MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 grudnia 2012

Myśli, które swędzą

Tiziano Terzani i Ryszard Kapuściński mieli tę samą wizję dziennikarstwa - przeczytałam przed chwilą.
Wczoraj rano, zaledwie wstałam, wzięłam do ręki książkę Terzaniego. Miałam tylko rzucić okiem i... nie mogłam się od niej oderwać.
Mówiłam kiedyś, że moje myśli swędzą. Gdy się czyta takie słowa, jakie zapisał Terzani, swędzą jeszcze bardziej. Słowa wylewają się z opasłego tomiska podczas gdy ja nie mogę utrzymać książki w ręku od jej ciężaru. Każde z nich jest obietnicą jeszcze większej głębi, niż ta, która właśnie pochłania. I znika się bez reszty pomiędzy wydarzeniami układającymi się w zdania i całe opowieści. Wysypka myśli staje się bolesna. Kiedyś miałam na skórze wysypkę niewiadomego pochodzenia. Wyrosły mi guzowate bąble, które stworzyły powrozy na całej długości moich kończyn, korpusu i szyi. Kiedy lek przestawał działać, pojawiało się swędzenie, które natychmiast przechodziło w straszliwy ból. Wszystko doprowadzało do szaleństwa. Potem, przez lata, kiedy tylko cośkolwiek mnie zaswędziało, od razu wpadałam w panikę i lęk przed tym niemożliwym do zniesienia świerzbem, który bolał.
Tak bywa z myślami i słowami. Moje ciało zdaje się być oddzielone wtedy od duszy (i wcale nie odwrotnie). Kiedy przeczytałam książkę Kapuścińskiego przez wiele lat nie mogłam wziąć do ręki niczego, co wzbudziłoby moje zainteresowanie.
A teraz pan Tiziano zachęca:
"Śpiesz się, bo sądzę, że zostało mi niewiele czasu. Zrób wszystko, co masz do zrobienia, a ja postaram się pożyć jeszcze trochę, choćby po to, by zrealizować ten pomysł, o ile się nań zgodzisz".
A potem mówi: Koniec jest moim początkiem.* A ja nie wiem, do kogo on to mówi. No może do mnie?

* Książka Tiziano Terzaniego pod tym tytułem.

sobota, 29 grudnia 2012

Nawet najmłodsze dzieci kiedyś dorastają

No i Synek ma problem. Będzie musiał uświadamiać młodszą siostrę. Wszystko za sprawą jego akcji, którą przeprowadził kilka miesięcy temu oraz zamieszczonego dziś w internecie zdjęcia.
Duża Mała Dziewczynka jest nadaktywna w życiu społecznym. Kiedy dziwię się temu, wszyscy odpowiadają:
- Co się dziwisz, przecież jest identyczna jak ty.
- No, ale w jej wieku jeszcze TAKA nie byłam.
Duża Mała Dziewczynka mogłaby samodzielnie poprowadzić jakąś placówkę, najlepiej oświatową lub wychowawczą. Zorganizować i przeprowadzić wycieczkę autokarową lub pieszą, krajową, bądź zagraniczną. Być nianią kilkorga niemowlaków równocześnie. Wiele miejsca zajęłoby mi wypisywanie, co to dziecko, które właśnie dziś kończy 14 lat, mogłoby zrobić ze spraw i z rzeczy, z którymi wielu dorosłych ludzi by sobie nie poradziło.
Jeszcze kilka miesięcy temu Synek apelował do starszej siostry:
- Jak przyjedziesz, będziemy musieli porozmawiać z rodzicami. Ty wiesz, co oni z niej (Dużej Małej Dziewczynki) robią? Oni z niej robią warzywo towarzyskie. Każą jej wracać do domu o ósmej! O ósmej, jak inni się dopiero schodzą.
(Synek jest starszy prawie o 10 lat od swojej siostry, więc zapomniał jakie on miał ograniczenia będąc w jej wieku).
Duża Mała Dziewczynka najwcześniej z całego rodzeństwa trafiła do drużyny harcerskiej, która regulaminowo skupia starszą młodzież. Starszą, niż była wówczas Duża Mała Dziewczynka. W ubiegłym roku szkolnym tak się składało, że nie mogła uczestniczyć w biwakach i wyjściach w góry, bo stale była "na wyciągu". A to złamane biodro, a to martwica jałowa kolana. Odpadł nam, rodzicom, lęk przed jej samodzielnymi (znaczy, że bez nas) wyjazdami z domu. Bo dla rodzica każde wyjście dziecka z domu, nawet do szkoły, cóż dopiero mówić o wyjściu w góry w gronie rówieśników i nieco starszej młodzieży, jest podszyte niepokojem.
W tym roku, całkiem niedawno, bo w grudniu, gdy doktor wkładał jej rękę w gips, pierwsze o co zapytała, to czy będzie mogła pojechać na biwak. Kiedy doktor odebrał od niej zapewnienie, że będzie postępowała zgodnie z jego zaleceniami co do traktowania, raczej nietraktowania ręki, wyraził zgodę. Z medycznego punktu widzenia. Ale i my nie mieliśmy przez to najtwardszego argumentu. Cóż było robić? Trzeba jej było pozwolić jechać na biwak drużyny.
Dzisiaj pewien młodzieniec zamieścił na swoim profilu na fb zdjęcie z Dużą Małą Dziewczynką. Wygląda jakby trzymał ją w ramionach. Ale to mogą być tylko pozory, bo zdjęcie jest obrobione w jakimś programie fotograficznym. Poza tym wylądować na ułamek sekundy na biwaku na kimś zdarza się często, bo to zabawy, jakieś pląsy sprzyjają takim niecodziennym pozycjom. Skoro zdjęcie jest okrojone tylko do dwóch postaci, to możliwym jest, że pokładało się na sobie więcej osób, jak kostki domina.
W każdym razie komentarze do zdjęcia mogą sugerować tezę, od której staram się samą siebie odwieść ;). A przecież wyraźnie widać, że Duża Mała Dziewczynka przestała być dzieckiem: podczas wieczerzy wigilijnej poprosiła o dokładkę kompotu z suszonych śliwek. A potem jeszcze z własnej woli zjadła karpia.
Zobligowałam więc Synka do osobistego uświadomienia młodszej siostry.


piątek, 28 grudnia 2012

Cmentarz w Pradze

Gdybym miała się przyznać, jak było naprawdę, to nie umiałabym powiedzieć, czy książka męczyła mnie, czy ja męczyłam książkę. Dla oddania tego, co myślę i czuję stawiam remis. Tyleż ja ją mordowałam, co ona mnie. Co nie znaczy, że jest to równowaga.
Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem czytał ją latem. I mam wrażenie - przez całe lato widziałam go z tą książką. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wiele czasu na czytanie nie ma. W ogóle mało ma wolnego czasu, jest człowiekiem czynu i jeśli nie pracuje zarobkowo, to na pewno pracuje w domu, przy jakichś z(a)myślonych ważnych uczynkach. Nie przeszkadzało mu to w niczym, by gorąco mi książkę polecać. Choć dopiero, gdy ja wyraziłam, co o niej myślę, szerzej podzielił się swoją opinią.
Potem Mała Duża Córeczka zabrała książkę do siebie, bo raziła ją kilkucentymetrowa, ot akurat na szerokość grzbietu, luka na regale. Ja wtedy studiowałam Huculszczyznę, potem Lwów - ogólnie Karpaty Wschodnie i wschodnią część dawnego Województwa Małopolskiego - dziś południowo-zachodniej Ukrainy, więc daleko mi było do tego tytułu, ale jak się teraz okazało, tylko w przestrzeni, nie w czasie. Aż przestrzeń i czas zeszły się do kupy i osobiście otworzyłam książkę.
Kiedy zbliżałam się do dwusetnej strony w książce, nocą, zadałam na FB pytanie do mądrzejszych od siebie, czy wiedzą, "co autor miał na myśli". Odezwał się jeden mądrzejszy { :) uśmiech w stronę "jednego mądrzejszego"}, ale by poinformować, że porzucił lekturę około 40 strony. I dobrze, że porzucił, bo jest jezuitą, a autor nie zostawił suchej nitki na jezuitach. Nie żeby sam ich nienawidził. Chciał tylko ukazać, jak świat ich niegdyś postrzegał.
Rano zadzwoniła Mała Duża Córeczka i powiedziała: "wszystkie książki jakie mam, są o życiu". No! Też mi! Gdzie, jak gdzie, ale w tej książce trup ściele się gęsto. Równie gęsto jak nienawiść do całych nacji zamieszkujących Europę według XIX-wiecznego porządku.
Młody Człowiek, gdy wiózł mnie na najpiękniejszy koniec świata powiedział:
- Nie powinnaś czytać książek o teoriach spiskowych mając tak ograniczone zaufanie do ludzi.
Sam nie przyznał się do znajomości lektury.
Plus, minus dwusetna strona była granicą, poza którą zaczęło dziać się coś niecoś w powieści, co przykuło moją uwagę. Jednak amplituda mojego zainteresowania słaniała się w dół.
Nie podzielam opinii krytyków, którzy zakwalifikowali powieść w kategorii kryminalno-szpiegowskich. Ja raczej powiedziałabym, że jest to thriller i bynajmniej nie z racji tego gęsto ścielącego się trupa, a z uwagi gęsto ścielącej się nienawiści ludzi do ludzi i na "Bezużyteczne uściślenia erudycyjne" znajdujące się na ostatnich stronach i jedno kluczowe zdanie Umberta Eco, po którym postawił ostatnią kropkę w ustępie zatytułowanym "Historia".

Bez pośpiechu

W Wigilię zaspałam. Wstałam w galopie z lękiem, że nie zdążę z przygotowaniami. Miałam spore spóźnienie. Ten dzień rządzi się jednak swoimi prawami. Nie da się przyspieszyć, a wręcz każda chwila, choć zajęta pracą, jest także przepełniona niecodzienną refleksją. Wcale niewymuszoną. Przychodzi sama z siebie, bez przerwy każe mi przystanąć, zapatrzyć się w jakąś głębię i odlecieć myślami w przestworza. Rozciąga się przede mną gładzią spokojnego oceanu świat myśli i uczuć. I nie wiem, jak to się dzieje, że nie pomylę cukru z solą, albo nie spalę placka, który zabłąkał się do dnia ostatniego.
No bo Wigilia jest ostatnim dniem oczekiwania na spełnienie się wielkiej obietnicy, która zarazem jest tajemnicą. To tak jak dawniej, w czasach bez USG 4D, czekało się na dziecko.
Niepomna na ponad godzinne spóźnienie zaraz po wejściu do kuchni zapatrzyłam się w dal przez okno. Patrzyłam nie widząc szarego świata, który był mocno zabiegany o tej godzinie, o czym świadczył wzmożony ruch samochodów na skrzyżowaniu. Nie chciałam patrzeć na auta. Niebo było równie szare jak powietrze i wszystko wokół. Naprawdę nie było na czym zawiesić oka. Bardziej myślałam przez okno niż patrzyłam. Aż nagle zafalował mi jakiś kształt nieco niżej, pod moją kuchnią, pomiędzy budynkiem, a ulicą. Zainteresował mnie ten ruch swoją niezwykłością. Wyostrzyłam wzrok i odczekałam chwilę. Chwila trwała nieskończenie długo. Podobnie jak zauważy się ruch wskazówki zegara, o którym myślało się, że nie chodzi; kiedy skoncentruje się na nim wzrok i myśli mija strasznie dużo czasu, nim wskazówka odmierzająca sekundy znów drgnie. Tak było z moim falującym kształtem. Jakby jakaś koronkowa kurtyna delikatnie drgnęła, poruszona wejściem na scenę baletnicy - taki był delikatny i niemal przeźroczysty.
To cała drgająca falanga ptaków, które w ostatnich latach zastąpiły wróble w miastach, poruszała się od korony jednego drzewa do korony drugiego. Tam i z powrotem. W czterech wymiarach. Wróble nigdy nie miały takiego wdzięku, jak te ptaszyska. Są większe od wróbli, ale w budowie smuklejsze. No i ruch, zwłaszcza zbiorowy, mają opanowany do perfekcji, jak tancerki jakieś z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Dosłownie odstawiały balet, czy jakiś inny napowietrzny taniec zespołowy, który wprawił mnie w osłupienie.
To wyglądało jak falujące między niebem a ziemią Słowo. Zstępujący Duch.

czwartek, 27 grudnia 2012

Zwyciężyliśmy ten rok

Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem pod choinką znalazł, m.in. górskie buty z prawdziwego zdarzenia. Aby sprostać potrzebom rodziny zawsze siebie stawia na ostatnim miejscu w kwestii zakupów, dlatego do tej pory miał dobre, ale podróbki butów górskich. Po założeniu nowych butów na nogi (aniołek kupował je "na oko") wcale nie powiedział, że są dobre, że pasują, nie gniotą, czy coś w tym rodzaju. Powiedział:
- To są buty na Rysy. W tym roku zdobywamy Rysy.
Oczywiście tegoroczny sezon górski zakończyliśmy wyjściem na Czupel i było to już dwa miesiące temu, czyli dawno, więc mówiąc "w tym roku", miał na myśli nowy sezon.
Z Dorotą i Darkiem robiliśmy dzisiaj małą retrospekcję (przy każdej okazji robimy, więc to nie nowość), którą podsumowaliśmy stwierdzeniem, że gdyby nie Lackowa zdobyta przez nas w trudnych, marcowych warunkach, na którą brnęliśmy w śniegu prawie po pas, nie zdobylibyśmy tylu szczytów, ile zdobyliśmy. Ona pozwoliła nam uwierzyć we własne siły i możliwości. Podczas każdej późniejszej wędrówki po kolejną perłę z Korony Gór Polski, przy zmęczeniu, które zdawało się z nami zwyciężać, ktoś mówił:
- No przecież zdobyliśmy Lackową!
I to powodowało, że kryzys mijał, nabieraliśmy nowych sił i szliśmy dalej. Jednak nigdy nie było tak, żeby więcej niż jedna osoba miała kryzys w danej chwili. Każdy miał swoje miejsce, w którym zdawało mu się, że już dalej i więcej nie może. Na szczęście nasze trasy nie wiodły przez Waterloo ;). Obawiam się jednak o te Rysy i moje kolana.



wtorek, 25 grudnia 2012

Nie dawaj mi...

Nie dawaj mi złota i drogich kamieni. Nie chcę bogactwa, sławy i blichtru. Nie potrzebuję pawich piór i balowych sukni. Nie zabieraj mnie do odległych i pięknych krajów. Ale weź mnie tam, skąd bije źródło. Opleć mnie światłem. 
Tylko o to proszę.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Przy wigilijnym stole

Cały dom zamienił się dzisiaj w królestwo pieczenia, a ja byłam w tym królestwie królem i królową, doboszem i naczelnym kucharzem, a także cukiernikiem i pomocnikiem. Trochę tak jak Moja Mama... Pomiędzy wkładaniem ciast do piekarnika rozcapierzałam gałęzie choinki, bo nikt nie czuł się na siłach, by zrobić to najlepiej. Z rana "zapuściłam" barszcz do nagłego kwaszenia. Bo z barszczem to nieodmiennie jest tak, że w moim rodzinnym domu barszcz jadało się na Wielkanoc, by dla wigilijnego stołu zarezerwować żur, który był jednocześnie zupą grzybową, ale Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wyniósł ze swojego domu przyzwyczajenie do barszczu. Toteż dwudziesty siódmy raz będziemy jeść i barszcz, i żur. Całe szczęście, że pozostałe dania się zgadzają, bo przygotowanie wieczerzy dla kilkunastu osób byłyby trudniejsze ;).
Wigilie w naszej rodzinie zawsze były liczne i gwarne, skupiające wszystkich blisko.
Tylko jedna z Wigilii w moim życiu przeszła w pustce i bolesnym trwaniu. Wcale nie była nią ta pierwsza po śmierci Mojej Mamy. Zdarzyła się co najmniej trzy lata wcześniej. Moja Mama, już wtedy chora, wróciła z Gliwic po kuracji radioaktywnym jodem. Kuracja polegała na doustnym zażyciu jodu. Kilka tygodni po tym Moja Mama nie mogła przyjmować pokarmów, bo cały przewód pokarmowy był spalony od radioaktywnego pierwiastka. Ale też po takiej kuracji przez miesiąc obowiązywał okres karencji, podczas którego nie mogły z nią kontaktować się dzieci i kobiety w ciąży. I w tym czasie przypadła Wigilia i Boże Narodzenie.
Kiedy byłam w domu z dziećmi i Mężczyzną, Który Kiedyś Chłopcem, płakałam uświadomiwszy sobie, że być może już każda Wigilia i każde Święta takie będą. Płakałam, że nie mogę być przy Mojej Mamie, a ona tak cierpi. Płakałam, że nie mogę w żaden sposób pomóc w cierpieniu. Płakałam, z braku nadziei i z powodu wszechogarniających ciemności.
Kiedy byłam u Mojej Mamy jeszcze bardziej płakałam, bo całe jej nieszczęście złożone było w moim sercu. Wtedy musiałam płakać bezgłośnie, łzy topić we wnętrzu i sprawiać wrażenie pogodnej. Leżała w dużym pokoju, tuż przy wigilijnym stole, wycieńczona, naznaczona śmiertelnym jarzmem.
Chociaż przez tyle lat opiekowałam się Moją Mamą, w jej obecności zawsze byłam dzieckiem, dziewczynką, która potrzebuje wsparcia...
To była najbardziej samotna Wigilia w moim życiu. Po śmierci Mojej Mamy nie było tak smutno, boleśnie i pusto jak wtedy.
Skąd te wspomnienia?
Moja Mama zawsze bardziej ze mną jest, gdy ubieram choinę, piekę placki, szykuję potrawy, niż potem, przy wigilijnym i świątecznym stole.
I niech mi nikt nie mówi, że kulinarne zabiegi, "napełnianie stołu" i ta cała krzątanina, to nie jest atmosfera Bożego Narodzenia.
Życzę wszystkim po prostu obecności bliskich - nawet tych, których już nie ma.

sobota, 22 grudnia 2012

Pójdę do nieba!

Kiedy jechaliśmy z Maleńką Wnuczką do naszego domu, zapewne wywołana jakąś wzmianką, dziewczynka powiedziała:
Aaaa! Pan Bog! - jakby to miało wszystko wyjaśnić.
Pomni na to, że małe dzieci mają fenomenalną intuicję, oboje wyostrzyliśmy sobie apetyt na to, że Maleńka Wnuczka podzieli się z nami rewelacjami dotyczącymi transcendencji jaką dzieci mają, a dorośli już nie posiadają. Musieliśmy jednak zadać pomocnicze pytanie:
- No, co wiesz o Panu Bogu? - bynajmniej nie po to, by sprawdzać jej rodziców, czy dbają o wychowanie duchowe i religijne.
- Wiem wszystko co mi powiedziała Mamusia. Bo ona mi o Pan Bog opowiadała. - Ach, jaka nas czeka gratka, myśleliśmy sobie. - Ale nie mogę nic powiedzieć.

Dopiero po kilku dniach, podczas spaceru wróciła do tematu.

- A twoja mama babciu, babcia mojej Mamusi, ona jest u Pan Bog? - zapytała jakby nigdy nic.
Nie odgadłam reguły, których rzeczowników nie odmienia, ale Pan Bóg należy do tych, które wypowiada tylko w mianowniku, w dodatku ignorując znak diakrytyczny, za to twardo wymawiając ostatnią głoskę.
- W niebie? - dopytywała.
Kiedy potwierdziłam, odpowiedziała krótko:
- Aha! To do niej pójdziesz niedługo.

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec i początek

Mknęliśmy Doliną Popradu kiedy zima wkraczała do kalendarza. Widoki były baśniowe. Lasy porastające koronę Pasma Jaworzyny i Radziejowej w Beskidzie Sądeckim pokryte były grubą szadzią. Wszystko skąpane w jaskrawej mgle, przez którą przedzierało się światło. Cienka warstwa białego śniegu, który odbijał mglistą poświatę, stanowiła doskonałe tło tych zimowych krajobrazów. Minęliśmy granicę, o której świadczą tylko tablice i przeskoczyliśmy na drugą stronę Beskidu, który tam nazywa się już Lubowelskie Góry. Podtatrzańskie kotliny skąpane były w tej jaskrawej, lśniącej nieziemskim blaskiem mgle, ale tak, jakby malarz od niechcenia pociągnął pędzlem, by nadać efekt panoramie. W pełnym słońcu, na tle sino-błękitnego nieba wdzięczyły się Tatry.
To mógłby być koniec i początek świata. Tylko ten dzień był pełen zaskakujących chwil, takich co to mogą być końcem i początkiem, a ja każdej z nich  pozwalałam się zaskakiwać. Przede wszystkim rozpromieniona twarz słońca - taką ją dzisiaj widziałam. I niezmierzona toń błękitu, w którym pragnę się pławić. Wysokie cienie przechadzające się po ziemi, które malowały siny ślad w miejscu swojej wędrówki, zdawałyby się bardziej pożądane latem, ale latem i cień kryje się przed palącym słońcem za cienkimi smugami i plamami. Mróz trzaskał, słychać to było. Nogi aż rwały się na szlak. A szlak prowadził dzisiaj w nietypowe miejsce. Przy dźwiękach góralskiej muzyki, o zachodzie słońca, kiedy po krótkiej wędrówce przesilenia zimowego w blado różowej pościeli kładło się za górami, dusza człowieka odchodziła na niebieskie pagórki, a ciało składano w ziemi. Było to na najwyżej położonym cmentarzu spośród wszystkich, na jakich zdarzyło mi się uczestniczyć w ostatniej drodze człowieka. Cmentarz leży ok. 640 m n.p.m.
I potem jeszcze te tańczące w ciemności mgły, kiedyśmy zjeżdżali z gór, gdzie swe źródła ma rzeka.
I może to był koniec i początek?


Puste miejsca

W środku miasta znajduje się bita droga. Przechodziłam nią kilka razy dziennie przez ostatnie dni, idąc do szpitala. Cieszyłam się jak dziecko ilekroć skręcałam w tę ulicę i stąpałam po niewybrukowanej drodze. To coś naprawdę osobliwego, by w drugiej dekadzie XXI wieku w mieście ponad 80-tysięcznym, w samym jego centrum znajdował się taki trakt jak z innej epoki. Z jednej strony stoją kamienice, które frontami wdzięczą się do równoległej drogi jezdnej, jednej z głównych przecinających stare miasto. Z drugiej strony najwidoczniej do niedawna stały puste działki, bo na kilku pobudowano nowe domy nawiązujące architekturą do tych, które zdobią inny fragment tej ulicy. Ale kilka działek stoi pustych, a ich ogrodzenie powalił czas. Przy jednej ostała się brama i furtka, przy innej kawałek siatki ogrodzeniowej. Wszystko porosło jakimiś pnączami, które w grudniu jawią się na dziko splątane, zdrewniałe łodygi. Za ulicą krzyżującą się z niewybrukowanym fragmentem owej uliczki, znajduje się dalsza jej część, już asfaltowa, z chodnikiem, ale tylko z jednej strony. Przy tamtej części rozlokowały się najpiękniejsze w mieście przedwojenne wille. Ale tamtędy przez minione dni nie chodziłam, bo w miejscu przecięcia się dróg musiałam skręcić do szpitala, który stamtąd jest o krok.
Niegdyś chodziłam całkiem inną drogą do szpitala. Ale nie mogę nią już chodzić. Na tamtej drodze zamknął się czas i tkwi na niej zbyt wiele bolesnych myśli. Tamtą drogą chodziłam do szpitala do Małej Dużej Córeczki, do Mojej Mamy i do Mojego Ojca. Zdarzyło się, że przemierzałam ją idąc do Mojego Brata, a kiedyś nawet do Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem. No i ostatnio do Starej Kobiety. Oni wszyscy mi towarzyszą, kiedy idę tamtą starą drogą, a przecież tyle pustych miejsc przy stole po większości z nich. Dlatego obrałam sobie nową. Może z racji jakiegoś przesądu? Nie wiem. I nie byłam w stanie wytłumaczyć tego Dużej Małej Dziewczynce, gdy wracając dzisiaj ze szpitala, chciała byśmy szły tamtą starą drogą. Nawet się na mnie obraziła, że nieracjonalnie nie spełniłam jej prośby (wg niej tamtędy jest bliżej do domu).
Ulica piękniej wygląda, kiedy się na nią wchodzi wracając ze szpitala. Niewybrukowany odcinek jest krótki, ma może 150 m. I już od samego początku widać wysoki metalowy parkan, który stanowi zwieńczenie tej bitej drogi. Parkan prowadzi do sióstr felicjanek, które tam mają swoją sporą działkę z ogrodem i budynkami ochronki i przedszkola oraz salką do modlitw. Kiedy byłam w ogólniaku, do sióstr felicjanek chodziliśmy na religię. Trzeba skręcić, by dostać się na główną ulicę. Zaraz za budynkiem felicjanek, w którym znajduje się salka do modlitw, stoi pustka. Niegdyś był tam dom mojego nauczyciela chemii z ogólniaka. Już ucząc nas był emerytem. Ale w tamtych czasach jeszcze wspólnie z żoną mieszkali w pięknym, starym domu, położonym w ogrodzie, z dala od ulicy. Tkwili w tym domu, dwoje pogodni staruszkowie, ze swoim bólem po stracie jedynej córki. Najpierw odeszła ona. W kilka lat później dołączył do niej on. Dziś nie ma ogrodu, nie ma domu. Jest tylko miejsce, które było wystawione na sprzedaż. Miejsca przy tamtej niewybrukowanej uliczce nawet nie są na sprzedaż.
Za każdym razem, gdy tamtędy przechodziłam, chciałam móc wyobrazić sobie wygląd tego miejsca sprzed wielu lat. Tak jak potrafię sobie wyobrazić wygląd pustego miejsca przy głównej ulicy.