MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 18 września 2016

Maszkowice - Góra Zyndrama

Stare, na wpół zdziczałe jabłonie, każda rodząca jabłka innego gatunku, rosły na wschodnim stoku Góry Zyndrama w Maszkowicach k/Łącka. (Łącko słynie z sadownictwa). Tylko korony rosnących najwyżej drzew sterczały nieco ponad wygładzoną przed blisko 4. tysiącami lat ręką człowieka powierzchnię góry. Sad nie był ogrodzony. Dojrzałe owoce prawie na naszych oczach spadały na ziemię. Grzech było ich nie popróbować. Jedna jabłoń urodziła jabłka wyjątkowo soczyste i słodkie. Napchaliśmy nimi mój mały plecak i teraz się nimi opychamy, wspominając ten piękny dzień.
Bo tak w zasadzie to dzień miał być nieciekawy. Prognozy zapowiadały deszcz, ale już z samego rana słońce zrobiło maleńką dziurę w chmurach i z każdą godziną dziur robiło się więcej i więcej otwierając bezkres błękitu. Po tym jak drozd zamieszkujący pod naszym oknem wydroździł w swoim trelu zapowiedź radosnego dnia, zdecydowaliśmy się na wypad, ale blisko domu, bo gdyby jednak prognozy miały się spełnić, to żeby szybko można było wrócić. I choć zdaje się, że wokół domu przemierzyliśmy już wszystkie drogi, to okazało się, że nie, że są jeszcze takie, na których nasza noga nie postała. Co prawda o ich odkrywanie starać się muszą archeolodzy, ale nie będziemy marudzić. Toteż bez marudzenia przekwalifikowaliśmy się całą czwórką z turystyki górskiej, następnie z turystyki historyczno-krajoznawczej i turystyki religijnej na wykwalifikowaną i zaawansowaną turystykę głęboko historyczną i archeologiczną. No bo Góra Zyndrama w Maszkowicach, choć średnio zaawansowana w badaniach archeologicznych, to jednak okazuje się cenniejszym wykopaliskiem i odkryciem niż Trzcinica k/Jasła z kręgu kultury Otomani-Füzesabony. Z tego mianowicie względu, że jest to - powtarzam za uczonymi - jedna z najstarszych w Europie, nie licząc terenów śródziemnomorskich, warowni obronnych wybudowanych z kamienia, datowana na ok. 1750 lat p.n.e.

W tym miejscu oddaję głos specjalistycznym opisom i polecam ich przeczytanie, bo w przeciwnym wypadku nic z mojego postu nie wyniknie. Zamieściłam zdjęcia w dużym rozmiarze a w razie, gdyby były i tak za małe, można wcisnąć Ctrl+ i już.



To się dzieje naprawdę.

Z pozostałych ciekawostek, które mnie - niedoszłego, znaczy omc historyka, historyka sztuki mocno zainteresowały to fakt snujących się po okolicy od wieków podań, które mówią, że z tych Maszkowic pochodził słynny rycerz Bitwy pod Grunwaldem - Zyndram i rzekomo na tym wzgórzu znajdował się jego zamek. Pierwszy poważny, bo naukowy poszukiwacz rycerskiego domiszcza pojawił się na górze w 1905 r. Był to, jak podają źródła internetowe, archeolog Włodzimierz Demetrykiewicz z Krakowa, który owszem znalazł i tym samym potwierdził murowane obwałowania i utworzył stanowisko archeologiczne, ale przez całe XX stulecie stanowisko to nie miało szczęścia do badaczy, którzy by się tam mocno zakorzenili i zaangażowali, choć może moja opinia jest dla nich krzywdząca. Może, zgodnie z odwiecznym porządkiem rzeczy wszystko ma swoje miejsce i swój czas i to miejsce i czas należą do doktora Przybyły i jego studentów z UJ? No i do nas - turystów głęboko zaawansowanych historycznie i archeologicznie. W każdym razie, legenda rycerza Zyndrama, który przy wtórze Bogurodzicy szedł do boju z Krzyżakami, zatarła ślady głębokiej historii. A szkoda.
Samochód zaparkowaliśmy u podnóża góry, choć proponowałam, żeby zrobić to przy tablicy, której zdjęcia znajdują się powyżej. Przynajmniej pewien odcinek drogi odbylibyśmy po płaskim terenie, a tak - szliśmy tylko pod górę. Więc, gdy tylko zaparkowaliśmy na skraju leśnej polany skądś wyłoniła się kobieta z dwójką dzieci. Zdążyłam zażartować, że sytuacja jest analogiczna do tej z Szoszorów na Ukrainie, gdzie gospodarze witali nas słowami "job twoju mać, Poliaki prijechały" i Duża Mała Dziewczynka poznała wtedy język ukraiński od najwulgarniejszej strony, toteż od razu nisko kłaniając się, zapytaliśmy, czy można w tym miejscu zaparkować oraz o drogę. Kobieta skierowała nas ku pomnikowi, a stamtąd dopiero do "wykopalisk".
Pomnik... tak, pomnik potrzebuje opisu, bo znajduje się na południowym cyplu "szczytowego wypłaszczenia" pośród starych brzóz i miejsce od razu rodzi skojarzenia z polem treningowym dla działań komisji. Aha, ale to nie o tym. Wracając do zasadniczego tematu to "pomnik" sławi chrzest Polski i jego rocznice z 1966 i 2016 r., Bitwę pod Grunwaldem i jej 600. rocznicę, Bogurodzicę Bogiem sławieną, no bo jej autora raczej nie, i Jana Pawła II w kolejne rocznice, a wręcz godziny jego śmierci, jego słowa, by nie bać się wypłynąć na głębię, a! i Zyndrama od ziomków. Taka narodowo-patriotyczna polana z równe narodowo-patriotycznym pomnikiem, głazami i krzyżem. No, chyba że krzyż potraktujemy czysto po katolicku, co potwierdza narodowy charakter miejsca. W dodatku pomnik w kształcie czterokątnego słupa, widocznie odnowiony w bieżącym roku, wygląda jakby do niedawna był narodowym Światowidem, bo wyraźne, niezbyt dobrze zatarte są ślady orłów znajdujących się niegdyś na wszystkich bokach.
No i nie, żebym sobie jaja robiła, bo to też się dzieje naprawdę.
Widoki z Góry Zyndrama zapierają dech w piersi, zwłaszcza przy takiej pogodzie jaka nam się trafiła. Jabłka przepyszne. No i ślad mocno zaawansowanych prac archeologicznych. Zapowiada się wielka atrakcja turystyczna, no chyba że stadnina, z której można konie kraść, padnie. No i wreszcie najważniejszy aspekt wycieczki, to możliwość cieszenia się życiem. Radość wniebogłosy.


Album ze zdjęciami

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Łysa Góra ze Świętym Krzyżem i gołoborzem świętokrzyskim

Za ucałowanie tego krzyża i odmówienie "Ojcze nasz" ojciec ś. Leon XIII d. 2 listopada 1899 r. nadał 100 dni odpustu raz na dzień -

głosi napis na tablicy w przedsionku kościoła parafialnego w Nowej Słupi, w Górach Świętokrzyskich. Na krzyżu odbita czerwona szminka, choć w gruncie rzeczy, jak na ponad sto lat od udzielenia odpustu, to krzyż na granitowej płycie jest niewiele scałowany. Tyle co nic. Może więc za namową proboszcza ktoś zostawił tak widoczny ślad? No nie, proboszcz ma raczej interes, by wierni się u niego spowiadali, a nie jechali na odpuście od ojca św. Leona XIII.
Nowa Słupia przycupnęła u podnóża Łysej Góry. A na Łysej Górze jest Święty Krzyż - bazylika mniejsza, sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego z dość sporym kawałkiem historii chrześcijańskiej i przedchrześcijańskiej Polski. Normalnemu zjadaczowi chleba Góry Świętokrzyskie powinny kojarzyć się z Łysicą, św. Katarzyną, Łysą Górą i Świętym Krzyżem, z gołoborzem, Emerykiem no i z sabatem czarownic. Z czarownicami na miotłach w ogóle. Bo harcerzom kojarzą się z "Szarą lilijką" i innymi piosenkami oraz z rajdami.
Już na początku szlaku od Nowej Słupi w Puszczy Jodłowej stoi stare, butwiejące drzewo. Wygląda jak czarownica, stąd wniosek, że to właśnie czarownica za dnia udająca drzewo. Szeroki szlak prowadzi na górę. Opisany jest na 40 minut marszu (2,5 km), ale z odpoczynkiem i innym popasem nie zajął więcej. Odpoczynek nie był typowym odpoczynkiem, Był raczej kontemplacją na szlaku, choć w tłumie ciężko było kontemplować co innego jak rozmowy pielgrzymów. No bo to nie byli turyści. Prawdziwych turystów w Górach Świętokrzyskich spotkaliśmy w drodze powrotnej - były to dwie starsze (od nas) panie, które zeszły z pielgrzymiego szlaku, by nawiedzić ukryte w lesie na stoku miejsce pochówku 6000 jeńców radzieckich z czasów II wojny światowej, których Niemcy zagłodzili na śmierć w przystosowanych na obóz jeniecki podziemiach klasztoru na Łysej Górze. Tak, to były te dwie starsze (od nas) kobiety i potem jeszcze spotkaliśmy na bocznej ścieżce (przyrodniczej) ojca z niepełnosprawnym dorosłym synem, którzy w towarzystwie pięknego miniaturowego owczarka collie szli właśnie i zachowywali się jak turyści. Więc z tą kontemplacją rozmów pielgrzymów, a nawet ich ubiorów i obuwia, tudzież zapachów, z oglądaniem po drodze tego i owego szliśmy niecałe 40 minut. Był straszliwy upał, bo takie były prognozy, więc ze wszystkiego, co pielgrzymi ze sobą nieśli zapach perfum przeszkadzał mi najbardziej. A już niech sobie te babki chodzą w klapkach, przecież szczyt ma 594,3 m n.p.m. (te trzy dziesiąte po przecinku są bardzo ważne w przypadku tak niskich gór), to im się nic nie stanie; niech chodzą z torebkami przewieszonymi przez ramię i wrzeszczą na dzieci. Niech nawet piją piwo z puszki (byle puszkę zabrały ze sobą) i palą papierosy przysiadając na każdej ławeczce po drodze (a po drodze są same ławeczki, kto wie, może na głównym szlaku jest nawet więcej ławeczek niż jodeł w Puszczy Jodłowej?), ale na litość, niech nie wnoszą do lasu, ba! do puszczy i parku narodowego dusznych zapachów perfum, bo nie tylko inni ludzie nie wytrzymają, ale zwierzęta pozdychają!
To, cośmy dzisiaj przeszli to nie były niewinne 2,5 km tam i z powrotem, bo kiedy spojrzałam na koniec dnia w aplikację w moim telefonie mierzącą trasę i ilość kroków, to okazało się, że zrobiliśmy ponad 10 km. O! Pierwszy raz w życiu na platformę widokową schodziłam w dół. Trzeba było potem wyjść z powrotem pod górę, więc nikomu nic się nie upiekło, ale zawsze to jakaś odmiana, by na platformę widokową zejść, a nie wyjść. No i ta (oczywiście) metalowa platforma to chyba jest większa od osławionego gołoborza z Gór Świętokrzyskich. Jedyne dzieci, które nie były denerwujące dzisiaj to te, które po nas weszły na platformę i - będąc kilka kroków przed rodzicami, więc i pierwsze zobaczywszy rozciągający się z platformy widok - zawołały do wyłaniających się rodziców: - Cały świat stąd widać! Ale nie wiem, czy młodzieniec stojący tyłem do roztaczającego się widoku i robiący sobie selfie też to widział. Tak. Wszystkie pozostałe dzieci pod opieką swoich rodziców lub dziadków, lub i tych, i tych były bardzo denerwujące. Skoro dzieci były denerwujące, to będący z nimi rodzice i/lub dziadkowie byli przede wszystkim denerwujący. Nie pierwsza to w moim życiu konkluzja, że ani kultura, ani turystyka nie powinny być masowe. Dwóch półnagich osiłków z wytatuowanymi torsami, nogami i rękami, w towarzystwie wybranek swojego serca i dzieci, fotografowało się pod figurą Niepokalanej, w grocie na trasie w Puszczy Jodłowej. Obok przechodziła kobieta z mężczyzną odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Na kamieniach siedziały dwie, a może i trzy rodziny z wrzeszczącym dzieckiem, które rodzice chcieli poczęstować ciastkiem, a to darło się wniebogłosy, że nie weźmie ciastka dopóki nie dostanie nawilżanej chusteczki do umycia rąk, bo babcia mówiła, że ZAWSZE przed jedzeniem trzeba myć ręce. Inna babcia lamentowała, że nie można zjeść obiadu w jadłodajni w klasztorze, bo sala zarezerwowana jest dla jakiejś wycieczki, a wnuczek jej wtórował, że on bigosu ani żurku na stoisku znajdującym się prawie przy zewnętrznej ścianie bocznej nawy bazyliki mniejszej jadł nie będzie, bo tego nie lubi, a poza tym on chce zjeść właśnie tam, gdzie nie można i w ogóle to on się nie ruszy, bo umiera z głodu. Sprzedawca na straganie z pamiątkami stary, łysy z co drugim zębem, woła za mną: Pani tak fotografuje te czarownice, a jak bym wystawił tu swoją (w domyśle: żonę), to dopiero miałaby pani co fotografować. Choć to Park Narodowy i osławiona w literaturze Puszcza Jodłowa to pod sam kościół można przyjechać samochodem, co skwapliwie uczyniło z 99% znajdujących się tego dnia na Łysej Górze. W bazylice jeszcze większy chaos. Jest Msza św., na korytarzach, przy prowizorycznie ustawionych konfesjonałach spowiadają jezuici, tłumy przedzierają się przez te korytarze, dzieci płaczą albo krzyczą, dorośli przekrzykują dzieci... większość pomieszczeń klasztornych na parterze i w piwnicy zamieniona w lokale użytkowe - biznes kwitnie na całego, nic dziwnego, że gwarno. W sanktuarium jest wszystko - tłum ludzi, sklepy z pamiątkami, dewocjonaliami i książkami, kawiarnia, jadłodajnia, apteka (zapewne z lekami wg receptury św. Hildegardy z Bingen (benedyktynki), płatne toalety, dwa muzea, lody włoskie, dorożki konne, bigos, ciasteczka, żurek, wiatraczki i konie na biegunach, bar z napojami itd. itp. - brak tylko jednego: atmosfery spowitej w ciszę potrzebną do modlitwy... W sumie to nie było jeszcze kapiszonów do strzelania i waty cukrowej... No to byliśmy w krypcie, w której chowano benedyktynów i w której jest udostępnione na widok publiczny truchło - podobno - Jeremiego Wiśniowieckiego, przeszliśmy kilka razy udostępnionymi korytarzami, byliśmy w kościele i kaplicy, w której przechowywane są relikwie Świętego Krzyża, w muzeum misyjnym, w sklepie z pamiątkami i dewocjonaliami, zaglądaliśmy do studni na wewnętrznym dziedzińcu, który jest zarazem ogródkiem kawiarni, staliśmy w kolejce po lody (to ta sama kolejka, co po bigos i/lub żurek oraz kawę), siedzieliśmy na kamieniach na placu klasztornym, poszliśmy na platformę widokową, na którą, by na nią wejść, trzeba zejść, chcieliśmy iść do Muzeum Przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego, ale trzeba było czekać na wejście, a my nie chcieliśmy czekać, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem poszedł na wieżę bazyliki i zgubił tam zatyczkę do lornetki (do pierwszego wiatru albo ulewy będzie leżała w zaułku miedzianego dachu)... no i tak jakoś dreptaliśmy w kółko, że nabiliśmy na liczniku mojej aplikacji te 10 km. Zapomniałam o najważniejszym! Przecież w korytarzu klasztoru, zaraz przy kościele, są wmurowane liczne tablice, w tym upamiętniająca wybrane trzy osoby z katastrofy smoleńskiej. O tak, tych jest wysyp we wszystkich miejscowościach, które nawiedziliśmy podczas tej podróży, taki wysyp, że nawet Wyborcza i SokzBuraka by nie nadążyły z informowaniem o odsłonięciach tychże, a jedynie słuszna telewizja z propagandą.
Jest jednak na Łysej Górze coś, dla czego warto było tam się znaleźć. To muzeum misyjne w pomieszczeniach klasztornych z przepięknymi eksponatami z różnych stron świata, z kopiami starodruków itp. Prócz eksponatów muzealnych, w przybytku tym zamknięta jest tajemnica wielkiej tragedii, jaka rozegrała się w murach klasztoru podczas II wojny światowej. Niemcy zrobili tam obóz karny dla jeńców radzieckich i zagłodzili w nim na śmierć od 6000 do 9000 osób. O ogromie tamtej tragedii dobitnie świadczą (zrekonstruowane) wykonane w języku rosyjskim, niemieckim i polskim napisy na ścianach mówiące o tym, że za ludożerstwo grozi rozstrzelanie. Dlatego schodząc ze szczytu odnaleźliśmy cmentarz na stoku góry, by zajrzeć w to miejsce. Trudno powiedzieć, że zagłodzeni jeńcy zostali tam pochowani - oni zostali po prostu wrzuceni do dołu wykopanego w ziemi. Cmentarz  obecnie jest w trakcie renowacji. Na monumentalnym pomniku z białego kamienia znajduje się czerwona gwiazda i tak sobie myślę, by nikt nie zechciał jej strącać z owego pomnika.  No to już całkowicie w drodze powrotnej nie szliśmy tym szlakiem, co wszyscy. Wybraliśmy ścieżkę tematyczną, na której były tylko cztery ławki i w dodatku wszystkie w jednym miejscu, więc korzystając z ciszy i pustki położyliśmy się na nich oglądając korony drzew. Te, które były nad nami tworzyły od samej podstawy krąg. Nie było wiatru, więc wszystkie stały nieruchomo i tylko jedna delikatnie się kołysała. Wyglądało, jakby opowiadała coś pozostałym. I tak w pewnym momencie jedna z nich pokiwała się również, ale mniej niż ta gawędząca, jakby odpowiadała na zadane pytanie, albo wtrąciła jakiś mały wątek do opowieści tamtej; sama nie wiem. Prawie nas uśpiły tym delikatnym kołysaniem, choć ono odbywało się wysoko, w koronach otaczających nas jodeł.

Przereklamowane są te Góry Świętokrzyskie. Nie dość, że śmieszą swoją niskością, to Puszcza Jodłowa znajduje się już raczej tylko w opisach literackich, w dodatku natłok mas psuje nawet powietrze, a co dopiero atmosferę, gołoborze marne, czarownice zaklęte w drzewa, sanktuarium zamienione w wyszynk... ot, najwidoczniej harcerze z Kielecczyzny mieli dobrych tekściarzy, którzy napisali tyle pięknych, rzewnych, budujących legendę Gór Świętokrzyskich piosenek.

100 dni odpustu raz na dzień! Ojacie!!!





Album ze zdjęciami

środa, 24 sierpnia 2016

Fiksum dyrdum

Znajoma opowiedziała mi taką historię:
Ich sąsiad z dołu, który miał pecha przez kilka lat mieszkać nad sklepem, do którego wchodziło się przez strasznie trzaskające drzwi, dostał w końcu fiksum dyrdum. Któregoś dnia wyskoczył na balkon i wrzeszczał za wychodzącym klientem: - Musisz pan tak trzaskać? Do pana mówię, co się pan tak gapisz? Pan jesteś poj*&^#y na umyśle.
Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że to z umysłem sąsiada jest coś nie tak i szczerze mu współczuli, bo na ich trzecim piętrze nieraz stawali na równe nogi, gdy drzwi w sklepie trzasnęły. Poważnych podejrzeń co do stanu umysłu sąsiada (żartobliwie przyjęto w rozmowach formę użytą przez tegoż) powzięli, gdy pod jego dachem rozpoczęły się awantury; szczególnie niepokojące były te nocne. A już słynna gonitwa sąsiada za sąsiadką (znaczy własną żoną) po parkingu z siekierą i wywrzaskiwane na całe gardło groźby zabicia ściągnęły policję. Po 48 godzinach sąsiada znajomej zwolniono, zwłaszcza, że tłumaczył się załamaniem nerwowym spowodowanym niestabilną sytuacją finansową. Kolejnym stadium powiększającego się fiksum dyrdum sąsiada znajomej stało się zbieractwo i znoszenie do wspólnych pomieszczeń oraz do własnego lokum wszystkich "przyda się" ze śmietników.
Trudno. Sąsiadów się nie wybiera. I nie jest ważne czy to sąsiad znajomej, mój, czy Czytelnika. Przytoczyłam tę opowieść, by podzielić się swoim ogromnym żalem, że pod moim sufitem nie ma choć pierwszego stadium fiksum dyrdum, które dolegało owemu sąsiadowi. Po prostu tak bardzo chciałabym powiedzieć niektórym: - Pani/Panie, Pani/Pan jesteś poj*&^#a/y na umyśle. Bo się o to proszą trzaskając drzwiami głupoty nieopodal mojej wrażliwości, zdrowego rozsądku itd.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kadysz za tych, co stali się motylami

Sierpniowe dni niosą ze sobą pamięć o tragicznych chwilach z 1942 roku, kiedy to hitlerowski okupant przystąpił do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W praktyce znaczyło to przystąpienie do ludobójstwa na masową skalę. Ludność żydowską polskich miast zgromadzoną wcześniej w gettach zaczęto wywozić do obozów zagłady i palić w komorach gazowych. (Wyjaśniam gdyby zajrzał tu ktoś, kto wie o innych rzeczach, a nie wie o tym).
Wędrówka ulicami sztetlu, który zniknął 23 sierpnia 1942 roku, tak jak zniknęli jego mieszkańcy - na jeden rozkaz oprawców, zaprowadziła uczestników na plac miejski vis a vis klasztoru jezuitów w Nowym Sączu. Na plac, którego bruk był świadkiem niezmierzonych ludzkich tragedii, bólu i unicestwienia nadziei, śmierci. Na plac, który był punktem centralnym nowosądeckiego getta. Dzisiejsze zachodzące słońce oglądało zaledwie dwóch żyjących świadków tamtych koszmarnych wydarzeń, którym cudem udało się uniknąć pacyfikacji i wywiezienia w bydlęcych wagonach na pewną śmierć do Bełżca. To Markus Lustig i Moniek Goldfinger - szacowni starcy, którzy na tę rocznicę przyjechali do swojego świętego Sącza z zagranicy. Drżące głosy wiekowych mężczyzn rozbrzmiewające na Placu 3 Maja zamieniły się w płacz chłopców, którymi wtedy byli. Powietrze nabrzmiało od wszystkich ciężkich i bolesnych słów wypowiedzianych przez owych roztrzęsionych wiekiem i emocjami "chłopców" oraz przez organizatorów i zaproszonych gości. Tak nabrzmiałe i przytłaczające rozdzierał śpiew i wezwanie do apelu pamięci, i myśli zgromadzonych...

Zanim zabrzmiał kadysz za wszystkich, których los wyznaczył na ofiary Holocaustu, rabin odśpiewał psalmy. I właśnie wtedy, w chwili, gdy uczony w piśmie zawodził o zstąpieniu do szeolu, spojrzałam w górę, ponad zaułkami podwórek i dachami kamienic, które pamiętają; spojrzałam w niebo i zobaczyłam roje kolorowych motyli. Zobaczyłam, bo usłyszałam szelest przeźroczystych skrzydeł. To byli wszyscy oni. Rozstrzelani, zamęczeni, zakatowani, roztrzaskani o bruk, wywiezieni, spaleni, unicestwieni... To oni w cichym szeleście motylich skrzydeł zjawili się nad spowitym w mroku nocy miastem i przynieśli wieść o swojej szczęśliwości. O wyzwoleniu. O radości.
Do przebaczenia nawoływali żyjący. Do pamięci i ocalenia od niepamięci również.
To bardzo ważne dzisiaj, bo świat stoi na niebezpiecznej krawędzi.
To ważne zawsze. Ważne, by pamiętać, że wojna rodzi się najpierw w sercu każdego z nas.



P.S.
Pani Mario, Panowie Arturze, Dariuszu, Łukaszu - wielkie Wam dzięki za to, że jesteście pochodniami niosącymi światło pamięci.

sobota, 30 lipca 2016

Koniec turnusu

Pomimo taplania się w kałużach pościel nie zdążyła się wybrudzić, a turnus już się skończył...
Im dłużej przebywam w towarzystwie autystycznej Haneczki, tym trudniej wrócić mi do świata ludzi inteligentnych inaczej. W świecie Haneczki wszystko jest dużo prostsze i w ogóle nieskomplikowane. Much się nie zabija, bo mają dzieci, je się to, na co ma się ochotę, zatraca się w malowaniu, śmieje się szczerze, złości do bólu, jak ktoś zajdzie za skórę, to się go wali pięściami, miętosi się kota dla jego dobra, i gada się do siebie, bo wokół same niemoty... No i ma się najprostsze skojarzenia: gdy ekspedientka w sklepie mówi, że jest ryba sola, to podskakuje się z radości, że w przedszkolu też jest sol-la.
Całą więc drogę powrotną podczas jej pierwszego etapu mówiłam do siebie półgłosem. Na szczęście autobusem jechali sami młodzi ludzie i większość z nich, a przynajmniej ci w pobliżu, mieli słuchawki na uszach. Choć byli też tacy, którzy rozmawiali; rozmowa toczyła się na dziwnym poziomie, dotyczyła sztucznego tematu stwarzając mi - mimowolnemu słuchaczowi jeszcze większy problem przy adaptacji do tego świata. Zwłaszcza, że w moich uszach brzmiało tyle radosnej paplaniny Małych Ludzi.
O gołąbkach, lodach, kąpieli w basenie, oczekiwaniu na deszcz, by taplać się w kałużach, o wyjściu na plac zabaw, nauce jazdy na rowerze, o grach, o czytaniu książek, bujaniu na hamaku, zakupach, sprzątaniu, o umowach i licytowaniu się o odstąpieniu od umów, o doglądaniu słoneczników w dojrzewaniu, polowaniach na muchy, głaskaniu kota, oglądaniu bajek w TV i relacji z wizyty papieża Franciszka...; poważne egzystencjalne rozmowy, opatrywanie rozbitych kolan, całusy i przytulaski...

niedziela, 26 czerwca 2016

Wakacyjne dzieci

Na stopniach przy witrynie lodziarni siedziały dwie dziewczynki i chłopiec. Nie było przy nich nikogo dorosłego, choć dzieci wyraźnie wyglądały na podstawówkę. Zamiast więc prześlizgnąć się po nich wzrokiem, jak po miejskim krajobrazie, przyjrzałam się bliżej dzieciakom - takie obciążenie. Stanęłam jak wryta, bo jedna z dziewczynek okazała się Klarą. Już miałam zawołać radośnie "Hej, Klara!", gdy uświadomiłam sobie, że to nie może być Klara, że dziewczynka tylko nosi twarz i fryzurę Klary, bo przecież minęło już tyle lat, że Klara musi być młodą kobietą. Albo przynajmniej wnet będzie.
Tak bardzo mi tęskno za wszystkimi wakacyjnymi dziećmi, które wyrosły z umorusanych twarzyczek, potarganych włosów i głów pełnych marzeń o czekającej tajemnicy. Wiem, że gdyby nie wyrastały, blokowałyby miejsce w kolejce wszystkim tym, które każdego lata zjawiają się w moim życiu i wnoszą tak wielkie bogactwo, że kiedyś, kiedy przyjdzie mi stanąć przed Panem, nie udźwignę radości i dziękczynienia za życie, które mi dał.

piątek, 24 czerwca 2016

Czuwajcie. Nieustannie się módlcie, w każdym położeniu dziękujcie.

W czerwcu 1981 roku przyjechałam do Poznania na obóz wędrowny organizowany przez naszą nauczycielkę geografii. Dojechaliśmy koleją późnym popołudniem. Dotarliśmy do szkolnego schroniska młodzieżowego, zameldowaliśmy się i jakoś zagospodarowali. Po zjedzeniu kolacji, przy schyłku dnia, wyszliśmy na pierwsze zwiedzanie miasta. Tuż przy szkole znajdował się pomnik Powstańców Wielkopolskich, bo budynek stary, szacowny; właśnie stamtąd młodzi powstańcy wyruszali walczyć o polskość w grudniu 1918 r. Profesorka Karwala - moja nauczycielka geografii w szkole postrach, na organizowanych przez siebie obozach najcudowniejszy człowiek na świecie - zaraz zrobiła nam lekcję historii, geografii i wiedzy o współczesnej Europie na żywo. Kto wie, może to od niej udzieliły mi się te zainteresowania? W każdym razie było to dla mnie - opornej na wiedzę wtłaczaną na wykładach w szkolnych ławkach - zderzenie z czymś niezwykłym. Stałam się dozgonną miłośniczką profesorki Karwali, turystyki, krajoznawstwa, historii czerpanej na żywo i geografii z plecakiem, zmęczeniem i wzdymkami na stopach. Nie umiem powiedzieć i już się nie dowiem, czy moja nauczycielka wiedziała dokąd idziemy, czy szła w określonym kierunku i na konkretne miejsce, czy i dla niej było to zaskoczeniem kiedy dotarliśmy w miejsce, w którym rozegrały się znaczące sceny poznańskiego czerwca 56 roku. Może znała cel, choć nie do końca mogła wiedzieć, co nas tam zastanie. Pod osłoną mroku odbywał się apel pamięci i uroczystości rocznicowe. Staliśmy się mimowolnymi świadkami tragicznej historii odgrywanej po latach słowem i pieśnią i odbyliśmy zakazaną lekcję. To było jak zderzenie z murem przy zawrotnej prędkości. Zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Zwłaszcza wywoływanie do apelu najmłodszych ofiar, tablica upamiętniająca młodego chłopca, wiersz napisany specjalnie dla niego, czytany nocą, w ciszy i tajemnicy...
Potem, jeszcze przed '89 rokiem na jakimś ogólnopolskim zlocie harcerskim, ktoś opowiadał, że będąc dzieckiem uczestniczył w poznańskim czerwcu. Ta opowieść też robiła wrażenie.

Tamte czerwcowe dni 1981 r., gdy moja nauczycielka otworzyła przede mną najciekawszy podręcznik - ziemię ojczystą, rozgrywały się w innej epoce, w innej rzeczywistości politycznej. Zanim nastał rok 1989 i jeszcze kilka lat później, czyli zanim zaistniała wolność informacji, żywo reagowałam na każdą wzmiankę o poznańskim czerwcu, o Poznaniu w ogóle, aż wreszcie, gdy wolność rozgościła się na dobre, straciłam czujność. A nie powinnam była.

piątek, 3 czerwca 2016

Pamięci Gosi

1 września 1979 roku - jak stadko gęsi - 32 dziewczyny, stanęłyśmy na początku nowej drogi w naszym, wspólnym od tej chwili, na krótką chwilę, życiu. Gosia wyróżniała się tym, że usta i dłonie miała brązowe od orzechów, którymi objadała się w ostatni dzień wakacji. Przez całe cztery lata siedziała w pierwszej ławce przyklejonej do katedry i niejednokrotnie była punktem zaczepnym dla nauczyciela chcącego wyładować swoje frustracje. Znosiła to zawsze z pokorą.
Potem nasze drogi się zeszły, gdy nasi synowie rozpoczęli edukację w jednej klasie podstawówki. Spotykałyśmy się codziennie. Gosia wtedy opowiadała o swoich przejściach poporodowych. Były niecodzienne, bo z jakiegoś powodu (może dostała krwotoku) przeszła śmierć kliniczną i na kilka tygodni zapadła w stan śpiączki. Najbardziej wrył mi się w pamięć ten fragment opowieści, gdy wspominała krótkie chwile odwiedzin swojej mamy na oddziale intensywnej terapii i informacje lekarza udzielane nad jej łóżkiem, że z niej już nic nie będzie, że się nie wybudzi, że nie ma w niej już życia... Była nieprzytomna, ale wszystko to słyszała. Podobno usiłowała, a nawet miała wrażenie, że daje znać, że jest, że słyszy, żeby tak nie mówili, bo się mylą.
Tak. Właśnie to z jej opowieści zapadło mi najbardziej w pamięci.

W kolejnych latach spotykałam Gosię na ulicy, w biegu. A to była na zakupach, a to w drodze do pracy... Tylko cześć, cześć.

W ten poniedziałek Gosi pękł tętniak. Znów trafiła na intensywną terapię. Znów śpiączka. Gosia znów podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Ktoś mówił, że w środę miało się zebrać konsylium, żeby zdecydować co robić: utrzymywać przy życiu, czy odłączyć.

Gosia odeszła w środę wieczorem.

A co, jeśli i tym razem słyszała rozmowy nad swoim łóżkiem?

czwartek, 2 czerwca 2016

Organizm na łapu capu - Zespół Ehlersa-Danlosa

Jak mnie boli, to boli. Zawsze. Tego aż tak nie czuję. O tym nie mówię. Jak mnie boli i mówię, że boli, to znaczy, że coś się dzieje. Że ból przekroczył granicę współistnienia z odczuwaniem. Więc nie mów mi, że mnie wiecznie coś boli. Bo wiem, że mnie wiecznie boli. Wiem to lepiej od ciebie, bo przecież to mnie boli. Boli wtedy, kiedy mówię i wtedy, kiedy nie mówię. A ty słyszysz tylko wtedy, kiedy mówię. Nie zawracaj mi głowy, że męczy cię wieczne słuchanie o tym, że mnie boli. Zastanów się lepiej jak mnie męczy wieczny ból. Oczekujesz, że stanę przed tobą z uśmiechem i twierdzisz, że mierzi cię moja skwaszona mina. Tak. Rozumiem. Mimo to, nie zaproponuję ci zamiany na samopoczucie, choć wydaje mi się, że dla niektórych nie ma innej drogi do empatii. Nie zaproponuję, ale wymagam od ciebie przyznania mi prawa do tego, bym mogła ten ból wypowiedzieć. Nieraz wypłakać. Skoro i tak nic innego z nim zrobić nie mogę. Skoro jest we mnie i ze mną. A kiedy pytasz, czy wszystko jest w porządku, a ja przytakuję, to nie oddychaj z ulgą. Bo w porządku znaczy to, co w pierwszym i drugim zdaniu. Albo już lepiej nie pytaj. Wiem, czasem, zwłaszcza gdy jesteś lekarzem, musisz zapytać. Ale bywasz też bliskim. Albo po prostu kimś z ulicy. Miej cierpliwość, gdy powoli wchodzę czy wychodzę z autobusu. Nie trącaj mnie na przystanku lub w kolejce do kasy. W ogóle trzymaj się ode mnie z daleka, nie wchodź w moją aurę. Chyba, że chcesz mnie przytulić, bo jesteś kimś bliskim. Nie mów, że jestem hipochondrykiem i nie odsyłaj mnie do psychiatry - moja psychika jest delikatna jak skrzydła motyla, równie wrażliwa jak obolałe ciało i nigdy nie zapomnę ci takiego okrucieństwa. Nie hałasuj przy mnie, bo i tak nieustannie huczy mi w głowie. Czasem potrzebuję obfitości światła, by innym razem preferować jego brak. Do szału doprowadzają mnie wszelkie pulsacje: dźwiękowe, świetlne i inne. Grunt pod moimi nogami nigdy nie jest stabilny, zawsze jest w ruchu, a co najgorsze - za każdym razem przemieszcza się w innym kierunku, oczywiście niezgodnym z moim przemieszczaniem się. Więc nie mów, że jestem chwiejna emocjonalnie, bo moje emocje i ciało dostosowują się nieustannie do chwiejności otoczenia. Jestem więc mistrzem w dostosowywaniu się, a nie, jak twierdzisz, wymagam, by cały świat dostosował się do mnie. Moje ruchy bywają niezborne. Upuszczam coś z rąk, potykam się, wpadam na przeszkody.
Każdego dnia odczuwam ból naderwania kilku więzadeł, przemieszczenia stawów, bóle reumatyczne, różnego rodzaju neuralgie, kolki, drętwienie, mrowienie, palenie itd., itp. Mogłam wyjść, ale nie zejdę. Mogłam dotrzeć, ale nie wrócę. Często nie wyjdę ani nie dotrę. Nie jestem leniwa tylko wiecznie zmęczona. Czasem do nieprzytomności. Mogę z tym walczyć, ale nie zawsze potrafię - nie mam siły, a nie motywacji. Wzrok płata mi figle. Indywidualnie, zależnie od układanki genów mogę mieć problemy z przeróżnymi układami i organami wewnętrznymi. Po prostu wszystko we mnie jest źle zbudowane, bo tkanka łączna, której mam zaburzenia, to taki swoisty klej w organizmie człowieka, który - jeśli jest - skleja wszystko, by działało jak należy, jeśli go nie ma w odpowiednim stężeniu, jest niepełnowartościowy - to wszystko, dosłownie wszystko jest na łapu capu i jako tako.

środa, 1 czerwca 2016

Konflikt i antynomia jako metodologiczne kategorie funkcjonalno-pragmatycznej koncepcji doświadczenia*

Co rano, po przebudzeniu dosięgała mnie myśl, że trwa rozkład, aż pewnego dnia, gdy weszłam do łazienki, wszystko było w należytym porządku. Ściany nie były zryte dla dodania nowej siatki kabli elektrycznych i rur kanalizacyjnych tylko lśniły nowością płytek przywiezionych z magazynu, które w dodatku w sklepie wyglądały dużo ładniej niż poskładane w pudłach na naszym balkonie. Ufff! Nareszcie ten koszmar się skończył, pomyślałam. Tyle tygodni udręki. Remont 1/10 mieszkania, a ruina, jakby cały budynek uległ katastrofie budowlanej. Reszta pomieszczeń niby szczelnie oklejona folią, pod którą trzeba się było przemykać jak szpiedzy z krainy deszczowców, jednak pył budowlany dotarł dosłownie wszędzie. Najbardziej drażnił moje gardło. Gdy tak rozkoszowałam się błogą świadomością, że koszmar remontu się skończył zobaczyłam, że umywalka tkwi na innej ścianie niż planowano i podciągnięto kanalizację. Co jest? Dlaczego ktoś zmienił decyzję i kto? Zanim zdołałam rozstrzygnąć ten problem zobaczyłam Balbinę ślizgającą się po powierzchni nowiutkiej, błyszczącej umywalki, posiadającej jakąś specjalną powłokę, przez którą była droższa niż ta sama umywalka bez powłoki. Im bardziej się ślizgała tym bardziej panikowała wypuszczając pazury, które w mgnieniu oka urastały do rozmiarów szponów, a umywalka z każdą próbą wydostania się z niej kota robiła się coraz głębsza. Kot miauczał, umywalka się pogłębiała, pazury kocie rosły a ja nie tak szybko przestawiłam tor myśli z zadziwienia inną lokalizacją umywalki na znalezienie rozwiązania jak wybrnąć z tej sytuacji. W końcu instynktownie złapałam kota, a ten zamiast być wdzięcznym za ratunek, wbił te pazury we mnie zadając mi ból. Strzepnęłam z siebie kota jakby był pająkiem i pochyliłam się nad umywalką, żeby się przymierzyć do jej nabrzmiałej głębokości i wtedy dojrzałam na tej pięknej, gładkiej powierzchni rysy, które zapewne powstały za przyczyną kocich pazurów. O nie! pomyślałam spanikowana. Przecież to całkiem nowa umywalka. W dodatku ze specjalną powłoką. Intuicyjnie zaczęłam polewać rysy i zadrapania wodą, a gdziekolwiek prysnęła choćby kropla, z umywalki płatami odchodziła gładkość powłoki i działo się to jak na przyspieszonym filmie, w konsekwencji czego robiła się dziura na wylot. Coś tu jest nie tak - pomyślałam, bo myśleć jednak mogłam szybciej niż działać, choć i tak myśli brodziły jak we mgle, więc zanim cokolwiek sensownego wymyśliłam, obudziłam się, w zrujnowanym od trwającego remontu, mieszkaniu.
Ufff! Nareszcie ten koszmar się skończył, pomyślałam. I jakże byłam szczęśliwa, że remont wciąż trwa.

* Tytuł zerżnęłam z naukowej pracy (nie swojej) ;). Przyznaje się do niego The Peculiarity of Man, nr 16, Toruń 2012, s.8-37