MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 22 lutego 2015
czwartek, 19 lutego 2015
Sen nie sen, ale mara
Przyszła do mne we śnie, choć nie była snem. Stanęła blisko. Tak blisko, że po kilku mgnieniach, w których tak wiele się zdarzyło, stałyśmy się jednym. Teraz nie wiem czy to ja stałam się nią, czy raczej ona mną. Mogło być i tak, i tak. Bo ona mogła stać się mną ze względu na to, żebym całą sobą odczuła to, co chciała mi pokazać, bo przecież sen to nie opowieść tylko projekcja. W tej projekcji nie byłam biernym widzem, podglądaczem - byłam w centrum wydarzeń, więc dlatego podejrzewam, że mogłam tak mocno zareagować emocjonalnie, że zjednoczyłam się z jej bytem i to ja stałam się nią. To przecież nie jest takie ważne. Przynajmniej teraz tak mi się wydaje.
Kiedy byłam na granicy snu i jawy pamiętałam wszystko bardzo dokładnie. Im grubszą kreską oddzielał się sen od tego, co tu i teraz rzeczywiste, tym bardziej mgliste stawały się obrazy. Więc kiedy się budziłam słyszałam, jak ona mówiła:
- Nie zapomnij o tym opowiedzieć.
- Skąd mam wiedzieć, że jesteś prawdziwa? Możesz być zlepkiem wszystkich historii, które ostatnio czytałam?
- Tamte czytane historie były relacjami. W dodatku nie osobistymi relacjami osób, których dotyczyły, a zimnym reporterskim zapisem.
- O, nie! Zbyt często ponosi mnie wyobraźnia, bym mogła zaufać marze sennej.
- Pamiętaj: na dowód mojego isnienia masz ten medalion. Zapamiętaj przynajmniej ten jeden. I słowa Krycińskiego: Panie? Czemu myśmy się tak nawzajem rżnęli? Sąsiad sąsiada. Czy to jakiś amok był. Czy nam Pan Bóg rozumy poodbierał. Co to było?
Rzeczywiście do tej pory wyraźnie widzę jakiś rodzaj medalionu, który nazwałabym raczej nieśmiertlenikiem, gdyby nie to, że był drewniany i miał wydłubaną postać na wzór Madonny ujętej z profilu. Miała tych medalionów wiele, każdy był inny i wiązał się z innymi przeżyciami. Wtedy, gdy śniałam, wydawało mi się, że zapamiętam wszystkie. Zwłaszcza, że każdy zrobiony był z innego materiału, każdy miał tragiczną historię i każdy był niepowtarzalny. Tymczasem, gdyby nie zwróciła mi uwagi, bym przynajmniej ten jeden zapamiętała, już nawet obraz jego zamazałby się w mojej pamięci, jak wszystko inne. Ten był drewniany, ale kiedy się na niego patrzyło i kiedy się go dotykało sprawiał wrażenie, jakby przeleżał na dnie górskiego potoku - drewno było tak wypłukane, gładkie a postać niewyraźna, zatarta, rozmyta. To ona była na tym medalionie. Kiedy stałyśmy się jednym - po to, bym na własnej skórze i własnym czuciem odczuła to, co ją w życiu spotkało - wyraźnie czułam kanciastość i chropowatość medalionu wykonanego w którymś z obozów. Czułam jak ranił moją własną skórę. Nie był mały, miał z 10 cm długości a może i więcej.
Byłam z nią we wszystkich najtrudniejszych i najboleśniejszych chwilach jej życia. Analizując wszystko, jej życie składało się chyba tylko z takich chwil. Po wielu godzinach od kiedy wkroczyłam w świat rzeczywisty wiele z przeżyć, myśli i odczuć zatarło się w mojej pamięci. Za bardzo, bo przecież miały być wyraźne, by dać świadectwo. Za to wyraźnie pamiętam, jak na początku usiłowałam targować się, że przecież to wszystko nie mogło być jej udziałem, że starczyłoby tego nieszczęścia na wiele istnień. I tak o wiele za wiele. Była/m w obozie koncentracyjnym. I podczas przesłuchań w wojennym więzieniu. Potem w obozie pracy na zsyłce, na jakiejś nieludzkiej ziemi. Znów na przesłuchaniach w więzieniu reżimowym. Wszędzie bicie, gwałty, głód, zimno, beznadzieja. Wieczna wędrówka i tułaczka pozbawiona okruchów człowieczeństwa. Im bardziej zagłębiałam się w jej życie, w bycie nią, tym bardziej stawało się wiarygodne, prawdziwe, że to wszystko przytrafiło się jednej i tej samej osobie. Tylko jednej, choć nie jedynej. Bo takich jak ona były miliony. Były obecne, ale oddalone od siebie - ode mnie i od niej - jak wyspy na odległych archipelagach. Każdy sam musiał przejść tę gehennę. Mój sen był jak młyn najnowszych dziejów mojego narodu.
Widzę wyraźnie i czuję w dłoniach gładką chropowatość medalionu z drewna, na którym zapisana jest jej historia. I słyszę jak przypomnienie słowa tamtego staruszka znad Sanu, nieważne jakiej on był narodowości - czy był Rusinem, czy Polakiem - ot, człowiek, który w latach wojennych i powojennych wiele doświadczył: Panie? Czemu myśmy się tak nawzajem rżnęli? Sąsiad sąsiada. Czy to jakiś amok był. Czy nam Pan Bóg rozumy poodbierał. Co to było?
Reszta zamgliła się jak sen.
Jesteś mądry. Sam wyciągniesz wnioski, Czytelniku.
Kiedy byłam na granicy snu i jawy pamiętałam wszystko bardzo dokładnie. Im grubszą kreską oddzielał się sen od tego, co tu i teraz rzeczywiste, tym bardziej mgliste stawały się obrazy. Więc kiedy się budziłam słyszałam, jak ona mówiła:
- Nie zapomnij o tym opowiedzieć.
- Skąd mam wiedzieć, że jesteś prawdziwa? Możesz być zlepkiem wszystkich historii, które ostatnio czytałam?
- Tamte czytane historie były relacjami. W dodatku nie osobistymi relacjami osób, których dotyczyły, a zimnym reporterskim zapisem.
- O, nie! Zbyt często ponosi mnie wyobraźnia, bym mogła zaufać marze sennej.
- Pamiętaj: na dowód mojego isnienia masz ten medalion. Zapamiętaj przynajmniej ten jeden. I słowa Krycińskiego: Panie? Czemu myśmy się tak nawzajem rżnęli? Sąsiad sąsiada. Czy to jakiś amok był. Czy nam Pan Bóg rozumy poodbierał. Co to było?
Rzeczywiście do tej pory wyraźnie widzę jakiś rodzaj medalionu, który nazwałabym raczej nieśmiertlenikiem, gdyby nie to, że był drewniany i miał wydłubaną postać na wzór Madonny ujętej z profilu. Miała tych medalionów wiele, każdy był inny i wiązał się z innymi przeżyciami. Wtedy, gdy śniałam, wydawało mi się, że zapamiętam wszystkie. Zwłaszcza, że każdy zrobiony był z innego materiału, każdy miał tragiczną historię i każdy był niepowtarzalny. Tymczasem, gdyby nie zwróciła mi uwagi, bym przynajmniej ten jeden zapamiętała, już nawet obraz jego zamazałby się w mojej pamięci, jak wszystko inne. Ten był drewniany, ale kiedy się na niego patrzyło i kiedy się go dotykało sprawiał wrażenie, jakby przeleżał na dnie górskiego potoku - drewno było tak wypłukane, gładkie a postać niewyraźna, zatarta, rozmyta. To ona była na tym medalionie. Kiedy stałyśmy się jednym - po to, bym na własnej skórze i własnym czuciem odczuła to, co ją w życiu spotkało - wyraźnie czułam kanciastość i chropowatość medalionu wykonanego w którymś z obozów. Czułam jak ranił moją własną skórę. Nie był mały, miał z 10 cm długości a może i więcej.
Byłam z nią we wszystkich najtrudniejszych i najboleśniejszych chwilach jej życia. Analizując wszystko, jej życie składało się chyba tylko z takich chwil. Po wielu godzinach od kiedy wkroczyłam w świat rzeczywisty wiele z przeżyć, myśli i odczuć zatarło się w mojej pamięci. Za bardzo, bo przecież miały być wyraźne, by dać świadectwo. Za to wyraźnie pamiętam, jak na początku usiłowałam targować się, że przecież to wszystko nie mogło być jej udziałem, że starczyłoby tego nieszczęścia na wiele istnień. I tak o wiele za wiele. Była/m w obozie koncentracyjnym. I podczas przesłuchań w wojennym więzieniu. Potem w obozie pracy na zsyłce, na jakiejś nieludzkiej ziemi. Znów na przesłuchaniach w więzieniu reżimowym. Wszędzie bicie, gwałty, głód, zimno, beznadzieja. Wieczna wędrówka i tułaczka pozbawiona okruchów człowieczeństwa. Im bardziej zagłębiałam się w jej życie, w bycie nią, tym bardziej stawało się wiarygodne, prawdziwe, że to wszystko przytrafiło się jednej i tej samej osobie. Tylko jednej, choć nie jedynej. Bo takich jak ona były miliony. Były obecne, ale oddalone od siebie - ode mnie i od niej - jak wyspy na odległych archipelagach. Każdy sam musiał przejść tę gehennę. Mój sen był jak młyn najnowszych dziejów mojego narodu.
Widzę wyraźnie i czuję w dłoniach gładką chropowatość medalionu z drewna, na którym zapisana jest jej historia. I słyszę jak przypomnienie słowa tamtego staruszka znad Sanu, nieważne jakiej on był narodowości - czy był Rusinem, czy Polakiem - ot, człowiek, który w latach wojennych i powojennych wiele doświadczył: Panie? Czemu myśmy się tak nawzajem rżnęli? Sąsiad sąsiada. Czy to jakiś amok był. Czy nam Pan Bóg rozumy poodbierał. Co to było?
Reszta zamgliła się jak sen.
Jesteś mądry. Sam wyciągniesz wnioski, Czytelniku.
piątek, 6 lutego 2015
środa, 4 lutego 2015
Harcmistrz Janusz Korpak
Odwiedziłam dziś "jednego z najstarszych starowinków" (bo to był on, nie ona) w naszym hufcu. Razem z niedawno zmarłym dh. Hałasem zdawał maturę w Męskim Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu w 1948 r., choć tak naprawdę urodził się rok później niż Profesor. Zawierucha wojenna itp. On akurat, wraz z rodzicami i rodzeństwem, dosłownie w ostatniej chwili umknął z Wołynia przed tym okrutnym ludobójstwem dokonanym na Polakach w latach II wojny światowej. Odwiedziłam go w związku z Profesorem, a gdy się wybierałam, Mała Duża Dziewczynka powiedziała mi: - Tylko nie zapomnij sobie wziąć słoika dżemu, skoro wybierasz się do "jednego z najstarszych starowinek".
Oczywiście od dawna jestem zdania, że starości nie wyznaczają lata, tylko mentalność, więc człowiek, który mnie gościł - Druh hm. Janusz Korpak - nigdy stary nie będzie, pomimo, że wiek ma słuszny. Zapraszając mnie do swojego domu, zaprosił mnie równocześnie do świata swojego dzieciństwa, lat młodzieńczych, młodości i życia dojrzałego. W dodatku był to świat wypełniony po brzegi wartościowymi ludźmi w harcerskich mundurach. Pokazał mi i opowiedział miasto swojego urodzenia i Nowy Sącz, o którym mówi, że jest jego drugim miastem rodzinnym. Ale też wiele miejsca w jego skrupulatnych kronikach i pięknych opowieściach zajmowały wszelkie harcerskie przedsięwzięcia: obozy, biwaki, kursy kształceniowe dla kadry, wędrówki górskie po Beskidzie i Pieninach, albo do Pienin, jak o nich mówił. Opowiedział o pierwszej powojennej wędrówce do Pienin przez Beskid Sądecki, która rozpoczęła się już w Nowym Sączu... Z Nowego Sącza do Szczawnicy, przez Rytro, Radziejową, Rogacze! Z plecakami, prowiantem, namiotami, kocami, menażkami - ze wszystkim, co do biwakowania niezbędne, na nogach. Kolej nie jeździła, bo tory nie były jeszcze odbudowane; tunel w Muszynie zasypany na skutek działań wojennych i liczne inne uszkodzenia. Jeden z harcerzy niósł podczas tej wyprawy w plecaku budzik. Tak, taką wielką cebulę, bo przecież małych budzików wtedy nie było. I wiąże się z tym nawet anegdota, jak to wszyscy długo w noc siedzieli przy ognisku na leśnej polanie nieopodal ruin zamku w Rytrze po zejściu z Makowicy, pod najwspanialej w życiu Druha Janusza rozgwieżdżonym niebem, rozkoszowali się tymi czarownymi chwilami i poszli spać grubo po północy. Mieli rozłożone namioty, które tylko z wyglądu i nazwy były namiotami, bo były to po prostu cztery poniemieckie płachty brezentowe rozciągnięte na kijach, tworzące jakby sam czubek namiotów, które kojarzą się z namiotami Anglików na pustyni. Na ziemi wymoszczonej jedliną w takim prowizorycznym namiocie kładło się czterech harcerzy i tak spędzali noc. Zaledwie więc pousypiali, by nabrać sił po jednym, a przed kolejnym dniem trudnej górskiej wędrówki, delikwentowi zadzwonił budzik w plecaku. Młodzi nie znają tego terkoczącego dźwięku mechanicznych budzików, muszą więc uwierzyć, że umarłego stawiał na nogi, cóż dopiero mówić o kilkunastu harcerzach w leśnej głuszy ponad Popradem. Aż dzisiaj, opowiadając mi to, Druh Janusz śmiał się (zapewne) jak wtedy. No i właśnie podczas tej i innych opowieści zobaczyłam w nim małego chłopca skorego do różnych żartów i psot, który tylko ukrył się w ciele "jednego z najstarszych starowinków" i utknął tam już od jakiegoś czasu.
Ileż wątków poruszyliśmy podczas tych kilku godzin naszego wspólnego przebywania?! Może nie dosłownie, ale postanowiliśmy, że staną się one dla nas punktem zaczepienia do kolejnych rozmów. Bo tak jak Druh Janusz pokazał mi ogromne rozlewisko na Czerczu, w latach czterdziestych w Kosarzyskach ponad foluszem, po którym pływali łódką, a którego próżno dziś szukać, bo wszystkie potoki jakby mniej zasobne w wodę, tak on jawi mi się takim rozlanym źródłem bogatym w wiedzę, wspomnienia i doświadczenie wielkiej historii i to nie tylko małej ojczyzny.
Oczywiście od dawna jestem zdania, że starości nie wyznaczają lata, tylko mentalność, więc człowiek, który mnie gościł - Druh hm. Janusz Korpak - nigdy stary nie będzie, pomimo, że wiek ma słuszny. Zapraszając mnie do swojego domu, zaprosił mnie równocześnie do świata swojego dzieciństwa, lat młodzieńczych, młodości i życia dojrzałego. W dodatku był to świat wypełniony po brzegi wartościowymi ludźmi w harcerskich mundurach. Pokazał mi i opowiedział miasto swojego urodzenia i Nowy Sącz, o którym mówi, że jest jego drugim miastem rodzinnym. Ale też wiele miejsca w jego skrupulatnych kronikach i pięknych opowieściach zajmowały wszelkie harcerskie przedsięwzięcia: obozy, biwaki, kursy kształceniowe dla kadry, wędrówki górskie po Beskidzie i Pieninach, albo do Pienin, jak o nich mówił. Opowiedział o pierwszej powojennej wędrówce do Pienin przez Beskid Sądecki, która rozpoczęła się już w Nowym Sączu... Z Nowego Sącza do Szczawnicy, przez Rytro, Radziejową, Rogacze! Z plecakami, prowiantem, namiotami, kocami, menażkami - ze wszystkim, co do biwakowania niezbędne, na nogach. Kolej nie jeździła, bo tory nie były jeszcze odbudowane; tunel w Muszynie zasypany na skutek działań wojennych i liczne inne uszkodzenia. Jeden z harcerzy niósł podczas tej wyprawy w plecaku budzik. Tak, taką wielką cebulę, bo przecież małych budzików wtedy nie było. I wiąże się z tym nawet anegdota, jak to wszyscy długo w noc siedzieli przy ognisku na leśnej polanie nieopodal ruin zamku w Rytrze po zejściu z Makowicy, pod najwspanialej w życiu Druha Janusza rozgwieżdżonym niebem, rozkoszowali się tymi czarownymi chwilami i poszli spać grubo po północy. Mieli rozłożone namioty, które tylko z wyglądu i nazwy były namiotami, bo były to po prostu cztery poniemieckie płachty brezentowe rozciągnięte na kijach, tworzące jakby sam czubek namiotów, które kojarzą się z namiotami Anglików na pustyni. Na ziemi wymoszczonej jedliną w takim prowizorycznym namiocie kładło się czterech harcerzy i tak spędzali noc. Zaledwie więc pousypiali, by nabrać sił po jednym, a przed kolejnym dniem trudnej górskiej wędrówki, delikwentowi zadzwonił budzik w plecaku. Młodzi nie znają tego terkoczącego dźwięku mechanicznych budzików, muszą więc uwierzyć, że umarłego stawiał na nogi, cóż dopiero mówić o kilkunastu harcerzach w leśnej głuszy ponad Popradem. Aż dzisiaj, opowiadając mi to, Druh Janusz śmiał się (zapewne) jak wtedy. No i właśnie podczas tej i innych opowieści zobaczyłam w nim małego chłopca skorego do różnych żartów i psot, który tylko ukrył się w ciele "jednego z najstarszych starowinków" i utknął tam już od jakiegoś czasu.
Ileż wątków poruszyliśmy podczas tych kilku godzin naszego wspólnego przebywania?! Może nie dosłownie, ale postanowiliśmy, że staną się one dla nas punktem zaczepienia do kolejnych rozmów. Bo tak jak Druh Janusz pokazał mi ogromne rozlewisko na Czerczu, w latach czterdziestych w Kosarzyskach ponad foluszem, po którym pływali łódką, a którego próżno dziś szukać, bo wszystkie potoki jakby mniej zasobne w wodę, tak on jawi mi się takim rozlanym źródłem bogatym w wiedzę, wspomnienia i doświadczenie wielkiej historii i to nie tylko małej ojczyzny.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Wakacje w Korzkwi
"Jest sroga zima, ja o lecie już myślę nieśmiało..." Nie! Nie nieśmiało. Moje myślenie idzie pełną parą. Właściwie to od zakończenia zeszłorocznego obozu nie przestałam myśleć. Nasze, z Paseczkiem, spotkania zawsze schodzą na temat minionych obozów i na temat tego, który będzie. Bo, gdy wróciłam w ubiegłym roku z Korzkwi powiedziałam do Dużej Małej Dziewczynki, że jeszcze nigdy nie miałyśmy tak wspaniałego obozu i tak cudownych dzieci.
- Co roku obie tak mówicie. - Skwitowało moje dziecko, które już od dwóch lat nie spędza ze mną wakacji.
- Tak? - zdziwiłam się mocno i w nanosekundach dokonałam retrospekcji. - Chyba masz rację. Tak. Masz rację.
Kiedy w ubiegłym tygodniu odebrałam pierwszy telefon od rodzica jednego z naszych dzieci, uświadomiłam sobie, że lato jest tuż, tuż. Stoi niemal za progiem. Możemy więc razem z Paseczkiem snuć wizje kolejnej pięknej przygody. Nasze obozy charakteryzują się tym, że liczą niewielu uczestników, dzięki czemu udaje nam się stworzyć niezwykłą atmosferę. My wciąż się czegoś od dzieci uczymy. Uczymy się również jak być z dzieckiem i każda chwila, każde zdarzenie - nawet najzwyklejsze - jest dla nas bardzo cennym doświadczeniem i wielką lekcją pokory i miłości.
Iza też nie może się doczekać lata. Lata z nami. Tych zaledwie kilkunastu dni. Druhna Halinka obiecuje znowu wynająć mi swoją osobistą lampkę nocną, której Paseczek nadała imię "Łysej Śpiewaczki". Dziś rozmawiałam z Druhną Halinkę. Podczas rozmowy wyszło, że już mam premię na dziurkacz.
Wszyscy i wszystko w Ośrodku Harcerskim w Korzkwi czeka na nas. My też nie możemy się doczekać. Bo przytrafiają się tam czarowne, niezwykłe chwile. Przypływają z nurtem potoku Korzkiewki. Drzewa strząsają je z kroplami rosy o świcie, jeszcze zanim ktokolwiek się obudzi. Tkwią na stoku góry z zamkiem "orlim gniazdem" i połyskują z miliardach gwiazd na Mlecznej Drodze, która rozpościera się na korzkiwskim niebie.
Ja o lecie już myślę...
- Co roku obie tak mówicie. - Skwitowało moje dziecko, które już od dwóch lat nie spędza ze mną wakacji.
- Tak? - zdziwiłam się mocno i w nanosekundach dokonałam retrospekcji. - Chyba masz rację. Tak. Masz rację.
Kiedy w ubiegłym tygodniu odebrałam pierwszy telefon od rodzica jednego z naszych dzieci, uświadomiłam sobie, że lato jest tuż, tuż. Stoi niemal za progiem. Możemy więc razem z Paseczkiem snuć wizje kolejnej pięknej przygody. Nasze obozy charakteryzują się tym, że liczą niewielu uczestników, dzięki czemu udaje nam się stworzyć niezwykłą atmosferę. My wciąż się czegoś od dzieci uczymy. Uczymy się również jak być z dzieckiem i każda chwila, każde zdarzenie - nawet najzwyklejsze - jest dla nas bardzo cennym doświadczeniem i wielką lekcją pokory i miłości.
Iza też nie może się doczekać lata. Lata z nami. Tych zaledwie kilkunastu dni. Druhna Halinka obiecuje znowu wynająć mi swoją osobistą lampkę nocną, której Paseczek nadała imię "Łysej Śpiewaczki". Dziś rozmawiałam z Druhną Halinkę. Podczas rozmowy wyszło, że już mam premię na dziurkacz.
Wszyscy i wszystko w Ośrodku Harcerskim w Korzkwi czeka na nas. My też nie możemy się doczekać. Bo przytrafiają się tam czarowne, niezwykłe chwile. Przypływają z nurtem potoku Korzkiewki. Drzewa strząsają je z kroplami rosy o świcie, jeszcze zanim ktokolwiek się obudzi. Tkwią na stoku góry z zamkiem "orlim gniazdem" i połyskują z miliardach gwiazd na Mlecznej Drodze, która rozpościera się na korzkiwskim niebie.
Ja o lecie już myślę...
środa, 21 stycznia 2015
Za zniesiem celibatu
Kiedy Mała Duża Dziewczynka z mężem i trójką dzieci
zamieszkują na wsi nieopodal kościoła, z wieży kościelnej rozbrzmiewają tylko dzwony.
Ale za to co 15 minut. Po jakimś czasie proboszcz montuje modne wszędzie, więc
czemu nie tu, melodyjki. Jest tak zaabsorbowany nowym gadżetem kościoła, że do
jego uszu nie dochodzi coraz głośniejszy pomruk niezadowolenia parafian z
podwójnej „przyjemności” rozbrzmiewającej z wieży kościelnej na całą wieś. Ludzie
niby między sobą gadają ale za to coraz głośniej. W końcu moje dziecko – małe ciałem
ale wielkie duchem, bo tak właśnie ją ukształtowałam – ma odwagę, więc
telefonuje do księdza z prośbą o wyciszenie, zmniejszenie częstotliwości a
najlepiej wyłączenie tych wątpliwych przyjemności. Powołuje się na konieczność
spokojnego snu całkiem maleńkich dzieci. W ślad za Małą Dużą Dziewczynką,
ośmieleni jej przykładem, idą inni. Jednak proboszcz uznaje, że sam zdecyduje
za całą społeczność i postanawia zachować swój nowy gadżet przy (u)życiu. W
końcu wydał na to sporo pieniędzy – podśmiewają się wierni. Po jakimś czasie „program”
z wieży kościelnej nadawany jest jednak nieco ciszej. Nie zmienia to faktu, że
melodie grają a dzwony dzwonią i to nie tylko by oznajmić południe, wezwać na
Anioł Pański czy w niedzielę na sumę; grają każdego dnia sprawiedliwie od świtu
do nocy. W nocy również.
No, może być całkiem sympatycznie, gdy przyjeżdża się w
odwiedziny na krótki czas i napotyka się na taki folklor, choć Mała Duża
Dziewczynka donosi, że niektórzy z gości twierdzą, że w takich warunkach
mieszkać by nie mogli, prześcigają się nawet w pomysłach, co zrobić, by uciszyć
dzwony i melodie. Mają pomysły, oj mają!
Aż przyjechałam w odwiedziny do Małych Ludzi na dłużej.
Miały być akademie w przedszkolu na Dzień Babci, wiersze, piosenki, występy –
niebywałe wzruszenia. Zamiast tego Mali Ludzie, jak jeden mąż, chorzy.
Temperatura sięgająca blisko 40⁰C, kaszel, katar ze smarami po pas, wymioty
flegmą, bóle brzucha, głowy i wszystkiego, co jest możliwe. Mali Ludzie
pokładają się i lecą przez ręce. Płaczą i marudzą. Troje przedszkolaków
równocześnie bardzo chorych! Kto miał choćby jedno dziecko ten mniej więcej wie
o czym mówię.
Należy się domyślać, że proboszcz dzieci nie miał. Będę
złośliwa i powiem, że nawet jeśli miał, to we wsi, nie na plebanii. Nie mogę
nie być złośliwa, ponieważ doświadczyłam drugiej nocy z całą trójką mocno
gorączkujących, kaszlących, smarkających, wymiotujących, z bólami głowy,
brzucha i wszystkiego co możliwe, dzieci. Przez kolejną noc, co chwilę budziło
się któreś z nich. Z płaczem i bólem i całym nieszczęściem, które ukoić może
tylko mamusia. Mamusia chodzi już na rzęsach. Dzieci chorują, zwłaszcza od
kiedy poszły do przedszkola, niemal bez przerwy.
I kiedy dzieci nad ranem po drugiej nocy usnęły, kiedy
mamusia mogła położyć się w swoim łóżku na dłużej, zadzwoniły dzwony. Z wielką
radością oznajmiając, że już dzień! Obudziły jedno dziecko. Dziecko zaczęło
płakać. Od tego płaczu obudziły się
kolejne dzieci…
Bardzo, ale to bardzo jestem za! Za zniesieniem celibatu. Niech
ksiądz proboszcz ma dzieci na plebanii. Skoro nie ma innej możliwości nauczenia tolerancji i zrozumienia.
niedziela, 18 stycznia 2015
Zyndranowa - Muzeum Kultury Łemkowskiej
O Teodorze Goczu z Zyndranowej dowiedział się Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, z Internetu. Myśl, by pojechać na miejsce i zobaczyć czego dokonał w swojej rodzinnej miejscowości dojrzewała w nas przez kilka miesięcy. Nie! Było inaczej. Byliśmy gotowi pojechać od razu, ale właśnie co zakończyliśmy ubegłoroczny sezon wycieczkowy i oddaliśmy się zimowemu otępieniu.
Dziś podjęłam postanowienie, że zwłaszcza iż dzień ponury z aury, nie możemy poddać się tej ponurości. Najlepiej zwalczyć ją nawiedzeniem Zyndranowej.
O Teodorze Goczu najprościej można powiedzieć, że był łemkowskim Kumłykiem.
Dziś podjęłam postanowienie, że zwłaszcza iż dzień ponury z aury, nie możemy poddać się tej ponurości. Najlepiej zwalczyć ją nawiedzeniem Zyndranowej.
O Teodorze Goczu najprościej można powiedzieć, że był łemkowskim Kumłykiem.
czwartek, 15 stycznia 2015
Habilitowani fejsbukowicze
Zaniepokoiła mnie samoocena N. Jest na tragicznie niskim poziomie.
Od początku.
Rozmawiałam z N. telefonicznie (telefon lub mail, to najskuteczniejszy sposób skomunikowania się z Natalią) i znów natknęłam się na straszne braki N. w wiedzy ogólnej, tj. dotyczącej wydarzeń z życia CISOWCÓW - grupowego i indywidualnego. Niektóre sprawy musiałam tłumaczyć jej niemal od początku świata; brakuje jej wielu skojarzeń z niezliczonymi wydarzeniami, które działy się bez jej obecności w naszym gronie. CISOWCE znają źródło zwyczajowej nieobecności N. mające swój początek na pamiętnym ognisku u M., u zarania dziejów w Piwnicznej-Zdroju.
Im bardziej tłumaczyłam, tym więcej barier napotykałam. W końcu stwierdziłam, że to wszystko przez to, że rzadko bywa, a nie dość, że rzadko bywa, to jeszcze nie ma jej na FB. Nie zachęcałam jej szczególnie do pojawienia się portalu społecznościowym, za to roztoczyłam przed nią wizję naszych wieczornych dysput (chciałabym, nawet powinnam napisać - głupawek, ale określenie to nie pasuje do dalszego kontekstu). Oczywiście nie byłam w stanie przekazać jej, ile radości sprawia mi, choć myślę, że pozostałym również, każda wymiana zdań a przede wszystkim nie byłam w stanie przekazać jej nastroju (poziomu) naszych rozmów. Usiłowałam, ale pomimo bogactwa mojego języka, nie potrafiłam. Więc, kiedy zrobiłam dłuższą przerwę, N. się wcięła:
- Dobra, to może, jak zrobię habilitację, założę w końcu ten profil i pojawię się w życiu towarzyskim na portalu społecznościowym.
- No nie! N.! Nie trzeba! Nie musisz robić habilitacji, żeby z nami pogadać na fejsbuku - zapewniłam. No i właśnie dlatego stwierdzam, że samoocena N. jest na tragicznie niskim poziomie.
Od początku.
Rozmawiałam z N. telefonicznie (telefon lub mail, to najskuteczniejszy sposób skomunikowania się z Natalią) i znów natknęłam się na straszne braki N. w wiedzy ogólnej, tj. dotyczącej wydarzeń z życia CISOWCÓW - grupowego i indywidualnego. Niektóre sprawy musiałam tłumaczyć jej niemal od początku świata; brakuje jej wielu skojarzeń z niezliczonymi wydarzeniami, które działy się bez jej obecności w naszym gronie. CISOWCE znają źródło zwyczajowej nieobecności N. mające swój początek na pamiętnym ognisku u M., u zarania dziejów w Piwnicznej-Zdroju.
Im bardziej tłumaczyłam, tym więcej barier napotykałam. W końcu stwierdziłam, że to wszystko przez to, że rzadko bywa, a nie dość, że rzadko bywa, to jeszcze nie ma jej na FB. Nie zachęcałam jej szczególnie do pojawienia się portalu społecznościowym, za to roztoczyłam przed nią wizję naszych wieczornych dysput (chciałabym, nawet powinnam napisać - głupawek, ale określenie to nie pasuje do dalszego kontekstu). Oczywiście nie byłam w stanie przekazać jej, ile radości sprawia mi, choć myślę, że pozostałym również, każda wymiana zdań a przede wszystkim nie byłam w stanie przekazać jej nastroju (poziomu) naszych rozmów. Usiłowałam, ale pomimo bogactwa mojego języka, nie potrafiłam. Więc, kiedy zrobiłam dłuższą przerwę, N. się wcięła:
- Dobra, to może, jak zrobię habilitację, założę w końcu ten profil i pojawię się w życiu towarzyskim na portalu społecznościowym.
- No nie! N.! Nie trzeba! Nie musisz robić habilitacji, żeby z nami pogadać na fejsbuku - zapewniłam. No i właśnie dlatego stwierdzam, że samoocena N. jest na tragicznie niskim poziomie.
Dzień Judaizmu w Kościele Katolickim
Dzisiaj Dzień Judaizmu w Kościele Katolickim.
I bardzo dobrze, bo okazuje się, że aż do teraz funkcjonują (w Kościele) ludzie, którzy zgorszeniem reagują na wiadomość, że Maria (Matka Boska) była Żydówką, a jeśli już, to lepiej, by milczeć na ten temat, a na pewno głośno nie mówić. A i Pana Jezusa, gdyby dziś stanął między nami, nie rozpoznawszy Go, okrzyknęliby mianem Żyda. Tymczasem nie ma chrześcijaństwa bez judaizmu, który jest jego kolebką.
I bardzo dobrze, bo okazuje się, że aż do teraz funkcjonują (w Kościele) ludzie, którzy zgorszeniem reagują na wiadomość, że Maria (Matka Boska) była Żydówką, a jeśli już, to lepiej, by milczeć na ten temat, a na pewno głośno nie mówić. A i Pana Jezusa, gdyby dziś stanął między nami, nie rozpoznawszy Go, okrzyknęliby mianem Żyda. Tymczasem nie ma chrześcijaństwa bez judaizmu, który jest jego kolebką.
Jeśli kto potrzebuje poukładania sobie w głowie tych
"szokujących" informacji najlepiej przeczytać książkę Ludmiły
Ulickiej "Daniel Stein, tłumacz". Książka o prawdziwym człowieku,
który prawdziwie łączył chrześcijaństwo z judaizmem. Albo odwrotnie, jak kto
woli (ale odwrotnie to powinni woleć Starsi Bracia w wierze - więc siłą rzeczy
dotknęłam kabały ;)).
środa, 14 stycznia 2015
Projekt w trakcie realizacji...
Na umówione spotkanie przyszedł przed czasem i, pomimo że dzieli nas różnica pokolenia, z miejsca wszedł do mojego życia jak dobry znajomy. Zdziwił mnie jego wygląd, ponieważ stworzyłam sobie całkiem inny obraz po tym, jak dzień wcześniej rozmawiałam z nim przez telefon. Może i przeszła mi przez głowę myśl, którą podsuwał mi zdrowy rozsądek, że będąc sama w domu otwieram drzwi przed zupełnie obcym człowiekiem, ale on przecież nie zdążył jeszcze przekroczyć progu a już nie był obcy. Zapełnił sobą całą przestrzeń małych pomieszczeń, bo najpierw bez żadnego skrępowania wszedł za mną do kuchni, gdy szykowałam kawę a potem, w nieco większym od kuchni pokoju też było go pełno. Był bardzo dynamiczny. Niby siedział na kuchennym krześle, a potem w pokoju na fotelu, ale cały czas był w ruchu. Mijała godzina za godziną i sam się dziwił, że tyle czasu u mnie spędził i w dodatku przez cały czas mówił. Po to przyszedł, by podzielić się ze mną opowieścią, ale i on przed spotkaniem słyszał głos swojego rozsądku, który natarczywie zadawał mu pytanie: jak? Jak on będzie rozmawiał z całkiem obcą osobą, o której w dodatku nie wiedział, ile ma lat. Bo ja przynajmniej tę wiedzę o nim miałam. Usiadł jednak na tym szczęsnymnieszczęsnym krześle w kuchni, a każdy kto na nim siedział przekracza granice własnych emocji i wchodzi w intymny związek z moimi emocjami. Niegdyś to krzesło było ławką i Balo bardzo martwił remont mojej kuchni i likwidacja ławki. Okazało się, że to nie o ławkę chodzi, a o miejsce. Sama o sobie nie powiem, że o moją osobę.
Więc niby siedział, jednak był w ciągłym ruchu. Dzień był słoneczny i słońce operowało jasnością i blaskiem w mieszkaniu, ale to od niego bił szczególny blask. Wraz z zagłębianiem się w opowieść jego twarz coraz bardziej się zmieniała. Może w moich oczach dojrzewała? Jakby przez tych kilka godzin stał się zupełnie innym człowiekiem od tego, który wszedł do mnie przed południem tego dnia? I całkiem innym od tego, z którym dzień wcześniej rozmawiałam przez telefon. Mam wrażenie, że wszedł młody mężczyzna, niemal gołowąs, a wyszedł bardzo dojrzały człowiek. Nie. Nie dziwiła mnie jego dojrzałość i głębia jego opowieści, bo tego się spodziewałam. I nawet nie bolała, choć najbardziej spodziewałam się bólu. Najczulsze struny we mnie poruszyła jego świeżość, kompletna odmienność postrzegania rzeczywistości niżby ją miał ktokolwiek w jego położeniu. Ten jego papieros wypalony zanim jeszcze podjął decyzję o niepaleniu, który był dla niego dowodem istnienia tu i teraz. Nie czytał Terzaniego a mówił jego słowami. Tak. Z minuty na minutę piękniał. Szybko sprawił, że śmiałam się w głos z tego, co mówił, jak mówił. Nagrywałam całą rozmowę i zanim wyszedł, uczepieni jednego kompletu słuchawek telefonicznych, każde z nas mając po jednej słuchawce w swoim uchu sprawdzaliśmy jakość nagrania. Dziwił się swojemu głosowi i szukał u mnie potwierdzenia, czy tak brzmi w rzeczywistości. Po jego wyjściu nie odważyłam się przesłuchać tego nagrania. Jeszcze nie teraz. Muszę zrobić wszystko, co mam do zrobienia i dopiero wtedy wrócę. Wrócę i wejdę, choć prawdę powiedziawszy już weszłam, do całkiem nowego świata. Jestem oszołomiona, więc póki nie pozbędę się tego oszołomienia, nie będę mogła przekroczyć tej furtki. Furtki, która w moich oczach wygląda identycznie jak tamta furtka do zdziczałego ogrodu bez domu i bez parkanu ani płotu, rozdzielająca niegdysiejsze prywatne życie ogrodu, domu i ludzi od uliczki znajdującej się w centrum miasta, będącej w dodatku do niedawna bitą drogą jak sprzed wieków, z kałużami, w których przeglądało się miasto.
Więc niby siedział, jednak był w ciągłym ruchu. Dzień był słoneczny i słońce operowało jasnością i blaskiem w mieszkaniu, ale to od niego bił szczególny blask. Wraz z zagłębianiem się w opowieść jego twarz coraz bardziej się zmieniała. Może w moich oczach dojrzewała? Jakby przez tych kilka godzin stał się zupełnie innym człowiekiem od tego, który wszedł do mnie przed południem tego dnia? I całkiem innym od tego, z którym dzień wcześniej rozmawiałam przez telefon. Mam wrażenie, że wszedł młody mężczyzna, niemal gołowąs, a wyszedł bardzo dojrzały człowiek. Nie. Nie dziwiła mnie jego dojrzałość i głębia jego opowieści, bo tego się spodziewałam. I nawet nie bolała, choć najbardziej spodziewałam się bólu. Najczulsze struny we mnie poruszyła jego świeżość, kompletna odmienność postrzegania rzeczywistości niżby ją miał ktokolwiek w jego położeniu. Ten jego papieros wypalony zanim jeszcze podjął decyzję o niepaleniu, który był dla niego dowodem istnienia tu i teraz. Nie czytał Terzaniego a mówił jego słowami. Tak. Z minuty na minutę piękniał. Szybko sprawił, że śmiałam się w głos z tego, co mówił, jak mówił. Nagrywałam całą rozmowę i zanim wyszedł, uczepieni jednego kompletu słuchawek telefonicznych, każde z nas mając po jednej słuchawce w swoim uchu sprawdzaliśmy jakość nagrania. Dziwił się swojemu głosowi i szukał u mnie potwierdzenia, czy tak brzmi w rzeczywistości. Po jego wyjściu nie odważyłam się przesłuchać tego nagrania. Jeszcze nie teraz. Muszę zrobić wszystko, co mam do zrobienia i dopiero wtedy wrócę. Wrócę i wejdę, choć prawdę powiedziawszy już weszłam, do całkiem nowego świata. Jestem oszołomiona, więc póki nie pozbędę się tego oszołomienia, nie będę mogła przekroczyć tej furtki. Furtki, która w moich oczach wygląda identycznie jak tamta furtka do zdziczałego ogrodu bez domu i bez parkanu ani płotu, rozdzielająca niegdysiejsze prywatne życie ogrodu, domu i ludzi od uliczki znajdującej się w centrum miasta, będącej w dodatku do niedawna bitą drogą jak sprzed wieków, z kałużami, w których przeglądało się miasto.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



