MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 12 lutego 2016

Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej

W ogólniaku, przez pierwszy rok, języka polskiego uczył nas nauczyciel, który - rzec muszę oględnie - miał nierówno pod sufitem. Raczej należał do typu łagodnych wariatów, przynajmniej z mojego wówczas punktu widzenia, szkód większych nikomu nie czynił. Mam na myśli szkody moralne, psychiczne. Patrząc na ludzi, którzy "uczyli" moje dzieci, to nasz "Bolek" był prawdziwą poczciwiną. Zagubioną w swoim obłędzie, być może spowodowanym przeżyciami wojennymi. Nigdy nie zapomnę jego wojennej opowieści. W zasadzie była to opowieść o życiu i śmierci. Również o Bogu, a raczej o jego braku. Dziesięcioletni wówczas "Bolek" z krzaków nad rzeką oglądał najstraszniejszy obraz wojny - egzekucję więźniów gestapowskiego więzienia. Zapewne były straszniejsze obrazy, ale "Bolek" straszniejszych nie widział. Potem powiedział sobie, że nie może być Boga ta takim świecie. I chyba nikt nie umiał albo też nie chciał mu wytłumaczyć, że Bóg z okrucieństwami człowieka nie ma nic wspólnego.
Będąc naszym nauczycielem nie wmawiał nam swojego światopoglądu. Wyjawił go tylko przy okazji tamtej opowieści, do której zresztą wracał kilkakrotnie. Kiedy patrzę na całą tę sytuację z perspektywy mojego obecnego wieku, jestem przekonana, że nasz "Bolek" na zawsze pozostał tym przerażonym 10-letnim chłopcem ukrywającym się w krzakach, i do początku lat 80. ubiegłego wieku (wtedy mnie uczył) przywiódł go jakiś mechanizm dzięki któremu jadł, wydalał, żył. Na owo życie składało się belferstwo. Zamiłowaniem i pasją, a także wyuczonym zawodem była muzyka. Uczył nas muzyki i języka polskiego. A nawet był naszym wychowawcą przez jedno półrocze. Chyba niewiele nauczył nas z języka polskiego, ale i tego nie należy brać mu na minus. Jak by powiedział klasyk, który wtedy dopiero stawał się klasykiem: można to uznać za dodatni minus.
"Bolka" często ponosiły nerwy, ale też szybko się reflektował i przepraszał za swoje zachowanie. Bardzo przepraszał. Tak kulturalnie i na tak wysokim poziomie, że dziś już chyba nikt tak nie umie przepraszać. Nasz "Bolek" miał przy tej nagłej swej naturze przypadłość wypełniania rubryk w dzienniku lekcyjnym z ocenami z przedmiotu jak kuponu totolotka. Zdarzało się mi np. być nieprzygotowaną, albo udzielić odpowiedzi innej niż "Bolek" oczekiwał (takiej odpowiedzi wynikającej z przeprowadzenia własnego toku myślenia i analizy myśli, a to nie zawsze było "po myśli" ;) ), wtedy wołał: - Daję ci dwóję. Masz niedostateczny! Jak mogłaś mnie tak zawieść?! Po czym przy następnym wpisywaniu oceny dla mnie do dziennika przecierał oczy ze zdumienia i pytał: - Kto ci tu wpisał taką złą ocenę? Ktoś mi tu ciągle coś wpisuje do dziennika, ja to muszę rozstrzygnąć. Przecież to nie może być twoja ocena. I skreślał dwóję wielkim krzyżykiem. Wiele dziewcząt było w podobnej sytuacji. Ale bywało i tak, że przyłapał którąś uczennicę (uczęszczałam do żeńskiej klasy) na niewiedzy, a ta miała już jakąś dobrą ocenę, wołał więc w swym szaleństwie: - Skąd tu się wzięły u ciebie, moja panno, takie dobre oceny? Kto mi tu powpisywał jakieś piątki i czwórki? Przecież to nie mogą być twoje oceny, bo ty nigdy nic nie umiesz. I skreślał piątki i czwórki wielkimi krzyżykami.
Myślę, że żadna z nas nigdy nie przejmowała się tymi skreśleniami, ale też nie przywiązywała się zbytnio do swoich dobrych ocen.
Jakkolwiek porywczy był nasz "Bolek", jak bardzo chwiejny w swojej psychice i szalony w byciu nauczycielem i człowiekiem, chyba nigdy nie przyszłoby mu do głowy skreślić komuś Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej.



wtorek, 2 lutego 2016

Kościół w Libuszy

Zrekonstruowany po pożarze w latach 80. ubiegłego wieku, spłonął w nocy z 1/2 lutego 2016 r. Stał smutny - pusty i zamknięty obok cmentarza, jakby nie mógł się rozstać z tymi, co pogrzebani w ziemi pod najstarszymi nagrobkami i ich przodkami, o których już nikt nie pamięta. Po drugiej stronie nowoczesnego węzła komunikacyjnego stoi nowa, murowana świątynia - zimna w swojej wymowie, bezkształtna, obrażała swoim wyglądem ten relikt czasów minionych.
Czas nieubłaganie upomniał się o swoje. 

Znaleźliśmy się tam ostatniego lata. Ostatniego lata, kiedy kościół jeszcze stał. Kilka samochodów z miejscową rejestracją stało na wspólnym dla kościoła i cmentarza parkingu. Na niezbyt dużym cmentarzu można było wszystkich zobaczyć. Jedna rodzina z kilkuletnimi dziećmi wracała da samochodu i mały chłopiec zapytał ojca:

- Tato, dlaczego ktoś podpalił kościół?
- Nie wiem, synu. Ktoś, kto tak robi, musi być chyba idiotą - odpowiedział mężczyzna. 

Kościół płonął w 1986 roku. Po dziesięciu latach od tego smutnego wydarzenia z funduszu ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wiekową budowlę zrekonstruowano. Wtedy zniszczenia nie były aż tak wielkie jak obecnie, choć olbrzymie. Cóż jednak z tego, że bryłę zrekonstruowano, skoro wnętrze było nagie? W małych, zarośniętych pajęczyną oknach, przeglądała się rozpędzona współczesność z jednej strony, i milczące zespolenie wszystkich czasów z drugiej. Ponieważ z jednej strony kościół owijała szybkomknąca droga, z drugiej zaś ów cmentarz. Wspomnienie o zarośniętych pajęczyną oknach nie jest krytyką - wszystkie tego typu szanujące się obiekty muszą, po prostu muszą mieć szyby sklejone pajęczą siecią. 
Wszystkie informatory kierowały do Libuszy informując o tym, że kościół jest jednym z najpiękniejszych kościołów drewnianych w Polsce. Powstał w 15013 r. Blisko było do niego z Biecza. Było. To najodpowiedniejsze na dziś słowo. 

Zawsze zaglądam przez okno do wnętrza drewnianej świątyni. Szczególnie, gdy ta jest zamknięta. Do tej świątyni już nikt nie zajrzy w żaden sposób.




Zobacz zdjęcia.






poniedziałek, 11 stycznia 2016

Mój pierwszy protest

Byłam w wieku przedszkolnym, no może wczesnoszkolnym, kiedy po raz pierwszy protestowałam. I to całą sobą.
W Moim Mieście przed naszym blokiem pod trzepakiem znajdowało się coś a'la piaskownica. Na pewno było tak, że pod trzepakiem wydeptana została trawa - dawniej ludzie trzepali chodniki i dywany często, przecież nie było odkurzaczy. W tym wydeptanym klepisku przy suchej pogodzie ziemia wiotczała zamieniając się w pył. Zwykła małopolska gleba. Być może, tego nie wiem, przed kolejnymi zimami administracja osiedla gromadziła w tym miejscu piasek, by służby porządkowe mogły posypywać chodniki. A może któryś z ojców przywiózł trochę pisaku, żeby dzieci miały się gdzie bawić. Tego już dziś nie rozstrzygnę. W każdym razie my, najmłodsi, grzebaliśmy w tej przysposobionej piaskownicy ile wejdzie. Dziś wiemy jak bardzo potrzebna w rozwoju, a nawet rehabilitacji jest zabawa piaskiem.
Któregoś dnia przed naszym blokiem pod trzepakiem zjawiła się kilkuosobowa ekipa budowlana ze stosownym sprzętem: betoniarką, taczkami, piaskiem, cementem, wiadrami, łopatami itp. Mój Brat, w tamtych latach wyspecjalizowany w dokuczaniu swoim młodszym siostrom, wbiegł do domu i rzucił mi w twarz: - Koniec zabawy w tym brudzie, zamurowują wam piaskownicę. I bardzo dobrze, wreszcie będzie można trzepać chodniki w odpowiednich warunkach.
Oszalałam ze strachu. Podbiegłam do okna, wybiegłam na pole (na pole - mieszkałam w Małopolsce), zwołałam koleżanki i kolegów, których była spora armia. Wyszedł jeden i drugi rodzic pytając kto kazał, dlaczego, prosząc żeby się wstrzymać, że chcą wyjaśnić. Ekipa budowlana niewzruszenie wykonywała swoje czynności. Ja się miotałam krzycząc, że nie pozwolę. Pamiętam to wewnętrzne poczucie krzywdy, odbierania mi czegoś ważnego, mojego, niezbędnego, potrzebnego, ulubionego, dającego poczucie swobody, spełnienia, zabawy, radości itp. Miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą spośród grona rówieśników, których było niemało, która tak bardzo odczuwa zamach świata dorosłych na nasze dzieciństwo z jego prawem do zabawy nawet w tej prowizorycznej piaskownicy zbudowanej z dziury w ziemi i suchej ziemi.
Bezradna sięgnęłam po ostatni argument - zadzwoniłam do Mojej Mamy, która była wtedy w pracy. Liczyłam na nią. Nieraz, gdy muszę interweniować w emocje Dużej Małej Dziewczynki mam wrażenie, że jestem Moją Mamą z tamtego dnia...
Znów wybiegłam na pole. Wykrzykiwałam i wypłakiwałam - bo inaczej nie potrafiłam - ten mój osobisty protest, że nikomu nie wolno. Bo to był świat naszych zamków z księżniczkami, przygód kosmicznych, pól bohaterskich bitew, rajdów, podróży i wszystkiego, co pozwalało nam budować wrażliwość i tworzyć wyobraźnię w niekolorowym i nieprzyjaznym dla dzieci świecie PRL-u.

Dziura w ziemi została zamurowana.
Świat stracił nawet swoją szarość. Stał się nieprzenikniony w swej bezduszności, bo umarła nadzieja.

Jeszcze tego samego roku obok trzepaka, za żywopłotem, wybudowano nam prawdziwą piaskownicę. Wszyscy dorośli mówili potem, że to tylko dzięki mnie, dzięki mojej walce i determinacji.

Dziś znów protestuję. Taka już widać moja natura.


niedziela, 10 stycznia 2016

Szaleństwo - EDS

Duża Mała Dziewczynka po ostatnim urazie ma poważny problem. Bardzo poważny. Nawet bardziej niż poważny. Ma niedowład prawej kończyny spowodowany porażeniem splotu nerwu barkowego. Rehabilitant, który stał się wspaniałym objawieniem ostatnich tygodni, Pan M. ma - poparte swą wiedzą i doświadczeniem - wątpliwości, co do całkowitego powrotu do sprawności. Boję się o tym myśleć, więc odsuwam te myśli na razie gdzieś na bok. Ze straszliwą trwogą obserwuję Dużą Małą Dziewczynkę i próbuję zachować spokój na ile to możliwe. Choć jest to ciężka próba.
Trudno powiedzieć jednoznacznie na jakim etapie leczenia jest sprawa, bo przecież wszystko się może zdarzyć. Ręka jest niewładna, choć (na szczęście) SMS może pisać ;).
Za nią jest straszliwy ból spowodowany porażeniem, stres związany z serią zastrzyków, a zastrzyki brała po raz pierwszy w życiu, przed nią żmudna - i co tu dużo mówić - bolesna rehabilitacja. Widząc, z daleka i z bliska skutki urazu, jestem przerażona.

Dzisiaj, w dniu 24 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Duża Mała Dziewczynka od rana mówiła z rozmarzeniem, że na hali sportowej, właśnie z okazji Finału, można wykonywać jakieś ewolucje na linie i na ściance wspinaczkowej itp. Z uwagi na omdlenia wazo-wagalne i problemy z czuciem głębokim ściankę wspinaczkową już kilka lat temu wyeliminowali z życia Dużej Małej Dziewczynki kardiolodzy ze Szpitala im. Jana Pawła II w Krakowie. Obecna dolegliwość wyeliminowała jakąkolwiek aktywność codzienną, nie mówiąc o fizycznej.

Przed obiadem poszła na siłownię ćwiczyć nogi. Ale to było mało i po obiedzie zameldowała, że wychodzi. Nie powinna chłodzić barku, więc nie lubię, jak wychodzi o tej porze roku, zwłaszcza że czapka i rękawiczki tkwią najczęściej w torebce, zamiast na swoich miejscach. Nie było jej długo. Strasznie długo. Nawet dzwoniłam za nią. Okazało się, że właśnie zbawia świat i wróciła dopiero po kolacji. Kiedy ćwiczyłam jej rękę powiedziała nieśmiało:

- Pokażę ci, co dziś zrobiłam. Tylko nie krzycz na mnie. Nie zrobiłam nic, co mogłoby zaszkodzić mojemu zdrowiu.

I pokazała mi nagranie w telefonie jak fruwa - trzykrotnie - na tej linie, kilka metrów nad ziemią. Żeby zaczepić się do liny trzeba było wyjść do góry po drabinkach.

- Musisz to kiedyś zrobić. - Dodała z energią jakiej w niej dawno nie było.

sobota, 9 stycznia 2016

Mówię - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Nasza Łaskawość mówi językami. Dlatego potrzebuje wspomagania. Takiego, by ułatwić jej m.in. komunikowanie się ze światem ludzi, którzy posługują się tylko jednym językiem. Nasza Łaskawość mówi zwyczajnym językiem, ale tak trochę inaczej. Przeważnie Nasza Łaskawość się wyraża. Pięknie ujęła to Maleńka Wnuczka, która powiedziała:

- Wiesz Babciu, Nasza Łaskawość zatrzaśnięta jest w pokoju, do którego zgubił się klucz i my musimy ten klucz znaleźć.

Kiedy Nasza Łaskawość wyciągnęła spod pod choinki piasek kinetyczny, bawili się wszyscy Mali Ludzie, a nawet dorośli.
Były Święta, czas płynął leniwie. Zajęć było sporo: a to czytanie książeczek dla dużych i małych, a to gry i układanki; przeważały zabawy ze scenariuszem Małych Ludzi. Inwencję do tworzenia fabuły zabaw Mali Ludzie mają nieograniczoną. I znów Maleńka Wnuczka wróciła do piasku.

- Kto buduje ze mną zamek? - zapytała takim tonem, że każdy by miał ochotę. Ponieważ w pojemniku z piaskiem operowało już sześć rączek, przysiadłam obok i obserwowałam poszczególne etapy pracy twórczej.

W pewnym momencie Nasza Łaskawość zaczęła mówić:

- Hmo hy gho hma hola... - operując mimiką twarzy, gestami i wszystkim innym zdecydowanie lepiej niż językiem, choć do mnie i tak przekaz nie dotarł. Natomiast Mniejszy Brat zawołał: - Doskonały pomysł!

Na co Maleńka Wnuczka zakrzyknęła stanowczo z nutą groźby:

- Ani się ważcie zburzyć ten zamek!

Nadto

Jest dla mnie oczywistym fakt, że kiedyś wpuści mnie do tego swojego małego, ciemnego mieszkanka, do którego prowadziła sień pełna strachów i boboków, składającego się z przechodniej kuchni i pokoju, które - choć wydzielone z przedwojennego domu stanowiącego całość - dla jej dzieci było szczytem marzeń, a nawet wzniesienia się wyżej w hierarchii społecznej. Przynajmniej dla tego dziecka, które później, po latach, zostało moją Mamą. Wpuści i już, bo przecież nie ma innego wyjścia. Niezależnie od tego ile jeszcze snów wyśnię stojąc i oczekując sparaliżowana strachem u zamkniętych drzwi obitych skórą.
Tymczasem wyśniłam to, co działo się pomimo. Miałam zjeść własnego kota. Na żywo i z futrem. Nie z głodu, tylko po to, żeby przypomnieć sobie to, czego nie zapamiętałam. Może to nie było do zapamiętania, a ona mówiła tylko dlatego, żeby pokryć zdenerwowanie. A może jednak dlatego, że bardzo potrzebuje rozmowy. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam wtedy słuchać. Chyba oddałam się jakiemuś nienazwanemu szaleństwu. I dopiero, gdy na śniadanie jadłam kromki z pasztetem, przypomniałam sobie, że nie potrafiłam zjeść tego mojego nieszczęsnego kota. A ona przedtem opowiadała mi o telefonie, w którym on podawał jej przepis na królika i zwracał uwagę na ważny szczegół w tym przepisie, przestrzegając, że jeżeli go nie uwzględni, to wyjdzie jej kot, a nie królik. I choć byłyśmy tylko we dwie na tym korytarzu nagle zjawił się on. Potem musiał najwidoczniej wniknąć do mojego snu, który - zupełnie nie pamiętam jak się toczył aż do tego momentu, kiedy przypomniałam sobie podczas śniadania. Więc, gdy przeanalizowałam sobie ten sen - cholera! czy ja zawsze wszystko muszę analizować? - to pomyślałam, że może przyśnił mi się on, zamiast niej, która wciąż nie wpuszcza mnie do tego swojego małego, ciemnego mieszkanka, do którego prowadziła sień pełna strachów i boboków?
Już wiem, co dla mnie będzie mogła zrobić ta, która mówiła być może tylko po to, by pokryć zdenerwowanie. W krainie cienia i duchów obędę się bez rosołu. Za to trzeba będzie do mnie wciąż mówić, żebym nie utonęła w tej sieni pełnej strachów i boboków, bo przecież tamte drzwi zapewne będą zamknięte.
Nadto mój telefon zapełnił się wiadomościami, które świadczą, że człowiek może być jeszcze człowiekiem.

środa, 30 grudnia 2015

Dialog

Tak. Jesteś z kimś w jednym pomieszczeniu - sam na sam. Rozmawiacie. O niczym ważnym. Albo o czymś ważnym. Mówisz coś. Prostym językiem. Wyraźnie. Znasz język nieco bardziej skomplikowany, ale na używanie takiego możesz pozwolić sobie tylko w towarzystwie nielicznych - doświadczenie nauczyło cię, by z większością rozmawiać wypowiadając myśli najprościej jak tylko się da.

Guzik.
Ten ktoś i tak słyszy nie to, co mówisz, tylko to, co usłyszał.

Może już lepiej wcale się do nikogo nie odzywać?



Coraz częściej milczę. Są tacy, którzy z milczenia wyciągają wnioski, żem niechętna (im). To nie niechęć. To tylko słowa opadają jak ręce.

Na szczęście są jeszcze tacy, z którymi mogę prawdziwie milczeć. I oni wiedzą, co to milczenie znaczy.

Tak sobie pomyślałam, by na koniec roku podziękować wszystkim. Tym, w których towarzystwie milczę z radością i tym, przy których milczę, bo opadły mi słowa jak ręce. Także tym, którzy w moich słowach słyszą to, co one znaczą i tym, którzy słyszą, co chcą, albo zaledwie potrafią usłyszeć.

Przede wszystkim dziękuję tym, przy których mogę mówić to, co czuję i myślę.

Tym, którzy zrozumieją moje podziękowania, nie muszę tłumaczyć, za co dziękuję. Tym, którzy zrozumieją, co są w stanie zrozumieć - no, trudno. I tak nie jestem w stanie nic innego zrobić.


sobota, 19 grudnia 2015

A śpiewak? Znowu jest sam.

W świetle aktualnej dziennej, a zwłaszcza nocnej rozkładówki wydarzeń i wypadków grzecznie pytam, komu przeszkadzał tamten rząd, a zwłaszcza spokojny żywot, jaki mogliśmy przy nim wieść? Że co? Że niektórzy członkowie rządu zażerali się ośmiorniczkami  na rogu Gagarina i Czerniakowskiej? No, przecież skoro już zostały wyłowione i uśmiercone to ktoś się musiał poświęcić i je zjeść. Przecież ja ich jadła nie będę, bo po owocach morza rzygam jak kot. I proszę mi wierzyć, że podziwiam osoby, które z własnej woli jedzą to morsko-oceaniczne robactwo. Uważam to za szczyt bohaterstwa... że się tak wyrażę: gastrycznego. A że chłopaki poklęły trochę podczas jedzenia? Ja to dopiero klęłam, jak rzygałam! A poza tym to mało się chłopaki nasłuchały, że nie ma już elit w naszym kraju? Zwłaszcza po tym jak ostatnia poległa w katastrofie lotniczej. No to jakim językiem się miały dziarskie zuchy wyrażać? Mało to historia zna szewców bohaterów? No, przynajmniej jednego zna. W końcu szewc to synonim oklętego człeka. No, nie powiem, bo dawno po Warszawie nie chodziłam, ale z tego co pamiętam, to niejeden raz się posłom wracającym z obrad sejmowych dziarski szewc warszawski w oczy z cokołu rzucić musiał. A nawet jakby nie, to ot - po prostu - biedne chłopaki chciały ogólnej opinii sprostać, że tych elit to już nasza ojczysta ziemia nie nosi... Tak źle i tak niedobrze, a biednemu wiatr zawsze w oczy.
A może pani premier poprzedniego rządu sprawiała wrażenie za bardzo płaczliwej? No to jak raz przemówiła ostro, tak co to mogło pójść w pięty, to zaś orzeknięto: kobiecie nie wypada! Co nie wypada? Wypada premierem być, a nie wypada zagrzmieć? 
No i co to tam jakieś inne pomniejsze sprawy i sprawki naprzeciw obecnym chryjom i aferom? Bo dziś to nie wiadomo jak się budzić. A jak się już człowiek obudzi i na fejsbuka zaglądnie, to zanim powie cokolwiek, już się staje Adasiem Miauczyńskim i... co by nie powiedzieć: klnie jak szewc. Zawsze to jakaś alternatywa, by imienia Boga nie wzywać nadaremno, ale czy to po bożemu tak brzydkim słowem dzień zaczynać? No, ale jak inaczej? A, właśnie! Teraz to nawet strach na pasterkę iść, a to już za parę dni, o przepraszam - nocy. No bo jak nam błogosławione łono zduplikuje pana prezydenta? Dopiero się narobi! A przecież nadprezes ma tylko dwie ręce do utrzymania marionetek. 
W ogóle, panie, bałagan w polityce taki, że nie wiadomo, co robić, a co nie, bo tu okna z jednej strony by pasowało myć, pierogi lepić i po drzewko lecieć, a tymczasem nocą to się nie można od telewizora odkleić, a za dnia to ciągle jakieś marsze i demonstracje zwołują. Panie, a co te zwykłe, głupie ludzie nie wymyślą?! Wystarczy popatrzeć w internet. Sieje się głupota ino dudni. No, bo czy to kto widział, żeby się tak z władzy naigrywać? Z poważnych ministrów, z premiera i prezydenta? Wybranych miażdżącą większością głosów? No, dziś na przykład widziałam insynuacje o błogosławionym prąciu, które go (wiadomo kogo) stworzyło, a każdy mądry wie, że poczęcie takiego świętego człowieka musiało być niepokalane. Ja już to mówiłam na spotkaniu przedwyborczym w kwietniu w Gorlicach, to się mnie dziwnie przyglądano. Albo, wracając do internetu, że klucze pod wycieraczką... Też mi coś, jakby klucze mogły być gdziekolwiek indziej. 
A ile insynuacji i nieprawdziwych informacji rozsianych jest na tych ćwierkaczach i fejsbukach?! A przecież nadprezes ma misję odkomunizowania kraju, pozbycia się wszystkich zdrajców - na czele z tymi, którzy w genach mają zapisaną zdradę narodową i wreszcie dokładne posortowanie obywateli na tych co z nami i przeciw nam. Sama znam takich, co tęsknią i z rozrzewnieniem wspominają poprzednią epokę, no to głosowali na partię prezesa i prezes się teraz z nimi rozprawi. 

Narobiło się panie tyle, że z jednej strony to już nikt nie wie czy dobrze, czy źle. To znaczy, żebyś mnie pan źle nie zrozumiał, bo z każdej strony wiedzą, i to najlepiej, co dobre, a co złe. A zwłaszcza po tej prawej i sprawiedliwej stronie to wiedzą.

Ale przynajmniej nikt już się wstydzić nie musi, bo tyle co się nasz prezydent nawstydzi, to po prostu odkupi cały narodowy wstyd.

A śpiewak? Znowu jest sam.



sobota, 5 grudnia 2015

Tyrania władzy

Kiedyś w naszym hufcu mieliśmy komendanta wybranego decyzją Zjazdu, w zgodzie z ordynacją wyborczą.  Niespełna 4 dziesiątki ludzi miały uprawnienia do głosowania. Komendant, człowiek chory na władzę, doprowadził do skłócenia środowiska instruktorskiego. Tak. Tego nielicznego środowiska ludzi, którzy znali się jak łyse konie, wiele lat ze sobą współpracowali w różnych, nawet najtrudniejszych warunkach, wykonując społecznie pracę dla dobra najmniejszych. Piękne ideały naszej harcerskiej organizacji dojrzewające od 100 lat pozwoliły wyrzeźbić i nam nasze charaktery. Zdawałoby się sielanka – Prawo i Przyrzeczenie, harcerski krąg, pieśń pożegnalna, bratnie słowo o wzajemnej pomocy…
Komendant reprezentował nas na zewnątrz, był niejako naszą wizytówką, więc siłą rzeczy postrzegano nas przez pryzmat jego kłótliwej, chaotycznej, i - co tu dużo mówić - wrednej natury. Z roku na rok rosła buta komendanta wobec nas – ludzi, którzy oddawali zupełnie darmo swój prywatny czas dla realizacji wielkich celów – dla wychowania młodego pokolenia w systemie określonych wartości a jednocześnie tworzyła się wokół naszej społeczności nieprzyjemna atmosfera spowodowana coraz to gorszym wizerunkiem zewnętrznym.  Od grantodawców z miasta słyszeliśmy, że coraz gorzej jesteśmy postrzegani; ewentualni darczyńcy zamykali przed nami drzwi swoich gabinetów. Jak prowadzić działalność organizacji pozarządowej bez źródeł finansowania? Po zmianach ustrojowych trudno nam było połączyć umiejętności wychowawców i programowców z koniecznością pozostania księgowymi i przedsiębiorcami, tudzież ze znawstwem w wielu innych dziedzinach naszego instruktorskiego działania. Bo każdy drużynowy i instruktor harcerski to taki omnibus we wszystkim. I zaledwie nam się to udało kolejny kłopot, nowe zadanie.
Byliśmy więc źle postrzegani na zewnątrz i do tego skłóceni od środka. Podatni na tego typu działania do dziś nie zauważyli zmiany rzeczywistości, pomimo że minęło już wiele lat od kiedy nie ma tamtego komendanta, i wciąż knują i spiskują. Część ludzi odsunęła się na bok, postanawiając przeczekać; nie wszyscy wrócili, zaś ci, którzy wrócili, wciąż mają z tyłu głowy podejrzliwość. Inna znów część postanowiła pracować pomimo wszystko, by ratować co można – od środka i na zewnątrz. Zdecydowana większość wiedziała, że źródłem wszelkiego zła jest osoba komendanta, ale co innego wiedzieć, a co innego wierzyć w dobre intencje pozostałych, zwłaszcza, gdy było się karmionym propagandą zła i nienawiścią jak chlebem powszednim.  Nie nadużyję mocnego sformułowania, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono…
Komendant miał wsparcie we władzach zwierzchnich. Czasem wydawało się, że może to z nami jest coś nie tak, że to my jesteśmy tym kierowcą ciężarówki na autostradzie dziwiącym się komunikatowi z radia, który ostrzegał użytkowników przed jednym wariatem jadącym pod prąd i komentującym: Jeden? Setki!
Atmosferę panującą wśród  instruktorów doskonale przeczuła młodzież. Ci mądrzejsi – wychodzi na to, że my – ze swej lojalności, nie wciągaliśmy podopiecznych w spory dorosłych. Wzrosła nam młodzież zbuntowana na wszystkich instruktorów. Bunt rozchodzi się jak kręgi na wodzie na coraz to młodszych podopiecznych. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo, gdzie źródło – młodzi mają przekonanie, że baza to wróg.
Skończyło się kilka wielkich przyjaźni. Wielu z nas nosi rany w duszy i w sercu. Niektórzy urażoną ambicję – całkiem słusznie. Pozostał straszliwy niesmak. Gorycz jak po zapaleniu wątroby.
Najgorsze jest to, że nikt z nas nie podjął żadnych działań, by tę sytuację zmienić, by doprowadzić do odwołania tamtego komendanta. Mieliśmy przecież w ręku takie narzędzie… Choć może gorsze jest to, że patrzyliśmy jak rujnowana jest przyjaźń i braterstwo. Przecież to nie była cudza przyjaźń i cudze braterstwo tylko nasze własne… Czy to, że byliśmy sparaliżowani strachem jest jakimś argumentem obrony? Jak można było pozwolić tak spętać własną wolność i godność, przecież nie wiązała nas żadna umowa, żaden akt, a tylko instruktorska powinność... A może najgorsze jest to, że pozwoliliśmy, by w młodych ludziach zachwiała się wiara w nas (pośrednio w harcerskie ideały), że zburzyliśmy ich bezpieczeństwo i poczucie, że przyjaźń i braterstwo naprawdę istnieją?


W tej opowieści nie ma ani jednego słowa, zdarzenia czy uczucia zmyślonego. To jest naga prawda w skali mikro. Kilkuletnia kadencja szybko mija, tyranów nie wybiera się po raz wtóry. Niestety niesmak pozostaje na długo. A niektórych stosunków międzyludzkich nie da się odbudować nigdy.

piątek, 4 grudnia 2015

Sen - mara

To nie był sen. Ja po prostu po raz kolejny umarłam. Żeby się stamtąd wydostać musiałam ułożyć niezwykle skomplikowaną układankę, która raz wyglądała jak chińskie domino, drugim zaś razem polegała na rozwiązaniu zagadki o tematyce zaczerpniętej z Sherlocka Holmesa. Pewnie było tak, że aby zestawić parę klocków pasujących do siebie trzeba było rozwiązać te zagadki. A ja we śnie nie mam lotnego umysłu - pomyślałam, myśląc przecież, że śpię, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że po raz kolejny umarłam.
A może umarłam tylko raz. Ten jeden jedyny, kiedy wydawało mi się, że śpię i śnię, że rozgrywam dziwną grę i ilekroć wydawało mi się, że zaraz zdejmę z planszy ostatnie klocki, coś się knociło i albo kończył się czas, albo kilka ostatnich klocków nie pasowało do siebie. Przy czym, przy każdej nowej rozgrywce tylko na samym początku wydawało się, że klocki są ustawione na jakiejś niewielkiej płaszczyźnie, w pomieszczeniu na stole, a może na ekranie komputera. Kiedy szukałam par od razu czas i przestrzeń nabierały innych wymiarów i okazywało się, że jestem w samym centrum dziwacznych wydarzeń, których dotyczyły zagadki. Dlatego myślałam, że to sen. Bo tylko we śnie można tak poruszać się po różnych przestrzeniach i wydarzeniach, a myśli przeskakują z tematu na temat jak palce fortepianowego wirtuoza.
I dopiero, kiedy strugi gorącej wody lały się po moim ciele, a kot siedział skulony na kuchennym stole poczułam wyraźnie, że byłam w błędzie. Że to nie był sen, tylko śmierć. Musiało mnie zwieść głęboko zakorzenione przeświadczenie, że po śmierci przechodzi się - przynajmniej chwilowo - w niebyt i nicnierobienie. No i że stamtąd się nie wraca, a ja przecież wstaję każdego ranka i przez cały dzień powtarzam czynności, jakich nauczyło mnie życie. Więc, gdy ta gorąca woda spływała po mojej twarzy i dalej w dół po wszystkich krągłościach mojego ciała, jakaś mglista myśl prześlizgnęła się obok, że byłam tam wielokrotnie. I za każdym razem wracałam. Może w końcu udawało mi się ułożyć tę układankę? Tego właśnie nie pamiętam. Za to dokładnie pamiętam każdą nieudaną próbę, zwłaszcza te, które były już prawie na ukończeniu. Wcale nie było mi żal, że się nie udało, bo samo układanie - odnajdywanie klocków chińskiego domina do pary i odgadywanie zagadek, które przeradzały się w wartką, czasami niebezpieczną, za każdym razem pełną przygód akcję było na tyle ekscytujące, że nie chciałam się od nich odrywać. Jak od dobrego filmu. O, właśnie! Każdy powrót z tamtego świata był jak przerwa na reklamy.
Stałam więc oblewana strumieniami gorącej wody i w unoszącej się parze jak w niewyraźnym lustrze widziałam fragmenty życia po tamtej stronie. Mocno uśpiona zapamiętana myśl łechtana oparami gorąca przedzierała się do świadomości z tak wielkim oporem, że prawie niemożliwe było ustalenie jakiegokolwiek ciągu logicznego wydarzeń. I tylko to wwiercające się wrażenie, że to było niejednokrotnie, że wciąż się zdarzało w powtarzalnych sekwencjach... Były tam wszystkie moje zwycięstwa i klęski ustawione na równoważni, która zdawała się tkwić nieruchomo nie przechylając się na żadną ze stron. Były moje uniesienia - te, które powodowały, że mogłam żyć w czasie, kiedy żyłam. Ta miłość, która - odczuwana szóstym zmysłem - zdaje się żądać zapisywania przez wielkie M. Ta, której wzór jest niedościgły i wszystko, co spotyka nas tu, po tej stronie jest marną jej namiastką. To właśnie ta Miłość, odczuwanie jej niezmierzonej bliskości i wielkości powodowało, że wcale nie martwiłam się, gdy układanka rozlatywała się przed samym końcem i wszystko musiałam zaczynać od początku... Najboleśniejsze było wrażenie, że za każdym razem, gdy od nowa umierałam, na samym wierzchu moich uczuć i pamięci tkwiły te ziemskie przyzwyczajenia do ludzi, do ich oczy, koloru włosów, barwy ich głosu i do miłości do nich.
Po żadnej ze śmierci, w rzeczywistości, w której się odnajdywałam nie było nikogo z tych, co umarli naprawdę.
Może to jednak za każdym razem był sen, nie śmierć. Więc wtulam się w ciebie tak, żeby zniknąć.