MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 6 lutego 2017

Lustracja w krzywym zwierciadle w kraju Nalejzupy

W królestwie Nalejzupy, które nie było wyspą, ludzie żyli według dekretów i zasad. Najważniejszym dekretem był dekret o nieskazitelnej porcelanie. Dopóki królestwem rządził król z dynastii Porcelitów dekrety i zasady były niezmienne. Ale czasy się zmieniały, lud burzył się z różnych powodów, a najbardziej z powodu tego, że tylko członkowie rodziny królewskiej i inni wysoko urodzeni oraz wysoko postawieni urzędnicy królewscy mogli posiadać i używać porcelanowe zastawy, które w dodatku przechowywano w pięknie rzeźbionych i inkrustowanych kredensach wykonanych z najdroższego drewna sprowadzanego z najodleglejszych zakątków świata, by potem zastawiać nimi bogate stoły. Wzburzenie ludu wzięło się stąd właśnie, że królestwo Nalejzupy nie było wyspą, wieści z ościennych krain przenikały granice wraz z wiatrami historii. Podczas jednej z zamieci lud królestwa Nalejzupy dowiedział się, że jest uciskany, a ucisk zostanie zniesiony tylko wtedy jeśli i on - lud, będzie mógł używać porcelanowej zastawy. Wraz z uciskiem zniesiono króla Porcelita XVII, władzę przejęła Rada Zastawna, która znosząc dekret o nieskazitelnej porcelanie, wydała nowe dekrety i zasady, ale i tymi lud zmierził się niebawem, zwłaszcza gdy okazało się, że porcelanowa zastawa jest krucha i delikatna i najnormalniej w świecie pęka w dłoni, którą pokrywa poorana bruzdami ciężkiej pracy skóra. Wiatry historii wiały, lud zmieniał i udoskonalał ustrój swojej krainy poprzez wybieranie wciąż nowych Rad, te zaś wydawały wciąż nowe dekrety i zasady, które z wierzchu stwarzały pozory, że porcelana jest wciąż porcelaną a lud może ją posiadać i używać jej. Aż przyszedł czas, w którym zniknęły ponoć wszystkie: stare i nowe zastawy porcelanowe tak jak niegdyś zniknął dekret o nieskazitelnej porcelanie.

Wtedy w kraju zapanowała Rada Szarych Ludzi i usiłowała wmówić całemu ludowi, że ceniona i rozsławiona przez dynastię Porcelitów porcelana tak naprawdę jest jakąś mrzonką, cieniem, niepotrzebnym zbytkiem, mitem wreszcie, który stworzono po to, by mydlić oczy, okłamywać, stwarzać iluzję i mamić biedny, spracowany lud. Rada Szarych Ludzi ogłosiła w swym dekrecie, że najlepsza dla ludu z kraju Nalejzupy jest zwykła ceramika z gliny, fajansu, w ostateczności z porcelitu. Dekretem zakazano produkcji, sprzedaży i posiadania porcelanowej zastawy jako tej, przy której rodzi się kaprys, zbytek, bunt. Ale, że kraj Nalejzupy nie był wyspą i wiatry historii przenikały przez granicę niosąc ze sobą wieści wte i we wte, dekret dopuszczał produkowanie porcelanowych zastaw, które można było nabyć w komplecie lub też dowolnie zestawiać, w zależności od potrzeb ale tylko za okazaniem specjalnego talonu. Wraz z produkcją szerzono jednak wieść, że każdy komplet i każdy cykl produkcyjny zawiera niewidzialną skazę, której obecność dyskredytuje porcelanę z należnego jej miejsca, które w micie stworzył lud jeszcze za czasów dynastii Porcelitów. Rada Szarych Ludzi chciała bowiem zachować pozory wśród rządzących i ludności krain ościennych, że niby zakazu nie ma, że nie odcina się od starych wartości, tradycji i obrzędów. Bo jeden z historycznych obrzędów polegał na tym, że przy porcelanowej zastawie zbierali się ludzie, którzy poprzez wspólny posiłek, rozmowę, uczestnictwo w uczcie z muzyką poważną, sztuką wysokich lotów, pieśnią, księgą i morałem wykuwali swój los. Co prawda Rada Szarych Ludzi zadekretowała, że gruby i siermiężny fajans jest odpowiedniejszy do wykuwania przyszłych postaw, kształtowania charakteru Szarego Człowieka, który to człowiek ma być człowiekiem nowych czasów, kto wie czy bardziej, czy mniej szarych, które miały nadejść w przyszłości i każdy, kto nabył porcelanową zastawę poddawany był kontroli i nadzorowi. Zakup porcelanowej zastawy za okazaniem talonu finalizowany był własnoręcznym podpisem nabywcy. Nie do końca znany był sposób przyznawania talonów, bo jednym razem było to związane z awansem zaś innym z degradacją. I choć nie każdy zakup się z tym wiązał, nabywca porcelany w chwili zakupu zobowiązywał się również do wypełniania okresowo ankiet, które miały służyć ponoć badaniu trwałości porcelanowych wyrobów. Czasem konfiskowano zastawę a wszyscy biesiadnicy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach lub też Rada Szarych Ludzi dopuszczała się rzeczy, o których tylko szeptano pokątnie, nigdy zaś głośno, bo były tak okrutne, że trudne do uwierzenia.
Właśnie za czasów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy zaczyna się nasza historia, historia Wybrańców, którzy spotykali się przy cudem zdobytej, z pietyzmem pielęgnowanej porcelanowej zastawie. Spotkania w Kręgu Porcelanowej Zastawy mogły mieć i miały różne formy. Każde spotkanie cechował odmienny charakter i tylko dlatego, że opowiadam bajkę a nie historię z prawdziwego życia, raz za razem Wybrańcy z Kręgu Porcelanowej Zastawy przeżywali inne przygody, realizując zadania, które były tak nierealne, że już tylko z tego powodu musiały być bajką. Bajka wnet przemieniła się w baśń, a czas ustanowił z niej legendę. Żaden z Wybrańców nie dopuszczał do siebie niecnie rozsiewanych pogłosek o rzekomych skazach na produkowanych w kraju Nalejzupy za czasów Rady Szarych Ludzi porcelanowych zastawach. By okazać lekceważenie dla tych pogłosek, choć każdy z Kręgu Porcelanowej Zastawy miał ulubiony kształt, kolor i wzór, wymieniali się czasem Wybrańcy talerzem, filiżanką, kubkiem, by wszyscy mogli spróbował smaku z każdego naczynia.
Mijały lata. Wybrańcy byli tymi, którzy zmieniali świat. Zmieniali dlatego, bo nigdy nie uwierzyli, że herbata pita z grubego glinianego kubka tak samo smakuje jak ta kosztowana małymi łyczkami z porcelanowej filiżanki, a biesiada urządzona przy fajansowym nakryciu nie różni się od uczty z porcelanową zastawą. Wybrańcy w tym nowym zmienionym świecie godnie nieśli przesłanie, z którym weszli kiedyś w życie. Lata tak szybko przemijały, wraz nimi tworzyły się nowe legendy ale też i fałszywe mity na temat porcelanowych zastaw używanych w czasie, gdy rządy sprawowała Rada Szarych Ludzi. Stworzyła się Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika, która twierdziła z całą stanowczością, że wszystkie porcelanowe zastawy, które puszczano w obieg w czasie rządów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy miały skazę, ta zaś dyskwalifikuje każdą wyrosłą podczas przyjęć w Kręgach Porcelanowych Zastaw legendę i jedyną zastawę bez skazy posiada ona - Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika. Zaczął się czas terroru. W niepotrzebnych szafach członków Rady Szarych Ludzi obok trupów leżały spreparowane podczas zakupu dokumenty. Rada Szarych Ludzi dokładnie zabezpieczyła się na ewentualność utraty władzy. Posiadacz porcelanowej zastawy finalizując zakup własnoręcznym podpisem tak naprawdę zmuszony był do sporządzenia deklaracji, na podstawie której stwierdzał, że jest posiadaczem porcelanowej zastawy i będzie organizował przy niej przyjęcia i uczty dla znajomych i przyjaciół. Najgorsze było to, że posiadacz musiał oświadczyć, że jest świadomy, że w jego zastawie znajduje się egzemplarz z niewidoczną skazą fabryczną, co jak wiadomo dyskwalifikowało na zawsze prawdziwość powstającej legendy całego Kręgu Porcelanowej Zastawy, jak i poszczególnych Wybrańców. I jeszcze te okresowe ankiety rzekomo na temat cech porcelany, wytrzymałości, długości i jakości użytkowania.
Co rusz zdarza się, że Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika wyciąga z niepotrzebnych szaf Rady Szarych Ludzi takie zadeklarowane na siebie wyroki, choć tak naprawdę powinna wyciągnąć trupy a szafy dawno spalić. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w niektórych Wybrańcach z Kręgów Porcelanowych Zastaw zrodziło się zwątpienie: To co? To wszystko kim i czym teraz jestem ma taką skazę jaką miała ta porcelana, przy której zasiadaliśmy i karmiliśmy się ideałami? Może to przede mną najczęściej stało naczynie ze skazą? Czy moja wartość jest warta mnie, a ja przyzwoitości i czasów, w których żyję? Czy posiadacz porcelany, organizator naszych uczt, poczęstunków i spotkań, naszego życia miał prawo być ich organizatorem skoro wiedział, że porcelana ma skazę? Wypełniał ankiety... I kiedy? Zaraz po naszych spotkaniach czy może w trakcie, kiedy my zasłuchani, zapatrzeni, zachłyśnięci ideałami wierzyliśmy mu i ufaliśmy, projektowaliśmy świat z legend o zastawach z nieskazitelnej porcelany...  Z takimi dylematami przyszło zmierzyć się niejednemu z Wybrańców zasiadających w Kręgu Porcelanowej Zastawy. Dlatego któryś z nich udał się do Gładkomówiącej Zwykłej Jędzy i zapytał:

- Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, powiedz, bo przecież tkwi w tobie mądrość wielu pokoleń Gładkomówiących Zwykłych Jędz i Czarownic, jak mam to sobie wszystko poukładać? Czy moje życie przejęło skażenie porcelany ze skazą i co myśleć o posiadaczu porcelanowej zastawy? Czy prawdziwe są wszystkie ideały, na których wzrósł mój charakter skoro uczty nie były organizowane przy nieskazitelnej porcelanie? Czy ja jestem prawdziwym Wybrańcem i czy wtedy też byłem prawdziwie powołany do zasiadania w Kręgu Porcelanowej Zastawy? Gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie te przyjęcia? Czy byłbym dalej, czy bliżej, czy może w tym samym miejscu? Czy kłamstwem jest teraźniejszość w takiej samej mierze jakim kłamstwem była przeszłość? Co jest prawdziwe i co jest prawdą? Powiedz, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, czy omamił mnie ułudą przy porcelanie ze skazą zakupioną za okazaniem specjalnego talonu ze sfinalizowaniem zakupu własnoręcznym podpisem i zobowiązaniem wysyłania ankiet na temat użytkowania i dał mi przez to możliwość wzrostu do... do czego? Czy lepiej byłoby, gdybym nigdy nie przyłożył do ust cienkiej ceramiki a tylko pił z siermiężnego garnuszka z wyszczerbionym rantem. Zakpił, czy zbudował? Miał prawo, czy nie miał? Jestem, czy mnie nie ma? Jakoś nie ma problemu pogodzić się z tym, że inny posiadacz nieskazitelnej porcelany, ten, który organizował przyjęcia przy wielkim stole dla całego ludu, dokonał zakupu na tych wszystkich warunkach, bo przecież to olbrzymi mit, wielka legenda, lodołamacz systemu Grupy Szarych Ludzi.

- Dlaczego?

- Bo... bo nie znam go osobiście, nie jest mi tak bliski, nie zawiódł, nie zdradził.

- Kiedy cię zawiódł Wybrańcu, twój posiadacz nieskazitelnej porcelany?

- Tak naprawdę?

- Tak. Tak naprawdę. Powiedz, kiedy cię zawiódł. Zdradził.

- Tak naprawdę to nigdy. Ani wtedy, gdy zapraszał nas na uczty w Kręgu Porcelanowej Zastawy, ani dziś.

- Dlaczego więc mówisz, że zawiódł i zdradził?

- Bo... bo przecież Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika... bo te dokumenty z szafy... bo... Gładkomówiąca Zwykła Jędzo! To nieprawda! To terror! To sianie zamętu i strachu! To burzenie autorytetów i w końcu to tryumf i zwycięstwo Rady Szarych Ludzi.


- Pomyśl, Wybrańcu, o tych wszystkich chwilach, które spędziłeś na przyjęciach i ucztach w Kręgu Porcelanowej Zastawy, pomyśl czym wypełniona była czara, którą zbliżałeś do ust. Czujesz aromat, smak, temperaturę spożywanych napojów i potraw? Zapomniałeś, prawda? Za to dokładnie poznałeś i pamiętasz smak przyjaźni i miłości i wciąż zaprawione jest nimi twoje życie. Poznałeś jak nikt inny zapach przygody, kolor ideałów, a gdy zamkniesz powieki, wciąż widzisz szczęśliwe twarze twoich przyjaciół, których skupiła przy stole uczta u posiadacza nieskazitelnej porcelany. Wiesz czym jest prawdziwa porcelana? To mit, legenda. To człowiek jest naczyniem, które można napełnić miłością albo nienawiścią, szczęściem albo nieszczęściem, bogactwem albo biedą duchową. To człowiek jest PORCELANĄ. Wybrańcu, zaczekaj, nie skończyłam, dokąd pędzisz?!

- Przepraszam, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, nie mogę wysłuchać cię do końca. Muszę czym prędzej udać się do posiadacza nieskazitelnej porcelany, muszę ochronić tę kruchą czarę, bo ktoś chce ją zniszczyć, unicestwić, odebrać honor, dobre imię, zaprzeczyć prawdziwości i jakości. A tylko ja, Wybraniec, mogę zatrzymać to całe zło i  powiedzieć mu, że jestem kim jestem dzięki niemu. Dzięki tym ucztom przy stole zastawionym porcelaną ze skazą, nabytą na specjalny talon.


___________________________________________________________________________

Ale Gładkomówiąca Zwykła Jędza mówiła już tylko do siebie. Wiedziała dokąd Wybraniec poszedł. Może potrzebowała to wszystko powiedzieć. Na głos. Żeby i ona dobrze usłyszała.


Zainteresowany tematem czytelnik znajdzie tu tło opowieści.

Chciałabym jeszcze w Post Scriptum dodać, że posiadacz nieskazitelnej porcelany to jest wielki Ktoś. To Ktoś, komu w zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze zwykłą harcerką, nadałam do imienia przedrostek hen i używam go do dziś. Żadna lustracja, żaden wyrok poparty tonami dokumentów, które tworzyli urzędnicy aparatu kontroli i represji, by wykazać się osiągnięciami w pracy, nie zmienią mojego stanowiska i zdania na temat henCzłowieka. Bo dzięki niemu jestem dziś tym, kim jestem. Ja oraz wielu moich przyjaciół.











wtorek, 31 stycznia 2017

Homo homini

W jednej z sądeckich przychodni rehabilitacyjnych, do której obecnie uczęszczam na rehabilitację, znajduje się sala ćwiczeń, gdzie równocześnie - pod okiem i nadzorem rehabilitantki - ćwiczy wielu pacjentów. Co prawda rehabilitanci z innych przychodni, którzy mają szczęście pracować z każdym pacjentem oddzielnie, twierdzą, że nie wyobrażają sobie takiej specyfiki pracy, ale to całkiem inny temat.
Tam wchodzę na salę, siadam na jeden z rowerów i od tego zaczynają się moje zabiegi. Któregoś dnia, gdy weszłam, mój rower był zajęty przez całkiem nowego chłopca. W ogóle zaczął się nowy tydzień, więc sporo było nowych pacjentów. Chłopiec - na oko 10- 11-letni - powiedział mi grzecznie "dzień dobry", ja zapytałam dokąd jedzie, on odpowiedział, że bez celu i w tym momencie weszła wysoka kobieta, której chłopiec również się ukłonił.
Od razu można było rozpoznać, że dziecko jest z małej miejscowości, skoro kłania się wszystkim dorosłym. W obecnych czasach to naprawdę rzadkość. Jako, że "mój" rower był zajęty przez chłopca, a drugiego nie używam, usiadłam na innym przyrządzie do ćwiczeń, natomiast wolny rower zajęła wysoka kobieta siadając tym samym pomiędzy mną a chłopcem. Przedzielona poczułam się zwolniona z rozmowy, z czego skwapliwie skorzystałam, bo tak się jakoś podziało, że ostatnio nawet mówienie mnie męczy. Gwoli wyjaśnienia muszę się przyznać publicznie, że chodzę w związku z tym skwaszona i wykrzywiona, by nie tracić sił na zbytki takie jak rozpromieniona mina, uśmiech, entuzjazm itp. Za dużo wysiłku kosztuje mnie jakiekolwiek funkcjonowanie, by pozwolić sobie na funkcjonowanie radosne, a już tamtego dnia byłam w wyjątkowo podłej formie fizycznej, co siłą rzeczy przekłada się na formę psychiczną.
Następnego dnia spotkałam chłopca na korytarzu, właśnie skończył ćwiczenia i szedł do szatni, ale oczywiście zatrzymał się przy mnie, powiedział "dzień dobry", na pytanie dokąd dzisiaj jechał odpowiedział "dziś nie ćwiczyłem na rowerze" i dodał: pani przyjaciółka (znaczy wysoka kobieta) już na panią czeka, czym rozbawił mnie tak, że weszłam na salę chyba rozpromieniona, skoro zauważyła to pani rehabilitantka.
Mały chłopiec...
Ciekawam, w którym momencie swojego życia człowiek przeistacza się w wilka.

czwartek, 26 stycznia 2017

Paranoi sądeckich rejestracji ciąg dalszy

Wybrawszy dokumentację z przychodni, która mieni się centrum medycznym w niewygodnej ze względu na dojazd dzielnicy Nowego Sącza, po telefonicznym rekonesansie udałam się do innej [przychodni]. Dla jasności przypomnę, że nie wybierałam dokumentacji M. dlatego, że niewygodny jest dojazd do przychodni, tylko dlatego że pulmonolog P. z nowym rokiem przestała przyjmować w owym centrum medycznym.
Rejestracja poszła gładko, aczkolwiek p. rejestratorka nijak nie chciała zrozumieć, że M. jest zdiagnozowana i nie będzie tzw. pierwszorazowym pacjentem i nie dotyczą nas informacje dla pierwszorazowych pacjentów ani spełnienie tych procedur, takich jak aktualne badania laboratoryjne i rtg płuc tudzież inne, ale wysłuchałam przez telefon i po raz kolejny przy okienku.
Pani musi powiedzieć to niech powie. Mnie jest ciężko mówić, więc nie mogę się przebić przez czyjąś paplaninę.
Po dokonaniu rejestracji do pulmonologa P. zapytałam, czy alergolog T. przyjmuje u nich również, jeśli tak to proszę o rejestrację, w tym przypadku jako pierwszorazowy pacjent.
Czytelnikowi wyjaśnię, że skierowanie do alergologa ze wskazaniem na T. wypisał nie kto inny jak pulmonolog P.
No i co słyszę od pani w rejestracji? Ano, co następuje:
- Ale jak pani rejestruje się do pulmonologa to nie ma sensu iść do alergologa, bo przecież to jedno i to samo.
Usiłowałam powiedzieć, ale że tchu mi brak i siły głosu, to znów nie mogę się przebić przez paplającą wszystkowiedzącą rejestratorkę.
Wręczam jej więc do rąk własnych skierowanie do alergologa wypisane przez pulmonologa. W dodatku przez pulmonologa P.


sobota, 3 grudnia 2016

Kluski na parze - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Najpierw dom pachnie ciastem drożdżowym, które rośnie w ciepłym miejscu w kuchni. Zanim skończyłam wyrabiać ciasto zamyśliłam się chwilę - zagniatanie ciasta pozwala myślom odpłynąć. Zaledwie się zanurzam w najpłytszej myśli a już widzę porcelanową miskę z delikatnym różanym deseniem, w której Mama wyrabiała swoje ciasto drożdżowe na placek, albo te nieszczęsne kluski, których w dzieciństwie pasjami nie znosiłam. Skoro widzę miskę, a przede wszystkim czuję zapach drożdżowego ciasta, które oddycha pod naciskiem moich rąk, to widzę kuchnię domu rodzinnego i ręce Mamy, które wyrabiając ciasto potrafiły je rozciągać do góry, co zawsze budziło mój podziw. Jest też i cała Mama, w tej swojej fryzurze, którą miała kiedy byłam jeszcze całkiem mała i udaje mi się zobaczyć siebie samą - wyglądam zupełnie jak na tym zdjęciu, które robiłam do legitymacji szkolnej, gdy byłam w trzeciej klasie. Miałam na sobie ten komplecik, który Tańcia przywiózł z podróży służbowej do Bułgarii: bluzeczkę w drobne różowo-białe kwiatuszki i zielony bezrękawnik z przedłużonym stanem, odcinany na dole i zakładany jakby miał kilka plis. Nigdy nie znosiłam sukienek, ale ta była szczególna, bo przywieziona  przez Tańcię z tamtej tajemniczej podróży. Zdjęcie do legitymacji jest czarno-białe, ale zawsze kiedy na nie patrzę, widzę kolory. Więc i teraz widzę siebie jak z tego zdjęcia, jeszcze z jasnymi włosami, bo ściemniały mi wiele lat później... Teraz Mama obwiązuje ścierkę wokół szerokiego garnka, gotuje wodę i gdy woda zaczyna parować, delikatnie kładzie kluski wycięte jak pączki z rozwałkowanego ciasta szklanką. Zapach się zmienia. Ciasto drożdżowe inaczej pachnie, gdy rośnie, inaczej, gdy piecze się ciasto, inaczej podczas robienia klusek na parze i jeszcze inaczej podczas smażenia pączków. Wszystkie te zapachy przywołuję po kolei a razem z nimi ułamki sekund podczas których wspomnienia są prawie nieruchome, jak na zdjęciach.
To pewnie przez grudniowe słońce, które szybko kończy dzień i zachodzi świecąc prosto w oczy przez kuchenne okno. Bo pewnie w tym świetle zawarta jest jakaś wiadomość. Prosto z Nieba.

Żaczek Pan

Pan Żaczek uratował dzisiaj świat D.
A było to tak, że gdy siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach, usłyszałam dziwny odgłos przypominający upadek na zaśnieżoną ziemię jakiegoś olbrzymiego ciężaru i na koniec takie warkoczące puuufff, jakby powietrze z tego uszło. Miałam dosłownie wrażenie jakby to był smok. Ponieważ robiłam doktorat z autoimmunologii, więc nie mogłam sobie pozwolić na puszczenie wodzy fantazji, musiałam oddać się pracy bez żadnych wycieczek do świata wyobraźni. Autoimmunologia to nie w kij dmuchał, kto wie czy nie trudniejsza od genetyki. Nie wiem ile czasu minęło, bo przecież komputer wciąga, ale w końcu wstałam z postanowieniem zrobienia obiadu. Potrzebne mi były ziemniaki, a te w naszym domem trzymane są poza domem, tzn. na klatce schodowej pod ławką w koszyku. Wzięłam więc woreczek na ziemniaki i z impetem otwarłam drzwi, które pełnią rolę wejściowo-wyjściowych. I stanęłam z osłupienia, ponieważ spod strychu dochodziło chrapanie, warczenie i groźne pomrukiwanie smoka; z każdym wydechem cały blaszany dach na budynku podnosił się, by zaraz potem opaść i to był właśnie ten odgłos, który mnie nieco wcześniej zainteresował. A przy tym śmierdziało tak, że jeśli by to nie był smok, to musiał by to być pan menel. Ze względu na strach jaki się we mnie zrodził, było to kompletnie obojętne. Populacja mężczyzn w naszym bloku ciągle spada, zresztą o tej porze i tak wszyscy są w pracy - przynajmniej ci pracujący, bo niepracujący równie dobrze mogli być w takim samym stanie jak mój smok. Oczywiście chrapanie, charczenie i groźny pomruk mi w niczym nie przeszkadzały, ale na uwadze miałam to jak kilka lat temu inny smok śpiący pod strychem (w dodatku na naszych wycieraczkach, które sobie przysposobił na ten czas) zsikał się i jego mocz spływał wprost do całkiem nowego buta Synka, bo mieliśmy - aż do tamtego czasu - w zwyczaju zostawiać buty przed drzwiami.
Zadzwoniłam do administracji, bo w końcu administrator ma jakieś obowiązki. Dowiedziałam się, znaczy wywnioskowałam, że ma to gdzieś, bo wnet kończy pracę i lepiej żebym zadzwoniła na policję. Ja jednak zadzwoniłam do Pana Żaczka, bo jest nieoceniony w takich i innych akcjach. Ale, że to godziny pracy i Pan Żaczek żadną miarą nie mógł przyjechać wyeksmitować smoka, poradził mi, żebym dzwoniła do straży miejskiej.
Strażnik ze straży miejskiej zapytał czy smok aby nie jest pod wpływem. Już miałam powiedzieć, że a jakże, że tak, że strach by było wyjść na klatkę schodową z otwartym ogniem, bo taki odór, ale sam strażnik kontynuując, powiedział: bo jeżeli jest, to proszę dzwonić na policję, bo my go i tak nie wywieziemy i będziemy musieli wzywać policję, a to już będą dwa patrole zaangażowane, a może być jeden. Zaoponowałam gwałtownie, że nie oczekuję, by go wywozili, a tylko wyprowadzili, bo przecież zległ prawie że pod moimi drzwiami. W tym momencie strażnik ze straży miejskiej odleciał w kosmos mówiąc, że najlepiej, żebym wyszła i sprawdziła, czy smok jest w stanie upojenia, czy nie jest. I upierał się, że tak musi być, znaczy, że muszę mu powiedzieć czy o jest trzeźwy. I nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego nie przyjmie ode mnie zgłoszenia i nie przekaże go na policję, tylko mi samej każe to robić.
Wybieram numer alarmowy na policję. Nie zgłasza się. Wybieram numer stacjonarny do dyżurnego. Nie zgłasza się. I tak kilka razy tam i z powrotem. Pomyślałam sobie: Bogu dzięki, że mnie ktoś nie napadł i że np. nie muszę dzwonić w tajemnicy, trzymając telefon w kieszeni, albo że się nie pali, nie wali, bo już by było po mnie. W końcu się zgłosił policjant. Aby nadać wiarygodności i zwiększyć dramaturgię zgłoszenia, powiedziałam, że czuję się zagrożona. Na co policjant kilkakrotnie upewnił się czy mam zamknięte drzwi, że z kolei chciałam zapytać, czy mam je otworzyć, żeby on mógł przyjąć to zgłoszenie no i na to wszystko Pan Żaczek wrócił z pracy, wyszedł pod strych i powiedział: - No, kolego, koniec spania. Wychodzimy. A smok Pana Żaczka bierze na litość i mówi: - Ale ja tak zmarzłem, na polu jest zimno i leje. O! No i zmokłem. I chcę się wyspać... ja tylko śpię. Ale Pan Żaczek był nieczuły i nie dał się wziąć na litość. Doradził schronisko Brata Alberta i przypilnował, aby smok wyszedł. I niemal na tę scenę przyjechała policja wielką kabaryną. Policjant w gumowych rękawiczkach ruszył w stronę świata D. Ale świat D był już wtedy uratowany. Pan Żaczek był bohaterem na własnej klatce. Tak skonstatowała Duża Mała Dziewczynka.
- Jak mogłaś tak zrobić biednemu smokowi - powiedział Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, kiedy wysłuchał opowieści - trzeba mu było zanieść miskę ciepłej strawy i kocyk, zaprosić do domu żeby wziął prysznic i dać mu czyste ubranie. A ty tak bezlitośnie na śnieg i pluchę biednego stwora.

P.S.
Otagowałam wpis, bo obiecałam strażnikowi ze straży miejskiej, że to opiszę. Pewnie chłop czeka.

piątek, 25 listopada 2016

Dzień Pluszowego Misia - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Czesław jest misiem autystycznej dziewczynki, którą nazywamy Nasza Łaskawość. Właściwie dziewczynka mówi na misia Hesiu, a nie Czesiu, bo przecież kłopot z poprawnym wypowiedzeniem słów, sylab i głosek jest na dziś jednym z przejawów autyzmu u małej. Historia Cześka jest znana stałym Czytelnikom, ale przypomnę, że miś pojawił się w życiu Naszej Łaskawości w momencie, w którym rozszerzył się jej świat z domowego na domowy i przedszkolny i niemówiące wtedy dziecko musiało jakoś komunikować swoje potrzeby i uczucia. Tak więc Czesiek doskonale zastąpił małą, autystyczną dziewczynkę w wyrażaniu wszystkiego, co trzeba było wyrazić, w przekazywaniu myśli, lęków, radości itd. Najbardziej anegdotyczną bodaj rolę Czesiek miał kiedyś, podczas wyścigów "kto pierwszy". Otóż Mamusia, by przyspieszyć dotarcie do przedszkola w czasie, gdy jeszcze całe rodzeństwo doń uczęszczało, ogłaszała na ostatnim etapie wyścig: kto pierwszy dobiegnie do drzwi. Do Naszej Łaskawości każdy komunikat docierał później i inaczej niż do starszego rodzeństwa, więc dla niej wyścig zaczął się dopiero w momencie, kiedy zobaczyła, że Maleńka Wnuczka i Mniejszy Brat dali susa przed siebie. Oczywiście w takiej sytuacji nie miała szans na wygranie wyścigu, więc się zatrzymała, wzięła zamach i rzuciła Cześkiem przed siebie. Czesiek błyskawicznie osiągnął metę wyścigu (dystans był krótki), a Nasza Łaskawość podskakując do góry i klaszcząc, wypiskiwała coś na kształt "Hurrra!"
Życie Cześka jest niezwykle bogate. Ostatnio Czesiek miewa koszmary nocne i w związku z tym nie może utulić swojej dziewczynki, kiedy ją nawiedzają jej koszmary i dlatego ta wędruje do łóżka rodziców. Zjawiając się nocą w sypialni, mówi już tylko "hohmal", włazi do  środeczka i kładąc się - oczywiście w poprzek - skopuje któregoś z rodziców w tzw. nogi.
Czesiek naturalnie szykował się do przedszkola na dzisiejsze święto Pluszowego Misia, ale Nasza Łaskawość trochę niedomaga na brzuszek, więc z bólem serca Czesiek musiał pogodzić się z tym, że pozostanie w domu. Postanowił więc, zwłaszcza że i tej nocy nawiedził go "hohmal", że dzisiejszy dzień spędzi w łóżeczku. Generalnie Hesio śpi w łóżku Naszej Łaskawości, ale swoje łóżeczko posiada. Jak w bajce - drewniane, z kocykiem, poduszeczką i kołderką.
Zaraz z samego rana, podczas śniadania, wysłuchałam jak to Mamusia odprowadzając Maleńką Wnuczkę i Mniejszego Brata do szkoły niosła Czesia w łóżeczku... z łóżeczkiem pod pachą, bo Nasza Łaskawość bez Cześka wyjść nie chciała, zaś Czesiek nie chciał wyjść z łóżeczka...
Dlatego, gdy miałam dzisiaj zajęcia biblioteczne z "moimi przedszkolakami" i na wstępie zadałam pytanie jaki dzisiaj mamy dzień, nie spodziewałam się odpowiedzi: czarny piątek!
Dzieci jednak potrafią zaskakiwać. I to jest w nich cudowne.


Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej
Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu



Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej


Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej



Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice
Sądeckiej Biblioteki Publicznej


Czesiek

wtorek, 15 listopada 2016

EDS na pediatrii w Nowym Sączu - Ehlers Danlos Syndrome Awareness Music Video-Help!





Z końcem października u Dużej Małej Dziewczynki wystąpiły nagłe niepokojące objawy - ból w klatce piersiowej na wysokości mostka i uczucie wielkiego ucisku od zewnątrz, spłycenie oddechu, a na koniec pojawiły się duszności. Każdy, kto doświadczył takich objawów, albo przynajmniej kto ma odrobinę wyobraźni. musi wiedzieć, jak nieludzki lęk wyzwala się w takich okolicznościach w człowieku.
Duża Mała Dziewczynka trafiła do szpitala. Na pediatrię w Nowym Sączu.
Oddział pediatryczny nowosądeckiego szpitala, od kiedy jestem matką, nie miał szczęścia do ordynatorów. Również, od kiedy pamiętam, istniała tam pisana zasada, że żaden lekarz nie udziela informacji o stanie zdrowia pacjentów prócz ordynatora. Tymczasem przy obecnym pobycie Dużej Małej Dziewczynki - zmiana. Lekarz prowadzący rozmawia z rodzicem, udziela mu informacji; sytuacja zdaje się być wreszcie normalna. Ucieszyłam się, bo po ostatnim pobycie Dużej Małej Dziewczynki na tym oddziale i po rozmowie z ordynatorem, który pełni tę funkcję do dziś, nie chciałam mieć już nigdy w życiu z tą osobą do czynienia. Po rozmowie, która toczyła się  za zamkniętymi drzwiami kilka lat temu w gabinecie ordynatora (a miała to być zwykła informacja o stanie zdrowia pacjenta, tzn. mojego dziecka) wyszłam upokorzona i spłakana, a córce przyklejono łatę histeryczki, której najbardziej ze wszystkiego potrzebna jest pomoc psychiatryczna. To było wtedy, kiedy Duża Mała Dziewczynka mdlała na każdym kroku i przy byle okazji. Ordynator - kardiolog dziecięcy zapewniała mocą swojego autorytetu (?), że wiele dziewcząt w tym wieku słabnie i mdleje i nie jest to nic szczególnego. "Nic szczególnego" okazało się dość poważną przypadłością, częścią składową choroby genetycznej. Ale, by diagnozę postawiono, musiałam być głucha na ordynator-dobrą radę, niepokorna wobec zapewnień o tym, że to "nic szczególnego" i posłuchać intuicji i mojego dziecka.
Więc Duża Mała Dziewczynka znów trafiła na pediatrię w Nowym Sączu i rozmawiał z nami lekarz prowadzący, który zasłynął z tego, że umie walczyć. Sławę przyniosła mu wprawdzie walka o swoje, ale skoro umie walczyć o swoje, to przecież tym bardziej będzie walczył o pacjenta, który sam o siebie nie zawalczy, bo jest dzieckiem - myślałam. Raczej się pomyliłam, choć do końca nie jestem pewna. Wierna swoim zasadom, by nie podawać tu nazwisk, powiem tylko, że lekarz nazywa się całkiem tak samo jak zabawka autystycznej Naszej Łaskawości.
Duża Mała Dziewczynka wyszła ze szpitala po 48 godzinach z podejrzeniem niestworzonej diagnozy neurologicznej. Byłam obecna podczas wywiadu i badania neurologicznego i od razu mówiłam, że neurolog przyszła z gotową diagnozą i pod tym kątem prowadziła badanie i wywiad, ale to insza inszość. Mieliśmy czekać na wynik badania immunologicznego, który będzie może za tydzień, może za dwa, raczej za dwa.
48. godzinny pobyt w szpitalu, podejrzenie miastenii i wysłanie materiału do badania nie zlikwidowało jednak dolegliwości Dużej Małej Dziewczynki. Wręcz się nasiliły - duszności powtarzały się kilka razy w ciągu dnia, więc któregoś wieczoru wróciliśmy do szpitala. Po badaniu lekarza dyżurnego i rozmowie z pielęgniarkami zorientowałam się, w jakim kierunku przebiegało kilka dni temu omawianie przypadku mojej córki. - Jeśli czujecie panie jakiś niepokój, to ja oczywiście przyjmę pacjentkę na oddział. I: - A to było tu mówione, że z taką chorobą można żyć przez całe życie i nie wiedzieć o niej, a jak się ją przez przypadek zdiagnozuje, to się potem człowiekowi wszystko dzieje...
Hmmm.
Przemilczałam.
Przez przypadek... można żyć przez całe życie... potem (POTEM) się wszystko dzieje.
Odpowiedziałam pielęgniarce dyplomatycznie:
- Wie pani, przedtem też się działo, tylko wysyłali do psychiatry.
Tu sobie pomyślałam o ordynatorce tutejszej pediatrii i pobycie Dużej Małej Dziewczynki kilka lat temu, omdleniach i "nic szczególnego". O kardiologu, u którego byłyśmy w Sączu prywatnie przy ul. Cieczkiewicza, (pracuje w sądeckim szpitalu), który poniżył, ośmieszył, zdeprecjonował diagnozę innego specjalisty, zdyskredytował matkę w oczach dziecka, zlekceważył dolegliwości. O ginekologu z sądeckiej onkologii, który bez badania USG, po badaniu fizykalnym stwierdził: wszystko jest w porządku, a tymczasem na przydatkach był torbiel przekraczający swoim rozmiarem 7 cm.
Nie mogłam pozwolić sobie na dłuższe wspominki. Musiałam uzbroić się w czujność. Przygotować na kolejny atak.
- Następnym razem, gdy was ktoś będzie wysyłał do psychiatry i lekceważył wasze dolegliwości proszę wstać, wyjść i głośno trzasnąć drzwiami, żeby huk na długo pozostał - powiedziała międzynarodowej słowy profesor genetyki specjalizująca się w zespole Ehlersa-Danlosa, podczas pierwszej wizyty diagnostycznej, na której otrzymałyśmy diagnozę kliniczną. Przepraszam, ja otrzymałam. - Napiszę diagnozę dla pani, będzie dla wszystkich - powiedziała też Pani profesor. Dla niejednego sądeckiego lekarza nie jest to takie oczywiste, że jak najstarszy członek rodziny dostał zaświadczenie o diagnozie klinicznej choroby genetycznej przekazywanej autosomalnie dominująco, to u następnych pokoleń (albo równoległych członków rodziny), gdy występują objawy, chorobę się diagnozuje bez pomocy laboratorium.

Nie zamierzałam kontaktować się z ordynatorką oddziału, czekałam na rozmowę z lekarzem prowadzącym. W tym dniu nie było go jednak w pracy, z jakiegoś powodu wyszłam na korytarz, którym przechodziła ordynatorka, a ta wzięła mnie na cel, bo miała do spełnienia kolejną w swoim życiu misję w stosunku do mnie i mojej córki. Wiadomo, co chciała mi powiedzieć. Co prawda słowo psychiatra nie padło, ale hasło "pilna pomoc psychologiczna" było wiodącym w monologu. Tak, był to monolog, bo ja przez cały czas usiłowałam przekazać pani ordynator informację, że nie życzę sobie rozmowy z nią, ponieważ mam złe doświadczenie.
No przecież mam prawo nie życzyć sobie rozmowy z kimś, nawet jeśli ten ktoś jest ordynatorem oddziału, na którym przebywa mój bliski.
W "rozmowie" na swoje życzenie uczestniczyła Duża Mała Dziewczynka. "Rozmowa" toczyła się na korytarzu. Obok przy stoliku siedziała matka z dzieckiem, dalej studentki, w innych salach byli rodzice u swoich dzieci, korytarzem chodziły salowe, pielęgniarki i inni lekarze.
Duża Mała Dziewczynka padła emocjonalnie. Znaczy - rozpłakała się. Ja trzymałam się do chwili, w której lekarz dyżurny podczas normalnej rozmowy chwilę później, okazał mi ciepło i zwykłe ludzkie podejście. Pani ordynator znów udało się nas upokorzyć, poniżyć, zachować się nieprofesjonalnie, niefachowo, wykazać niewiedzą i niechęcią. Gdy postanowiłyśmy wyjść natychmiast ze szpitala i udałam się do dyżurki pielęgniarskiej, wchodząc usłyszałam jak ordynatorka poucza pielęgniarki: - Jej nic nie jest, to jest histeryczka, ona wszystko zmyśla.

Potem, po kilku dniach, gdy wróciłam na oddział po wypis i wynik badania immunologicznego (ujemny) ordynatorka (która przechowywała u siebie wypis, najwyraźniej czekając na mnie z zamysłem, by nie przeoczyć mojej obecności) podjęła udaną próbę kolejnego upokarzania mnie i mojego dziecka i poniżania na szpitalnym korytarzu. Powtarzałam kilkakrotnie: - Nie życzę sobie żadnego kontaktu z panią, bo wszystkie prowadzą do upokarzania i poniżania mnie i mojej córki, więc proszę ode mnie odejść i nic do mnie nie mówić. Nie skutkowało. Natomiast na korytarzu zjawił się lekarz prowadzący (przechodził po prostu) i w tym czasie ordynatorka podniesionym głosem powiedziała do mnie: - Pani się zawsze awanturuje, to pani mnie upokarza. I ja tego tak nie zostawię.

No tak. I do tego doszło jeszcze zastraszanie i groźby.




Wyszczególniłam kadry z filmu irlandzkiej kampanii społecznej (tego, co powyżej i pod tym linkiem również (https://www.youtube.com/watch?v=eA_AW7ksgSQ&feature=share)). Zamieściłam poniżej i zestawiłam z tym, co mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu. Gdyby komuś chciało się zajrzeć na stronę szpitala w zakładkę pediatrii i zobaczyć jakim sprzętem diagnostycznym oddział dysponuje, a nawet się szczyci, niech zajrzy. Nie podlinkuję tej strony. To tylko dla dociekliwych. Poza EKG i saturacją oraz badaniami laboratoryjnymi nie wykonano mojej córce żadnych badań.


Ona zmyśla - mówiła mi i pielęgniarkom
ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Niech pani nie wierzy we wszystko, co wymyśla pani córka -
mówił ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Jej nic nie jest, każdy tak oddycha jak ona -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.


Jak ona się zachowuje, ilu tu ludzi ją odwiedza -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.




Córka potrzebuje pilnej pomocy psychologicznej -
mówiła ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.







Zapewniam panią, że w tej chwili położę się tutaj na ziemi
i zrobię taką samą scenę tu na korytarzu
z duszeniem się, jak pani córka -
mówił ordynatorka Oddziału Pediatrii Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu.




A my na to:




Poczuć siebie - z cyklu: Opowieści dla Zośki

Mamusia przyszła do przedszkola po Naszą Łaskawość. Nasza Łaskawość, od kiedy zdiagnozowano u niej autyzm, uczęszcza do przedszkola terapeutycznego. Akurat odbywało się badanie diagnostyczne SI w pokoju na poddaszu. Mamusia uchyliła delikatnie drzwi, by w razie czego nie przeszkadzać i... stanęła trochę zaskoczona. Nasza Łaskawość siedziała w wąskiej tubie - całkiem podobnej do tych, w które otula się rury z wodą - ściśnięta jak sardynka w puszce, z tuby zaś wystawała wędka. Mamusia zapytała:

- Co robisz córeczko?

- Łowię - odpowiedziała spokojnie nie tracąc koncentracji.

Jakby Mamusia nie widziała.