Sama napiszę donos. Dla tych, co śledzą i kontrolują czy aby zasadnie wydano decyzję państwowego organu.
Donoszę, że moje dziecko (to nic, że pełnoletnie, ale uczy się, jest na naszym utrzymaniu) w pierwszej części dnia prócz zawrotów głowy i różnych nieprzyjemnych objawów tachykardii ortostatycznej miało przykry epizod braku czucia od pasa w dół. Trwał kilka minut. Paraliż dotknął również ośrodka emocji i psychiki osiemnastolatki. Ten drugi paraliż był spowodowany śmiertelnym strachem.
Potem moje dziecko miało pierwszą z lekcji w ramach indywidualnego nauczania przyznanego takim staraniem wszystkich sił, z takim pójściem na rękę. No i w trakcie nauczania moje dziecko miało kroplówkę. Wczoraj, gdy pielęgniarka wkłuwała wenflon pękło kilka żył, bo żyły u chorego na zespół Ehlersa-Danlosa są kruche. U mojego dziecka dodatkowo niezwykle cienkie i zapadnięte. Było sporo płaczu i strachu, pertraktowania, że nie chce, że się boi, choć sama nie wie czego. Jak się ma POTS czy zespół omdleń wazo-wagalnych, to przerwanie krwiobiegu powoduje omdlenia. Nic dziwnego, że pojawia się niewytłumaczalny lęk.
No i wieczorem (wracamy do dzisiejszego dnia) znajomi (rówieśnicy) zaproponowali mojemu dziecku wyjście z domu. A my, szaleni rodzice, nie bacząc na to, że tyle sił "poszło na rękę" nam i naszemu dziecku, by mogło mieć nauczanie w domu, pozwoliliśmy na wyjście ze znajomymi. I nasze dziecko zamiast tonąć w depresji spowodowanej chorobą, oddało się rozpuście godzinnego, albo i półtoragodzinnego pobytu poza domem. Z przyjaciółmi.
Mała uwaga. Nie donoszę uprzejmie.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
niedziela, 2 kwietnia 2017
Moja wnuczka ma autyzm
Więc nie jest to żadna tragedia. Autyzm to osobowość, charakter i koloryt człowieka. To niezwykle bogaty świat - dający poczucie bezpiecznego schronienia.
Urodziła się jako trzecie dziecko. Jej starsze rodzeństwo było starsze zaledwie. Pewnie dlatego mamusia tak bardzo cieszyła się, że dzidziuś jest spokojny, dużo śpi, prawie nie płacze i wystarczy mu tylko obecność reszty rodziny w tym samym pomieszczeniu, by nie marudzić. Kołysania w ramionach nie wymagała, zresztą położnicy i neonatolodzy powiedzieli mamusi, że ze względu na wywichnięty podczas porodu bark, lepiej jest nie brać za często maleństwa na ręce. No i mamusia pomyślała sobie zapewne, że najmniejszy Mały Człowiek nie nabrał nawyku bliskiego kontaktu i nawet pilnowała, by moje rzadkie i krótkie pobyty, nie zepsuły tego stanu rzeczy. Mówiłam: to nie jest normalne, że dziecko nie płacze, że nie chce na ręce, że to czy tamto... i z czasem nabrałam przekonania, że Mała Duża Dziewczynka izoluje mnie od swojej najmłodszej córeczki. Któraż to córka chce, by matka dawała jej rady albo też mówiła, że coś w jej nowym życiu jest nie tak? No, ja oczywiście nigdy nie znosiłam takich uwag od mojej Mamy. Nie dziwiło więc mnie, że z czasem, gdy H. na własnych nogach uczestniczyła już w życiu rodzinnym nie zachowywała się jak starsze rodzeństwo i gdyśmy przyjeżdżali nie wybiegała nam na spotkanie, nie rzucała się w nasze ramiona, nie tuliła... Brakuje nam więzi - myślałam - nie było szansy na ich stworzenie. Zresztą Maleńka Wnuczka była tak zaborcza, że absorbowała mój czas bez reszty, nie dzieląc się mną z młodszym rodzeństwem. Z czasem H. zaczęła nas zauważać. Podchodziła do mnie lub do Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem i uczyła się nas. Stała, patrząc nam w oczy, i nagle, ni z tego ni z owego, ugryzła nie na żarty lub uszczypnęła tak, że nie dało się powstrzymać grymasu bólu na twarzy i krzyku. A ona analizowała nasze reakcje.
Była już duża i wciąż nie mówiła. Gdy poszła do przedszkola, jej zachowanie stało się kompletnie niestabilne. Na szczęście miała mądrą nauczycielkę, która potrafiła się wsłuchać w nietypowe dziecko i jego potrzeby. Jednak nie odważyła się podjąć poważnej rozmowy z matką dziecka. Dopiero mój kilkudniowy pobyt pozwolił mi poczynić obserwacje, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Potrzebowałam jeszcze odwagi, by porozmawiać z Małą Dużą Córeczką. Bo to przecież nie było normalne, żeby trzylatek spędzał godziny układając maleńkie koraliki na formach z bolcami. H. miała ulubioną formę, układała koralik za koralikiem, jeśli coś jej nie pasowało przewracała formę do góry nogami, by nanizane koraliki spadły i układała od nowa. Gotowe układanki czasem dawała mamusi do zaprasowania, ale częściej przesypywała z powrotem do pudełka i znów układała od nowa. I znów, i znów, i znów.
H. rośnie. Uczęszcza do przedszkola terapeutycznego. Życie musi się toczyć według schematu albo planu. Bardzo długo nie mówiła wcale. Potem zaczęła mówić jakimś nieziemskim językiem, w którym wszystkie spółgłoski brzmiały jak nosowe "h" a samogłosek najczęściej nie było. - To dlatego, że jej imię zaczyna się na H. - zwykła żartować mamusia. W końcu doniosła: Wiesz, jakie H. poczyniła postępy, jak już wyraźnie mówi? - informowała. Niestety, to tylko ona, mamusia, przyzwyczaiła się i nauczyła rozróżniać niektóre zbitki literki hhhh od innych, zwłaszcza te sytuacyjne. Najlepszym sprawdzianem było, gdy H. opowiadała sen - ponieważ mamusia w nim nie uczestniczyła, nie mogła odróżnić jednych hhhh od drugich. Potem H. zaczęła już tylko na początku wyrazów umieszczać "h" i tak stałam się "hacią", a gdy nie rozumiałam jakiejś wypowiedzi H. zaczynała sylabizować lub literować wyraz, gestykulując przy tym maleńką rączką. A gdy i to nie dawało rezultatu, klepała się dłonią w głową wymownym gestem i wznosiła oczy ku niebu. No, weźże się postaraj i zrozum, co ona do ciebie mówi - mówiła Mała Duża Córeczka - los ją tak ciężko dotknął zsyłając babcię niemotę, która nie rozumie, co się do niej mówi.
Potem do akcji wkroczył "Tomatis" i język H. zaczął się rozwiązywać. Więc dzisiaj można znaleźć przynajmniej kawałek wspólnej płaszczyzny porozumienia się za pomocą ludzkiej mowy. Mamusia kiedyś usłyszała rzucone z wyrzutem, po jakimś ataku szału, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: - Bo musisz nauczyć się mojego języka, jak chcesz mnie rozumieć.
Wali prosto z mostu, co myśli. - Śmierdzisz, idź stąd, bo to jest mój autobus - powiedziała menelowi w komunikacji miejskiej, a gdy ten się nie ruszył, wpadła w szał. Dobrze, że było to w czasie, gdy mówiła nieziemskim językiem.
- Po co on tu znowu przyszedł? - zapytała już całkiem zrozumiale, gdy zobaczyła wracającego do sali księdza podczas nauk pierwszokomunijnych swojej siostry.
O innych z przedszkola terapeutycznego mówi, że mają kuku na muniu i pasjami nie znosi zachowań pewnego chłopca, który, gdy traci grunt pod nogami, piszczy w tonacji doprowadzającej ją do szału. Choć ten sam chłopiec nie znosi jej, H. gdy wrzeszczy i tak wspólnie się nakręcają, a przestrzeń pomiędzy nimi aż iskrzy - podobno.
Mówiła wiersze już wtedy, gdy miały brzmienie zaledwie "hehe hehe hehe hehe" i gdy przesłuchiwała nagranie w telefonie, z aprobatą kiwała głową i gdzieś, poza światem mi dostępnym, uśmiechała się i równocześnie mówiła "hehe hehe hehe hehe"...
W słoneczny dzień nawet po domu chodzi w okularach przeciwsłonecznych. W swoich obcisłych, ściśle wyselekcjonowanych ubraniach i w tych okularach wygląda jak największa na świecie ekscentryczka (jak Simona Kossak ze zdjęcia z okładki książki o niej), choć specjaliści mówią, że to zaburzenia sensoryczne. Te same zaburzenia powodują, że podczas mycia głowy, słyszy ją cała miejscowość. Kąpie się w lodowatej wodzie, a jesienny spacer po grząskim od wilgoci lesie był najgorszym doświadczeniem w jej życiu i już wtedy wyraźnie wyartykułowała, dzieląc zdanie mocno na wyrazy: - Nigdy - więcej - nie bierzcie - mnie - do lasu.
Kiedy poszła do przedszkola, jeszcze tego zwykłego, w jej życiu pojawił się Czesiek. Czesiek jest misiem, choć długo był Hesiem i hisiem. Może nawet do dzisiaj jest bardziej Hesiem niż Czesiem a tylko nam nie sprawia to już różnicy. Więc Czesiek się zjawił po to, by pokazać, że czegoś można się bać, że można krzyczeć, płakać, cieszyć się, a nawet wygrywać wyścigi ze starszym rodzeństwem, bo gdy już głowa H. zorientowała się, że krótsze i wolniejsze niż u starszego rodzeństwa nóżki nie mają szans w konkurencji, rzucała Cześka przed siebie i ten najpierwszy zdobywał metę.
Raz uczestniczyliśmy w podróży do przedszkola. Było to jeszcze w czasie, gdy wszyscy Mali Ludzie chodzili do wiejskiego przedszkola 1,5 km od domu. Było już prawie lato, tuż za ogrodzeniem zakwitły maki. Gdy H. wyszła za furtkę Czesiek poprosił, żeby zerwać jeden polny kwiatek dla niego, ale natychmiast go uczuliło i potem całą drogę kichał. Ale też i gadał. Wszelka Cześkowa artykulacja wydobywała się oczywiście z ust H., która nie dość, że sama mówiła wtedy w nieziemskim języku, to gdy mówiła za Cześka trochę starała się być brzuchomówcą i bardzo scieńczała głos. Więc Czesiek kichał przez całą drogę do przedszkola, ale nie pozwolił pozbyć się maku i H. szła trzymając Cześka w jednej ręce, mak w drugiej i nie było już więcej rąk do innych czynności, a przecież mamusia uparła się, żeby prowadzić ją za rączkę. Mniej więcej w połowie drogi do przedszkola w jednym z przydomowych ogródków stał sobie krasnal na trwaniku. Przy płocie wszyscy musieli się zatrzymać. Nie zwolnić, tylko zatrzymać. Najpierw z krasnalem witała się H. odprawiając cały rytuał, potem musieli się przywitać wszyscy pozostali, a na końcu Czesiek. Zanim można było iść dalej H. żegnała się z krasnalem, po niej musieli wszyscy, a na końcu Czesiek. I tak codziennie, a w zasadzie dwa razy każdego dnia.
Czesiek ma swoje łóżeczko w łóżku H. Czesiek czasem choruje, a jego choroby wcale nie są zbieżne z czasem chorób H. Kiedy więc H. musi iść do przedszkola, a Czesiek zostaje chory w łóżeczku w łóżku, mamusia jest proszona, by zaopiekowała się Hesiem, by poczytała mu książeczkę, dała lekarstwo, poprawiła kołderkę itd. Tzn. nie do końca itd., bo wszystko jest dokładnie wyliczone i wszystko musi się odbyć w określonej kolejności.
Nocą H. nawiedza wciąż ten sam potwór. H. krzyczy wtedy przez sen i nie zawsze sama jest w stanie przejść do łóżka rodziców. Chociaż zdarza się, że przyjdzie po cichu, bez płaczu i krzyku i pakując się do środeczka mówi tylko gwoli usprawiedliwienia: - Hotwór, hnów hen ham. I rozpycha się pomiędzy rodzicami, robiąc sobie miejsce.
Nie wiem, w którym miejscu jest granica świata H., ale trafiam tam bezbłędnie. Świat H. jest najcudowniejszym miejscem w całym kosmosie. Tam wszystko jest oczywiste i ma pierwotne znaczenie. Nie ma żadnego udawania, a tylko raz jest się hacią dziewczynki, zaś innym razem księżniczki. Czasem w tym świecie nie ma żadnego człowieka, a jedyne żywe istoty to koty. Jakżesz H. potrafi mruczeć! Najbardziej rasowy kot tak nie umie. Jest tam subtelność i wspomniana ekstrawagancja. Z powietrza zwisają hamaki i huśtawki jak liany z gałęzi drzew w buszu. Jest chichot i uwielbienie żartów. Z jednej strony przestrzeń jest miękka jak kocie futro, a z drugiej ma formę kleistego gluta. W powietrzu mienią się różnokolorowe szkiełka, przez które prześwituje światło nawet w ciemności. Rzeka zamknięta w gumowym tunelu przetacza w swym nurcie bańkę powietrza i wystarczy przechylić się raz w jedną, raz w drugą stronę, by wprawić ją w ruch. Zaś istota sprawy zawarta w metalowej kuleczce toczy się rynną leniwego czasu. I wszystko jest nazwane we właściwy sposób i osadzone w odpowiednim miejscu.
A kiedy muszę wrócić, strasznie mi jest trudno w świecie, w którym mi przyszło żyć.
Urodziła się jako trzecie dziecko. Jej starsze rodzeństwo było starsze zaledwie. Pewnie dlatego mamusia tak bardzo cieszyła się, że dzidziuś jest spokojny, dużo śpi, prawie nie płacze i wystarczy mu tylko obecność reszty rodziny w tym samym pomieszczeniu, by nie marudzić. Kołysania w ramionach nie wymagała, zresztą położnicy i neonatolodzy powiedzieli mamusi, że ze względu na wywichnięty podczas porodu bark, lepiej jest nie brać za często maleństwa na ręce. No i mamusia pomyślała sobie zapewne, że najmniejszy Mały Człowiek nie nabrał nawyku bliskiego kontaktu i nawet pilnowała, by moje rzadkie i krótkie pobyty, nie zepsuły tego stanu rzeczy. Mówiłam: to nie jest normalne, że dziecko nie płacze, że nie chce na ręce, że to czy tamto... i z czasem nabrałam przekonania, że Mała Duża Dziewczynka izoluje mnie od swojej najmłodszej córeczki. Któraż to córka chce, by matka dawała jej rady albo też mówiła, że coś w jej nowym życiu jest nie tak? No, ja oczywiście nigdy nie znosiłam takich uwag od mojej Mamy. Nie dziwiło więc mnie, że z czasem, gdy H. na własnych nogach uczestniczyła już w życiu rodzinnym nie zachowywała się jak starsze rodzeństwo i gdyśmy przyjeżdżali nie wybiegała nam na spotkanie, nie rzucała się w nasze ramiona, nie tuliła... Brakuje nam więzi - myślałam - nie było szansy na ich stworzenie. Zresztą Maleńka Wnuczka była tak zaborcza, że absorbowała mój czas bez reszty, nie dzieląc się mną z młodszym rodzeństwem. Z czasem H. zaczęła nas zauważać. Podchodziła do mnie lub do Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem i uczyła się nas. Stała, patrząc nam w oczy, i nagle, ni z tego ni z owego, ugryzła nie na żarty lub uszczypnęła tak, że nie dało się powstrzymać grymasu bólu na twarzy i krzyku. A ona analizowała nasze reakcje.
Była już duża i wciąż nie mówiła. Gdy poszła do przedszkola, jej zachowanie stało się kompletnie niestabilne. Na szczęście miała mądrą nauczycielkę, która potrafiła się wsłuchać w nietypowe dziecko i jego potrzeby. Jednak nie odważyła się podjąć poważnej rozmowy z matką dziecka. Dopiero mój kilkudniowy pobyt pozwolił mi poczynić obserwacje, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Potrzebowałam jeszcze odwagi, by porozmawiać z Małą Dużą Córeczką. Bo to przecież nie było normalne, żeby trzylatek spędzał godziny układając maleńkie koraliki na formach z bolcami. H. miała ulubioną formę, układała koralik za koralikiem, jeśli coś jej nie pasowało przewracała formę do góry nogami, by nanizane koraliki spadły i układała od nowa. Gotowe układanki czasem dawała mamusi do zaprasowania, ale częściej przesypywała z powrotem do pudełka i znów układała od nowa. I znów, i znów, i znów.
H. rośnie. Uczęszcza do przedszkola terapeutycznego. Życie musi się toczyć według schematu albo planu. Bardzo długo nie mówiła wcale. Potem zaczęła mówić jakimś nieziemskim językiem, w którym wszystkie spółgłoski brzmiały jak nosowe "h" a samogłosek najczęściej nie było. - To dlatego, że jej imię zaczyna się na H. - zwykła żartować mamusia. W końcu doniosła: Wiesz, jakie H. poczyniła postępy, jak już wyraźnie mówi? - informowała. Niestety, to tylko ona, mamusia, przyzwyczaiła się i nauczyła rozróżniać niektóre zbitki literki hhhh od innych, zwłaszcza te sytuacyjne. Najlepszym sprawdzianem było, gdy H. opowiadała sen - ponieważ mamusia w nim nie uczestniczyła, nie mogła odróżnić jednych hhhh od drugich. Potem H. zaczęła już tylko na początku wyrazów umieszczać "h" i tak stałam się "hacią", a gdy nie rozumiałam jakiejś wypowiedzi H. zaczynała sylabizować lub literować wyraz, gestykulując przy tym maleńką rączką. A gdy i to nie dawało rezultatu, klepała się dłonią w głową wymownym gestem i wznosiła oczy ku niebu. No, weźże się postaraj i zrozum, co ona do ciebie mówi - mówiła Mała Duża Córeczka - los ją tak ciężko dotknął zsyłając babcię niemotę, która nie rozumie, co się do niej mówi.
Potem do akcji wkroczył "Tomatis" i język H. zaczął się rozwiązywać. Więc dzisiaj można znaleźć przynajmniej kawałek wspólnej płaszczyzny porozumienia się za pomocą ludzkiej mowy. Mamusia kiedyś usłyszała rzucone z wyrzutem, po jakimś ataku szału, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: - Bo musisz nauczyć się mojego języka, jak chcesz mnie rozumieć.
Wali prosto z mostu, co myśli. - Śmierdzisz, idź stąd, bo to jest mój autobus - powiedziała menelowi w komunikacji miejskiej, a gdy ten się nie ruszył, wpadła w szał. Dobrze, że było to w czasie, gdy mówiła nieziemskim językiem.
- Po co on tu znowu przyszedł? - zapytała już całkiem zrozumiale, gdy zobaczyła wracającego do sali księdza podczas nauk pierwszokomunijnych swojej siostry.
O innych z przedszkola terapeutycznego mówi, że mają kuku na muniu i pasjami nie znosi zachowań pewnego chłopca, który, gdy traci grunt pod nogami, piszczy w tonacji doprowadzającej ją do szału. Choć ten sam chłopiec nie znosi jej, H. gdy wrzeszczy i tak wspólnie się nakręcają, a przestrzeń pomiędzy nimi aż iskrzy - podobno.
Mówiła wiersze już wtedy, gdy miały brzmienie zaledwie "hehe hehe hehe hehe" i gdy przesłuchiwała nagranie w telefonie, z aprobatą kiwała głową i gdzieś, poza światem mi dostępnym, uśmiechała się i równocześnie mówiła "hehe hehe hehe hehe"...
W słoneczny dzień nawet po domu chodzi w okularach przeciwsłonecznych. W swoich obcisłych, ściśle wyselekcjonowanych ubraniach i w tych okularach wygląda jak największa na świecie ekscentryczka (jak Simona Kossak ze zdjęcia z okładki książki o niej), choć specjaliści mówią, że to zaburzenia sensoryczne. Te same zaburzenia powodują, że podczas mycia głowy, słyszy ją cała miejscowość. Kąpie się w lodowatej wodzie, a jesienny spacer po grząskim od wilgoci lesie był najgorszym doświadczeniem w jej życiu i już wtedy wyraźnie wyartykułowała, dzieląc zdanie mocno na wyrazy: - Nigdy - więcej - nie bierzcie - mnie - do lasu.
Kiedy poszła do przedszkola, jeszcze tego zwykłego, w jej życiu pojawił się Czesiek. Czesiek jest misiem, choć długo był Hesiem i hisiem. Może nawet do dzisiaj jest bardziej Hesiem niż Czesiem a tylko nam nie sprawia to już różnicy. Więc Czesiek się zjawił po to, by pokazać, że czegoś można się bać, że można krzyczeć, płakać, cieszyć się, a nawet wygrywać wyścigi ze starszym rodzeństwem, bo gdy już głowa H. zorientowała się, że krótsze i wolniejsze niż u starszego rodzeństwa nóżki nie mają szans w konkurencji, rzucała Cześka przed siebie i ten najpierwszy zdobywał metę.
Raz uczestniczyliśmy w podróży do przedszkola. Było to jeszcze w czasie, gdy wszyscy Mali Ludzie chodzili do wiejskiego przedszkola 1,5 km od domu. Było już prawie lato, tuż za ogrodzeniem zakwitły maki. Gdy H. wyszła za furtkę Czesiek poprosił, żeby zerwać jeden polny kwiatek dla niego, ale natychmiast go uczuliło i potem całą drogę kichał. Ale też i gadał. Wszelka Cześkowa artykulacja wydobywała się oczywiście z ust H., która nie dość, że sama mówiła wtedy w nieziemskim języku, to gdy mówiła za Cześka trochę starała się być brzuchomówcą i bardzo scieńczała głos. Więc Czesiek kichał przez całą drogę do przedszkola, ale nie pozwolił pozbyć się maku i H. szła trzymając Cześka w jednej ręce, mak w drugiej i nie było już więcej rąk do innych czynności, a przecież mamusia uparła się, żeby prowadzić ją za rączkę. Mniej więcej w połowie drogi do przedszkola w jednym z przydomowych ogródków stał sobie krasnal na trwaniku. Przy płocie wszyscy musieli się zatrzymać. Nie zwolnić, tylko zatrzymać. Najpierw z krasnalem witała się H. odprawiając cały rytuał, potem musieli się przywitać wszyscy pozostali, a na końcu Czesiek. Zanim można było iść dalej H. żegnała się z krasnalem, po niej musieli wszyscy, a na końcu Czesiek. I tak codziennie, a w zasadzie dwa razy każdego dnia.
Czesiek ma swoje łóżeczko w łóżku H. Czesiek czasem choruje, a jego choroby wcale nie są zbieżne z czasem chorób H. Kiedy więc H. musi iść do przedszkola, a Czesiek zostaje chory w łóżeczku w łóżku, mamusia jest proszona, by zaopiekowała się Hesiem, by poczytała mu książeczkę, dała lekarstwo, poprawiła kołderkę itd. Tzn. nie do końca itd., bo wszystko jest dokładnie wyliczone i wszystko musi się odbyć w określonej kolejności.
Nocą H. nawiedza wciąż ten sam potwór. H. krzyczy wtedy przez sen i nie zawsze sama jest w stanie przejść do łóżka rodziców. Chociaż zdarza się, że przyjdzie po cichu, bez płaczu i krzyku i pakując się do środeczka mówi tylko gwoli usprawiedliwienia: - Hotwór, hnów hen ham. I rozpycha się pomiędzy rodzicami, robiąc sobie miejsce.
Nie wiem, w którym miejscu jest granica świata H., ale trafiam tam bezbłędnie. Świat H. jest najcudowniejszym miejscem w całym kosmosie. Tam wszystko jest oczywiste i ma pierwotne znaczenie. Nie ma żadnego udawania, a tylko raz jest się hacią dziewczynki, zaś innym razem księżniczki. Czasem w tym świecie nie ma żadnego człowieka, a jedyne żywe istoty to koty. Jakżesz H. potrafi mruczeć! Najbardziej rasowy kot tak nie umie. Jest tam subtelność i wspomniana ekstrawagancja. Z powietrza zwisają hamaki i huśtawki jak liany z gałęzi drzew w buszu. Jest chichot i uwielbienie żartów. Z jednej strony przestrzeń jest miękka jak kocie futro, a z drugiej ma formę kleistego gluta. W powietrzu mienią się różnokolorowe szkiełka, przez które prześwituje światło nawet w ciemności. Rzeka zamknięta w gumowym tunelu przetacza w swym nurcie bańkę powietrza i wystarczy przechylić się raz w jedną, raz w drugą stronę, by wprawić ją w ruch. Zaś istota sprawy zawarta w metalowej kuleczce toczy się rynną leniwego czasu. I wszystko jest nazwane we właściwy sposób i osadzone w odpowiednim miejscu.
A kiedy muszę wrócić, strasznie mi jest trudno w świecie, w którym mi przyszło żyć.
czwartek, 9 marca 2017
Najlepiej się milczy
Mierzi mnie strasznie, gdy niektórzy rozmawiając ze mną, mówią o rzeczach nieistotnych, zmuszając mnie tym samym do wysiłku słuchania tych banałów, nierzadko głupot, i rozumienia tego zalewu niepotrzebnych informacji. Coraz więcej jest momentów w ciągu dnia, że nie mam siły słuchać ze zrozumieniem. Bo, żeby wysłuchać ze zrozumieniem, trzeba uruchomić emocje, a uruchomienie ich kosztuje dużo wysiłku. Serce zaczyna bić pod obojczykiem albo w gardle, coś tam się zaciska, głos ginie pod ciężarem nacisku, w głowie zaczyna szumieć, a jak już raz zaszumi, to zaraz wirują i huczą tępe mroczki, a ich obecność nie wróży dobrze dla mojej świadomości...
Zawsze najbardziej ceniłam sobie tych przyjaciół, w towarzystwie których najlepiej się milczy. Może to były ćwiczenia przed czekającą mnie przyszłością, która weszła właśnie w teraźniejszość. Najlepiej tę próbę przeszedł Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, więc może jego milczące trwanie będzie mi towarzyszyć do końca mojego milczenia. Zresztą taka była umowa, że on i wszyscy przyjaciele będą milczeć dłużej.
Żyjemy w świecie, który gotuje się we wrzącej lawie informacji. Nawet jeśli wyłączymy radio i telewizor, litery ułożone w słowa wskoczą nam ze szpalty gazety czy ekranu smartfona wprost do miejsca, w którym powstają emocje odpowiedzialne za przyjęcie tych informacji. A serce nie powinno nabierać większego przyśpieszenia.
Tymczasem wszystko jest niczym, gdy zderzy się z brakiem tchu.
Zawsze najbardziej ceniłam sobie tych przyjaciół, w towarzystwie których najlepiej się milczy. Może to były ćwiczenia przed czekającą mnie przyszłością, która weszła właśnie w teraźniejszość. Najlepiej tę próbę przeszedł Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, więc może jego milczące trwanie będzie mi towarzyszyć do końca mojego milczenia. Zresztą taka była umowa, że on i wszyscy przyjaciele będą milczeć dłużej.
Żyjemy w świecie, który gotuje się we wrzącej lawie informacji. Nawet jeśli wyłączymy radio i telewizor, litery ułożone w słowa wskoczą nam ze szpalty gazety czy ekranu smartfona wprost do miejsca, w którym powstają emocje odpowiedzialne za przyjęcie tych informacji. A serce nie powinno nabierać większego przyśpieszenia.
Tymczasem wszystko jest niczym, gdy zderzy się z brakiem tchu.
wtorek, 7 marca 2017
Wiktoria, Kamil i Patryk Wielądek nieustannie potrzebują pomocy
Apel o
pomoc
Wiktoria oraz jej starsi bracia bliźniacy chorują na
mukowiscydozę – genetyczną, nieuleczalną chorobę niszczącą przede wszystkim płuca
i układ pokarmowy. Choć w Europie i
innych bogatych krajach świata chorzy na mukowiscydozę z powodzeniem dożywają 40
– 50 lat, to naszym kraju niewiele jest osób dorosłych z tą chorobą, ponieważ wciąż
brak kompleksowej opieki i wspomagania chorych, którzy z trudem dożywają
wczesnej młodości. Koszty zakupu leków wspomagających, drogiej
antybiotykoterapii a przede wszystkim rehabilitacji oddechowej spadają na
rodzinę. Niestety opieka nad chorym dzieckiem zmusza przynajmniej jednego z
rodziców – najczęściej matkę – do rezygnacji z pracy, co ma wpływ na kondycję
finansową rodziny. W rodzinie Wiktorii jest troje dzieci – wszystkie chore.
Nietrudno wyobrazić sobie ogrom nieszczęścia rodziców, którzy nękani tak wielką
tragedią, zmuszeni są do heroicznych decyzji, któremu dziecku zapewnić większe
wsparcie medyczne w danym miesiącu.
Po ostatniej kontroli lekarskiej w Instytucie Gruźlicy i
Chorób Płuc w Rabce okazało się, że Wiktoria, która za dwa miesiące ma
przystąpić do I Komunii św. jest bardzo niedożywiona, w wieku 7 lat waży
zaledwie 17 kg, lekarz prowadzący powiedział rodzicom, że jeżeli nie zdecydują
się na natychmiastowe operacyjne założenie PEGa do żywienia jelitowego,
najmniejsza infekcja może Wiktorię zabić, ponieważ organizm nie będzie miał
siły poradzić sobie z wirusowym czy bakteryjnym zakażeniem, które dla zdrowego
dziecka jest zaledwie krótką niedyspozycją z większą czy mniejszą gorączką,
katarem i kaszlem.
– Boże, a gdyby coś poszło nie tak i Wikusia musiałaby
zostać w szpitalu i nie mogła iść do Komunii – westchnęła mama. – A zresztą,
jak ona pójdzie z tymi wszystkimi rurkami pod sukienką?
– To w takim razie potrzebne są dziecku specjalne odżywki.
No tak, odżywki, które kosztują
majątek, na który rodziny nie stać…
Można
wspomóc rodzinę finansowo.
·
Wpłaty prosimy kierować na konto:
Polskie Towarzystwo Walki z Mukowiscydozą
49 1020 3466 0000 9302 0002 3473
Tytułem: Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek
49 1020 3466 0000 9302 0002 3473
Tytułem: Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek
·
I przez przekazanie 1% podatku:
W formularzu PIT wpisz numer: KRS 0000064892
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj: 400/122/10 Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek
W zeznaniu podatkowym proszę zaznaczyć pole „Wyrażam zgodę”.
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj: 400/122/10 Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek
W zeznaniu podatkowym proszę zaznaczyć pole „Wyrażam zgodę”.
·
poniedziałek, 6 lutego 2017
Lustracja w krzywym zwierciadle w kraju Nalejzupy
W królestwie Nalejzupy, które nie było wyspą, ludzie żyli według dekretów i zasad. Najważniejszym dekretem był dekret o nieskazitelnej porcelanie. Dopóki królestwem rządził król z dynastii Porcelitów dekrety i zasady były niezmienne. Ale czasy się zmieniały, lud burzył się z różnych powodów, a najbardziej z powodu tego, że tylko członkowie rodziny królewskiej i inni wysoko urodzeni oraz wysoko postawieni urzędnicy królewscy mogli posiadać i używać porcelanowe zastawy, które w dodatku przechowywano w pięknie rzeźbionych i inkrustowanych kredensach wykonanych z najdroższego drewna sprowadzanego z najodleglejszych zakątków świata, by potem zastawiać nimi bogate stoły. Wzburzenie ludu wzięło się stąd właśnie, że królestwo Nalejzupy nie było wyspą, wieści z ościennych krain przenikały granice wraz z wiatrami historii. Podczas jednej z zamieci lud królestwa Nalejzupy dowiedział się, że jest uciskany, a ucisk zostanie zniesiony tylko wtedy jeśli i on - lud, będzie mógł używać porcelanowej zastawy. Wraz z uciskiem zniesiono króla Porcelita XVII, władzę przejęła Rada Zastawna, która znosząc dekret o nieskazitelnej porcelanie, wydała nowe dekrety i zasady, ale i tymi lud zmierził się niebawem, zwłaszcza gdy okazało się, że porcelanowa zastawa jest krucha i delikatna i najnormalniej w świecie pęka w dłoni, którą pokrywa poorana bruzdami ciężkiej pracy skóra. Wiatry historii wiały, lud zmieniał i udoskonalał ustrój swojej krainy poprzez wybieranie wciąż nowych Rad, te zaś wydawały wciąż nowe dekrety i zasady, które z wierzchu stwarzały pozory, że porcelana jest wciąż porcelaną a lud może ją posiadać i używać jej. Aż przyszedł czas, w którym zniknęły ponoć wszystkie: stare i nowe zastawy porcelanowe tak jak niegdyś zniknął dekret o nieskazitelnej porcelanie.
Wtedy w kraju zapanowała Rada Szarych Ludzi i usiłowała wmówić całemu ludowi, że ceniona i rozsławiona przez dynastię Porcelitów porcelana tak naprawdę jest jakąś mrzonką, cieniem, niepotrzebnym zbytkiem, mitem wreszcie, który stworzono po to, by mydlić oczy, okłamywać, stwarzać iluzję i mamić biedny, spracowany lud. Rada Szarych Ludzi ogłosiła w swym dekrecie, że najlepsza dla ludu z kraju Nalejzupy jest zwykła ceramika z gliny, fajansu, w ostateczności z porcelitu. Dekretem zakazano produkcji, sprzedaży i posiadania porcelanowej zastawy jako tej, przy której rodzi się kaprys, zbytek, bunt. Ale, że kraj Nalejzupy nie był wyspą i wiatry historii przenikały przez granicę niosąc ze sobą wieści wte i we wte, dekret dopuszczał produkowanie porcelanowych zastaw, które można było nabyć w komplecie lub też dowolnie zestawiać, w zależności od potrzeb ale tylko za okazaniem specjalnego talonu. Wraz z produkcją szerzono jednak wieść, że każdy komplet i każdy cykl produkcyjny zawiera niewidzialną skazę, której obecność dyskredytuje porcelanę z należnego jej miejsca, które w micie stworzył lud jeszcze za czasów dynastii Porcelitów. Rada Szarych Ludzi chciała bowiem zachować pozory wśród rządzących i ludności krain ościennych, że niby zakazu nie ma, że nie odcina się od starych wartości, tradycji i obrzędów. Bo jeden z historycznych obrzędów polegał na tym, że przy porcelanowej zastawie zbierali się ludzie, którzy poprzez wspólny posiłek, rozmowę, uczestnictwo w uczcie z muzyką poważną, sztuką wysokich lotów, pieśnią, księgą i morałem wykuwali swój los. Co prawda Rada Szarych Ludzi zadekretowała, że gruby i siermiężny fajans jest odpowiedniejszy do wykuwania przyszłych postaw, kształtowania charakteru Szarego Człowieka, który to człowiek ma być człowiekiem nowych czasów, kto wie czy bardziej, czy mniej szarych, które miały nadejść w przyszłości i każdy, kto nabył porcelanową zastawę poddawany był kontroli i nadzorowi. Zakup porcelanowej zastawy za okazaniem talonu finalizowany był własnoręcznym podpisem nabywcy. Nie do końca znany był sposób przyznawania talonów, bo jednym razem było to związane z awansem zaś innym z degradacją. I choć nie każdy zakup się z tym wiązał, nabywca porcelany w chwili zakupu zobowiązywał się również do wypełniania okresowo ankiet, które miały służyć ponoć badaniu trwałości porcelanowych wyrobów. Czasem konfiskowano zastawę a wszyscy biesiadnicy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach lub też Rada Szarych Ludzi dopuszczała się rzeczy, o których tylko szeptano pokątnie, nigdy zaś głośno, bo były tak okrutne, że trudne do uwierzenia.
Właśnie za czasów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy zaczyna się nasza historia, historia Wybrańców, którzy spotykali się przy cudem zdobytej, z pietyzmem pielęgnowanej porcelanowej zastawie. Spotkania w Kręgu Porcelanowej Zastawy mogły mieć i miały różne formy. Każde spotkanie cechował odmienny charakter i tylko dlatego, że opowiadam bajkę a nie historię z prawdziwego życia, raz za razem Wybrańcy z Kręgu Porcelanowej Zastawy przeżywali inne przygody, realizując zadania, które były tak nierealne, że już tylko z tego powodu musiały być bajką. Bajka wnet przemieniła się w baśń, a czas ustanowił z niej legendę. Żaden z Wybrańców nie dopuszczał do siebie niecnie rozsiewanych pogłosek o rzekomych skazach na produkowanych w kraju Nalejzupy za czasów Rady Szarych Ludzi porcelanowych zastawach. By okazać lekceważenie dla tych pogłosek, choć każdy z Kręgu Porcelanowej Zastawy miał ulubiony kształt, kolor i wzór, wymieniali się czasem Wybrańcy talerzem, filiżanką, kubkiem, by wszyscy mogli spróbował smaku z każdego naczynia.
Mijały lata. Wybrańcy byli tymi, którzy zmieniali świat. Zmieniali dlatego, bo nigdy nie uwierzyli, że herbata pita z grubego glinianego kubka tak samo smakuje jak ta kosztowana małymi łyczkami z porcelanowej filiżanki, a biesiada urządzona przy fajansowym nakryciu nie różni się od uczty z porcelanową zastawą. Wybrańcy w tym nowym zmienionym świecie godnie nieśli przesłanie, z którym weszli kiedyś w życie. Lata tak szybko przemijały, wraz nimi tworzyły się nowe legendy ale też i fałszywe mity na temat porcelanowych zastaw używanych w czasie, gdy rządy sprawowała Rada Szarych Ludzi. Stworzyła się Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika, która twierdziła z całą stanowczością, że wszystkie porcelanowe zastawy, które puszczano w obieg w czasie rządów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy miały skazę, ta zaś dyskwalifikuje każdą wyrosłą podczas przyjęć w Kręgach Porcelanowych Zastaw legendę i jedyną zastawę bez skazy posiada ona - Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika. Zaczął się czas terroru. W niepotrzebnych szafach członków Rady Szarych Ludzi obok trupów leżały spreparowane podczas zakupu dokumenty. Rada Szarych Ludzi dokładnie zabezpieczyła się na ewentualność utraty władzy. Posiadacz porcelanowej zastawy finalizując zakup własnoręcznym podpisem tak naprawdę zmuszony był do sporządzenia deklaracji, na podstawie której stwierdzał, że jest posiadaczem porcelanowej zastawy i będzie organizował przy niej przyjęcia i uczty dla znajomych i przyjaciół. Najgorsze było to, że posiadacz musiał oświadczyć, że jest świadomy, że w jego zastawie znajduje się egzemplarz z niewidoczną skazą fabryczną, co jak wiadomo dyskwalifikowało na zawsze prawdziwość powstającej legendy całego Kręgu Porcelanowej Zastawy, jak i poszczególnych Wybrańców. I jeszcze te okresowe ankiety rzekomo na temat cech porcelany, wytrzymałości, długości i jakości użytkowania.
Co rusz zdarza się, że Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika wyciąga z niepotrzebnych szaf Rady Szarych Ludzi takie zadeklarowane na siebie wyroki, choć tak naprawdę powinna wyciągnąć trupy a szafy dawno spalić. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w niektórych Wybrańcach z Kręgów Porcelanowych Zastaw zrodziło się zwątpienie: To co? To wszystko kim i czym teraz jestem ma taką skazę jaką miała ta porcelana, przy której zasiadaliśmy i karmiliśmy się ideałami? Może to przede mną najczęściej stało naczynie ze skazą? Czy moja wartość jest warta mnie, a ja przyzwoitości i czasów, w których żyję? Czy posiadacz porcelany, organizator naszych uczt, poczęstunków i spotkań, naszego życia miał prawo być ich organizatorem skoro wiedział, że porcelana ma skazę? Wypełniał ankiety... I kiedy? Zaraz po naszych spotkaniach czy może w trakcie, kiedy my zasłuchani, zapatrzeni, zachłyśnięci ideałami wierzyliśmy mu i ufaliśmy, projektowaliśmy świat z legend o zastawach z nieskazitelnej porcelany... Z takimi dylematami przyszło zmierzyć się niejednemu z Wybrańców zasiadających w Kręgu Porcelanowej Zastawy. Dlatego któryś z nich udał się do Gładkomówiącej Zwykłej Jędzy i zapytał:
- Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, powiedz, bo przecież tkwi w tobie mądrość wielu pokoleń Gładkomówiących Zwykłych Jędz i Czarownic, jak mam to sobie wszystko poukładać? Czy moje życie przejęło skażenie porcelany ze skazą i co myśleć o posiadaczu porcelanowej zastawy? Czy prawdziwe są wszystkie ideały, na których wzrósł mój charakter skoro uczty nie były organizowane przy nieskazitelnej porcelanie? Czy ja jestem prawdziwym Wybrańcem i czy wtedy też byłem prawdziwie powołany do zasiadania w Kręgu Porcelanowej Zastawy? Gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie te przyjęcia? Czy byłbym dalej, czy bliżej, czy może w tym samym miejscu? Czy kłamstwem jest teraźniejszość w takiej samej mierze jakim kłamstwem była przeszłość? Co jest prawdziwe i co jest prawdą? Powiedz, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, czy omamił mnie ułudą przy porcelanie ze skazą zakupioną za okazaniem specjalnego talonu ze sfinalizowaniem zakupu własnoręcznym podpisem i zobowiązaniem wysyłania ankiet na temat użytkowania i dał mi przez to możliwość wzrostu do... do czego? Czy lepiej byłoby, gdybym nigdy nie przyłożył do ust cienkiej ceramiki a tylko pił z siermiężnego garnuszka z wyszczerbionym rantem. Zakpił, czy zbudował? Miał prawo, czy nie miał? Jestem, czy mnie nie ma? Jakoś nie ma problemu pogodzić się z tym, że inny posiadacz nieskazitelnej porcelany, ten, który organizował przyjęcia przy wielkim stole dla całego ludu, dokonał zakupu na tych wszystkich warunkach, bo przecież to olbrzymi mit, wielka legenda, lodołamacz systemu Grupy Szarych Ludzi.
- Dlaczego?
- Bo... bo nie znam go osobiście, nie jest mi tak bliski, nie zawiódł, nie zdradził.
- Kiedy cię zawiódł Wybrańcu, twój posiadacz nieskazitelnej porcelany?
- Tak naprawdę?
- Tak. Tak naprawdę. Powiedz, kiedy cię zawiódł. Zdradził.
- Tak naprawdę to nigdy. Ani wtedy, gdy zapraszał nas na uczty w Kręgu Porcelanowej Zastawy, ani dziś.
- Dlaczego więc mówisz, że zawiódł i zdradził?
- Bo... bo przecież Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika... bo te dokumenty z szafy... bo... Gładkomówiąca Zwykła Jędzo! To nieprawda! To terror! To sianie zamętu i strachu! To burzenie autorytetów i w końcu to tryumf i zwycięstwo Rady Szarych Ludzi.
- Pomyśl, Wybrańcu, o tych wszystkich chwilach, które spędziłeś na przyjęciach i ucztach w Kręgu Porcelanowej Zastawy, pomyśl czym wypełniona była czara, którą zbliżałeś do ust. Czujesz aromat, smak, temperaturę spożywanych napojów i potraw? Zapomniałeś, prawda? Za to dokładnie poznałeś i pamiętasz smak przyjaźni i miłości i wciąż zaprawione jest nimi twoje życie. Poznałeś jak nikt inny zapach przygody, kolor ideałów, a gdy zamkniesz powieki, wciąż widzisz szczęśliwe twarze twoich przyjaciół, których skupiła przy stole uczta u posiadacza nieskazitelnej porcelany. Wiesz czym jest prawdziwa porcelana? To mit, legenda. To człowiek jest naczyniem, które można napełnić miłością albo nienawiścią, szczęściem albo nieszczęściem, bogactwem albo biedą duchową. To człowiek jest PORCELANĄ. Wybrańcu, zaczekaj, nie skończyłam, dokąd pędzisz?!
- Przepraszam, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, nie mogę wysłuchać cię do końca. Muszę czym prędzej udać się do posiadacza nieskazitelnej porcelany, muszę ochronić tę kruchą czarę, bo ktoś chce ją zniszczyć, unicestwić, odebrać honor, dobre imię, zaprzeczyć prawdziwości i jakości. A tylko ja, Wybraniec, mogę zatrzymać to całe zło i powiedzieć mu, że jestem kim jestem dzięki niemu. Dzięki tym ucztom przy stole zastawionym porcelaną ze skazą, nabytą na specjalny talon.
___________________________________________________________________________
Ale Gładkomówiąca Zwykła Jędza mówiła już tylko do siebie. Wiedziała dokąd Wybraniec poszedł. Może potrzebowała to wszystko powiedzieć. Na głos. Żeby i ona dobrze usłyszała.
Zainteresowany tematem czytelnik znajdzie tu tło opowieści.
Chciałabym jeszcze w Post Scriptum dodać, że posiadacz nieskazitelnej porcelany to jest wielki Ktoś. To Ktoś, komu w zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze zwykłą harcerką, nadałam do imienia przedrostek hen i używam go do dziś. Żadna lustracja, żaden wyrok poparty tonami dokumentów, które tworzyli urzędnicy aparatu kontroli i represji, by wykazać się osiągnięciami w pracy, nie zmienią mojego stanowiska i zdania na temat henCzłowieka. Bo dzięki niemu jestem dziś tym, kim jestem. Ja oraz wielu moich przyjaciół.
Wtedy w kraju zapanowała Rada Szarych Ludzi i usiłowała wmówić całemu ludowi, że ceniona i rozsławiona przez dynastię Porcelitów porcelana tak naprawdę jest jakąś mrzonką, cieniem, niepotrzebnym zbytkiem, mitem wreszcie, który stworzono po to, by mydlić oczy, okłamywać, stwarzać iluzję i mamić biedny, spracowany lud. Rada Szarych Ludzi ogłosiła w swym dekrecie, że najlepsza dla ludu z kraju Nalejzupy jest zwykła ceramika z gliny, fajansu, w ostateczności z porcelitu. Dekretem zakazano produkcji, sprzedaży i posiadania porcelanowej zastawy jako tej, przy której rodzi się kaprys, zbytek, bunt. Ale, że kraj Nalejzupy nie był wyspą i wiatry historii przenikały przez granicę niosąc ze sobą wieści wte i we wte, dekret dopuszczał produkowanie porcelanowych zastaw, które można było nabyć w komplecie lub też dowolnie zestawiać, w zależności od potrzeb ale tylko za okazaniem specjalnego talonu. Wraz z produkcją szerzono jednak wieść, że każdy komplet i każdy cykl produkcyjny zawiera niewidzialną skazę, której obecność dyskredytuje porcelanę z należnego jej miejsca, które w micie stworzył lud jeszcze za czasów dynastii Porcelitów. Rada Szarych Ludzi chciała bowiem zachować pozory wśród rządzących i ludności krain ościennych, że niby zakazu nie ma, że nie odcina się od starych wartości, tradycji i obrzędów. Bo jeden z historycznych obrzędów polegał na tym, że przy porcelanowej zastawie zbierali się ludzie, którzy poprzez wspólny posiłek, rozmowę, uczestnictwo w uczcie z muzyką poważną, sztuką wysokich lotów, pieśnią, księgą i morałem wykuwali swój los. Co prawda Rada Szarych Ludzi zadekretowała, że gruby i siermiężny fajans jest odpowiedniejszy do wykuwania przyszłych postaw, kształtowania charakteru Szarego Człowieka, który to człowiek ma być człowiekiem nowych czasów, kto wie czy bardziej, czy mniej szarych, które miały nadejść w przyszłości i każdy, kto nabył porcelanową zastawę poddawany był kontroli i nadzorowi. Zakup porcelanowej zastawy za okazaniem talonu finalizowany był własnoręcznym podpisem nabywcy. Nie do końca znany był sposób przyznawania talonów, bo jednym razem było to związane z awansem zaś innym z degradacją. I choć nie każdy zakup się z tym wiązał, nabywca porcelany w chwili zakupu zobowiązywał się również do wypełniania okresowo ankiet, które miały służyć ponoć badaniu trwałości porcelanowych wyrobów. Czasem konfiskowano zastawę a wszyscy biesiadnicy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach lub też Rada Szarych Ludzi dopuszczała się rzeczy, o których tylko szeptano pokątnie, nigdy zaś głośno, bo były tak okrutne, że trudne do uwierzenia.
Właśnie za czasów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy zaczyna się nasza historia, historia Wybrańców, którzy spotykali się przy cudem zdobytej, z pietyzmem pielęgnowanej porcelanowej zastawie. Spotkania w Kręgu Porcelanowej Zastawy mogły mieć i miały różne formy. Każde spotkanie cechował odmienny charakter i tylko dlatego, że opowiadam bajkę a nie historię z prawdziwego życia, raz za razem Wybrańcy z Kręgu Porcelanowej Zastawy przeżywali inne przygody, realizując zadania, które były tak nierealne, że już tylko z tego powodu musiały być bajką. Bajka wnet przemieniła się w baśń, a czas ustanowił z niej legendę. Żaden z Wybrańców nie dopuszczał do siebie niecnie rozsiewanych pogłosek o rzekomych skazach na produkowanych w kraju Nalejzupy za czasów Rady Szarych Ludzi porcelanowych zastawach. By okazać lekceważenie dla tych pogłosek, choć każdy z Kręgu Porcelanowej Zastawy miał ulubiony kształt, kolor i wzór, wymieniali się czasem Wybrańcy talerzem, filiżanką, kubkiem, by wszyscy mogli spróbował smaku z każdego naczynia.
Mijały lata. Wybrańcy byli tymi, którzy zmieniali świat. Zmieniali dlatego, bo nigdy nie uwierzyli, że herbata pita z grubego glinianego kubka tak samo smakuje jak ta kosztowana małymi łyczkami z porcelanowej filiżanki, a biesiada urządzona przy fajansowym nakryciu nie różni się od uczty z porcelanową zastawą. Wybrańcy w tym nowym zmienionym świecie godnie nieśli przesłanie, z którym weszli kiedyś w życie. Lata tak szybko przemijały, wraz nimi tworzyły się nowe legendy ale też i fałszywe mity na temat porcelanowych zastaw używanych w czasie, gdy rządy sprawowała Rada Szarych Ludzi. Stworzyła się Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika, która twierdziła z całą stanowczością, że wszystkie porcelanowe zastawy, które puszczano w obieg w czasie rządów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy miały skazę, ta zaś dyskwalifikuje każdą wyrosłą podczas przyjęć w Kręgach Porcelanowych Zastaw legendę i jedyną zastawę bez skazy posiada ona - Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika. Zaczął się czas terroru. W niepotrzebnych szafach członków Rady Szarych Ludzi obok trupów leżały spreparowane podczas zakupu dokumenty. Rada Szarych Ludzi dokładnie zabezpieczyła się na ewentualność utraty władzy. Posiadacz porcelanowej zastawy finalizując zakup własnoręcznym podpisem tak naprawdę zmuszony był do sporządzenia deklaracji, na podstawie której stwierdzał, że jest posiadaczem porcelanowej zastawy i będzie organizował przy niej przyjęcia i uczty dla znajomych i przyjaciół. Najgorsze było to, że posiadacz musiał oświadczyć, że jest świadomy, że w jego zastawie znajduje się egzemplarz z niewidoczną skazą fabryczną, co jak wiadomo dyskwalifikowało na zawsze prawdziwość powstającej legendy całego Kręgu Porcelanowej Zastawy, jak i poszczególnych Wybrańców. I jeszcze te okresowe ankiety rzekomo na temat cech porcelany, wytrzymałości, długości i jakości użytkowania.
Co rusz zdarza się, że Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika wyciąga z niepotrzebnych szaf Rady Szarych Ludzi takie zadeklarowane na siebie wyroki, choć tak naprawdę powinna wyciągnąć trupy a szafy dawno spalić. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w niektórych Wybrańcach z Kręgów Porcelanowych Zastaw zrodziło się zwątpienie: To co? To wszystko kim i czym teraz jestem ma taką skazę jaką miała ta porcelana, przy której zasiadaliśmy i karmiliśmy się ideałami? Może to przede mną najczęściej stało naczynie ze skazą? Czy moja wartość jest warta mnie, a ja przyzwoitości i czasów, w których żyję? Czy posiadacz porcelany, organizator naszych uczt, poczęstunków i spotkań, naszego życia miał prawo być ich organizatorem skoro wiedział, że porcelana ma skazę? Wypełniał ankiety... I kiedy? Zaraz po naszych spotkaniach czy może w trakcie, kiedy my zasłuchani, zapatrzeni, zachłyśnięci ideałami wierzyliśmy mu i ufaliśmy, projektowaliśmy świat z legend o zastawach z nieskazitelnej porcelany... Z takimi dylematami przyszło zmierzyć się niejednemu z Wybrańców zasiadających w Kręgu Porcelanowej Zastawy. Dlatego któryś z nich udał się do Gładkomówiącej Zwykłej Jędzy i zapytał:
- Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, powiedz, bo przecież tkwi w tobie mądrość wielu pokoleń Gładkomówiących Zwykłych Jędz i Czarownic, jak mam to sobie wszystko poukładać? Czy moje życie przejęło skażenie porcelany ze skazą i co myśleć o posiadaczu porcelanowej zastawy? Czy prawdziwe są wszystkie ideały, na których wzrósł mój charakter skoro uczty nie były organizowane przy nieskazitelnej porcelanie? Czy ja jestem prawdziwym Wybrańcem i czy wtedy też byłem prawdziwie powołany do zasiadania w Kręgu Porcelanowej Zastawy? Gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie te przyjęcia? Czy byłbym dalej, czy bliżej, czy może w tym samym miejscu? Czy kłamstwem jest teraźniejszość w takiej samej mierze jakim kłamstwem była przeszłość? Co jest prawdziwe i co jest prawdą? Powiedz, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, czy omamił mnie ułudą przy porcelanie ze skazą zakupioną za okazaniem specjalnego talonu ze sfinalizowaniem zakupu własnoręcznym podpisem i zobowiązaniem wysyłania ankiet na temat użytkowania i dał mi przez to możliwość wzrostu do... do czego? Czy lepiej byłoby, gdybym nigdy nie przyłożył do ust cienkiej ceramiki a tylko pił z siermiężnego garnuszka z wyszczerbionym rantem. Zakpił, czy zbudował? Miał prawo, czy nie miał? Jestem, czy mnie nie ma? Jakoś nie ma problemu pogodzić się z tym, że inny posiadacz nieskazitelnej porcelany, ten, który organizował przyjęcia przy wielkim stole dla całego ludu, dokonał zakupu na tych wszystkich warunkach, bo przecież to olbrzymi mit, wielka legenda, lodołamacz systemu Grupy Szarych Ludzi.
- Dlaczego?
- Bo... bo nie znam go osobiście, nie jest mi tak bliski, nie zawiódł, nie zdradził.
- Kiedy cię zawiódł Wybrańcu, twój posiadacz nieskazitelnej porcelany?
- Tak naprawdę?
- Tak. Tak naprawdę. Powiedz, kiedy cię zawiódł. Zdradził.
- Tak naprawdę to nigdy. Ani wtedy, gdy zapraszał nas na uczty w Kręgu Porcelanowej Zastawy, ani dziś.
- Dlaczego więc mówisz, że zawiódł i zdradził?
- Bo... bo przecież Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika... bo te dokumenty z szafy... bo... Gładkomówiąca Zwykła Jędzo! To nieprawda! To terror! To sianie zamętu i strachu! To burzenie autorytetów i w końcu to tryumf i zwycięstwo Rady Szarych Ludzi.
- Pomyśl, Wybrańcu, o tych wszystkich chwilach, które spędziłeś na przyjęciach i ucztach w Kręgu Porcelanowej Zastawy, pomyśl czym wypełniona była czara, którą zbliżałeś do ust. Czujesz aromat, smak, temperaturę spożywanych napojów i potraw? Zapomniałeś, prawda? Za to dokładnie poznałeś i pamiętasz smak przyjaźni i miłości i wciąż zaprawione jest nimi twoje życie. Poznałeś jak nikt inny zapach przygody, kolor ideałów, a gdy zamkniesz powieki, wciąż widzisz szczęśliwe twarze twoich przyjaciół, których skupiła przy stole uczta u posiadacza nieskazitelnej porcelany. Wiesz czym jest prawdziwa porcelana? To mit, legenda. To człowiek jest naczyniem, które można napełnić miłością albo nienawiścią, szczęściem albo nieszczęściem, bogactwem albo biedą duchową. To człowiek jest PORCELANĄ. Wybrańcu, zaczekaj, nie skończyłam, dokąd pędzisz?!
- Przepraszam, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, nie mogę wysłuchać cię do końca. Muszę czym prędzej udać się do posiadacza nieskazitelnej porcelany, muszę ochronić tę kruchą czarę, bo ktoś chce ją zniszczyć, unicestwić, odebrać honor, dobre imię, zaprzeczyć prawdziwości i jakości. A tylko ja, Wybraniec, mogę zatrzymać to całe zło i powiedzieć mu, że jestem kim jestem dzięki niemu. Dzięki tym ucztom przy stole zastawionym porcelaną ze skazą, nabytą na specjalny talon.
___________________________________________________________________________
Ale Gładkomówiąca Zwykła Jędza mówiła już tylko do siebie. Wiedziała dokąd Wybraniec poszedł. Może potrzebowała to wszystko powiedzieć. Na głos. Żeby i ona dobrze usłyszała.
Zainteresowany tematem czytelnik znajdzie tu tło opowieści.
Chciałabym jeszcze w Post Scriptum dodać, że posiadacz nieskazitelnej porcelany to jest wielki Ktoś. To Ktoś, komu w zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze zwykłą harcerką, nadałam do imienia przedrostek hen i używam go do dziś. Żadna lustracja, żaden wyrok poparty tonami dokumentów, które tworzyli urzędnicy aparatu kontroli i represji, by wykazać się osiągnięciami w pracy, nie zmienią mojego stanowiska i zdania na temat henCzłowieka. Bo dzięki niemu jestem dziś tym, kim jestem. Ja oraz wielu moich przyjaciół.
wtorek, 31 stycznia 2017
Homo homini
W jednej z sądeckich przychodni rehabilitacyjnych, do której obecnie uczęszczam na rehabilitację, znajduje się sala ćwiczeń, gdzie równocześnie - pod okiem i nadzorem rehabilitantki - ćwiczy wielu pacjentów. Co prawda rehabilitanci z innych przychodni, którzy mają szczęście pracować z każdym pacjentem oddzielnie, twierdzą, że nie wyobrażają sobie takiej specyfiki pracy, ale to całkiem inny temat.
Tam wchodzę na salę, siadam na jeden z rowerów i od tego zaczynają się moje zabiegi. Któregoś dnia, gdy weszłam, mój rower był zajęty przez całkiem nowego chłopca. W ogóle zaczął się nowy tydzień, więc sporo było nowych pacjentów. Chłopiec - na oko 10- 11-letni - powiedział mi grzecznie "dzień dobry", ja zapytałam dokąd jedzie, on odpowiedział, że bez celu i w tym momencie weszła wysoka kobieta, której chłopiec również się ukłonił.
Od razu można było rozpoznać, że dziecko jest z małej miejscowości, skoro kłania się wszystkim dorosłym. W obecnych czasach to naprawdę rzadkość. Jako, że "mój" rower był zajęty przez chłopca, a drugiego nie używam, usiadłam na innym przyrządzie do ćwiczeń, natomiast wolny rower zajęła wysoka kobieta siadając tym samym pomiędzy mną a chłopcem. Przedzielona poczułam się zwolniona z rozmowy, z czego skwapliwie skorzystałam, bo tak się jakoś podziało, że ostatnio nawet mówienie mnie męczy. Gwoli wyjaśnienia muszę się przyznać publicznie, że chodzę w związku z tym skwaszona i wykrzywiona, by nie tracić sił na zbytki takie jak rozpromieniona mina, uśmiech, entuzjazm itp. Za dużo wysiłku kosztuje mnie jakiekolwiek funkcjonowanie, by pozwolić sobie na funkcjonowanie radosne, a już tamtego dnia byłam w wyjątkowo podłej formie fizycznej, co siłą rzeczy przekłada się na formę psychiczną.
Następnego dnia spotkałam chłopca na korytarzu, właśnie skończył ćwiczenia i szedł do szatni, ale oczywiście zatrzymał się przy mnie, powiedział "dzień dobry", na pytanie dokąd dzisiaj jechał odpowiedział "dziś nie ćwiczyłem na rowerze" i dodał: pani przyjaciółka (znaczy wysoka kobieta) już na panią czeka, czym rozbawił mnie tak, że weszłam na salę chyba rozpromieniona, skoro zauważyła to pani rehabilitantka.
Mały chłopiec...
Ciekawam, w którym momencie swojego życia człowiek przeistacza się w wilka.
Tam wchodzę na salę, siadam na jeden z rowerów i od tego zaczynają się moje zabiegi. Któregoś dnia, gdy weszłam, mój rower był zajęty przez całkiem nowego chłopca. W ogóle zaczął się nowy tydzień, więc sporo było nowych pacjentów. Chłopiec - na oko 10- 11-letni - powiedział mi grzecznie "dzień dobry", ja zapytałam dokąd jedzie, on odpowiedział, że bez celu i w tym momencie weszła wysoka kobieta, której chłopiec również się ukłonił.
Od razu można było rozpoznać, że dziecko jest z małej miejscowości, skoro kłania się wszystkim dorosłym. W obecnych czasach to naprawdę rzadkość. Jako, że "mój" rower był zajęty przez chłopca, a drugiego nie używam, usiadłam na innym przyrządzie do ćwiczeń, natomiast wolny rower zajęła wysoka kobieta siadając tym samym pomiędzy mną a chłopcem. Przedzielona poczułam się zwolniona z rozmowy, z czego skwapliwie skorzystałam, bo tak się jakoś podziało, że ostatnio nawet mówienie mnie męczy. Gwoli wyjaśnienia muszę się przyznać publicznie, że chodzę w związku z tym skwaszona i wykrzywiona, by nie tracić sił na zbytki takie jak rozpromieniona mina, uśmiech, entuzjazm itp. Za dużo wysiłku kosztuje mnie jakiekolwiek funkcjonowanie, by pozwolić sobie na funkcjonowanie radosne, a już tamtego dnia byłam w wyjątkowo podłej formie fizycznej, co siłą rzeczy przekłada się na formę psychiczną.
Następnego dnia spotkałam chłopca na korytarzu, właśnie skończył ćwiczenia i szedł do szatni, ale oczywiście zatrzymał się przy mnie, powiedział "dzień dobry", na pytanie dokąd dzisiaj jechał odpowiedział "dziś nie ćwiczyłem na rowerze" i dodał: pani przyjaciółka (znaczy wysoka kobieta) już na panią czeka, czym rozbawił mnie tak, że weszłam na salę chyba rozpromieniona, skoro zauważyła to pani rehabilitantka.
Mały chłopiec...
Ciekawam, w którym momencie swojego życia człowiek przeistacza się w wilka.
czwartek, 26 stycznia 2017
Paranoi sądeckich rejestracji ciąg dalszy
Wybrawszy dokumentację z przychodni, która mieni się centrum medycznym w niewygodnej ze względu na dojazd dzielnicy Nowego Sącza, po telefonicznym rekonesansie udałam się do innej [przychodni]. Dla jasności przypomnę, że nie wybierałam dokumentacji M. dlatego, że niewygodny jest dojazd do przychodni, tylko dlatego że pulmonolog P. z nowym rokiem przestała przyjmować w owym centrum medycznym.
Rejestracja poszła gładko, aczkolwiek p. rejestratorka nijak nie chciała zrozumieć, że M. jest zdiagnozowana i nie będzie tzw. pierwszorazowym pacjentem i nie dotyczą nas informacje dla pierwszorazowych pacjentów ani spełnienie tych procedur, takich jak aktualne badania laboratoryjne i rtg płuc tudzież inne, ale wysłuchałam przez telefon i po raz kolejny przy okienku.
Pani musi powiedzieć to niech powie. Mnie jest ciężko mówić, więc nie mogę się przebić przez czyjąś paplaninę.
Po dokonaniu rejestracji do pulmonologa P. zapytałam, czy alergolog T. przyjmuje u nich również, jeśli tak to proszę o rejestrację, w tym przypadku jako pierwszorazowy pacjent.
Czytelnikowi wyjaśnię, że skierowanie do alergologa ze wskazaniem na T. wypisał nie kto inny jak pulmonolog P.
No i co słyszę od pani w rejestracji? Ano, co następuje:
- Ale jak pani rejestruje się do pulmonologa to nie ma sensu iść do alergologa, bo przecież to jedno i to samo.
Usiłowałam powiedzieć, ale że tchu mi brak i siły głosu, to znów nie mogę się przebić przez paplającą wszystkowiedzącą rejestratorkę.
Wręczam jej więc do rąk własnych skierowanie do alergologa wypisane przez pulmonologa. W dodatku przez pulmonologa P.
piątek, 16 grudnia 2016
sobota, 3 grudnia 2016
Kluski na parze - z cyklu: Opowieści dla Zośki
Najpierw dom pachnie ciastem drożdżowym, które rośnie w ciepłym miejscu w kuchni. Zanim skończyłam wyrabiać ciasto zamyśliłam się chwilę - zagniatanie ciasta pozwala myślom odpłynąć. Zaledwie się zanurzam w najpłytszej myśli a już widzę porcelanową miskę z delikatnym różanym deseniem, w której Mama wyrabiała swoje ciasto drożdżowe na placek, albo te nieszczęsne kluski, których w dzieciństwie pasjami nie znosiłam. Skoro widzę miskę, a przede wszystkim czuję zapach drożdżowego ciasta, które oddycha pod naciskiem moich rąk, to widzę kuchnię domu rodzinnego i ręce Mamy, które wyrabiając ciasto potrafiły je rozciągać do góry, co zawsze budziło mój podziw. Jest też i cała Mama, w tej swojej fryzurze, którą miała kiedy byłam jeszcze całkiem mała i udaje mi się zobaczyć siebie samą - wyglądam zupełnie jak na tym zdjęciu, które robiłam do legitymacji szkolnej, gdy byłam w trzeciej klasie. Miałam na sobie ten komplecik, który Tańcia przywiózł z podróży służbowej do Bułgarii: bluzeczkę w drobne różowo-białe kwiatuszki i zielony bezrękawnik z przedłużonym stanem, odcinany na dole i zakładany jakby miał kilka plis. Nigdy nie znosiłam sukienek, ale ta była szczególna, bo przywieziona przez Tańcię z tamtej tajemniczej podróży. Zdjęcie do legitymacji jest czarno-białe, ale zawsze kiedy na nie patrzę, widzę kolory. Więc i teraz widzę siebie jak z tego zdjęcia, jeszcze z jasnymi włosami, bo ściemniały mi wiele lat później... Teraz Mama obwiązuje ścierkę wokół szerokiego garnka, gotuje wodę i gdy woda zaczyna parować, delikatnie kładzie kluski wycięte jak pączki z rozwałkowanego ciasta szklanką. Zapach się zmienia. Ciasto drożdżowe inaczej pachnie, gdy rośnie, inaczej, gdy piecze się ciasto, inaczej podczas robienia klusek na parze i jeszcze inaczej podczas smażenia pączków. Wszystkie te zapachy przywołuję po kolei a razem z nimi ułamki sekund podczas których wspomnienia są prawie nieruchome, jak na zdjęciach.
To pewnie przez grudniowe słońce, które szybko kończy dzień i zachodzi świecąc prosto w oczy przez kuchenne okno. Bo pewnie w tym świetle zawarta jest jakaś wiadomość. Prosto z Nieba.
To pewnie przez grudniowe słońce, które szybko kończy dzień i zachodzi świecąc prosto w oczy przez kuchenne okno. Bo pewnie w tym świetle zawarta jest jakaś wiadomość. Prosto z Nieba.
Żaczek Pan
Pan Żaczek uratował dzisiaj świat D.
A było to tak, że gdy siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach, usłyszałam dziwny odgłos przypominający upadek na zaśnieżoną ziemię jakiegoś olbrzymiego ciężaru i na koniec takie warkoczące puuufff, jakby powietrze z tego uszło. Miałam dosłownie wrażenie jakby to był smok. Ponieważ robiłam doktorat z autoimmunologii, więc nie mogłam sobie pozwolić na puszczenie wodzy fantazji, musiałam oddać się pracy bez żadnych wycieczek do świata wyobraźni. Autoimmunologia to nie w kij dmuchał, kto wie czy nie trudniejsza od genetyki. Nie wiem ile czasu minęło, bo przecież komputer wciąga, ale w końcu wstałam z postanowieniem zrobienia obiadu. Potrzebne mi były ziemniaki, a te w naszym domem trzymane są poza domem, tzn. na klatce schodowej pod ławką w koszyku. Wzięłam więc woreczek na ziemniaki i z impetem otwarłam drzwi, które pełnią rolę wejściowo-wyjściowych. I stanęłam z osłupienia, ponieważ spod strychu dochodziło chrapanie, warczenie i groźne pomrukiwanie smoka; z każdym wydechem cały blaszany dach na budynku podnosił się, by zaraz potem opaść i to był właśnie ten odgłos, który mnie nieco wcześniej zainteresował. A przy tym śmierdziało tak, że jeśli by to nie był smok, to musiał by to być pan menel. Ze względu na strach jaki się we mnie zrodził, było to kompletnie obojętne. Populacja mężczyzn w naszym bloku ciągle spada, zresztą o tej porze i tak wszyscy są w pracy - przynajmniej ci pracujący, bo niepracujący równie dobrze mogli być w takim samym stanie jak mój smok. Oczywiście chrapanie, charczenie i groźny pomruk mi w niczym nie przeszkadzały, ale na uwadze miałam to jak kilka lat temu inny smok śpiący pod strychem (w dodatku na naszych wycieraczkach, które sobie przysposobił na ten czas) zsikał się i jego mocz spływał wprost do całkiem nowego buta Synka, bo mieliśmy - aż do tamtego czasu - w zwyczaju zostawiać buty przed drzwiami.
Zadzwoniłam do administracji, bo w końcu administrator ma jakieś obowiązki. Dowiedziałam się, znaczy wywnioskowałam, że ma to gdzieś, bo wnet kończy pracę i lepiej żebym zadzwoniła na policję. Ja jednak zadzwoniłam do Pana Żaczka, bo jest nieoceniony w takich i innych akcjach. Ale, że to godziny pracy i Pan Żaczek żadną miarą nie mógł przyjechać wyeksmitować smoka, poradził mi, żebym dzwoniła do straży miejskiej.
Strażnik ze straży miejskiej zapytał czy smok aby nie jest pod wpływem. Już miałam powiedzieć, że a jakże, że tak, że strach by było wyjść na klatkę schodową z otwartym ogniem, bo taki odór, ale sam strażnik kontynuując, powiedział: bo jeżeli jest, to proszę dzwonić na policję, bo my go i tak nie wywieziemy i będziemy musieli wzywać policję, a to już będą dwa patrole zaangażowane, a może być jeden. Zaoponowałam gwałtownie, że nie oczekuję, by go wywozili, a tylko wyprowadzili, bo przecież zległ prawie że pod moimi drzwiami. W tym momencie strażnik ze straży miejskiej odleciał w kosmos mówiąc, że najlepiej, żebym wyszła i sprawdziła, czy smok jest w stanie upojenia, czy nie jest. I upierał się, że tak musi być, znaczy, że muszę mu powiedzieć czy o jest trzeźwy. I nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego nie przyjmie ode mnie zgłoszenia i nie przekaże go na policję, tylko mi samej każe to robić.
Wybieram numer alarmowy na policję. Nie zgłasza się. Wybieram numer stacjonarny do dyżurnego. Nie zgłasza się. I tak kilka razy tam i z powrotem. Pomyślałam sobie: Bogu dzięki, że mnie ktoś nie napadł i że np. nie muszę dzwonić w tajemnicy, trzymając telefon w kieszeni, albo że się nie pali, nie wali, bo już by było po mnie. W końcu się zgłosił policjant. Aby nadać wiarygodności i zwiększyć dramaturgię zgłoszenia, powiedziałam, że czuję się zagrożona. Na co policjant kilkakrotnie upewnił się czy mam zamknięte drzwi, że z kolei chciałam zapytać, czy mam je otworzyć, żeby on mógł przyjąć to zgłoszenie no i na to wszystko Pan Żaczek wrócił z pracy, wyszedł pod strych i powiedział: - No, kolego, koniec spania. Wychodzimy. A smok Pana Żaczka bierze na litość i mówi: - Ale ja tak zmarzłem, na polu jest zimno i leje. O! No i zmokłem. I chcę się wyspać... ja tylko śpię. Ale Pan Żaczek był nieczuły i nie dał się wziąć na litość. Doradził schronisko Brata Alberta i przypilnował, aby smok wyszedł. I niemal na tę scenę przyjechała policja wielką kabaryną. Policjant w gumowych rękawiczkach ruszył w stronę świata D. Ale świat D był już wtedy uratowany. Pan Żaczek był bohaterem na własnej klatce. Tak skonstatowała Duża Mała Dziewczynka.
- Jak mogłaś tak zrobić biednemu smokowi - powiedział Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, kiedy wysłuchał opowieści - trzeba mu było zanieść miskę ciepłej strawy i kocyk, zaprosić do domu żeby wziął prysznic i dać mu czyste ubranie. A ty tak bezlitośnie na śnieg i pluchę biednego stwora.
P.S.
Otagowałam wpis, bo obiecałam strażnikowi ze straży miejskiej, że to opiszę. Pewnie chłop czeka.
A było to tak, że gdy siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach, usłyszałam dziwny odgłos przypominający upadek na zaśnieżoną ziemię jakiegoś olbrzymiego ciężaru i na koniec takie warkoczące puuufff, jakby powietrze z tego uszło. Miałam dosłownie wrażenie jakby to był smok. Ponieważ robiłam doktorat z autoimmunologii, więc nie mogłam sobie pozwolić na puszczenie wodzy fantazji, musiałam oddać się pracy bez żadnych wycieczek do świata wyobraźni. Autoimmunologia to nie w kij dmuchał, kto wie czy nie trudniejsza od genetyki. Nie wiem ile czasu minęło, bo przecież komputer wciąga, ale w końcu wstałam z postanowieniem zrobienia obiadu. Potrzebne mi były ziemniaki, a te w naszym domem trzymane są poza domem, tzn. na klatce schodowej pod ławką w koszyku. Wzięłam więc woreczek na ziemniaki i z impetem otwarłam drzwi, które pełnią rolę wejściowo-wyjściowych. I stanęłam z osłupienia, ponieważ spod strychu dochodziło chrapanie, warczenie i groźne pomrukiwanie smoka; z każdym wydechem cały blaszany dach na budynku podnosił się, by zaraz potem opaść i to był właśnie ten odgłos, który mnie nieco wcześniej zainteresował. A przy tym śmierdziało tak, że jeśli by to nie był smok, to musiał by to być pan menel. Ze względu na strach jaki się we mnie zrodził, było to kompletnie obojętne. Populacja mężczyzn w naszym bloku ciągle spada, zresztą o tej porze i tak wszyscy są w pracy - przynajmniej ci pracujący, bo niepracujący równie dobrze mogli być w takim samym stanie jak mój smok. Oczywiście chrapanie, charczenie i groźny pomruk mi w niczym nie przeszkadzały, ale na uwadze miałam to jak kilka lat temu inny smok śpiący pod strychem (w dodatku na naszych wycieraczkach, które sobie przysposobił na ten czas) zsikał się i jego mocz spływał wprost do całkiem nowego buta Synka, bo mieliśmy - aż do tamtego czasu - w zwyczaju zostawiać buty przed drzwiami.
Zadzwoniłam do administracji, bo w końcu administrator ma jakieś obowiązki. Dowiedziałam się, znaczy wywnioskowałam, że ma to gdzieś, bo wnet kończy pracę i lepiej żebym zadzwoniła na policję. Ja jednak zadzwoniłam do Pana Żaczka, bo jest nieoceniony w takich i innych akcjach. Ale, że to godziny pracy i Pan Żaczek żadną miarą nie mógł przyjechać wyeksmitować smoka, poradził mi, żebym dzwoniła do straży miejskiej.
Strażnik ze straży miejskiej zapytał czy smok aby nie jest pod wpływem. Już miałam powiedzieć, że a jakże, że tak, że strach by było wyjść na klatkę schodową z otwartym ogniem, bo taki odór, ale sam strażnik kontynuując, powiedział: bo jeżeli jest, to proszę dzwonić na policję, bo my go i tak nie wywieziemy i będziemy musieli wzywać policję, a to już będą dwa patrole zaangażowane, a może być jeden. Zaoponowałam gwałtownie, że nie oczekuję, by go wywozili, a tylko wyprowadzili, bo przecież zległ prawie że pod moimi drzwiami. W tym momencie strażnik ze straży miejskiej odleciał w kosmos mówiąc, że najlepiej, żebym wyszła i sprawdziła, czy smok jest w stanie upojenia, czy nie jest. I upierał się, że tak musi być, znaczy, że muszę mu powiedzieć czy o jest trzeźwy. I nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego nie przyjmie ode mnie zgłoszenia i nie przekaże go na policję, tylko mi samej każe to robić.
Wybieram numer alarmowy na policję. Nie zgłasza się. Wybieram numer stacjonarny do dyżurnego. Nie zgłasza się. I tak kilka razy tam i z powrotem. Pomyślałam sobie: Bogu dzięki, że mnie ktoś nie napadł i że np. nie muszę dzwonić w tajemnicy, trzymając telefon w kieszeni, albo że się nie pali, nie wali, bo już by było po mnie. W końcu się zgłosił policjant. Aby nadać wiarygodności i zwiększyć dramaturgię zgłoszenia, powiedziałam, że czuję się zagrożona. Na co policjant kilkakrotnie upewnił się czy mam zamknięte drzwi, że z kolei chciałam zapytać, czy mam je otworzyć, żeby on mógł przyjąć to zgłoszenie no i na to wszystko Pan Żaczek wrócił z pracy, wyszedł pod strych i powiedział: - No, kolego, koniec spania. Wychodzimy. A smok Pana Żaczka bierze na litość i mówi: - Ale ja tak zmarzłem, na polu jest zimno i leje. O! No i zmokłem. I chcę się wyspać... ja tylko śpię. Ale Pan Żaczek był nieczuły i nie dał się wziąć na litość. Doradził schronisko Brata Alberta i przypilnował, aby smok wyszedł. I niemal na tę scenę przyjechała policja wielką kabaryną. Policjant w gumowych rękawiczkach ruszył w stronę świata D. Ale świat D był już wtedy uratowany. Pan Żaczek był bohaterem na własnej klatce. Tak skonstatowała Duża Mała Dziewczynka.
- Jak mogłaś tak zrobić biednemu smokowi - powiedział Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, kiedy wysłuchał opowieści - trzeba mu było zanieść miskę ciepłej strawy i kocyk, zaprosić do domu żeby wziął prysznic i dać mu czyste ubranie. A ty tak bezlitośnie na śnieg i pluchę biednego stwora.
P.S.
Otagowałam wpis, bo obiecałam strażnikowi ze straży miejskiej, że to opiszę. Pewnie chłop czeka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
