MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 19 grudnia 2015

A śpiewak? Znowu jest sam.

W świetle aktualnej dziennej, a zwłaszcza nocnej rozkładówki wydarzeń i wypadków grzecznie pytam, komu przeszkadzał tamten rząd, a zwłaszcza spokojny żywot, jaki mogliśmy przy nim wieść? Że co? Że niektórzy członkowie rządu zażerali się ośmiorniczkami  na rogu Gagarina i Czerniakowskiej? No, przecież skoro już zostały wyłowione i uśmiercone to ktoś się musiał poświęcić i je zjeść. Przecież ja ich jadła nie będę, bo po owocach morza rzygam jak kot. I proszę mi wierzyć, że podziwiam osoby, które z własnej woli jedzą to morsko-oceaniczne robactwo. Uważam to za szczyt bohaterstwa... że się tak wyrażę: gastrycznego. A że chłopaki poklęły trochę podczas jedzenia? Ja to dopiero klęłam, jak rzygałam! A poza tym to mało się chłopaki nasłuchały, że nie ma już elit w naszym kraju? Zwłaszcza po tym jak ostatnia poległa w katastrofie lotniczej. No to jakim językiem się miały dziarskie zuchy wyrażać? Mało to historia zna szewców bohaterów? No, przynajmniej jednego zna. W końcu szewc to synonim oklętego człeka. No, nie powiem, bo dawno po Warszawie nie chodziłam, ale z tego co pamiętam, to niejeden raz się posłom wracającym z obrad sejmowych dziarski szewc warszawski w oczy z cokołu rzucić musiał. A nawet jakby nie, to ot - po prostu - biedne chłopaki chciały ogólnej opinii sprostać, że tych elit to już nasza ojczysta ziemia nie nosi... Tak źle i tak niedobrze, a biednemu wiatr zawsze w oczy.
A może pani premier poprzedniego rządu sprawiała wrażenie za bardzo płaczliwej? No to jak raz przemówiła ostro, tak co to mogło pójść w pięty, to zaś orzeknięto: kobiecie nie wypada! Co nie wypada? Wypada premierem być, a nie wypada zagrzmieć? 
No i co to tam jakieś inne pomniejsze sprawy i sprawki naprzeciw obecnym chryjom i aferom? Bo dziś to nie wiadomo jak się budzić. A jak się już człowiek obudzi i na fejsbuka zaglądnie, to zanim powie cokolwiek, już się staje Adasiem Miauczyńskim i... co by nie powiedzieć: klnie jak szewc. Zawsze to jakaś alternatywa, by imienia Boga nie wzywać nadaremno, ale czy to po bożemu tak brzydkim słowem dzień zaczynać? No, ale jak inaczej? A, właśnie! Teraz to nawet strach na pasterkę iść, a to już za parę dni, o przepraszam - nocy. No bo jak nam błogosławione łono zduplikuje pana prezydenta? Dopiero się narobi! A przecież nadprezes ma tylko dwie ręce do utrzymania marionetek. 
W ogóle, panie, bałagan w polityce taki, że nie wiadomo, co robić, a co nie, bo tu okna z jednej strony by pasowało myć, pierogi lepić i po drzewko lecieć, a tymczasem nocą to się nie można od telewizora odkleić, a za dnia to ciągle jakieś marsze i demonstracje zwołują. Panie, a co te zwykłe, głupie ludzie nie wymyślą?! Wystarczy popatrzeć w internet. Sieje się głupota ino dudni. No, bo czy to kto widział, żeby się tak z władzy naigrywać? Z poważnych ministrów, z premiera i prezydenta? Wybranych miażdżącą większością głosów? No, dziś na przykład widziałam insynuacje o błogosławionym prąciu, które go (wiadomo kogo) stworzyło, a każdy mądry wie, że poczęcie takiego świętego człowieka musiało być niepokalane. Ja już to mówiłam na spotkaniu przedwyborczym w kwietniu w Gorlicach, to się mnie dziwnie przyglądano. Albo, wracając do internetu, że klucze pod wycieraczką... Też mi coś, jakby klucze mogły być gdziekolwiek indziej. 
A ile insynuacji i nieprawdziwych informacji rozsianych jest na tych ćwierkaczach i fejsbukach?! A przecież nadprezes ma misję odkomunizowania kraju, pozbycia się wszystkich zdrajców - na czele z tymi, którzy w genach mają zapisaną zdradę narodową i wreszcie dokładne posortowanie obywateli na tych co z nami i przeciw nam. Sama znam takich, co tęsknią i z rozrzewnieniem wspominają poprzednią epokę, no to głosowali na partię prezesa i prezes się teraz z nimi rozprawi. 

Narobiło się panie tyle, że z jednej strony to już nikt nie wie czy dobrze, czy źle. To znaczy, żebyś mnie pan źle nie zrozumiał, bo z każdej strony wiedzą, i to najlepiej, co dobre, a co złe. A zwłaszcza po tej prawej i sprawiedliwej stronie to wiedzą.

Ale przynajmniej nikt już się wstydzić nie musi, bo tyle co się nasz prezydent nawstydzi, to po prostu odkupi cały narodowy wstyd.

A śpiewak? Znowu jest sam.



sobota, 5 grudnia 2015

Tyrania władzy

Kiedyś w naszym hufcu mieliśmy komendanta wybranego decyzją Zjazdu, w zgodzie z ordynacją wyborczą.  Niespełna 4 dziesiątki ludzi miały uprawnienia do głosowania. Komendant, człowiek chory na władzę, doprowadził do skłócenia środowiska instruktorskiego. Tak. Tego nielicznego środowiska ludzi, którzy znali się jak łyse konie, wiele lat ze sobą współpracowali w różnych, nawet najtrudniejszych warunkach, wykonując społecznie pracę dla dobra najmniejszych. Piękne ideały naszej harcerskiej organizacji dojrzewające od 100 lat pozwoliły wyrzeźbić i nam nasze charaktery. Zdawałoby się sielanka – Prawo i Przyrzeczenie, harcerski krąg, pieśń pożegnalna, bratnie słowo o wzajemnej pomocy…
Komendant reprezentował nas na zewnątrz, był niejako naszą wizytówką, więc siłą rzeczy postrzegano nas przez pryzmat jego kłótliwej, chaotycznej, i - co tu dużo mówić - wrednej natury. Z roku na rok rosła buta komendanta wobec nas – ludzi, którzy oddawali zupełnie darmo swój prywatny czas dla realizacji wielkich celów – dla wychowania młodego pokolenia w systemie określonych wartości a jednocześnie tworzyła się wokół naszej społeczności nieprzyjemna atmosfera spowodowana coraz to gorszym wizerunkiem zewnętrznym.  Od grantodawców z miasta słyszeliśmy, że coraz gorzej jesteśmy postrzegani; ewentualni darczyńcy zamykali przed nami drzwi swoich gabinetów. Jak prowadzić działalność organizacji pozarządowej bez źródeł finansowania? Po zmianach ustrojowych trudno nam było połączyć umiejętności wychowawców i programowców z koniecznością pozostania księgowymi i przedsiębiorcami, tudzież ze znawstwem w wielu innych dziedzinach naszego instruktorskiego działania. Bo każdy drużynowy i instruktor harcerski to taki omnibus we wszystkim. I zaledwie nam się to udało kolejny kłopot, nowe zadanie.
Byliśmy więc źle postrzegani na zewnątrz i do tego skłóceni od środka. Podatni na tego typu działania do dziś nie zauważyli zmiany rzeczywistości, pomimo że minęło już wiele lat od kiedy nie ma tamtego komendanta, i wciąż knują i spiskują. Część ludzi odsunęła się na bok, postanawiając przeczekać; nie wszyscy wrócili, zaś ci, którzy wrócili, wciąż mają z tyłu głowy podejrzliwość. Inna znów część postanowiła pracować pomimo wszystko, by ratować co można – od środka i na zewnątrz. Zdecydowana większość wiedziała, że źródłem wszelkiego zła jest osoba komendanta, ale co innego wiedzieć, a co innego wierzyć w dobre intencje pozostałych, zwłaszcza, gdy było się karmionym propagandą zła i nienawiścią jak chlebem powszednim.  Nie nadużyję mocnego sformułowania, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono…
Komendant miał wsparcie we władzach zwierzchnich. Czasem wydawało się, że może to z nami jest coś nie tak, że to my jesteśmy tym kierowcą ciężarówki na autostradzie dziwiącym się komunikatowi z radia, który ostrzegał użytkowników przed jednym wariatem jadącym pod prąd i komentującym: Jeden? Setki!
Atmosferę panującą wśród  instruktorów doskonale przeczuła młodzież. Ci mądrzejsi – wychodzi na to, że my – ze swej lojalności, nie wciągaliśmy podopiecznych w spory dorosłych. Wzrosła nam młodzież zbuntowana na wszystkich instruktorów. Bunt rozchodzi się jak kręgi na wodzie na coraz to młodszych podopiecznych. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo, gdzie źródło – młodzi mają przekonanie, że baza to wróg.
Skończyło się kilka wielkich przyjaźni. Wielu z nas nosi rany w duszy i w sercu. Niektórzy urażoną ambicję – całkiem słusznie. Pozostał straszliwy niesmak. Gorycz jak po zapaleniu wątroby.
Najgorsze jest to, że nikt z nas nie podjął żadnych działań, by tę sytuację zmienić, by doprowadzić do odwołania tamtego komendanta. Mieliśmy przecież w ręku takie narzędzie… Choć może gorsze jest to, że patrzyliśmy jak rujnowana jest przyjaźń i braterstwo. Przecież to nie była cudza przyjaźń i cudze braterstwo tylko nasze własne… Czy to, że byliśmy sparaliżowani strachem jest jakimś argumentem obrony? Jak można było pozwolić tak spętać własną wolność i godność, przecież nie wiązała nas żadna umowa, żaden akt, a tylko instruktorska powinność... A może najgorsze jest to, że pozwoliliśmy, by w młodych ludziach zachwiała się wiara w nas (pośrednio w harcerskie ideały), że zburzyliśmy ich bezpieczeństwo i poczucie, że przyjaźń i braterstwo naprawdę istnieją?


W tej opowieści nie ma ani jednego słowa, zdarzenia czy uczucia zmyślonego. To jest naga prawda w skali mikro. Kilkuletnia kadencja szybko mija, tyranów nie wybiera się po raz wtóry. Niestety niesmak pozostaje na długo. A niektórych stosunków międzyludzkich nie da się odbudować nigdy.

piątek, 4 grudnia 2015

Sen - mara

To nie był sen. Ja po prostu po raz kolejny umarłam. Żeby się stamtąd wydostać musiałam ułożyć niezwykle skomplikowaną układankę, która raz wyglądała jak chińskie domino, drugim zaś razem polegała na rozwiązaniu zagadki o tematyce zaczerpniętej z Sherlocka Holmesa. Pewnie było tak, że aby zestawić parę klocków pasujących do siebie trzeba było rozwiązać te zagadki. A ja we śnie nie mam lotnego umysłu - pomyślałam, myśląc przecież, że śpię, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że po raz kolejny umarłam.
A może umarłam tylko raz. Ten jeden jedyny, kiedy wydawało mi się, że śpię i śnię, że rozgrywam dziwną grę i ilekroć wydawało mi się, że zaraz zdejmę z planszy ostatnie klocki, coś się knociło i albo kończył się czas, albo kilka ostatnich klocków nie pasowało do siebie. Przy czym, przy każdej nowej rozgrywce tylko na samym początku wydawało się, że klocki są ustawione na jakiejś niewielkiej płaszczyźnie, w pomieszczeniu na stole, a może na ekranie komputera. Kiedy szukałam par od razu czas i przestrzeń nabierały innych wymiarów i okazywało się, że jestem w samym centrum dziwacznych wydarzeń, których dotyczyły zagadki. Dlatego myślałam, że to sen. Bo tylko we śnie można tak poruszać się po różnych przestrzeniach i wydarzeniach, a myśli przeskakują z tematu na temat jak palce fortepianowego wirtuoza.
I dopiero, kiedy strugi gorącej wody lały się po moim ciele, a kot siedział skulony na kuchennym stole poczułam wyraźnie, że byłam w błędzie. Że to nie był sen, tylko śmierć. Musiało mnie zwieść głęboko zakorzenione przeświadczenie, że po śmierci przechodzi się - przynajmniej chwilowo - w niebyt i nicnierobienie. No i że stamtąd się nie wraca, a ja przecież wstaję każdego ranka i przez cały dzień powtarzam czynności, jakich nauczyło mnie życie. Więc, gdy ta gorąca woda spływała po mojej twarzy i dalej w dół po wszystkich krągłościach mojego ciała, jakaś mglista myśl prześlizgnęła się obok, że byłam tam wielokrotnie. I za każdym razem wracałam. Może w końcu udawało mi się ułożyć tę układankę? Tego właśnie nie pamiętam. Za to dokładnie pamiętam każdą nieudaną próbę, zwłaszcza te, które były już prawie na ukończeniu. Wcale nie było mi żal, że się nie udało, bo samo układanie - odnajdywanie klocków chińskiego domina do pary i odgadywanie zagadek, które przeradzały się w wartką, czasami niebezpieczną, za każdym razem pełną przygód akcję było na tyle ekscytujące, że nie chciałam się od nich odrywać. Jak od dobrego filmu. O, właśnie! Każdy powrót z tamtego świata był jak przerwa na reklamy.
Stałam więc oblewana strumieniami gorącej wody i w unoszącej się parze jak w niewyraźnym lustrze widziałam fragmenty życia po tamtej stronie. Mocno uśpiona zapamiętana myśl łechtana oparami gorąca przedzierała się do świadomości z tak wielkim oporem, że prawie niemożliwe było ustalenie jakiegokolwiek ciągu logicznego wydarzeń. I tylko to wwiercające się wrażenie, że to było niejednokrotnie, że wciąż się zdarzało w powtarzalnych sekwencjach... Były tam wszystkie moje zwycięstwa i klęski ustawione na równoważni, która zdawała się tkwić nieruchomo nie przechylając się na żadną ze stron. Były moje uniesienia - te, które powodowały, że mogłam żyć w czasie, kiedy żyłam. Ta miłość, która - odczuwana szóstym zmysłem - zdaje się żądać zapisywania przez wielkie M. Ta, której wzór jest niedościgły i wszystko, co spotyka nas tu, po tej stronie jest marną jej namiastką. To właśnie ta Miłość, odczuwanie jej niezmierzonej bliskości i wielkości powodowało, że wcale nie martwiłam się, gdy układanka rozlatywała się przed samym końcem i wszystko musiałam zaczynać od początku... Najboleśniejsze było wrażenie, że za każdym razem, gdy od nowa umierałam, na samym wierzchu moich uczuć i pamięci tkwiły te ziemskie przyzwyczajenia do ludzi, do ich oczy, koloru włosów, barwy ich głosu i do miłości do nich.
Po żadnej ze śmierci, w rzeczywistości, w której się odnajdywałam nie było nikogo z tych, co umarli naprawdę.
Może to jednak za każdym razem był sen, nie śmierć. Więc wtulam się w ciebie tak, żeby zniknąć.

wtorek, 17 listopada 2015

Odlot myśli

Nikłe światło płynęło od lampki nocnej a ja zastanawiałam się, jaką książkę będę teraz czytała. Wstałam i sięgnęłam ręką ku półce z książkami oczekującymi. Stoją równo jak na apelu. Poukładane malejąco. Nie tematycznie. Gdybym wysiliła wzrok pewnie przeczytałabym tytuły. Na pierwszy rzut oka jednak tego nie zrobiłam. I wtedy zobaczyłam jedyną książkę z podartym grzbietem. Intuicyjnie po nią sięgnęłam i dopiero później dopracowałam myśl, że był to najsprawiedliwszy wybór jakiego mogłam dokonać w przyćmionym świetle, które bardziej nastraja do spania niż do jakiejkolwiek aktywności. Okładka jest w kolorze czerwonym. W odcieniu karminowym. Kolor jak z flagi narodowej. Niefortunne porównanie. Dopiero co wszelkiej maści narodowcy hejtowali autorkę za jej najnowszą nagrodzoną powieść. Ludzkość zmierza do katastrofy. Nie wiem co stało się z moim narodem. Widać Wyspiańskiego kaduceusz wiecznie w ruchu.
Cóż ja poradzę, że moje myśli skłonne są do takich (od)lotów.

niedziela, 15 listopada 2015

Dziady, dziadunie

Doszły do moich uszu informacje, że w niektórych sądeckich szkołach poszły wewnętrzne zalecenia, by zrezygnować w tym roku/od tego roku z organizowania zabawy andrzejkowej.
Dlaczego?
Bo skoro wreszcie Polska jest rządzona właściwie, nie będzie się kultywowało pogańskich zwyczajów.
Konstatuję historyczną walkę z takimi gusłami pogańskimi jakimi były dziady. (     ).  < W nawiasie jest miejsce na przypomnienie sobie wszystkiego co wiesz na temat dziadów chociażby z "Dziadów" Mickiewicza. Aż przyszło większe zło w postaci jeszcze bardziej pogańskiej, w dodatku obcego pogaństwa - Halloween. I co? I okazuje się, że nasze własne, słowiańsko-pogańskie gusła są jak kiła dla pacjenta oczekującego na wynik badań w poczekalni ambulatorium, w którym każdy dostaje wynik HIV pozytywny.


Dziady, dziadunie...


czwartek, 5 listopada 2015

Nawet nie jestem córką piekarza

Tamtego dnia pani W. z rejestracji stręczyła pacjentów. Przynajmniej moje myśli po wielokroć doprowadziła do nierządu.
Tak. Siedząc vis a vis pani W. zmusiła mnie, bym miała sprośne myśli.
Bo pani W. jest odwrotnością przemiłej, uprzejmej, kompetentnej i profesjonalnej pani P.

Najpierw więc, ale dopiero po wyjściu pani P., pani W. apelowała do wyobraźni, a nawet zdrowego rozsądku pewnego zagubionego staruszka, któremu doktor polecił zarejestrować się na konkretny termin, mówiąc:
- Nie zapiszę pana na ten dzień, bo już jest zarejestrowanych na wtedy X pacjentów. Z panem będzie ponad X i jak doktor będzie w stanie przyjąć ponad sto pacjentów tego dnia, pan wie?
- Ale doktor mówił, że trzeba... - wtrącił staruszek wykorzystując dłuższy przystanek wymuszony pytajnikiem, którym pani W. zakończyła zdanie.
- Może i mówił, ale niech pan sobie wyobrazi, jak doktor będzie mógł przyjąć tego dnia ponad sto pacjentów? Nie! Nie zarejestruję pana.

Innego zaś mężczyznę, który poprosił o ksero dokumentacji medycznej zapytała kategorycznym tonem (pani W. w pracy ton ma zazwyczaj kategoryczny):
- Po co panu ta dokumentacja? Czy pan już zakończył leczenie?
- Nie, ale...
- No to po co panu, no po co? No, niech mi pan powie, po co?
- Bo...
- Jak pan nie zakończył leczenia i jak pan nie umie powiedzieć, to ja panu powiem: jak pan zakończy leczenie, to pan przyjdzie do mnie i ja wtedy panu skseruję tę dokumentację, bo wcześniej panu i tak nie będzie potrzebna.
- Ale...
- No, rozumie pan, co do pana mówię, czy nie? Proszę przyjść jak pan zakończy leczenie.
- Ale doktor prosił.

Wysłuchawszy jeszcze kilku reprymend udzielonych kategorycznym tonem, postanowiłam ulżyć moim nadwątlonym, zmuszonym do nierządu myślom/nerwom i przesiadłam się w najodleglejszą część poczekalni. Było to możliwe, bo zrobiło się późne popołudnie i tłum zmalał. Utonęłam w lekturze.

Po konsultacji Doktor wyznaczył mi termin następnej wizyty na ten sam dzień, co owemu zagubionemu staruszkowi. Kiedy informowałam o tym panią W. cieszyłam się, że Doktor nie kazał mi równocześnie kserować dokumentacji.

Doktor postanowił zaszczepić we mnie wiosnę ordynując mi wyciąg z cebulek przebiśniegu, a może sasanki czy pierwiosnka. W zastrzykach w każdym razie. Wiosna wszczepiana przez powłoki skórne pośladka okazuje się być scypiąca i to nawet bardzo. Aż mi się przypomniała alergia na pyłki, która pojawia się u mnie jakimś sobie tylko znanym cyklem - na szczęście nie corocznym - i objawia się łzawiącymi i scypiącymi oczami.

Niezależnie od wszystkiego jesień wzięła świat we władanie. Chodziłam po cmentarzu jak co roku o tym czasie i odnajdywałam wciąż nowe tablice z epitafiami i dostrzegałam coraz to mniej starych, zabytkowych nagrobków. Ludzie zamienili przepiękny, stary cmentarz w skład wygładzonego granitu o różnych kolorach i odcieniach. Odbywam pielgrzymowanie do miejsca wiecznego spoczynku obywateli królewskiego miasta w ramach zadośćuczynienia. Nie mogłam być wtedy, kiedy byli wszyscy i kiedy utarło się bywać, gdyż bałam się tłumu. Zbyt jestem obolała i za mało sprawna, bym mogła zmierzyć się z tak wielką ilością bezmyślnej ludzkiej masy, jaka przelewa się przez cmentarze wszystkich polskich miast 1 listopada. Zwłaszcza doświadczenia ostatnich tygodni kazały mi przedsięwziąć postanowienie, by w ten dzień pozostać w domu. Któregoś dnia idę ulicą powoli. Kolano ustabilizowane mam ortezą, której być może nie widać, bo zlewa się z dolną częścią garderoby, ale zapewne odznaczam się kolebiącym się krokiem. Bardziej niż kolano dokucza mi kręgosłup. W tym czasie cała jestem zbudowana z ran. W miejscu niedozwolonym ulicę po przekątnej przechodzi jakaś kobieta, która wkracza na chodnik tuż przede mną i zachodzi mi drogę; zderzam się z nią. Nie jestem w stanie wyhamować obolałego ciała. Nie znam na tyle fizyki i nie potrafię podzielić i pomnożyć ciężaru, masy, prędkości i dokonać tych wszystkich skomplikowanych obliczeń, ale tak normalnie rozumując nie jest możliwym zatrzymanie ciała wprawionego w ruch. Za kilka dni dokładnie w tym samym miejscu drogę zajeżdża mi samochód - znów wbrew przepisom - parkując na chodniku; natychmiast otwierają się drzwi, tak, że wchodzę w nie, bo znów nie jestem w stanie zatrzymać ciała wprawionego w ruch. Za następnych kilka dni na tej samej ulicy, nieco dalej, inna kobieta, wysoka - jak oficer z wiersza o Grzesiu kłamczuchu - wyprzedza mnie o pół kroku i co robi? I natychmiast zachodzi mi drogę chcąc przejść przez ulicę. Wspominać, że w miejscu do tego nie przeznaczonym? Z moim bólem pewnie nie pasuję do rozpędzonego świata.  Dlatego, gdy pewien lekarz, który ma wprawdzie warzywne nazwisko, ale bardziej pasowałoby, gdyby nazywał się burak, stosuje wobec mnie podczas prywatnej wizyty przemoc słowną, najnormalniej w świecie zaczynam ryczeć. Odbijam to sobie na kolejnym buraczanym lekarzu i mówię mu co o nim myślę, po tym, jak mnie nieuprzejmie i niegrzecznie potraktował (choć i tak daleko mu było do owego, który ma warzywne nazwisko, choć bardziej pasowałoby, gdyby nazywał się burak). Tamten jest zdziwiony i mówi, że dziwne, bo żadna pacjentka mu jeszcze nie powiedziała, że jest nieuprzejmy i niegrzeczny.
- To nie znaczy, że tak nie jest. Widocznie nie mają odwagi, a mi jej nie brakuje. Odpowiedziałam tamtemu wtedy.

W tym czasie, kiedy cała jestem zbudowana z ran nie mam siły na stręczycielskie zapędy pani W. wobec moich myśli. Nawet nie jestem córką piekarza.


poniedziałek, 19 października 2015

I w październiku niebo bywa pogodne

Każdy październik przychodzi feerią barw, zapachem grzybów i lazurowym niebem. W ślad za tym ciągnie się zapach butwiejących liści i kiszonej kapusty. Idąc wszelkimi drogami musisz uważać na spadające kasztany i żołędzie, by nie pacnęły cię w głowę, bo przecież zaboli. Zabolą również wspomnienia, choć pamięć o nich nie powinna gnębić. Jednak, kiedy zjawiają się z melodią zawodzących wiatrów, mogą tylko boleć. Zamykasz więc oczy licząc na to, że nie zauważą cię i przejdą pomimo, miast tańczyć swój upiorny taniec przed twoją pamięcią. Ale im bardziej zaciskasz powieki, tym mocniej wskrzeszasz widma, przed którymi chciałbyś uciec. Poddajesz się melancholii, a świat chciałby cię uleczyć. Toteż musisz udawać, że masz katar w nosie, a nie smutek w duszy. I wtedy wszyscy pozwalają, byś dał się pochłonąć melancholii. A ty już nie wiesz czy smutek naokół jest samym smutkiem, czy wielką jesienną smutą, którą wnet przywali pierzyna białej nicości - tej, która aż do wiosny będzie grzała twoje niepokoje, by rosły w jej cieple jak drożdżowe ciasto. Jest pewna siła, która nie może stąpać cicho wokół ciebie, nie może stać się niewidzialną. Chce wyrwać cię z odmętu twojej cierpliwej niecierpliwości. Jeśli ją zlekceważysz, toś przepadł - czas momentalnie przysporzy ci lat. O wiele więcej niż kartki kalendarza. Unicestwij więc żałość, nim ona unicestwi ciebie.
Zrób 5 x tak. Albo odwrotnie. Tylko coś zrób.
       

sobota, 10 października 2015

Poza początkiem i końcem

Początek wyraźnie się zaznaczał i nie sposób było pomylić go z tym co przed ani z tym, co po. Nie dziwi więc, że kiedy przeszło się inicjacyjną, niewidzialną bramę początku, pozwoliło się na gorączkę zmysłom. Po pierwszym szaleństwie i upojeniu koniecznym było wejść na równoważnię, bo ileż można płonąć? I choć bardzo się chciało zaznać już jakiejś stabilności, z czasem ten etap stał się zbyt monotonny. Jednak nie było możliwości zmienić toru ani kierunku. Trzeba było podążać od wschodu do zachodu słońca i przeliczać kilometry za pomocą zmieniających się pór roku i następujących po sobie lat. Nikt nie wiedział, gdzie jest koniec, bo koniec w żaden sposób nie został opisany. Ci, którzy już znaleźli się poza nim, zdawali urywane relacje o niejasnych przeczuciach i symptomach, ale zazwyczaj mówili, że współcześni zatracili zdolność dostrzegania tego, co niematerialne. Toteż nawet tym, którzy potrafili wcześniej niż od początku posługiwać się intuicją, wciąż myliło i mieszało się wszystko. Niektórzy mieli wrażenie, że już kiedyś uczestniczyli w podobnych lub nawet identycznych zdarzeniach, ale właśnie w chwili, gdy byli na granicy jasności i odkrycia, pojawiała się mgła znikąd. Czasem był to dym palonych liści jesienią. Ale zarówno mgła, jak i dym powodowały, że zrozumienie się oddalało. Nikło. Zjawiała się za to gorączka z początku. Trzeba było być zaślepionym monotonią równoważni, by nie skojarzyć, że najwyraźniejszą granicą końca była owa gorączka. Dlatego większość przeszła przez koniec nie wiedząc, że to właśnie on. Ja również.
Więc jestem poza początkiem i końcem. Znalazłam się w strefie, gdzie - jak znaki drogowe - stoją sentencje wyrosłe z doświadczenia. Nie wiem czy innym, którzy przyszli tu przede mną, albo po mnie, owo proverbium gra na tę samą melodię. Nie wiem nawet czy muzyka, którą słyszę jest zaledwie preludium do właściwego utworu. Czuję za to, że i poza granicą jest gorączka trawiąca zmysły. Ale ta gorączka nie pali, więc nie spala. Za to pozwala równomiernie odczuwać. Poza początkiem i końcem.

środa, 30 września 2015

Poranny numerek

Leżę jeszcze w łóżku. Na pewno musi być przed 11., bo mój sąsiad, nie wiedzieć czemu, twierdzi, że sypiam do 11. Tzn. domyślam się czemu. Zapewne, jak większość ludzi, sądzi według siebie. Więc leżę i do moich uszu z klatki schodowej dobiegają męskie głosy. Dobijają wodę do centralnego ogrzewania - przypomniałam sobie treść kartki tkwiącej od kilku dni na drzwiach wejściowych. Nie chce mi się ruszyć, by poodkręcać kaloryfery. Dzięki temu, że nie spłoszyłam ciszy, doszedł mnie odgłos naciskanych dzwonków do drzwi piętro niżej. Ale po co oni chcą się dostać do mieszkań? - zastanawiam się i postanawiam nie reagować. Znaczy leżeć, udawać, że mnie nie ma i nie otwierać. W razie, gdyby zadzwonili i do mnie. Leżę. Wstrzymałam oddech, żeby cisza była idealna. Koty nawet mrugnięciem powiek mnie nie zdradzają - tkwią nieruchome w miejscach, w których zastał ich dźwięk dzwonka, choć zawsze zdążają ku drzwiom w oczekiwaniu na gościa. Dzwonek naciskany ręką pracownika administracji dzwoni uporczywie. Raz. Drugi. Trzeci. Zadzwonił pięć razy za każdym razem chrypiąc przez przedłużające się naciskanie gongu. Przecież po pierwszym razie można się domyślić, że nie należy trzymać palca zbyt długo na przycisku. W końcu daje się słyszeć odwrót dwóch par nóg. Na głos wyjaśniam kotom sytuację. Syn Dzikiego Żbika patrzy na mnie wzrokiem mówiącym: i po co strzępisz język? Przecież nas to wcale nie interesuje. Ociągam się jeszcze chwilę i wstaję. Widocznie jest 11. Zaledwie się umyłam, ubrałam i naciągnęłam na nogę ortezę, rozlega się dzwonek domofonu. Przez jego uporczywość i powtarzalność wiem, że naciska go ta sama dłoń, która kilkanaście minut wcześniej naciskała dzwonek u moich drzwi. Ponieważ mogę się już pokazać ludziom, podnoszę domofon.
- Jaki to numerek? - słyszę głos pracownika administracji brzmiący głosem wyliniałego kocura.
- To nie burdel. Pomyłka.

sobota, 26 września 2015

Szydłów

On siedział na ławce, a budynek był cały odrapany. Wydawało się, że ani on, ani budynek nie pasują do tego miejsca, które z drogi dawało zapowiedź niewiarygodnego spełnienia. On zatrzymał się na chwilę, a czas chyba na wieczność uwięził siebie i zdarzenia naokół odrapanego budynku. I chyba już nawet się nie przechadzał wąskimi uliczkami, nie przeciągał i nie wietrzył średniowiecznej stęchlizny. Za to on był w drodze i przycupnął tylko na moment, sprawdzając coś w telefonie. Kiedy już wzrok ześlizgnął się z odrapanego budynku, najbardziej rzucała się w oczy muszla na jego plecaku. Więc był wędrowcem. Pielgrzymem, a nie zwykłym turystą. Ale na muszlę niewielu ma otwarte oczy. Bo większość jest ślepcami.
Gęsta mgła przytłaczała ostatnie dni tego lata do nagrzanej jeszcze ziemi, a czas stał i stał. Nie nucił żadnej pieśni, nie bujał dojrzałych liści, a tylko ze zdumieniem przypatrywał się postępującemu unicestwieniu piękna. Poza ostatnim spóźnionym parafianinem przemykającym się pośpiesznie do świątyni, której dzwony zaledwie umilkły i drobnym pijaczkiem bujającym się w rytmie najnędzniejszego upojenia, nie dało się odnotować żadnego ruchu. Nic tylko stagnacja i nabrzmiewające zdziwienie. Mogło być tak pięknie! Nikt nie spodziewał się spotkania z albigensami, bo każdy zdawał sobie sprawę z nadwyrężenia porównania do średniowiecznego Carcassone, ale też nikt nie był przygotowany na odarcie z oczekiwań wielkimi płatami odpadającego tynku. Jak z każdego budynku, po którym prześlizgiwał się wzrok. Okrągłe uliczki i zaokrąglone ściany przycupniętych wzdłuż kamieniczek prowadziły do jeszcze większego obrzydzenia. Załamana konstrukcja schodów, których zmurszały kamień zapadł się w ziemię kierowała wzrok w stronę zmurszałych drzwi bez klamki, ze zgniłą futryną. I skoro wstęp był nieprzystępny oczy szukały innego zaczepienia, ale tam, w oknach albo świeciło pustką rozbitych szyb, albo pokruszoną falą śmiercionośnego pokrycia dachu. W parkanach spróchniałe deski odsłaniały tajemne wejścia i wyjścia do melin, które niegdyś były domami. Z niektórych kominów snuł się dym, ale tylko jeden był zapowiedzią obiadu, którego zapach wypełzł poza siatkę ogrodzenia. Wszystkie ogrody były tajemnicze, ale nikt nie był ciekawy ich odkrywania. Bezwstydne zwały śmieci wyzierały nawet na świątynny plac świątyni, z której właśnie zanoszono modły do litościwego Ojca. Może kto wymodli wreszcie dla miasteczka dobrobyt, ten który ze snu wymyka się spod pierzyn i puchnąc pod powałami odrapanych domów nie może znaleźć drogi na zewnątrz? Uleciałaby choćby z piekącym dymem z kominów i snuł się po okolicy i pozwalał przytłaczać mgłom kończącym lato, byleby tylko sypnąć czarodziejskim pyłem wokół... Więc świątynia zbudowana z cegły o wymiarach według normy z wieków średnich. I co z tego, że na Jakubowym szlaku? Skoro teren uprzątnięty zaledwie od wejścia głównego, a tam, od tamtej strony, od której ustawiają się w rzędach samochody coś się pałęta - z dala wygląda jak sfatygowany podkoszulek, który się w czasie orgii zawieruszył, ale to zwykła foliowa torebka rzucona na wiatr, zbyteczna po zakupach, które doniosła do kuchni. 
Po całym miasteczku czają się niemi świadkowie krótkich chwil, podczas których w mury średniowiecznej warowni wstępuje nadzieja na odmianę. Tajemnica wydarzeń zaklęta w miękkiej lipie z trudem opiera się działaniom  miejscowych watażków, którzy spojeni tanim sikaczem dewastują odrobinę zstępującego na to przeklęte miejsce piękna. I zdaje się, że metoda wychowawcza zastosowana w tym uśpionym miejscu polegająca na tym, by młodzież uczęszczająca do gimnazjum spoglądała podczas lekcji na salę tortur nie przynosi pożądanego rezultatu, bo młodzież tam może się tylko stoczyć, albo uciec stamtąd, a na pewno dziwny ten zabieg wychowawczy nie przysporzy miejscowości porządnych obywateli. 
Czyżby nigdzie już piękna nie było? Jest. Owszem. Zaklęte w zapachu w budynku skarbca, który dziwacznym splotem prócz ekspozycji muzealnych mieści w sobie bibliotekę pachnącą dzieciństwem. Chyba, że włodarze miejscowości uznali, że zbiór książek już tylko wystawą muzealną być może... 
I jest jeszcze dom modlitw starszych braci w wierze, który magnetyzuje, a siła tego oddziaływania wymaga oddzielnego opisania.

Mgły nie chcą opaść. Zapewne pokonują niewidzialne barykady, ale żadna z ulotnych panien zwiewnych półprzeźroczystych nie ma w sobie siły kolumbryny i nie jest zdolna pokonać klątwy, która najpewniej zawisła nad walącymi się dachami, zapadłymi kominami, zmurszałymi schodami, pustodołami odrzwi i okien tej niegdysiejszej mieściny, która już nawet zapomniała o latach swojej świetności. 

Ławka, na której siedział wędrowiec jest pusta. Uciekamy i my, by nie stać się zakładnikami odrapanej, zatęchłej rzeczywistości tego miejsca. Nie szukaliśmy brzydoty. Zawsze szukamy piękna, ale w tym miejscu go po prostu nie ma.