MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 12 lipca 2015

Cud. Jak ta pogoda.

Tamten dzień był zimny jak na lato. Od rana po niebie goniły się z zimnym wiatrem pierzaste obłoki. I choć odsłaniały słońce i błękit nieba, dominowały. Około południa niektóre z tych pięknych, podniebnych, kłębiastych żaglowców stały się brzemienne w deszcz, brzuchy im spuchły i zsiniały i równie nagle jak spuchły - przepuściły wodę niczym lniany worek na mąkę. W promieniach słońca lały się strugi deszczu, by na czas ustąpić i pozwolić wreszcie słońcu w sposób nieograniczony ozłocić pole widzenia. Szliśmy w aureoli szczęścia. Ktoś przesądny powiedział: - Takie będziecie mieć życie jak ta dzisiejsza pogoda.
Dobrze, że deszcz i wszelkie kaprysy losu zdarzyły się na początku naszego wspólnego życia, bo przecież wtedy mieliśmy najwięcej zapału i siły. W ilości porównywalnej do naiwności i nieznajomości życia. Hartowaliśmy się więc w naprzemiennych warunkach i nabierali odpowiedniej twardości: bardzo mocnej, ale nie aż tak, żeby nie pęknąć od środka ani nie skruszyć się na powierzchni.
Kapłan, gdy nam dzisiaj składał życzenia podczas Eucharystii powiedział: przetrwać z sobą tyle lat, to prawdziwy cud.

sobota, 11 lipca 2015

Coraz bliżej

W wyznaczonym czasie telefon trwał w uporczywej zajętości. Starałam się zachowywać rozsądne odstępy pomiędzy podejmowanymi próbami połączeń i było to jedno z trudniejszych postanowień. Kiedy czas się kończył, wziąwszy telefon do ręki powiedziałam całkiem na głos: - Nie. I to jest ostatnia próba. - I było w tym tyleż goryczy, ile nadziei, która, okazało się, gdy wypowiedziana głośno, przyniosła spełnienie.
Głos po drugiej stronie należał do kobiety z klasą.
- To Paniom będzie bliżej do W. niż do B. - Usłyszałam. Wystraszyłam się, że powstał nowy ośrodek, o którym nawet internauci nie wiedzą - a ci, wiadomo - wszystko wiedzą, i że Głos chce mnie tam odesłać, a ja przecież wyczytałam, że to Głos jest najlepszym specjalistą. Jedynym najlepszym - powiedziałabym, by zaakcentować. - I ja tam jestem również - kontynuował Głos.
Ucieszyłam się. Bo faktycznie W. jest bliżej niż B., ale z drugiej strony do B. nigdy nie podróżowałam i zaplanowałam nawet, że przy okazji zobaczę jeszcze T. i G. Są przecież więcej niż warte zobaczenia.

Dziwnie się czuję stojąc o krok od rozwiązania zagadki, która wielu pokoleniom kobiet w moim rodzie po kądzieli, zbyt wcześnie gasi światło. Genetyka jest Temidą i z zasłoniętymi oczami i bez pośpiechu dotyka nas tak lub inaczej.
Więc jestem o krok od rozwiązania zagadki. Chociaż nie zmieni to niczego.

piątek, 10 lipca 2015

Oto nas posłał







(Mt 10,16-23)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy.

Są takie sprawy

Drogi Szekspirze,

w pierwszych słowach mego listu zapytuję Cię jak tam jest na niebie, czyś poznał już tajemnice tego, co komu się śniło, a co się nie śniło. I bardzo bym chciała wymienić z Tobą poglądy na temat słów, którym życiowe tchnienie nadałeś w swym wielkim dziele. Może dla kaprysu chwili chciałabym stać się wędrowcem czasu i dziwnym jakimś sposobem wnijść do kochanej i nienawidzonej epoki wiktoriańskiej i dalej nawet jeszcze, tylko powiedz, ile dróg ominąć, by nie natknąć się na tego zbrodniarza wszechczasów, który rozpruwał kobiece ciała. Wskaż lubo drogi miłe memu sercu, bym cała i zdrowa z tej wędrówki wróciła. Nie żeby pociągała mnie wyspa deszczowo-zielona lub bym nagłą zapałała chęcią poznania Twego narodu, który zawsze wydawał mi się sztywny aż nadto i niemożliwy w kontakcie, a zwłaszcza gdym wracając ostatnio z podróży, czas i miejsce dzielić zmuszona byłam chyba z samą pierwszą damą dworu królowej Elżbiety, która ostrym i ciętym spojrzeniem oraz bezgłośnym sykiem sygnalizowała niestosowność, gdym palcem najmniejszym ruszyła podczas wielu godzin owej wspólnej, ramię w ramię podróży. Tyle bezgłośnych syknięć puściła w mą stronę, aż potem, gdy powieki ciężko spuściły się na jej oczy, zrazu dyskretnie i delikatnie, aż wreszcie wyzwolił się z niej głos wcześniej tłumiony i huknął przeciągłym chrapaniem.
Wiem jednak, Drogi Panie Williamie - jeśli Pan pozwoli na taką familiarność, że dróg w tył czasu próżno szukać, odpowiedz mi przecie pismem jako ja czynię, czyś z wyżyn niebiesich zgłębił tajemnicę spraw, które się nawet filozofom nie śniły. Czyś wtedy już może, Drogi Panie, wiedział, co mówisz Hamletem, gdyżeś powiedział i zaraz wyjaśnię Ci powód mej dociekliwości.
Nie umiem powiedzieć, czy każdy człowiek na tym łez padole ma takie odczucia, ale osobiście zderzam się z nimi nader często, więc nachodzi mię i dręczy skierowanie prośby o wyjaśnienie do Ciebie, co niniejszym czynię.
Otóż, Drogi Panie Williamie, ilekroć spotka mię w życiu coś strasznego, rozumiesz? coś naprawdę podłego, przytłacza mię brzemię, które trzeba dźwignąć. Ciężkie są to dole i role, że, uwierz, o! uwierz! łatwiej zagrać, którąś z wyznaczonych przyszłym pokoleniom przez Ciebie Panie, ról niż zmierzyć się z taką zadaną przez życie. Więc, kiedy się podźwignę i ruszę ku przyszłości i kiedy strzepnę z pleców i ramion ostatni pył tamtego upadku, kiedy już nawet rany się w sercu zabliźnią a duszę uleczy zapewnienie samej siebie, że przecież nic gorszego, głupszego i podlejszego mię spotkać już nie może - to pewne - i właśnie wtedy... tak, Panie Williamie, wtedy ktoś zadaje kolejny cios, od którego następuje jeszcze mocniejsze tąpnięcie w kopalni mych uczuć i na oceanie mej bezgranicznej wrażliwości, takiej co to, wie Pan, boli od samej siebie, więc na oceanie mej wrażliwości powstaje fala tsunami... Nie wiesz Pan, Panie Williamie, co to tsunami... ha!
A! Rozumiesz...
A to co?
Usłyszałam Twój głos... To nie był głos do słyszenia. On się odezwał w mojej głowie...
Nie, niemożliwe, wracam do pisania. Tak, powiedz mi, proszę, Panie Williamie, ile tych spraw jest na niebie i ziemi, ile snów jeszcze muszą moi, Twoi i ich filozofowie wyśnić, bym zrozumiała ten świat i ludzi w ich bezgranicznym okrucieństwie i podłości jaką są w stanie zaoferować drugiemu człowiekowi... No, powiedz Pan, proszę, Panie Williamie.

Na koniec mojego listu pozdrawiam Pana bardzo serdecznie, życząc Panu pokoju wiecznego. Amen

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Nowy Żmigród

Miasto rozsiadło się na szczycie góry i przez wieki wierzchołek stępił się, więc dzisiaj wzniesienie wygląda jak płaskowyż. Od zachodu niemal pionowo wznosi się zboczem wyżłobionym nurtem rzeki, by od wschodu wpuścić świat do siebie niemal bez przeszkód. Wpłynęliśmy na płytę rynku niczym jeden z ciężkich ołowianych obłoków, które niebezpiecznie zawęziły przestrzeń między niebem a ziemią. Tak niebezpiecznie, że z daleka niebo zlało się ze wzniesieniem, a kiedy się było w środku, wydawało się, że tylko korony drzew porastających rynek i dachy niewysokich kamienic powstrzymują je przed upadkiem na ziemię. Bo nieboskłon niczym nie powstrzymywany, runąłby niechybnie na płytę rynku. Ponad poziom wszystkiego wznosiła się wieża kościoła św. Piotra i Pawła i od początku wiadomo było, że przedziurawi któryś z nabrzmiałych deszczem kłębów. Gdyby już jeden został przekłuty szpikulcem krzyża zapewne byłby to początek apogeum, gdyż chmury były ze sobą tak skłębione i skotłowane, tak wściekle burzyły się nad miastem, że tylko czekały na najmniejszy pretekst, by dać upust nawałnicy.
Myśli mieszkańców utkwiły w sanktuarium niecałego świętego wyrosłego pośród ojców miasteczka, skąd dochodził bardziej uroczysty niż innej niedzieli śpiew kapłana i nawet organista uroczyściej dotykał klawiszy na klawiaturze instrumentu, który upodobał sobie miejsce ponad kruchtami.
Chmury zeszły tak nisko, że czuło się jak wypełniały wąską a długą przestrzeń centralnego placu miasteczka. Ponieważ tego dnia wszystko było niezwykłe, więc w narożniku rynku blisko kościoła wykwitły kolorowe stragany. Dwóch wyrostków wybiegło z bramy jednego z domów i z głośnym pokrzykiwaniem przebiegło do sąsiadującej niewielkiej kamienicy. Wszystko w miasteczku było niewielkie oprócz kościoła odzianego w gotyckie kształty, spiętrzonych chmur i placu Zamkowego. Z głośników świątynnych w ciszę rynku wdzierały się słowa św. Marka "dziecko nie umarło tylko śpi" - te same, które niegdysiejsi obywatele miasta wyryli na wieki w piaskowcu w formie epitafium. Zapewne rodzice Filomeny Cyryli Nowakówny porażeni tragedią śmierci swej córki liczyli na cud, czekali na słowa "Talitha cum", wyczekiwali kroków Jezusa. W taki dzień jak ten, w ciszy, która skumulowała się w Beskidzie pod niskim pułapem nieba zapewne niejeden ojciec i niejedna matka usłyszeliby kroki człowieka wybijające rytm na bruku oczekującego miasteczka. Atmosfera była brzemienna w oczekiwanie. Czekali sprzedawcy schowani za parawanami tandetnych towarów przywiezionych z wcześniejszego odpustu w pudłach po bananach. Rozłożyli jaskrawy plastik i rozmiękłe cukierki na blatach ustawionych na skrzyżowanych drewnianych nogach. Czekali mieszkańcy, którzy w swej niecierpliwości ustawili się przed świątynią, by byli najpierwszymi, którzy po odpustowej sumie wyleją się na płytę rynku. Czekali zapewne i ci we wnętrzu świątyni; rodzice zachodzili w głowę jak odciągnąć dzieci od kramów z badziewiastymi zabawkami a dzieci kombinowały jakiego szantażu użyć, by rodzice dali się naciągnąć na cokolwiek. Nawet niecały święty wyrosły pośród ojców miasteczka oczekiwał spokojnie przyklejony do strzępiastej serwetki rozłożonej na tylnej kanapie przedpotopowego samochodu. Takiego, którym już nikt nie rusza na drogi nawet najgłębszej prowincji jak ta w Beskidzie Niskim, a tylko kury obsrywają go w obejściu i ten jeden jedyny raz - kto wie? może ostatni - wyrowadzono auto na odpust. Najbardziej czekał dzwon na wieży kościelnej i niecierpliwie szykował swe serce do rozdzierających zastygłą w oczekiwaniu rzeczywistość uderzeń. I nagle w tej ciszy i oczekiwaniu powietrze rozdarły trzy wystrzały. Odgłos przypominał uderzenie pioruna. To współczesne kapiszony owinięte w bibułę z chińskimi znakami wyrwały się przed szereg. Było je słychać w całej okolicy. Podmuch wstrząsnął powietrzem aż sapnęły kamienie łupkowe ustawione w stosy przy każdym domiszczu z ogrodem na terenie placu Zamkowego. Wiele wystrzałów rozległo się poprzez wieki na tym przygranicznym terenie, bo miasteczko było ostatnią flanką polskości w czasie, gdy na wschód od niego była Ruś Czerwona. Więc te kamienie, poukładane jakby zaledwie od ostatniego odpustu, jęknęły bezgłośnie podnosząc do góry łodygi płożących się po nich o tej porze roku bylin, a te rozszumiały się wielowiekowym oddechem. Kamienie sapnęły jeszcze, po czym opadły rozsiadając się w wygodnych stosach na kolejny rok, do kolejnego czerwca, który przyjdzie nocą jaśminową, po 13. od dzisiaj pełni. Gdyby nie nazwa placu i kamienie łupkowe ułożone w stosy nikt by dzisiaj nie wiedział, że w miasteczku istniał zamek, tak jak nie został żaden ślad po klasztorze dominikanów, których osadzono w mieście ponoć do nawracania innowierców i unitów. No chyba, że któraś kupka kamieni na jednym z podwórek domów wyrosłych na placu Zamkowym pochodzi bardziej z klasztoru niż z zamku. Wiele tajemnic skrywa maleńka miejscowość zagubiona pomiędzy wzniesieniami Beskidu Niskiego leżąca na Węgierskim szlaku. Jedna z najtragiczniejszych, owinięta w śmiertelną ciszę jak twarz  staruszki w chustkę, znajduje się w nieodległym miejscu, które do dziś jest cmentarzem, choć napis na tabliczce głosi, że to zabytek prawem chroniony. Czas rozłupał nagrobne tablice zgodnie z genealogią, która miliony lat temu nawarstwiła na siebie warstwy piaskowca i dziś pochylone macewy zdają się być efektem mistrzowskiej, niemal koronczarskiej pracy mistrza trudniącego się ich wyrobem. To jedna z największych tajemnic miasta, skrzętnie skrywana w gęstwinie dębów, na południowym stoku beskidzkiego wzniesienia licującym z miasteczkiem, przy drodze prowadzącej z Węgier na północ. Czas leczy tam rany. Światłu jest trudno się przedrzeć do zagajnika, który kiedyś był wielkim cmentarzem. Zaś w miejscu, gdzie drzewa się przerzedzają światłość wdziera się jaskrawa. Tak jaskrawa, że wszystko jest już tylko jaskrawą jasnością.
Ulewa wytrzymała ponad Krosnem i Haczowem. Przez cały dzień krążyła wokół Nowego Żmigrodu razem z nami i rozpadało się dopiero w okolicach Gorlic. Lało aż do Ptaszkowej. Przestało padać, gdyśmy spływali znów w Kotlinę Sądecką i stało się tak tylko dlatego, by jak przy każdym powrocie z Beskidu Niskiego Palce Boga wskazały nam z nad Pasma Radziejowej drogę do domu.
Święci Piotrze i Pawle, błogosławiony Władysławie Findyszu - niecały święty wyrosły pośród ojców miasteczka, Matko Boża z Jezusem Nazareńskim - weźcie w swoją najświętszą opiekę to miejsce na ziemi tak tragicznie doświadczane przez historię i każde inne miejsce z jego mieszkańcami; niech wyznają religię jaką chcą, albo w jakiej zrodzili się z ojców czy matek, niech myśli ich będą przyziemne z zadatkiem zaledwie na bojaźliwe i bogobojne, a czyny mniej lub bardziej rozsądne i sprawiedliwe. Uproście u Boga Najwyższego pokój, radość tu na ziemi żyjącym, a po śmierci wszystkim w niebie.

niedziela, 28 czerwca 2015

Cmentarz żydowski w Nowym Żmigrodzie

Przy nawiedzeniu każdego cmentarza żydowskiego mam wrażenie, że właśnie ten robi największe wrażenie. Wcale tak nie jest. One wszystkie robią olbrzymie wrażenie. Każdy na swój sposób. Z każdym związana jest ta sama historia tragicznego końca wielowiekowej tradycji wielokulturowych i wieloreligijnych społeczności polskich miast i wsi. Tak więc i Nowy Żmigród ze swą żydowską tradycją każe się zatrzymać na dłużej.
Nastrój żydowskich cmentarzy jest trudny do wyrażenia słowami. Przemijające macewy są niemym krzykiem, tam zamarł niegdysiejszy gwar bujnego życia gmin żydowskich, sklepów cynamonowych, targów i melodia domów modlitw, rytm jesziw wyznaczany powtarzanymi wersetami Biblii. Cały ten gwar zawarł się w martwej ciszy każdego żydowskiego cmentarza.

Nowy Żmigród stał się miejscem, do którego Niemcy przed 1942 r. zwieźli Żydów z okolic tworząc jedno wielkie getto, by systematycznie organizować masowe egzekucje, wysyłkę do obozów pracy i fabryk śmierci.



Cmentarz żydowski w Nowym Żmigrodzie - kliknij.

Światło starego człowieka

Pomieszczenie było maleńkie, mieściło zaledwie kilka krzeseł ustawionych pod przeciwległymi ścianami i choć kilka z nich było wolnych, wybrałam właśnie to naprzeciw staruszka. Patrzył na mnie  olbrzymimi brązowymi oczami i właśnie oczy były tym elementem, który zdecydowanie świadczył o tym, że starzec jeszcze żyje. Cały wyglądał jak szkielet obleczony skórą, ale wszystko inne skrywało się pod całkiem nowym popielatym bawełnianym dresem. Stopy obute w sandały, opatulone były w popielate, grube, frotowe skarpety, przy czym wyglądały jak nie do pary, bo starość wykrzywiła lewą stopę starca tak, że nabrała kształtu prawej. I tylko but, sportowy jak reszta ubrania, nie pasował do nogi.
Obok starca siedziała młoda kobieta, nawet z wyglądu podobna, musiałaby być wnuczką raczej niż dzieckiem mężczyzny. Równie często jak on spoglądała na mnie spojrzeniem, którym usiłowała coś wyjaśnić, jednak nie odezwała się ani słowem. Z lewej strony siedziała kobieta wiekiem pomiędzy mną, a starcem, więc pewnie mogłaby być moją matką. Po drugiej stronie starca usiadła dziewczyna, która bez przerwy wychodziła i wchodziła, jakby nie mogła usiedzieć na miejscu. Miała buty na olbrzymiej koturnie, bluzkę we wzory jak jeden z kształtów własnych z Photoshopa i nie wiedzieć po co, przewieszoną przez ramię kurtkę, którą zaraz po wejściu położyła na krześle obok. Na zmyślnej półce, zawieszonej na ścianie stało radio. Z wysokości półki dźwięk włączonego radia sączył się wprost do mojego ucha drażniąc zbyt mocno nastawionymi basami. Za oknem przetaczały się fronty atmosferyczne, więc pogoda była niepewna - aura ze słonecznej i ciepłej zmieniała się na byle jaką. Uchyliłam okno, bo w pomieszczeniu było duszno. Uchylając zapytałam czy nikomu nie przeszkadza. Pytając najbardziej chodziło mi o starca i kobietę z mojej lewej strony. Starzec chyba nie dosłyszał pytania, bo nie odpowiedział. Kobieta nie miała nic przeciwko, sama myślała o uchyleniu okna - powiedziała. Pozostałe osoby nie zareagowały. Miałam ze sobą książkę, by skrócić czas oczekiwania, ale ryczące do prawego ucha źle ustawionymi basami radio zniechęcało. Wzrok starca zataczając koła ciągle spotykał się z moim wzrokiem. Widocznie moje oczy były na orbicie, którą wędrował zgodzony na wszystko wzrok starca. Usiłowałam zagaić rozmowę, ale się nie skleiła. Znów winne było włączone, ryczące źle ustawionymi basami radio. Przez korytarz, który odsłaniały otwarte drzwi do małego pomieszczenia, w którym wszyscy się znajdowaliśmy, przetaczał się spory tłum ludzi. Niektórzy wchodzili, inni wychodzili. Wielu zajrzało do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy, ale jakoś nikt nie wchodził, choć wciąż były ze dwa, może trzy wolne krzesła. W pewnym momencie zajrzał mężczyzna i kierując niecierpliwe słowa do starca, powiedział: chodź, tam już jest miejsce. Starzec powoli wstał na obie prawe nogi, wsparł się o kuli i poszedł równie powoli jak wstawał. Zdecydowanie za wolno jak na wielką niecierpliwość w postawie tamtego mężczyzny. No. On mógł być synem starca. Nie wyglądał wprawdzie, jakby mógł być moim ojcem, ale zapewne był najmłodszym dzieckiem starca. Po wyjściu starca w pomieszczeniu zrobiło się pusto. Więc jednak coś tkwiło w tym mężczyźnie, co kazało mi usiąść naprzeciw i stale ściągało mój wzrok na niego. Coś niewypowiedzianego i nieokreślonego, powodującego jednak, że swoją osobą wypełniał całe pomieszczenie, był jego - pomieszczenia - duszą. A przecież nie powiedział ani słowa. Zataczał tylko powoli kręgi swoim wzrokiem, otrzepywał niewidzialny kurz z nogawek całkiem nowych spodni popielatego, bawełnianego dresu i dystyngowanie poprawiał bluzę, którą trzymał na kolanach. Kiedy wyszdł z pomieszczenia poczułam chłód. Wiadomo, że ciągnął przez uchylone okno wraz z powietrzem zmieniającego się frontu atmosferycznego, ale jakoś wcześniej go nie odczuwałam. Poczułam go dopiero, kiedy starzec wyszedł z pomieszczenia. 
Odezwał się do mnie, gdy weszłam do drugiego pomieszczenia i znów usiadłam naprzeciwko niego. Właściwie to był korytarz a nie pomieszczenie i choć oczekujących w nim było znacznie więcej, ono samo było zdecydowanie mniejsze niż pierwsze, w którym siedzieliśmy. Byłam więc bliżej niego; może dlatego się odezwał. Nie. Tam nie było radia i nie burzyło ciszy swoimi głośnikami ze zbyt mocno ustawionymi basami. A może i on żałował, że nie zamienił ze mną ani jednego słowa równie mocno jak ja żałowałam, albo przynajmniej trochę. Powiedział więc, że złamał nogę. I ze złamaną chodził kilka tygodni. Bo nie wiedział, że jest złamana. Bolała, ale pomyślał, że poboli i przestanie. Syn przyjechał i powiedział, że trzeba do lekarza, żeby zobaczył czemu boli. Syn przytaknął. Stał obok. Zbyt się niecierpliwił, by siedzieć. - Pani, jak można kazać ludziom tyle czekać? - zapytał. - Nie każdy może. Teraz to może, ale do niedawna karetka woziła do lekarza i na tym, no na wózku go trzeba było wozić. Starzec zaś kontynuował swoją opowieść: - Jak wzięli do szpitala, okazało się, że biodro zepsutu, to wymienili od razu cały staw. I ja tak od niedawna dopiero staję no nogi. - Chodź tato, wołają cię - przerwał zaledwie zaczętą opowieść starca syn. 
Weszli do gabinetu lekarza. Zamknięty w maleńkim korytarzu świat znów opustoszał. Jakby słońce zgasło. 

środa, 24 czerwca 2015

Pomaganie jest super

Uwaga, uwaga! Od teraz każdy może zostać posiadaczem jednego z tych unikatowych (bo ręcznie przeze mnie robionych i wymyślanych dla celów obozu w Korzkwi) emblematów o tematyce afrykańskiej. Jeden Cisowiec (Cisowiec = Przyjaciel)​ jako pierwszy zamówił sobie znaczek. W zamian zostanie naszym przewodnikiem po Bochni. Jeśli więc ktokolwiek chciałby zyskać jeden ze znaczków, które wciąż się tworzą i mnożą, możecie wspomóc nas podczas naszego obozu letniego w możliwy dla Was sposób (nie wykluczamy pomocy finansowej w opłaceniu np. wycieczki, biletów wstępu do muzeum, transportu czy zakupu lodów). Wypoczywamy w przepięknej Jurze Krakowsko-Częstowchowskiej w dniach 15-29 lipca. Wypoczywając robimy coś mądrego i dobrego - jak zawsze na naszych obozach. Wsparcie nas w naszym pracowitym wypoczynku zaowocuje propagowaniem wiedzy na temat charytatywnej działalności w Afryce obu fundacji Pana Szymona Hołowni, ponieważ tematem przewodnim naszego obozu będzie Afryka i pomoc Afryce. Jeśli nie macie pomysłu lub możliwości na wspomożenie nas i zaopiekowanych przez nas dzieci, wystarczy że w zamian za doznania artystyczne, jakich niewątpliwie dostarczyło Wam to zdjęcie ;), może z podziwu dla mojej żmudnej pracy ;), albo fajnego pomysłu na lato dla dzieci ;) - więc wystarczy, że odwiedzicie strony Fundacji Pana Szymona Hołowni, zapoznacie się z jego działalnością, a może nawet zadeklarujecie "piątkę na piątek" lub inną formę pomocy dla potrzebujących w Afryce. Obecnie w miejscu działania Dobrej Fabryki szaleje malaria. Potrzebna jest krew i tlen - szczegóły na FB albo na podlinkowanych stronach. Pomaganie jest super. My na naszych harcerskich obozach i podczas pracy w harcerstwie uczymy tego naszych podopiecznych. Spróbuj raz komuś pomóc - potem nie będziesz mógł bez tego żyć. :)

Fabryka Dobra kliknij

Kasisi kliknij


Pomaganie jest super. Nie jutro, za miesiąc czy kiedyś, jak mi się poprawi sytuacja finansowa. Dziś jest na to  najlepszy czas. Teraz. Właśnie TERAZ.




(Do zdjęcia wykorzystałam mapę stanowiącą integralną część materiałów programowych ZHP).

wtorek, 23 czerwca 2015

Podróż

Trzeba się wybrać w drogę. Aby wydostać się z kotliny górskiej należy udać się niegdysiejszym traktem węgierskim, który od południa prowadził w głąb kraju, przechodząc obok siedzib pustelników – św. Justa i św. Świerada. Najpierw podąża się dnem kotliny górskiej, a zaraz potem wspina się na ścielące się wokół pasma. Droga ciągnie ię wzdłuż koryta rzeki i jest naturalną granicą między Beskidem Wyspowym a Pogórzem Rożnowskim. I to stamtąd najbardziej widać podobieństwo tej ziemi do włoskiej Toskanii. Czuję się swojsko dopóki trakt wiedzie pomiędzy górami, przez przełęcze. Skoro się jednak zdecydowałam ruszyć w drogę wiadomym jest, że wkrótce dające bezpieczeństwo najmilsze widoki zostaną poza mną. Czas jakiś towarzyszą mi w podróży i żegnają się w ukłonach, przeistaczając się w coraz to nowe, niższe pasma. Jeszcze zabłądzę w Gorce, ale po nich już coraz dalszy horyzont. Mijam Moje Miasto z czasów Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, które – dzięki obwodnicy, jaką zyskało jakiś czas temu – mija się dosłownie. I pomimo. Zawsze, kiedy znajduję się na tej obwodnicy płaczę nad wiosennymi kwiatami, które mogłabym zrywać na tamtej łące, gdyby tylko czas zatrzymał się w miejscu. Przecież wciąż czuję ich zapach i wciąż żywo pamiętam tę chwilę, gdy szłam z koleżanką w tamte wiosny po podmokłych łąkach i niosłam te kwiaty zwiastujące wiosnę. Wszystko, cała atmosfera wiosny, była wtedy omdlewająca.  I dziś też czas w tamtym miejscu jest omdlewający. W uszach na przemian biją dzwony i grają świerszcze. Nawet słyszę trzepot skrzydeł ważki – tej znad Małej Rzeczki… Ale przecież i Moje Miasto zostało już za mną. Niedaleko od niego ziemia rozciąga się w ostatnich fałdach nierówności, by stać się całkiem gładką. To tam, w okolicach ostatniego fałdu nawołuje mnie mała dziewczynka, która w odległej przyszłości zostanie Moją Babcią. Jej głos wychodzi z pustych oczodołow graboszyckiego dworu. Zimą, gdy drzewa okalające ruiny wystawiają na najmniejsze promienie słońca bezlistne gałęzie, głos owej małej dziewczynki jest wyraźny, niczym niestłumiony. Każda inna poru roku wybrana na podróż tamtym gościńcem sprzyja tajemnicy. Nigdy nie opowiadała mi czy miała szczęśliwe dzieciństwo. Moja Babcia. Przecież mogło być szczęśliwe nawet wtedy, gdy wysłano ją do pracy w tym dworze. A może to nie był ten dwór, tylko raczej tamten drugi, mniejszy, bliżej jej rodzinnego domu? Bo mieszkała w głębi, a tamtędy nie idzie główna droga. No, tylko gdyby było inaczej, czyli, gdyby pracowała tam w głębi, to kto mnie w takim razie woła? Czyj głos słyszę za każdym razem, gdy tamtędy zmierzam?
Jeśli dobrze wytężyć wzrok, to od strony kierowcy można zobaczyć w oddali pasma gór. Ale zawsze są zasnute mgłą. To znaczy, że są daleko, a nie, że widoczność jest kiepska.
Od dawna jestem na terenie księstwa, które obecnie jest królestwem li tylko karpia. Karpiowi niczego nie brakuje, jest królewską rybą i jest rzeczą naturalną, że tradycja hodowli karpia pochodzi od czasów dawnych.
Wnet minę dwa zamki. Jeden z nich jest ukryty przed okiem turysty będącego tylko przelotem, za to drugi stoi niemal na środku drogi. Tam, gdzie drugi stoi niemal na środku drogi, dzieje minionego stulecia przyćmiły wszystko, o czym chciałyby opowiedzieć wieki. Tylko zamek z wieżą stoją niewzruszenie i rzeka płynie jak płynęła, choć wciąż jest inna, bo przecież nie da się dwa razy do tej samej wejść. O tej rzece pisał Marian Niżyński i była lekturą obowiązkową dla dzieci w Moim Mieście.
Nieco dalej królowa polskich rzek, która wcale w tym miejscu na królową nie wygląda. Jeśli spojrzeć na mapę, wije się dziwacznymi zakolami i właśnie ona oddziela w tym miejscu geograficznie dwie krainy, choć co do krain historycznych, to z granicą nie było tak prosto.

I wnet cały świat robi się zakurzony. Gdyby wziąć pióra przywiązane na patyku i zetrzeć cały kurz z tamtego świata, pewnie byłoby przyjemniej nań patrzeć. A kiedy jest tak, że zaledwie jedno miasto się kończy, a następne już się zaczyna, trzeba zrobić unik i wyjechać z tego ciągu, gdzieś w stronę fabryki chmur. Bo, kiedy od strony pasażera już widać fabrykę chmur, to można się na nią napatrzeć, ale trzeba pamiętać, żeby – gdy się ją już minie – skręcić w prawo. I jeszcze tylko kawałek, kawałeczek i już się jest u Małych Ludzi. A tam, gdzie mieszkają Mali Ludzie, ulice noszą nazwy drzew. O! Przepraszam. Jest jedna Motylowa. Ale o tym będzie inna opowieść.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Karpacka Troja - ziemia obiecana

Usypiałam czas delikatnym kołysaniem i przyglądałam się słońcu, które wybrało się w najdłuższą podróż. Z wielkim zdumieniem obserwowałam, jak zgrabnie przemknęło przez uskok pomiędzy Beskidem Wyspowym a Pogórzem Rożnowskim i nie zachwiawszy się, już było po drugiej stronie. Córka Syjamskiego Króla zasiadła na moim ramieniu, wtuliła miękką mordkę blisko mego ucha i wprawiając w ruch membranę schowaną gdzieś w swoim wnętrzu, pomagała mi w uśpieniu czasu uspokajającym mruczeniem. Gdyby ktoś poświęcił chwilę, by spojrzeć w naszą stronę, mógłby się zastanowić kto - kot, słońce czy ja - sprawia wrażenie najbardziej rozleniwionego elementu tego obrazka. Choć słońce, kiedy już znalazło się na szczytach Pogórza nabrało prędkości, jakby wiedziało, że nabroiło, przechodząc poza wyznaczone granice i spodziewało się, że słoneczna matka wychyli swą twarz z okna i rozlegnie się wołanie: Słońceeee! Dooo dooomuuu!, więc pośpieszyło się, by dojść jak najdalej. Pod koniec biegło. Słoneczna matka nie wychyliła jednak swej twarzy z okna, tylko podeszła chyba na palcach - w każdym razie ja nie słyszałam kroków, choć wokół panowała cisza - złapała słońce za rękę i pociągnęła w swoją stronę. Była jednak po drugiej stronie góry, więc nie mogłam niczego zobaczyć, a tylko wyobrazić, przypominając sobie zachowania Mojej Mamy z czasów, Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką.
Dziś słońce towarzyszyło nam w długiej wyprawie. Trochę w przestrzeni, ale bardziej w czasie. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zaproponowaliśmy mu tak odległą podróż. Kiedy w podręczniku historii, w szkole podstawowej, oglądaliśmy zdjęcia z Biskupina, marzyliśmy, by się tam znaleźć. Musiało minąć naprawdę bardzo dużo czasu i wydarzyć się wiele - niepoliczalnie i niemierzalnie wiele - by marzenie się ziściło. One wszystkie - marzenia wybujałe na książkowej wiedzy o świecie - coraz częściej się spełniają. Kto wie? Może tak jest przed końcem czasu?

Dotknęliśmy dzisiaj epoki brązu. Nawet się w niej wylegiwaliśmy pod dachem ze strzechy w domostwach z plecionki oblepianej gliną. Nie było to w Biskupinie, tylko w Trzcinicy pod Jasłem, co nie przeszkadzało nam czuć się jakbyśmy byli literami podręcznikowej lekcji historii z V klasy i przeciskali się pomiędzy stronicami od zdania do zdania i od zdjęcia do zdjęcia budując wyobrażenie tego, co niewyobrażalne. Za chwilę mogliśmy się czuć prawdziwymi wędrowcami w czasie, bo zgrabnie, nie wiedzieć kiedy, z podręcznikowej lekcji przeskoczyliśmy wprost do epoki brązu, by zaraz potem wskoczyć do wczesnego, przedchrześcijańskiego (na tym terenie) średniowiecza.
Jeśli spojrzeć na Karpaty z góry śmiało można się doszukać w nich kształtu salamandry. Mógłby to również być smok, albo jakiś inny niż salamandra płaz, gad lub jaszczur, ale to salamandra jest charakterystyczna dla Karpat, więc umawiamy się na salamandrę. I w miejscu, gdzie u salamandry łeb łączy się z tułowiem jest w Karpatach najdogodniejsze, bo chyba najszersze miejsce do przenikania z południa świata, a przynajmniej Europy, na północ. I to jest Przełęcz Dukielska, która w związku z tymi dogodnościami wiecznie jest uwikłana w wielkie wydarzenia z dziejów ludzkości. Tą właśnie przełęczą, na długo przed jej nazwaniem, bo około roku 2100 p.n.e. na północne flanki Karpat dotarły ludy cywilizacji anatolijsko-bałkańskiej i na kilka wieków za swój dom obrały sobie dziwne w budowie, z bardzo stromymi zboczami wzgórze wyrosłe nad Ropą, z trzech stron otoczone  dolinami i kotlinami. I tak za stroną www.karpackatroja.pl napomknę, że:
W początkach epoki brązu zbudowano tu osadę warowną. Broniona była ona wałem drewniano-ziemnym z palisadą, palisadą, fosą i samą stromizną stoków. Mieszkała w niej ludność grupy pleszowskiej kultury mierzanowickiej (2100-1650 p.n.Ch.) pozostająca pod silnymi wpływami zakarpackimi. Potem w latach 1650-1350 p.n.Ch. żyła tu zakarpacka ludność kultury Otomani-Füzesabony, o bardzo wysokim poziomie cywilizacyjnym. Zbudowała ona drogę i bramę wjazdową do grodu, wzmocniła obwarowania, a po ich pożarze odbudowała fortyfikacje i powiększyła osadę do powierzchni prawie 2 ha, zabezpieczając ją palisadą i fosą od strony najłatwiejszego dostępu. W tym czasie spotykamy tu oddziaływania kulturowe idące od strony wielkich cywilizacji basenu Morza Śródziemnego, ale także od północy docierały tu wpływy kultury trzcinieckiej. Było tu znaczące pradziejowe centrum kulturotwórcze.

Ale to nie wszystko, bo:

W okresie wczesnego średniowiecza (780-1031 r. n. e.) znajdował się tu ośrodek lokalnej władzy, a potężny, wieloczłonowy gród zajmował ponad 3 ha powierzchni opasanej wałami o łącznej długości 1250 m. Umocnienia grodu w Trzcinicy były wielkimi konstrukcjami inżynieryjnymi naszych przodków. 

Jest dla mnie nieprawdopodobne, by - licząc współczesnych i tylko te zbadane i udowodnione ślady bytności różnych społeczności - na jednym i tym samym skrawku ziemi wciąż ktoś się osiedlał i budował swoje życie, rodził dzieci, uprawiał rolę. Ziemia obiecana. Kraj mlekiem i miodem płynący.

A ja myślałam, że to atrakcja typu "park dinozaurów" zrobiona pod publiczkę, by za wszelką cenę ściągnąć turystów.

Może to nie my słońce, a słońce nas zaprowadziło dziś w tamto miejsce? I potem, gdy my, zmęczeni pokonywaniem stromizny wzgórza po niezliczonej ilości schodów, w bezsilności i niemocy rozkoszowaliśmy się kolejnym spełnionym marzeniem, słońce brykało jeszcze po niebie, przeskakując z góry na górę, z pasma na pasmo, dopóki słoneczna mama nie zagoniła go do spania na tę najkrótszą w roku noc.

Po kliknięciu w tę linijkę nastąpi przekierowanie do albumu ze zdjęciami

Karpacka Troja, Trzcinica k. Jasła