MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 25 listopada 2016

Dzień Pluszowego Misia - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Czesław jest misiem autystycznej dziewczynki, którą nazywamy Nasza Łaskawość. Właściwie dziewczynka mówi na misia Hesiu, a nie Czesiu, bo przecież kłopot z poprawnym wypowiedzeniem słów, sylab i głosek jest na dziś jednym z przejawów autyzmu u małej. Historia Cześka jest znana stałym Czytelnikom, ale przypomnę, że miś pojawił się w życiu Naszej Łaskawości w momencie, w którym rozszerzył się jej świat z domowego na domowy i przedszkolny i niemówiące wtedy dziecko musiało jakoś komunikować swoje potrzeby i uczucia. Tak więc Czesiek doskonale zastąpił małą, autystyczną dziewczynkę w wyrażaniu wszystkiego, co trzeba było wyrazić, w przekazywaniu myśli, lęków, radości itd. Najbardziej anegdotyczną bodaj rolę Czesiek miał kiedyś, podczas wyścigów "kto pierwszy". Otóż Mamusia, by przyspieszyć dotarcie do przedszkola w czasie, gdy jeszcze całe rodzeństwo doń uczęszczało, ogłaszała na ostatnim etapie wyścig: kto pierwszy dobiegnie do drzwi. Do Naszej Łaskawości każdy komunikat docierał później i inaczej niż do starszego rodzeństwa, więc dla niej wyścig zaczął się dopiero w momencie, kiedy zobaczyła, że Maleńka Wnuczka i Mniejszy Brat dali susa przed siebie. Oczywiście w takiej sytuacji nie miała szans na wygranie wyścigu, więc się zatrzymała, wzięła zamach i rzuciła Cześkiem przed siebie. Czesiek błyskawicznie osiągnął metę wyścigu (dystans był krótki), a Nasza Łaskawość podskakując do góry i klaszcząc, wypiskiwała coś na kształt "Hurrra!"
Życie Cześka jest niezwykle bogate. Ostatnio Czesiek miewa koszmary nocne i w związku z tym nie może utulić swojej dziewczynki, kiedy ją nawiedzają jej koszmary i dlatego ta wędruje do łóżka rodziców. Zjawiając się nocą w sypialni, mówi już tylko "hohmal", włazi do  środeczka i kładąc się - oczywiście w poprzek - skopuje któregoś z rodziców w tzw. nogi.
Czesiek naturalnie szykował się do przedszkola na dzisiejsze święto Pluszowego Misia, ale Nasza Łaskawość trochę niedomaga na brzuszek, więc z bólem serca Czesiek musiał pogodzić się z tym, że pozostanie w domu. Postanowił więc, zwłaszcza że i tej nocy nawiedził go "hohmal", że dzisiejszy dzień spędzi w łóżeczku. Generalnie Hesio śpi w łóżku Naszej Łaskawości, ale swoje łóżeczko posiada. Jak w bajce - drewniane, z kocykiem, poduszeczką i kołderką.
Zaraz z samego rana, podczas śniadania, wysłuchałam jak to Mamusia odprowadzając Maleńką Wnuczkę i Mniejszego Brata do szkoły niosła Czesia w łóżeczku... z łóżeczkiem pod pachą, bo Nasza Łaskawość bez Cześka wyjść nie chciała, zaś Czesiek nie chciał wyjść z łóżeczka...
Dlatego, gdy miałam dzisiaj zajęcia biblioteczne z "moimi przedszkolakami" i na wstępie zadałam pytanie jaki dzisiaj mamy dzień, nie spodziewałam się odpowiedzi: czarny piątek!
Dzieci jednak potrafią zaskakiwać. I to jest w nich cudowne.


Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej
Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu



Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej


Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej



Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej


Czesiek

wtorek, 15 listopada 2016

EDS na pediatrii w Nowym Sączu - Ehlers Danlos Syndrome Awareness Music Video-Help!





Z końcem października u Dużej Małej Dziewczynki wystąpiły nagłe niepokojące objawy - ból w klatce piersiowej na wysokości mostka i uczucie wielkiego ucisku od zewnątrz, spłycenie oddechu, a na koniec pojawiły się duszności. Każdy, kto doświadczył takich objawów, albo przynajmniej kto ma odrobinę wyobraźni. musi wiedzieć, jak nieludzki lęk wyzwala się w takich okolicznościach w człowieku.
Duża Mała Dziewczynka trafiła do szpitala. Na pediatrię w Nowym Sączu.
Oddział pediatryczny nowosądeckiego szpitala, od kiedy jestem matką, nie miał szczęścia do ordynatorów. Również, od kiedy pamiętam, istniała tam pisana zasada, że żaden lekarz nie udziela informacji o stanie zdrowia pacjentów prócz ordynatora. Tymczasem przy obecnym pobycie Dużej Małej Dziewczynki - zmiana. Lekarz prowadzący rozmawia z rodzicem, udziela mu informacji; sytuacja zdaje się być wreszcie normalna. Ucieszyłam się, bo po ostatnim pobycie Dużej Małej Dziewczynki na tym oddziale i po rozmowie z ordynatorem, który pełni tę funkcję do dziś, nie chciałam mieć już nigdy w życiu z tą osobą do czynienia. Po rozmowie, która toczyła się  za zamkniętymi drzwiami kilka lat temu w gabinecie ordynatora (a miała to być zwykła informacja o stanie zdrowia pacjenta, tzn. mojego dziecka) wyszłam upokorzona i spłakana, a córce przyklejono łatę histeryczki, której najbardziej ze wszystkiego potrzebna jest pomoc psychiatryczna. To było wtedy, kiedy Duża Mała Dziewczynka mdlała na każdym kroku i przy byle okazji. Ordynator - kardiolog dziecięcy zapewniała mocą swojego autorytetu (?), że wiele dziewcząt w tym wieku słabnie i mdleje i nie jest to nic szczególnego. "Nic szczególnego" okazało się dość poważną przypadłością, częścią składową choroby genetycznej. Ale, by diagnozę postawiono, musiałam być głucha na ordynator-dobrą radę, niepokorna wobec zapewnień o tym, że to "nic szczególnego" i posłuchać intuicji i mojego dziecka.
Więc Duża Mała Dziewczynka znów trafiła na pediatrię w Nowym Sączu i rozmawiał z nami lekarz prowadzący, który zasłynął z tego, że umie walczyć. Sławę przyniosła mu wprawdzie walka o swoje, ale skoro umie walczyć o swoje, to przecież tym bardziej będzie walczył o pacjenta, który sam o siebie nie zawalczy, bo jest dzieckiem - myślałam. Raczej się pomyliłam, choć do końca nie jestem pewna. Wierna swoim zasadom, by nie podawać tu nazwisk, powiem tylko, że lekarz nazywa się całkiem tak samo jak zabawka autystycznej Naszej Łaskawości.
Duża Mała Dziewczynka wyszła ze szpitala po 48 godzinach z podejrzeniem niestworzonej diagnozy neurologicznej. Byłam obecna podczas wywiadu i badania neurologicznego i od razu mówiłam, że neurolog przyszła z gotową diagnozą i pod tym kątem prowadziła badanie i wywiad, ale to insza inszość. Mieliśmy czekać na wynik badania immunologicznego, który będzie może za tydzień, może za dwa, raczej za dwa.
48. godzinny pobyt w szpitalu, podejrzenie miastenii i wysłanie materiału do badania nie zlikwidowało jednak dolegliwości Dużej Małej Dziewczynki. Wręcz się nasiliły - duszności powtarzały się kilka razy w ciągu dnia, więc któregoś wieczoru wróciliśmy do szpitala. Po badaniu lekarza dyżurnego i rozmowie z pielęgniarkami zorientowałam się, w jakim kierunku przebiegało kilka dni temu omawianie przypadku mojej córki. - Jeśli czujecie panie jakiś niepokój, to ja oczywiście przyjmę pacjentkę na oddział. I: - A to było tu mówione, że z taką chorobą można żyć przez całe życie i nie wiedzieć o niej, a jak się ją przez przypadek zdiagnozuje, to się potem człowiekowi wszystko dzieje...
Hmmm.
Przemilczałam.
Przez przypadek... można żyć przez całe życie... potem (POTEM) się wszystko dzieje.
Odpowiedziałam pielęgniarce dyplomatycznie:
- Wie pani, przedtem też się działo, tylko wysyłali do psychiatry.
Tu sobie pomyślałam o ordynatorce tutejszej pediatrii i pobycie Dużej Małej Dziewczynki kilka lat temu, omdleniach i "nic szczególnego". O kardiologu, u którego byłyśmy w Sączu prywatnie przy ul. Cieczkiewicza, (pracuje w sądeckim szpitalu), który poniżył, ośmieszył, zdeprecjonował diagnozę innego specjalisty, zdyskredytował matkę w oczach dziecka, zlekceważył dolegliwości. O ginekologu z sądeckiej onkologii, który bez badania USG, po badaniu fizykalnym stwierdził: wszystko jest w porządku, a tymczasem na przydatkach był torbiel przekraczający swoim rozmiarem 7 cm.
Nie mogłam pozwolić sobie na dłuższe wspominki. Musiałam uzbroić się w czujność. Przygotować na kolejny atak.
- Następnym razem, gdy was ktoś będzie wysyłał do psychiatry i lekceważył wasze dolegliwości proszę wstać, wyjść i głośno trzasnąć drzwiami, żeby huk na długo pozostał - powiedziała międzynarodowej słowy profesor genetyki specjalizująca się w zespole Ehlersa-Danlosa, podczas pierwszej wizyty diagnostycznej, na której otrzymałyśmy diagnozę kliniczną. Przepraszam, ja otrzymałam. - Napiszę diagnozę dla pani, będzie dla wszystkich - powiedziała też Pani profesor. Dla niejednego sądeckiego lekarza nie jest to takie oczywiste, że jak najstarszy członek rodziny dostał zaświadczenie o diagnozie klinicznej choroby genetycznej przekazywanej autosomalnie dominująco, to u następnych pokoleń (albo równoległych członków rodziny), gdy występują objawy, chorobę się diagnozuje bez pomocy laboratorium.

Nie zamierzałam kontaktować się z ordynatorką oddziału, czekałam na rozmowę z lekarzem prowadzącym. W tym dniu nie było go jednak w pracy, z jakiegoś powodu wyszłam na korytarz, którym przechodziła ordynatorka, a ta wzięła mnie na cel, bo miała do spełnienia kolejną w swoim życiu misję w stosunku do mnie i mojej córki. Wiadomo, co chciała mi powiedzieć. Co prawda słowo psychiatra nie padło, ale hasło "pilna pomoc psychologiczna" było wiodącym w monologu. Tak, był to monolog, bo ja przez cały czas usiłowałam przekazać pani ordynator informację, że nie życzę sobie rozmowy z nią, ponieważ mam złe doświadczenie.
No przecież mam prawo nie życzyć sobie rozmowy z kimś, nawet jeśli ten ktoś jest ordynatorem oddziału, na którym przebywa mój bliski.
W "rozmowie" na swoje życzenie uczestniczyła Duża Mała Dziewczynka. "Rozmowa" toczyła się na korytarzu. Obok przy stoliku siedziała matka z dzieckiem, dalej studentki, w innych salach byli rodzice u swoich dzieci, korytarzem chodziły salowe, pielęgniarki i inni lekarze.
Duża Mała Dziewczynka padła emocjonalnie. Znaczy - rozpłakała się. Ja trzymałam się do chwili, w której lekarz dyżurny podczas normalnej rozmowy chwilę później, okazał mi ciepło i zwykłe ludzkie podejście. Pani ordynator znów udało się nas upokorzyć, poniżyć, zachować się nieprofesjonalnie, niefachowo, wykazać niewiedzą i niechęcią. Gdy postanowiłyśmy wyjść natychmiast ze szpitala i udałam się do dyżurki pielęgniarskiej, wchodząc usłyszałam jak ordynatorka poucza pielęgniarki: - Jej nic nie jest, to jest histeryczka, ona wszystko zmyśla.

Potem, po kilku dniach, gdy wróciłam na oddział po wypis i wynik badania immunologicznego (ujemny) ordynatorka (która przechowywała u siebie wypis, najwyraźniej czekając na mnie z zamysłem, by nie przeoczyć mojej obecności) podjęła udaną próbę kolejnego upokarzania mnie i mojego dziecka i poniżania na szpitalnym korytarzu. Powtarzałam kilkakrotnie: - Nie życzę sobie żadnego kontaktu z panią, bo wszystkie prowadzą do upokarzania i poniżania mnie i mojej córki, więc proszę ode mnie odejść i nic do mnie nie mówić. Nie skutkowało. Natomiast na korytarzu zjawił się lekarz prowadzący (przechodził po prostu) i w tym czasie ordynatorka podniesionym głosem powiedziała do mnie: - Pani się zawsze awanturuje, to pani mnie upokarza. I ja tego tak nie zostawię.

No tak. I do tego doszło jeszcze zastraszanie i groźby.




Wyszczególniłam kadry z filmu irlandzkiej kampanii społecznej (tego, co powyżej i pod tym linkiem również (https://www.youtube.com/watch?v=eA_AW7ksgSQ&feature=share)). Zamieściłam poniżej i zestawiłam z tym, co mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu. Gdyby komuś chciało się zajrzeć na stronę szpitala w zakładkę pediatrii i zobaczyć jakim sprzętem diagnostycznym oddział dysponuje, a nawet się szczyci, niech zajrzy. Nie podlinkuję tej strony. To tylko dla dociekliwych. Poza EKG i saturacją oraz badaniami laboratoryjnymi nie wykonano mojej córce żadnych badań.


Ona zmyśla - mówiła mi i pielęgniarkom
ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Niech pani nie wierzy we wszystko, co wymyśla pani córka -
mówił ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Jej nic nie jest, każdy tak oddycha jak ona -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Jak ona się zachowuje, ilu tu ludzi ją odwiedza -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.




Córka potrzebuje pilnej pomocy psychologicznej -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.







Zapewniam panią, że w tej chwili położę się tutaj na ziemi
i zrobię taką samą scenę tu na korytarzu
z duszeniem się, jak pani córka -
mówił ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.




A my na to:




Poczuć siebie - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Mamusia przyszła do przedszkola po Naszą Łaskawość. Nasza Łaskawość, od kiedy zdiagnozowano u niej autyzm, uczęszcza do przedszkola terapeutycznego. Akurat odbywało się badanie diagnostyczne SI w pokoju na poddaszu. Mamusia uchyliła delikatnie drzwi, by w razie czego nie przeszkadzać i... stanęła trochę zaskoczona. Nasza Łaskawość siedziała w wąskiej tubie - całkiem podobnej do tych, w które otula się rury z wodą - ściśnięta jak sardynka w puszce, z tuby zaś wystawała wędka. Mamusia zapytała:

- Co robisz córeczko?

- Łowię - odpowiedziała spokojnie nie tracąc koncentracji.

Jakby Mamusia nie widziała.

niedziela, 23 października 2016

Krótka opowieść o krowie i skrzynce pocztowej



To jest droga w Żegiestowie. Nie ta powiatowa wijąca się malowniczą Doliną Popradu towarzysząca torom kolejowym, ścigająca się ze słońcem na linii granicy państwowej. To jest droga sięgająca w głąb gór, jakby chciała dotrzeć do źródeł Żegiestowskiego Potoku, albo znaleźć koniec świata. 
Krowa z tego zdjęcia szła sobie ulicą sama jak na jakiej Ukrainie. No, towarzyszył jej pies. Wyraźnie towarzyszył, nie pilnował. Krowa doszła do skrzynek na listy stojących przy ulicy na rozwidleniu z polnym traktem. (Skrzynki, jak bociany, stojąc na jednej nodze znajdują się za krową, więc są na zdjęciu niewidoczne). Krowa stanęła, powąchała obie pomalowane na niebiesko metalowe pocztowe skrzynki i zwróciła się ku jednej; rozglądnęła się, znów powąchała i stanęła patrząc smętnie. Nie wiem czy czekała na listonosza nie wiedząc, że jest niedziela, czy po prostu przyszła odebrać pocztę. A może to była skrzynka kontaktowa, dla kontaktów wszelakich. 
Stałam za daleko, mój aparat długo wczytywał zrobione wcześniej zdjęcie i nie pozwolił mi pstryknąć kolejnego. Podchodząc do krowy prosiłam, by zrobiła to jeszcze raz, by przybrała pozę do zdjęcia (nie, nie odbiło mi, krowa doskonale rozumie, co się do niej mówi), ale popatrzyła na mnie z politowaniem, zawinęła się na tej górskiej drodze z końca świata i ruszyła z powrotem skąd przyszła. 


czwartek, 13 października 2016

Jak Maleńka Wnuczka książkę napisała - z cyklu: Opowieści dla Zośki.

Znana ze swych twórczych zapędów i równoczesnej niechęci do systematycznej pracy, Maleńka Wnuczka pochłonięta była w ostatnim czasie pisaniem książki dla Mamusi. Wiadomo - Mamusia uwielbia czytać i na czytaniu spędza każdą wolną chwilę. Mali Ludzie nie lubią, gdy czyta dla siebie, ponieważ wtedy Mamusia niby jest, niby siedzi w fotelu, ale tak naprawdę jest nieobecna. Najbardziej Mali Ludzie lubią, gdy Mamusia czyta im ich książeczki. To już jest taki rytuał, że gdy Mali Ludzie są po kolacji i po kąpieli i gdy idą do łóżek, to gromadzą się wszyscy w pokoju Mniejszego Brata i Mamusia czyta książkę wyczarowując sny pełne przygód. Kolejka książeczek do czytania jest długa i wciąż się wydłuża, bo kurierzy przynoszą do domu książki szybciej niż Mamusia nadąży czytać, ale to nic. Przecież w każdej chwili można do pokoju wstawić kolejny regał na oczekujące w kolejce książki. No i choć Maleńka Wnuczka nauczyła się już samodzielnie czytać, to bardzo tego nie lubi, bo dużo przyjemniej jest, gdy robi to Mamusia. Ponieważ pisania Maleńka Wnuczka nie znosi bardziej niż czytania, Mamusia była wielce zaintrygowana pomysłem swojej córki. Zdarzyło się Maleńkiej Wnuczce po wakacjach być np. ślepą na linijki w zeszycie i puścić literki wolno tak, że na jednej stronie zmieścił się tylko jeden wyraz. Najbardziej przerażona tą fantazją była pani nauczycielka i nawet zapisała dzielną dziewczynę na zajęcia wyrównawcze, który to fakt Maleńka Wnuczka przyjęła z entuzjazmem, gdyż uwielbia siedzieć w szkole. Zaś Mamusia poszła z dzieckiem do okulisty. Jednak niezależnie od swoich niechęci do systematycznej pracy, plan napisania książki dla Mamusi Maleńka Wnuczka realizowała z pełną odpowiedzialnością i dojrzałością i oto kilkanaście dni, a może nawet i dłużej trwała praca twórcza.
Nareszcie nastąpił moment, gdy Maleńka Wnuczka dopracowywała już tylko szczegóły - okładka, grzbiet itp. wielce się temu zajęciu oddając, kto wie, może nawet bardziej niż pisaniu. No i kiedy uznała, że dzieło jest skończone, przyszła do Mamusi i oznajmiła:
- Mamusiu, przepraszam, ale mam dla ciebie przykrą wiadomość. Nie mogę dać ci tej książki, którą pisałam dla ciebie. Jest ona tak piękna, że postanowiłam oddać ją do biblioteki szkolnej, żeby więcej ludzi mogło ją przeczytać.

poniedziałek, 3 października 2016

Polski Czarny Poniedziałek

Pan Terlikowski, pouczający swego czasu samego papieża Franciszka, proponując wczoraj uczestniczkom czarnego poniedziałku mundur SS-manna, w swym nieCzłowieczeństwie, albo nie wie, albo liczy, że gra na emocjach niedouczonego motłochu, że to Hitler wprowadził całkowity zakaz aborcji, zalegalizował ośrodki "źródła życia" (lebensborny), gdzie z kobiet uczyniono maszynki do rodzenia czystej krwi Aryjczyków, a polegało to na tym, że były gwałcone i po urodzeniu odbierano im dzieci, by wychowaniem ich zajęła się specjalna komórka i, znów gwałcone.

Protestuję dziś przeciwko rządom religijnych fanatyków.

niedziela, 18 września 2016

Maszkowice - Góra Zyndrama

Stare, na wpół zdziczałe jabłonie, każda rodząca jabłka innego gatunku, rosły na wschodnim stoku Góry Zyndrama w Maszkowicach k/Łącka. (Łącko słynie z sadownictwa). Tylko korony rosnących najwyżej drzew sterczały nieco ponad wygładzoną przed blisko 4. tysiącami lat ręką człowieka powierzchnię góry. Sad nie był ogrodzony. Dojrzałe owoce prawie na naszych oczach spadały na ziemię. Grzech było ich nie popróbować. Jedna jabłoń urodziła jabłka wyjątkowo soczyste i słodkie. Napchaliśmy nimi mój mały plecak i teraz się nimi opychamy, wspominając ten piękny dzień.
Bo tak w zasadzie to dzień miał być nieciekawy. Prognozy zapowiadały deszcz, ale już z samego rana słońce zrobiło maleńką dziurę w chmurach i z każdą godziną dziur robiło się więcej i więcej otwierając bezkres błękitu. Po tym jak drozd zamieszkujący pod naszym oknem wydroździł w swoim trelu zapowiedź radosnego dnia, zdecydowaliśmy się na wypad, ale blisko domu, bo gdyby jednak prognozy miały się spełnić, to żeby szybko można było wrócić. I choć zdaje się, że wokół domu przemierzyliśmy już wszystkie drogi, to okazało się, że nie, że są jeszcze takie, na których nasza noga nie postała. Co prawda o ich odkrywanie starać się muszą archeolodzy, ale nie będziemy marudzić. Toteż bez marudzenia przekwalifikowaliśmy się całą czwórką z turystyki górskiej, następnie z turystyki historyczno-krajoznawczej i turystyki religijnej na wykwalifikowaną i zaawansowaną turystykę głęboko historyczną i archeologiczną. No bo Góra Zyndrama w Maszkowicach, choć średnio zaawansowana w badaniach archeologicznych, to jednak okazuje się cenniejszym wykopaliskiem i odkryciem niż Trzcinica k/Jasła z kręgu kultury Otomani-Füzesabony. Z tego mianowicie względu, że jest to - powtarzam za uczonymi - jedna z najstarszych w Europie, nie licząc terenów śródziemnomorskich, warowni obronnych wybudowanych z kamienia, datowana na ok. 1750 lat p.n.e.

W tym miejscu oddaję głos specjalistycznym opisom i polecam ich przeczytanie, bo w przeciwnym wypadku nic z mojego postu nie wyniknie. Zamieściłam zdjęcia w dużym rozmiarze a w razie, gdyby były i tak za małe, można wcisnąć Ctrl+ i już.



To się dzieje naprawdę.

Z pozostałych ciekawostek, które mnie - niedoszłego, znaczy omc historyka, historyka sztuki mocno zainteresowały to fakt snujących się po okolicy od wieków podań, które mówią, że z tych Maszkowic pochodził słynny rycerz Bitwy pod Grunwaldem - Zyndram i rzekomo na tym wzgórzu znajdował się jego zamek. Pierwszy poważny, bo naukowy poszukiwacz rycerskiego domiszcza pojawił się na górze w 1905 r. Był to, jak podają źródła internetowe, archeolog Włodzimierz Demetrykiewicz z Krakowa, który owszem znalazł i tym samym potwierdził murowane obwałowania i utworzył stanowisko archeologiczne, ale przez całe XX stulecie stanowisko to nie miało szczęścia do badaczy, którzy by się tam mocno zakorzenili i zaangażowali, choć może moja opinia jest dla nich krzywdząca. Może, zgodnie z odwiecznym porządkiem rzeczy wszystko ma swoje miejsce i swój czas i to miejsce i czas należą do doktora Przybyły i jego studentów z UJ? No i do nas - turystów głęboko zaawansowanych historycznie i archeologicznie. W każdym razie, legenda rycerza Zyndrama, który przy wtórze Bogurodzicy szedł do boju z Krzyżakami, zatarła ślady głębokiej historii. A szkoda.
Samochód zaparkowaliśmy u podnóża góry, choć proponowałam, żeby zrobić to przy tablicy, której zdjęcia znajdują się powyżej. Przynajmniej pewien odcinek drogi odbylibyśmy po płaskim terenie, a tak - szliśmy tylko pod górę. Więc, gdy tylko zaparkowaliśmy na skraju leśnej polany skądś wyłoniła się kobieta z dwójką dzieci. Zdążyłam zażartować, że sytuacja jest analogiczna do tej z Szoszorów na Ukrainie, gdzie gospodarze witali nas słowami "job twoju mać, Poliaki prijechały" i Duża Mała Dziewczynka poznała wtedy język ukraiński od najwulgarniejszej strony, toteż od razu nisko kłaniając się, zapytaliśmy, czy można w tym miejscu zaparkować oraz o drogę. Kobieta skierowała nas ku pomnikowi, a stamtąd dopiero do "wykopalisk".
Pomnik... tak, pomnik potrzebuje opisu, bo znajduje się na południowym cyplu "szczytowego wypłaszczenia" pośród starych brzóz i miejsce od razu rodzi skojarzenia z polem treningowym dla działań komisji. Aha, ale to nie o tym. Wracając do zasadniczego tematu to "pomnik" sławi chrzest Polski i jego rocznice z 1966 i 2016 r., Bitwę pod Grunwaldem i jej 600. rocznicę, Bogurodzicę Bogiem sławieną, no bo jej autora raczej nie, i Jana Pawła II w kolejne rocznice, a wręcz godziny jego śmierci, jego słowa, by nie bać się wypłynąć na głębię, a! i Zyndrama od ziomków. Taka narodowo-patriotyczna polana z równe narodowo-patriotycznym pomnikiem, głazami i krzyżem. No, chyba że krzyż potraktujemy czysto po katolicku, co potwierdza narodowy charakter miejsca. W dodatku pomnik w kształcie czterokątnego słupa, widocznie odnowiony w bieżącym roku, wygląda jakby do niedawna był narodowym Światowidem, bo wyraźne, niezbyt dobrze zatarte są ślady orłów znajdujących się niegdyś na wszystkich bokach.
No i nie, żebym sobie jaja robiła, bo to też się dzieje naprawdę.
Widoki z Góry Zyndrama zapierają dech w piersi, zwłaszcza przy takiej pogodzie jaka nam się trafiła. Jabłka przepyszne. No i ślad mocno zaawansowanych prac archeologicznych. Zapowiada się wielka atrakcja turystyczna, no chyba że stadnina, z której można konie kraść, padnie. No i wreszcie najważniejszy aspekt wycieczki, to możliwość cieszenia się życiem. Radość wniebogłosy.


Album ze zdjęciami

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Łysa Góra ze Świętym Krzyżem i gołoborzem świętokrzyskim

Za ucałowanie tego krzyża i odmówienie "Ojcze nasz" ojciec ś. Leon XIII d. 2 listopada 1899 r. nadał 100 dni odpustu raz na dzień -

głosi napis na tablicy w przedsionku kościoła parafialnego w Nowej Słupi, w Górach Świętokrzyskich. Na krzyżu odbita czerwona szminka, choć w gruncie rzeczy, jak na ponad sto lat od udzielenia odpustu, to krzyż na granitowej płycie jest niewiele scałowany. Tyle co nic. Może więc za namową proboszcza ktoś zostawił tak widoczny ślad? No nie, proboszcz ma raczej interes, by wierni się u niego spowiadali, a nie jechali na odpuście od ojca św. Leona XIII.
Nowa Słupia przycupnęła u podnóża Łysej Góry. A na Łysej Górze jest Święty Krzyż - bazylika mniejsza, sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego z dość sporym kawałkiem historii chrześcijańskiej i przedchrześcijańskiej Polski. Normalnemu zjadaczowi chleba Góry Świętokrzyskie powinny kojarzyć się z Łysicą, św. Katarzyną, Łysą Górą i Świętym Krzyżem, z gołoborzem, Emerykiem no i z sabatem czarownic. Z czarownicami na miotłach w ogóle. Bo harcerzom kojarzą się z "Szarą lilijką" i innymi piosenkami oraz z rajdami.
Już na początku szlaku od Nowej Słupi w Puszczy Jodłowej stoi stare, butwiejące drzewo. Wygląda jak czarownica, stąd wniosek, że to właśnie czarownica za dnia udająca drzewo. Szeroki szlak prowadzi na górę. Opisany jest na 40 minut marszu (2,5 km), ale z odpoczynkiem i innym popasem nie zajął więcej. Odpoczynek nie był typowym odpoczynkiem, Był raczej kontemplacją na szlaku, choć w tłumie ciężko było kontemplować co innego jak rozmowy pielgrzymów. No bo to nie byli turyści. Prawdziwych turystów w Górach Świętokrzyskich spotkaliśmy w drodze powrotnej - były to dwie starsze (od nas) panie, które zeszły z pielgrzymiego szlaku, by nawiedzić ukryte w lesie na stoku miejsce pochówku 6000 jeńców radzieckich z czasów II wojny światowej, których Niemcy zagłodzili na śmierć w przystosowanych na obóz jeniecki podziemiach klasztoru na Łysej Górze. Tak, to były te dwie starsze (od nas) kobiety i potem jeszcze spotkaliśmy na bocznej ścieżce (przyrodniczej) ojca z niepełnosprawnym dorosłym synem, którzy w towarzystwie pięknego miniaturowego owczarka collie szli właśnie i zachowywali się jak turyści. Więc z tą kontemplacją rozmów pielgrzymów, a nawet ich ubiorów i obuwia, tudzież zapachów, z oglądaniem po drodze tego i owego szliśmy niecałe 40 minut. Był straszliwy upał, bo takie były prognozy, więc ze wszystkiego, co pielgrzymi ze sobą nieśli zapach perfum przeszkadzał mi najbardziej. A już niech sobie te babki chodzą w klapkach, przecież szczyt ma 594,3 m n.p.m. (te trzy dziesiąte po przecinku są bardzo ważne w przypadku tak niskich gór), to im się nic nie stanie; niech chodzą z torebkami przewieszonymi przez ramię i wrzeszczą na dzieci. Niech nawet piją piwo z puszki (byle puszkę zabrały ze sobą) i palą papierosy przysiadając na każdej ławeczce po drodze (a po drodze są same ławeczki, kto wie, może na głównym szlaku jest nawet więcej ławeczek niż jodeł w Puszczy Jodłowej?), ale na litość, niech nie wnoszą do lasu, ba! do puszczy i parku narodowego dusznych zapachów perfum, bo nie tylko inni ludzie nie wytrzymają, ale zwierzęta pozdychają!
To, cośmy dzisiaj przeszli to nie były niewinne 2,5 km tam i z powrotem, bo kiedy spojrzałam na koniec dnia w aplikację w moim telefonie mierzącą trasę i ilość kroków, to okazało się, że zrobiliśmy ponad 10 km. O! Pierwszy raz w życiu na platformę widokową schodziłam w dół. Trzeba było potem wyjść z powrotem pod górę, więc nikomu nic się nie upiekło, ale zawsze to jakaś odmiana, by na platformę widokową zejść, a nie wyjść. No i ta (oczywiście) metalowa platforma to chyba jest większa od osławionego gołoborza z Gór Świętokrzyskich. Jedyne dzieci, które nie były denerwujące dzisiaj to te, które po nas weszły na platformę i - będąc kilka kroków przed rodzicami, więc i pierwsze zobaczywszy rozciągający się z platformy widok - zawołały do wyłaniających się rodziców: - Cały świat stąd widać! Ale nie wiem, czy młodzieniec stojący tyłem do roztaczającego się widoku i robiący sobie selfie też to widział. Tak. Wszystkie pozostałe dzieci pod opieką swoich rodziców lub dziadków, lub i tych, i tych były bardzo denerwujące. Skoro dzieci były denerwujące, to będący z nimi rodzice i/lub dziadkowie byli przede wszystkim denerwujący. Nie pierwsza to w moim życiu konkluzja, że ani kultura, ani turystyka nie powinny być masowe. Dwóch półnagich osiłków z wytatuowanymi torsami, nogami i rękami, w towarzystwie wybranek swojego serca i dzieci, fotografowało się pod figurą Niepokalanej, w grocie na trasie w Puszczy Jodłowej. Obok przechodziła kobieta z mężczyzną odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Na kamieniach siedziały dwie, a może i trzy rodziny z wrzeszczącym dzieckiem, które rodzice chcieli poczęstować ciastkiem, a to darło się wniebogłosy, że nie weźmie ciastka dopóki nie dostanie nawilżanej chusteczki do umycia rąk, bo babcia mówiła, że ZAWSZE przed jedzeniem trzeba myć ręce. Inna babcia lamentowała, że nie można zjeść obiadu w jadłodajni w klasztorze, bo sala zarezerwowana jest dla jakiejś wycieczki, a wnuczek jej wtórował, że on bigosu ani żurku na stoisku znajdującym się prawie przy zewnętrznej ścianie bocznej nawy bazyliki mniejszej jadł nie będzie, bo tego nie lubi, a poza tym on chce zjeść właśnie tam, gdzie nie można i w ogóle to on się nie ruszy, bo umiera z głodu. Sprzedawca na straganie z pamiątkami stary, łysy z co drugim zębem, woła za mną: Pani tak fotografuje te czarownice, a jak bym wystawił tu swoją (w domyśle: żonę), to dopiero miałaby pani co fotografować. Choć to Park Narodowy i osławiona w literaturze Puszcza Jodłowa to pod sam kościół można przyjechać samochodem, co skwapliwie uczyniło z 99% znajdujących się tego dnia na Łysej Górze. W bazylice jeszcze większy chaos. Jest Msza św., na korytarzach, przy prowizorycznie ustawionych konfesjonałach spowiadają jezuici, tłumy przedzierają się przez te korytarze, dzieci płaczą albo krzyczą, dorośli przekrzykują dzieci... większość pomieszczeń klasztornych na parterze i w piwnicy zamieniona w lokale użytkowe - biznes kwitnie na całego, nic dziwnego, że gwarno. W sanktuarium jest wszystko - tłum ludzi, sklepy z pamiątkami, dewocjonaliami i książkami, kawiarnia, jadłodajnia, apteka (zapewne z lekami wg receptury św. Hildegardy z Bingen (benedyktynki), płatne toalety, dwa muzea, lody włoskie, dorożki konne, bigos, ciasteczka, żurek, wiatraczki i konie na biegunach, bar z napojami itd. itp. - brak tylko jednego: atmosfery spowitej w ciszę potrzebną do modlitwy... W sumie to nie było jeszcze kapiszonów do strzelania i waty cukrowej... No to byliśmy w krypcie, w której chowano benedyktynów i w której jest udostępnione na widok publiczny truchło - podobno - Jeremiego Wiśniowieckiego, przeszliśmy kilka razy udostępnionymi korytarzami, byliśmy w kościele i kaplicy, w której przechowywane są relikwie Świętego Krzyża, w muzeum misyjnym, w sklepie z pamiątkami i dewocjonaliami, zaglądaliśmy do studni na wewnętrznym dziedzińcu, który jest zarazem ogródkiem kawiarni, staliśmy w kolejce po lody (to ta sama kolejka, co po bigos i/lub żurek oraz kawę), siedzieliśmy na kamieniach na placu klasztornym, poszliśmy na platformę widokową, na którą, by na nią wejść, trzeba zejść, chcieliśmy iść do Muzeum Przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego, ale trzeba było czekać na wejście, a my nie chcieliśmy czekać, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem poszedł na wieżę bazyliki i zgubił tam zatyczkę do lornetki (do pierwszego wiatru albo ulewy będzie leżała w zaułku miedzianego dachu)... no i tak jakoś dreptaliśmy w kółko, że nabiliśmy na liczniku mojej aplikacji te 10 km. Zapomniałam o najważniejszym! Przecież w korytarzu klasztoru, zaraz przy kościele, są wmurowane liczne tablice, w tym upamiętniająca wybrane trzy osoby z katastrofy smoleńskiej. O tak, tych jest wysyp we wszystkich miejscowościach, które nawiedziliśmy podczas tej podróży, taki wysyp, że nawet Wyborcza i SokzBuraka by nie nadążyły z informowaniem o odsłonięciach tychże, a jedynie słuszna telewizja z propagandą.
Jest jednak na Łysej Górze coś, dla czego warto było tam się znaleźć. To muzeum misyjne w pomieszczeniach klasztornych z przepięknymi eksponatami z różnych stron świata, z kopiami starodruków itp. Prócz eksponatów muzealnych, w przybytku tym zamknięta jest tajemnica wielkiej tragedii, jaka rozegrała się w murach klasztoru podczas II wojny światowej. Niemcy zrobili tam obóz karny dla jeńców radzieckich i zagłodzili w nim na śmierć od 6000 do 9000 osób. O ogromie tamtej tragedii dobitnie świadczą (zrekonstruowane) wykonane w języku rosyjskim, niemieckim i polskim napisy na ścianach mówiące o tym, że za ludożerstwo grozi rozstrzelanie. Dlatego schodząc ze szczytu odnaleźliśmy cmentarz na stoku góry, by zajrzeć w to miejsce. Trudno powiedzieć, że zagłodzeni jeńcy zostali tam pochowani - oni zostali po prostu wrzuceni do dołu wykopanego w ziemi. Cmentarz  obecnie jest w trakcie renowacji. Na monumentalnym pomniku z białego kamienia znajduje się czerwona gwiazda i tak sobie myślę, by nikt nie zechciał jej strącać z owego pomnika.  No to już całkowicie w drodze powrotnej nie szliśmy tym szlakiem, co wszyscy. Wybraliśmy ścieżkę tematyczną, na której były tylko cztery ławki i w dodatku wszystkie w jednym miejscu, więc korzystając z ciszy i pustki położyliśmy się na nich oglądając korony drzew. Te, które były nad nami tworzyły od samej podstawy krąg. Nie było wiatru, więc wszystkie stały nieruchomo i tylko jedna delikatnie się kołysała. Wyglądało, jakby opowiadała coś pozostałym. I tak w pewnym momencie jedna z nich pokiwała się również, ale mniej niż ta gawędząca, jakby odpowiadała na zadane pytanie, albo wtrąciła jakiś mały wątek do opowieści tamtej; sama nie wiem. Prawie nas uśpiły tym delikatnym kołysaniem, choć ono odbywało się wysoko, w koronach otaczających nas jodeł.

Przereklamowane są te Góry Świętokrzyskie. Nie dość, że śmieszą swoją niskością, to Puszcza Jodłowa znajduje się już raczej tylko w opisach literackich, w dodatku natłok mas psuje nawet powietrze, a co dopiero atmosferę, gołoborze marne, czarownice zaklęte w drzewa, sanktuarium zamienione w wyszynk... ot, najwidoczniej harcerze z Kielecczyzny mieli dobrych tekściarzy, którzy napisali tyle pięknych, rzewnych, budujących legendę Gór Świętokrzyskich piosenek.

100 dni odpustu raz na dzień! Ojacie!!!





Album ze zdjęciami

środa, 24 sierpnia 2016

Fiksum dyrdum

Znajoma opowiedziała mi taką historię:
Ich sąsiad z dołu, który miał pecha przez kilka lat mieszkać nad sklepem, do którego wchodziło się przez strasznie trzaskające drzwi, dostał w końcu fiksum dyrdum. Któregoś dnia wyskoczył na balkon i wrzeszczał za wychodzącym klientem: - Musisz pan tak trzaskać? Do pana mówię, co się pan tak gapisz? Pan jesteś poj*&^#y na umyśle.
Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że to z umysłem sąsiada jest coś nie tak i szczerze mu współczuli, bo na ich trzecim piętrze nieraz stawali na równe nogi, gdy drzwi w sklepie trzasnęły. Poważnych podejrzeń co do stanu umysłu sąsiada (żartobliwie przyjęto w rozmowach formę użytą przez tegoż) powzięli, gdy pod jego dachem rozpoczęły się awantury; szczególnie niepokojące były te nocne. A już słynna gonitwa sąsiada za sąsiadką (znaczy własną żoną) po parkingu z siekierą i wywrzaskiwane na całe gardło groźby zabicia ściągnęły policję. Po 48 godzinach sąsiada znajomej zwolniono, zwłaszcza, że tłumaczył się załamaniem nerwowym spowodowanym niestabilną sytuacją finansową. Kolejnym stadium powiększającego się fiksum dyrdum sąsiada znajomej stało się zbieractwo i znoszenie do wspólnych pomieszczeń oraz do własnego lokum wszystkich "przyda się" ze śmietników.
Trudno. Sąsiadów się nie wybiera. I nie jest ważne czy to sąsiad znajomej, mój, czy Czytelnika. Przytoczyłam tę opowieść, by podzielić się swoim ogromnym żalem, że pod moim sufitem nie ma choć pierwszego stadium fiksum dyrdum, które dolegało owemu sąsiadowi. Po prostu tak bardzo chciałabym powiedzieć niektórym: - Pani/Panie, Pani/Pan jesteś poj*&^#a/y na umyśle. Bo się o to proszą trzaskając drzwiami głupoty nieopodal mojej wrażliwości, zdrowego rozsądku itd.