MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 12 sierpnia 2011

Droga

Idę Drogą mojego życia wciąż zastanawiając się, co jest za zakrętem.
Nie chcę wiedzieć. Jestem ciekawa. Zakręty na drodze są inspirujące. Uwielbiam chodzić leśnymi duktami, spoglądać w prześwit takiej drogi i wypatrywać zakrętu. Prosta droga jest nudna. Może to specyfika osoby przemierzającej górskie szlaki i ścieżki? W górach drogi muszą być kręte, bo przecież ukształtowanie terenu wymusza ten naturalny niepokój drogi. Nie twierdzę, że drogi na równinach nie są kręte. Ale zdecydowanie mniej, niż te górskie.
Dlatego Droga mojego życia jest zdecydowanie drogą górską. Nie pokręconą, ale krętą.
Taki już mam charakter, że wciąż stawiam sobie nowe wyzwania. Lubię też poznawać nowych ludzi. Spotkanie Człowieka na Drodze, to niemal jak odnalezienie skarbu. Czasem okazuje się, że był to tylko zwykły kamień, żaden drogocenny kruszec, ale taki Człowiek ma również swoją wartość. Im bardziej kamienisty, pozbawiony blasku i szlachetności, tym większym wyzwaniem się staje. Wystawia na próbę wiele moich słabości. Niejednokrotnie doprowadza do łez i beznadziei, ale w konsekwencji i tak dziękuję Panu za ten kamienisty dar na mojej Drodze.
Był czas, iż wydawało mi się, że przemierzanie Drogi wymaga towarzystwa. Im jestem starsza, tym bardziej wiem, że jest się samotnym w wędrówce przez życie.  Nawet jeżeli jest się otoczonym innymi wędrowcami. W Drodze stają się oni równolegli, ale niewidoczni - jakby nagle ich wizerunek wyprzeźroczał. Są niewątpliwie, ale na swojej drodze. Szóstym zmysłem odczuwam tę ich niewidzialność, przeźroczystość i nieobecność, wbrew fizyce ich cielesnej bliskości.
Często jest tak, że ci, którym zaufałam zrobią jakiś fortel, zasadzkę. To bardziej boli, niż ból zadany od obcego, który okazał się być zwykłym kamieniem, miast skarbem, którym się na pierwszy rzut oka wydawał.
Muszę wtedy spocząć na chwilę na zacisznej polanie, ale po wylizaniu ran trzeba mi ruszyć dalej. Nie dlatego, że jakiś obowiązek każe poderwać się do dalszej Drogi. Dlatego, że jestem ciekawa, co jest dalej? Co mnie czeka za następnym zakrętem, może na kolejnym szczycie? Jakie zadanie przyjdzie mi wypełnić, by przybliżyć się do kresu Drogi? Może moja osoba pomoże komuś innemu wypełnić jego zadanie?
Lubię słuchać ludzi i ich opowieści. Nie zadaję pytań. Pozwalam im mówić wtedy, kiedy sami chcą przekazać mi swoją opowieść.
Znam całe mnóstwo przeróżnych ludzkich opowieści. Ludzie rzadko dzielą się swoimi radościami. Radość łatwiej niż smutek (z)nieść samemu. Dlatego ludzkie opowieści przepełnione są smutkami, trudami, niepewnością, bólem i przeciwnościami. Mało kto mówi o swoich winach. Pewnie dlatego, że nie zdaje sobie z nich sprawy. Łatwo poznać takiego człowieka, który nie zdaje sobie sprawy ze swoich win. Po prostu nie mówi "przepraszam".
Oprócz tego, że umiem słuchać, umiem też milczeć. Wielu to wykorzystuje. Wykorzystuje moje milczenie, jako przyzwolenie dla swoich nieprawości wobec mnie lub innych.
A ja milcząc zastanawiam się, czy na takich kamieniach warto ranić serce? Bo przecież serce zawsze odnosi ciężkie rany podczas, gdy zadaje się mu ciosy. Wtedy trzeba mi poszukać kolejnej zacisznej polany, zamknąć ją w jeszcze większym milczeniu, wyzbyć się pokusy oceny czyjegoś postępowania i "lizać rany celnie zadane". Lizanie ran, to nic innego, jak rozmowa z Bogiem, którego noszę w sobie.
Ten co zadał rany nosi w sobie tego samego Boga przecież. Oj, trudna to rozmowa.
Potem jak Feniks z popiołów mogę podnieść się całkowicie odnowiona.
Ruszam w Drogę.
Zawsze coś nucę pod nosem.

Najbardziej wzmacnia to:

"Tak mnie skrusz, tak mnie złam
tak mnie wypal Jezu
byś został tylko Ty, jedynie Ty..."


I zastanawiam się, co jest za zakrętem?
No przecież Mu zaufałam. Czeka mnie przygoda.
Zapewne w każdym kamieniu spotkam Jego.


środa, 10 sierpnia 2011

Katolicka rodzina

- A szanowna pani z wczasów, czy z pracy wraca? - zapytał Starszy Pan w busie, zaledwie usiadł obok Kobiety w Krynicy pod Hawaną.
- A tam z wczasów?! Z pracy wracam. - Grzecznie odpowiedziała Kobieta.
Chyba sobie tą grzeczną odpowiedzią biedy napytała.
- To tak Szanowna Pani codziennie do pracy dojeżdża? I długo tak już? - dalej pytał Starszy Pan.
- Całe życie, panie.
W prześwicie między siedzeniami widać było, że kobieta słuszny wiek już ma, więc wyrażenie "całe życie" miało swój wydźwięk.
- Ale, że to tak w soboty nawet? I tak do wieczora? - dziwił się Starszy Pan nie wiedzieć, czy dla podtrzymania rozmowy, czy z ciekawości.
Powiedzmy sobie szczerze - wieczór to nie był - późne popołudnie zaledwie, ale faktycznie dość późna pora, jak na codzienne powroty z pracy. Kobieta pośpieszyła z wyjaśnieniami, że to zależy, jak zmiana wypadnie.
- A widzi szanowna pani, ja to samych synów mam, ale za granicą siedzą. Czasem przyjadą. - Z jakimś dziwnym rozrzewnieniem i o to bardziej do siebie, niż do Kobiety powiedział Starszy Pan.

Co chwilę zapadało milczenie. Bus mknął Doliną Kamienicy ku Sączowi. Starszy Pan zapewne podziwiał widoki. Albo może obmyślał strategię do zadania kolejnego pytania. Rozmowa zaczęła przypominać wywiad.

A było co podziwiać za oknem. Słońce spacerowało już po wierchowinie pasma Jaworzyny, kładąc długie cienie na stokach odwróconych ku wschodowi. To zaś wielkie obłoki wędrujące po niebie w okolicach Łabowej zamieniły się po raz kolejny tego lata w złowrogie burzowe chmury i przyniosły obfitą ulewę. Przez spory kawałek drogi lał deszcz, którego w tym rejonie nikt już nie pożąda. Rowy przydrożne znów zamieniły się w rwące potoki, potoki w ryczące wodogrady. Zrobiło się ciemno, jak o zmierzchu, by za chwilę, taką chwilę, której bus potrzebował na pokonanie drogi, która sprowadziła podróżnych całkiem w kotlinę, znów rozbłysło słońce ostatnim radosnym blaskiem tego kończącego się dnia. W dolinach dzień kończy się wcześniej, niż na okalających je szczytach. Zrozumiałe.
Miasto powoli zaczęło wdzierać się w krajobraz.

- A to kto obiad ugotuje w domu, jak szanowna pani tak długo w pracy? - padło kolejne pytanie.
Kobieta pospieszyła z wyjaśnieniem, że córka gotuje, kiedy jej wypada druga zmiana.
Nastąpiła kanonada pytań o córkę i pozostałe dzieci. O dzieci córki, gdy okazało się, że córka dorosła i jeszcze w dodatku w oświacie pracuje.
- Jedno dziecko miałam. Córka też jedno dziecko ma. Mieszka niedaleko, to się tak wspomagamy - to ona nam obiad ugotuje, to my jej dziecka popilnujemy. - Wciąż cierpliwie odpowiadała Kobieta.
- Jedno dziecko?! - bardziej oburzył się Starszy Pan, niż zadziwił. W zasadzie powinien był przyjąć do wiadomości i tyle. - Jedno dziecko?! To tak nie po katolicku! Po katolicku, to mówią, że troje dzieci powinno się mieć.

I Starszy Pan wysiadł na najbliższym przystanku.



wtorek, 9 sierpnia 2011

Przyjaciele są jak książki

Z przyjaciółmi jest jak z książkami. Takimi książkami, co to już się je raz kiedyś przeczytało, poznało ich wartość, polubiło - wręcz pokochało, wystarało by kupić najpiękniejszy egzemplarz dla siebie, by nie pożyczać z biblioteki i do których nieustająco się wraca.

Moją ulubioną książką i to niekoniecznie od czasów dzieciństwa jest "Ania z Zielonego Wzgórza". Nie rozumiałam treści tej wspaniałej książki w dzieciństwie, toteż poznałam się z Anią dopiero, gdy byłam nastolatką bliską dorosłości. Do poznania z Anią musiałam dorosnąć. Gdy dorosłam, to potem już nigdy nie chciałam dorosnąć na tyle, by rozstać się z tą lekturą. Lubię otwierać wciąż od nowa karty tej książki i zagłębiać się w życiu mojej ulubionej bohaterki. Przy każdym otwarciu, podczas każdego czytania dojrzewam do innego odbioru Ani. Nic dziwnego - przecież to ja za każdym razem, za każdym czytaniem od nowa, jestem inna. Starsza i dojrzalsza i bardziej rozumiem, co mówi do mnie Ania - dziewczynka, Ania - podlotek, Ania - młoda kobieta, Ania - mężatka i Ania - matka.
Kto wie, może to Ania nauczyła mnie całej wrażliwości, jaką posiadam? No, nie mogę w to wątpić, że ma w tym swój udział - zapewne była doskonałą nauczycielką w tej sferze.
Ania zajmuje honorowe miejsce w moim sercu. Także w życiu. Stare, wyczytane tomy całej serii stoją na półce i czekają, kiedy znów po nie sięgnę. Znam tyle cytatów z książki, że zastanawiam się, czy nie było kiedyś przypadkiem tak, że spędziłam na rozmowach z Anią długie godziny, dni, może i lata? Zapewne tak, zapewne spędziłam, bo przeczytałam przecież cały cykl książek o Ani niezliczoną ilość razy na przestrzeni ponad 30 lat.
Zawsze było tak, że otwierałam "Anię", może lepiej by brzmiało: Ania  otwierała się przede mną w trudnych momentach mojego życia. I pomagała, jak modlitwa. Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że  lektura książki pomagała, bo mam pełną świadomość, że to Ania mi pomagała! Wspaniała bohaterka - natchniona Duchem i Słowem, uczyła patrzeć od innej strony na życie. Od tej, od której ta ruda, zamieszkująca na kartach książki dziewczynka, potrafi nań patrzeć. Tak, bo Ania kryje w sobie cudowną tajemnicę: nawet, gdy stała się panną, potem kobietą i matką, w środku została tą samą małą, wrażliwą, rudą dziewczynką. (Nawet, gdy w dorosłym życiu jej włosy  stały się ciemniejsze - prawie kasztanowe.) I w dodatku Ania każdemu, kto potrafi ją zrozumieć i zaprzyjaźnić się z nią, ofiaruje to samo - umiejętność pozostania dzieckiem w ciele dorosłego, w jakiego się powłoka człowieka z czasem zamienia.
Cudowną jest świadomość, że na półce czeka na mnie tak wielka przygoda, jaką jest odkrywanie Ani podczas każdego czytania, od nowa. Cudownie jest móc otworzyć ulubioną książkę znowu i znowu. Niby ta sama, ale za każdym razem inna.
Jak przyjaciele.
Minionej nocy otwierałam ulubioną książkę.
Książki są jak przyjaciele.
Odwiedziła mnie Urszulanka.
Przyjaciele są jak książki.

Z Urszulanką uczyłam się wrażliwości na świat.

"Zawsze robi mi się smutno, gdy coś miłego się kończy. Co prawda zawsze można mieć nadzieję, na coś jeszcze milszego, ale co do tego nigdy nie ma pewności."
                                                                                           ("Ania z Zielonego Wzgórza")

niedziela, 7 sierpnia 2011

Mgły się rodzą

Ja mówiłam, że po świecie rozpuszczone zostały już mgły świadczące o tym, że koniec lata tuż tuż. Nikt mi nie wierzył, aż dzisiaj przedwieczorną porą wszyscy dostrzegli, że mleczna powłoka okryła Beskid. Najwięcej mgieł  jest oczywiście w dolinach - wszędzie tam, gdzie przemykają strumyki z radością pluszczące wodami do czasu, aż nie wpadną w sidła większych potoków. To tam: w wąwozach, choćby najmniejszych, dołach i jarach te mgły się rodzą. I stamtąd rozpływają się mleczną powłoką po łąkach i polach. Dużo nieużytków stoi. Pola od wielu wiosen nie obsadzane, ani nie obsiewane, więc się te mgły tam rozsiadają, jak wrony na rżysku. Rozciągają i filtrują promienie słoneczne tak, jak to jest możliwe tylko przy końcu lata. I czynią świat niewyraźnym. Już się człowiek zastanawia, czy przypadkiem okularów przetrzeć nie musi. Zdejmuje, przeciera raz i drugi, ale świat w dalszym ciągu nieprzeźroczysty. Mglisty i mleczny. I patrząc na ten świat mgłami osnuty, tak się człowiek przeciąga, jak po ciężkiej pracy jakiej. Bo kiedy lato zaczyna zbierać się do odejścia, człowiek wie, że przyjdzie czas odpoczynku. Po pracy, którą od wieków praojcom wyznaczały pory roku. I ten odwieczny cykl pór roku wpisany jest w człowieczą świadomość, co się w najodleglejszych zakamarkach niepamięci kryje.
I trzeba dobrze nawyki świata znać, by wiedzieć, że gdy sierpnia kolorowe krajobrazy bledną, wnet się te mgły rozsiądą na polach i łąkach na dobre. Niebawem zaś przemieszają się z dymami ognisk, które człowiek rozpali. W ogniu jesiennych ognisk spłoną wszystkie dowody przeszłego lata, te, których człowiek do spichrzów nie schował.
Ale to kiedyś, niebawem. Dziś mgły zaczęły się rodzić po wąwozach, dołach i jarach i świat swoją mleczną nieprzeźroczystością otulać.

piątek, 5 sierpnia 2011

Wszystko płynie

Na dzisiejszą noc zamieniłam moją kuchnię w przetwórnię owocową. Może niezbyt to precyzyjne określenie, bo przecież wiśnie i czarne porzeczki puszczały sok od dobrych kilku tygodni. Nadszedł czas, by zlać sok ze słoików, obrobić termicznie i rozlać do butelek. Oczywiście, gdyby nie chmura muszek owocówek unosząca się nad słoikami, w których w sposób naturalny owoce puszczały sok, nie znalazłabym w sobie motywacji do zakończenia właśnie dzisiaj procesu przetwórstwa owocowego. A tak, wreszcie będę miała częściowo zapełnioną szafkę z przetworami:)
Dostrzegłam tę chmurę muszek owocówek w dobrym momencie - minionej nocy skończyłam przenoszenie plików z komputera stacjonarnego do laptopa, więc zapewne mogłam przejrzeć na oczy. Wykonałam mrówczą pracę - każdej nocy po kilka godzin poświęcałam na zgranie w sumie kilkuset gigabajtów zdjęć i dokumentów tekstowych.

I o czym ja chciałam pisać?

Wrócił do mnie we śnie koszmar przeżytej burzy gradowej.
Dobrze, że czasami można uciec od koszmarów sennych w robienie przetworów.
Sok wiśniowy ma cudownie koralowy kolor. W powietrzu unosi się zapach wiśni. Taki pestkowo-migdałowy. I ten zapach ma kolor wiśniowy. A w moim śnie ulicę, przy której mieszkam, nagle zalała przeogromna woda. Dzika i rwąca. Zanurzyła mnie w sobie po pas. Wyciągnęłam rękę, ale nie było nikogo, kto mógłby tę moją rękę złapać. Nie utonęłam. Nie mogłam dotrzeć do pracy!

Na moim soku nawet nie zbiera się zbyt dużo "szumów". Mimo, że wiśnie były obite deszczem. W ogóle puściły dużo soku. Zadziwiająco dużo soku. Ale też były mocno dojrzałe, gdy je zerwano dla mnie z drzewa.

Nikt nie lubi koszmarnych snów, a ja w szczególności nie lubię nocnych lęków i niepokoju. Gdy byłam małym dzieckiem, przebudziwszy się nocą w gorączce, zobaczyłam nachylającego się nade mną diabła. Tak sobie wtedy pomyślałam, że to diabeł. Wyglądał identycznie, jak taki czarny gumowy diabełek, z czerwonymi oczami i czerwonym wyskakującym jęzorem. Jęzor ów wyskakiwał, gdy się diabła ścisnęło. Diabeł miał rogi i ogon. Takie zabawki można było kupić w kiosku w czasie Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Zapewne była to sugestia i jakieś zaburzenie pracy fal mózgowych podczas wysokiej gorączki, a nie żadne senne widziadło. Ale do dzisiaj pamiętam ten strach, który przeżyłam. I nigdy o tym nikomu nie powiedziałam.

Naszym życiem rządzą czasami dziwne zjawiska. Pojawiają się straszydła, które nie pozwalają normalnie funkcjonować.
Po owej burzy gradowej przeprowadziliśmy wieczorem z dziećmi pogadankę na temat naszych przeżyć. Widać dla mnie była nie dość wystarczająca.
Przed laty wybrałam się z moją Małą Dużą Córeczką pociągiem do sanatorium nad morzem. Mała Duża Córeczka była wtedy jeszcze całkiem malutka. Miałam bagaż dla nas obu. Małą Dużą Córeczkę trzymałam za rękę.  Przez kilka lat po owej wyprawie nawiedzały mnie koszmary senne, że dziecko wyrywa mi się i na moich oczach wpada pod lokomotywę nadjeżdżającego pociągu.

Człowiekowi potrzebna jest ponoć odpowiednia doza lęku.
Czy więc pozwolić, by owa wielka woda wraz z burzą gradową przechodziła przez moje sny do czasu, aż nie zabierze ze sobą wszystkich lęków i niepokojów, które spowodowała?
Niech płynie. Wszak wszystko płynie.

To jest co prawda niegdysiejsza nalewka, ale wiśniowa.



Zaraz do butelek spłynie pięknej koralowej barwy sok wiśniowy na smaczne, latem pachnące herbatki, które będą płynęły w naszym domu zimą.

Uciekający czas

Po powrocie z obozu ładnych parę dni trwało moje przystosowanie do codzienności. Nic dziwnego - z obozu harcerskiego wraca się zawsze bardzo zmęczonym, niezależnie od tego czy było się uczestnikiem, czy kadrą. Zdarzało się w historii organizowanych przez nas obozów, że były donosy rodziców, iż dzieci po powrocie do domów śpią kilka dni z rzędu. No cóż, gdyby rodzice wiedzieli ile się dzieje na takim obozie, to zapewne nie dziwiliby się temu, że dziecko miast wypoczęte, wraca pod ich skrzydła pełne wrażeń i niezapomnianych przeżyć.
Umówmy się, że organizowane przez nas obozy w Stanicy są pseudoharcerskie, ponieważ nie uczestniczą w nich harcerze. Nasze obozy służą temu, by zaszczepić ideę harcowania. Udaje nam się i jedno i drugie, czyli zaszczepić ideę harcowania poprzez zastosowanie "męczących" (kadrę i uczestników) metod pracy. Od razu spieszę z wytłumaczeniem, by nikt nie chciał chcieć mnie znowu po sądach włóczyć, że "męczące" metody pracy, to takie, które zmuszają do aktywnego wypoczynku: górskie wędrówki, zajęcia na basenie, nordic-walking, gry terenowe, ogólnie pojęte harcowanie i tym podobne formy pracy zniechęcające uczestników do naruszania cierpliwości kadry instruktorskiej (wychowawczej) poprzez nadmierną aktywność własną w czasie nieprzeznaczonym do tego.


W te wakacje przystosowywać się do codzienności musiałam w odmiennych warunkach niż zazwyczaj, bo od pierwszego dnia po obozie w tę codzienność wpleciona była też praca zawodowa.
Ledwo więc unormowałam i zharmonizowałam wszystko, w czym uczestniczę (bardziej siłą rozpędu), a przyszedł moment refleksji: przecież sierpień na dobre zagościł w kalendarzu i zapewne nie wiedzieć kiedy, przemknie, by wraz z bocianami około ostatniej dekady odlecieć do ciepłych krajów i miejsce po sobie zostawić wrześniowi i październikowi.

A wrzesień i październik to integracje.
I nie wiadomo: bać się tego czasu, czy czekać nań z niecierpliwością? Znów będziemy mieć do czynienia z młodzieżą niezrzeszoną, w dużej mierze trudną; zmieniającą się, jak w kalejdoskopie. Taką obrałam sobie drogę służby harcmistrzowskiej - żeby nie było łatwo. Mój drużynowy powtarzał : "per aspera ad astra", więc, gdy wreszcie jestem na prawdziwej harcerskiej imprezie, to czuję się, jakbym miód spijała. Trudna ta moja służba, ale taką podjęłam niegdyś decyzję. Zapewne w myśl jednej z sentencji Druhny Babci, że i te (w tym wypadku niezrzeszone) dzieci mają prawo do radosnego i szczęśliwego wzrastania. A wierzę, że poprzez moją pracę, naszą, bo przecież nie pracuję sama, pokazujemy tym dzieciakom kawał świata z wartościami.


Przeglądam kosztorys integracji zatwierdzony ostatecznie przez obie strony: Urząd Miasta i Hufiec i planuję brzmienie i wygląd informacji do szkół. Umowa opiewa na 250 uczestników. W ubiegłym roku szkolnym zintegrowaliśmy 550 dzieciaków, w tym roku spodziewamy się podobnej ilości. Zaledwie w ciągu września i października. Na tegoroczne integracje Miasto dało nam trzy razy większą kwotę. Wiem już, co będzie tematem przewodnim integracji!
Tegoroczne integracje pozwolą uczestnikom wznieść się pod niebo, nabrać wiatru, spróbować zmierzyć się z własną niemocą, by na koniec udowodnić wszystkim, że człowiek stworzony jest do tego, by u jego ramion rosły skrzydła...
Każde dziecko przyjedzie do nas ze swoją własną"opowieścią" o tym, jakim jest człowiekiem. A naszym zadaniem będzie, w niezwykle krótkim czasie, uświadomić im wszystkim i każdemu z osobna, że w pojedynkę nie zdziała się w życiu nic.

Chociaż czasami człowiekowi tak bardzo potrzebne jest oddalenie od świata i ludzi... ale w myślach i przeżywaniu. Nie w działaniu.

(Zdjęcia pochodzą z obozu letniego w Stancy z zajęć prawie terapeutycznych, podczas których uczestnicy mieli za zadanie przygotować dla wszystkich uroczystą wesołą kolację w plenerze).

czwartek, 4 sierpnia 2011

Co można powiedzieć



Na przystanku autobusowym u stóp Jaworzyny stał spory tłum ludzi. Wreszcie przestało padać i przyszła prawdziwie letnia pogoda. Nic więc dziwnego, że turyści tłumnie zaczęli  korzystać z poskąpionego dobrodziejstwa tego lata. Nie ma co, o tej porze dnia niebo odcina się szafirową kreską od szmaragdowego lasu. Zagubiony pierzasty obłok wzmacnia głębię kolorów. W oszklonych ścianach Pegaza odbija się i niebo, i las, a przede wszystkim Pani Jaworzyna.
Kiedy podeszłam bliżej okazało się, że spory tłum czekający na autobus mający wywieźć turystów spod Jaworzyny do centrum Krynicy-Zdroju, składa się z młodych emerytów. Jak miło - pomyślałam - że wreszcie i w naszym kraju emeryci organizują się i aktywnie spędzają czas, miast bawić wnuki lub siedzieć w zatłoczonych poczekalniach do lekarzy.
Zaraz też autobus przyjechał i jak lawa wszyscy oczekujący wlali się do jego wnętrza. Siedziałam pomiędzy paniami emerytkami, widać bardzo dobrze się znającymi. Rozmowa tychże od jakiegoś banalnego tematu przeszła na temat chorej koleżanki.
Było wzdychanie i ochy oraz achy, jak to Halinkę zmogło od kwietnia. Jaka biedna, słaba i coraz gorzej się czuje. Odporność prawie zerowa. I tu, nie wiedzieć czemu moje towarzyszki podróży ściszyły znacząco głosy, jakby "biedna Halinka" siedziało obok, albo co najmniej mogła je usłyszeć. A Halinkę dzisiaj wypisano ze szpitala do domu, bo już nie ma możliwości leczenia.
O wielkiej zażyłości z Halinką świadczyły wszystkie szczegóły z życia Halinki i jej najbliższych, których wymieniać tu nie ma potrzeby
- Rozmawiałaś z nią Krysiu? - zapytała jedna z pań.
- Nie, nie dzwoniłam do niej, ani nie byłam u niej. No, co ja jej biduli mogę powiedzieć?
I zaraz też Krysia przerzuciła temat na całkiem bezpieczny tor, czyli na komentarz co do bogactwa inwestora budującego przeogromny kompleks hotelowy, mijany po drodze.

No, nie! -pomyślałam ze zdzwieniem. Za chwilę moje myśli przyoblekły się i w zgrozę. - Jak można nie wiedzieć, co powiedzieć chorej (prawdopodobnie umierającej) koleżance? Jak można nie umieć, jak można bać się przynieść komuś słowo? Jak można nie potrafić współodczuwać i jak można nie potrafić swoją obecnością zaświadczyć o prawdzie? O tej prawdzie, że jest się koleżanką. Obecną. Odważną. Oddaną. Silną i pokorną. 
Przecież w takiej sytuacji nie trzeba mówić nic. Wystarczy być i milczeć.


Kto zostawia drugiego człowieka z takim lękiem samego?

Czy ktoś nam dawał lekcje na trudne chwile w życiu? Czy znajdzie się gdzieś spisaną i powieloną regułkę, co powiedzieć temu, który chory, może umierający? Czy do okazania serca trzeba ukończyć jakie kursy? Czy do zwykłego świadectwa poprzez samą tylko obecność trzeba aż takiej odwagi? Odwagi, by nawet od rozmowy o tym nie uciec w błahe tematy?

"Strzeż mnie Boże od przyjaciół, bo z wrogami poradzę sobie sam."

wtorek, 2 sierpnia 2011

Pasywacja przyjaźni

Czy po wielu, wielu latach można liczyć na to, że starzy przyjaciele są jeszcze tymi samymi przyjaciółmi, co kiedyś?
Taki prawdziwy przyjaciel to "złota karta" wśród wszystkich znajomych. Należę do nielicznych szczęśliwców na tym świecie, otoczonych licznym gronem przyjaciół. Nie, żeby to było łatwe dostać taką "złotą kartę".
Czas płynie. I zostawia na nas i naszych przyjaciołach swoje piętno. Rzeźbi nas, jak rzeka swoje koryto. I tak, jak dawno już przepłynęły wody rzeki, nad którą rozpinaliśmy namioty, by pod ich zielonym brezentem pielęgnować naszą przyjaźń, tak rozpłynęły się w niektórych więzi, widać złym spoiwem scalone. Choć woda owej rzeki ślizga się po tych samych kamieniach, przesunęła nieco nurt. Nurt niektórych przyjaciół zapełnił się jakimiś nowymi, nieznanymi wodami.
Podobnie jak krzyża Virtuti Militari, tytułu przyjaciela nie nadaje się za nic.
Patyną czasu pokrywają się wspomnienia. Patyna zaś kończy pewien proces. Proces pasywacji.  
"O pasywacji jest mowa wtedy, gdy powłoka [ta] jest całkowicie odporna na dalsze reakcje z [tym] środowiskiem i jednocześnie na tyle szczelna, że stanowi barierę ochronną dla reszty substancji, którą otacza" (za Wikipedią).
No i chciałoby się wierzyć, że proces pasywacji przyjaźni uszczelni powierzchnię zbiorowego organizmu tak, by żadne przekłamanie nie przedarło się przez tę latami wytwarzaną barierę ochronną żywej substancji. Pod warunkiem, że ów organizm jest zdrowy.
Wszystkie rzeki świata wciąż płyną. Niektóre wysychają. Podobno coraz więcej rzek na świecie wysycha...
Rzeki wysychają, ponieważ deszcze nie padają. Deszcze zaś nie padają, bo człowiek źle gospodaruje -  wyniszczając środowisko. To w takim środowisku patyna zacznie osiadać na zwykłej rdzy. Ilu dziś dostaje krzyż Virtuti Militari?
Można odmówić komuś męstwa i cnoty?
Ano, historia najnowsza pokazuje, że można.
Na szczęście nielicznym. Którzy okazali się niegodni.

Rzeki czasami mają niszczycielskie działanie.
Pasywacja ma charakter niszczycielski.
By odznaczyć się męstwem w boju pewnie nieraz trzeba stanąć przed dylematem, czy zabić wroga.

Zniszczyć i zabić. Wszelkie słabości w sobie. Wymagać tego samego od przyjaciół.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Serek topiony z cytryną

Pogoda taka pod psem, że już nawet spotkanie z przyjaciółmi nie daje dzikiej radości, jak zawsze. Z powodu ustawicznego braku słońca tego lata można popaść w ciężką melancholię. Zawsze ta pensjonarska diagnoza lepiej brzmi od współczesnej depresji.

Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie?

N. wspominała, jak to kiedyś wybrała się na biwak z jednym serkiem topionym i cytryną. Przeżyła dwa dni. Oczywiście, że nie na swoim wikcie.
Dawno nie spotkaliśmy się w takim gronie. Albo może wcale?
Pomimo, że już kilka dni temu  specjalnie kupiłam kiełbasę na tego grilla u N., to zapomnieliśmy jej wziąć z lodówki.
Nie siedzimy już na ziemi podczas śpiewania. Siedzimy na krzesłach, fotelach, sofach i kanapach.
Stół ugina się od jadła.
K. dwukrotnie na przestrzeni kilku miesięcy namówił mnie do zrobienia z nim rzeczy wbrew sobie. Dziś piłam z nim miód. W listopadzie publicznie robiłam z K. inną rzecz wbrew sobie.
Zapomnieliśmy słów piosenek Bułata Okudżawy.
K. znów mówił, że ma wielki problem. Tylko po co? Przecież wszyscy wiedzą o żylakach powrózków:)
D. powiedział, że nie będzie śpiewał, bo ma żałobę. Uknuliśmy spisek. Poległ na "Hiszpańskich dziewczynach". Żałoba na dobre skończyła się na "Czerwony, jak cegła."
U. zaraz potem chciała, by Mistrzu J. zaśpiewał PO CICHU "Rzekę".
K. opowiadał kawał o nocujących w hotelu facetach z wadą zgryzu, chcących zgasić świeczkę.
N. dziś okrutnie kłamała. Zdarza jej się to za każdym razem, ale dzisiaj kłamała naprawdę.
K. robił nam test na słuch. Wszyscy wypadliśmy kiepsko. Postanowiliśmy zawęzić łączące nas więzy z Przemkiem J. znanym i uznanym otolaryngologiem, wywodzącym się ze środowiska bliźniaczego "CISOWCOM".
Pomimo naszego dojrzałego wieku wciąż jest przy nas sporo naszych dzieci.
A. pytała, czy zrobiłam wiśniówkę w tym roku. Odpowiedziałam kategorycznie, że po każdej zrobionej wiśniówce rodzi nam się wnuczę. Na razie dość wnucząt.
M. wciąż czerwieni się, gdy świntuszymy. Ileż można naświntuszyć w obecności dzieci? M. i tak się czerwieni.
U. musiała tłumaczyć swojemu młodszemu dziecku, o czym mówimy.
My zaś z upodobaniem mówiliśmy "dzień dobry" po holendersku. To było to nasze świntuszenie.
Z jakiegoś względu Mistrzu J. był łaskawy; powiedział mi bym śpiewała. Zaś U. uplasowała mnie przed sobą w możliwościach wokalnych.
D., po kilkuletniej praktyce przy lek. okuliście uspokoiła wszystkich, że mamy wręcz obowiązek nie widzieć tak zwanej bliży.
Opowiedziałam wszystkim o dzieciach P.S.
Pierwszy raz to nie M. nawoływał do odwrotu. Choć z wielkim zaangażowaniem śpiewał "Jest już za późno."

Co by zaś było, gdyby nie to spotkanie???
Melancholia, ciężka melancholia.