A gdyby tak odwrócić nieco nasze myślenie, wyzbyć się pewnego, narzuconego schematu i zastanowić się, co to znaczy, że Bóg mnie doświadcza?
Bóg doświadcza człowieka, pomyśl sobie, nie poprzez zsyłanie na niego radosnych, czy bolesnych doświadczeń. Bóg doświadcza człowieka, poprzez wchodzenie w niego i wspólne przeżywanie z człowiekiem, wszystkiego, co człowieka spotka. Co człowiek spotka.
Myślałeś kiedyś tak o doświadczaniu przez Boga?
Człowiek tak bardzo ułożył świat i wszystkie na nim sprawy wedle swojego porządku, że chyba zgubił umiejętność prostego myślenia i widzenia spraw, takimi, jakimi są. Stworzył schematy myślenia i działania i w żaden sposób nie może wyzbyć się tej swojej klasyfikacji zgodnej z przyjętą niegdyś, i wciąż doskonaloną, regułą.
Pomyśl: Bóg doświadcza cię poprzez bycie z tobą! Bycie w tobie w każdej chwili twojego życia! To Bóg staje się tobą, by doświadczyć tego, co jest udziałem twoich dni. Nie zsyła na ciebie żadnych doświadczeń ani dobrych, ani złych, ani radosnych, ani przykrych. Wszystko, co cię spotyka w życiu pochodzi z twoich wyborów. Nawet jeżeli wydaje ci się, że to bzdura, nawet jeśli mniemasz, że wiele wydarzeń dzieje się w twoim życiu zupełnie niezależnie od ciebie, to jesteś w błędzie. Wszystko zostało ci dane, bo tego chciałeś, bo o to prosiłeś! Masz, co chcesz! I na pewno Bóg nie tak jest obecny w twoim życiu, by doświadczać cię takimi, czy innymi wydarzeniami, przeżyciami. Raczej wchodzi w ciebie, we mnie, w każdego człowieka, by samemu doświadczyć losu człowieka. By pomóc przetrwać ci trudne chwile, ale też by podzielić ogrom radości, którą gdzieś na drodze swojego życia, jak wygraną w totka, zgarniasz.
Przez całe swoje życie, zdaje ci się, zmierzasz ku Bogu, a tymczasem to On zmierza ku tobie. Czasem nie może nadążyć za twoją głupotą i lekkomyślnością. Może częściej raduje się w tobie niż smuci? Ale to już zależy tylko od ciebie. Na ile posiadłeś umiejętność, by wszystko, czego doświadczasz przemienić w dobro i radość. Bo na pewno nie jest tak, że życie jednych ludzi to pasmo powodzenia, sukcesów, radości i triumfów, a życie innych - klęski, niepowodzenia, tragiczne i bolesne wydarzenia. Nie! Ci pierwsi potrafią wszystko przekuć w złoto. Drudzy - nawet jeśli znajdą szlachetny kruszec, rozmienią na drobne.
I tu doszliśmy do miejsca, że tyle Bóg doświadcza ciebie, ile ty Jego doświadczasz we wszystkim, co w swoim życiu robisz.
Pozwól Mu doświadczać ciebie. I miej świadomość, że Bóg, nomen omen poprzez ludzki sąd, skazany jest na... zwycięstwo.
Dojrzyj wreszcie swoje życie takim, jakie ono jest - jednym wielkim pasmem radości i triumfu.
Dobra gwiazda cię prowadzi.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
piątek, 6 stycznia 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
Cenzurka
Zamieściłam mój tekst "Rok prawdziwego Doktora" na pewnym portalu internetowym, do którego współredagowania mnie zaproszono.
Pewien Pan, który mnie chronicznie nie znosi na tamtym portalu, dokonał bardzo wnikliwej analizy mojego tekstu. Pan generalnie ma problem chyba ze znoszeniem samego siebie, ponieważ czytając jego komentarze pod artykułami różnych autorów, odnosi się takie wrażenie, jakby wszystkich chronicznie nie znosił. Analiza mojego tekstu znalazła się w kilku zamieszczonych przez niego komentarzach, które czytałam korzystając ze słownika wyrazów obcych... by zrozumieć, co czytam. Pan Ów nie wiedzieć czemu, używa słów głównie ze słownika wyrazów obcych. Może wydaje mu się, że wtedy inni uznają go za mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości? Pan Ów zarzuca mi zawsze, że generalnie z moich tekstów nic nie wynika i - jak orzekł - za mną nie nadąża. Ja osobiście myślę, że to problem Owego Pana, nie mój. Dalej twierdzi, że nie potrafię też używać argumentów w rozmowie. I mam wrażenie, że on cały czas zastanawia się, co ja robię w tak wyszukanym towarzystwie, jakie gości na portalu, który mam na myśli. Dodam, że Pan Ów jawi mi się jako reprezentant pokolenia, które jest na etapie rozwoju nastolatków, co to są najmądrzejsi na świecie i na wszystkim najlepiej się znają, wszystko krytykują ale póki co inni (czyt. rodzice) ponoszą za nich odpowiedzialność (zapewne głównie finansową).
Pisał w swych komentarzach o wyjątkowej impresyjności, immanentności, transparentności i jeszcze o tym, że tekst trudny, budzący niezrozumienie... Kurczę blade. Czuję się, jak Szymborska, albo Miłosz.
Przecież wyraźnie napisałam, że miałam jakąś wizję. Czyli przeżycia na granicy transcendencji...
Ale też inna rzecz przyciągnęła uwagę czytelników. Jedna komentatorka ze zdziwieniem stwierdziła, że ona nie rozumie, bo skoro chciałam napisać chwalebny artykuł na temat Korczaka, to dlaczego we wstępie rzuciłam na niego cień w postaci kontaktów z wolnomularstewem?
Cień? - myślę sobie?
Jeden z komentatorów, Inny Pan, też mocno uczepił się tej "masonerii", jak nazywa grupę ludzi, z której to zbiorowej mądrości bohater mojego artykułu zaczerpnął to, co było mu potrzebne do jego człowieczeństwa. A że człowieczeństwo Janusz Korczak miał najwyższych lotów, więc dobrze, że zaczerpnął. Jeżeli w ogóle zaczerpnął. To tak, jakby Inny Pan oburzony był, że wspominam, że Janusz Korczak był Żydem. I to Żydem po matce.
Cały dzisiejszy dzień miast na pisaniu projektów zszedł mi na korespondencji z Innym Panem, który zarzuca mi nieznajomość stosunków na linii Kościół Katolicki - masoneria.
Dla mnie samo określenie "masoneria", jest obraźliwe. Ale nie wiem dlaczego nie znając dokładnie tych stosunków KK - wolnomularstwo nie wolno by mi było napisać, że Janusz Korczak sympatyzował z lożą masońską??? Albo, że przyjaźń Jana Pawła II i zmarłego przed kilkoma dniami Jerzego Klugera moim zdaniem miała w sobie znamiona działań burzenia barier religijnych i podziałów, czyli całkiem podobne, jak główne, historyczne założenia wolnomularzy??? Nawet jeżeli stanowisko KK jest opozycyjne do wolnomularstwa?
Za Wikipedią:
Przecież ja nie muszę być członkiem loży masońskiej, by duchowo doskonalić się - co robię, dążyć do braterstwa ludzi różnych religii, narodowości i poglądów - co również robię.
A błogosławione życie Jana Pawła II, to przepraszam, jakie było???
Mogę mieć takie skojarzenia? Mogę! Co nie znaczy, że coś sugeruję. I co również nie znaczy, że się nie mylę.
Rozmowę z Innym Panem w dniu dzisiejszym zakończyłam tymi słowami:
Przyznam szczerze, że ostatnio i ja coraz częściej zastanawiam się, co ja na owym portalu robię, gdyż do ludzi na tym portalu, którzy mają swoje jedynie słuszne zdanie w każdym temacie, naprawdę nie pasuję. Nie jest to bynajmniej samokrytyka. Wręcz przeciwnie. I nie, żebym była zarozumiała i przepełniona jakąś pychą.
Pewien Pan, który mnie chronicznie nie znosi na tamtym portalu, dokonał bardzo wnikliwej analizy mojego tekstu. Pan generalnie ma problem chyba ze znoszeniem samego siebie, ponieważ czytając jego komentarze pod artykułami różnych autorów, odnosi się takie wrażenie, jakby wszystkich chronicznie nie znosił. Analiza mojego tekstu znalazła się w kilku zamieszczonych przez niego komentarzach, które czytałam korzystając ze słownika wyrazów obcych... by zrozumieć, co czytam. Pan Ów nie wiedzieć czemu, używa słów głównie ze słownika wyrazów obcych. Może wydaje mu się, że wtedy inni uznają go za mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości? Pan Ów zarzuca mi zawsze, że generalnie z moich tekstów nic nie wynika i - jak orzekł - za mną nie nadąża. Ja osobiście myślę, że to problem Owego Pana, nie mój. Dalej twierdzi, że nie potrafię też używać argumentów w rozmowie. I mam wrażenie, że on cały czas zastanawia się, co ja robię w tak wyszukanym towarzystwie, jakie gości na portalu, który mam na myśli. Dodam, że Pan Ów jawi mi się jako reprezentant pokolenia, które jest na etapie rozwoju nastolatków, co to są najmądrzejsi na świecie i na wszystkim najlepiej się znają, wszystko krytykują ale póki co inni (czyt. rodzice) ponoszą za nich odpowiedzialność (zapewne głównie finansową).
Pisał w swych komentarzach o wyjątkowej impresyjności, immanentności, transparentności i jeszcze o tym, że tekst trudny, budzący niezrozumienie... Kurczę blade. Czuję się, jak Szymborska, albo Miłosz.
Przecież wyraźnie napisałam, że miałam jakąś wizję. Czyli przeżycia na granicy transcendencji...
Ale też inna rzecz przyciągnęła uwagę czytelników. Jedna komentatorka ze zdziwieniem stwierdziła, że ona nie rozumie, bo skoro chciałam napisać chwalebny artykuł na temat Korczaka, to dlaczego we wstępie rzuciłam na niego cień w postaci kontaktów z wolnomularstewem?
Cień? - myślę sobie?
Jeden z komentatorów, Inny Pan, też mocno uczepił się tej "masonerii", jak nazywa grupę ludzi, z której to zbiorowej mądrości bohater mojego artykułu zaczerpnął to, co było mu potrzebne do jego człowieczeństwa. A że człowieczeństwo Janusz Korczak miał najwyższych lotów, więc dobrze, że zaczerpnął. Jeżeli w ogóle zaczerpnął. To tak, jakby Inny Pan oburzony był, że wspominam, że Janusz Korczak był Żydem. I to Żydem po matce.
Cały dzisiejszy dzień miast na pisaniu projektów zszedł mi na korespondencji z Innym Panem, który zarzuca mi nieznajomość stosunków na linii Kościół Katolicki - masoneria.
Dla mnie samo określenie "masoneria", jest obraźliwe. Ale nie wiem dlaczego nie znając dokładnie tych stosunków KK - wolnomularstwo nie wolno by mi było napisać, że Janusz Korczak sympatyzował z lożą masońską??? Albo, że przyjaźń Jana Pawła II i zmarłego przed kilkoma dniami Jerzego Klugera moim zdaniem miała w sobie znamiona działań burzenia barier religijnych i podziałów, czyli całkiem podobne, jak główne, historyczne założenia wolnomularzy??? Nawet jeżeli stanowisko KK jest opozycyjne do wolnomularstwa?
Za Wikipedią:
"Wolnomularstwo, inaczej masoneria lub sztuka królewska – międzynarodowy ruch mający na celu duchowe doskonalenie jednostki i braterstwo ludzi różnych religii, narodowości i poglądów."
Przecież ja nie muszę być członkiem loży masońskiej, by duchowo doskonalić się - co robię, dążyć do braterstwa ludzi różnych religii, narodowości i poglądów - co również robię.
A błogosławione życie Jana Pawła II, to przepraszam, jakie było???
Mogę mieć takie skojarzenia? Mogę! Co nie znaczy, że coś sugeruję. I co również nie znaczy, że się nie mylę.
Rozmowę z Innym Panem w dniu dzisiejszym zakończyłam tymi słowami:
Proszę Pana najważniejszym dla człowieka jest uświadomienie sobie, że istnieją ponadczasowe, ponadkulturowe, ponadreligijne wartości, wspólne dla wszystkich ludzi. Umiejętność korzystania z tych wartości i budowanie swojego człowieczeństwa na filarach tych wartości jest naszą powinnością.
Ale Pan to, podejrzewam, wszystko wie. I tylko boi się Pan tego słowa [mason/ wolnomularz], które we wszystkich wyzwala, podobne do Pańskiej, reakcje.
Tymczasem zmierzamy ku Miłości, którą tak doskonale czuł Janusz Korczak, Jan Paweł II i wielu, wielu innych w dziejach ludzkości. Całkiem niezależnie od wyznawanej religii. I ja nie boję się tej drogi. Nawet jeżeli prowadzi przez meandry spotkań, rozmów, czy nawet utożsamiania się z (najwznioślejszymi) ideami pewnych grup ludzi. Jestem człowiekiem dojrzałym, nie podejrzewam, by cokolwiek zachwiało moim światopoglądem i wiarą. Choć wciąż czekam na "Przebudzenie".
I mam przyzwolenie na błądzenie w mojej drodze. Bo błędy są milej widziane, niż nic nie robienie.
Przyznam szczerze, że ostatnio i ja coraz częściej zastanawiam się, co ja na owym portalu robię, gdyż do ludzi na tym portalu, którzy mają swoje jedynie słuszne zdanie w każdym temacie, naprawdę nie pasuję. Nie jest to bynajmniej samokrytyka. Wręcz przeciwnie. I nie, żebym była zarozumiała i przepełniona jakąś pychą.
"Czy wiecie, jaka jest jedna z oznak przebudzenia? Jest nią pojawienie się pytania, które człowiek sam sobie stawia: "Czy to ja zwariowałem, czy też oni wszyscy?" Naprawdę tak jest. Bo wszyscy jesteśmy stuknięci. Cały świat zwariował. Obłąkani lunatycy! Jedynym powodem, dla którego nie zamyka się nas w wariatkowie może być to, że jest nas tak wielu. Jesteśmy więc stuknięci. Kierujemy się stukniętymi poglądami na miłość, związki międzyludzkie, szczęście, radość, na wszystko. Jesteśmy do tego stopnia stuknięci, że kiedy wszyscy są co do czegoś zgodni, to z całą pewnością możesz być pewien, że się mylą!" Anthony de Mello (Przebudzenie)
Ostatnio nieustannie zadaję sobie to pytanie "Czy to ja zwariowałam, czy też oni wszyscy?" Na szczęście Ksas napisał dzisiaj na fb: " Myślenie schematami nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. " I ja to odczytuję tak, jak chcę. |
środa, 4 stycznia 2012
Rok prawdziwego Doktora
Międzynarodowa Federacja „Le Droit Humain”. Loża "Gwiazda Morza". Janusza Korczaka i Wolnomularzy działania na rzecz zburzenia barier religijnych i narodowych, rozwój duchowy jednostki, jej doskonalenie i braterstwo ludzi o różnych wyznaniach, poszukiwania prawdy przy jednoczesnym zachowaniu szacunku dla drugiego człowieka.
Taki miałam sen...
Przypadek???
To nawet nie był sen...
Taki był klimat tamtej epoki.
A my, współcześni, zbudowaliśmy zbyt wiele barier.
Sejm ogłosił rok 2012 Rokiem Janusza Korczaka. I Bogu dzięki. Pracując z młodzieżą, która pragnie mieć horyzonty godne człowieka odrodzenia, mimo woli zrobiłam przerażające statystyki. Współczesna młodzież licealna (!) nic nie wie o Januszu Korczaku. W klasach liczących średnio 28 osób co najwyżej 1 (słownie: jedna) osoba miała blade pojęcie o tym wielkim humaniście. Blade, to znaczy blade. Jedna uczennica, zanim przyszła do ogólniaka uczęszczała do szkoły noszącej imię tego wielkiego Człowieka. Spośród ponad 550 uczestników integracji, podczas których pracowałam dwa lata temu w oparciu o autorski program nt. Janusza Korczaka i Konwencji o Prawach Dziecka, ona jedna potrafiła sporo powiedzieć o tym niezwykłym Człowieku.
Haszomer Hacair - żydowska organizacja o charakterze skautowym, którą wespół z 15 innymi osobami zakładał w Wiedniu doktor Goldszmit z Warszawy.
Tego faktu z życiorysu Janusza Korczaka nie znałam.
Miałam sen, którego wspomnienie przemknęło mi przez ułamek chwili i już nic z niego nie pamiętam. Myśli nakładają się jedna na drugą. Realne i prawdopodobne zdarzenia przemieszane są ze wspomnieniami, które pojawiają się w mojej głowie i nie potrafię odróżnić ich od rzeczywistości. Sceny przewijają się jak w filmie. Jakbym przeżywała już kiedyś pisanie tego tekstu i całego Roku Janusza Korczaka. Wszystkich działań z nim związanych i inicjowanych przeze mnie i innych. Jakbym zaznała zwierzęcego lęku o życie w tragicznych dniach, zamienionych w lata podczas okupacji hitlerowskiej, holocaustu, nieliczenia się z ludzkim życiem. Na pamięć przychodzą mi jakby sceny z filmu, w którym na żywo brałam udział i doświadczałam wszystkiego, jak w realnym świecie. I mam świadomość, że pisząc, muszę patrzeć na klawiaturę, bo jeśli spojrzę na ekran komputera lub w bok, wszystko umknie i zgubię tę nić, która z niepamięci jawy sennej prowadzi mnie do jakiejś tajemnej wiedzy, której na pewno nie zaznałam w realnym świecie. Choć sen, o którym piszę, bardziej zdaje mi się przeżytym życiem, niż snem. Byłam w nim równocześnie Doktorem Korczakiem, jak i jego podopiecznym. I to nie jednym, a pewnie wieloma jednocześnie. Byłam i człowiekiem z zewnątrz, który był w samym centrum wydarzeń, będąc niewolnikiem niemocy. Jakby jego ręce i myśli spętane były, niczym moje we śnie. Nie śniłam, wiem to na pewno, a przeżywałam, dzięki zrządzeniu niewyjaśnionych zdolności pracy mózgu podczas, gdy umysł śpi. Byłam w gettcie warszawskim i wraz ze Starym Doktorem i jego dziećmi podążałam w Ostatnim Marszu do transportu do obozu zagłady, do Treblinki. Pamiętam ten wymarsz, jak na uroczystą akademię. Któreś z dzieci niosło flagę bezludnej wyspy Króla Maciusia I, wszystkie odświętnie ubrane, w korowodzie, jak na jaki uroczysty pochód. Zdaje mi się, że raz byłam dzieckiem pozbawionym lęku, bo obok kroczył przecież pandoktor, uśmiechał się trzymając moją maleńką rączkę w swej ojcowskiej dłoni. To znów szłam pod postacią Doktora Korczaka, który myślał kiedyś nad dokonaniem eutanazji na swoich podopiecznych, a jedyne co teraz mógł zrobić, to dodawać im otuchy. I być z nimi do końca.
Czy przeżyłam śmierć Doktora i dzieci nie wiem. Raczej nie widzę scen z wagonów bydlęcych wiozących cały korowód do obozu zagłady. Nie czuję lęku, ani bólu. Widzę w tej wizji, która nie jawi się snem, a bardziej przeżytą rzeczywistością, raczej kolorowy świat w okupowanej Warszawie i w wydzielonym skrawku getta. Jest to niesamowite przeżycie, które wymyka się mojemu pojmowaniu świata i nie mieści się w kategoriach realnych zdarzeń. Nie mogłam być Doktorem - myślę. Za to mogłam być którymś z jego dzieci. Ale jeśli mogłam być dzieckiem, to dlaczego nie mogłam być Starym Doktorem? Jednak myśl jest bardzo ulotna i te przeżycia, które zdają się być tak bardzo realne, jak jakaś wizja czy to własnych przeżyć, czy zbudowanych z wyobraźni o podkładzie konkretnych treści, wymyka się mojemu myśleniu i zdrowemu rozsądkowi.
Czy tak bardzo archetypy zawładnęły moimi emocjami, czy może empatia zdominowała tę noc przy komputerze? Dość, że w głowie roją mi się wspomnienia zdarzeń przeżywanych czy to we śnie, czy na jawie i nie pozwalają nie wierzyć, iż nie uczestniczyłam w wydarzeniach tamtych tragicznych czasów jako Doktor i jego dzieci...
Ot! Podniosłam głowę znad klawiatury i wszystko, cała wizja zniknęła...
Zostało niezbite przekonanie. Ten Doktor nie zawiódł Człowieka. Oddał mu wszystko. Do końca.
Esej zgłosiłam do konkursu Blogerzy dla Korczaka - Wielki Konkurs (http://ksiazkizbojeckie.blox.pl/2012/07/BLOGERZY-DLA-KORCZAKA-WIELKI-KONKURS.html")
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Dorosłe dzieci
Myśli pomiędzy słowami.
- Powiedz: Zofia.
- Zocha - mówi Maleńka Wnuczka.
Choć myślę, że owo Zocha, mówione jest przez samo "ha", bo tak brzmi. Moja Maleńka Wnuczka posiada niebywałą zdolność wypowiadania samego "ha" w wyrazie.
Pamiętam, w początkowym okresie mojego nauczania, w wadowickiej "czwórce", moja wychowawczyni opowiadała, że ze swojego dzieciństwa zna ludzi, którzy potrafili wymawiać samo "ha" w wyrazie, ale ona nie potrafiła tego tak powiedzieć. Z koleżankami i kolegami snuliśmy wizję korzyści z takich umiejętności w mowie naszej wychowawczyni. Gdyby umiała wymawiać samo "ha", o tyle mniej błędów robiliśmy podczas dyktanda! A gdyby tak wszyscy posiadali tę staropolską umiejętność, wywodzącą się gdzieś z kresów - nie byłoby sprawy na dyktandzie.
Ortografia zawsze była moją zmorą i powodem do kpin ze strony Mojego Ojca. Pierwszy w życiu list, który napisałam do domu z kolonii był przez długie, długie lata na tapecie i zarazem najśmieszniejszą anegdotą opowiadaną przez Mojego Ojca o mnie. On, Mój Ojciec, błędów ortograficznych nigdy nie robił. Był dziennikarzem. Prawdziwym mistrzem słowa pisanego i mówionego. Wspaniałym erudytą i wzorem w rzemiośle dla wielu, nie tylko dla mnie - jego córki.
Jednak u schyłku jego życia z przerażeniem odkryłam, że znajomość ortografii miał li tylko wyuczoną, nabytą.
W końcowej fazie choroby nowotworowej założono mu rurkę tracheotomijną. Nie mógł mówić. Niektórzy uczą się mówić z rurką, niektórzy dostają rurkę samoistnie przystosowaną do mówienia. Mój Ojciec był jednak naprawdę w końcowej fazie choroby nowotworowej - dla niego koniecznością był oddech. Nie starczyło czasu i sił na naukę mówienia z rurką. Przez 5-6 tygodni porozumiewał się więc ze światem za pomocą długopisu i kartki. Najczęściej to ja przy nim byłam, więc większość zapisków skierowana jest do mnie. Jego wypowiedzi z tych dni pełne są błędów ortograficznych. Jedynych w życiu, jakie widziałam, które wyszły spod jego ręki.
Odetchnęłam z ulgą. Nie był takim ideałem pod tym względem. Może nawet sam o tym nie wiedział???
Niedawno dokopałam się wśród domowych archiwów zeszytu z zapisem naszych "rozmów".
Najtragiczniejszy i najśmieszniejszy zarazem zapis brzmi: "mam wrażenie, że nie co dzień dociera do mnie świeża prasa".
Był wtedy przez kilka dni w stanie pomiędzy życiem a śmiercią, bez kontaktu z otoczeniem. Faktycznie nie kupowano mu świeżej prasy. Leżał z gazetami wokół siebie. Dłonie miał położone na delikatnym papierze dzienników. Kiedy wielokrotnie w ciągu tych kilku dni usiłowałam wyciągnąć gazetę spod jego dłoni, za każdym razem drgały mu palce. Jakby nimi czytał...
Mam straszny dług wobec Mojego Ojca.
I wciąż się zastanawiam, czy jest to długo prawdziwy, czy zrodzony z poczucia winy. Jak przystało na Dorosłe Dzieci Alkoholików.
Nie, dzisiaj nie mogę się mylić. Mój znajomy, Białorusin Sergiej S., napisał: я не баюся тых, хто ўва мне расчараваўся - тых пужаюся, у кім расчараваўся сам...
"Nie lękam się, że zostanę zawiedziony - boję się, bym nie zawiódł ja sam."
- Gdzie mieszkasz?
- W polskiej ziemi - odpowiada Maleńka Wnuczka.
- Powiedz: Zofia.
- Zocha - mówi Maleńka Wnuczka.
Choć myślę, że owo Zocha, mówione jest przez samo "ha", bo tak brzmi. Moja Maleńka Wnuczka posiada niebywałą zdolność wypowiadania samego "ha" w wyrazie.
Pamiętam, w początkowym okresie mojego nauczania, w wadowickiej "czwórce", moja wychowawczyni opowiadała, że ze swojego dzieciństwa zna ludzi, którzy potrafili wymawiać samo "ha" w wyrazie, ale ona nie potrafiła tego tak powiedzieć. Z koleżankami i kolegami snuliśmy wizję korzyści z takich umiejętności w mowie naszej wychowawczyni. Gdyby umiała wymawiać samo "ha", o tyle mniej błędów robiliśmy podczas dyktanda! A gdyby tak wszyscy posiadali tę staropolską umiejętność, wywodzącą się gdzieś z kresów - nie byłoby sprawy na dyktandzie.
Ortografia zawsze była moją zmorą i powodem do kpin ze strony Mojego Ojca. Pierwszy w życiu list, który napisałam do domu z kolonii był przez długie, długie lata na tapecie i zarazem najśmieszniejszą anegdotą opowiadaną przez Mojego Ojca o mnie. On, Mój Ojciec, błędów ortograficznych nigdy nie robił. Był dziennikarzem. Prawdziwym mistrzem słowa pisanego i mówionego. Wspaniałym erudytą i wzorem w rzemiośle dla wielu, nie tylko dla mnie - jego córki.
Jednak u schyłku jego życia z przerażeniem odkryłam, że znajomość ortografii miał li tylko wyuczoną, nabytą.
W końcowej fazie choroby nowotworowej założono mu rurkę tracheotomijną. Nie mógł mówić. Niektórzy uczą się mówić z rurką, niektórzy dostają rurkę samoistnie przystosowaną do mówienia. Mój Ojciec był jednak naprawdę w końcowej fazie choroby nowotworowej - dla niego koniecznością był oddech. Nie starczyło czasu i sił na naukę mówienia z rurką. Przez 5-6 tygodni porozumiewał się więc ze światem za pomocą długopisu i kartki. Najczęściej to ja przy nim byłam, więc większość zapisków skierowana jest do mnie. Jego wypowiedzi z tych dni pełne są błędów ortograficznych. Jedynych w życiu, jakie widziałam, które wyszły spod jego ręki.
Odetchnęłam z ulgą. Nie był takim ideałem pod tym względem. Może nawet sam o tym nie wiedział???
Niedawno dokopałam się wśród domowych archiwów zeszytu z zapisem naszych "rozmów".
Najtragiczniejszy i najśmieszniejszy zarazem zapis brzmi: "mam wrażenie, że nie co dzień dociera do mnie świeża prasa".
Był wtedy przez kilka dni w stanie pomiędzy życiem a śmiercią, bez kontaktu z otoczeniem. Faktycznie nie kupowano mu świeżej prasy. Leżał z gazetami wokół siebie. Dłonie miał położone na delikatnym papierze dzienników. Kiedy wielokrotnie w ciągu tych kilku dni usiłowałam wyciągnąć gazetę spod jego dłoni, za każdym razem drgały mu palce. Jakby nimi czytał...
Mam straszny dług wobec Mojego Ojca.
I wciąż się zastanawiam, czy jest to długo prawdziwy, czy zrodzony z poczucia winy. Jak przystało na Dorosłe Dzieci Alkoholików.
Nie, dzisiaj nie mogę się mylić. Mój znajomy, Białorusin Sergiej S., napisał: я не баюся тых, хто ўва мне расчараваўся - тых пужаюся, у кім расчараваўся сам...
"Nie lękam się, że zostanę zawiedziony - boję się, bym nie zawiódł ja sam."
- Gdzie mieszkasz?
- W polskiej ziemi - odpowiada Maleńka Wnuczka.
piątek, 30 grudnia 2011
Zaniechany zwyczaj
Kiedy byłam nastolatką pisałam pamiętniki. Potem zaniechałam tej czynności dla innych. To nie znaczy, że kiedy przestałam być nastolatką przestałam pisać. Pisałam. Opowieści z naszych rodzinnych wypraw i naturalnie listy.
W czasach kiedy pisałam pamiętniki, ostatniego dnia roku robiłam zawsze nostalgiczne podsumowanie. Żegnałam minione dni i wydarzenia i naprawdę wydawało mi się, że minęły, skończyły się najszczęśliwsze chwile w moim życiu. Musiałam dojrzeć, by zdobyć wiedzę, że niektóre rzeczy dzieją nam się jeden jedyny raz w życiu, ale nigdy nie mamy pewności, czy na pewno się nie powtórzą. Inne zaś cyklicznie, z taką czy inną częstotliwością, przydarzają nam się tam i z powrotem. Wydawało mi się, że wszystko, co nam się przytrafia jest albo dobre, albo złe. Dlatego kiedyś myślałam, że spotykają mnie złe rzeczy. Teraz wiem, że nigdy nie dzieją mi się złe rzeczy. Przecież wszystko co mnie spotyka zostaje mi dane. Tak po prostu ofiarowane jak prezent urodzinowy. A co ja z tym zrobię, to już jest moja sprawa. Toteż nie ma rzeczy złych. Są zdarzenia smutne i nieodwołalne. Nieodwołaną jedynie jest śmierć. Ta może zdarzyć się wiele razy w życiu. Są też zdarzenia przykre, powodujące łzy, ale te budzą sprzeciw i dają siłę do wydźwignięcia się i podniesienia z marazmu, który się poprzez nie wkradł. Ostatnia łza jeszcze płynie po moim policzku, a ja już mam plan działania i odbudowy.
Dalej dzieją nam się same rzeczy szczęśliwe. Przynajmniej mnie. Jeśli tobie się nie dzieją, to znaczy, żeś jeszcze nie dojrzał do samych szczęśliwych chwil.
No bo jak nie uznać za szczęście posiadanie kolorowego telewizora z ekranem wielkim na pół ściany, płaskim matowym ekranem, w którym nie odbija się światło i w dodatku z setkami programów nadawanych przez całą dobę???! Po "Zwierzyńcu" w poniedziałek, "Czwartku z Bratkiem" w czwartek, "Teleranku" w niedzielę i dobranocce każdego dnia trochę tego jest. Zjadam tabliczkę czekolady - prawdziwie prawdziwej, a nie landrynki, którymi niejednokrotnie przyszło słodzić herbatę. Siedzę w fotelu, owinięta kocem z laptopem na kolanach i mogę zdobyć wiedzę na temat wszystkiego, co w danym momencie jest mi potrzebne. Podręczniki w szkołach były wypożyczane, bez kolorów i puste w treści. Gdy idę do sklepu i widzę równie kolorowy świat jak w TV, to czasem, gdy zaledwie mrugnę powieką, jawi mi się obraz towaru na półkach w sklepie w pawilonie osiedlowym, budowanym dużo za długo w stosunku do osiedla. Sklep ów przygotowano do otwarcia, towar wyłożono na półkach i późnym wieczorem ściągnięto szary papier, który zasłaniał witryny przed wścibskimi obserwatorami. Stałyśmy z koleżanką (podczas ostatniego przed nocą spaceru z moim psem) z nosami przyklejonymi do zimnej szyby i patrzyłyśmy na te cuda - dzisiejszym niepodobne, przygotowane na "święto" otwarcia, a które szybko zamieniły się w butelki octu i słoiki musztardy...
Tyle jeszcze porównań mi się nasuwa... bo i życia sporo.
Z szarych czasów kraju dzieciństwa, w którym przyszło mi dorastać pamiętam kolorowe przygody przeżywane z przyjaciółmi, których mam do dzisiaj. Spotykając się tu i tam, prowadzimy rozmowy i dysputy na coraz to nowe tematy, których dostarcza nam życie i doświadczenie. Ale osadzenie ich w moralności i idei naszego życia jest niezmienne.
Kiedy chcę, widzę świat, który minął, wypełniony tymi, którzy minęli wraz z nim. Dziś słyszę, jak Maleńka Wnuczka mówi do mnie "Babciu słuchaj. Kocham cię babciu". I wydaje mi się, że to najszczęśliwsza chwila mojego życia...
Upajając się tymi najszczęśliwszymi chwilami, z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnych, bo wiem, że każda jest jedyna i niepowtarzalna, choćby miała powtarzać się tam i z powrotem... Czuję się, jakbym stała na niewidzialnym, koniecznie drewnianym i dziurawym moście rozpostartym nad niewidzialną rzeką płynącą w głębokim jarze i równocześnie była w szczęśliwej przeszłości i przyszłości, będąc w chwili, która właśnie trwa.
A dlaczego piszę o tym dzisiaj, a nie ostatniego dnia roku, jak to miałam w zwyczaju będąc nastolatką?
Mieszkańcom Samoi odebrano jeden dzień z kalendarza. Mam nadzieję, że nie z życia. W życiu zdarza się zbyt wiele szczęśliwych chwil, by pozwolić sobie na utratę aż całego dnia.
Szczęśliwego Nowego Roku - dziewczynko, która we mnie tkwisz.
Tobie też - kobieto, matko i babciu.
I tobie, który to czytasz.
W czasach kiedy pisałam pamiętniki, ostatniego dnia roku robiłam zawsze nostalgiczne podsumowanie. Żegnałam minione dni i wydarzenia i naprawdę wydawało mi się, że minęły, skończyły się najszczęśliwsze chwile w moim życiu. Musiałam dojrzeć, by zdobyć wiedzę, że niektóre rzeczy dzieją nam się jeden jedyny raz w życiu, ale nigdy nie mamy pewności, czy na pewno się nie powtórzą. Inne zaś cyklicznie, z taką czy inną częstotliwością, przydarzają nam się tam i z powrotem. Wydawało mi się, że wszystko, co nam się przytrafia jest albo dobre, albo złe. Dlatego kiedyś myślałam, że spotykają mnie złe rzeczy. Teraz wiem, że nigdy nie dzieją mi się złe rzeczy. Przecież wszystko co mnie spotyka zostaje mi dane. Tak po prostu ofiarowane jak prezent urodzinowy. A co ja z tym zrobię, to już jest moja sprawa. Toteż nie ma rzeczy złych. Są zdarzenia smutne i nieodwołalne. Nieodwołaną jedynie jest śmierć. Ta może zdarzyć się wiele razy w życiu. Są też zdarzenia przykre, powodujące łzy, ale te budzą sprzeciw i dają siłę do wydźwignięcia się i podniesienia z marazmu, który się poprzez nie wkradł. Ostatnia łza jeszcze płynie po moim policzku, a ja już mam plan działania i odbudowy.
Dalej dzieją nam się same rzeczy szczęśliwe. Przynajmniej mnie. Jeśli tobie się nie dzieją, to znaczy, żeś jeszcze nie dojrzał do samych szczęśliwych chwil.
No bo jak nie uznać za szczęście posiadanie kolorowego telewizora z ekranem wielkim na pół ściany, płaskim matowym ekranem, w którym nie odbija się światło i w dodatku z setkami programów nadawanych przez całą dobę???! Po "Zwierzyńcu" w poniedziałek, "Czwartku z Bratkiem" w czwartek, "Teleranku" w niedzielę i dobranocce każdego dnia trochę tego jest. Zjadam tabliczkę czekolady - prawdziwie prawdziwej, a nie landrynki, którymi niejednokrotnie przyszło słodzić herbatę. Siedzę w fotelu, owinięta kocem z laptopem na kolanach i mogę zdobyć wiedzę na temat wszystkiego, co w danym momencie jest mi potrzebne. Podręczniki w szkołach były wypożyczane, bez kolorów i puste w treści. Gdy idę do sklepu i widzę równie kolorowy świat jak w TV, to czasem, gdy zaledwie mrugnę powieką, jawi mi się obraz towaru na półkach w sklepie w pawilonie osiedlowym, budowanym dużo za długo w stosunku do osiedla. Sklep ów przygotowano do otwarcia, towar wyłożono na półkach i późnym wieczorem ściągnięto szary papier, który zasłaniał witryny przed wścibskimi obserwatorami. Stałyśmy z koleżanką (podczas ostatniego przed nocą spaceru z moim psem) z nosami przyklejonymi do zimnej szyby i patrzyłyśmy na te cuda - dzisiejszym niepodobne, przygotowane na "święto" otwarcia, a które szybko zamieniły się w butelki octu i słoiki musztardy...
Tyle jeszcze porównań mi się nasuwa... bo i życia sporo.
Z szarych czasów kraju dzieciństwa, w którym przyszło mi dorastać pamiętam kolorowe przygody przeżywane z przyjaciółmi, których mam do dzisiaj. Spotykając się tu i tam, prowadzimy rozmowy i dysputy na coraz to nowe tematy, których dostarcza nam życie i doświadczenie. Ale osadzenie ich w moralności i idei naszego życia jest niezmienne.
Kiedy chcę, widzę świat, który minął, wypełniony tymi, którzy minęli wraz z nim. Dziś słyszę, jak Maleńka Wnuczka mówi do mnie "Babciu słuchaj. Kocham cię babciu". I wydaje mi się, że to najszczęśliwsza chwila mojego życia...
Upajając się tymi najszczęśliwszymi chwilami, z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnych, bo wiem, że każda jest jedyna i niepowtarzalna, choćby miała powtarzać się tam i z powrotem... Czuję się, jakbym stała na niewidzialnym, koniecznie drewnianym i dziurawym moście rozpostartym nad niewidzialną rzeką płynącą w głębokim jarze i równocześnie była w szczęśliwej przeszłości i przyszłości, będąc w chwili, która właśnie trwa.
A dlaczego piszę o tym dzisiaj, a nie ostatniego dnia roku, jak to miałam w zwyczaju będąc nastolatką?
Mieszkańcom Samoi odebrano jeden dzień z kalendarza. Mam nadzieję, że nie z życia. W życiu zdarza się zbyt wiele szczęśliwych chwil, by pozwolić sobie na utratę aż całego dnia.
Szczęśliwego Nowego Roku - dziewczynko, która we mnie tkwisz.
Tobie też - kobieto, matko i babciu.
I tobie, który to czytasz.
Moja religia, mój kościół
Portowe miasto w Szkocji. Niespełna 200 000 mieszkańców. Droższe niż Glasgow i Edynburg (bynajmniej nie w popularnej grze Monopoly). Po Hindusach i Pakistańczykach Polacy i Litwini wybijają się w mieszance etnicznej Wysp. Fabryka silosów, kontenerów i zbiorników retencyjnych. Praca fizyczna. Wielozmianowa. Nie ma konieczności, by znać język, bo przecież u boku pracują Polacy. Mieszkanie też wynajmują w kilku chłopa, by było taniej. Strasznie wysokie opłaty czynszowe i za wywóz śmieci oraz sprzątanie miasta. Tak trzeba - mieszka się jak w hotelu robotniczym.
W zasadzie opowieść o ziemi obiecanej płynęła gładko przez długi czas. W pewnym momencie szczerość wzięła górę.
Okazuje się, że właściciel zakładów już z wyglądu przypominał dziecko esesmanna. W pracy był zawsze: w dzień i w nocy. Pojawiał się znienacka, zza pleców, szczerzył zęby w lekkim, kwadratowym rozchyleniu warg i ganił za wszystko. Nie były to łagodne, ojcowskie połajania. Siał strach i przerażenie. Jeszcze ten wygląd dziecka esesmanna! Jakby min uczył się z portretu tatusia, oprawcy.
Kilka lat pracy w zakładzie, w którym rytm wyznaczały syreny oznajmiające rozpoczęcie pracy, przygotowanie do przerwy na lunch i przerwę. Następnie przygotowanie do zakończenia przerwy i zakończenie przerwy. Dwie przerwy w systemie 8-godzinnym, trzy w systemie 10-cio i 12-to godzinnym. Kolejna syrena na przygotowanie do zakończenia i zakończenie pracy. Lunch spożywany naprędce, przyniesiony z domu. No i ten nadzorca, tfu! właściciel, wyglądający i zachowujący się jak dziecko esesmanna.
Po wielu latach właściciel zajmujący się nadzorowaniem pracy na taśmie, wyciągający ze śmieci i sprawdzający każdą wyrzuconą jednorazową rękawiczkę, czy aby wykorzystana do maksimum, każdy papierowy fartuch ochronny, podejmuje decyzję o pozbyciu się części udziałów. Tworzy się zarząd. Miejsce właściciela zajmuje prezes. Pracę wykonywaną dotąd przez jedną osobę, odtąd wykonuje kilkunastu menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków. Jednak ponad 50 % udziałów ma były właściciel. Kontrole jednorazowych ubrań ochronnych zaostrzają się. Już nie jedna, a kilkanaście osób zagląda do koszy na śmieci i wywleka papierowe fartuchy i jednorazowe rękawiczki. Zaczynają się poszukiwania winnych wyrzucenia zbyt czystych jednorazówek do kosza i rozliczanie pracowników z marnotrawienia majątku firmy. Równocześnie zarząd traci miliony funtów za źle przygotowany przetarg. Zdarzają się również wpadki, że inżynierowie źle obliczyli skład chemiczny danego silosu, kontenera czy zbiornika i kilkadziesiąt sztuk, każda warta 8 tys. funtów, kruszy się, jak wafle.
Z dnia na dzień dla zwykłych pracowników staje się jasne, że były właściciel odnalazł nową pasję w swoim życiu. Już nie jest takim ekonomem, przypominającym dziecko esesmanna, jakim był dotąd. Złagodniał. Nie usiłuje utrzymać w tajemnicy, wręcz agituje pracowników do przystąpienia do założonego przez siebie kościoła. Chodzi po halach fabrycznych i nawraca ludzi cytując Ewangelię w luźnym tłumaczeniu i interpretacji. Wybrał fragmenty z Pisma potrzebne do szerzenia własnej religii i to nimi "karmi" ludzi. Namawia, zachęca do przystąpienia do jego kościoła. Kusi i obiecuje wedle własnej interpretacji Słowa Pańskiego. Mówi: moja religia, mój kościół. Istotnie, pobudował na ten cel olbrzymie domiszcze.
Zwykli pracownicy machają ręką.
Rzesza menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków wstępuje do kościoła założonego przez największego udziałowca firmy. Nawet go finansuje.
By awansować. By nie stracić pracy.
W zasadzie opowieść o ziemi obiecanej płynęła gładko przez długi czas. W pewnym momencie szczerość wzięła górę.
Okazuje się, że właściciel zakładów już z wyglądu przypominał dziecko esesmanna. W pracy był zawsze: w dzień i w nocy. Pojawiał się znienacka, zza pleców, szczerzył zęby w lekkim, kwadratowym rozchyleniu warg i ganił za wszystko. Nie były to łagodne, ojcowskie połajania. Siał strach i przerażenie. Jeszcze ten wygląd dziecka esesmanna! Jakby min uczył się z portretu tatusia, oprawcy.
Kilka lat pracy w zakładzie, w którym rytm wyznaczały syreny oznajmiające rozpoczęcie pracy, przygotowanie do przerwy na lunch i przerwę. Następnie przygotowanie do zakończenia przerwy i zakończenie przerwy. Dwie przerwy w systemie 8-godzinnym, trzy w systemie 10-cio i 12-to godzinnym. Kolejna syrena na przygotowanie do zakończenia i zakończenie pracy. Lunch spożywany naprędce, przyniesiony z domu. No i ten nadzorca, tfu! właściciel, wyglądający i zachowujący się jak dziecko esesmanna.
Po wielu latach właściciel zajmujący się nadzorowaniem pracy na taśmie, wyciągający ze śmieci i sprawdzający każdą wyrzuconą jednorazową rękawiczkę, czy aby wykorzystana do maksimum, każdy papierowy fartuch ochronny, podejmuje decyzję o pozbyciu się części udziałów. Tworzy się zarząd. Miejsce właściciela zajmuje prezes. Pracę wykonywaną dotąd przez jedną osobę, odtąd wykonuje kilkunastu menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków. Jednak ponad 50 % udziałów ma były właściciel. Kontrole jednorazowych ubrań ochronnych zaostrzają się. Już nie jedna, a kilkanaście osób zagląda do koszy na śmieci i wywleka papierowe fartuchy i jednorazowe rękawiczki. Zaczynają się poszukiwania winnych wyrzucenia zbyt czystych jednorazówek do kosza i rozliczanie pracowników z marnotrawienia majątku firmy. Równocześnie zarząd traci miliony funtów za źle przygotowany przetarg. Zdarzają się również wpadki, że inżynierowie źle obliczyli skład chemiczny danego silosu, kontenera czy zbiornika i kilkadziesiąt sztuk, każda warta 8 tys. funtów, kruszy się, jak wafle.
Z dnia na dzień dla zwykłych pracowników staje się jasne, że były właściciel odnalazł nową pasję w swoim życiu. Już nie jest takim ekonomem, przypominającym dziecko esesmanna, jakim był dotąd. Złagodniał. Nie usiłuje utrzymać w tajemnicy, wręcz agituje pracowników do przystąpienia do założonego przez siebie kościoła. Chodzi po halach fabrycznych i nawraca ludzi cytując Ewangelię w luźnym tłumaczeniu i interpretacji. Wybrał fragmenty z Pisma potrzebne do szerzenia własnej religii i to nimi "karmi" ludzi. Namawia, zachęca do przystąpienia do jego kościoła. Kusi i obiecuje wedle własnej interpretacji Słowa Pańskiego. Mówi: moja religia, mój kościół. Istotnie, pobudował na ten cel olbrzymie domiszcze.
Zwykli pracownicy machają ręką.
Rzesza menadżerów, dyrektorów i kierowników odcinków wstępuje do kościoła założonego przez największego udziałowca firmy. Nawet go finansuje.
By awansować. By nie stracić pracy.
czwartek, 29 grudnia 2011
List do przyjaciela
Mam potrzebę, żeby wypłakać się na czyimś całkiem niezależnym ramieniu.
Nosiłam się z zamiarem zapytania cię (wiem, że odpowiedziałbyś pytaniem albo niemocą) dlaczego ludzie, których uważamy za przyjaciół stają się wobec nas okrutni? Zanim otwarłam laptopa, by napisać i wysłać do ciebie list, znalazłam odpowiedź.
Po prostu z głupoty. Tak, są zbyt głupi, by pomyśleć, że nas zranią. Może jeśli nie zranią nas, to zranią piękne uczucie, które jakoś zaistniało. Ale od razu nasuwa się kolejne pytanie: czyśmy przypadkiem nie byli jednostronnie zaangażowani w tę przyjaźń? W którym miejscu kończy się przyjaźń, a zaczyna wykorzystywanie? Czy to jest to samo miejsce, w którym spada nam przesłona z oczu?
Tak bardzo chciałabym byś umiał odpowiedzieć mi na wszystkie pytania, które przerwały tamę bólu i rozgoryczenia w mojej głowie i w moim sercu. I żeby twoja odpowiedź popłynęła bezgłośnie w ciszy uświęconej wspólnym przebywaniem. Znam jedną tylko intymną chwilę z tobą. Wtedy, gdyśmy w wielotysięcznym tłumie, milcząc, siedzieli na krawężniku. Wtedy dokonało się błogosławieństwo człowieka. Czy możesz zapewnić, że każdy człowiek jest błogosławiony? Powiesz: jeśli stosuje się do słów Kazania na Górze...
Święta codzienność - to takie trudne! Myślisz, że rozgoryczenie i ból, które przerwały tamę w mojej głowie i w moim sercu nie mają namiastki sprzeciwu wobec słowom Kazania na Górze? Może mają więcej niż namiastkę? Może są przesycone sprzeciwem, bo ból otwiera serce na opętanie niemocą. A niemoc zatrzymuje w drodze. Nie pozwala iść. Nie pozwala działać. Rzuca o ziemię.
A może czasem potrzebna jest chwila odpoczynku od innych ludzi? Nawet od przyjaciół? Może tym bardziej od przyjaciół?
Chciałabym znaleźć taki zaułek w moim życiu, w którym mogłabym się schować. Wypłakać tak, by nikt nie widział i nie silił się na współczucie. By w nikim moje łzy nie budziły skojarzeń odległych od ich źródła. Może jakaś boczna droga? By w samotności i we własnym tempie iść, nie zatrzymując się, bo wszystko przecież czeka.
Nawet ten przyjaciel, który rani i zadaje ból.
Dlatego nie wysyłam tego listu do ciebie. Nie chcę byś był moim przyjacielem. Nie chcę cię zranić.
środa, 28 grudnia 2011
Codziennie
Zawsze po Świętach rozpoczyna się okres remanentów w sklepach. Wiem, bo niektóre z moich dzieci mają imieniny i urodziny w tym okresie i w prezenty dla nich muszę zaopatrywać się przed Świętami. Najpierw szaleństwo, a zaraz potem jedna wielka posucha w handlu. Chronicznie nie lubię tego czasu.
Dzisiejszy niecodzienny remanent był oczekiwany i pożądany. Doktor dokonał kontroli stanu zrośnięcia się odłamanego fragmentu kości u Dużej Małej Dziewczynki. Sprawdził też stan przyczepu ścięgien do kolca biodrowego górnego, zinwentaryzował zwapnienie w okolicy krętarza wielkiego i spisał protokół pokontrolny.
To ci dopiero inwentaryzacja!!!
Najważniejsze jest to, że Duża Mała Dziewczynka może chodzić i nie trzeba już koło niej chodzić! A był to bardzo trudny czas. Moja cierpliwość wystawiona była na wielką próbę...
Skoro już wyszliśmy z Dużą Małą Dziewczynką z domu po raz pierwszy od pięciu tygodni, przed wizytą u lekarza udaliśmy się do wydziału paszportowego, by "złożyć dokumenty o wydanie dokumentów paszportowych". Jednak w momencie, w którym mieliśmy wyruszyć na wyprawę paszportowo-lekarską Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem sprawując władzę w domu, przerzucił pilotem dekodera na trwający właśnie film "Jumanji" (Dżumandżi - i przy takiej pisowni pozostanę). Jak wiadomo, fabuła gry wciągnęła głównego bohatera filmu na 26 lat do Dżumandżi. Cóż dopiero film zrobił z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem? Nie mogąc się oderwać od cudzej przygody, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wyliczył, że wystarczy wyjść z domu jak najpóźniej, by załatwić w urzędzie sprawę złożenia dokumentów o wydanie dokumentów paszportowych i do tego zdążyć na wyznaczoną godzinę do lekarza. Niestety, od momentu opóźnionego wyjścia z domu wszystko układało nam się jak w Dżumandżi. Najpierw nie było fotografa na miejscu i trzeba było przemieścić się do najbliższego zakładu fotograficznego (Duża Mała Dziewczynka o kulach!). Potem kolejkę w wydziale paszportowym do granic niemożliwości oczekiwania wydłużyła rodzina z pięcioma córkami, dla których (wszystkich) składano dokumenty o wydanie dokumentów paszportowych... Po rodzinie z pięcioma córkami jeszcze jeden pan przed nami i w końcu my. Gdy już siedzieliśmy przy okienku jako petenci w trakcie składania dokumentów o wydanie dokumentów paszportowych, okazało się, że nie wzięliśmy z domu aktu urodzenia Dużej Małej Dziewczynki, a bardzo miłej pani urzędniczce nie do końca zgadzały się dane podane przeze mnie w formularzu, z danymi, które pokazał jej system. Na szczęście pani urzędniczka była naprawdę bardzo miła i w ramach wyjątku spowodowanego widomym upośledzeniem narządu ruchu Dużej Małej Dziewczynki, zgodziła się, by jednoosobowo jeden z rodziców doniósł jutro z samego rana ten akt urodzenia...
I do lekarza, po uprzednim zawiadomieniu telefonicznym, dotarliśmy spóźnieni.
No, może nie do końca było tak strasznie jak w Dżumandżi, ale ja bardzo nie lubię spóźniać!
niedziela, 25 grudnia 2011
Pasterka
W nocy zadzwonił telefon.
- Idziecie z nami na pasterkę?
Szybka decyzja w jednej chwili. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem zasypiał właśnie. We mnie walczyło lenistwo z decyzją na tak. Naprędce szukałam wymówki, ale nie znalazłam.
- Jasne, idę.
Zaraz też dojeżdżaliśmy osiedlową ulicą na miejsce. Już na głównej ulicy wszystkie samochody migały światłem: skręt w prawo. Parking tam, gdzie jechaliśmy, nie jest zbyt duży. On w ogóle nie jest duży! Im bliżej tego miejsca, tym większy ruch: pieszy i samochodowy. Nie dało się zaparkować samochodu nie zastawiając innych...
Już na parkingu rozchodził się mocny zapach terpentyny.
W tłumie ludzi podążających pod górę szliśmy zaśnieżoną aleją leśną. Droga rozświetlona po obu stronach pochodniami. Mijaliśmy karczmę i chałupę zielarki. Drewniany kościół pod wezwaniem św. Piotra i Pawła z Łososiny Dolnej stoi na górce. Magnetyczny blask i odgłos rozchodzących się po górach kolęd powodował, że prawie biegliśmy pod górę. Zwłaszcza, że dzwonki oznajmiające rozpoczęcie Mszy właśnie zadzwoniły. Do wnętrza kościoła szpilki już nie wcisnął. Na dziedzińcu tłum nieprzebrany. W tle za kościołem rozświetlone wnętrze szkoły, jakby kto jeszcze lekcje miał. Wokół ciemność rozproszona tylko lampionem ze światłem w ręku jakiegoś malucha. Zza kościoła przebijający się przez mgłę snop jasnego światła. No i zza góry rozciągająca się łuna żółtego światła nad uśpionym miastem. Poza tym ciemność i spokój. Tylko w tym miejscu świat okryty białą pierzyną. Jak na dawnej wsi lachowskiej. Ciszę rozdzierał dźwięk kolęd góralskich, lachowskich i tych, które śpiewa się w całej Polsce. Rzewne i głębokie głosy dziop i chodoków z zespołu regionalnego "Lachy" przenikały na wskroś. Bardziej niż zimno. Kamienne płytki wokół kościółka śliskie od lodu. Lepiej stać na trawie. Każdy wydeptał swoje miejsce w śniegu. Kamienny mur wokół kościółka czynił przestrzeń ograniczoną i nie pozwalał słupowi światła rozpraszać się na boki. Za to głos kapłana oznajmiającego radosną nowinę echem rozszedł się po wszystkich stokach Beskidu Niskiego i Sądeckiego. Nie mogło być inaczej.
Wokół osiedla Lachów Sądeckich, Górali Łąckich, Pogórzan i Łemków. Nieopodal cerkiew. Z drugiej strony góry Miasteczko Galicyjskie.
Historia ludzkich domostw zatrzymana w jednym miejscu. Chałupy, których ściany przesiąknięte są żywą wiarą ich niegdysiejszych mieszkańców, mogłyby wiele opowiedzieć na temat niejednej nocy Bożego Narodzenia. Chałupy, w których kobiety uczyły swoje dzieci pacierza, by te znów przekazywały dziedzictwo narodu swoim dzieciom. I jak przez całe dziesięciolecia niosła się wieść o Narodzeniu Pana, tak i tej nocy wieść ta zjednoczyła ludzi na wspólnej modlitwie. Nadzieja ogrzała wszystkich stojących pośrodku grudniowej nocy i nie czuli zimna, a tylko wielką radość i kompletną niezwyczajność Tej Nocy.
Bo to była Noc Bożego Narodzenia w skansenie.
- Idziecie z nami na pasterkę?
Szybka decyzja w jednej chwili. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem zasypiał właśnie. We mnie walczyło lenistwo z decyzją na tak. Naprędce szukałam wymówki, ale nie znalazłam.
- Jasne, idę.
Zaraz też dojeżdżaliśmy osiedlową ulicą na miejsce. Już na głównej ulicy wszystkie samochody migały światłem: skręt w prawo. Parking tam, gdzie jechaliśmy, nie jest zbyt duży. On w ogóle nie jest duży! Im bliżej tego miejsca, tym większy ruch: pieszy i samochodowy. Nie dało się zaparkować samochodu nie zastawiając innych...
Już na parkingu rozchodził się mocny zapach terpentyny.
W tłumie ludzi podążających pod górę szliśmy zaśnieżoną aleją leśną. Droga rozświetlona po obu stronach pochodniami. Mijaliśmy karczmę i chałupę zielarki. Drewniany kościół pod wezwaniem św. Piotra i Pawła z Łososiny Dolnej stoi na górce. Magnetyczny blask i odgłos rozchodzących się po górach kolęd powodował, że prawie biegliśmy pod górę. Zwłaszcza, że dzwonki oznajmiające rozpoczęcie Mszy właśnie zadzwoniły. Do wnętrza kościoła szpilki już nie wcisnął. Na dziedzińcu tłum nieprzebrany. W tle za kościołem rozświetlone wnętrze szkoły, jakby kto jeszcze lekcje miał. Wokół ciemność rozproszona tylko lampionem ze światłem w ręku jakiegoś malucha. Zza kościoła przebijający się przez mgłę snop jasnego światła. No i zza góry rozciągająca się łuna żółtego światła nad uśpionym miastem. Poza tym ciemność i spokój. Tylko w tym miejscu świat okryty białą pierzyną. Jak na dawnej wsi lachowskiej. Ciszę rozdzierał dźwięk kolęd góralskich, lachowskich i tych, które śpiewa się w całej Polsce. Rzewne i głębokie głosy dziop i chodoków z zespołu regionalnego "Lachy" przenikały na wskroś. Bardziej niż zimno. Kamienne płytki wokół kościółka śliskie od lodu. Lepiej stać na trawie. Każdy wydeptał swoje miejsce w śniegu. Kamienny mur wokół kościółka czynił przestrzeń ograniczoną i nie pozwalał słupowi światła rozpraszać się na boki. Za to głos kapłana oznajmiającego radosną nowinę echem rozszedł się po wszystkich stokach Beskidu Niskiego i Sądeckiego. Nie mogło być inaczej.
Wokół osiedla Lachów Sądeckich, Górali Łąckich, Pogórzan i Łemków. Nieopodal cerkiew. Z drugiej strony góry Miasteczko Galicyjskie.
Historia ludzkich domostw zatrzymana w jednym miejscu. Chałupy, których ściany przesiąknięte są żywą wiarą ich niegdysiejszych mieszkańców, mogłyby wiele opowiedzieć na temat niejednej nocy Bożego Narodzenia. Chałupy, w których kobiety uczyły swoje dzieci pacierza, by te znów przekazywały dziedzictwo narodu swoim dzieciom. I jak przez całe dziesięciolecia niosła się wieść o Narodzeniu Pana, tak i tej nocy wieść ta zjednoczyła ludzi na wspólnej modlitwie. Nadzieja ogrzała wszystkich stojących pośrodku grudniowej nocy i nie czuli zimna, a tylko wielką radość i kompletną niezwyczajność Tej Nocy.
Bo to była Noc Bożego Narodzenia w skansenie.
sobota, 24 grudnia 2011
Idziemy szukać człowieka - kalendarz adwentowy
Aby przygotować Święta trzeba strasznie dużo zachodu.
Aby przygotować się do Świąt trzeba wyłączyć się ze wszystkiego.
No i jak tu znaleźć złoty środek?
Najlepiej ruszyć w drogę. Nie stać w miejscu, bo to zbyt niebezpieczne. Grozi śmiertelną stagnacją. Nie na darmo mówią, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Dziś trzeba nam wyruszyć za światłem. Trzeba zorganizować wyprawę, której przyświecać będzie najjaśniejsza z gwiazd. Może zwabi nas śpiew anielski i pobekiwanie zadziwionych owiec? Nie wyruszamy szukać skarbów, ani Świętego Graala. Idziemy szukać dziecka. Dziecka, w którym zawarta jest Obietnica. Idziemy szukać Boga, który stał się człowiekiem.
Obyśmy szukając Dziecka, w które wcielił się Bóg nie przegapili staruszki umierającej w samotności i opuszczeniu. Obyśmy nie przeszli obok kogoś cuchnącego leżącego na ulicy, pogrążonego we śnie alkoholowym. Obyśmy zawsze mieli czas i cierpliwość, by pochylić się nad każdym maluczkim tego świata. By przyjaciele mnożyli nam się, miast dzielić na drobne. Byśmy, idąc za światłem, nie zdeptali w ciemności czyjegoś uczucia... I byśmy zawsze mieli rozeznanie, gdzie jest to, czego szukamy.
Przecież Bóg przyszedł do nas w ludzkiej postaci.
Dzisiejszej nocy tajemnica zatoczy koło: od czuwania, do czuwania.
Niech nasze czuwanie będzie radosne i błogosławione, pełne ufności i wiary. Wiary w wielkość Człowieka. Wiary w nieograniczoną Miłość Boga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)