MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 30 września 2013

Naleśniki ze szpinakiem

Zanim Mała Duża Córeczka stała się matką moich wnucząt, była studentką. Gdy odwiedziłam ją w mieście akademickim zaprosiła mnie na naleśniki. Naleśniki nigdy nie należały do moich ulubionych potraw, zapewne dlatego, że dotychczas jadałam je tylko na słodko, a obiady na słodko są jakieś nie takie. Mała Duża Córeczka zaproponowała mi w naleśnikarni na Krupniczej, nieopodal Teatru Bagatela, bym wzięła sobie te ze szpinakiem. Pamiętając koszmar przedszkolnych obiadów bardzo nieufnie podeszłam do pomysłu ze szpinakiem, ale nie pożałowałam, że dałam się namówić i od tamtej pory naleśniki ze szpinakiem są najlepiej nadziane ze wszystkich innych. Od tamtych naleśników sporo się wydarzyło.
Poznałam kiedyś pewnego sympatycznego wegetarianina i w jego towarzystwie również jadłam danie ze szpinakiem w roli głównej. Sceneria tego obiadu też była niebanalna, chyba nawet bardziej wyjątkowa, niż tamtego na Krupniczej, bo nad Motławą z widokiem na Stary Port, a że znad Dunajca daleko do Motławy, więc rzadko mam okazję jadać nad Motławą (właściwie do tamtej pory nigdy nie jadłam a później też nie). Kiedy zagłębiłam się w znajomość z owym sympatycznym wegetarianinem powzięłam przekonania, że wegetarianizm to nie jest sposób odżywiania, a filozofia całego życia. Oczywiście nie dla mnie, bo jestem mięsożerna, co jednak nie przeszkodziło mi zafascynować się owym sympatycznym wegetarianinem. Namówił mnie wtedy na wielkie szaleństwo - porwał mnie, a ja dałam się porwać nocą na plażę. Jak wielkie to szaleństwo uświadomiłam sobie dwukrotnie. Gdy wychodziłam z czasu i miejsca i gdy do nich wracałam. Nocny pobyt na plaży był wspaniały. Dźwięk zderzających się z plażą fal nocą jest zupełnie inny, niż w dzień. Syreny statków zmierzających do portu, albo tych opuszczających go, też brzmią inaczej w ciemności niż w świetle. W okularach wegetarianina odbijały się gwiazdy - te z nieba i te zatopione w morzu. Morze było spokojne. Za to na plaży były tłumy, które rozpraszały katedralną ciszę nocy. Piasek był mokry, najlepszy do robienia babek. W dzieciństwie najbardziej pożądany. Zmokły nam spodnie od siedzenia na nim. Serce waliło mi z emocji, a aby wydostać się z plaży, trzeba było po niezliczonej ilości drewnianych stopni wdrapać się na klif. Tak, zdecydowanie zachłysnęłam się filozofią sympatycznego wegetarianina, jednak nie na tyle, by przestać jeść mięso.
Zeszłoroczne wakacje - ostatnie beztroskie dla niej; zrobiłam naleśniki ze szpinakiem i obu im bardzo smakowały. Tego, a może innego dnia wróciłyśmy z gór chichocząc, aż nasze córki powiedziały: zakaz komputerów, komórek i telewizji! Co wyście w tych górach robiły?!
Chichotałyśmy w te wakacje - ostatnie beztroskie dla niej... miałyśmy iść na szlak, wyjechałyśmy autem pod schronisko i kawa nas zatrzymała na ławce. Ludzie przychodzili: schodzili i wychodzili; odchodzili. A my chichotałyśmy w te wakacje - ostatnie beztroskie dla niej. Przecież nas też te troski dosięgły.
Więc zawsze, gdy robię naleśniki ze szpinakiem przypominam sobie wszystkie wcześniejsze. Gdy inne rzeczy robię, też sobie przypominam... inne.

piątek, 27 września 2013

U bogacza bram

Więc dalej myślisz, że odznaczenia, osiągnięcia i zaszczyty są tym bogactwem, którym warto nabijać sobie głowę? To procent od talentów, po który w swoim czasie Pan przyjdzie i każe się rozliczyć. Ani talenty, ani tym bardziej ten procent nie są moją własnością. Możesz wziąć z tego pomnożenia jeśli potrzebujesz. Stanę potem przed Panem i Mu oznajmię, że dałam ci, bo byłeś w potrzebie. Pewnie mnie zrozumie. Oczywiście, że zrozumie. Ale to ty jesteś bogaczem, bo masz, czego mi brakuje. Ja zaś, jak ten Łazarz leżę u twoich bram i żebrzę o kawałek miejsca w twoim sercu, bo w nim się toczy uczta, o jedno słowo serdeczne, które nakarmi mnie jak chleb, o myśl najlichszą, mającą moc ugasić śmiertelne pragnienie mojej duszy. I... dziękuję Panu, że pozwala mi być trędowatym żebrakiem, który w całej swojej nędzy staje przed tobą, bogaczem. Bogacz zaś, jak to bogacz - z obrzydzeniem odwraca twarz od smrodu ran żebraka. Dokładnie tak samo, jak ty, właśnie w takim geście.
Ale, czy mi jest wolno przestać kochać?



Mojej nędzy nie chcesz, a miłości nie potrzebujesz. Poza tymi dwoma nie mam niczego własnego, co mógłbyś mi zabrać.

środa, 25 września 2013

Tak, jak on

Pewnie jak zwykle, bardzo chciał, ale nie mógł ukryć troski. Nie tym razem. Przychodził do mnie tak często, że szybko nauczyłam się rozróżniać jego kroki spośród wszystkich innych na oddziale. Stukot jego drewniaków po oddziałowej posadzce stał się miłą muzyką podczas wielu godzin spędzonych w sennym, ale i bolesnym przebywaniu na sali pooperacyjnej. Miał dyżur, więc był w dzień i w nocy i potem jeszcze długo po dyżurze. Narzekał i wciąż utyskiwał, że jestem trudną pacjentką, że najgorzej to ze znajomymi, ale tak naprawdę jego oczy mówiły co innego. Był szorstki, gdy omawiał kwestie medyczne i niedelikatny kiedy dotykał ran pooperacyjnych. Gdy mnie stawiał na nogi wydawał oschłe polecenia: wyprostuj się, zegnij tę nogę w kolanie... Jak ty idziesz? - dziwił się.
W gruncie rzeczy ma delikatne dłonie. Z zadziwieniem patrzyłam, jak sprawnie zwijał bandaże i miałam całkiem dziwne skojarzenia. Potem przypomniałam sobie, że chirurdzy ponoć ćwiczą zręczność dłoni i palców właśnie zwijając bandaże. Chyba po raz pierwszy w życiu uznałam jego głos za kojący. Zwykle myślałam, że jest wyważony, pedantycznie zrównoważony... a on jest po prostu kojący. Dolatywał do mnie z każdego zakątka oddziału - przynajmniej takie miałam wrażenie. Kiedy się leży wyciszonym środkami farmakologicznymi mózg uruchamia zupełnie inne funkcje niż podczas normalnej pracy, podczas pełnej świadomości.
Nie miałam innego wyjścia, musiałam pokonać barierę wstydu. Ta bariera tkwiła we mnie, przecież dla niego to codzienność - oglądać pacjentów na stole operacyjnym. Wyrysował na mojej nodze jakiegoś pająka, trasę jak do gry w kolarzy kapslami, porobił kreski itp.; nie widziałam wszystkiego dokładnie. Potem miałam wrażenie, że w miejscu, gdzie był narysowany ten pająk, ktoś wpuścił w moją łydkę haczykowatą sondę wielopalczastą i zaciskając, kręci nią w prawo i lewo. Zabandażowana stopa była jak w imadle, które stopniowo ktoś również zaciskał, aż w końcu ból przechodził w ucisk wielotonowego bloku betonowego. Nie wierzył. Mówił: zdecyduj się, ściska, czy boli, bo jak ściska, to ma ściskać, po to właśnie jest. Ostatnio rehabilitant spostrzegł, że jestem wytrzymała na ból, bo zrobiłam tylko grymas, podczas gdy powinnam wierzgać nogą i krzyczeć, ale przecież nie mogłam mu tego tłumaczyć, bo właściwie to chciałam, by sobie poszedł, bo zaczynałam wymiotować. - Musiałaś podpaść anestezjologom i dali ci jakieś wredne znieczulenie, skoro tak wymiotujesz - skwitował chcąc rozładować sytuację.
Bardziej niż do późnej nocy przychodził. Pewnie ze swej strony był mocniej przejęty niż ja, ale nie omieszkał szorstkim głosem skomentować, że trzęsłam się nie z zimna, tylko z nerwów, bo byłam spięta do granic możliwości. Pewnie byłam. Z wielu powodów. Musiałam pokonać wiele barier, z których zdecydowanie najtrudniejsze było wszelkie obnażenie: z odzienia i ze słabości.
No, w końcu żaden z przyjaciół nie zaglądał do mojego wnętrza tak, jak on.

wtorek, 17 września 2013

Wieczna dziewczynka

O niektórych ludziach można powiedzieć, że urodzili się już starzy, inni zaś mają w sobie coś z dziecka do końca swojego życia, do późnej starości. Nikogo nie trzeba przekonywać, że przyjemniej, radośniej i wzrastająco jest przebywać z tymi drugimi. W każdym razie ja lubię. Lubię i wolę.
Właśnie ona urodziła się po to, by być wieczną dziewczynką. Przyciąga jak magnes. W jej obecności, choć jest skromna i nienarzucająca się, wszyscy inni bledną jakoś i wydają się być nieciekawi. Pewnie przez tę jej skromność moje pierwsze z nią spotkanie, przed wielu laty, pozostawiło zupełnie inne wrażenie. Choć spotykałam ją wtedy cyklicznie przez jakiś czas i miałam czas i możliwość, by się na niej wyznać, nie udało mi się. Widocznie musiało słońce skąpać ją w swoim blasku, lato przyrumienić, bym ujrzała ją w odpowiednim świetle. A może ze mną coś się stało?
Najbardziej urzekający jest jej głos. Rozśmieszała mnie, gdy chcąc kogoś skarcić, mówiła głosem tak łagodnym, jakiego ja latami ciężkich prób nie wyćwiczyłabym w swoim sposobie mówienia. Nie sądzę, aby fakt, że całe życie zawodowe przepracowała w szkole z najmłodszymi dziećmi, miał jakiś wpływ na tę wielką jak ocean łagodność w jej głosie. Taka się pewnie urodziła. I dobrze, że pracowała, gdzie pracowała.
Z czasem zauważyłam, że szukam pretekstu, by spotkać się z nią wczas rano i późno wieczorem. Podświadomie pewnie chciałam zaczynać i kończyć dzień otulona jej głosem.
Żyje kompletnie poza wszelkimi schematami. Gdy pytałam ją o dzieci, ona pytała koleżankę: - Powiedz mi, ile lat mają moje dzieci??? - i była w tym pytaniu tak autentycznie bezradna, że znów się śmiałam. Otaczający ją świat odbiera oczami rozbrykanej, ale dobrze wychowanej dziewczynki, takiej córusi tatusia, co to nie, że jest rozpieszczona, ale która wie, że jest prawdziwą księżniczką. Wszystko więc widzi w otoczce beztroskiej radości. Życie jej nie szczędziło i pewnie dlatego ugruntowała się w niej taka umiejętność. O śmiertelnym zagrożeniu czającym się w jej głowie w postaci tętniaków opowiada jak o czyhającej przygodzie, o której spodziewa się, że będzie najciekawszą i najswawolniejszą z dotychczasowych. Nie ma dla niej tematów tabu, przy czym wszystkie są lekkie, tzn. każdemu zmniejsza wagę. Kiedy dzieliła się ze mną swoimi refleksjami, mogłam się tylko śmiać. Każdym słowem doprowadzała mnie do niepohamowanego, beztroskiego śmiechu.
Krzątała się od świtu i pewnie ostatnia kładła się spać. Czasem, kiedy upał był nie do zniesienia, przychodziła do mnie, jednak częściej siadałyśmy pod parasolem. Wywlekała stosy krzyżówek i mówiła: - Dzisiaj dostaniesz te trudniejsze, by innym razem powiedzieć: - Dziś nie stać cię na myślenie, dostaniesz te dla głupków. Piła kawę za kawą. Inaczej. Na terenie całego ośrodka miała poustawianych kilka kubków z kawą i w zależności od tego, gdzie się zabłąkała, tam odnajdywała kubek i upijała łyk, dwa łyki napoju z mlekiem. Nigdzie długo nie zagrzała miejsca, bo nagle wpadało jej coś do głowy i już, natychmiast musiała wykonać zamierzenie. Tak naprawdę to uciekała przed bólem. Miała złamany kręgosłup. Nigdy nie usłyszałam z jej ust słowa skargi. Za to karmiła mnie wielkim optymizmem. Niewyobrażalnie wielkim. Z czasem zaczęła wyciągać mnie na krótkie spacery. Szłyśmy pod zamek, który przecież sterczał na wyciągnięcie ręki, siadałyśmy na stylowych ławach ogrodowych i ona udawała naiwną, zadając elementarne pytania. Nie sondowała mnie. Chciała poznać mój punkt widzenia. Pewnie jej osoba sprawiła, że to lato zapisze się w mojej pamięci jako jedno z najpiękniejszych, choć byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że tylko jej osoba. I nie wiem czy ona jest tłem miejsca, czy miejsce stanowi tło jej osoby, w każdym razie pokochałam i ją i miejsce szczerą miłością. Harcerski Ośrodek w Korzkwi w gminie Zielonki pod Krakowem stał się dla mnie kolejnym domem.
Na czas wakacji przysposobiłam sobie jej najpiękniejsze powiedzenie. Kiedy ktoś coś przeskrobał, albo ją czymś zadziwił - nieważne chłopak, czy dziewczyna - zwracała się doń zaczynając:
- Oooo!!! Bracie!
Niejednokrotnie zwróciła się w te słowa do mnie. A ja pisząc je, jeszcze dzisiaj śmieję się do rozpuku, przypominając sobie druhnę Halinkę, wieczną dziewczynkę, mówiącą to najgroźniejszym tonem, na jaki ją było stać.


poniedziałek, 16 września 2013

Kolano - temat wciąż aktualny

I pomyśleć, że jeszcze 10 czerwca, a nawet później myślałam, że kolano jest po prostu kolanem! Zadziwiająca ignorancja. Może nie do końca w moim przypadku, kiedy to zaczynam interesować się danym tematem, dopiero gdy się o niego potknę ;). Prawdę mówiąc dokładną budowę anatomiczną tego skomplikowanego mechanizmu poznałam dopiero, gdy dostałam do ręki opis badania MRI i przy użyciu wujaszka Google i cioci Wikipedii rozszyfrowywałam ten gryps. Od tego czasu bez zająknięcia mogę wymienić wszystkie części składowe stawu, a jest ich niemało, bo opis, który otrzymałam wyrażał się dokładnie o każdym elemencie. Niestety bardzo niepochlebnie... W przypadku mojego kolana, w stawie znajduje się nawet więcej niż w normalnym kolanie.
Dzisiaj dowiedziałam się od rehabilitanta pracującego nad odbudową mojego VMO, że jego rola jest już skończona.Może się ze mną spotkać, gdyby mnie coś niepokoiło, albo by sprawdzić postępy, ale teraz to na mnie spada odpowiedzialność za odbudowę mięśnia. On widzi postępy, ja je po prostu czuję. Moja noga zrobiła się stabilniejsza, kolano mniej boli podczas chodzenia, zaczęłam normalnie schodzić po schodach (!), odbyłam kilka marszów, których odległość jest imponująca i nabrałam przekonania, że do czasu zabiegu rekonstrukcji stawu dam radę. Najgorsze są noce. Najbardziej bolące. No i ćwiczenia wykonywane dla odbudowy VMO. Jednak ćwiczenia, choć powtarzane kilka razy dziennie, trwają krótko, natomiast noc dłuży się w nieskończoność. Każdy, komu coś dolega zna tę właściwość nocy, by rozciągać się we wszystkie strony, nie licząc się z poczuciem czasu, głębią, brakiem światła, przestrzenią. W przypadkach bólu czy lęku noc staje się czarną dziurą.
Pewnie, kiedy doktor wsadzi mi śrubę w kość piszczelową i nadbuduje platformę zastępującą łąkotkę oraz wyszpotawi mi lekko kolano, noce będą jeszcze straszniejsze niż te obecne, a i  dnie nie będą przynosiły ulgi... ale to dopiero będzie.
Teraz, corocznym zwyczajem robię przetwory. Sok z malin dojrzewa w wielkich słojach, które zastawiły blat kuchenny i prócz jego aromatycznego zapachu rozchodzącego się przyjemnie po domu, to zapach przecieru pomidorowego zdominował dzisiaj wszystko. Jeszcze trzeba mi paprykę wsadzić w słoiki, by zimą kanapki były kolorowe.
Duża Mała Dziewczynka rozważa, by jechać ze mną na obie operacje, bo nie wyobraża sobie, bym została sama w szpitalu.
Przygotowuję dwie imprezy harcerskie. Obie mają się odbyć obok siebie -  w dniach 8-10 i 11 listopada. I muszę wtedy być na nogach i to nawet bardzo, bo wiele godzin i wiele kilometrów.
Tak więc kolano nie jest tylko zwykłym kolanem. Jest czymś bardzo skomplikowanym, co w dodatku potrafi skomplikować życie.

niedziela, 15 września 2013

Przyszła pisarka*

Któregoś dnia, jednego z pierwszych, pod wieczór przewróciła się podczas gry w badmintona. W nadgarstku zrobił się jej gigantyczny krwiak z wysiękiem, w dodatku rósł w oczach. Nie było innego wyjścia - trzeba było pojechać do szpitala na SOR, bo ręka dziewczyny wyglądała nieciekawie.
Najbliższe miasto było dużym miastem i okazało się, że proporcjonalnie do wielkości aglomeracji wydłuża się czas oczekiwania na SOR-ze. Spędziłyśmy więc wiele godzin na miłej pogawędce, by na koniec dowiedzieć się od lekarza, że jednak nic poważnego się nie stało. Od niej dowiedziałam się, że ona tak ma - często się przewraca, często mdleje. W minionym roku szkolnym podczas jednego z upadków uszkodziła kolano do tego stopnia, że musiała mieć robioną artroskopię. Opowiedziała mi też o swoich zainteresowaniach; lubi czytać, w domu z mamą mają kilka tysięcy woluminów, w przyszłości chciałaby napisać książkę. Bardzo sympatyczna i rozsądna nastolatka, błyskotliwa i inteligentna, niezwykle dojrzała i zrównoważona, uprzejma i kulturalna, przy tym ładna - z ogromnymi oczami, którymi w sposób sobie właściwy oglądała świat.
Kiedy poszukiwałam ochotników do udziału w wieczornicy z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego zażartowałam, że ma wobec mnie dług wdzięczności za to ślęczenie z nią do późnych godzin nocnych w szpitalu. Wyznając się na żarcie, zgodziła się ochoczo. Przygotowanie wieczornicy nie stanowiło dla niej żadnego problemu. Jej cudowna recytacja i interpretacja poezji patriotycznej była głównym filarem tej uroczystości. Nie wiem, czy ma talent pisarski, ale wiem, że na pewno obdarzona została talentem słownej interpretacji cudzych tekstów. Jej głos podczas recytacji brzmiał jak muzyka. Wszyscy trwali w zasłuchaniu.
W kręgu, kiedy iskra przyjaźni dotarła do mnie i chciałam powiedzieć dosłownie ostatnie słowa na pożegnanie dnia, coś głucho spadło na drewnianą podłogę. Było ciemno, ale odgłos charakterystyczny dla bezwładnego ciała kazał mi natychmiast zareagować. To ona zemdlała. Po chwili oprzytomniała. Leżąc jeszcze na ziemi, zaczęła drżeć, ale powiedziała, że to nie z zimna, że zawsze tak jej się dzieje, po omdleniu. Ktoś podał swoją bluzę zanim ktoś inny przyniósł koc. Kiedy powiedziała, że czuje się lepiej, że doszła już do siebie, zaczęłam ją powoli pionizować. Czynność za czynnością, krok za krokiem. Powiedziała, że już chce iść do swojego pokoju. Uszłyśmy kilkanaście metrów i znów zemdlała.
Wezwałam pogotowie.
Dla mnie sprawa była jasna; minionej zimy diagnozowałam Dużą Małą Dziewczynkę w kierunku tej przypadłości, choć przebiegającej u niej ze znacznie mniejszym nasileniem. Ratownicy z pogotowania nieoficjalnie sugerowali to samo. Ratownik wykonał telefon do mamy dziewczyny, by poinformować ją o konieczności zdiagnozowania córki po powrocie z wakacji.
Już do końca pobytu chodziła z obstawą. Ktoś ją asekurował, ktoś podsuwał krzesło, gdy inni stali; wydałam rozkaz zakazujący jej mdlenia... Udało nam się ją ustrzec przed kolejnymi upadkami. Zresztą znalazł się ktoś wyjątkowo zaangażowany w trosce i opiece nad nią. Jej serce zaczęło raźniej bić, a skoro raźniej, to o żadnej bradykardii mowy już nie było.

* Przedstawiane postacie buduję literacko.

sobota, 14 września 2013

Syn swojej matki*

Patrząc na niego zawsze miałam wrażenie, że jest kilka lat starszy niż w rzeczywistości. Wyglądał na wyrośniętego i dojrzałego szesnasto- siedemnastolatka, tymczasem był w wieku trzynastu lat i zaledwie skończył podstawówkę. Smukła sylwetka, kręcone jasne włosy i niebieskie oczy oraz dołki w policzkach stanowiły bodaj największe atrybuty jego wyglądu zewnętrznego, ale to nie one decydowały o jego urodzie. To największe piękno wydobywało się ze środka. Psychikę miał porównywalną do rocznego bobasa, któremu grążąc palcem mówi się: - Ty, ty łobuzie. Nie wciskaj przycisków w telewizorku i komputerku. A mały bobas za plecami manipuluje rączką, by uruchomić sprzęt elektroniczny, wysyłając równocześnie w kierunku rodzica najniewinniejszy i najpiękniejszy uśmiech w świecie. Tak, on właśnie zdecydowanie rozbrajał tym rodzajem uśmiechu. Ale wraz z tym uśmiechem wydobywało się z chłopca to wewnętrzne piękno.
Dziesiątki razy usłyszałam od małych i dużych, że jego obecność w tym miejscu jest wielką pomyłką i czyimś niedopatrzeniem, że dzieci takie jak on, nie powinny się znaleźć wśród innych, bo samą swoją obecnością wpływają deprymująco na rówieśników. Jakże często powielany przez całe środowisko schemat negacji dziecka za winy dorosłych. To do matki, najprawdopodobniej, wszyscy w okolicy mieli pretensje za jej nieobyczajne życie, a on ponosił tego konsekwencje. Nie potrafiąc sobie poradzić z wewnętrzną tragedią i zewnętrznymi atakami, zbierał cięgi w postaci braku jakiejkolwiek akceptacji, społecznego pręgierza, niezliczonych uwag w dzienniku szkolnym i w końcu kiepskich ocen.
Osobiście poszłabym za tym chłopcem w ogień.

Pierwsza albo druga noc, właśnie zaczęła się cisza nocna. Wzmożona praca dla nas, jesteśmy więc wszystkie na nogach i właściwie wszędzie. Któraś z dziewczyn zauważyła, że nie ma go w swoim pokoju, rozpoczęła poszukiwania. Kiedy traciła nadzieję na odnalezienie go, zajrzała na tyły ośrodka. Właśnie wchodził do innego domku. Wypatrzyła go, gdy okrakiem przechodził przez okno. Na plecach miał wypchany plecak.
- Mogę pani pokazać, co mam w środku - powiedział do mnie niepewnie.
- Jasne, że pokażesz - zauważyłam ostro.
- O, proszę! Chipsy i napój - powiedział wyciągając kilka paczek chipsów i ze dwie butelki jakiegoś kolorowego świństwa, jeszcze oryginalnie zakręcone.
- Po coś tu szedł? - zapytałam.
- Obiecałem kolegom, że zrobimy sobie małą imprezkę w nocy. O, tu w tej kieszonce mam jeszcze karty i poza tym nic, proszę zobaczyć... - na dowód prawdomówności odwrócił plecak do góry dnem i potrząsnął nim, choć nie kazałam mu tego robić.
Roześmiałam się. Nie. Wybuchnęłam śmiechem.
Właśnie wtedy po raz pierwszy obdarzył mnie tym swoim najniewinniejszym i najpiękniejszym w świecie uśmiechem małego, nieposłusznego bobasa. Potem już każdego dnia po wielokroć je dostawałam. Kiedy się tak uśmiechał, cały promieniał.
Nie podporządkował się żadnym wymaganiom regulaminowym. Nie chciał też brać udziału w zajęciach; mówił, że nudne, dziecinne... Prosił, aby dać mu w zamian jakąś konkretną pracę do zrobienia. Mając bagaż trudnego doświadczenia, którego mu życie nie poskąpiło, cały czas chodził jak kot, własnymi drogami. Nie było z nim jednak większych problemów.
Ten chłopiec po prostu rozpaczliwie potrzebował akceptacji. Normalnego życia. I miłości.


*Opisywane osoby buduję literacko.

piątek, 13 września 2013

Mam w głowie inny świat

Noc na wawelskim wzgórzu


Kiedyś spotkałam się z pewną młodą osobą, która opowiadała mi, że zapisała się na studia licencjackie z grafiki komputerowej, ale po dwóch semestrach musiała z nich zrezygnować. Zainteresowana przebiegiem nauki na renomowanej uczelni na kierunku, który mnie bardzo interesuje, zaczęłam zadawać dociekliwe pytania, by wiedzieć, czym różni się moja nauka wykonywana samodzielnie w domu, od studiów wyższych. Jedyne, czego się dowiedziałam, to to, że dwa semestry minęły studentom na poznawaniu, opanowywaniu i poruszaniu się w najprostszym z prostych programów, który z poważną grafiką nie ma nic wspólnego.
Stwierdziłam, że nic, kompletnie nic nie tracę nie studiując, a ucząc się samodzielnie i niemal błogosławiłam chwilę, w której nie zdecydowałam się wydać kilkuset złotych na kurs grafiki komputerowej. Nastąpił u mnie co prawda przesyt zdobywania nowych umiejętności, ale tym właśnie różni się samodzielne uczenie się od wszelkiego zinstytucjonalizowanego - można zrobić sobie wakacje wtedy, kiedy odczuwa się taką potrzebę.

Pragnienie zwykłego podskoku... ;)


Nie twierdzę, że perfekcyjnie opanowałam programy graficzne (któż opanował przy takich możliwościach programów?). Wiem za to, że grafika - nawet komputerowa - jest sztuką, więc pewnych rzeczy, np. związanych z estetyką, gustem, poczuciem i smakiem nie przeskoczę, bo mam w sobie to, co mam, ale... mam w swoim  dygitalnym portfolio nieco więcej prac niż jeszcze kilka miesięcy temu, które sprawiają mi satysfakcję ;).

czwartek, 12 września 2013

Obietnica światła

Dopadła mnie chwila słabości, choć tragicznie rozciągliwa we wszystkich wymiarach, nawet w tych, co ich jeszcze nie odkryto. Spowodowały ją lęki na co dzień przyczajone, niekiedy tylko wyzwalające się na wolność. Po niej - może psychika przeczuła? - wiele godzin nocnych z potwornym bólem. Może tylko na zmianę pogody, a może jednak lęki wskazały bólowi drogę na powierzchnię? Przecież lekarz powiedział mi, że ból i kalectwo siedzą w głowie. Teraz, kiedy nieodwołalnie zapadła decyzja, że przed rekonstrukcją kolana muszę mieć jeszcze jeden zabieg, całkiem poważny, nie byłam w stanie stawić czoła przyczajonym lękom.
Mogłam się wygłupiać i żartować przez te wszystkie minione lata z zabiegu, który być może wtedy był lekkim - przynajmniej żartem. Dziś, jeśli nie zrobię tego wcześniej, rekonstrukcja kolana może stać się nawet niebezpieczna dla życia.
A ja boję się bólu. Bardziej od bólu boję się braku samodzielności.
Los jednak zsyła mi spotkanie z Jaśkiem Melą - Człowiekiem, którego niejednokrotnie stawiam za wzór młodym ludziom, z którymi pracuję. Jasiek będzie ze swoją ekipą, z podopiecznymi Fundacji Poza Horyzonty. Mam zamiar zanurzyć się w aurze optymizmu i sile, jaka spowija tego młodego Człowieka i namagnesować nią własną aurę i osobowość. W obliczu Jaśka Meli i jego podopiecznych moje sprawy są, choć bolesną i rodzącą wiele lęków, a jednak błahostką. W końcu, czy nie jestem szczęściarą, że w chwili, w której zrobiło się wokół mnie ciemno od lęku i bólu, dowiaduję się, że zmierza ku mnie ktoś ze światłem?