MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huculszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huculszczyzna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 sierpnia 2012

Źródła Prutu

Pokonanie szczytu w moim przypadku nie kończy się na wyjściu na górę. Howerla w języku rumuńskim znaczy: trudna do przejścia. A z każdej góry trzeba jeszcze zejść, co przy moich sklerotycznych kolanach jest nie lada wyczynem. Co prawda po przebytej rehabilitacji od kilku zejść kolana już mi nie dokuczały, ale zawsze może przyjść ten czas, kiedy skończy się cudowne działanie zastosowanej fizjoterapii. W przypadku wysiadających kolan do pokonania jest zupełnie inny aspekt górskiego wędrowania.

Sasza zaproponował nam zejście, które przez krótki moment prowadziło szlakiem, przepiękną zieloną połoniną - jakżeby inaczej. Kiedy doszliśmy do środka półokręgu, który tworzyła grań na szlaku, skręciliśmy pod kątem prostym w lewo, to jest na wschód, schodząc w olbrzymi kocioł nieoznakowaną ścieżką*. Tak olbrzymiego kotła nie widziałam nigdy w życiu. Za nim, właściwie pod nim, był następny i następny. Gdzieś w dole, u kresu wędrówki natknęliśmy się na okopy z I wojny światowej. Żadna ścieżka dydaktyczna, jakich w naszych górach pełno - autentyczne okopy, z autentycznym drutem kolczastym.
Pierwszy kocioł był o tyle piękny, co przerażający z uwagi na moje kolana. Ściana do zejścia prawie pionowa - jeszcze bardziej niż wcześniej wyjście na szczyt. Zejście z drugiego okazało się jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem. Przed nami rozpościerał się widok tak rozległy, że człowiek znajdujący się na odległość ręki zdawał się już maleńki w obliczu majestatu tej wielkości.
Tu jest najdoskonalsza odpowiedź na pytanie, po co włóczymy się po tych wszystkich górach, szczytach, zboczach, stokach, dolinach potoków i rzek, połoninach i halach. By uznać swoją małość w obliczu prawdziwej wielkości. Takiej wielkości, która wyszła spod ręki Stwórcy.

Kolana mnie nie rozbolały, chociaż do samego końca drogi nie mogłam wiedzieć, że tak będzie. Z każdym krokiem cieszyłam się z widoków, jakie się przed nami roztaczały. Powetowałam sobie stratę braku zdjęć z odcinka wyjścia z Małej Howerli na Howerlę i co rusz się odwracałam, by ze ścieżki, którą szliśmy, robić zdjęcia. Dziwna właściwość, że przy zejściu zawroty głowy i szaleństwo błędnika nie działają tak jak w drodze na szczyt. No przecież się tym nie martwię, zauważam tylko fakt. Tak samo, jak zauważyliśmy słupki graniczne granicy polsko - czechosłowackiej datowane na 1939 rok. Znajdowaliśmy się blisko, zaledwie kilka, no może kilkanaście godzin marszu od miejsca zetknięcia się trzech przedwojennych granic: polskiej, czechosłowackiej i rumuńskiej. Dziwne uczucie - być w głębi obcego kraju i co rusz odkrywać tyle śladów z przeszłości własnego narodu, własnej państwowości. Choć państwowość jest tu najgorszym słowem - pojęciem, którego można użyć. "Będę musiała po powrocie do domu dokładnie zgłębić temat" - pomyślałam. Już wtedy bardzo bolało mnie niezrozumienie świata, w którym się znalazłam. Na ile znałam temat, na tyle miałam poukładany w głowie porządek świata, jaki zastałam, gdy zjawiłam się na nim i to było dobre. Wiedziałam, że kiedy pojadę na Ukrainę, o co zabiegał pewien osobnik już od wielu lat, cały ten ład zostanie nie tyle zaburzony, co zburzony, obalony, zniknie. Tak się też stało. A co się dziwisz? Jak mogłoby być inaczej znajdując tyle śladów polskości kilkaset kilometrów od obecnej granicy państwa?
Dla krajobrazów górskich nie ma to na szczęście żadnego znaczenia. Żyją rytmem wyznaczonym przez przyrodę. Cieszą się każdą porą roku, wystawiają swe lica do słońca i z pokorą przyjmują nawałnice. Trwają od milionów lat obojętne na sprawy człowiecze. Tyle pokoleń ludzi przeminęło, a one wciąż trwają. Niezależnie od ustrojów politycznych i granic. Nie ludzie mają na nie wpływ, a one na ludzi. Człowiek wspinający się na szczyty gór, albo też ten mieszkający w ich cieniu musi podporządkować się rytmowi, jakie one nadają. I dobrze by było, by każdy człowiek w swej bucie panowania nad światem, stanął twarzą w twarz z górą. By zamiary swe niewolenia innych ludzi poprzez ograniczanie ich myśli i pragnień przymierzył do góry. By wszelkie zapędy swe względem przyrody żywej i nieożywionej skonfrontował w obliczu swojej mizernej postury naprzeciw góry.

Od jakiegoś momentu przy zejściu towarzyszył nam szum wody. Jakby stłumiony. Pierwsza usłyszała go mała dziewczynka, uczestniczka wyprawy. Jak okiem sięgnąć nie widać było żadnego strumienia, najmniejszego nawet cieku wodnego, a coś szumiało i szumiało. Odgłos niewątpliwie musiał dochodzić spod ziemi. No, przynajmniej spod darni, która gdzieniegdzie zerwana, zapewne przez schodzące zimą lawiny, odkrywała czarną ziemię. Tak czarną, że takiej jeszcze nie widziałam. W tym zjawisku tkwiła odpowiedź nazwy pasma, po którym wędrowaliśmy - Czarnohora.
Kiedy zbliżaliśmy się do końca pierwszego kotła już długo idąc po jego dnie, dotarliśmy wreszcie do miejsca, w którym woda wypłynęła spod ziemi. Momentalnie na jej szlaku znalazły się głazy i skały, choć do tej pory szliśmy przykładną połoniną, nawet kosodrzewiny jeszcze nie było. Tylko na stoku Howerli w momencie zejścia towarzyszyło nam rumowisko skalne, całkiem jak na Babiej Górze. Jednak skały w nurcie strumienia, który nagle wypłynął spod ziemi były zupełnie innego pochodzenia niż te, które mijaliśmy na stoku Howerli. Tamte z mapą geograficzną na sobie, te omszałe i wypłukane wodą. Choć zdawało się, że strumień wypłynąwszy na połoninę pogodził się z zastanym porządkiem rzeczy. W godzinie, w której przy nim stanęliśmy wyglądał najniewinniej na świecie. Płynął małym rozlewiskiem, spokojnie, jakby również nie mógł się nadziwić wielkości świata, który zobaczył.
To był początek Prutu. Jednej z głównych rzek regionu, ale też Mołdawii i Rumunii. Pomiędzy Czarnohorą i Gorganami, czyli na Huculszczyźnie płyną trzy najważniejsze rzeki: Prut, Czeremosz i Cisa. Dwie ostatnie mają krótki bieg, ale i tak wiele znaczą w życiu mieszkańców, zawsze znaczyły. Prut pochłania je - Czeremosz wcześniej, Cisę nieco dalej. Płynie przez wiele setek kilometrów, by już blisko Morza Czarnego ujść do Dunaju. Prut jest drugim co wielkości dopływem Dunaju. A w swej długości jest niespełna 100 km krótszy od królowej rzek Polski.
W drugim kotle spływał ogromną kaskadą. Szliśmy równolegle do skał, po których staczał swe wody na dno kotła, w kłującym jałowcu, który zastępował kosodrzewinę. Gdy po zejściu na dół zadarliśmy swe głowy do góry, ujrzeliśmy widok zapierający dech w piersiach.
Już wtedy wiedziałam, że Prut ma wielkie znaczenie, jak wielkie dowiedziałam się dopiero później. Czułam to pod skórą, chociaż nie mogłam tego wytłumaczyć. Tak samo jak słyszeliśmy wody Prutu zanim one same ujrzały światło dzienne. Takie rzeczy odczuwa się szóstym zmysłem w sposób nadprzyrodzony. Jakaś wiedza tkwi w człowieku, na wzór wiedzy archetypicznej, przekaz duchowy i genetyczny doświadczeń pokoleń wcześniejszych, zakodowany obraz i wizerunek rzeczy, zjawisk i ludzi. Albo może coś zupełnie innego.
Dość, że brakowało nam już wody, którą wzięliśmy ze sobą, słońce prażyło coraz mocniej, schodząc w dół oddalaliśmy się od orzeźwiającego wiatru. Prut poczęstował nas swoim krystalicznym smakiem, pozwolił zaczerpnąć kropli schłodzonych pod ziemią, nieskazitelnie czystych i nieprzyzwoicie zimnych. Smakował wybornie. Ożywił nasze komórki życiodajną siłą. Dał moc swojej siły pozwalającej drążyć skały i niewinność pierwszej strugi przejrzystej, krystalicznej wody. Największe bogactwo, które skrywa Howerla. Największe bogactwo ludzi, choć ci nie zdając sobie sprawy z prostoty najwspanialszego daru natury, uganiając Bóg wie za czym po świecie, marnują życie. Tymczasem życie wypływa ze wschodniego stoku góry, która stawia wyzwanie niejednemu człowiekowi, stając nagle na jego drodze. Wyzywa go na pojedynek. Mówi: zmierz się ze mną. I śmiałkowi w nagrodę daje możliwość dotknięcia źródła, które jest źródłem wszech rzeczy. Bo przecież pochodzi od Stwórcy.


Album ze zdjęciami z Howerli.


* Sasza jest przewodnikiem górskim.


środa, 29 sierpnia 2012

Żabie


Wierchwina (przedwojenne Żabie) jest miejscowością położoną wysoko w górach - w Karpatach Wschodnich na Ukrainie. My dostaliśmy się do niej jadąc przez przełęcz drogą z Kosowa Hucuclskiego. W którymś momencie majaczył nam szczyt Howerli - najwyższy szczyt Czarnohory i zarazem Ukrainy. Trudno jednak powiedzieć, by ta prawdziwsza niż Kosów stolica Huculszczyzny znajdowała się w cieniu Howerli. Sasza podał jako ciekawostkę, że w pewnym momencie istnienia miejscowości kobiety stwierdziły, że nie chcą się nazywać Żabianki, wolą Wierchowianki. Wierchowina i okolice były ważnym punktem naszej wędrówki i chociaż widzieliśmy tylko wskazane przez Saszę miejsca - ufam, że najciekawsze i najważniejsze. Tak więc zwiedzaliśmy 200-letnią grażdę, która znajduje się w Krzyworówni - miejscowości położonej po drugiej stronie Czeremosza. Grażda to nic innego jak obronne domostwo huculskie. Nie znam dokładnie przyczyny budowania obronnych domostw, ale logicznie rzecz ujmując szlaki górskie, niedostępne ostępy leśne i naturalne uwarunkowania terenu sprzyjały, by zbóje wszelkiej maści włóczyli się po okolicy. Wśród zbójów byli ludzie oraz niedźwiedzie i wilki. Zapewne dla zapewnienia sobie jako takiego bezpieczeństwa przed grabieżcami Huculi stawiali takie "zamknięte" domostwa. Bo grażda składa się z drewnianego domu mieszkalnego oraz znajdujących się naprzeciw niego, równie dużych jak dom, zabudowań gospodarczych. Maleńkie podwórko jest otoczone wysokim parkanem, w którym tkwi niewielka furta.
Po wyjściu z grażdy odwiedziliśmy starą drewnianą cerkiew datowaną na pierwszą połowę XVIII w. Cerkiew jest prawosławna prawosławia kijowskiego. Zachowała się w nienaruszonym stanie podczas lat SRR tylko dlatego, ponieważ znajdowała się wysoko w górach, więc władzom sowieckim zapewne nie przeszkadzała. Dla bezpieczeństwa państwowego wystarczyło ją zamknąć i tak przetrwała w przeciwieństwie do innych obiektów sakralnych zamienianych na muzea, kina, hale magazynowe itp. Pewnie dlatego jej wnętrze jest tak bardzo bogate, dużo bogatsze niż pozostałych, w których progi wstąpiliśmy.
Słowo cerkiew samo z siebie wyzwala w słuchającym oczekiwanie na wielkie doznania estetyczne (obok duchowych). Przepych wystroju cerkwi, ikonostas, polichromia na ścianach i sklepieniu, mnogość obrazów i elementów sakralnych, wyrobów sztuki ludowej, jak słynne haftowane ręczniki służące do dekoracji krzyża i obrazów, wszystkie złocenia i rzeźbienia powodują, że chciałoby się tam być bez końca. Nie przyćmiewa to bynajmniej sprawy najważniejszej, dla której obiekt istnieje. Zwiedzając cerkwie w Karpatach Wschodnich, szczególnie tę w Krzyworówni uświadomiłam sobie, że wciąż tkwi we mnie ta sama mała dziewczynka z czasów Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i z przyklejoną twarzą do witryny sklepu PP. Leniów w Moim Mieście oglądałam kolorowe obrazki i inne dewocjonalia.
Cerkiew w Krzyworówni nie ma sobie nomen omen równej jeśli chodzi o bogactwo wnętrza.
Cerkiew pokazał nam znajomy Saszy, proboszcz tamtejszej parafii. Opowiadając to i owo wziął do ręki z jednego z ołtarzy piękny drewniany świecznik, koronkowej, niezwykle misternej roboty i jakby nigdy nic powiedział:
- Ten świecznik ma 150 lat, a tamten, o tam, na tamtym ołtarzu ma 250 lat...
Znamienne, że w każdej cerkwi o każdej porze dnia, czy to w wielkim mieście, czy też w maleńkiej górskiej miejscowości, zawsze był ktoś modlący się. Te cerkwie były otwarte!
W cerkwi w Krzyworówni w dniu, w którym tam byliśmy znajdował się peregrynujący obraz Matki Bożej opiekunki widzących, a niedostrzegających Boga. Namalował go niewidomy artysta. Postać Bożej Rodzicielki była niezwykła. Bardziej przypominała światło takie przebijające się przez mgłę.

Dalej byliśmy w Muzeum Ivana Franka, choć tak naprawdę był to dom, pod dachem którego znalazł gościnę. Dom jest swoistym muzeum Huculszczyzny, niezwykle barwnym miejscem. Ponieważ odbieramy świat wszystkimi zmysłami, po wejściu do części mieszkalnej zachowanej najwyraźniej bardzo dokładnie, poczułam zapach identyczny jak w domu mojego dziadka i Weronki. To było cudowne wrażenie. Jedyne określenie "wywieziona zza wschodniej granicy" na oznaczenie pochodzenia Weronki, wciąż nasuwa mi nowe wyobrażenia.
Ludzie dla jakichś dziwnych powodów ukrywają wiele faktów z własnego życia i z życia innych. Kiedyś nazwano takie zachowania pruderią. Bo jeśli się coś ukrywa, to nasuwa się jedno skojarzenie. Nie wiem dlaczego ukrywano i zatajano przed nami - dziećmi - pochodzenie Weronki. Pozostanie to na zawsze tajemnicą, tak jak i dokładne miejsce jej urodzenia i pochodzenia. Ciekawe, czy sama Weronka chciała te fakty ukryć?
Muzeum Ivana Franka skrywało w sobie część poświęconą Stanisławowi Vincenzowi. Prawdę powiedziawszy do tamtej pory w ogóle o nim nie słyszałam. Dzisiaj jestem bogatsza o wiedzę o nim i marzę by być bogatszą o książki jego autorstwa w sposób niebagatelny sławiące Huculszczyznę.

No i woda mineralna nazwana przez nas "propan - butan", która wypływa sobie z ziemi, gdzieś w dolinie Czeremoszu, dokładnie jak nasze wody mineralne, ot choćby w Głębokiem, tylko że po przyłożeniu do niej zapalonej zapałki powietrze tuż nad wylotem rury z ziemi wybucha płomieniem. Taka sobie osobliwość. W Truskawcu, choć to nieco bardziej na zachód, mają  obok wód "Zosia:, "Marysia" itp. wodę o nazwie "Naftusia". Mam nieodparte wrażenie, że nazwa tej ostatniej nie jest zdrobnieniem imienia...
Byli tacy, co próbowali tej wody i mówili, że jest bardzo słona. Z mocno solankowych wód piłam wodę ze Szczawy w Beskidzie Wyspowym, a może już w Gorcach. Przy źródle jakaś kobieta ze wsi robiła pranie w wanience niemowlęcej. Wanienka zabarwiona była pomarańczowo - żelaziście. No i miękko...
Jadąc przez góry kilkakrotnie widzieliśmy, jak kobiety prały na tarłach pranie w baliach przed domami. Te widoki to lata mojego wczesnego dzieciństwa, jeszcze ten zapach w Muzeum Ivana Franka.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

U Hucuła w domu

Wiele dróg przemierzyliśmy podczas naszego wędrowania po Karpatach ukraińskich. Kosiv Huculski - miejsce naszego pobytu - w przewodnikach turystycznych i informatorach nazywane jest sercem Huculszczyzny. Pewnie dlatego, że jest największym miastem w całej okolicy. To w Kosowie odbywają się cotygodniowe jarmarki, na które zjeżdżają mieszkańcy górskich wsi i miejscowości. Serce, jak to serce - musi mieć krwiobieg. Takim krwiobiegiem dla serca Huculszczyzny jest rozległy teren od Pokucia, przez Czarnohorę, Bukowinę, Wierchowinę, po Kołomyję.
Jednego dnia zawitaliśmy do domu współczesnego Hucuła. Jest to człowiek wysoce kształcony i światowy. Na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy współczesnym, a niegdysiejszym Hucułem. Inaczej mówiąc, jest to syn Huculszczyzny z ogromną pasją miłości swojej małej ojczyzny i wszystkiego co można pod tym pojęciem zmieścić.
Swój dom zamienił na prywatne muzeum Huculszczyzny. Zgromadził pod własnym dachem niezliczone ilości instrumentów muzycznych (skrzypce, cymbały, trombity), przedmiotów ozdobnych i użytkowych, którymi otaczali się niegdyś mieszkańcy tej ziemi. Ponieważ z wykształcenia jest muzykiem i etnografem, potrafi na zgromadzonych instrumentach grać, o ile tylko te wydobywają z siebie jeszcze jakieś dźwięki. Poza tym ma dar gawędzenia, toteż zabawia przybyłych opowieściami o tym, jak to drzewiej bywało. Posiadając zdolności, by z instrumentów muzycznych wydobyć dźwięki, ze swego wnętrza wydobywa je również. By uzupełnić swe gawędy, okrasza je muzyką i śpiewem. Los sprawił, że wiele lat spędził w Polsce wykładając na akademiach muzycznych i uniwersytetach, więc bez żadnych problemów mówił po polsku.
Niejednokrotnie brałam udział w poglądowej "lekcji historii" w Muzeum Regionalnym w Piwnicznej-Zdroju. Często mam do czynienia z naszym rodzimym gawędziarzem ludowym (o niegdysiejszych kontaktach zawodowych nie wspomnę, bo to było w innej epoce). Słuchając Kumłyka słuchałam znanej opowieści o życiu ludu Karpat. Właśnie wtedy nabrałam przekonania, że bardziej niż dzielące granice, łączy nas wspólne pochodzenie wynikające z faktu urodzenia się w Karpatach, w Galicji. Takie rzeczy, bardziej niż sztucznie ustanowione państwowości, powinny mieć zdecydowanie większy wpływ na przynależność do pewnej grupy ludności. Tylko powiedz to Ukraińcom, którzy są tak dumni ze swojego państwa!
Z dnia na dzień coraz bardziej zastanawiało mnie, czy Sasza, pokazując nam swoją małą ojczyznę, zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest ona również naszą ojczyzną. Nie mam w tej chwili na myśli całej historii tego zakątka Europy. Myślę o tym, co już napisałam. Myślę o karpackim pochodzeniu nas, jego, Kumłyka i pozostałych ludzi, z którymi mieliśmy kontakt. Myślę o ludziach urodzonych w cieniu pięknych gór, na co dzień borykających się z trudnym życiem, umiejących sobie stawiać wyzwania, pokonywać słabości. O ludziach hardych i honorowych. O ludziach miłujących Boga, świat, bliźnich. O ludziach z sercami wielkimi, jak wielkie są góry, które są ich domem. O ludziach, którzy częściej niż inni chodzą z głową w chmurach, bo chmury zaczepiają się o górskie szczyty.
Chociaż mogę na poczekaniu wyliczyć tyle podobieństw, jednak wszystko, co widziałam, było dla mnie zjawiskowe. Może dlatego właśnie, że spodziewałam się zastać odmienną kulturę, architekturę, nieco inny świat niż oglądam za oknem, a tymczasem ujrzałam świat bliźniaczo podobny do mojego? Tylko w tamtym czas jakby wolniej płynął. Na pewno miałam wrażenie, że cofnęłam się do mojego dzieciństwa, do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Pomimo intensywności wydarzeń miałam okazję przysiąść na chwilę pomiędzy jednym zdarzeniem, a drugim i pozwolić dotknąć mojego wnętrza temu wszystkiemu, co przeżywałam, widziałam, czego doświadczałam.
Wjechałam na Ukrainę jak ślepiec. Wyjechałam z szeroko otwartymi zmysłami.

Dom Kumłyka

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(człowiek orkiestra)
W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(trombita) 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(kolekcja skrzypiec)

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka (cymbały)
Wierchowina to przedwojenne Żabie. Leży wysoko w górach nad rzeką Czarny Czeremosz. Droga z Kosowa jest niezwykle malownicza, ale też ma się wrażenie, że pamięta przedwojenne czasy, czyli Polskę właśnie. Po ulicy przechadzają się konie i krowy. Niestety na Huculszczyźnie nie ma hucułów - koni z hodowli których słynie Beskid Niski. Byłam skłonna fotografować każdy mijany dom. Robiłam zdjęcia krowom wałęsającym się po drogach. I drogom, które wyglądały jak ser szwajcarski, a także mostom i barierkom zabezpieczającym przed przepaścią.
To jest naprawdę piękny świat pozbawiony naszego pędu po wszystko i za wszelką cenę. Tam życie ma najwyższą cenę. Spokojne życie.

Droga do Wierchowiny

Droga do Wierchowiny

Krowa na drodze do Wierchowiny

Droga do Wierchowiny

Dom w Karpatach w drodze do Wierchowiny

czwartek, 19 lipca 2012

Czas niedokonany



Przygotowania do tej wyprawy trwają już od dłuższego czasu. Ma to być główna wakacyjna wyprawa naszej paczki. Planujemy zboczyć nieco z naszego wytyczonego szlaku wiodącego przez Koronę Gór Polski i chcemy zahaczyć o Karpaty Wschodnie.
Ponieważ z naszej - rodzinnej strony - wszystko uzależnione jest od tego, czy Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem dostanie urlop - o czym dowie się dopiero dzień przed wyjazdem - toteż wszystko się może zdarzyć, albo może nie stać się nic. Przez ponad ćwierć wieku wspólnego życia trochę przywykłam do tego, że niewiele można zaplanować, a trochę (!) się wkurzam. Nikt nie zaprzeczy, że i tak ze wszystkiego, co się w życiu robi, najpiękniejsze i najbardziej ekscytujące są plany, toteż planujemy wielką wyprawę. Nie da się pojechać nigdzie bez zaplanowania, cóż dopiero w krainę, o której sami mieszkańcy mówią, że jest dzika? Musieliśmy przyswoić sobie wiele terminów i zapoznać się z tamtejszą rzeczywistością, ponieważ wybieramy się do serca Huculszczyzny.
Tajemniczo i niemal magicznie brzmią nazwy: Czarnohora, Gorgany, Howerla, Pop Iwan itp. Howerla jest najwyższym szczytem w paśmie Czarnohory i liczy 2061 m n.p.m. :D. Pop Iwan jest nieco niższy, ale tylko ociupinkę, bo również wyrósł ponad 2000 m n.p.m. W okularach, ze szkłem powiększającym pochyleni nad mapą szukaliśmy obydwóch szczytów i zastanawialiśmy się dlaczego kupiliśmy mapę, na której nic nie widać? Wnet nasza paczka będzie obchodzić 200 lat, więc trzeba by zacząć zamawiać mapy zdecydowanie większe ;).
Piękne zdjęcia z wypraw w Karpaty Wschodnie można znaleźć w internecie. Już tylko oglądając je można zakochać się w tym zakątku świata. Zdjęcia często okraszone są tekstami. Czasem są to artykuły na profesjonalnych portalach internetowych, czasem teksty na prywatnych blogach, jednak niezależnie czy autor jest dziennikarzem bądź literatem, czy też nie, każdy z tekstów w tle ma oczarowanie i niejednokrotnie wielką pasję piszącego ku Huculszczyźnie i Karpatom Wschodnim. I to one dają tym tekstom to coś, co sprawia, że czytelnika pochłaniają i przenoszą w klimat stworzony z Hucułów i Czarnohory. 
We mnie osobiście wyzwolił się wielki głód dotknięcia owej ziemi, która jest bliźniaczo podobna do naszych Bieszczadów. I myślę, że niezależnie od tego, czy dane nam będzie w tym roku spełnić marzenia, które się w nas obudziły, czy nie, to z pewnością kiedyś stanę na tej ziemi. Bo czas ma to do siebie, że się zawsze dokonuje.