MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 20 sierpnia 2011

O wyższości Szkolnictwa nad szkolnictwem

Zbliża się początek roku szkolnego, więc temat na czasie.

Wyższość szkół niepublicznych nad szkołami publicznymi na etapie ponadgimnazjalnym przerabialiśmy przy okazji edukacji Synka.
Synek - urodzony adehadowiec - nie mógł znaleźć miejsca w szkołach publicznych. Gdy Synek był uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej, jako jedyne rozwiązanie wynikłego problemu, szkolna pedagog zaproponowała mi przeniesienie dziecka do innej szkoły. Moje dziecko zostało wtedy pobite przez kolegę z klasy do tego stopnia, że miało siną pręgę na szyi. Ponieważ kolega zdenerwował się na Synka, przyparł go do muru podczas przerwy i zaczął najnormalniej w świecie dusić. Może i słusznie kolega zdenerwował się na Synka. Niesłuszność moim zdaniem polegała na tym, że w pobliżu nie znajdował się dyżurujący nauczyciel, który w porę by zareagował. W porę, to znaczy na etapie, kiedy Synek denerwował swojego kolegę. Bo podczas przykrej rozmowy w gabinecie pani pedagog dowiedziałam się, że to wina mojego dziecka, że niemal nie zostało uduszone w szkole na przerwie między drugą a trzecią lekcją.
Z kolei w klasie czwartej kolega z innej klasy (starszej) zdenerwował się na Synka podczas wspólnej lekcji wuefu na boisku szkolnym, popchnął go i w wyniku tego Synek doznał złamania kości przedramienia.
W dalszym ciągu rozumiem, że Synek adehadowiec mógł zdenerwować starszego kolegę podczas wspólnej lekcji wuefu. Nie rozumiem tylko tak dziś, jak i wówczas nie rozumiałam, gdzie był nauczyciel (ba! dwóch nauczycieli) podczas tego incydentu, gdy moje dziecko znów działało na nerwy koledze. Bo przy dzieciach ich na pewno nie było.
Tak w stosunku do kolegów bandytów, jak i do nauczycieli, którzy zaniedbaniem swoich obowiązków służbowych narazili zdrowie i życie  mojego dziecka nie wyciągnięto wtedy żadnych konsekwencji.
Natomiast nam przyklejono łatę dysfunkcyjnej, choć czułam, że wręcz patologicznej rodziny, która nie radzi sobie z wychowaniem dzieci.
Na marginesie:
Z jedynej w swoim życiu kolonii Synek wrócił ze złamaną i niezaopatrzoną ręką. Też zdenerwował starszego od siebie kolegę podczas gry w piłkę na boisku. Zatrudniona na kolonii pielęgniarka po obejrzeniu ręki na "własne oczy", stwierdziła autorytatywnie: nic ci nie jest i dziecko przez 10 dni chodziło ze złamaną ręką bez opatrunku gipsowego.
Gdy po wizycie w szpitalu, prześwietleniu, diagnozie lekarskiej i włożeniu ręki w gips poszłam zgłosić ten incydent organizatorowi, usłyszałam, że fakt złamania ręki na kolonii przez moje dziecko nie miał miejsca, a ja na pewno chcę wyłudzić odszkodowanie.

Okres gimnazjalny to koszmar, tak dla Synka, jak dla nas - rodziców.

Na marginesie:
Zupełnie niezależnie od szkoły Synek został napadnięty na ulicy w centrum miasta w samo południe. Dwóch rzezimieszków przyłożyło mu nóż pod prawe żebro i kazało oddać portfel i telefon. Policja umorzyła śledztwo.

Natomiast szkoła, tj. nauka i "działania wychowawcze" szkoły to temat na całą książkę, a nie na post na blogu. W gimnazjum to już po prostu byliśmy postrzegani jako hiper patogenne środowisko.
Gdy kończącemu gimnazjum Synkowi wystawiono jakąś marną ocenę z zachowania, z wielkim rozgoryczeniem powiedziałam pani dyrektor, że jak do szkoły nie przyjdzie prokurator zainteresowany uczniem, to szkoła nie ma zielonego pojęcia co się z jej uczniami dzieje po lekcjach.
W tym czasie Synek był posiadaczem listu gratulacyjnego od Małopolskiego Kuratora Oświaty za działalność w organizacji pozarządowej (nie trudno się domyślić jakiej). Mogłam jej tak powiedzieć.

W publicznym ogólniaku już w grudniu pierwszego półrocza powiedziano nam, że Synka należy kategorycznie zabrać ze szkoły. Ponieważ nie wyścigował się w wyścigu szczurów, a po prostu realizował w służbie. Nie pasował do wizerunku klasy, jaki powstał w głowie jednego z nauczycieli, więc za jego namową pozostali postanowili postawić mu na półrocze oceny niedostateczne. W sumie Synkowi groziło 7 jedynek. Nie dlatego, że był matołem. Dlatego, że był niesubordynowany.

Kiedy poszukiwałam szkoły, która zechciałaby przyjąć moje dziecko, to załamałam się, gdy usłyszałam w zawodówce, że taki słaby uczeń nie poradzi sobie w tej szkole, bo oprócz normalnej nauki przedmiotowej, jest jeszcze nauka przedmiotów zawodowych.
Myślałam, że uczestniczę w jakiejś farsie.
Synek prócz ADHD miał jeszcze dysleksję i dysortografię. To często idzie w parze. Do dzisiaj nie potrafi wypowiedzieć długich wyrazów. Jego słynna "echokolacja" (jako zjawisko echa akustycznego występującego u nietoperzy) jest sztandarowym przykładem dysleksji. Tak jak w poleceniu na dyktandzie w trzeciej klasie podstawówki, by wypisać wszystkie znane wyrazy pisane przez samo "h", Synek napisał: cherbata, chuśtawka, chak, cherbatnik itd. jest sztandarowym przykładem dysortografii.

Poszukując blisko 6 lat temu szkoły, która odważyłaby się przyjąć moje dziecko, zdesperowana, u kresu mojej wędrówki od szkoły do szkoły, trafiłam do niepublicznego liceum akademickiego oo. jezuitów.
Nie powiem, że było idealnie od początku do końca. Cokolwiek chciałabym powiedzieć, lub przemilczeć, Synek był przecież niezwykle trudnym dzieckiem.
Na miesiąc przed maturą podpisywałam tzw. zagrożenie  z przedmiotów maturalnych (język polski i angielski). Podpisywanie zagrożenia to nic innego, jak przyjęcie do wiadomości, że dziecku grozi ocena niedostateczna z danego przedmiotu i w związku z tym niedopuszczenie do matury. Wszystko odbyło się jednak w atmosferze spokoju i poszanowania.
Synek otrzymał na koniec roku szkolnego pozytywne oceny z zagrożonych przedmiotów, natomiast maturę z obydwóch zdał wysoko - w przeliczeniu na oceny pomiędzy 4 a 5. (Dostał się na UJ na studia, więc chyba musiał dobrze zdać).

Natomiast szkoła niepubliczna jawi nam się spokojem i akceptacją trudnej inności naszego dziecka.

Na marginesie:
Długo po maturze Synek przyznał nam się, że od jednego z nauczycieli - jezuity dostał po prosu w pysk za tak zwane fikanie podczas lekcji. Z relacji Synka wynika, że najpierw było ostrzeżenie (jak przy użyciu broni przez funkcjonariuszy mundurowych) i dopiero strzał. Synek wspomina to z pokorą. Ja podchodzę do tego z wdzięcznością.

Nagle, w szkole niepublicznej, przestaliśmy być traktowani jak rodzina dysfunkcyjna, czy patologiczna. Dostrzeżono życiową pasję naszego dziecka i na tym budowano jego wizerunek. Przede wszystkim naszemu dziecku pozwolono uwierzyć w swoją wartość, której miarą nie są li tylko cenzurki szkolne. Synek w szkole oo. jezuitów otrzymał warunki do poprawnego wzrastania w najlepszych warunkach i najwyższych wartościach, gdzie liczy się człowiek i jego godność, jako odbicie wizerunku i godności Boga.

Sporą cenę zapłaciło nasze dziecko za te idealne warunki dojrzewania i wcześniejsze "błędy" nieumiejętności wtłoczenia się na tory jednostajności i bylejakości - Synek samodzielnie i to fizycznie pracował na opłacenie czesnego w tej niepublicznej szkole.
Fizyczna praca dla adehadowca jest najlepszą formą wychowania, po jaką mogą sięgnąć rodzice.

Nie zastanawialiśmy się nad wyborem szkoły, gdy nasza Duża Mała Córeczka kończyła pierwszy etap nauki. Oczywiście niepubliczna.
Zwłaszcza, że mam przekrój szkół gimnazjalnych podczas organizowanych przez nas imprez integracyjnych w Stanicy.
Szkoły niepubliczne uprawiają Szkolnictwo. Szkoły publiczne - tylko szkolnictwo.

P.S.
Nie było to moim celem, więc nie będę przepraszała, jeśli uraziłam kogo szlachetnego pracującego w szkolnictwie publicznym.
Mnie nigdy nie przeproszono za błędy popełniane w czasie edukacji mojego syna w szkołach publicznych.
Jeśli kto nie otarł się o problem ADHD na przykładzie własnego dziecka, niech więc powstrzyma się od bezsensownych komentarzy.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Apetyt wilczy


Bo gdy się milczy


Wy mnie słuchacie, a ja 
Śpiewam tekst z muzyką 
Taka konwencja, taki moment 
Więc tak jest 
Zaufaliśmy obyczajom i nawykom 
Już nie pytamy 
Czy w tym wszystkim jakiś sens 
A ja zaśpiewać dzisiaj chcę w obronie ciszy 
Choć wiem nie pora, nie miejsce i nie czas 
Bo gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas 
Przecież już dosyć mamy 
Huku i jazgotu 
Ale gdy cicho to źle 
I głupio nam 
Jakby się zepsuł życia niezawodny motor 
Coś nie w porządku 
Jakbyś był już nie ten sam 
Cisza zagłusza, sam już nie wiesz jaki jesteś 
Więc szybko włączasz co pod ręką masz 
A gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas 
Gdy kiedyś łomot nagle umrze na dyskotekach 
Do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd 
Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka 
Cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas 
Dlatego uczmy się ciszy i milczenia 
To siostry myśli, świadomości przednia straż 
Bo gdy się milczy, milczy, milczy 
To apetyt rośnie wilczy 
Na poezję 
Co być może drzemie w nas



                                                Jonasz Kofta





Muszę, po prostu muszę czasami pomilczeć. 
W milczeniu budzi się we mnie apetyt nie tylko na poezję. Bo poezja przecież we mnie wcale nie śpi. Budzi się we mnie apetyt na innego rodzaju sztukę. Tak bardzo chciałabym umieć wyśpiewać, co mi w duszy gra! Tak bardzo chciałabym umieć namalować świat, co najmniej tak piękny, jakim stworzył go Pan.
Nie potrafię, chociaż wiem, że właśnie drzemie  we mnie wielki apetyt na sztukę inną, niż tylko sztuka władania słowem. Chciałabym posiąść władzę nad moją dłonią i nad głosem. To takie natarczywe, czuć ogromną potrzebę, a nie móc zawładnąć tym, co pragnie wydobyć się na powierzchnię. 
Pamiętam, w latach szkolnych, polonistki niejednokrotnie gromiły mnie za używanie słów neologizmów. Mówiły, że poetom i pisarzom wolno stosować neologizmy, ale mnie - uczennicy - nie! Myślałam sobie wtedy: skąd one mogą wiedzieć, co we mnie drzemie? Ja przecież czułam nieodpartą potrzebę zastosowania słowa, które dla tej potrzeby stworzyłam. 
Teraz mi wolno? Czy ktoś się zorientował, że stosuję?











Dla mnie jest oczywiste, że zawsze wolno mi było, niezależnie od opinii moich polonistek.


Pytanie: wolno mi prosić o więcej?









wtorek, 16 sierpnia 2011

Smaczne sny

Śpię w twoim opleceniu całując Miłość śpiącą obok. Świat się zrobił taki maleńki. W sam raz aby zmieściła się na nim łupinka orzecha - nasze łóżko, dryfujące, jak Pan Maluśkiewicz, po oceanie swoich marzeń.
Wielkie marzenia zamknięte w małym świecie... Nie składamy się z ciał. Powstaliśmy z Ducha.
Księżyc w pełni tylko dla nas odbija światło najjaśniejszej z gwiazd, jakie widzieliśmy w dzień. Kołysze nas w jego blasku śpiewając kołysanki piękniejsze niż Adolf Dymsza w Starym Kinie. Kosmicznym pyłem posypuje nasze sny, by smakowały, jak smakują twoje pocałunki.
Wyśniłam cię tak dawno temu, że kobiety, które wtedy były dziewczynkami, poumierały już ze starości. Trwasz we mnie, bo jesteś zapisany w moją tożsamość, jak matka zapisuje się w swoim przyszłym potomstwie swoją miłością i ofiarowaniem. Nie mam odwagi, by pragnąć zatrzymać czas, bo czas wystukuje swoje odwieczne tik tak bimbając z mojego pragnienia.
Nie możesz się spełnić, bo jesteś snem.
Nie znam proroctwa, które przepowiedziało, że będę trwała w tym nieskończonym nienasyceniu.
Bo ja jestem pragnieniem. Ty zaś jesteś modlitwą.
Pozostańmy w nieskończoności.
Niech sen, ten ze snów, nigdy się nie skończy.
Smacznych snów.
Do zobaczenia na wyspie, na jawie, która jest poza światem. Do zobaczenia w naszym Niebie.


Prowadzi tam księżycowy szlak.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Madonna z pól





Piastowała Go kiedyś w ramionach
Codzienności śliczna Madonna
Chustką chłopską okryta
Wtedy czas nie miał końca







Anioł, ten od cudu zwiastowania
Honory na ołtarzu pełnił
Kwiaty z kolorowych bibułek
Radością oblekały ciemność









Dziewczynki kwiecie ziół zbierały
Nim sierpień rozsypał ziarno
To dla ziemi to dla spichrza
Nie oddając nic na darmo











Bramy Nieba się blaskiem otwarły
Nad ścierniskiem krakały wrony
kiedy czas nadszedł sierpniowy
dla Codzienności Madonny



I zasnęła cudowna Madonna
Codzienności gubiąc pęta
Nad ziemią, nad obłokami
W błękicie nieba zaklęta












(Wszystkie zdjęcia pochodzą oczywiście z moich zbiorów z wczorajszej wycieczki w Beskid Niski.)

Bartne i Magura, czyli Beskid Niski

Planując rano dzisiejszy dzień Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wskazał na Beskid Niski i Magurę Małastowską.
Mieszkamy w mieście, które leży u granic Beskidu Sądeckiego z Beskidem Niskim. Powiat ziemski obejmuje w swych granicach aż trzy Beskidy: Wyspowy, Sądecki i Niski. Dwa z nich zamieszkiwali kiedyś Łemkowie. Słynny w świecie Nikifor Krynicki (Epifaniusz Drowniak) jest najlepszą wizytówką łemkowszczyzny i Beskidu Sądeckiego oraz Niskiego.
Beskid Sądecki ze swoimi pasmami Radziejowej i Jaworzyny Krynickiej znany jest i odwiedzany przez rzesze turystów. Przez mieszkańców ukochany. Bo jakżeby inaczej.

Magura Wątkowska widziana ze szlaku od strony Bartnego
Beskid Niski jawi się zapomnianym światem. Mieszkańcom krwawią jeszcze rany zadane dawno temu, podczas akcji Wisła. Wedle relacji naocznego świadka tamtych wydarzeń, rodowitego Łemka, kustosza Muzeum - Cerkwi w Bartnem, wielu wysiedlonych powróciło do swojego świata, który dla nas jest końcem naszego świata (w sensie, że dalej nie ma już nic).
Rozpościerające się łąki, które, jak w żadnym z Beskidów, służą bydłu za pastwiska, ograniczają tylko lasy, porastające niewysokie wzgórza. Pięknie ogranicza Beskid Niski, widziany od strony Bartnego w kierunku zachodnim, Magura Wątkowska. Jest owa Magura szerokim masywem leżącym na terenie najmłodszego Parku Narodowego w Polsce. Wspólnie z D. i D. przemierzaliśmy czerwony szlak, usiłując dotrzeć na szczyt Magury, ale brakło nam niestety czasu. Bardzo dobrze, że brakło nam czasu, bo w związku z tym szybko wrócimy na ścieżki Beskidu Niskiego.

Błotne kałuże na czerwonym szlaku w Beskidzie Niskim
Beskid Niski można zamiennie nazwać Beskidem Mokrym, albo wręcz Bagiennym. Grzęźliśmy w błotnych kałużach, które niejednokrotnie wciągały nas w swoją pułapkę, udając, że wcale ich nie ma na łące, przez którą wytyczono szlak. Gdy już wyłoniła się kałuża, czy wręcz bajoro, to wabiły niezwyczajnym kolorem wody. Po powierzchni tych kałuż i bajor uwijały się nartniki, posiadające umiejętność biegania po wodzie. Staliśmy i patrzyliśmy zafascynowani tym widowiskiem, bo nartników były niezliczone ilości i poruszały się w szalonym tempie.
Wycieczka w Beskid Niski nie zostanie zapomniana,
gdy się kto na szlak wybierze w sandałach
I nie dlatego szlaki Beskidu Niskiego są mokre, że lato mamy wyjątkowo deszczowe w tym roku. Odwiedziłam niegdyś już Beskid Niski i takim bagnistym go właśnie zapamiętałam. Może fakt ten  sprawia, że jest to najdzikszy z Beskidów i tak bardzo omijany przez turystów? A nie powinni turyści omijać tego przepięknego zakątka Karpat. Taka przygoda z ubłoconymi, przemoczonymi butami dodaje kolorytu wędrówce i stwarza, że wycieczka nie zostanie zapomniana. Zwłaszcza, gdy się kto w Beskid Niski wybierze w sandałach...
Poza tym jak okiem sięgnąć, nie widać w Beskidzie Niskim domów, ulic i tego, co nazywamy współczesną cywilizacją.


Przydrożne kamienne krzyże prawosławne
Dla ludzi pragnących wyciszenia i oddalenia od świata Beskid Niski jest najlepszym zakątkiem do zniknięcia i nabrania energii od niezmąconej działaniem człowieka przyrody. Cisza Beskidu Niskiego przepełniona jest odgłosami ptactwa i niczym poza tym. No, uważny wędrowiec usłyszy jeszcze słowa Mistrza Jerzego (Harasymowicza) zawieszone pomiędzy błękitem nieba a kopułami cerkwi, ale ta zdolność dostępna dla nielicznych raczej.
Przy drogach, które asfaltem zalane zostały w niepamiętnych czasach i już wyzbyły się tego asfaltu niemal całkowicie, stoją kamienne krzyże prawosławne. Cerkwiom - starym i nowym - towarzyszą  cmentarze, które od zwykłej polany odróżniają się lasem takich właśnie kamiennych prawosławnych krzyży.


Chyża chata, jako przykład zabudowy łemkowskiej w Bartnem
Niezliczone ilości chyżych chat, zadziwiają turystę, jakby rejon Bartnego był jednym wielkim skansenem wsi łemkowskiej. Na szlaku zaś co rusz widoczne są ślady po spalonych kilkadziesiąt lat temu domostwach wysiedlonych mieszkańców. Świadczą o tym zdziczałe sady na leśnej polanie oraz miejsce po chyżej chacie porosłe krzewami jeżyn. Jeżyny lubią rosnąć na miejscach, w których kiedyś stały domostwa, takie, w których człowiek mieszkał pod jednym dachem ze zwierzętami domowymi. Bo chyże chaty to rodzaj zabudowań drewnianych - podzielonych na część mieszkalną dla ludzi i oborę i stajnię dla zwierząt, ze strychem pod wysokim spadzistym dachem, zamienionym w stodołę.

Przy cerkwi w Bartnem,
która pełni rolę muzeum
Wyjątkowo piękny był dzisiaj dzień na wędrówkę po Beskidzie Niskim, w szczególności po jego sercu - Magurskim Parku Narodowym. Kustosz Cerkwi w Bartnem, jako naoczny świadek Akcji "Wisła" przekazał nam wiele interesujących faktów dotyczących tamtych wydarzeń. Opowiadał o czasach minionych i zburzonym świecie z wielką nostalgią dziecka wypędzonego z krainy szczęśliwości. Bo dzieckiem był, gdy nocą do domu wtargnęli obcy i lufami karabinów wycelowanymi w wytrąconych z marzeń sennych sprawiedliwych ludzi i ciężkimi buciorami zdeptali czystość i niewinność życia, które od tamtej pory stało się rajem utraconym.
W owej cerkwi zamienionej na muzeum można wejść za ikonostas  do prezbiterium, najświętszego miejsca cerkwi i poznać tajemnicę tego miejsca wyznaczonego tylko dla księdza prawosławnego, oraz, w nielicznych przypadkach, dla mężczyzn. Noworodki płci męskiej mogą być i są chrzczone w prezbiterium, dziewczynki tylko przed ikonostasem przy anałojczyku.
W prezbiterium przebywa sam Bóg, więc zrozumiałe, że gonić tam wszyscy, jak przeciąg, nie mogą.
Długo można by słuchać kustosza, który w swej relacji raz jest małym chłopcem, to znów młodym chłopakiem wychowującym się na ziemiach odzyskanych, by za chwilę stać się młodym mężczyzną, któremu udało się wrócić na ojcowiznę, by na powrót stać się człowiekiem-historią, z bogatą opowieścią, której koniecznie trzeba wysłuchać.

Krowy na drodze w Bartnem
 Na dzień dobry i na do widzenia niecodzienny widok: krowy przemierzające drogę, która wyzbyła się niemal całkowicie asfaltu. Gospodarz niosący w ręku akumulator, który podpina do elektrycznego pastucha i pies asystujący temu niezwykłemu korowodowi. Gospodarz skory do rozmowy, co rzadko się zdarza w dzisiejszym zabieganym świecie. Krowy ryczące, jakby się witały z każdym człowiekiem spotkanym po drodze i chciały wymienić ploteczki. A Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem biegnąc po łące tryskającej świeżą zielenią, wołał: "Jaka świeża, zielona trawa. Jakbym był koniem, to bym tylko ją jadł." Ubawiliśmy się po pachy! Niektórzy ubłocili się po pachy!

Interfejs do rzeczywistości, jak głosi napis na tabliczce

I pod bacówką w Bartnem niespodzianka: interfejs do rzeczywistości. Niezwykły teleport, do obsługi którego zostałam wydelegowana, by kliknąć na klawiaturze, poruszać myszką i pomóc nam uwierzyć, że świat, który zastaliśmy w Beskidzie Niskim naprawdę istnieje i nie jest wytworem tylko naszej zbiorowej, czteroosobowej wyobraźni. Pozostali uczestnicy dzisiejszej błotnej wycieczki zgodnie uznali, że jestem najlepszym majstrem od takiej sztuki.



My mogliśmy uznać ten świat za fantasmagorię, ale Mistrz Jerzy nie mógł się mylić:

W górach jest wszystko co kocham


W górach jest wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka


Zawsze kiedy tam wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczem


Ja się tu urodziłem w piśmie
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
Ja jeden znam tylko Synaj
na lasce jałowca wsparty


I czerwień kalin jak cyrylica
I na trombitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór







niedziela, 14 sierpnia 2011

Takie rzeczy się czuje

Młody Człowiek powiedział kiedyś do mnie:
- Wyciskacze łez potrafisz pisać. Napisz teraz coś w innym stylu.
Napisałam, bo potrafię. Ale co, skoro najlepiej czuję się w roli autorki wyciskaczy łez? Piszę wyciskacze łez i już. Całkiem, jak moja ulubiona bohaterka literacka "Ania z Zielonego Wzgórza" na początku swojej kariery pisarskiej. Muszę powiedzieć Młodemu Człowiekowi, że Ania rozwinęła skrzydła, bo on pewnie nie zna tego faktu i dlatego tak niepokoi się o mój osobisty rozwój...
Sama nie wiem dlaczego od kilku dni miałam nastrój idealny do pisania wyciskaczy, więc realizowałam się, co widać po wcześniejszych postach. Po prostu miałam taki nastrój i wcale w to nie wnikam, dlaczego. Czasem tak się zdarza bez powodu.
Wczorajszej nocy wydarzyło się  coś niepokojącego. Siedziałam przy komputerze (od kiedy mam laptopa siedzę w kuchni, jak to przed laty bywało, kiedy nocami czytałam książki i/lub pisałam listy, na które niektórzy czekali), mam jeszcze sporo spraw do "zarządzenia" w moim nowym sprzęcie. Poza tym odebrałam z naprawy mój telefon i okazało się, że jednak nie dało zachować się wszystkich zapisanych na nim danych, więc miałam sporo "zabawy". Toteż poświęciłam się innym zajęciom, niż pisanie na blogu. Jakoś nie czułam wyrzutów sumienia z tego powodu.
Kuchnia znajduje się naprzeciw drzwi wejściowych do naszego mieszkania. Mamy tak małe mieszkanie, że jakbym się uparła, to o każdym pomieszczeniu mogłabym tak napisać. Co do lokalizacji kuchni nie ma jednak żadnych wątpliwości - zdecydowanie jest naprzeciw drzwi wejściowych. Przygotowałam dla Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem na rano śmieci do wyniesienia. Zawsze tak robię. Tym razem stało wiaderko ze zużytym żwirkiem (dwa koty robią więcej, niż jeden kot do kuwety), oraz zwykłe śmieci. Było bardzo późno - wystarczy spojrzeć na godziny zamieszczanych przeze mnie postów, by uwierzyć, że siedzę, do bardzo późnych godzin - gdy nagle na korytarzu zrobił się jakiś rumor. Do niedawna sąsiedzi z mieszkania obok mieli psa, więc w takich okolicznościach, to znaczy, gdyby go nadal mieli, nie zareagowałabym na ten rumor, wykorzystując zdolność analitycznego myślenia. Ale psina dokończyła żywota ze dwa tygodnie temu. Pies miał wiek niebagatelny: 17 lat! Nawet widziałam staruszka, gdy wracał z ostatniego w swoim życiu spaceru. I nawet go żałowałam, że taki biedny, stary, ślepy i nieruchawy. Sąsiadka wyraziła się w te słowa, że nie wyobraża sobie, co będzie, gdy ... i tu  bezgłośnie wypowiedziała koniec zdania, chcąc zapewne biedakowi zaoszczędzić przykrej prawdy o zbliżającym się końcu. Choć głuchy był przecież. Nie minęła godzina i Pan Żaczek był świadkiem, jak nasz Pan Doktor od domowych zwierząt, wynosił biedną psinę w worku...
Toteż, gdy pracując wczorajszej nocy usłyszałam ten rumor na klatce schodowej, podeszłam do drzwi i zachowałam się, jak typowa pomoc sąsiedzka: pogulałam przez wizjer. Nie ma się co oburzać, ponieważ kilka miesięcy temu do jednych sąsiadów z klatki włamano się w biały dzień, około 11-tej w południe, podczas gdy wszyscy byli w swoich domach (wszyscy oprócz tej jednej sąsiadki, która ponoć na pół godziny wyszła z domu na zakupy).
Gulając przez ten wizjer wczorajszej nocy zobaczyłam tylko ciemność, toteż odważnie, bo bez zastanowienia, otworzyłam drzwi. Zaświeciłam światło i okazało się, że to wystawiony przeze mnie wcześniej worek ze śmieciami przewrócił się. Poprawiłam go i przez głowę przeleciała mi jak wicher myśl, czy to przypadkiem nie szczury. Ze strachu i obrzydzenia odrzuciłam tę myśl, zamknęłam drzwi i wróciłam do mojego zajęcia.
Rano, no będę szczera - przed południem, choć nigdy nie piszę w dzień, napisałam tego na dzisiaj (już wczoraj) datowanego posta o chwilach, które nam się w życiu bardziej lub mniej zauważalnie przytrafiają. Klasyczny wyciskacz łez, no nie?
Nie czułam żadnej wewnętrznej potrzeby do napisania tego tekstu. Usiadłam i napisałam, chociaż nigdy nie piszę o takiej porze dnia.
Na swoje usprawiedliwienie powiem, że przecież późno wstałam, miałam weekendowe sprzątanie, gotowanie obiadu i wyjście do pracy, godzinę po południu. Każdy logicznie myślący powie: no, głupia! Tyle ma roboty, a ona siedzi przy komputerze i pisze, choć wcale nic jej do tego nie zmusza (w sensie, że żaden wewnętrzny przymus).

Kiedy wracałam przed wieczorem do domu, wychodząc spod podcieni ujrzałam tuż pod naszą klatką schodową na chodniku stojący samochód, taki z rodzaju vanów. Szybko zorientowałam się, że ten samochód jest z zakładu pogrzebowego. Stał z otwartymi tylnymi drzwiami i czekał na...

- Boże! - pomyślałam sobie.
Trzy tygodnie temu zmarł sąsiad z pierwszego piętra.
Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wespół z Panem Żaczkiem (Pan Żaczek to sąsiad z drugiego piętra), by pokryć swoje nieprzygotowanie emocjonalne do tego typu wydarzenia, zaczęli się na wesoło zastanawiać, kto następny. No, muszę pośpieszyć z wyjaśnieniem, że w ubiegłym roku prawem serii zmarło dwóch sąsiadów z bloku w niedługim czasie po sobie. W ogóle to naliczyliśmy, że już zmarło chyba sześciu chłopa z naszego bloku za te 19 lat, jak tu mieszkamy. Nie ma w naszym bloku ludzi starych! Same młode małżeństwa zasiedliły wtedy blok. Chłopcy mieli więc prawo, przyjąć taki tok myślenia...

- Boże!!! - już krzyczałam w myślach.
Nogi się pode mną zatrzęsły. Przecież od kilku godzin nie było mnie w domu! Nim pognałam na górę spotkałam się z sąsiadami z klatki obok i wszyscy stanęliśmy osłupiali. Na balkonach stali inni sąsiedzi. Wszyscy przerażeni. No przecież wóz z zakładu pogrzebowego przyjechał po nieboszczyka!!! I niewątpliwie z naszej klatki. Sąsiadka zapytała, co się stało? I w tym momencie pomyślałam sobie, że ja chyba nie wyjdę na to moje trzecie piętro.
Jak dokładnie ZOBACZYŁAM słowa mojego przedpołudniowego posta o chwilach w kontekście osób, które powinnam zastać w domu po powrocie!
Nie umiem teraz powiedzieć, czy wytworzona adrenalina pomogła mi wybiec do góry jak dzierlatce, czy też raczej ruchy miałam zmrożone nieziemskim lękiem. Mam wrażanie, że byłam skostniała ze strachu, toteż i ruchy ociężałe. Wiem tylko, że cała dygotałam. To raczej nie adrenalina!
Wszystko mi się kłębiło po głowie: te moje nieuzasadnione w ostatnich dwóch dniach nostalgiczne nastroje i pisane wyciskacze łez. Ten worek ze śmieciami, który nie wiedzieć, dlaczego przewrócił się minionej nocy? Dzisiejsze przedpołudniowe, dokładnie w czasie, gdy pisałam o chwilach, szuranie niewiadomego pochodzenia, gdzieś na strychu, może w mieszkaniu obok?

W mieszkaniu obok.

sobota, 13 sierpnia 2011

Chwile

Krótkie spotkania.
Krótkie spotkania z obcymi ludźmi mają to do siebie, że bardziej zapadają w pamięć niż wieloletnie znajomości. Może tak jest, bo człowiek jest tak skonstruowany, że jak już ma, to nie do końca docenia wartość daru? Najbardziej nie docenia się wartości przebywania z kimś na co dzień. Ma się świadomość, że taki stan jest nam zadany i nic tego nie zmieni. Dopiero, gdy ktoś z grona bliskich osób, przemierzających naszą codzienność zniknie, łapiemy się za głowę: przecież nie zdążyłem/łam mu/jej jeszcze tyle powiedzieć!
Choćby się doświadczyło takich przeżyć w życiu wielokrotnie, nie wyciąga się odpowiedniej nauki w stosunku do tych, którzy jeszcze "są". Dziwne.
Inaczej rzecz ma się z przypadkowymi i chwilowymi spotkaniami. Ma się wtedy ogromną świadomość przemijającego czasu. Kiedy spotka się na swojej drodze jakąś wybitną osobę, doświadczy niezwykłego zjawiska, przeżyje wyjątkowe zdarzenie - zawsze się wie, że otarło się o transcendencję. Transcendencja to taki boski dotyk naszego życia. To przede wszystkim nasze dotknięcie boskości.
Pewnie codzienność musi być usłana normalnością i  zwykłym przeżywaniem. Dziwnie wyglądałby świat, gdybyśmy wiecznie trwali w ekstazie. Zapewne byłby taki świat pełen nadzwyczajnych świętych. A tak, naszą codzienność uświęcamy łapaniem chwil, które przemykają w nas.
Marek Grechuta śpiewał:


"Bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy,
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy..."

Myślę, że niektórzy ludzie mają jednak problem z rozpoznawaniem tych chwil, z wyłapaniem i uczczeniem radością spośród wszystkich, które się stają. Mijają niezauważone. A ludzie zgnuśniali czekają na cud niezwykłości w ich życiu, który właśnie się zdarzył. A przecież każdy został namaszczony obietnicą szczęśliwego życia. Każdy zaopatrzony w mechanizm zdolności radowania się. W umiejętności poszukiwacza skarbów.

Zakopane talenty...

Wczoraj poznałam kolejne dziecko z panteonu "Wielkich Ludzi". Takie, o których się nie zapomina. Takie, za spotkanie z którymi się dziękuje.
Mała dziewczynka - wielki duch - niewyobrażalne bogactwo krótkiej chwili.

"Ja to mam szczęście."


piątek, 12 sierpnia 2011

Droga

Idę Drogą mojego życia wciąż zastanawiając się, co jest za zakrętem.
Nie chcę wiedzieć. Jestem ciekawa. Zakręty na drodze są inspirujące. Uwielbiam chodzić leśnymi duktami, spoglądać w prześwit takiej drogi i wypatrywać zakrętu. Prosta droga jest nudna. Może to specyfika osoby przemierzającej górskie szlaki i ścieżki? W górach drogi muszą być kręte, bo przecież ukształtowanie terenu wymusza ten naturalny niepokój drogi. Nie twierdzę, że drogi na równinach nie są kręte. Ale zdecydowanie mniej, niż te górskie.
Dlatego Droga mojego życia jest zdecydowanie drogą górską. Nie pokręconą, ale krętą.
Taki już mam charakter, że wciąż stawiam sobie nowe wyzwania. Lubię też poznawać nowych ludzi. Spotkanie Człowieka na Drodze, to niemal jak odnalezienie skarbu. Czasem okazuje się, że był to tylko zwykły kamień, żaden drogocenny kruszec, ale taki Człowiek ma również swoją wartość. Im bardziej kamienisty, pozbawiony blasku i szlachetności, tym większym wyzwaniem się staje. Wystawia na próbę wiele moich słabości. Niejednokrotnie doprowadza do łez i beznadziei, ale w konsekwencji i tak dziękuję Panu za ten kamienisty dar na mojej Drodze.
Był czas, iż wydawało mi się, że przemierzanie Drogi wymaga towarzystwa. Im jestem starsza, tym bardziej wiem, że jest się samotnym w wędrówce przez życie.  Nawet jeżeli jest się otoczonym innymi wędrowcami. W Drodze stają się oni równolegli, ale niewidoczni - jakby nagle ich wizerunek wyprzeźroczał. Są niewątpliwie, ale na swojej drodze. Szóstym zmysłem odczuwam tę ich niewidzialność, przeźroczystość i nieobecność, wbrew fizyce ich cielesnej bliskości.
Często jest tak, że ci, którym zaufałam zrobią jakiś fortel, zasadzkę. To bardziej boli, niż ból zadany od obcego, który okazał się być zwykłym kamieniem, miast skarbem, którym się na pierwszy rzut oka wydawał.
Muszę wtedy spocząć na chwilę na zacisznej polanie, ale po wylizaniu ran trzeba mi ruszyć dalej. Nie dlatego, że jakiś obowiązek każe poderwać się do dalszej Drogi. Dlatego, że jestem ciekawa, co jest dalej? Co mnie czeka za następnym zakrętem, może na kolejnym szczycie? Jakie zadanie przyjdzie mi wypełnić, by przybliżyć się do kresu Drogi? Może moja osoba pomoże komuś innemu wypełnić jego zadanie?
Lubię słuchać ludzi i ich opowieści. Nie zadaję pytań. Pozwalam im mówić wtedy, kiedy sami chcą przekazać mi swoją opowieść.
Znam całe mnóstwo przeróżnych ludzkich opowieści. Ludzie rzadko dzielą się swoimi radościami. Radość łatwiej niż smutek (z)nieść samemu. Dlatego ludzkie opowieści przepełnione są smutkami, trudami, niepewnością, bólem i przeciwnościami. Mało kto mówi o swoich winach. Pewnie dlatego, że nie zdaje sobie z nich sprawy. Łatwo poznać takiego człowieka, który nie zdaje sobie sprawy ze swoich win. Po prostu nie mówi "przepraszam".
Oprócz tego, że umiem słuchać, umiem też milczeć. Wielu to wykorzystuje. Wykorzystuje moje milczenie, jako przyzwolenie dla swoich nieprawości wobec mnie lub innych.
A ja milcząc zastanawiam się, czy na takich kamieniach warto ranić serce? Bo przecież serce zawsze odnosi ciężkie rany podczas, gdy zadaje się mu ciosy. Wtedy trzeba mi poszukać kolejnej zacisznej polany, zamknąć ją w jeszcze większym milczeniu, wyzbyć się pokusy oceny czyjegoś postępowania i "lizać rany celnie zadane". Lizanie ran, to nic innego, jak rozmowa z Bogiem, którego noszę w sobie.
Ten co zadał rany nosi w sobie tego samego Boga przecież. Oj, trudna to rozmowa.
Potem jak Feniks z popiołów mogę podnieść się całkowicie odnowiona.
Ruszam w Drogę.
Zawsze coś nucę pod nosem.

Najbardziej wzmacnia to:

"Tak mnie skrusz, tak mnie złam
tak mnie wypal Jezu
byś został tylko Ty, jedynie Ty..."


I zastanawiam się, co jest za zakrętem?
No przecież Mu zaufałam. Czeka mnie przygoda.
Zapewne w każdym kamieniu spotkam Jego.


środa, 10 sierpnia 2011

Katolicka rodzina

- A szanowna pani z wczasów, czy z pracy wraca? - zapytał Starszy Pan w busie, zaledwie usiadł obok Kobiety w Krynicy pod Hawaną.
- A tam z wczasów?! Z pracy wracam. - Grzecznie odpowiedziała Kobieta.
Chyba sobie tą grzeczną odpowiedzią biedy napytała.
- To tak Szanowna Pani codziennie do pracy dojeżdża? I długo tak już? - dalej pytał Starszy Pan.
- Całe życie, panie.
W prześwicie między siedzeniami widać było, że kobieta słuszny wiek już ma, więc wyrażenie "całe życie" miało swój wydźwięk.
- Ale, że to tak w soboty nawet? I tak do wieczora? - dziwił się Starszy Pan nie wiedzieć, czy dla podtrzymania rozmowy, czy z ciekawości.
Powiedzmy sobie szczerze - wieczór to nie był - późne popołudnie zaledwie, ale faktycznie dość późna pora, jak na codzienne powroty z pracy. Kobieta pośpieszyła z wyjaśnieniami, że to zależy, jak zmiana wypadnie.
- A widzi szanowna pani, ja to samych synów mam, ale za granicą siedzą. Czasem przyjadą. - Z jakimś dziwnym rozrzewnieniem i o to bardziej do siebie, niż do Kobiety powiedział Starszy Pan.

Co chwilę zapadało milczenie. Bus mknął Doliną Kamienicy ku Sączowi. Starszy Pan zapewne podziwiał widoki. Albo może obmyślał strategię do zadania kolejnego pytania. Rozmowa zaczęła przypominać wywiad.

A było co podziwiać za oknem. Słońce spacerowało już po wierchowinie pasma Jaworzyny, kładąc długie cienie na stokach odwróconych ku wschodowi. To zaś wielkie obłoki wędrujące po niebie w okolicach Łabowej zamieniły się po raz kolejny tego lata w złowrogie burzowe chmury i przyniosły obfitą ulewę. Przez spory kawałek drogi lał deszcz, którego w tym rejonie nikt już nie pożąda. Rowy przydrożne znów zamieniły się w rwące potoki, potoki w ryczące wodogrady. Zrobiło się ciemno, jak o zmierzchu, by za chwilę, taką chwilę, której bus potrzebował na pokonanie drogi, która sprowadziła podróżnych całkiem w kotlinę, znów rozbłysło słońce ostatnim radosnym blaskiem tego kończącego się dnia. W dolinach dzień kończy się wcześniej, niż na okalających je szczytach. Zrozumiałe.
Miasto powoli zaczęło wdzierać się w krajobraz.

- A to kto obiad ugotuje w domu, jak szanowna pani tak długo w pracy? - padło kolejne pytanie.
Kobieta pospieszyła z wyjaśnieniem, że córka gotuje, kiedy jej wypada druga zmiana.
Nastąpiła kanonada pytań o córkę i pozostałe dzieci. O dzieci córki, gdy okazało się, że córka dorosła i jeszcze w dodatku w oświacie pracuje.
- Jedno dziecko miałam. Córka też jedno dziecko ma. Mieszka niedaleko, to się tak wspomagamy - to ona nam obiad ugotuje, to my jej dziecka popilnujemy. - Wciąż cierpliwie odpowiadała Kobieta.
- Jedno dziecko?! - bardziej oburzył się Starszy Pan, niż zadziwił. W zasadzie powinien był przyjąć do wiadomości i tyle. - Jedno dziecko?! To tak nie po katolicku! Po katolicku, to mówią, że troje dzieci powinno się mieć.

I Starszy Pan wysiadł na najbliższym przystanku.



wtorek, 9 sierpnia 2011

Przyjaciele są jak książki

Z przyjaciółmi jest jak z książkami. Takimi książkami, co to już się je raz kiedyś przeczytało, poznało ich wartość, polubiło - wręcz pokochało, wystarało by kupić najpiękniejszy egzemplarz dla siebie, by nie pożyczać z biblioteki i do których nieustająco się wraca.

Moją ulubioną książką i to niekoniecznie od czasów dzieciństwa jest "Ania z Zielonego Wzgórza". Nie rozumiałam treści tej wspaniałej książki w dzieciństwie, toteż poznałam się z Anią dopiero, gdy byłam nastolatką bliską dorosłości. Do poznania z Anią musiałam dorosnąć. Gdy dorosłam, to potem już nigdy nie chciałam dorosnąć na tyle, by rozstać się z tą lekturą. Lubię otwierać wciąż od nowa karty tej książki i zagłębiać się w życiu mojej ulubionej bohaterki. Przy każdym otwarciu, podczas każdego czytania dojrzewam do innego odbioru Ani. Nic dziwnego - przecież to ja za każdym razem, za każdym czytaniem od nowa, jestem inna. Starsza i dojrzalsza i bardziej rozumiem, co mówi do mnie Ania - dziewczynka, Ania - podlotek, Ania - młoda kobieta, Ania - mężatka i Ania - matka.
Kto wie, może to Ania nauczyła mnie całej wrażliwości, jaką posiadam? No, nie mogę w to wątpić, że ma w tym swój udział - zapewne była doskonałą nauczycielką w tej sferze.
Ania zajmuje honorowe miejsce w moim sercu. Także w życiu. Stare, wyczytane tomy całej serii stoją na półce i czekają, kiedy znów po nie sięgnę. Znam tyle cytatów z książki, że zastanawiam się, czy nie było kiedyś przypadkiem tak, że spędziłam na rozmowach z Anią długie godziny, dni, może i lata? Zapewne tak, zapewne spędziłam, bo przeczytałam przecież cały cykl książek o Ani niezliczoną ilość razy na przestrzeni ponad 30 lat.
Zawsze było tak, że otwierałam "Anię", może lepiej by brzmiało: Ania  otwierała się przede mną w trudnych momentach mojego życia. I pomagała, jak modlitwa. Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że  lektura książki pomagała, bo mam pełną świadomość, że to Ania mi pomagała! Wspaniała bohaterka - natchniona Duchem i Słowem, uczyła patrzeć od innej strony na życie. Od tej, od której ta ruda, zamieszkująca na kartach książki dziewczynka, potrafi nań patrzeć. Tak, bo Ania kryje w sobie cudowną tajemnicę: nawet, gdy stała się panną, potem kobietą i matką, w środku została tą samą małą, wrażliwą, rudą dziewczynką. (Nawet, gdy w dorosłym życiu jej włosy  stały się ciemniejsze - prawie kasztanowe.) I w dodatku Ania każdemu, kto potrafi ją zrozumieć i zaprzyjaźnić się z nią, ofiaruje to samo - umiejętność pozostania dzieckiem w ciele dorosłego, w jakiego się powłoka człowieka z czasem zamienia.
Cudowną jest świadomość, że na półce czeka na mnie tak wielka przygoda, jaką jest odkrywanie Ani podczas każdego czytania, od nowa. Cudownie jest móc otworzyć ulubioną książkę znowu i znowu. Niby ta sama, ale za każdym razem inna.
Jak przyjaciele.
Minionej nocy otwierałam ulubioną książkę.
Książki są jak przyjaciele.
Odwiedziła mnie Urszulanka.
Przyjaciele są jak książki.

Z Urszulanką uczyłam się wrażliwości na świat.

"Zawsze robi mi się smutno, gdy coś miłego się kończy. Co prawda zawsze można mieć nadzieję, na coś jeszcze milszego, ale co do tego nigdy nie ma pewności."
                                                                                           ("Ania z Zielonego Wzgórza")