznie przez niego rzeźbione. Z takiej kuchni żona - drużyna Hucuła - chyba nie wychodzi. Kolekcja pisanek u rzeźbiarza, zapewne z uwagi na brak miejsca do ekspozycji, znajduje się w pojemnikach na jajka takich, w jakich jajka są sprzedawane. Śmiesznie to wygląda - za oszkloną witryną mebli pokojowych stoi stos przepięknych pisanek huculskich przygotowanych jakby hurtem na sprzedaż. Jednak, aby nie było wątpliwości, pisanki te nie są na sprzedaż. To prywatne zbiory kolekcjonerskie gospodarza. Kupić u rzeźbiarza można i należy najwyższej jakości pamiątki drewniane - dzieło jego rąk i wrażliwości twórczej.
Każdy turysta powinien wyjechać z ukraińskich Karpat zaopatrzony w haftowaną koszulę, ręcznik, makatkę lub obrus huculski. Jest wprost niewyobrażalne, aby nie zakupić takiej rzeczy. Krajki i pasy, bieżniki, narzuty, zasłony, maty ścienne itp. wyroby tkane ręcznie to nie lada gratka. Dla prawdziwych smakoszy. I dla naprawdę bogatych.
Kolejnym sztandarowym wyrobem Huculszczyzny jest ceramika gliniana. Odwiedziliśmy zakład o strukturach spółdzielni zajmujący się działalnością rękodzielniczą, m.in. wytwarzaniem ceramiki glinianej. Cały proces od rozgrzania, rozmiękczenia gliny, przez formowanie, wytłaczanie, wypalanie w olbrzymim piecu ceramicznym, malowanie, aż po lakierowanie, wystawianie na pokaz i w końcu sprzedaż odbywa się w jednym miejscu. W różnych pomieszczeniach znajdują się odpowiednie stanowiska pracy i nie jest to bynajmniej manufaktura. Każdy przedmiot jest wykonany od początku do końca przez jedną osobę. Na spodzie, na denku, odwrocie znajduje się nazwisko wytwórcy (przeważnie pani) i po sprzedaniu małego dzieła sztuki ludowej pieniądze trafiają do niego. Ceramika wytwarzana jest wg ściśle określonego wzoru kolorystycznego. Nie znajdzie się na Huculszczyźnie innych wyrobów ceramicznych niż w kolorach: zielonym, żółtym i brązowym na białym tle. Kolory mają swoje uzasadnienie i związane są ściśle z przyrodą. Zielony kolor to trawa i drzewa, brązowy - ziemia, żółty - słońce a białe tło odzwierciedla wolną duszę Hucuła.
Panie wytwarzające przedmioty ceramiczne robią różne różności. Od bibelotów i dzwonków glinianych, przez wazy, misy i miski, dzbanki, talerze ozdobne i praktyczne, cukierniczki, solniczki, olbrzymie wazony na kwiaty itp. po kafle do pieca. Te ostatnie są imponujące. Widzieliśmy w starych grażdach, które dzisiaj są muzeami, piece zrobione z takich kafli. Coś pięknego! Każdy kafel jest inny, nie ma dwóch takich samych. Sasza opowiadał, że w dawnych czasach na przypiecku w kuchni sadzano dzieci zimą, by nie zmarzły. Taki maluch miał zajęcie na pół dnia, albo dłużej, gdyż oglądając obrazy na kaflach tworzył i opowiadał historie. Za każdym razem inną, albo wcześniejszą rozbudowywał. Nic dziwnego, że kwitło gawędziarstwo ludowe. Ciekawam, czy Kumłyk również był sadzany na przypiecku :)?
No przecież nie można wyjechać z Huculszczyzny bez wyrobu ceramicznego kupionego na pamiątkę dla siebie lub dla bliskich!

:)

Muzeum pisanki w Kołomyi


Kołomyjska pisanka


Pisanki huculskie (kolekcja w domu rzeźbiarza)


Kolekcja pisanek w domu rzeźbiarza
Pisanki w "naszym" domku.

Wieko olbrzymiej skrzyni drewnianej - wyrób ręczny ludowy

Krzyże prawosławne drewniane
(u rzeźbiarza)

Talerze drewniane (u rzeźbiarza)

Meble kuchenne w domu rzeźbiarza (własnoręcznie rzeźbione)

Koło garncarskie

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Piec do wypalania gliny

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski).
Narożniki kafli.

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski).
Kafle piecowe.

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Gotowe wyroby ceramiczne.
Wzory kafli ceramicznych.
Salon w naszym pensjonacie (Panske).
Na werandzie w naszym pensjonacie (Panske).