MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 10 lutego 2012

Sieć człowieczego życia

Przyszła mi do głowy taka myśl, że człowiek, każdy człowiek podczas swojego życia zaplata sieć, podobną do sieci pająka. Plotąc sieć swojego życia zaplata w nią ludzi i miejsca, łącząc nierozerwalnie w pewnej czasoprzestrzeni. Tym różni się człowiecza sieć od pajęczej, że pajęcze - wszystkie takie same. Ludzkie zaś sieci ładne i mniej piękne, czasem zwyczajne, mocne i słabe, większe i mniejsze. Spleceni nań ludzie wokół osoby tworzącej ową sieć stają się cząstką opowieści życia tej osoby. Tak samo i miejsca. Czyli bez miejsc i bez ludzi, którzy znajdują się na tej sieci, sam jej twórca nie miałby takiego znaczenia, jakie ma. Może nawet niewiele by znaczył, albo nic? Bo człowiekowi do życia niezbędny jest drugi człowiek. I chociaż ta jego sieć jest jedyną i niepowtarzalną, bo jego, to jednak tak bardzo zależną od innych okoliczności. Przede wszystkim od miejsc i ludzi.

Profesora Józefa Hałasa, artystę, serdecznego Druha - harcerza ukształtowało miejsce urodzenia. Nowy Sącz, Beskid Sądecki - Jego i nasza mała ojczyzna. Ukształtowały go góry i wspaniały krajobraz, który tworzą. Które najprędzej po twarzy matki  w swoim życiu zobaczył. Choć całe swoje długie życie, pomijając lata dziecięctwa, chłopięctwa i wchodzenia w wiek dojrzały, spędził na ziemi płaskiej, wrocławskiej, to jednak we snach, w marzeniach, wspomnieniach,  no i w realnych podróżach a przede wszystkim w twórczości, nie zaprzestał w pielgrzymowaniu do kraju lat dziecinnych. 

Ja wiem, że wielki wpływ na wychowanie, na zrodzenie wrażliwości duszy artysty, bo mówimy o artyście nieprzeciętnym, miał dom rodzinny, szkoła, bliskie osoby, wspomniana już mała ojczyzna, ale też znam wydarzenie - ludzi i miejsca, które na pajęczynie życia profesora wygląda bliźniaczo, jak na pajęczynie mojego życia. 
To lata przygody w harcerskim mundurze.
Bo jak raz harcerzem, to na zawsze.
A harcerstwo zawiera w sobie cały świat. Harcerstwo to Bóg. Harcerstwo to Polska. Harcerstwo to drugi człowiek wreszcie. Harcerstwo uczy wrażliwości na sprawy nieba i sprawy ziemi. Harcerstwo uczy wrażliwości na świat i ludzi. 

Jestem dumna, że będąc harcerką, instruktorką Związku Harcerstwa Polskiego, instruktorką Hufca Nowy Sącz, bywając w tych samych ukochanych miejscach, stąpając po ścieżkach Beskidu Sądeckiego, będąc częścią domu harcerzy -  Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach, znalazłam się na jednej sieci z Profesorem Józefem Hałasem, Artystą, Druhem. 

(Powiem to dzisiaj podczas wernisażu wystawy prac profesora Józefa Hałasa w Galerii BWA Małopolskiego Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu. Wystawa nosi tytuł "NaSączanie".)


*     *     *

Józef Hałas (urodzony w 1927 r. w Nowym Sączu) – absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Począwszy od „Arsenału” w 1955 r. wziął udział w ponad trzystu wystawach indywidualnych i zbiorowych. Współtwórca „Grupy X” oraz „Szkoły Wrocławskiej”.
Należy do ZPAP od 1954 r. gdzie pełnił między innymi funkcję Członka Zarządu Głównego Sekcji Malarskiej. Posiadacz Złotej Odznaki ZPAP.
W latach 1958-2001 zatrudniony w PWSSP (obecnie ASP) z przerwą w latach 1962-1967 (nauczyciel w Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu). Organizator Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego na Wydziale Architektury Wnętrz i Projektowania Plastycznego PWSSP. Kierował nią od roku 1980. Pełnił obowiązki prorektora w latach 1984-1985.
Od 1985 r. kierował Katedrą Malarstwa na Wydziale Malarstwa i Rzeźby (z przerwą w latach 1990-1996). Członek Rady Wyższego Szkolnictwa Artystycznego w latach 1988-1996. W 1971 r. uzyskał stopień docenta, w 1988 r. profesora nadzwyczajnego, a w 1990 r. profesora zwyczajnego.
Nagrody: Grand Prix na Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie 1966 r.; Nagroda Miasta Wrocławia za całokształt twórczości 1969; Nagroda Kolegium Rektorów 1989. Obok innych wyróżnień laureat nagród Ministerstwa Kultury i Sztuki za działalność dydaktyczną.
Prace artysty znajdują się w posiadaniu muzeów krajowych oraz w zbiorach prywatnych – także za granicą. 
Zainteresowanie: wędrówki górskie, słuchanie muzyki.


- Wszystko jest w naturze. Malarz powinien zachować zdolność postrzegania rzeczy zwyczajnych, które są cudami po prostu. Cudem jest liść, drzewo czy kamień. Góry, to temat, który u mnie powraca. Robiłem plenery w Szczawniku, Powroźniku, Brzegach, Tropiu. Chodziłem po górach od dziecka, później w harcerstwie, jeszcze później z żoną. Z Piwnicznej przez Radziejową, Przehybę do Krościenka; Nidzica, Spisz, Pawlikowski Wierch, Jurgów, Brzegi – potem wypady w Tatry. Znałem wszystkie góry w Polsce, może z wyjątkiem Gór Świętokrzyskich. Nad wszystkie przekładam Beskid Sądecki i Gorce. A Kosarzyska koło Piwnicznej, gdzie byłem po drugiej klasie jako zuch na kolonii, są dla mnie jak Sevres w ocenie innych okolic - lasów, potoków, dolin, drzew, powietrza. Wspomnę, że pewne cykle moich prac nazwałem: "N.S - czyli Nowe Struktury", albo "N.S. - Najważniejsze Słowa", a ostatnio cykl gwaszy zatytułowałem "NaSączanie" – podkreśla profesor.




czwartek, 9 lutego 2012

"Nie ma dzieci - są ludzie"



"Bo jakże chcecie dziecko wprowadzić w życie w przeświadczeniu, że wszystko jest słuszne, sprawiedliwe, rozumnie umotywowane i niezmienne? W teorii wychowania zapominamy, że winniśmy uczyć dziecko nie tylko cenić prawdę, ale i rozpoznawać kłamstwo, nie tylko kochać, ale i nienawidzieć, nie tylko szanować, ale i pogardzać, nie tylko godzić się, ale i oburzać, nie tylko ulegać, ale i buntować się.
Często spotykamy ludzi dojrzałych, którzy się oburzają, gdy wystarcza zlekceważyć, pogardzają, gdzie należy współczuć. Bo w dziedzinie negatywnych uczuć jesteśmy samoukami, bo ucząc abecadła życia uczą nas tylko paru liter, a pozostałe ukrywają. Czy dziw, że błędnie czytamy?
(...)
Gdybym odrzucił z wychowania wszystko, co obarcza moje dziecko przedwcześnie, spotkałoby się ono z surową oceną zarówno rówieśników, jak i dorosłych. Czy mus torowania nowych dróg, trud drogi przeciw prądowi nie byłby cięższym jeszcze jarzmem?"

Janusz Korczak "Jak kochać dziecko"


Można by oczywiście zrobić tyle porównań do aktualnych wydarzeń! Każdy by mógł, począwszy ode mnie, która to piszę, poprzez wszystkich czytających. 
Ale ja nie chcę być bardziej wychowawcza od niedoścignionego wychowawcy, który pisząc książkę, której maleńki fragment zacytowałam, zaznaczył, że nie pisze poradnika, a tylko chce wzbudzić refleksje i myślenie.

Ja tylko wrócę do tytułu, którym dzisiaj są również słowa Janusza Korczaka: "Nie ma dzieci - są ludzie."

Janusz Korczak głośno nawoływał do nadania dziecku statusu człowieka - z jego potrzebami, pragnieniami, marzeniami i wszystkim tym, co człowiekowi potrzebne jest do realizacji. Gdy czytam słowa napisane blisko sto lat temu ("pisałem tę książkę w lazarecie polowym, pod huk armat, w czasie wojny [pierwszej światowej]..."), jakże boleśnie uświadamiam sobie ich aktualny wydźwięk?! Ale też mam świadomość, że częstokroć należałoby odwrócić spojrzenie i popatrzeć na dorosłego człowieka jak na dziecko. Na konkretnego dorosłego popatrzeć jak na dziecko i potraktować go jak dziecko. Tak wielu dorosłych dziś ludzi nie miało zbyt dobrych wychowawców, nie miało wnikliwych i mądrze kochających rodziców! 

Pozwólmy wszystkim być dziećmi. Pozwólmy wszystkim być ludźmi.

środa, 8 lutego 2012

Zimą

Idzie się powoli. Śnieg skrzypi pod nogami. Leśny dukt prowadzi raz łagodnie, raz stromo pod górę. Na gałęziach świerków i jodeł leniwie wylegują się czapy białego śniegu, nadając drzewom dostojeństwa i bajkowego wyglądu. Tylko kikuty drzew liściastych rosnących gdzieniegdzie pośród wiecznie zielonymi choinami, wyglądają śmiesznie, jak miotły, albo gałęzie przygotowane dla bałwanów olbrzymów. Oprószone śniegiem, owszem. Ale nędznie w porównaniu  z iglastymi królowymi zimy, przybranymi w balowe suknie z etolami. Są odcinki drogi, że robi się ciemno, pomimo że świat pokryty jest bielą. Choć trzeba przyznać, że latem w tym miejscu jest bardziej ponuro. Krok wymaga przyśpieszenia, by minąć krainę Baby Jagi. Idąc samemu, w takich miejscach jest naprawdę nieprzyjemnie.
Strumień płynący tu zawsze zniknął pod grubą warstwą lodu. O każdej innej porze roku szemrze raz głośniej, raz ciszej i towarzyszy samotnemu wędrowcy. Dzisiaj głucha cisza. Nawet ptaki pochowały się przed mrozem. Pod tymi śnieżnymi etolami zapewne. Trzeba bardzo ostrożnie stawiać stopy, bo ścieżka miejscami nieprzetarta. Można utknąć w jakiejś głębokiej dziurze. Zdaje się, że droga będzie prowadziła tylko pod górę, bo w tej śnieżnej kipieli stok jakby się wydłużył. Monotonia bieli zaczyna nużyć. Trzeba częściej przystawać i odpoczywać. Z ust wydostają się kłęby białej pary, a nozdrza zamarzły. Przy każdym wdechu ma się wrażenie, jakby skrzydełka nosa sklejały się ze sobą, a lodowate powietrze dociera głęboko. Przeczy to nauce mówiącej o ogrzewaniu się wdychanego powietrza. Może to oznaka wychłodzenia? Nie! Przecież pod ubraniami rozchodzi się przyjemne ciepło.
Jest mostek. Drewniany. Strumień, ten zamarznięty, oplata drogę to z prawej, to z lewej strony. Na mostku można chwilę postać, oprzeć się o barierkę - drewnianą i wystawić twarz w stronę słońca. Ale znacznie ciekawsze jest przewieszenie się przez tę samą barierkę i obserwowanie powierzchni lodu. Jest tak gruby, że aż biały, nieprzeźroczysty. Nie widać pod nim ślizgającej się wody.  Za to powierzchnia lodu nie jest gładka. Znajdują się na niej nawarstwienia świadczące o tym, że woda wymykała się na powierzchnię zmarzliny i wylewała na lód, tworząc zamarznięte zakola. Tak jedno na drugim. Świadczy to o wartkości górskiego potoku. Woda płynąca spokojnie po płaskim terenie nie wydostaje się na powierzchnię lodu, tylko daje się skuć od góry. Potok górski zawsze niepokorny!
Dość odpoczynku. Trzeba opuścić to miejsce, w którym rozleniwia słońce i pokonać kolejne odcinki bardziej lub mniej rozświetlone blaskiem śnieżnej zimy.
W końcu ostatni, najtrudniejszy odcinek ścieżki pnącej się stromo pod górę, wyjście z lasu na rozległą polanę i... oślepiający blask. Śnieg skrzy się milionem zmarzniętych płatków, które mienią się w słońcu jak brylanty. Trzeba przymrużyć oczy i stopniowo wpuszczać blask iskrzącej się bieli, by nie doznać bólu spowodowanego tym niespodziewanym olśnieniem. Krok za krokiem zbliża wędrowca do miejsca, w którym nie ma granicy dla rozciągających się wokół gór. Są wszędzie: z przodu, z tyłu, z prawej i z lewej strony. Są pod stopami i nie ma ich tylko nad głową. Nad głową rozpościera się szafir nieba. Ani jednego obłoku - wszystka biel leży przecież na ziemi. Dlatego niebo w tak nierzeczywisty sposób kontrastuje z całą ziemią! Biel na ziemi jest wszechobecna, szafirowe niebo jest blisko ziemi, góry są wszędzie, a nad tym wszystkim panuje cisza. Nie ma jej co zmącić. Cisza jest bardziej wszechobecna niż biel. Bardziej niż szafir nieba. Rozpływa się po okolicy, a okolica zdaje się, zalewa świat bez reszty. Biel jest dziewicza i szafir dziewiczy. A cisza zaledwie się urodziła. Słychać tylko głośny oddech utrudzonego wędrowca, jakby w jakiejś niszy hulał wiatr. Ale ten za chwilę się wycisza. Wędrowiec lekko stąpa po  śniegu, którego dotąd nie skalała stopa ludzka. Zapada się w jakiejś nierówności terenu, wygładzonej przez wiatr i krok za krokiem odkrywa świat, którego żaden z ludzi jeszcze nie zaznał. Chciałby nie mącić ciszy, spokoju, bieli i szafiru nawet własnymi myślami, ale te nie wiedzieć czemu wybuchają mu w głowie, niczym fajerwerki.
Cóż on ma myśleć, ten wędrowiec, o sobie, w ogromie dzieła Stwórcy?

poniedziałek, 6 lutego 2012

To jest teatr

Chodzisz po znanym ci świecie od lat przemierzając jego stare i nowe drogi. Te, którymi poruszasz się stale, zdają ci się być twoimi drogami. Te nowo poznane, kiedyś udomowisz. Z niektórych całkiem zrezygnujesz, bo albo z nich wyrośniesz, albo z czasem będą prowadziły donikąd. Może się zdarzyć, że doga, którą przemierzysz jeden jedyny raz przewróci w twoim życiu wszystko do góry nogami. Stale się gdzieś przemieszczając, mijasz na drogach, którymi podążasz, różnych ludzi. Z ludźmi jest podobnie jak z drogami. Tych, których spotykasz często, nazywasz swoimi znajomymi. Jest szczególna grupa wśród znajomych. To ci ukochani. Z nowo poznanymi ludźmi na pewno się zaznajomisz. Niektórych spotkasz raz, może więcej i rozstaniesz się z nimi bez żalu, chociaż może to oni odcisną największe piętno na twojej przyszłości. Tego nie wiesz nigdy.
Dlatego na każdą drogę, na którą wchodzisz wchodź tak, jakby gdzieś za zakrętem czekała na ciebie największa przygoda twojego życia. Każdego człowieka, którego spotkasz traktuj, jakby miał być tym jednym jedynym, najważniejszym.
Trudne. Wiem. Nawet bardzo trudne. Ale nie niewykonalne.

Przecież to ty jesteś tą najważniejszą niepowtarzalną osobą znajdującą się w centrum twojego świata. W dodatku jesteś stworzony do dzieł wielkich, niebywałych. Żadna chwila, która ci się przytrafia, nie jest przypadkową chwilą - jest czasem i miejscem, jak spektakl na scenie najwspanialszego teatru, w którym jednocześnie jesteś reżyserem, choreografem, aktorem, człowiekiem od oświetlenia i nagłośnienia, bileterem, suflerem, orkiestrą i wreszcie widzem. Możesz odegrać to przedstawienie najlepiej jak potrafisz i zdobyć pochlebne recenzje najsurowszych krytyków, albo możesz odstawić szmirę, jak artyści z przysłowiowego spalonego teatru, zdobywając fałszywe oklaski.
Widzisz tę rozsuniętą kurtynę, rozświetloną rampę ze światłami we wszystkich kolorach, które czekają, by zapalić się w odpowiednim momencie? Słyszysz orkiestrę, pod batutą najwspanialszego dyrygenta?

Przyjrzyj się dyrygentowi.

I graj swoją rolę. Najlepiej jak potrafisz. Będziesz stąpać po płatkach róż.

sobota, 4 lutego 2012

Braki

Dzwonek sms'a. Odczytuję, chociaż właśnie pijemy kawę i rozmawiamy z Paseczkiem. Od przedwczoraj nazbierało nam się sporo tematów. Omawiamy oczywiście sprawę kilkumiesięcznej Madzi z Sosnowca, rzekomo porwanej podczas spaceru. Dziś kraj obiegła inna wersja wydarzeń, ale, że podał ją do publicznej wiadomości detektyw bez licencji, to jakoś trudno przyjąć wynik jego śledztwa za pewnik. Zwłaszcza, że kolejne godziny dementują w części najważniejszej ten zwrot w poszukiwaniach dziecka. Detektyw wskazał ciało dziecka, ciała jednak nie było... Wszystko to wymaga dogłębnej analizy, dlatego rozmawiamy.

Treść sms'a brzmi następująco (czytam na głos): "Z powodu niskich temperatur w nocy mogą wystąpić przerwy w dostępie do usług: telewizji cyfrowej, Internetu i telefonu. Bardzo przepraszamy za utrudnienia." (dostawca sieci internetowej.)

- Zamienię internet na wodę! - mówi na to Paseczek.

Bo Paseczkowi zamarzła woda w domu. Paseczek ma dom w stylu góralskim.  No i tak jakoś te rury z wodą w tym jej domu niezbyt dobrze przed trzydziestostopniowymi mrozami zabezpieczone. I Paseczek chętnie zamieniłaby internet na wodę. Bo prać nie może. Myć się nie może. I naczyń myć nie może. Wody spuszczać nie może...
Krótko mówiąc: w przeciwieństwie do mnie - wody nie ma, a internet ma.

No i tak. Z każdego braku człowiek niezadowolony.

Do niedawna słuchałam głosów niezadowolonych z tego powodu, że "porządnej" zimy nie ma. Niezadowoleni byli już w listopadzie. Tak jakby w listopadzie normą były ujemne temperatury i śnieg.  No to się teraz taka zima narobiła, że jak tradycyjni Amerykanie wystawili wczoraj świstaka, ten stwierdził, że jeszcze sześć tygodni zima będzie... :) Prawie do wiosny dociągnie. No i dobrze, bo gdyby się zima wcześniej miała skończyć, nim wiosna przyjdzie, to byłby jakiś pustostan w porach roku.
Ja tam za zimą nigdy nie tęsknię. Nie lubię zimy i już!

A oprócz Paseczkowego domu znam jeszcze jeden dom, w którym woda zimą zamarza.
Ale ostatnio w tym domu czuję się jak intruz.
Dom to nie ściany. Dom tworzą ludzie. A ludzie są zbudowani z uczuć.


Może niektórym ludziom uczucia zamarzają wraz z wodą?
Tylko, że nawet po najdłużej trwającej zimie woda w rurach rozmarza. A uczucia niektórych - nigdy.
(Nie żeby Paseczkowi ;)


Taką zimę to lubię.

piątek, 3 lutego 2012

P jak pies

(Pamięci wiernych przyjaciół)

Zajmował miejsce na kanapie. Szczególnie to zagrzane. Więc czekał na ten moment, kiedy ktoś tylko wstanie.  I już wskakiwał zgrabnie. Zwijał się w kłębuszek. A gdy ktoś wracał z kuchni, on leżał wśród poduszek. Udawał, że zaspany. Łypał okiem no boki. I schodząc  się ociągał, zrobiwszy ze dwa kroki. Wracał.  Merdał ogonem.  Udając, że niecierpliwy. Pan zawsze się podrywał – Pan nader litościwy. Kiedy się orientował, że spacer jest już w planie – skakał, szalał i skomlał, psi odtańcowując  taniec.  Ileż było radości, kiedy pan po smycz sięgał. On już stał w gotowości. Szyję i grzbiet wyprężał. Wróciwszy sprawdzał. Czy wszystko tkwi na miejscu. Biegał stąd do tamtąd. Z radością jeszcze większą. Do miski podszedł. Popróbował. Chlip wody, psie ciasteczko. Aż dostał zaproszenie: no chodź tu psia mordeczko. I już wskakiwał raźno. Na fotel koło Pana. Ale, że ciasno było, więc właził na kolana. Polizał swoje łapy. Polizał dłonie tacie. Znów zwinął się w kłębuszek i śnił o dużym gnacie. We śnie wciąż dokądś bieżył. We śnie wciąż o czymś marzył. Lecz gdy się sen zakończył to już za Panem łaził. I znowu go zachęcał. Skomląc, szczekając, warcząc. Aż Pan się znów ubierał na późną noc nie bacząc.  No i tak lata całe. Przyjaciel z przyjacielem. Na pół się podzielili jednym wygodnym fotelem.



Miłość upleciona z codzienności

(Kocham z wiekiem coraz bardziej)

Ciągle pytasz czy kocham
jakby zapewnień trzeba
jakbyś nie wiedział, że miłość
mieści się w kromce chleba.

Że miłość schnie z bielizną
latem na sznurkach za oknem
jest w kroplach na parapecie,
gdy świat  od deszczu moknie.

Że miłość zasypia najpóźniej
najwcześniej budzi się z rana
chodzi w kaloszach za dużych
i  tobie jest oddana.

Słucha wiatru w kominie
znika na chwilę w piosence
lubi czytać romanse
biedronkę ma ręce.

Gładzi twój profil jasny
obleka pościel czystą
w dzień nieco się oddala
by nocą znów być blisko.

Tyka w zegarze starym
z ptakami staje w zawody
i w każdym zupy smaku
znajdują się jej dowody.

Poi się wodą źródlaną
gdy upał jest w południe
i jest głęboka niczym
ocembrowana studnia.

I tak mijają lata
wiosny, zimy, jesienie
włosy jej posiwiały
ale jej nic nie zmieni.


Zrobiła kroków milion nim rozwinęła skrzydła...
ze słów o mojej miłości złożona jest modlitwa.                                        

czwartek, 2 lutego 2012

Dotyk miłości

Lubię widzieć, jak mnie kochasz.
Lubię wiedzieć, że mnie kochasz.
Lubię pławić się w Twoim uwielbieniu do wszystkiego, co niezmiennie jest mną.
Lubię przeglądać się w twoich oczach.
Lubię twoje pocałunki.
Lubię, kiedy przychodzisz do mnie we śnie.
Lubię pływać w oceanie złożonym z błękitu nieba, które utonęło w morskiej kipieli.
Lubię dotyk twoich dłoni.
Lubię barwę twojego głosu.
Lubię patrzeć, jak pracujesz.
Lubię czuwać nad twoim snem.
Lubię słuchać twoich opowieści.
Lubię pieśń płynącą z twego serca.
Lubię chmury nad twoim czołem.
Lubię kiedy jesteś.
Lubię kiedy cię nie ma.
Lubię czekać na ciebie.


Lubię, kiedy wypełniasz miejsce i czas, myśli i pragnienia.

Dotykam ciebie.
Dotykając ciebie, dotykam miłości. 
Moje dłonie dotykając widzą i czują, i słyszą, i smakują. 

Patrzysz na siebie, kiedy moje dłonie rysują twój profil.
Czujesz zapach mojego dotyku każdym zmysłem.  
Słuchasz opowieści moich dłoni śpiewających pieśń o tobie.
Smakujesz rozkoszy starego wina upojony moim dotykiem. 
Cały drżący czekasz na etiudę mojego dotyku.

A ja dotykam miłości. 
Dotykając miłości, dotykam ciebie.
Moje zmysły na opuszkach palców przesuwają się delikatnie kreśląc linię twoich ust...

środa, 1 lutego 2012

Niepokonana

Myśli poety są jak motyle
motyle są jak kwiaty
kwiaty skrzydła rozwarły
otwarły czas na chwilę

chwile są jak motyle
motyle czasu myśli
myśli kwiatom podobne
podobno są jak chwile

chwilę co życie trwała
trwając pieśń śpiewała
śpiewając powtarzała
powtórzyć chwilę chciała

lecz chwila jest ulotna
jak życie poety krótka
krótką strofą przebrzmiała
i dopełniła smutku

Smutek - towarzysz radości
radość się mierzy ze śmiercią
śmierć poetę wyzwala
Victoria! Gloria! Zwycięstwo!


W dwie i pół godziny po śmierci Wisławy Szymborskiej.

wtorek, 31 stycznia 2012

Kierunek polityki państwa

Zadałam sobie pytanie: do czego prowadzi polityka państwa?

Miałam ku temu podstawy. A jakie, zaraz się wyjaśni.

Jest kilka tematów, o których głośno się mówi. Raczej protestuje. Bo gdyby ktokolwiek chciał rozmawiać z obywatelami, nie doszłoby do owych protestów, które z nowym rokiem pojawiły się w naszym społeczeństwie jak grzyby po deszczu.
Wybieram się do lekarza specjalisty. Ponieważ odczekałam w kolejce na tzw. termin, swoje - no przyznam szczerze, że zapewne nie był to rekord świata w oczekiwaniu na wizytę u specjalisty, ale jednak - toteż nie chciałabym zostać odprawiona z kwitkiem z powodu jakiegoś niedopatrzenia. Kiedy śmiertelnik rejestruje się do specjalisty, w szczególności przed pierwszą wizytą, słyszy ile to formalności musi dopełnić podczas rejestracji przy okienku, że spamiętać trudno. Trzeba zanotować, by o czymś nie zapomnieć. Między innymi trzeba mieć przy sobie aktualne poświadczenie o ubezpieczeniu zdrowotnym. Od 1 stycznia br. nie jest to legitymacja ubezpieczeniowa pracownika, czy członków rodziny pracownika, a osławiony druk RMUA. Takie deklaracje pracodawca składa ubezpieczycielowi każdego miesiąca, wraz z opłaceniem składki za pracownika. Toteż druk RMUA ważny jest tylko przez miesiąc. Nie pracuję zawodowo, więc jestem tzw. członkiem rodziny ubezpieczonego. [Świeżo w pamięci mam październikową wizytę w ambulatorium szpitalnym (jedynym punkcie opieki nocnej, świątecznej i weekendowej dla całego miasta i okolic), do której doszło w sobotnie przedpołudnie, a przyczyną wizyty był kleszcz tkwiący nie wiedzieć od kiedy w moich plecach i rumień wokół niego. Wizyta z nieaktualną - jeszcze wtedy książeczką ubezpieczeniową dla członków rodziny pracownika - poskutkowała potraktowaniem mnie, jak osoby nieubezpieczonej i otrzymaniem recepty bez zniżki.]
Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem zgłosił w swoim zakładzie pracy u stosownych służb pracowniczych, że prosi o poświadczenie ubezpieczenia dla członków swojej rodziny. Otrzymał i przyniósł. Ale po wnikliwym przejrzeniu druków, które przyniósł, okazało się, że nie są to druki RMUA, tylko druki ZCNA. Na drukach ZCNA nie ma aktualnej daty, jest tylko data zgłoszenia członka rodziny pracownika do ubezpieczenia rodzinnego. Jak więc na podstawie takiego druku sprawdzić aktualność ubezpieczenia? - pomyślałam. Zaraz też przypomniałam sobie, jak to wiosną minionego roku wybierając się w podróż do jednego z krajów Unii Europejskiej udałam się do NFZ w celu wyrobienia tzw. niebieskiej karty ubezpieczenia europejskiego. I urzędniczka otworzywszy bazę danych stwierdziła, że moje zgłoszenie wygasło o zgrozo... 1,5 roku temu! To jest w momencie podjęcia przeze mnie pracy na umowę-zlecenie. Umowa-zlecenie nakłada obowiązek opłacenia ubezpieczenia zdrowotnego. Po jej zakończeniu należy ponownie zgłosić i wypełnić w zakładzie pracy współmałżonka  stosowny druk, w celu ubezpieczenia  członka rodziny pracownika.
Dostałam wtedy dosłownie gęsiej skórki, gdyż po pierwsze przed kilkoma dniami wyszłam ze szpitala, gdzie byłam dość intensywnie diagnozowana kardiologicznie, po drugie - za trzy, może nawet dwa dni miał nastąpić wyjazd za granicę.
Urzędniczka poinformowała mnie o trybie postępowania, czyli, że po prostu nie grożą mi żadne konsekwencje z powodu przerwy w ubezpieczeniu, że należy tylko w zakładzie pracy współmałżonka zgłosić moje prawo do ubezpieczenia z dniem, w którym wygasło wcześniejsze, spowodowane podpisaniem i wykonywaniem przeze mnie pracy na umowę-zlecenie.

Toteż tym bardziej rozmyślałam na różne sposoby, że takie druki, jakie przyniósł Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, to nie jest to, co będzie chciała widzieć rejestratorka w przychodni specjalistycznej.
Szukałam różnych sposobów na znalezienie odpowiedzi, od rozmowy telefonicznej do koleżanki pracującej w ZUS-ie, po przeszukiwanie stron internetowych, a skończyłam na telefonie do źródła, czyli NFZ. Od informatorów dowiedziałam się, że członkowie rodziny pracownika mogą otrzymać tylko druki ZCNA, tzn. poświadczające o zgłoszeniu do ubezpieczenia. (Od razu pomyślałam: a co w przypadku, gdy prawo do ubezpieczenia komuś wygasło, jak mi niegdyś? Stan taki trwał przez 1,5 roku i gdyby nie wyjazd za granicę trwałby do dzisiaj??? Więc to tylko jedna wielka fikcja!) oraz w komplecie do druków ZCNA aktualny druk RMUA pracownika.
Bardzo to skomplikowane, nieprawdaż?

Ale to jeszcze nie wszystko.

Ponieważ Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem z jakichś powodów (nie będę sugerować z jakich, niech się czytelnik domyśli) powiedział mi, bym lepiej sama zadzwoniła do księgowej w jego zakładzie pracy, toteż tak uczyniłam.
Rozmowa była ciężka. Począwszy od momentu, kiedy księgowa stwierdziła, że "mąż chciał tylko potwierdzenie ubezpieczenia członków rodziny pracownika" i że od lat (!) takie właśnie, jak wydała potwierdzenia dla członków rodziny (ZCNA) się wydaje. "Hmmm... przepis wszedł w życie od 1 stycznia br." - wtrąciłam w którymś momencie, gdyż pani chciała potraktować mnie z góry, tyradą słów nie dopuszczając do głosu. Wyjaśniłam jeszcze pani, że otrzymałam informacje z NFZ o trybie wydawania zaświadczeń i przekazałam grzecznie wszystko co wiem, myśląc sobie, że kurczę, nie było moim obowiązkiem zdobyć taką wiedzę, a owej pani księgowej. Na koniec poprosiłam panią księgową, by każdego miesiąca wydawała Mężczyźnie, Który Kiedyś Był Chłopcem druk RMUA, na co usłyszałam w odpowiedzi, że ponieważ zakład zatrudnia dużo pracowników, więc szef zdecydował, że potwierdzenie ubezpieczenia (przypominam niezbędne podczas każdej wizyty w gabinecie lekarskim) z oszczędności będzie się wydawało tylko na prośbę pracownika. I w tym momencie zrozumiałam, w jaki mechanizm zostaliśmy wszyscy wciśnięci przez osoby decyzyjne w naszym kraju.
Rozumiem pracodawcę, zatrudniającego ( w tym przypadku w prywatnym zakładzie) 600 pracowników. Rozumiem, że comiesięczny wydruk druków RMUA to nie tylko niesamowity koszt, ale również marnotrawstwo papieru, energii, tuszu itd. itp.
Rozumiem lekarza, który z lęku, by nie ponosić konsekwencji finansowych, obcej osobie nie mającej potwierdzenia ubezpieczenia na dyżurze nocnym wypisuje receptę na 100%.
No tylko, chciałoby się rzec, do jasnej Anielki, kto zrozumie mnie, pacjenta?
Wybierając się do specjalisty na planowaną wizytę można złożyć prośbę do pracodawcy o uzyskanie druku RMUA. Do przychodni POZ przy dobrych okolicznościach, tzn, jeśli rejestratorce nikt nie nadepnął akurat na odcisk, można donieść za dzień lub dwa poświadczenie zdobyte od pracodawcy na prośbę. Ale co w przypadku nagłym???
Trzeba zapłacić! Albo za wizytę. Albo za lek. Albo i za wizytę, i za lek!!!
Nie dość, że zlikwidowano punkty opieki nocnej i zminimalizowano (z dniem 1.01.2011 r.) do jednego punktu na 140 000 mieszkańców, to na dzień dzisiejszy nieoficjalnie ta opieka stała się odpłatną.
Państwo znów przerzuciło na swoich obywateli kawałek finansowania sfery życia gwarantowanej przez konstytucję. Państwo wprowadziło chaos i nieład. Spowodowało wrogość ludzi po dwóch stronach jednej dziedziny.

Ale to jeszcze nie finał.
Z jakiegoś powodu księgowa z zakładu pracy Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem poczuła się najwyraźniej sfrustrowana rozmową ze mną, ponieważ nie omieszkała wyżyć się na odbierającym druk RMUA. I to wyżyła się ponoć w obecności pracodawcy. Nie zorientowany w przebiegu rozmowy telefonicznej mojej z księgową Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, potraktowany jak sztubak, wróciwszy do domu, wyżył się na mnie.


Początkowo zabolało mnie bardzo zachowanie Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem. Na tę okazję obraziłam się nawet. Dopiero po wielu godzinach zrozumiałam, że to jest MECHANIZM, który WYZWOLIŁ W CAŁYM SZEREGU LUDZI, takie a nie inne (NIEPOZYTYWNE) REAKCJE. Bardzo niezdrowy mechanizm. Jak żywe zabrzmiały słowa mojej nieżyjącej dzisiaj teściowej, mówiącej nieudolnie już przed laty, że wszystko, co dzieje się w naszym państwie, od jakiegoś czasu przypomina sytuację z lat 50-tych. Ponieważ moja nieżyjąca dziś teściowa nie umiała tego wyjaśnić, ona to tylko czuła, pamiętała i nazwała tak jak nazwała, więc machnęliśmy wtedy ręką, że babci już się w głowie miesza.
Natomiast obecnie bogatsza o własne nieprzyjemne doświadczenie, którego owocem była kłótnia małżeńska, bogatsza o obserwacje różnych wydarzeń, nazwijmy to "dnia dzisiejszego", oraz o wiedzę wyniesioną z lektury książki, w której autor wyjaśnia mechanizm początków władzy sowieckiej (czytając włos jeżył mi się na głowie, ponieważ przykłady podane w książce można mnożyć w naszej współczesnej rzeczywistości!), wyciągnęłam tragiczne wnioski.

Czyżbyśmy nie odeszli przez tych dwadzieścia kilka lat wolnej Polski na krok od poprzedniej rzeczywistości? Czy tylko zatoczyliśmy koło? Choć tak właściwie, to ja nie znam innej rzeczywistości niż tej, w której zastrasza się obywateli, szczuje ludzi na siebie.
Toteż powiem więcej: weszliśmy w sidła ogólnoświatowego totalitaryzmu.
Z imieniem Victorii na ustach.