MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Co wspólnego ma przyrodolecznictwo z harcerstwem?

Zarzewie harcerstwa datuje się na czasy, kiedy Polski nie było na mapach Europy. Czasy zaborów. Czasy Galicji. Czasy, kiedy Polska zapisana w sercach Polaków bogata była w Kresy i "granica" sięgała hen, po Podole znajdujące się dzisiaj na Ukrainie.
Idea skautingu, wiadomo, zrodziła się w głowie angielskiego generała Roberta Baden-Powella u schyłku XIX w. Szybko rozprzestrzeniła się na na cały europejski kontynent, a nawet do Ameryki. Lotem błyskawicy dotarła na ziemie polskie. Dokładnie do Małopolski Wschodniej. Jak wiadomo, z organizacji wychowującej brytyjskich chłopców, ewaluowała dla potrzeb odzyskania przez Polskę niepodległości. Aż do tego czasu, tj. do dni spędzonych na Ukrainie myślałam, że pierwszy zastęp skautowy powstał we Lwowie. Tak nas uczono historii harcerstwa.
Tymczasem w Kosowie Huculskim dr Apolinary Tarnawski, lekarz owładnięty ideą przyrodolecznictwa zbudował sanatorium i alternatywną dla Zakopanego stolicę górską. Teren Huculszczyzny bogaty jest w wody mineralne o zgoła innym składzie niż te z Małopolski Zachodniej (posłużę się ówczesną terminologią geograficzną, wiadomo, że chodzi o współczesny powiat nowosądecki, gorlicki, szczawnicki itp.). Wody tamtejsze zawierają wielkie ilości solanki. Przez długie lata minionych wieków tamtejszy lud żył z oddzielania soli od wody. Tak pozyskaną sól sprzedawano na huculskim jarmarku, następnie dalej wędrowała w świat.
Dla potrzeb prywatnego zakładu przyrodoleczniczego dr Tarnawski zbudował potężne warzelnie soli a przy nich całą strukturę sanatoryjną. Kosów stał się nie tylko stolicą górską Karpat Wschodnich. Zjeżdżała się tam elita życia kulturalnego nieistniejącej na mapach, za to kwitnącej w sercach Polaków Polski. To byli pozytywiści z krwi i kości. Tak samo jak pozytywistą był sam doktor Tarnawski.
Zdarzyło się, że w pięknych stylowych budynkach zakładu dr. Tarnawskiego przebywali bracia Lutosławscy - Kazimierz i Witold, oraz dzielna dziewczynka - Olga Drahonowska. Oni to założyli pierwszy zastęp skautów, dając tym samym początek Związkowi Harcerstwa Polskiego (z taką nazwą musiał poczekać do odzyskania niepodległości w 1918 r.). Andrzej Małkowski i Lwów to nieco późniejsze dzieje. Pewnie liczone na tygodnie, może krótkie miesiące, jednak historia harcerstwa i Polski jakoś zapomniała o Huculszczyźnie, opłakując zaledwie Lwów, Stanisławów itp.
Sam dr Apolinary Tarnawski był aktywnym działaczem kosowskiego Sokoła - Towarzystwa Gimnastycznego, z szeregów którego w ogóle wyłonili się pierwsi skautmistrze i skauci polscy. Ks. Kazimierz Lutosławski, bo jeden z braci był księdzem, jest przecież autorem Krzyża Harcerskiego.

Byłam, wszyscy byliśmy w niegdysiejszym Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie Huculskim. Znajduje się tam kilka autentycznych budynków zbudowanych na przełomie wieków - XIX i XX. Sasza opowiedział anegdotę, że co się doktorowi urodziła córka - stawiał nowy budynek. Wikipedia mówi tylko o jednej córce (i jednym synu)...  W tym wypadku bardziej wierzę Saszy niż Wikipedii, ale to przecież nie jest w tej chwili takie ważne.
Najważniejsze jest wrażenie jakie miałam w sobie - w każdej cząstce siebie samej, z której składam się jako człowiek, harcerka, matka harcerzy, instruktorka harcerska itd. - kiedy spacerowałam po parku Zakładu Przyrodoleczniczego dr. Tarnawskiego.
Podobne wrażenie wielokrotnie gościło we mnie na ukraińskiej ziemi, to jednak było szczególne. Może dlatego, że klamrą zamknęło nasze wędrowanie? A może bardziej dlatego, że uświadomiłam sobie, iż do mnie należy powiedzieć harcerzom i harcerkom, a także instruktorom, że początek harcerstwa do Kosów Huculski, a nie Lwów, jak zwykło się mniemać?
Być może historycy mają jednak rację. Znów Wikipedia podaje, że był to jeden z pierwszych zastępów na ziemiach polskich...

Pierwszy, czy drugi? Jakie to ma znaczenie dzisiaj? Kiedy grób Apolinarego Tarnawskiego kruszeje na polskim cmentarzu w Kosowie Huculskim? A on tak kochał Karpaty Wschodnie!

Do dziś w Zakładzie dr. Tarnawskiego mieści się sanatorium.

Tablica pamiątkowa w Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Tarnawskiego

Tablica pamiątkowa w Zakładzie Przyrodoleczniczym dr. Tarnawskiego .

Budynek w Zakładzie Przyrodoleczniczym
dr. Apolinarego Tarnawskiego.

Budynek w Zakładzie Przyrodoleczniczym
dr. Apolinarego Tarnawskiego.


Skautmistrz Sasza przy jednym z budynków
Zakładu Przyrodoleczniczego dr. Tarnawskiego
(to drzewo ponad 100-letnie!)

Huculsko - pokuckie pisanki, ceramika i inne dzieła

Pisanka w Karpatach Wschodnich na Pokuciu i Huculszczyźnie jest całoroczną ozdobą domu. O każdej porze roku można ją kupić na każdym straganie z pamiątkami, w sklepie z wyrobami regionalnymi i oczywiście bezpośrednio u ich twórców. Taka pisanka zrobiona jest z wydmuszki jaja kurzego, więc należy obchodzić się z nią jeszcze delikatniej niż z jajkiem. O ileż jest cenniejsza od zwykłego jajka! Inni mówią o mnie, że mam nieograniczoną wyobraźnię. Jednak w tym momencie moja wyobraźnia ma wyraźne granice, ponieważ nie jestem w stanie ogarnąć ogromu pracy, precyzji, cierpliwości i pokory jaką musi dysponować człowiek robiący takie cudeńka jak ukraińskie pisanki. I tu się dziwię.
Każdy turysta powinien wrócić z Huculszczyzny z pisanką.
Na dowód tego, jak ważna jest pisanka w twórczości ludowej, w Kołomyi powstało Muzeum Pisanki. Zbiorów muzeum nie oglądaliśmy, dość, że staliśmy przed muzeum i podziwialiśmy bodaj największą na świecie pisankę, liczącą sobie ponoć kilkanaście metrów. Charakterystyczne dla największej na świecie pisanki jest to, że jej wzór jest co jakiś czas zmieniany. Mieliśmy okazję zobaczyć pisankę w barwach żółci, pomarańczu i rudego. Może to już przygotowanie do jesieni, której rozpoczęcie mieli wierchiwinianie świętować już w połowie sierpnia?
Dom, w którym mieszkaliśmy, pensjonat "Panske", urządzony jest na ludowo. Z wielką delikatnością i olbrzymim smakiem właściciele pensjonatu udostępnili w cenie noclegów małą galerię sztuki ludowej. Przyjemnie było mieszkać w takim otoczeniu, które na każdym kroku świadczyło o przynależności do kultury huculskiej. Oprócz innych wyrobów rękodzieła ludowego, pisanki miały tam również swoje miejsce.
Byliśmy też w domu rzeźbiarza ludowego, który kolekcjonuje pisanki. Jego dom to swoista galeria sztuki rzeźbiarskiej. Nawet meble kuchenne są własnoręcznie przez niego rzeźbione. Z takiej kuchni żona - drużyna Hucuła - chyba nie wychodzi. Kolekcja pisanek u rzeźbiarza, zapewne z uwagi na brak miejsca do ekspozycji, znajduje się w pojemnikach na jajka takich, w jakich jajka są sprzedawane. Śmiesznie to wygląda - za oszkloną witryną mebli pokojowych stoi stos przepięknych pisanek huculskich przygotowanych jakby hurtem na sprzedaż. Jednak, aby nie było wątpliwości, pisanki te nie są na sprzedaż. To prywatne zbiory kolekcjonerskie gospodarza. Kupić u rzeźbiarza można i należy najwyższej jakości pamiątki drewniane - dzieło jego rąk i wrażliwości twórczej.
Każdy turysta powinien wyjechać z ukraińskich Karpat zaopatrzony w haftowaną koszulę, ręcznik, makatkę lub obrus huculski. Jest wprost niewyobrażalne, aby nie zakupić takiej rzeczy. Krajki i pasy, bieżniki, narzuty, zasłony, maty ścienne itp. wyroby tkane ręcznie to nie lada gratka. Dla prawdziwych smakoszy. I dla naprawdę bogatych.
Kolejnym sztandarowym wyrobem Huculszczyzny jest ceramika gliniana. Odwiedziliśmy zakład o strukturach spółdzielni zajmujący się działalnością rękodzielniczą, m.in. wytwarzaniem ceramiki glinianej. Cały proces od rozgrzania, rozmiękczenia gliny, przez formowanie, wytłaczanie, wypalanie w olbrzymim piecu ceramicznym, malowanie, aż po lakierowanie, wystawianie na pokaz i w końcu sprzedaż odbywa się w jednym miejscu. W różnych pomieszczeniach znajdują się odpowiednie stanowiska pracy i nie jest to bynajmniej manufaktura. Każdy przedmiot jest wykonany od początku do końca przez jedną osobę. Na spodzie, na denku, odwrocie znajduje się nazwisko wytwórcy (przeważnie pani) i po sprzedaniu małego dzieła sztuki ludowej pieniądze trafiają do niego. Ceramika wytwarzana jest wg ściśle określonego wzoru kolorystycznego. Nie znajdzie się na Huculszczyźnie innych wyrobów ceramicznych niż w kolorach: zielonym, żółtym i brązowym na białym tle. Kolory mają swoje uzasadnienie i związane są ściśle z przyrodą. Zielony kolor to trawa i drzewa, brązowy - ziemia, żółty - słońce a białe tło odzwierciedla wolną duszę Hucuła.
Panie wytwarzające przedmioty ceramiczne robią różne różności. Od bibelotów i dzwonków glinianych, przez wazy, misy i miski, dzbanki, talerze ozdobne i praktyczne, cukierniczki, solniczki, olbrzymie wazony na kwiaty itp. po kafle do pieca. Te ostatnie są imponujące. Widzieliśmy w starych grażdach, które dzisiaj są muzeami, piece zrobione z takich kafli. Coś pięknego! Każdy kafel jest inny, nie ma dwóch takich samych. Sasza opowiadał, że w dawnych czasach na przypiecku w kuchni sadzano dzieci zimą, by nie zmarzły. Taki maluch miał zajęcie na pół dnia, albo dłużej, gdyż oglądając obrazy na kaflach tworzył i opowiadał historie. Za każdym razem inną, albo wcześniejszą rozbudowywał. Nic dziwnego, że kwitło gawędziarstwo ludowe. Ciekawam, czy Kumłyk również był sadzany na przypiecku :)?
No przecież nie można wyjechać z Huculszczyzny bez wyrobu ceramicznego kupionego na pamiątkę dla siebie lub dla bliskich!

:)

Muzeum pisanki w Kołomyi


Kołomyjska pisanka


Pisanki huculskie (kolekcja w domu rzeźbiarza)


Kolekcja pisanek w domu rzeźbiarza
Pisanki w "naszym" domku.

Wieko olbrzymiej skrzyni drewnianej - wyrób ręczny ludowy

Krzyże prawosławne drewniane
(u rzeźbiarza)

Talerze drewniane (u rzeźbiarza)

Meble kuchenne w domu rzeźbiarza (własnoręcznie rzeźbione)

Koło garncarskie

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Piec do wypalania gliny

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski).
Narożniki kafli.

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski).
Kafle piecowe.

Proces wyroby ceramiki glinianej (Kosów Huculski)

Gotowe wyroby ceramiczne.
Wzory kafli ceramicznych.
Salon w naszym pensjonacie (Panske).
Na werandzie w naszym pensjonacie (Panske).

U Hucuła w domu

Wiele dróg przemierzyliśmy podczas naszego wędrowania po Karpatach ukraińskich. Kosiv Huculski - miejsce naszego pobytu - w przewodnikach turystycznych i informatorach nazywane jest sercem Huculszczyzny. Pewnie dlatego, że jest największym miastem w całej okolicy. To w Kosowie odbywają się cotygodniowe jarmarki, na które zjeżdżają mieszkańcy górskich wsi i miejscowości. Serce, jak to serce - musi mieć krwiobieg. Takim krwiobiegiem dla serca Huculszczyzny jest rozległy teren od Pokucia, przez Czarnohorę, Bukowinę, Wierchowinę, po Kołomyję.
Jednego dnia zawitaliśmy do domu współczesnego Hucuła. Jest to człowiek wysoce kształcony i światowy. Na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy współczesnym, a niegdysiejszym Hucułem. Inaczej mówiąc, jest to syn Huculszczyzny z ogromną pasją miłości swojej małej ojczyzny i wszystkiego co można pod tym pojęciem zmieścić.
Swój dom zamienił na prywatne muzeum Huculszczyzny. Zgromadził pod własnym dachem niezliczone ilości instrumentów muzycznych (skrzypce, cymbały, trombity), przedmiotów ozdobnych i użytkowych, którymi otaczali się niegdyś mieszkańcy tej ziemi. Ponieważ z wykształcenia jest muzykiem i etnografem, potrafi na zgromadzonych instrumentach grać, o ile tylko te wydobywają z siebie jeszcze jakieś dźwięki. Poza tym ma dar gawędzenia, toteż zabawia przybyłych opowieściami o tym, jak to drzewiej bywało. Posiadając zdolności, by z instrumentów muzycznych wydobyć dźwięki, ze swego wnętrza wydobywa je również. By uzupełnić swe gawędy, okrasza je muzyką i śpiewem. Los sprawił, że wiele lat spędził w Polsce wykładając na akademiach muzycznych i uniwersytetach, więc bez żadnych problemów mówił po polsku.
Niejednokrotnie brałam udział w poglądowej "lekcji historii" w Muzeum Regionalnym w Piwnicznej-Zdroju. Często mam do czynienia z naszym rodzimym gawędziarzem ludowym (o niegdysiejszych kontaktach zawodowych nie wspomnę, bo to było w innej epoce). Słuchając Kumłyka słuchałam znanej opowieści o życiu ludu Karpat. Właśnie wtedy nabrałam przekonania, że bardziej niż dzielące granice, łączy nas wspólne pochodzenie wynikające z faktu urodzenia się w Karpatach, w Galicji. Takie rzeczy, bardziej niż sztucznie ustanowione państwowości, powinny mieć zdecydowanie większy wpływ na przynależność do pewnej grupy ludności. Tylko powiedz to Ukraińcom, którzy są tak dumni ze swojego państwa!
Z dnia na dzień coraz bardziej zastanawiało mnie, czy Sasza, pokazując nam swoją małą ojczyznę, zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest ona również naszą ojczyzną. Nie mam w tej chwili na myśli całej historii tego zakątka Europy. Myślę o tym, co już napisałam. Myślę o karpackim pochodzeniu nas, jego, Kumłyka i pozostałych ludzi, z którymi mieliśmy kontakt. Myślę o ludziach urodzonych w cieniu pięknych gór, na co dzień borykających się z trudnym życiem, umiejących sobie stawiać wyzwania, pokonywać słabości. O ludziach hardych i honorowych. O ludziach miłujących Boga, świat, bliźnich. O ludziach z sercami wielkimi, jak wielkie są góry, które są ich domem. O ludziach, którzy częściej niż inni chodzą z głową w chmurach, bo chmury zaczepiają się o górskie szczyty.
Chociaż mogę na poczekaniu wyliczyć tyle podobieństw, jednak wszystko, co widziałam, było dla mnie zjawiskowe. Może dlatego właśnie, że spodziewałam się zastać odmienną kulturę, architekturę, nieco inny świat niż oglądam za oknem, a tymczasem ujrzałam świat bliźniaczo podobny do mojego? Tylko w tamtym czas jakby wolniej płynął. Na pewno miałam wrażenie, że cofnęłam się do mojego dzieciństwa, do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Pomimo intensywności wydarzeń miałam okazję przysiąść na chwilę pomiędzy jednym zdarzeniem, a drugim i pozwolić dotknąć mojego wnętrza temu wszystkiemu, co przeżywałam, widziałam, czego doświadczałam.
Wjechałam na Ukrainę jak ślepiec. Wyjechałam z szeroko otwartymi zmysłami.

Dom Kumłyka

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(człowiek orkiestra)
W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(trombita) 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne
(kolekcja skrzypiec)

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka, który właściciel zamienił w muzeum etnograficzne 

W domu Kumłyka (cymbały)
Wierchowina to przedwojenne Żabie. Leży wysoko w górach nad rzeką Czarny Czeremosz. Droga z Kosowa jest niezwykle malownicza, ale też ma się wrażenie, że pamięta przedwojenne czasy, czyli Polskę właśnie. Po ulicy przechadzają się konie i krowy. Niestety na Huculszczyźnie nie ma hucułów - koni z hodowli których słynie Beskid Niski. Byłam skłonna fotografować każdy mijany dom. Robiłam zdjęcia krowom wałęsającym się po drogach. I drogom, które wyglądały jak ser szwajcarski, a także mostom i barierkom zabezpieczającym przed przepaścią.
To jest naprawdę piękny świat pozbawiony naszego pędu po wszystko i za wszelką cenę. Tam życie ma najwyższą cenę. Spokojne życie.

Droga do Wierchowiny

Droga do Wierchowiny

Krowa na drodze do Wierchowiny

Droga do Wierchowiny

Dom w Karpatach w drodze do Wierchowiny

niedziela, 26 sierpnia 2012

Cmentarze

Cmentarze Karpat Wschodnich są niezwykłe. Przyciągają wzrok wielobarwnością. Kuszą, aby zatrzymać się na chwilę, wejść i oddać się zadumie. Przy czym jest to przedziwna zaduma, bo myśli rozjaśnia i weseli kolorowa prostota tych miejsc. Prostota wynikająca z kultury Hucułów. Jest to lud skupiony w kościele greckokatolickim, chociaż zdarzają się wyznawcy prawosławia. Jednak jeżeli prawosławie, to koniecznie kijowskie.
Wszystkie cmentarze, przydrożne krzyże i kapliczki a także cerkwie są bogato strojone m.in. w różnokolorowe kwiaty. Niestety królują sztuczne kwiaty, ale zapewne są często wymieniane, ponieważ barwy są soczyste, co znaczy, że nie wypłowiały na słońcu, ani też nie zakurzył ich czas.
Tak naprawdę cmentarze ściągają wzrok podróżnika różnokolorowymi kamiennymi i żelaznymi krzyżami i wieńcami ze sztucznych kwiatów zawieszonymi na ramionach tychże. Przed każdym krzyżem stoi mogiła usypana z ziemi i ogrodzona żelaznym niewysokim płotkiem, ale wszystkie odwiedzane przez nas cmentarze tak zarosły zielskiem, że tylko krzyże górowały nad trawami. Krzyże są albo w naturalnym kolorze kamienia, albo pomalowane na niebiesko i raczej jest to aspekt narodowy, a nie religijny. Niekiedy zdarza się biały krzyż, raczej rzadko. Każdy cmentarz jest przy cerkwi, dlatego od razu podziwia się tę budowlę sakralną. Stare cerkwie huculskie są drewniane, ale tych jest niewiele. Wyglądają jak arka przymierza. Cerkwie w Karpatach Wschodnich przeważnie zbudowane są na planie krzyża greckiego. Tak cerkiew, jak i cmentarz zorientowane są na wschód.
Nad Pistynką, która w okolicach Szeszorów płynie malowniczymi kanionami spotkała nas największa niespodzianka związana z cmentarzami Zielonego Beskidu. Było to gdzieś w okolicach Szeszorów i Prokurawy. Wieś znajduje się na jednym brzegu rzeki, a cerkiew z przylegającym do niej cmentarzem na drugim. W tym miejscu rzeka wryła się naprawdę głęboko w skały, toteż nad Pistunką rozciągnięta jest kładka dla pieszych. Kładka wygląda niezwykle licho. Trzeba wykazać się wielkim zaufaniem i odwagą, by na nią wejść. Poza wszystkimi swoimi mankamentami jest ona przede wszystkim bardzo wąska. Powiedzmy, że od biedy zmieszczą się na niej dwie osoby. Pogrzeb konduktem idzie od domu zmarłego do cerkwi i potem następuje złożenie trumny do grobu. Mieliśmy okazję widzieć pokucki pogrzeb w drodze do Kamieńca. Na wozie zaprzężonym w pięknie przystrojone konie jechał nieboszczyk w otwartej trumnie. Z zastygłej śmiertelnie twarzy nos sterczał wysoko. Za furmanką, ubrani w stroje regionalne szli najbliżsi, rodzina i sąsiedzi śpiewając głośno i w zupełnie innym stylu, niż śpiewają nasi żałobnicy. Pieśń była pełna życia, jakby zaraz wszyscy mieli poderwać się do tańca.
Niewyobrażalne aby taki kondukt żałobny zmieścił się na owej kładce rozpiętej nad głębokim jarem Pistynki. Dlatego nieopodal kładki rozciągnięto linę z kołowrotkiem, a do niej przymocowano stelaż na trumnę. Widząc to już sobie wyobrażałam, jak nieboszczyk rozbujany na linie odpływa w zaświaty patrząc ostatni raz na niebo z perspektywy ziemskiego pielgrzyma. Po drugiej stronie Pistynki czeka cerkiew i kolorowy greckokatolicki cmentarz.

Rzecz ma się zgoła inaczej, gdy odwiedzi się cmentarz polski albo żydowski. Już sama nie wiem, który z nich powoduje większy ból w sercu. Macew żydowskich nie poprawia się, czas ma je skruszyć, powalić. Tak właśnie wygląda kirkut w Kosowie Huculskim. Ale o ile współczesny Drohobycz nie wypiera się żydowskich przodków, tak wygląd kosowskiego kirkutu rozdziera serce.
Historia Żydów na Huculszczyźnie, w miejscu gdzie powstał chasydyzm, jest równie bolesna jak historia europejskich Żydów. Może nawet boleśniejsza, bo kiedy Europa zaczęła wypierać Żydów ze swoich krajów, ci znaleźli schronienie w lasach Zielonego Beskidu. Historia XX w. była dla tego narodu niezwykle okrutna. Czas zaciera wszelkie ślady obecności Żydów w Europie. Bardzo to widać w Kosowie.
Czas zaciera też ślady obecności Polaków w Kosowie. Stary polski cmentarz przy parafii katolickiej, nieopodal ulicy Mickiewicza bogaty jest w pamięć o wielkich osobistościach tej ziemi. Dla ludzi światłych nie powinno mieć znaczenia jakiej byli narodowości. Najważniejsze jest to, że tworzyli historię tej ziemi, przysparzali jej sławy i bogactwa.
Tak więc kosowski cmentarz dźwiga jeszcze grób Apolinarego Tarnawskiego, który był pionierem lecznictwa balneologicznego w Małopolsce Wschodniej. Jego Instytut Balneologiczny jest jednym z głównych zabytków Kosowa, ale przede wszystkim najpierwszą chyba na ziemiach polskich tego typu placówką. Samym Instytutem zajmiemy się kiedy indziej, bo wymaga szczegółowego omówienia. Teraz interesuje nas kruszejący pomnik nagrobny tego znaczącego dla historii regionu człowieka. O ile grób Tarnawskiego jest zniszczony i zaniedbany, to pozostałe groby na cmentarzu polskim są w opłakanym stanie. Nie ulega wątpliwości, że czasu nie można zatrzymać. Nie można też skupiać się wyłącznie na pamięci o tych, którzy odeszli. Jednak umierające, stare, opuszczone cmentarze robią niezwykłe wrażenie. I wcale nie trzeba specjalnej wrażliwości, by w głowie zrodziła się refleksja, która wwierca się w myślenie o przewrotności losu i czasu, która wyzwala nieopisany ból na wszystkich płaszczyznach czucia i poznania, zapomnienia i zapamiętania, bycia i niebytu.

Cmentarz w Karpatach Wschodnich

Cmentarz w Karpatach Wschodnich


Cmentarz w Karpatach Wschodnich

Cmentarz w Karpatach Wschodnich

Winda na trumnę w okolicach Szeszorów nad Pistynką

Winda na trumnę w okolicach Szeszorów nad Pistynką

Cmentarz w Pistyniu
(fragment najstarszej cerkwi Huculszczyzny z 1600 r.).


Grób Apolinarego Tarnawskiego 
na polskim cmentarzu w Kosowie Huculskim

Polski Cmentarz w Kosowie Huculskim

Polski Cmentarz w Kosowie Huculskim

Polski Cmentarz w Kosowie Huculskim

Polski Cmentarz w Kosowie Huculskim

Żydowski kirkut w Kosowie Huculskim