MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 3 lutego 2013

Wolno mi

Pewien mój znajomy, dla którego żywię serdeczne uczucia, w rozmowie ze mną stwierdził niedawno, że państwo bardzo źle traktuje ludzi mieszkających z dala od miast. Zapewne miał na myśli siebie i swoich sąsiadów, gdyż mieszka z dala od jakiegokolwiek miasta. Czułam w jego głosie wielkie rozgoryczenie, kiedy mówił, żebyśmy wzięli dajmy na to takiego staruszka, który musi dojechać 10 km do najbliższej poczty, by porobić comiesięczne opłaty i jak on ma to zrobić, kiedy zima sroga? Ponieważ w wielu dziedzinach życia jestem impulsywna, w rozmowie również, nie czekając aż rozwinie swoją myśl albo zacznie bardziej utyskiwać, weszłam mu w słowo mówiąc, że przecież jeszcze całkiem niedawno ten staruszek zapewne na piechotę pokonywał dziesięciokilometrowy dystans dzielący go od poczty, bo i sam był młodszy i nie było tyle środków publicznego transportu, a poza tym robił tak przez całe życie, do tego jak świat światem, zanim powstało tak wiele państwowych rozwiązań legislacyjnych i ustawowych, regulacji prawnych itp. to rodzina i sąsiedzi pomagali wszystkim staruszkom wokół oraz słabym lub chorym, więc dlaczego teraz państwo miałoby wyręczać ludzi w byciu ludźmi? Znajomy przyznał mi rację. Może dlatego żywię do niego serdeczne uczucia, bo nie jest człowiekiem, który za wszelką cenę musi postawić na swoim, nie wiem? Jest dobrym partnerem w rozmowie, gdyż pozwala dyskusji ewaluować, podczas gdy większość ludzi przystępuje do wszelkich rozmów z nastawieniem, że muszą przeprowadzić swoją rację jak jakieś twierdzenie matematyczne. 
Kto pokusił się o obserwację młodego pokolenia musiał dokonać przerażających wniosków, że młodzież przesiaduje obok siebie z iPodami, laptopami, czy zwykłymi komórkami i zamiast rozmawiać, czy planować jakieś psikusy, pokazuje sobie, co ma w swoim sprzęcie, na swoim koncie, jakie ciekawostki znalazł w internecie. Przy czym "ciekawostki" należy zawrzeć w cudzysłowie, ponieważ dla większości młodzieży najciekawsze są największe głupoty i totalne bzdury, tak totalne, że gdyby podłączyć je do aparatury pokazującej parametry życiowe, kreska byłaby pozioma i sygnał ciągły. Potrzeba porozumienia werbalnego i kontaktu bezpośredniego na naszych oczach zanika. Dołóżmy do tego tak rozumiane zabezpieczenia socjalne ze strony państwa i jego organów, w stosunku do swoich obywateli, to już na pewno zaniknie w człowieku wszelka wrażliwość na potrzeby słabych, starych i chorych oraz umiejętność, chęć i potrzeba służenia drugiemu człowiekowi. 
Jako obywatele musimy wiedzieć czego powinniśmy domagać się od państwa ale przede wszystkim znać swoje obowiązki wobec drugiego człowieka (że o państwie i świecie nie wspomnę). Nie od dziś wiadomo, że im więcej obwarowań prawnych, tym mniej wolności jednostki i zbiorowości. A człowiek w swojej wolności powinien umieć poczuć, że wolno mu być dobrym i opiekuńczym, pomagając słabszym.

sobota, 2 lutego 2013

Eros, philia i agape


Święty Paweł

Hymn o miłości

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość. 


Dowiedziałam się, że pod polskim słowem "miłość" Biblia kryje aż trzy: eros, philia i agape.
Eros oznacza miłość romantyczną (oczarowanie, tęsknotę) (gr. Amor). 
Philia to miłość przyjacielska, bezinteresowna, lojalna i wierna (gr. Amicitia).
Agape zaś, to miłość duchowa opierająca się na altruizmie i duchowej więzi (gr. Caritas).

Ach, te tłumaczenia Biblii. Zawsze wiedziałam, że czegoś mi brak w określeniu miłości. Nigdy mi to jedno polskie słowo nie wystarczało, by wyrazić (nieraz sama przed sobą), co czuję, jak nazwać jednym, by nie zalewać całym potokiem słów. 

Czasem czuję tak wielką pustkę, w którą się zapadam, że zdaje mi się iż wpadam w nicość. I jak mogłam nie odczuwać tej pustki, skoro nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak nazwać miłość, którą czuję? Chodziłam po omacku, w ciemnościach, które spowijały moją mowę, okaleczoną i niemą. 
Odkrycie słowa nie jest tak ważne, jak jego znaczenie, które się czuje. Bo cóż można powiedzieć o miłości?

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał...



piątek, 1 lutego 2013

Tajemne życie przedmiotów

Jestem zachłanna, bo wedle mojego rozeznania zostałam obdarzona zbyt marnym zmysłem estetyczno artystycznym. Chciałabym więcej w tej mierze i nic na tę moją zachłanność nie mogę poradzić. Jednak choinkę, którą samodzielnie zaprojektowałam i wykonałam podziwiają wszyscy, którzy przekraczają  próg naszego domu. Choinka ma dwa wymiary i troszeczkę trzeciego - jest jak płaskorzeźba. Wisi na ścianie niczym obraz. W domu, w którym królują dwa koty, z których jeden jest rozpuszczony jak dziadowski bicz, niewyobrażalnym jest stawianie drzewka czy to sztucznego, czy żywego. Aby odróżnić lata i nie wprowadzać monotonii i jednakowości, choinka co roku ubierana jest wedle innego zamysłu. W tym roku wypadło na ozdoby ze słomy i drewna. Kiedyś zakupiłam komplet drewnianych figurek aniołów, reniferów i smukłych, wysokich "człowieków" z długą brodą. Wszystkie figurki przebrane są w strój Mikołaja przy czym figurki "człowieków" bardziej wyglądają jak mężczyźni z komedii Moliera - w koszuli nocnej długości 3/4 ze szlafmycą na głowie.
Kilkanaście figurek w zasadzie niczym się od siebie nie różni - zrobione wg trzech wzorów, z powodzeniem można zastosować do platońskiej idei formy. I tu kończy się świat racjonalny, ponieważ jedna z figurek "człowieków" od lat żyje własnym życiem. Któregoś roku "Figura - człowiek" tak baraszkował w swoim świecie, który musi mieć jakieś tajemne przejście do rzeczywistości po jednej i drugiej stronie lustra, że odpadła mu noga. Trzeba wiedzieć, że nogi "Figury - człowieka" są cieńsze od wykałaczki, ale za to obute w solidne buty. Po Bożym Narodzeniu poszedł biedaczek do opakowania wraz z resztą towarzystwa bez nogi, która w dodatku zaginęła. Takie zaginięcie nogi "Figury - człowieka" przy kotach polujących na wszystko, co nowe i nie na swoim miejscu, nie jest niewykonalne. Potem się noga znalazła i musiałam przenosić do przedpokoju krzesło-stopień, otwierać szafę, sięgać po pudło z ozdobami choinkowymi, wysuwać z pawlacza, znaleźć w nim opakowanie z figurami niczym formy platońskie, włożyć luzem obutą nogę "Figury - człowieka" i zapakować wszystko z powrotem. Nie wiem, co działo się z moimi drewnianymi formami przez kolejne lata, bo w następnym roku choinkę stroiły plastry owoców cytrusowych i jabłek, więc figur nie wyciągałam z pawlacza. Nie wiem, czy wychodziły i przekraczały rzeczywistość po obu stronach lustra, czy może wprost z szafy bliżej im było do Narnii, ale kiedy otworzyłam tej Wigilii pudło z opakowaniem, w którym je złożyłam, noga w dalszym ciągu leżała oddzielona od "Figury - człowieka". Może się biedak nauczył funkcjonować z jedną nogą, kto wie?
Strojąc w tym roku choinkę, która jest moim dziełem, którym zachwycają się wszyscy, którzy przekraczają próg naszego domu, postanowiłam przykleić nogę "Figurze - człowiekowi", bo po co miał biedak dyndać na choince z jedną nogą?
Dzisiaj rozbierałam choinkę, bo przecież dom to nie sklep czy przestrzeń publiczna, w której ozdoby świąteczne pojawiają się zanim zgasną znicze na grobach i nikną tuż przed, albo po Nowym Roku. Musiałam więc wyjąć z pawlacza pudło z ozdobami choinkowymi, z niego paczkę na drewniane figurki i drugą na słomiane ozdoby - do tego celu użyłam krzesła-stopnia, następnie delikatnie rozebrałam choinkę i poukładałam wszystkie ozdoby w paczkach i pudełkach, po czym schowałam w pawlaczu.
Kiedy wróciłam do dużego pokoju i spojrzałam na nagą choinkę zobaczyłam moją "Formę - człowieka" wiszącą na choince na wysokości moich oczu. Jestem przekonana, że ściągnęłam wszystkie formy i ozdoby z choinki. Robiłam to nieśpiesznie i z pewną melancholią, że oto kończy się kolejne Boże Narodzenie w moim życiu. Pomyślałam o Miłości, która przyszła - o jej wszystkich formach, jakie mam w sobie dla świata i innych. Delikatnie odczepiałam figury, kładłam na stole potem przekładałam do paczki i pudełka. Spoglądałam na pustą choinkę rozmyślając, że stała się taka uboga bez ozdób - jak człowiek bez myśli albo bez miłości. A ten gościu  - "Figura - człowiek" musiał po prostu kiedyś czmychnąć z choinki, by znów zaznać szaleństwa w rzeczywistości po tej i tamtej stronie lustra, a potem, gdy zorientował się, co się dzieje, że następuje wielkie pakowanie, wrócił pośpiesznie na swoje miejsce, kiedy ja stałam na krześle-stopniu w przedpokoju odwrócona tyłem. Ale za późno. Jego tajemnica wyszła na jaw. Zdradziła go kropla kleju, która perlistą masą wystaje w miejscu przyklejenia nogi. To wciąż ten sam urwipołeć zgłębia tajemnicę życia w innej płaszczyźnie niż dwa wymiary choinki i troszeczkę trzeciego.


czwartek, 31 stycznia 2013

Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu

Szkoda, że ludzie tak szybko zapominają. Szkoda, że wydarzenia wcześniejsze, dzieje pokoleń, które przeszły nie są dla potomnych wystarczającą i dostateczną nauką i przestrogą przed tym, by nie popełniać tych samych błędów. Szkoda, że równie szybko jak o rzeczach przykrych, zapomina się o pięknych kartach historii. O ile święta i dni pamięci o wzniosłych wydarzeniach są ozdobą kalendarza, o tyle drażniące niepokojem są w przypadku czczenia pamięci o tragicznych losach wcześniejszych pokoleń. Ta pamięć powinna być kultywowana na każdym kroku. Wcale nie dla zadręczania narodów ciągłym przypominaniem tragedii, a właśnie dla ustrzeżenia przed powtórką.
W styczniu, który w tym roku mija ślizgając się na topniejącym śniegu, obchodzi się rocznicę wyzwolenia wielu miast i miejscowości Małopolski spod okupacji hitlerowskiej. Już dzisiaj mało jest żyjących świadków tamtych wydarzeń. Choć jeszcze kilka lat temu, kiedy oglądaliśmy zniszczenia, jakich dokonał żywioł - powalony most kolejowy na Popradzie pomiędzy Starym a Nowym Sączem, kupie żelastwa przyglądała się również staruszka, która nadbiegła widocznie z pobliskiego gospodarstwa, bo w podomce narzuconej na codzienne ubrania. Widać bardzo się chciała podzielić z kimś bogactwem i doświadczeniem swojego życia, a że byliśmy tylko my w pobliżu, nam przekazała tę opowieść, jak testament. My, w wieku, w którym umie się już słychać pokolenia staruszków, staliśmy oczarowani, zapamiętując każde słowo, każdy szczegół pięknego bajania. Bo ostatnio ten most poległ w 45 roku. Przy okazji poznaliśmy wojenne dzieje rodziny i sąsiadów staruszki, ruchy wojsk w 1945 roku na linii frontu i wiele innych ciekawostek i faktów.

Dzień 27 stycznia, dzień wyzwolenia KL Auschwitz, kilka lat temu ustanowiono Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Wspominał o tym  w niedzielę 27 stycznia papież Benedykt XVI, wspominano w programach informacyjnych. Niektóre ze stacji telewizyjnych przygotowały wzruszający materiał filmowy.  Dzień później, wieczorem, kiedy miasto spało przykryte śnieżną pierzyną i samochód mknący ulicą nie robił hałasu, jakimś zrządzeniem losu znalazłam się obok obozu Auschwitz. Zawsze kiedy tam jestem mam wrażenie, że i czas, i przestrzeń mają inny wymiar niż w świecie, w którym żyję, poruszam się, bywam. Powietrze tam jest gęste od pamięci. Wyposażone w niebywałą wyrazistość - patrzący przenika czas na wskroś. Może skumulowane są w tym miejscu dusze wszystkich pomordowanych, wszystkich, którzy  zostali złożeni w ofierze Całopalenia, każdej narodowości i wyznania, przede wszystkim Starszych Braci w wierze i to one tworzą taką atmosferę tego miejsca, które wyróżnia się spośród innych miejsc.

Nie można o tym pamiętać tylko 27 stycznia.

wtorek, 29 stycznia 2013

Pajacyk

Obie wnuczki rzuciły się w moje ramiona. Mniejszy Brat wyszedł do przedpokoju, ale prędko wrócił do klocków rozłożonych na dywanie w dużym pokoju i kiedy stwierdził, że nadeszła pora, kiedy babcia będzie się chciała z nim przywitać, zasłonił całą twarz obiema dłońmi i powtarzał: - Było temu, było. Co znaczyło ni mniej, ni więcej: już mnie kiedyś całowałaś, więc nawet nie próbuj. Jak mówię, że dwie dłonie zasłoniły całą twarz Mniejszego Brata, to zasłoniły. Mniejszy Brat jest z plemienia długopalczastych. Od urodzenia zdaje się, że wszystkie palce u jego rąk i nóg są za długie co najmniej o jeden segment. W komplecie do długich paluszków dostał też olbrzymi język, który nie mieści się w jego buzi, przez co nauka mówienia przebiega wyjątkowo śmiesznie.
Spałam z Maleńką Wnuczką w jej dziecinnym łóżeczku. Choć jestem bardzo niskiego wzrostu, łóżeczko Maleńkiej Wnuczki jest i tak zbyt krótkie. Troszkę się poskładałam, jak niegdyś Pluto do walizki podczas pamiętnej podróży pociągiem z Myszką Miki do Connecticut, kiedy to wściekły i węszący podstęp konduktor ścigał ich przez całą drogę, aż w końcu wyrzucił na stacji. Całą noc miałam wrażenie, że piszę scenariusz do nowej kreskówki Disneya...
Rano dostałam poważne zadanie, by przebrać Łaskawej pieluchę. Kiedy pochylałam się nad nią położoną na łóżku w dużym pokoju i walczyłam z wijącym się bobasem, Maleńka Wnuczka stwierdziła, że jeszcze nie była u mnie na barana i natychmiast wskoczyła na moje plecy. Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, Mniejszy Brat błyskawicznie znalazł się również na moich plecach i Mała Duża Córeczka musiała ratować mnie z opresji w jakiej się znalazłam.
Od wczorajszego wieczoru, wysłuchałam niezliczone opowieści o "niektórych ludziach", bo to obecnie ulubiony temat Maleńkiej Wnuczki. Budowałam domy, ulice, garaże i zamki z klocków drewnianych i plastikowych. Ułożyłam wiele puzzli i klocków. Niesamowite, jak dzieci uparcie i bez wytchnienia wprawiają się w rzeczy i sprawy, które je pasjonują. Mniejszy Brat uwielbia wszelkie układanki i całymi dniami układa je tam i z powrotem, tam i z powrotem. Gdyby tak człowiek w procesie dorastania nie nabył tak wielkiego lenistwa jakim legitymuje się dorosły i nie pozbył się wspaniałych cech największego i niezmordowanego odkrywcy, jakim jest każde małe dziecko, żylibyśmy w zupełnie innej rzeczywistości, gdyż tę, jak wiadomo, tworzą ludzie.
Po porannych rundach "na barana" trójki moich wnucząt okazało się, że moje plecy nie chcą się wyprostować. Stwierdziłam, że koniec z zabawą, bo kręgosłup już nadaje się na oddział rehabilitacji. Potem zaczęła się zabawa w samoloty. Zdawało się, że leżąc na ziemi nie nadwyrężę żadnej części ciała. Myliłam się. Wysiadły mi uda. Potem już nawet siedzenie na ziemi i układanie klocków sprawiło, że kolana nie chciały mi się rozprostować. A tu Maleńka Wnuczka wymyśliła, że będziemy robić "pajacyki".
- O nie! - Zaprotestowałam. - Jestem babcią. Rozumiesz? Wiesz, co to znaczy: babcia? - Pytałam. - Babcia to znaczy, że siedzi się w bujanym fotelu i czyta dzieciom książeczki, albo robi swetry i szale na drutach. Można też robić sok malinowy, albo ciasto z jabłkami. Ale na pewno nie robi się pajacyków, jak się jest babcią.


niedziela, 27 stycznia 2013

Róbmy swoje

Może nie tak dawno temu pewna kobieta bardzo obchodziła się ze swoim przywiązaniem do rodziny. Manifestowała to na każdym kroku przyklejając transparenty z hasłami: rodzina jest najważniejsza. Manifestacje tego typu zawsze zapalają czerwoną lampkę w mojej głowie. Od razu podejrzewam, że coś niedobrego musi się dziać, skoro człowiek rozgłasza tak oczywistą oczywistość. Też wszelkie zapewnienia par małżeńskich z jako takim stażem, krótko mówiąc - niemłodych, w których jedno lub oboje całemu światu z wielkim entuzjazmem głoszą, jakiego to mają cudownego współmałżonka lub też publicznie, choćby tylko w niezbyt licznym gronie obcych osób, zapewniają o swojej wielkiej, dozgonnej miłości, jest moim zdaniem głęboko podejrzane.
Pewna kobieta, dla której rodzina była najważniejsza skazała się na samotne macierzyństwo a swoje dziecko na życie w niepełnej rodzinie, bo najwspanialsza nawet rodzina matki nie jest w stanie zapewnić dziecku tej jednej ważnej, niezastąpionej i niepowtarzalnej osoby, jaką jest ojciec.
A i niejedno małżeństwo gruchające do siebie i o sobie całemu światu jak dwa gołąbki, rozpadło się unieszczęśliwiając przy okazji sporo ludzi ze swojego otoczenia, którzy na wieść o tym mogli tylko powiedzieć:
- No to jak doczekaliśmy dni, w których tak wspaniałe małżeństwo nie przetrwało próby czasu i trudu, to co mamy robić my, których miłość wzajemna wyglądała na tle tamtej miłości szaro i nieciekawie?

Nie gadać, tylko robić swoje.

sobota, 26 stycznia 2013

Zniewoleni wolnością

Do hinduskiego mędrca zwrócono się z prośbą o udzielenie wyczerpującej odpowiedzi na temat wolności. Czym jest i czy jest nieograniczona. Ten zapytał rozmówcę, czy potrafi stanąć na jednej nodze.
- Potrafię - odpowiedział.
- A na której potrafisz?
- Na obu.
- To stań, na której chcesz.
Stanął na prawej i czekał na dalsze instrukcje.
Mędrzec przyglądając mu się, zapytał:
- A teraz możesz podnieść drugą nogę?
- No, ale nie da się, bo przecież się przewrócę.
- Tak właśnie jest z wolnością - powiedział wtedy mędrzec - każda podjęta decyzja powoduje, że musisz ponosić jej konsekwencje i następne kroki są zdeterminowane pierwszą decyzją. Wolność więc kończy się po podjęciu tej pierwszej decyzji.

W 1989 roku, w roku przemian politycznych w naszym kraju, najbardziej zachłysnęliśmy się wolnym rynkiem. Po latach pustych półek sklepowych, podstawowych produktów spożywczych skrzętnie wydzielanych na kartki według niemal głodowych racji, braku dosłownie wszystkiego, mnie osobiście - matkę dwójki małych dzieci - uderzyło, że dosłownie na każdym zakręcie i w okolicach zamkniętych popołudniami sklepów, ustawiali się ludzie sprzedający z kartonu postawionego na chodnikowych płytkach banany, owoce kiwi, pomarańcze, cytryny; dalej kawę itp. W całym dotychczasowym życiu banany jadłam może dwa, trzy razy. Cytrusy "rzucali" tylko na święta. Moje pokolenie i starsze pamięta informacje w dzienniku telewizyjnym, że z komunistycznej Kuby wypłynął statek z cytrusami. Potem, że jest już w porcie w Gdańsku i czeka na rozładunek... Zdarzały się lata, że prezenter dziennika telewizyjnego tragicznym głosem informował, że statek z kubańskimi cytrusami nie dotrze do naszego portu na czas.
Tak. Banany i cytrusy oraz całkiem nieznane owoce kiwi sprzedawane wprost z ulicy, to najpierwszy znak uwolnionego rynku. Szybko rozkwitł handel bazarowy. I najradośniejsze było to, że komuś się chciało sprzedawać w sobotnie popołudnie i w niedzielę. Dotąd w okolicach opustoszałego maślanego rynku w sobotnio-niedzielnym czasie można było kupić lody w znajdującej się nieopodal lodziarni. Tzw. "niedziela handlowa" funkcjonowała tylko w przedświątecznym czasie (jedna przed każdymi świętami, czyli raptem dwie w roku) i mówiło się, że "komuniści robią to w celu odciągnięcia ludzi od kościoła".
Skoro handel bazarowy przynosił sprzedającym takie kokosy, a przynosił, bo przecież wszyscy korzystali z wolności jaką była możliwość handlu w niedzielę, szybko właściciele małych sklepików, które rozmnożyły się jak grzyby po deszczu, otwierali na oścież drzwi swoich grajdołków, w których można było kupić wszystko. W zadziwiający sposób wraz z uwolnieniem rynku półki sklepowe zapełniły się niemal natychmiast. Niektóre z nich, głównie te z alkoholem, miały szyld: sklep całodobowy. Po małych rodzimych sklepikach przyszedł czas na hipermarkety sieciowe, które, otwarte przez cały tydzień, rozbestwiły nasze pojmowanie wolności w sferze możliwości robienia zakupów w porze i czasie na każde życzenie. Najdłużej trzymały się dawne sklepy państwowe. One ostatnie uległy przemianom i wymogom wolnego rynku.

Wprawdzie nie toczy się obecnie w mediach debata na temat handlu w niedzielę i związanego z tym zniewoleniem dwóch grup ludzi: zmuszanych do pracy i kuszonych do robienia zakupów, ale rozmowy na temat wolności są jak najbardziej zawsze na czasie.

Niech nikt nie mówi, że handel w niedzielę, nam Polakom urodzonym i wychowanym w poprzednim ustroju, nie jawił się wolnością.
A teraz, jak stanąć na drugiej nodze?




piątek, 25 stycznia 2013

Ocean możliwości

Był moment w ciągu dzisiejszego dnia, kiedy uradowało mnie wielkie odkrycie nowej umiejętności zdobytej podczas samodzielnego kursu grafika www, o której myślałam, że sama jej nie nabędę, że będę musiała zwrócić się do kogoś z prośbą o wyjaśnienie, nauczenie. Podczas przygotowywania kolacji podśpiewywałam nawet coś o przełomie, który nastąpił, bo faktycznie miałam wrażenie, że to bardziej niż milowy krok w nauce i ujarzmianiu programu. Zrobiłam szereg przykładowych prac, aby umiejętność utrwalić poprzez powtarzanie czynności. I byłam taka z siebie dumna! O, jak bardzo byłam dumna...
Aż mnie ta duma doprowadziła z powrotem do punktu, w którym zdaje mi się wiedzieć, że nic nie wiem.
Ale to chyba dobrze?

czwartek, 24 stycznia 2013

Wspaniałość słońca

Ogrom bólu rozgościł się we mnie i kazał mi spędzić sporą część dnia w łóżku. Na szczęście sen pozwolił uciec w nieczucie, ale mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy przebudzałam się z tego płytkiego snu, ból był odczuwalny bardziej i więcej. Nawet kilka promieni słońca, które liznęły świat za oknem po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie spowodowały we mnie spodziewanej radości. Nie można się uśmiechnąć kiedy ból zaanektował ciało.
Tęsknię za światłem. Gruba warstwa chmur, która zalega pod moim niebem nie pozwala się przebić światłu od wielu dni. Mam wrażenie, że od zawsze. A jeszcze niedawno rozważałam ze znajomymi ewentualność spędzenia 4 miesięcy nocy polarnej w północnej Norwegii. Nawet nie wiem, czy aż tyle trwa tam noc polarna, gdybym była, doświadczyłabym i byłabym bogatsza o tę wiedzę. Tylko fajnie jest rozważać i zakładać sobie taką hipotezę, kiedy siedzi się w gronie bliskich i znajomych w ciepłym pokoju własnego domu, który w dodatku jest roziskrzony promieniami słońca prześlizgującymi się po sprzętach, meblach, ludziach. A czym innym byłoby spędzenie czterech miesięcy podczas nieprzerwanej nocy, w obcym miejscu, z dala od ludzi. Najpierw myślałam, że komputer i książki pozwoliłyby czasowi szybko minąć. Dziś, po kilku dniach bez słońca wiem, że nieprzerwany brak światła miałby tragiczne dla mnie skutki.
Ból nie jest zbyt ostry. Wwierca się jednostajnością i ciągłością. Czasem mocniej zaboli, rozleje się strumieniem i mam wrażenie, że sparaliżuje na ułamek sekundy pół ciała. Nieustanie pulsuje, jakby mówił: jestem.
A ja nie wiem, czy wirus albo bakteria są jego przyczyną, czy przypadkiem nie jest on echem bólu, jakiego doznałam na duchu czytając kolejną książkę Khaleda Hosseiniego "Tysiąc wspaniałych słońc". Być może przejęłam na siebie ból, jaki był udziałem życia głównych bohaterek książki - dwóch afgańskich kobiet, których los opisał Hosseini na tle współczesnej historii Afganistanu. Współczesnej!
Afganistan targany wojnami i niekończącymi się najazdami agresorów (łącznie z tymi wewnętrznymi, wyrosłymi w czasie trwających okupacji i wojen), którzy wiedzą lepiej, jak powinni żyć Afgańczycy i jak ich uszczęśliwić, jest krajem w którym pomimo wszystkich doznanych okrucieństw, bólu, niezmierzonych tragedii i oceanu nieszczęścia, ludzie do dziś za poetą powtarzają:

"Nikt nie policzy księżyców, co lśnią na jego dachach ani tysiąca wspaniałych słońc, co kryją się za jego murami".

środa, 23 stycznia 2013

Dobre chwile

Im grubszą warstwą śniegu pokrywa się powierzchnia ziemi, tym bardziej tęsknię za latem i wszystkim, co z nim jest związane. Wczorajsza wyprawa w góry zaostrzyła apetyt. Tylko, czy wyjście na Obidzę jest dzisiaj wyprawą w góry? Śnieg sypał jak w baśni o dziewczynce z zapałkami. Trochę mroziło. Powietrze miało wielką wilgotność, więc mróz się potęgował i gdy tylko ściągałam rękawiczki, by zrobić zdjęcie, wbijał się w skórę dłoni kłującymi igłami i siekł do bólu. Wszystkie widoki zasłoniła gruba kurtyna gęsto spadających z nieba płatków śniegu. Były olbrzymie i w takiej ilości, że gdyby rozhulał je wiatr, trzeba by było powiedzieć, że to zamieć śnieżna. Wiedziałyśmy, że gdzieś w głębi śnieżycy, najpierw powyżej nas, potem poniżej są pasma górskie, które tak dobrze znamy. Z wielkim zdziwieniem oglądałyśmy "drewniany strumyk", który gdy przeciekł, zarosły naokół lodowe stalagmity i stalaktyty, bo przecież nie były to zwykłe sople.
Błogosławione chwile z bliskim człowiekiem. Nieustanna paplanina i wybuchy śmiechu, które tłumił padający śnieg. To najcenniejsze z całej tęsknoty, która mnie oplata. W tym gęstym śniegu czułam się dobrze, może nawet lepiej niż na otwartej niczym nieograniczonej przestrzeni. Nieprzeźroczystość powietrza otuliła mnie i czułam się bezpiecznie.
Daleko od domu zorientowałam się, że nie założyłam opasek na kolana. Od lat się bez nich nie ruszam na górskie wycieczki. Ogarnęła mnie panika. Gotowa byłam zrezygnować, ale nakazałam sobie myśleć racjonalnie i nie zachowywać tak jakbym była uzależniona od tych opasek. Więc nowe buty spisały się na medal. Chyba pierwsze w moim życiu specjalistyczne buty, dedykowane do łażenia po górach odciążyły kolana i zmusiły nogi do prawidłowej pracy odpowiednich partii mięśni. Dlatego dzisiaj to bolące łydki, a nie kolana nie pozwoliły mi schodzić po schodach.
Herbata w bacówce pachniała malinami choć była zwykłą herbatą ekspresową. Na obiad nie pora, więc chyba pierwszy raz w życiu nie jadłyśmy obiadu w bacówce.Wszystkie ławki po drodze, ta przy "drewnianym strumyku" i inne oraz te przed bacówką stoją zasypane grubą czapą śniegu. Aż prosiły, by na nich usiąść, nam jednak brakło fantazji.
Im większa czapa śniegu na dachach i innych powierzchniach, im grubsza warstwa śniegu na ziemi, im bardziej temperatura spada w dół, tym bardziej tęsknię do lata i wszystkiego tego, co niesie.
Lubię te moje tęsknoty.



Sople przy "drewnianym strumyku"


Przed bacówką na Obidzy
W drodze, Beskid Sądecki