Już w maju podczas spotkania promującego książkę w Moim Mieście umówiłam się z Moją Wychowawczynią na spotkanie latem w Szczawnicy. Mojej Wychowawczyni, pierwszej nauczycielki, którą darzę wielkim sentymentem, nie widziałam od 36 lat, aż do wspomnianego majowego spotkania. Nie udawała wtedy, że mnie doskonale pamięta. Ona naprawdę pamiętała mnie doskonale. Mówiła, że pamięta wszystkich swoich wychowanków. Bo Moja Wychowawczyni należy do tego pokolenia nauczycieli, którzy oprócz uczenia, również wychowywali. I dlatego o każdym, kto wyszedł spod jej ręki z całą pewnością można powiedzieć, że jest jej wychowankiem.
Nie wiem, czy z Moją Wychowawczynią spotkam się jeszcze kiedykolwiek w życiu i może to ostatnie wrażenie zostanie mi w pamięci. Maleńka postać w żółtej pelerynie przeciwdeszczowej stojąca u szczytu szczawnickiej ulicy, w Zdroju, machająca ręką, wyginająca się tak, by jak najdłużej mnie widzieć, zarazem być widoczną dla mnie. Zbliżając się do zakrętu, który miał nas rozdzielić, szłam tyłem, by nie uronić najdrobniejszego szczegółu tego obrazu. To nie był grzecznościowy gest ze strony Mojej Wychowawczyni. To było matczyne pożegnanie, serdeczne, pełne ciepła, miłości.
Taka też była cała nasza rozmowa, kilkugodzinne spotkanie. Opowieści o wszystkich tych latach, które minęły. Dla wielu to całe życie, może nawet więcej niż życie... Dla mnie samej to szmat czasu. Zdążyłam w tych latach wyrosnąć z dzieciństwa, być nastolatką, dojrzeć, wydorośleć, stać się kobietą, żoną, matką, wreszcie babcią. Wszystko czym jestem, zbudowane jest na podwalinie jej - Mojej Wychowawczyni - nauki empatii. Będąc nauczycielem socjalistycznej szkoły, nie mogła być jawnym przekaźnikiem ewangelicznej nauki, a jednak była! Ujęta w ludowe przysłowie "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe" nauka, tylekroć powtarzana w Biblii w różnych momentach, zakorzeniła się we mnie i wyrosłam karmiona tą właśnie nauką.
Jadąc tam i z powrotem do Szczawnicy miałam, jak zawsze podczas podróży, sporo czasu na przemyślenia. Lubię wszystkie moje podróże. I te realne i te, które odbywają się w mojej głowie. Im bardziej jestem w realnej podróży, tym bardziej podróżuję w myślach. Unoszę się ponad okolicą, którą mijam, niepomna na prawo grawitacji i wszystko to, co trzyma mnie w rzeczywistości.
Dzisiaj zapewne odbyłam niejedną podróż. Wyszłam z domu z wielkim nienasyceniem. Wróciłam ze spokojem. Gdzieś tam pomiędzy Beskidem Sądeckim, Wyspowym, Gorcami a Pieninami odnalazłam - choć na chwilę - spokój, który gdzieś się zapodział. Może znalazłam go w lipcowych krajobrazach, albo w wodach Dunajca? Może w tej ciszy i samotności, która towarzyszyła mojej realnej podróży? Nie wiem. Najbardziej jest jednak prawdopodobne, że podczas pożegnania mój wielki głód zaspokoiła i pragnienie nasyciła maleńka postać w żółtej pelerynie przeciwdeszczowej stojąca u szczytu szczawnickiej ulicy, w Zdroju, machająca ręką, wyginająca się tak, by jak najdłużej mnie widzieć, zarazem być widoczną dla mnie.
Ile piękna i dobra może być w pożegnaniu.
Zaśnij. A ja sprawię, że w twoim śnie
zakwitną wszystkie barwy świata.
Że się spełni wszystko.
Ty tylko zaśnij.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
środa, 11 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
Szkolenie
Szkolenia bywają bardzo męczące. Nawet te, których część praktyczna zaczyna się od wyjazdu kolejką górską na beskidzki szczyt. Szkolenie, to szkolenie. Bez gadania. Dzisiejsze odbywało się w warunkach szkodliwych, bo słońce tak operowało, że mam spieczone wszystkie części ciała, które nie były osłonięte. Tyle godzin spędzonych na szlaku, na świeżym krystalicznym powietrzu, z dala od zanieczyszczeń, smogu i brudu. Z pomnożoną hiperwentylacją od śmiechu i harców po drodze. Ktoś nieprzywykły do aż tak świeżego powietrza mógłby mieć problemy. Niegdyś Mała Duża Córeczka chora na astmę przewentylowała nam się podczas górskiej wycieczki i mieliśmy poważny problem.
Dzisiaj na szczęście u żadnego z uczestników szkolenia nie doszło do hiperwentylacji, chociaż śmiało można powiedzieć, że miejscami pokładaliśmy się ze śmiechu.
Dlatego jestem dzisiaj bardzo zmęczona.
Męczące świeże powietrze.
Męczący śmiech i dobra zabawa.
Męczące wyprawy górskie.
Męczące słońce.
I męczące szkolenie z produktów turystycznych.
;)
Dzisiaj na szczęście u żadnego z uczestników szkolenia nie doszło do hiperwentylacji, chociaż śmiało można powiedzieć, że miejscami pokładaliśmy się ze śmiechu.
Dlatego jestem dzisiaj bardzo zmęczona.
Męczące świeże powietrze.
Męczący śmiech i dobra zabawa.
Męczące wyprawy górskie.
Męczące słońce.
I męczące szkolenie z produktów turystycznych.
;)
niedziela, 8 lipca 2012
Będę
Kiedyś przyjdzie taki dzień,
(chcąc zobaczyć, będziesz musiał założyć okulary).
Przybędzie ci nieco lat.
To będą te lata, których dzisiaj ci brakuje.
I choć ich nie oczekujesz, szukam ich bezustannie.
Nim zrozumiesz opowieść mojego serca pora się zrobi późna.
Rozpoczniesz gorączkowe poszukiwania.
Wtedy znajdziesz mnie w porannej rosie.
W dymie z papierosa, którego nie zapalisz.
W wieczornych zorzach, gdy słońce w purpurze będzie zasypiało.
W roziskrzonym śniegu, tam na szlaku, skąd ziemi tak blisko do nieba.
Będę w pieśni rozbrzmiewającej w twoich uszach.
I w poemacie, którego nie napisałam.
Będę w deszczu i w wichurze.
Promieniem słońca kładła się będę na letnich łąkach.
Ubraną w zwiewne szaty wspomnień
opleciesz mnie, ogarniesz, otulisz, ogrzejesz...
i zrobisz wszystko, czego nie zrobiłeś.
W marzeniach.
(chcąc zobaczyć, będziesz musiał założyć okulary).
Przybędzie ci nieco lat.
To będą te lata, których dzisiaj ci brakuje.
I choć ich nie oczekujesz, szukam ich bezustannie.
Nim zrozumiesz opowieść mojego serca pora się zrobi późna.
Rozpoczniesz gorączkowe poszukiwania.
Wtedy znajdziesz mnie w porannej rosie.
W dymie z papierosa, którego nie zapalisz.
W wieczornych zorzach, gdy słońce w purpurze będzie zasypiało.
W roziskrzonym śniegu, tam na szlaku, skąd ziemi tak blisko do nieba.
Będę w pieśni rozbrzmiewającej w twoich uszach.
I w poemacie, którego nie napisałam.
Będę w deszczu i w wichurze.
Promieniem słońca kładła się będę na letnich łąkach.
Ubraną w zwiewne szaty wspomnień
opleciesz mnie, ogarniesz, otulisz, ogrzejesz...
i zrobisz wszystko, czego nie zrobiłeś.
W marzeniach.
sobota, 7 lipca 2012
Obietnica
Opuszki palców błądzą po doskonałym owalu twarzy.
Zatrzymują się na chwilę, by złożyć pocałunek
w ulubionym miejscu. I już wędrują dalej.
W obietnicę tkwiącą w nieskończoności...
Zatrzymują się na chwilę, by złożyć pocałunek
w ulubionym miejscu. I już wędrują dalej.
W obietnicę tkwiącą w nieskończoności...
Nieśmiało sunie brzask
Powiedziałam "do końca życia", a przecież wiem, że tak mówić nie powinnam. Inni mogą, ja nie. Zbyt wiele razy to słyszałam i aż za dobrze wiem, że termin ten nie musi oznaczać nieskończoności, jak zwykło się myśleć mówiąc w te słowa. Bo bez wiedzy w tym temacie "do końca życia" to cała epoka.
A tymczasem można nie zdążyć zaparzyć herbatę. Albo nie upić choćby łyka, gdyż pełna przed końcem będzie buchającej pary. Za to wystygnie w człowieku wszystko, co być gorące powinno.
Po co nam mierzyć czas takimi jednostkami, jak całe życie? Lepiej porami roku. Niedawno były mrozy trzaskające, teraz upał niebywały. W tych mrozach unosiłam się w przestrzeni pomiędzy Beskidami. Upał unosi mnie również. Ani przed zimnem nikt nie ucieknie, ani też przed gorącem. Życie się toczy dzień za dniem i wtedy, gdy kogo zabraknie, toczyć się będzie dalej. Wciąż pojawiają się nowe pokolenia zbrojne w wybitne jednostki i szarą masę tłumu. I nie ma nic gorszego, jak wbić sobie do głowy, że się wiele znaczy. Bo może się okazać, że nic się nie znaczyło. Któż znał swoich pradziadów? Może poznał niewielki ułamek, jakieś wydarzenie z ich życia, nic poza tym. Wcześniejszych pokoleń nikt nie pamięta. No, chyba, że dzieła wybrane, te najwybitniejsze. Zbiorowe. Bo przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że na każde odkrycie jednostki, na każdą twórczość najwybitniejszego, składa się mądrość pokoleń wcześniejszych.
Góry się wypiętrzyły i stoją. Woda wiecznie krąży, podobnie jak powietrze poruszane wiatrem. Planeta obleczona ziemią karmicielką, obwiązana orbitą tkwi w swoim wyznaczonym miejscu czasu i przestrzeni. Gwiazdy wschodzą i zachodzą. Dzień zamienia się z nocą i może nawet tego nie wiemy, że każdy dzień umiera wieczorem, by zrodzić się mogła noc, zaś gdy noc gaśnie, rodzi się nowy dzień. I tak co noc, co dzień... a człowiek ubolewa nad swoją marnością, bo w siebieuwielbieniu nie jest w stanie popatrzeć dokoła.
Gdyby przyszło umrzeć gwiazdom, w czasie mrozów herbata szybciej stygnie. Latem umiera się wolniej. Jak to było na tej matczynej karteczce? Coś o skostniałych grudniach, gdy czas umierał... Czas... jedyna wartość, która będzie wiecznie. Będzie, będzie, będzie - w rytm miarowego tik - tak.
I pomimo, że "nikt nie zna ścieżek gwiazd" ja wiem, "wybrańcem kto wśród nas"...
Ja jestem wybrańcem. Ty jesteś wybrańcem. I tu jest nasz czas.
Madame (SDM)
A tymczasem można nie zdążyć zaparzyć herbatę. Albo nie upić choćby łyka, gdyż pełna przed końcem będzie buchającej pary. Za to wystygnie w człowieku wszystko, co być gorące powinno.
Po co nam mierzyć czas takimi jednostkami, jak całe życie? Lepiej porami roku. Niedawno były mrozy trzaskające, teraz upał niebywały. W tych mrozach unosiłam się w przestrzeni pomiędzy Beskidami. Upał unosi mnie również. Ani przed zimnem nikt nie ucieknie, ani też przed gorącem. Życie się toczy dzień za dniem i wtedy, gdy kogo zabraknie, toczyć się będzie dalej. Wciąż pojawiają się nowe pokolenia zbrojne w wybitne jednostki i szarą masę tłumu. I nie ma nic gorszego, jak wbić sobie do głowy, że się wiele znaczy. Bo może się okazać, że nic się nie znaczyło. Któż znał swoich pradziadów? Może poznał niewielki ułamek, jakieś wydarzenie z ich życia, nic poza tym. Wcześniejszych pokoleń nikt nie pamięta. No, chyba, że dzieła wybrane, te najwybitniejsze. Zbiorowe. Bo przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że na każde odkrycie jednostki, na każdą twórczość najwybitniejszego, składa się mądrość pokoleń wcześniejszych.
Góry się wypiętrzyły i stoją. Woda wiecznie krąży, podobnie jak powietrze poruszane wiatrem. Planeta obleczona ziemią karmicielką, obwiązana orbitą tkwi w swoim wyznaczonym miejscu czasu i przestrzeni. Gwiazdy wschodzą i zachodzą. Dzień zamienia się z nocą i może nawet tego nie wiemy, że każdy dzień umiera wieczorem, by zrodzić się mogła noc, zaś gdy noc gaśnie, rodzi się nowy dzień. I tak co noc, co dzień... a człowiek ubolewa nad swoją marnością, bo w siebieuwielbieniu nie jest w stanie popatrzeć dokoła.
Gdyby przyszło umrzeć gwiazdom, w czasie mrozów herbata szybciej stygnie. Latem umiera się wolniej. Jak to było na tej matczynej karteczce? Coś o skostniałych grudniach, gdy czas umierał... Czas... jedyna wartość, która będzie wiecznie. Będzie, będzie, będzie - w rytm miarowego tik - tak.
I pomimo, że "nikt nie zna ścieżek gwiazd" ja wiem, "wybrańcem kto wśród nas"...
Ja jestem wybrańcem. Ty jesteś wybrańcem. I tu jest nasz czas.
Madame (SDM)
piątek, 6 lipca 2012
Prawie socrealizm
Starsze małżeństwo, którego żeńska połowa stanowiła niezbyt sympatyczny akcent tak z wyglądu, jak z zachowania, przewaliło się z wielkimi walizami na kółkach przez dworzec autobusowy. Szybko też okazało się, że ludzie ci wysiedli z autobusu jadącego z Cieszyna, bo zachrypły głos rodem z Barei dopiero co zapowiedział przez megafon, że tenże przyjechał. Z równie wielkimi walizami udający się do Krynicy-Zdroju podróżni nie mogli w tym momencie przybyć znikądinąd. Oczekiwałam na autobus jadący w zupełnie innym kierunku i do dzisiaj nie rozumiem kto ustalił taki porządek rzeczy na dworcu autobusowym, by autobusy jadące w diametralnie różnych kierunkach odjeżdżały z tego samego stanowiska. Utrudnia to poszukiwania właściwego, ale ten problem zostawmy. PKS i tak jest w stanie likwidacji i nie znalazł się nikt, kto chciałby na bazie państwowej komunikacji stworzyć firmę tej podobną. To znaczy, podobną z nazwy i powołania, bo przecież nikt nie tworzyłby przedsiębiorstwa z myślą, by zbankrutowało, ale chodziło mi, że można wykorzystać "tradycję". No, tradycja w tym przypadku brzmi równie groteskowo.
Niezależnie od upadku i likwidacji sądeckiego pekaesu starsze małżeństwo, które dopiero co przewaliło się z wielkimi walizami na kółkach przez dworzec autobusowy przysiadło na tej samej co ja ławeczce. Niezbyt sympatyczny akcent małżeństwa, w postaci żeńskiej połowy zapytała mnie, czy też jadę do Krynicy. Ludziom wydaje się, zwłaszcza jeżeli wybrali się w podróż życia, że wszyscy koniecznie muszą udawać się w tym samym kierunku. Ja akurat nie jechałam wtedy nigdzie, bo tylko czekałam z Dużą Małą Dziewczynką na autobus, który miał zabrać ją do celu wakacyjnej podróży, ale nie chcąc pani hipopotamowej robić nadziei na pogawędkę, odburknęłam w odpowiedzi, że nie.
Niezbyt sympatyczny akcent starszego małżeństwa robiła strasznie dużo zamieszania pojawieniem się na dworcu autobusowym. Nie sposób jej było nie słyszeć, a co najgorsze - nie słuchać, ani tym bardziej nie zauważać. Dzień był straszliwie upalny, jeden z całej serii tych, co to mają trwać w afrykańskim skwarze aż do 13 lipca, pani ledwo dyszała jakby od astmy, albo jakiej innej ciężkiej choroby płuc. Cała popuchnięta i niezdrowo obrzmiała panoszyła się nie tylko na ławce, na którą się dosiadła do innych, ale jak powiedziałam wcześniej, na całym dworcu. Obserwowałam ją kątem oka i zastanawiałam się czy dostanie zawału już teraz, czy dopiero po przekroczeniu magicznego mikroklimatu krynickiego, który lubi ludziom płatać takie figle. Przecież niegdyś pani Dziunikowska zmarła wjeżdżając do Krynicy na Festiwal Kiepurowski, choć całe życie przemieszkała w Sączu; cóż dopiero mieszkańcy innych rejonów kraju. Oczywiście nie życzyłam pani hipopotam śmierci, rozważałam tylko taką ewentualność raczej z troski, zwłaszcza o drugą - męską - połowę owej pary. Mężczyzna na oko był wyraźnym pantoflarzem. Już z wyglądu niepozorny, ale i tak sympatii, podobnie jak jego żona, nie budził.
W pewnym momencie dogrzebał się do dna podręcznej torby i nawet nie trzeba się było domyślać po co, bo pani hipopotam z nutą poniżania swej drugiej połowy w głosie oznajmiła całemu dworcowi, że kto to widział palić w taki upał. Widział kto, czy nie widział, dla mnie troską było, by ów pan pantoflarz nie chciał palić tuż obok mnie, przy ławce, na którą dosiadła się jego żona (dla niego już miejsca nie starczyło obok toreb podręcznych, więc stał jak ordynans). Pan widać dobrze wyćwiczony przez swoją drugą połowę, odszedł kilka kroków, w kierunku krawężnika, który oddziela plac od maleńkiej uliczki, przy której niegdyś niepodzielnie panował postój taksówek, ale wiele już lat temu taksówki musiały ustąpić miejsca busom prywatnej komunikacji, która niegdyś rozsiana była po całym mieście tak aby pekaesowi było wygodnie nie mieć konkurencji, za to, by pasażer musiał gimnastykować się, z której części miasta w którą stronę świata jadą busy. Nie było trudno wpaść na genialny pomysł lobby miejskiego niszczącego prywatną inicjatywę, bo przystanki rozmieszczone były na krańcach miasta i to tych najbliższych do wyjechania z miasta, by udać się w odpowiednim kierunku. Ponieważ Sącz leży w kotlinie i od średniowiecza pozostał układ ulic wiodących do miasta nie zmieniony, toteż udać się z Sącza można dokładnie na cztery strony świata jedynymi głównymi arteriami, które niegdyś prowadziły do czterech bram miejskich.
Zaledwie pan pantoflarz zapalił swojego papierosa wyciągniętego z dna podręcznej torby podróżnej już zbliżył się do niego jeden z żuli okupujących dworzec z pozdrowieniem i zapytaniem, czy aby szanowny pan nie poczęstuje fajką. Pan pantoflarz w tzw. międzyczasie nawiązał kontakt z innym panem - samotnie podróżującym chyba z i do tego samego miejsca, co starsze małżeństwo, toteż obaj panowie zbyli miejscowego żula, po czym komentowali jego zachowanie. Do pani stanowiącej niezbyt sympatyczny akcent starszego małżeństwa, najbardziej ze wszystkiego zainteresowanej samą sobą, doszły zza pleców jakieś szczątkowe fragmenty wymiany zdań trzech mężczyzn i chcąc okazać zainteresowanie (bo pomimo wszystko interesowała się każdym gestem swojej drugiej połowy, cóż dopiero jego słowami, a tych wyraźnie wypowiedział najwięcej spośród wypowiedzianych dotychczas) zapytała:
- Ale ile chciał?
- Chciał papierosa. Wariat! Myślał, że mu dam.
I tu proszę o uwagę:
- A papierosa! - rzekła pani hipopotam. - Myślałam, że taksiarz proponował dojazd do Krynicy i pytałam ile chciał za kurs.
Niezależnie od upadku i likwidacji sądeckiego pekaesu starsze małżeństwo, które dopiero co przewaliło się z wielkimi walizami na kółkach przez dworzec autobusowy przysiadło na tej samej co ja ławeczce. Niezbyt sympatyczny akcent małżeństwa, w postaci żeńskiej połowy zapytała mnie, czy też jadę do Krynicy. Ludziom wydaje się, zwłaszcza jeżeli wybrali się w podróż życia, że wszyscy koniecznie muszą udawać się w tym samym kierunku. Ja akurat nie jechałam wtedy nigdzie, bo tylko czekałam z Dużą Małą Dziewczynką na autobus, który miał zabrać ją do celu wakacyjnej podróży, ale nie chcąc pani hipopotamowej robić nadziei na pogawędkę, odburknęłam w odpowiedzi, że nie.
Niezbyt sympatyczny akcent starszego małżeństwa robiła strasznie dużo zamieszania pojawieniem się na dworcu autobusowym. Nie sposób jej było nie słyszeć, a co najgorsze - nie słuchać, ani tym bardziej nie zauważać. Dzień był straszliwie upalny, jeden z całej serii tych, co to mają trwać w afrykańskim skwarze aż do 13 lipca, pani ledwo dyszała jakby od astmy, albo jakiej innej ciężkiej choroby płuc. Cała popuchnięta i niezdrowo obrzmiała panoszyła się nie tylko na ławce, na którą się dosiadła do innych, ale jak powiedziałam wcześniej, na całym dworcu. Obserwowałam ją kątem oka i zastanawiałam się czy dostanie zawału już teraz, czy dopiero po przekroczeniu magicznego mikroklimatu krynickiego, który lubi ludziom płatać takie figle. Przecież niegdyś pani Dziunikowska zmarła wjeżdżając do Krynicy na Festiwal Kiepurowski, choć całe życie przemieszkała w Sączu; cóż dopiero mieszkańcy innych rejonów kraju. Oczywiście nie życzyłam pani hipopotam śmierci, rozważałam tylko taką ewentualność raczej z troski, zwłaszcza o drugą - męską - połowę owej pary. Mężczyzna na oko był wyraźnym pantoflarzem. Już z wyglądu niepozorny, ale i tak sympatii, podobnie jak jego żona, nie budził.
W pewnym momencie dogrzebał się do dna podręcznej torby i nawet nie trzeba się było domyślać po co, bo pani hipopotam z nutą poniżania swej drugiej połowy w głosie oznajmiła całemu dworcowi, że kto to widział palić w taki upał. Widział kto, czy nie widział, dla mnie troską było, by ów pan pantoflarz nie chciał palić tuż obok mnie, przy ławce, na którą dosiadła się jego żona (dla niego już miejsca nie starczyło obok toreb podręcznych, więc stał jak ordynans). Pan widać dobrze wyćwiczony przez swoją drugą połowę, odszedł kilka kroków, w kierunku krawężnika, który oddziela plac od maleńkiej uliczki, przy której niegdyś niepodzielnie panował postój taksówek, ale wiele już lat temu taksówki musiały ustąpić miejsca busom prywatnej komunikacji, która niegdyś rozsiana była po całym mieście tak aby pekaesowi było wygodnie nie mieć konkurencji, za to, by pasażer musiał gimnastykować się, z której części miasta w którą stronę świata jadą busy. Nie było trudno wpaść na genialny pomysł lobby miejskiego niszczącego prywatną inicjatywę, bo przystanki rozmieszczone były na krańcach miasta i to tych najbliższych do wyjechania z miasta, by udać się w odpowiednim kierunku. Ponieważ Sącz leży w kotlinie i od średniowiecza pozostał układ ulic wiodących do miasta nie zmieniony, toteż udać się z Sącza można dokładnie na cztery strony świata jedynymi głównymi arteriami, które niegdyś prowadziły do czterech bram miejskich.
Zaledwie pan pantoflarz zapalił swojego papierosa wyciągniętego z dna podręcznej torby podróżnej już zbliżył się do niego jeden z żuli okupujących dworzec z pozdrowieniem i zapytaniem, czy aby szanowny pan nie poczęstuje fajką. Pan pantoflarz w tzw. międzyczasie nawiązał kontakt z innym panem - samotnie podróżującym chyba z i do tego samego miejsca, co starsze małżeństwo, toteż obaj panowie zbyli miejscowego żula, po czym komentowali jego zachowanie. Do pani stanowiącej niezbyt sympatyczny akcent starszego małżeństwa, najbardziej ze wszystkiego zainteresowanej samą sobą, doszły zza pleców jakieś szczątkowe fragmenty wymiany zdań trzech mężczyzn i chcąc okazać zainteresowanie (bo pomimo wszystko interesowała się każdym gestem swojej drugiej połowy, cóż dopiero jego słowami, a tych wyraźnie wypowiedział najwięcej spośród wypowiedzianych dotychczas) zapytała:
- Ale ile chciał?
- Chciał papierosa. Wariat! Myślał, że mu dam.
I tu proszę o uwagę:
- A papierosa! - rzekła pani hipopotam. - Myślałam, że taksiarz proponował dojazd do Krynicy i pytałam ile chciał za kurs.
czwartek, 5 lipca 2012
Większa i silniejsza
Każdy, kto patrzył na te dwie musiał widzieć, że sukces jest imieniem tego dwuosobowego zespołu. Wspólna praca była dla nich przyjemnością i wszystko, co sobie założyły, realizowały z łatwością. Zupełnie, jakby bawiły się najtrudniejszym zadaniem. A nawet najlepsi specjaliści w dziedzinie, którą się parały niejednokrotnie wymiękali. Z czasem utarło się mniemać, że to one są najlepszymi specjalistkami. Choć same o sobie tak nie myślały. To znaczy czuły radość z sukcesów i niechętnie brały sobie do współpracy innych, bo wiedziały, że na nikogo innego tak jak na siebie, liczyć nie mogą. Ale nie wywyższały się ponad pozostałych. Wszystko przyjmowały jako naturalny porządek rzeczy. Miały świadomość, że skoro dają z siebie wszystko, to mają prawo liczyć na dobre owoce swej pracy. I tak ich praca przynosiła korzyść większemu zespołowi, niż ich dwuosobowy.
Dlatego długo nie były świadome, że wokół nich powstaje mur niechęci. Z dnia na dzień coraz większy. Budowany z ludzkiej zawiści, zazdrości a z czasem i nienawiści. Bo nic tak innych nie drażni, jak cudze sukcesy.
I cóż takiego zawistny człowiek może zrobić, by ktoś inny pozostał jednak na poziomie większości zjadaczy chleba, by żył szaro, z dnia na dzień? Ano, najlepiej zburzyć wszystko, co udało się zbudować tym, co osiągają cokolwiek w życiu, szczególnie sukcesy.
A jak zburzyć? Ano najskuteczniej poprzez zasianie ziarna nieufności pomiędzy tymi, którzy wspólnie tworzą jakieś dzieło. Ileż to sakramentalnych małżeństw się rozpadło przez podszepty zazdrosnych kolegów czy koleżanek, a cóż dopiero taki nieformalny zespół koleżanek z pracy? Jeśli do tego okoliczności złożą się tak, że zastosowanie znajdzie stare polskie przysłowie "siła złego na jednego" ( w tym wypadku na dwie), to już naprawdę marne szanse, aby tym dwóm udało się zrobić jeszcze cokolwiek w życiu wspólnie.
W bardzo przykrych okolicznościach ich wspólna droga rozeszła się na dwie podążające w przeciwległe strony. Długo nie mogły się przemóc, by ze sobą porozmawiać. Każda przepełniona żalem i bólem, jak ta druga mogła tak stracić zaufanie do pierwszej, by wreszcie zdradzić wspólne przedsięwzięcia, dzieła, życie. Ból piętrzył się jak woda przy zaporze i puszczany niewielkimi śluzami, jakby pod kontrolą fachowców nigdy nie znalazł swojego ujścia, wciąż nagromadzony jest przy tamie. I chociaż już aż tak bardzo nie doskwiera, to jednak trwa. Podobnie jak z rzeką, która płynąc ochoczo górską okolicą, wolna i beztroska, często swawolna, czasami niebezpieczna, ale zawsze radośnie pluskająca, ciekawa świata, który czeka za kolejnym zakolem, powstrzymana nagle zostaje murem, który wryto głęboko w koryto wolnej dotychczas rzeki i wzniesiono wysoko ponad jej poziom. Jakże ona się najpierw buntuje, jak wzbiera i zalewa okoliczną dolinę, jak szykuje do przebicia muru... Aż po długim czasie przyzwyczaja się do zniewolenia i ludzkiej manipulacji jej swobodą i wolnością.
Tak też było i z tymi dwiema i z ich bólem i żalem, jaki spiętrzył się w nich jedna na drugą.
Od dawna wiedziały, że szef jest im nieprzychylny. Przed nim potrafiły ustrzec każde swoje dzieło. Nigdy nie przyszło im do głowy, że ktokolwiek znajdzie taki mechanizm, który skłóci je obie tylko po to, by nie odnosiły już tych wstrętnych dla innych sukcesów.
Dzisiaj one sukcesów już nie odnoszą. Spadła też efektywność pracy całego zespołu. One obie potrafią już ze sobą rozmawiać, ale tylko jak dwoje przygodnie spotkanych ludzi. Grzecznie i o niczym. Nie podejmują wspólnych przedsięwzięć, nawet o tym nie myślą. Nie zwierzają się sobie ze swoich smutków i radości, rozterek i tego, co je wzmacnia.
Niby wszystko jest w należytym porządku. Ale... ale życie dla żadnej z nich nie ma już takiego smaku, takiego słodu i takiej goryczy. Zwłaszcza, gdy każda z osobna patrzy na triumf odmalowany na twarzach co poniektórych, którzy bardziej niż one obie korzystali z ich sukcesów. Bo one miały tylko satysfakcję pięknego dzieła. Inni mieli mierzalne zyski.
Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc i z roku na rok triumf na twarzach co poniektórych zamienił się w grymas choroby. I bez tabletek i proszków od pewnego specjalisty medycyny nie zaczynają ani nie kończą żadnego dnia. I chociaż wspomagają się lekami, to jednak ich zadanie powiodło się. Zburzyli, co powinni pielęgnować zamiast burzyć. "Bywa bowiem w niektórych ludziach tyle nieuzasadnionej nienawiści i żółci, że jest ona większa i silniejsza od wszystkiego, co inni zdołają stworzyć i wymyślić". (I. Andrić "Most na Drinie")
Dlatego długo nie były świadome, że wokół nich powstaje mur niechęci. Z dnia na dzień coraz większy. Budowany z ludzkiej zawiści, zazdrości a z czasem i nienawiści. Bo nic tak innych nie drażni, jak cudze sukcesy.
I cóż takiego zawistny człowiek może zrobić, by ktoś inny pozostał jednak na poziomie większości zjadaczy chleba, by żył szaro, z dnia na dzień? Ano, najlepiej zburzyć wszystko, co udało się zbudować tym, co osiągają cokolwiek w życiu, szczególnie sukcesy.
A jak zburzyć? Ano najskuteczniej poprzez zasianie ziarna nieufności pomiędzy tymi, którzy wspólnie tworzą jakieś dzieło. Ileż to sakramentalnych małżeństw się rozpadło przez podszepty zazdrosnych kolegów czy koleżanek, a cóż dopiero taki nieformalny zespół koleżanek z pracy? Jeśli do tego okoliczności złożą się tak, że zastosowanie znajdzie stare polskie przysłowie "siła złego na jednego" ( w tym wypadku na dwie), to już naprawdę marne szanse, aby tym dwóm udało się zrobić jeszcze cokolwiek w życiu wspólnie.
W bardzo przykrych okolicznościach ich wspólna droga rozeszła się na dwie podążające w przeciwległe strony. Długo nie mogły się przemóc, by ze sobą porozmawiać. Każda przepełniona żalem i bólem, jak ta druga mogła tak stracić zaufanie do pierwszej, by wreszcie zdradzić wspólne przedsięwzięcia, dzieła, życie. Ból piętrzył się jak woda przy zaporze i puszczany niewielkimi śluzami, jakby pod kontrolą fachowców nigdy nie znalazł swojego ujścia, wciąż nagromadzony jest przy tamie. I chociaż już aż tak bardzo nie doskwiera, to jednak trwa. Podobnie jak z rzeką, która płynąc ochoczo górską okolicą, wolna i beztroska, często swawolna, czasami niebezpieczna, ale zawsze radośnie pluskająca, ciekawa świata, który czeka za kolejnym zakolem, powstrzymana nagle zostaje murem, który wryto głęboko w koryto wolnej dotychczas rzeki i wzniesiono wysoko ponad jej poziom. Jakże ona się najpierw buntuje, jak wzbiera i zalewa okoliczną dolinę, jak szykuje do przebicia muru... Aż po długim czasie przyzwyczaja się do zniewolenia i ludzkiej manipulacji jej swobodą i wolnością.
Tak też było i z tymi dwiema i z ich bólem i żalem, jaki spiętrzył się w nich jedna na drugą.
Od dawna wiedziały, że szef jest im nieprzychylny. Przed nim potrafiły ustrzec każde swoje dzieło. Nigdy nie przyszło im do głowy, że ktokolwiek znajdzie taki mechanizm, który skłóci je obie tylko po to, by nie odnosiły już tych wstrętnych dla innych sukcesów.
Dzisiaj one sukcesów już nie odnoszą. Spadła też efektywność pracy całego zespołu. One obie potrafią już ze sobą rozmawiać, ale tylko jak dwoje przygodnie spotkanych ludzi. Grzecznie i o niczym. Nie podejmują wspólnych przedsięwzięć, nawet o tym nie myślą. Nie zwierzają się sobie ze swoich smutków i radości, rozterek i tego, co je wzmacnia.
Niby wszystko jest w należytym porządku. Ale... ale życie dla żadnej z nich nie ma już takiego smaku, takiego słodu i takiej goryczy. Zwłaszcza, gdy każda z osobna patrzy na triumf odmalowany na twarzach co poniektórych, którzy bardziej niż one obie korzystali z ich sukcesów. Bo one miały tylko satysfakcję pięknego dzieła. Inni mieli mierzalne zyski.
Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc i z roku na rok triumf na twarzach co poniektórych zamienił się w grymas choroby. I bez tabletek i proszków od pewnego specjalisty medycyny nie zaczynają ani nie kończą żadnego dnia. I chociaż wspomagają się lekami, to jednak ich zadanie powiodło się. Zburzyli, co powinni pielęgnować zamiast burzyć. "Bywa bowiem w niektórych ludziach tyle nieuzasadnionej nienawiści i żółci, że jest ona większa i silniejsza od wszystkiego, co inni zdołają stworzyć i wymyślić". (I. Andrić "Most na Drinie")
środa, 4 lipca 2012
Każda chwila jest inna
Czasem pozwalam sobie na ucieczkę w takie miejsce, które z racji tego, że jest samotnią, jest niszą mojego - pełnego na co dzień gwaru, zajęć i ludzi - życia.
Nie do końca bywam w tym miejscu sama ale za to w towarzystwie, które samotności nie szkodzi. Kiedy chcę rozmawiać, to rozmawiam. Gdy chcę milczeć - milczę. Mogę słuchać muzyki albo śpiewu ptaków. Taka ucieczka od zgiełku i od samej siebie. A może właśnie podróż w głąb siebie? Kto to wie? Zapewne zależy od nastroju i powodu, który zagnał mnie do owej życiowej niszy. Niezależnie od tego, jak długo trwa ten mój gigant, zawsze wracam wyczyszczona i odświeżona. Niestety za każdym razem z poczuciem, że nie chcę wracać. Taka dwoistość bycia. Może jakaś mała "schizofrenia"? Pielgrzymowanie do źródła, którego najmniejsza kropa wody ma uzdrawiającą moc i znaczenie. Moja osobista baśń pisana smutkiem i melancholią, buntem i rozdarciem, gwałtem i zgodą wydarzeń, które stają się, jak zręczną ręką dziewczynki korale nakładane na nitkę.
Dzisiaj była burza. Stopniowo robiło się coraz ciemniej, aż błyskawice zaczęły rozświetlać skrawek nieba widoczny pomiędzy ścianą lasu a dachem nad oknem, z którego można było oglądać świat. Jak nigdy w czasie burzy było bezpiecznie. Bo chwilę wcześniej odnalazłam spokój, którego poszukiwałam od tak wielu miesięcy, że zdaje się niemożliwością, by tak długo żyć z czymś, co zadaje aż tak mocny ból. Bo głód czasami boli. A pragnienia narastają.
Kiedy mknęłam potem od burzy do burzy odnalazłam jeszcze jeden spokój. Ten pozwolił mi po raz kolejny doznać olśnienia i pogodzenia. Bo są chwile, kiedy się godzę. Ale chyba znacznie więcej jest tych, w których rodzi się niepokora. Z braku pokory buduje się najwspanialsze rzeczy pod słońcem. Z braku pokory się tworzy. Nawet w miłości jest brak pokory i przeciwstawianie się złu.
Chociaż jestem tutaj już od tylu godzin, wyjątkowo ciężko jest mi dzisiaj wrócić. Może zostałam tam, w tej niszy, pomiędzy kroplami deszczu? A może w ułamku tej chwili, co nie powinna mieć początku ani końca? Zapewne jestem dziś członkiem "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", bo najbardziej ze wszystkiego chciałabym, aby chwila trwała. Chwila, w której mogłabym schować się przed światem w milczeniu bądź w rozmowie, pomiędzy kroplami deszczu w bezpiecznej niszy rozświetlanej jaskrawym światłem błyskawicy.
No. Trwaj chwilo. I nie odwracaj się do mnie plecami.
Nie do końca bywam w tym miejscu sama ale za to w towarzystwie, które samotności nie szkodzi. Kiedy chcę rozmawiać, to rozmawiam. Gdy chcę milczeć - milczę. Mogę słuchać muzyki albo śpiewu ptaków. Taka ucieczka od zgiełku i od samej siebie. A może właśnie podróż w głąb siebie? Kto to wie? Zapewne zależy od nastroju i powodu, który zagnał mnie do owej życiowej niszy. Niezależnie od tego, jak długo trwa ten mój gigant, zawsze wracam wyczyszczona i odświeżona. Niestety za każdym razem z poczuciem, że nie chcę wracać. Taka dwoistość bycia. Może jakaś mała "schizofrenia"? Pielgrzymowanie do źródła, którego najmniejsza kropa wody ma uzdrawiającą moc i znaczenie. Moja osobista baśń pisana smutkiem i melancholią, buntem i rozdarciem, gwałtem i zgodą wydarzeń, które stają się, jak zręczną ręką dziewczynki korale nakładane na nitkę.
Dzisiaj była burza. Stopniowo robiło się coraz ciemniej, aż błyskawice zaczęły rozświetlać skrawek nieba widoczny pomiędzy ścianą lasu a dachem nad oknem, z którego można było oglądać świat. Jak nigdy w czasie burzy było bezpiecznie. Bo chwilę wcześniej odnalazłam spokój, którego poszukiwałam od tak wielu miesięcy, że zdaje się niemożliwością, by tak długo żyć z czymś, co zadaje aż tak mocny ból. Bo głód czasami boli. A pragnienia narastają.
Kiedy mknęłam potem od burzy do burzy odnalazłam jeszcze jeden spokój. Ten pozwolił mi po raz kolejny doznać olśnienia i pogodzenia. Bo są chwile, kiedy się godzę. Ale chyba znacznie więcej jest tych, w których rodzi się niepokora. Z braku pokory buduje się najwspanialsze rzeczy pod słońcem. Z braku pokory się tworzy. Nawet w miłości jest brak pokory i przeciwstawianie się złu.
Chociaż jestem tutaj już od tylu godzin, wyjątkowo ciężko jest mi dzisiaj wrócić. Może zostałam tam, w tej niszy, pomiędzy kroplami deszczu? A może w ułamku tej chwili, co nie powinna mieć początku ani końca? Zapewne jestem dziś członkiem "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", bo najbardziej ze wszystkiego chciałabym, aby chwila trwała. Chwila, w której mogłabym schować się przed światem w milczeniu bądź w rozmowie, pomiędzy kroplami deszczu w bezpiecznej niszy rozświetlanej jaskrawym światłem błyskawicy.
No. Trwaj chwilo. I nie odwracaj się do mnie plecami.
wtorek, 3 lipca 2012
Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...
- Mamo! Poradzę sobie! Przecież nie jestem dzieckiem!!! - powiedziała Duża Mała Dziewczynka, kiedy czekając na autobus, który miał ją zawieźć blisko 200 km do celu wakacyjnej podróży, usiłowałam dać jej ostatnie rady przed samodzielną podróżą.
Niespełna trzy lata temu pierwszy raz w życiu sama szła do rynku i z powrotem. W minionym roku szkolnym zdarzyło jej się raz, dwa razy pokonać busem trasę dom - Stanica, Stanica - dom. A tymczasem taka odległa wyprawa i te słowa, które sprawiły, że zaniemówiłam.
Swoją drogą zastanawiające skąd Moja Mama miała tyle spokoju w sobie, że pozwalała mi, gdy byłam w wieku Dużej Małej Dziewczynki, na samodzielne podróże do Wadowic pociągiem z dwiema przesiadkami po drodze: przechodzeniem z peronu na peron, oczekiwaniem na połączenie itp. Przecież my po tej przeprowadzce nie mieliśmy w domu nawet telefonu, więc potwierdzenie, że bezpiecznie dotarłam mogła dostać dopiero na drugi dzień, gdy była w pracy.
Potem, gdy Ojciec Moich Wnucząt odebrał ją z dworca autobusowego, wspólnie uknuli plan i każde z nich osobno zadzwoniło do Małej Dużej Córeczki:
- Utknąłem w korku. Najwcześniej dotrę po nią na dworzec za pół godziny.
- Nie wiem co się stało, ale siedzę w innym mieście na dworcu. Płacz w telefonie.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. On po ciebie przyjedzie do innego miasta.
- W innym mieście?! Co się stało? Dlaczego? Ja się nie ruszę z tego korka!!! Zanim tam dotrę, minie pewnie godzina albo i lepiej!!!
- Co ja mam robić? Płacz.
- Nie denerwuj się, spokojnie. On przyjedzie...
W tym momencie Mała Duża Córeczka usłyszała w telefonie śmiech obojga. Ale jeszcze po długiej chwili, gdy mi to opowiadała, słyszałam wielkie zdenerwowanie w jej głosie. Naprawdę wielkie zdenerwowanie. Po takich stanach lękowych często następował atak astmy u Małej Dużej Córeczki.
Zawsze bała się sytuacji, które były nowe i nie miała jeszcze opracowanej strategii działania "w razie jakby co". Kiedyś dostała ataku duszności, gdy chłopcy w Instytucie (Gruźlicy i Chorób Płuc w Rabce) zamknęli kolegę na balkonie. Wyobraziła sobie, że on się boi, że jest zamknięty. Wyobraziła też sobie siebie w takiej sytuacji.
Maleńka Wnuczka nie mogła się już doczekać na przyjazd Dużej Małej Dziewczynki. Ledwo otworzyła dziś oczy rozpoczęła wielkie oczekiwanie przy oknie i przy drzwiach.
- Przyjedzie dopiero wieczorem. - Poinformowała ją mamusia.
- Kłamiesz mamo. Nie kłam nas. Ma przyjechać dzisiaj. Już jest dzisiaj.
Duża Mała Dziewczynka przez cztery i pół godziny podróży musiała zachować milczenie. Bo pewnie nie miała do kogo mówić. A taka, żeby mówić do siebie, to nie jest. No może jest, ale taka to aż nie ;)
A w domu zapanowała cisza.
Niespełna trzy lata temu pierwszy raz w życiu sama szła do rynku i z powrotem. W minionym roku szkolnym zdarzyło jej się raz, dwa razy pokonać busem trasę dom - Stanica, Stanica - dom. A tymczasem taka odległa wyprawa i te słowa, które sprawiły, że zaniemówiłam.
Swoją drogą zastanawiające skąd Moja Mama miała tyle spokoju w sobie, że pozwalała mi, gdy byłam w wieku Dużej Małej Dziewczynki, na samodzielne podróże do Wadowic pociągiem z dwiema przesiadkami po drodze: przechodzeniem z peronu na peron, oczekiwaniem na połączenie itp. Przecież my po tej przeprowadzce nie mieliśmy w domu nawet telefonu, więc potwierdzenie, że bezpiecznie dotarłam mogła dostać dopiero na drugi dzień, gdy była w pracy.
Potem, gdy Ojciec Moich Wnucząt odebrał ją z dworca autobusowego, wspólnie uknuli plan i każde z nich osobno zadzwoniło do Małej Dużej Córeczki:
- Utknąłem w korku. Najwcześniej dotrę po nią na dworzec za pół godziny.
- Nie wiem co się stało, ale siedzę w innym mieście na dworcu. Płacz w telefonie.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. On po ciebie przyjedzie do innego miasta.
- W innym mieście?! Co się stało? Dlaczego? Ja się nie ruszę z tego korka!!! Zanim tam dotrę, minie pewnie godzina albo i lepiej!!!
- Co ja mam robić? Płacz.
- Nie denerwuj się, spokojnie. On przyjedzie...
W tym momencie Mała Duża Córeczka usłyszała w telefonie śmiech obojga. Ale jeszcze po długiej chwili, gdy mi to opowiadała, słyszałam wielkie zdenerwowanie w jej głosie. Naprawdę wielkie zdenerwowanie. Po takich stanach lękowych często następował atak astmy u Małej Dużej Córeczki.
Zawsze bała się sytuacji, które były nowe i nie miała jeszcze opracowanej strategii działania "w razie jakby co". Kiedyś dostała ataku duszności, gdy chłopcy w Instytucie (Gruźlicy i Chorób Płuc w Rabce) zamknęli kolegę na balkonie. Wyobraziła sobie, że on się boi, że jest zamknięty. Wyobraziła też sobie siebie w takiej sytuacji.
Maleńka Wnuczka nie mogła się już doczekać na przyjazd Dużej Małej Dziewczynki. Ledwo otworzyła dziś oczy rozpoczęła wielkie oczekiwanie przy oknie i przy drzwiach.
- Przyjedzie dopiero wieczorem. - Poinformowała ją mamusia.
- Kłamiesz mamo. Nie kłam nas. Ma przyjechać dzisiaj. Już jest dzisiaj.
Duża Mała Dziewczynka przez cztery i pół godziny podróży musiała zachować milczenie. Bo pewnie nie miała do kogo mówić. A taka, żeby mówić do siebie, to nie jest. No może jest, ale taka to aż nie ;)
A w domu zapanowała cisza.
Pojęcia
Czasem pojęcie zamienia się w całkiem inne znaczenie. I bywa mgliste. Dlatego trudno pojąć cokolwiek. Szczególnie życie jest trudne do pojęcia. Zwłaszcza jeśli to życie widzi się najpierw normalnie, a potem odwrócone. I ma się wtedy odwrócone pojęcie.
W dzisiejszym świecie bardzo łatwo jest odwrócić pojęcie. Łatwo jest mieć cały świat odwrócony. Tak jak zrobił to słynny angielski wykładowca matematyki wysyłając małą dziewczynkę, by przeżywała koszmary jego osobistych kontaktów z ludźmi w świecie snu, który nie dość, że był sennym absurdem, to jeszcze po drugiej stronie lustra.
Śpisz, oddychasz, jesz, idziesz, pracujesz i myślisz, że to jest twoje życie. Przyzwyczajony do oglądania wszystkiego z własnego wnętrza doznajesz szoku, gdy wszystko to, co wryło się w twoją podświadomość zobaczysz oczami obserwatora. I potem już nie wiesz, który obraz jest prawdziwy, a który fałszywy. Bo zdaje ci się, że ten widziany przez ciebie ma realny kształt, kierunek i ideę. Aż tu widzisz obraz jak w lusterku. Albo jeszcze gorzej - całkiem do góry nogami. I czujesz się jakbyś był pionkiem, który ktoś ni z tego ni z owego przestawił. I wszystko wokół ciebie zdaje się być identyczne, ale jednak nie takie. Bo oto dołeczek w policzku najmilszej osoby znajduje się nagle nie po tej stronie i jak tu przywyknąć do tego, by oczy kierowały się w inną niż dotychczas stronę? Albo dom ma nagle drzwi pod dachem i jak tu wejść do takiego domu?
Dlatego zastanawiasz się, czy aby ten dołeczek w policzku najmilszej osoby nie tkwił od zawsze w tym nowym miejscu, a ty widziałeś go tam, gdzie chciałeś by był? I może twój dom od zawsze stał do góry nogami, a tylko jak dotąd nie przeszkadzało ci wchodzić doń niczym jakiemuś akrobacie cyrkowemu?
I góry nawet mają inne nachylenie, jakby prawa fizyki się zmieniły. Twoja droga odwróciła twój marsz w zupełnie inną stronę i... i im więcej myślisz i zastanawiasz się nad tym, tym bardziej nie chcesz pamiętać, że kiedyś świat miał inny porządek, ład i kierunek. Miał jakieś granice, normy i pojęcia.
No właśnie! Pojęcia!
Zamykasz oczy i już wiesz, bo widzisz wreszcie dokładnie. W którąkolwiek stronę świat by się nie odwrócił, to ty jesteś w jego środku, a twoja droga wcale nie jest tym pojęciem, jakie wpojono ci z drogą kojarzyć. Bo ona właśnie, droga twojego życia, bycia, tęsknoty i dążenie rozchodzi się promieniście we wszystkich kierunkach od centrum, w którym się znajdujesz. Dążąc do przodu jesteś równocześnie na każdym promieniu. Nawet, gdy stoisz lub się cofasz jesteś wszędzie. I zawsze w samym środku. I wiesz już, bo widzisz pod zamkniętymi powiekami, że nie ma przeszłości i nie ma przyszłości, bo każdy twój krok, każda myśl, działanie, dążenie i pragnienie jest teraźniejszością. A teraźniejszość przesycona jest miłością. Bo miłość jest w tobie. Ty jesteś miłością.
Zamknij oczy. I zobacz.


Tekst powstał zainspirowany pracami grafika nad materiałami reklamowymi Stanicy, który odwracając zdjęcie dał mi dużo więcej do myślenia niż napisałam.
Korzystając z okazji chciałabym napisać, że teksty są formami literackimi I choć mają charakter dziennika, ani też pamiętnika, tak do końca nimi nie są. Wobec powyższego to, co faktycznie widzę i czuję, to co mi się przytrafia, albo mnie omija nie zawsze jest tym, co czytelnik czyta i odbiera. W tytułowych pojęciach jest odpowiedź. I pewnie w filozofii, ze znaczenia której nie zdaję sobie sprawy ;-) No, bo które zdjęcie jest prawdziwe? I nawet, jeżeli któreś jest prawdziwe (bo przecież jedno z nich musi być) to idąc, widziałam świat z zupełnie innej perspektywy niż fotograf. Widziałam świat będąc w jego centrum ;-) Byłam zanurzona w teraźniejszości, która obecnie jest przeszłością. A teraźniejszość przesycona była miłością. Choć czy dzisiaj to jest ważne? Ważne, że teraźniejszość przesycona jest miłością. Bo miłość jest we mnie. Ja jestem miłością.
Często zamykam oczy. I widzę. W każdej teraźniejszości, która mi się przytrafia ;-))
W dzisiejszym świecie bardzo łatwo jest odwrócić pojęcie. Łatwo jest mieć cały świat odwrócony. Tak jak zrobił to słynny angielski wykładowca matematyki wysyłając małą dziewczynkę, by przeżywała koszmary jego osobistych kontaktów z ludźmi w świecie snu, który nie dość, że był sennym absurdem, to jeszcze po drugiej stronie lustra.
Śpisz, oddychasz, jesz, idziesz, pracujesz i myślisz, że to jest twoje życie. Przyzwyczajony do oglądania wszystkiego z własnego wnętrza doznajesz szoku, gdy wszystko to, co wryło się w twoją podświadomość zobaczysz oczami obserwatora. I potem już nie wiesz, który obraz jest prawdziwy, a który fałszywy. Bo zdaje ci się, że ten widziany przez ciebie ma realny kształt, kierunek i ideę. Aż tu widzisz obraz jak w lusterku. Albo jeszcze gorzej - całkiem do góry nogami. I czujesz się jakbyś był pionkiem, który ktoś ni z tego ni z owego przestawił. I wszystko wokół ciebie zdaje się być identyczne, ale jednak nie takie. Bo oto dołeczek w policzku najmilszej osoby znajduje się nagle nie po tej stronie i jak tu przywyknąć do tego, by oczy kierowały się w inną niż dotychczas stronę? Albo dom ma nagle drzwi pod dachem i jak tu wejść do takiego domu?
Dlatego zastanawiasz się, czy aby ten dołeczek w policzku najmilszej osoby nie tkwił od zawsze w tym nowym miejscu, a ty widziałeś go tam, gdzie chciałeś by był? I może twój dom od zawsze stał do góry nogami, a tylko jak dotąd nie przeszkadzało ci wchodzić doń niczym jakiemuś akrobacie cyrkowemu?
I góry nawet mają inne nachylenie, jakby prawa fizyki się zmieniły. Twoja droga odwróciła twój marsz w zupełnie inną stronę i... i im więcej myślisz i zastanawiasz się nad tym, tym bardziej nie chcesz pamiętać, że kiedyś świat miał inny porządek, ład i kierunek. Miał jakieś granice, normy i pojęcia.
No właśnie! Pojęcia!
Zamykasz oczy i już wiesz, bo widzisz wreszcie dokładnie. W którąkolwiek stronę świat by się nie odwrócił, to ty jesteś w jego środku, a twoja droga wcale nie jest tym pojęciem, jakie wpojono ci z drogą kojarzyć. Bo ona właśnie, droga twojego życia, bycia, tęsknoty i dążenie rozchodzi się promieniście we wszystkich kierunkach od centrum, w którym się znajdujesz. Dążąc do przodu jesteś równocześnie na każdym promieniu. Nawet, gdy stoisz lub się cofasz jesteś wszędzie. I zawsze w samym środku. I wiesz już, bo widzisz pod zamkniętymi powiekami, że nie ma przeszłości i nie ma przyszłości, bo każdy twój krok, każda myśl, działanie, dążenie i pragnienie jest teraźniejszością. A teraźniejszość przesycona jest miłością. Bo miłość jest w tobie. Ty jesteś miłością.
Zamknij oczy. I zobacz.


Tekst powstał zainspirowany pracami grafika nad materiałami reklamowymi Stanicy, który odwracając zdjęcie dał mi dużo więcej do myślenia niż napisałam.
Korzystając z okazji chciałabym napisać, że teksty są formami literackimi I choć mają charakter dziennika, ani też pamiętnika, tak do końca nimi nie są. Wobec powyższego to, co faktycznie widzę i czuję, to co mi się przytrafia, albo mnie omija nie zawsze jest tym, co czytelnik czyta i odbiera. W tytułowych pojęciach jest odpowiedź. I pewnie w filozofii, ze znaczenia której nie zdaję sobie sprawy ;-) No, bo które zdjęcie jest prawdziwe? I nawet, jeżeli któreś jest prawdziwe (bo przecież jedno z nich musi być) to idąc, widziałam świat z zupełnie innej perspektywy niż fotograf. Widziałam świat będąc w jego centrum ;-) Byłam zanurzona w teraźniejszości, która obecnie jest przeszłością. A teraźniejszość przesycona była miłością. Choć czy dzisiaj to jest ważne? Ważne, że teraźniejszość przesycona jest miłością. Bo miłość jest we mnie. Ja jestem miłością.
Często zamykam oczy. I widzę. W każdej teraźniejszości, która mi się przytrafia ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)