MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 29 kwietnia 2014

Pomnik Janka Gieńca - świętego swoich bliskich

Tego, że Janek Gieniec jest bohaterem, nie można dowiedzieć się z podręczników, ani żadnych opracowań historycznych. By wiedza ta spłynęła na człowieka trzeba być obieżyświatem. W Kamionce Wielkiej, nieopodal miejsca gdzie pociągi znikają w górze, wije się jezdna droga przez Niżną Wolę wprost do Mystkowa. To jest to samo miejsce, w którym Beskid Niski dotyka Beskidu Sądeckiego, a z dna Kotliny Sądeckiej piętrzą się pierwsze góry. Po prawej stronie drogi stoi kamienny krzyż z piaskowca, który nie pozwala przejechać pomimo, wręcz każe się zatrzymać. Szybko się okazuje, że nie jest to zwykły krzyż przydrożny, jakich w Beskidzie Niskim wiele, wszak Łemkowie z okolic Bartnego - niegdysiejsi mieszkańcy tych ziem - postawili niezliczone ilości takich krzyży. Zaś ten krzyż upamiętnia bohatera. Jest jakby pomnikiem nagrobnym z inskrypcją dla potomnych i fotografią. Na każdą stronę świata spogląda inny Święty, a obok zdjęcia Janka jest zdjęcie fundatora pomnika - Jankowego ojca, Franciszka. Franciszkowi musiało ojcowskie serce pękać, kiedy Janek siłą zapewne wcielony został do armii austro-węgierskiej. Tablica nie informuje jak długo Janek wojował. Wiadomo, że zginął w 31. roku życia 20 stycznia 1916 r. na froncie włoskim w Karyntii. Karyntia leży w Alpach, przy których Beskid Niski jest jak niemowlaczek przy dorosłym bracie, ale i tak prochy Janka sprowadzone wraz z ziemią i zamknięte w urnie znajdującej się we wnętrzu kamiennego krzyża usytuowane zostały przez zbolałego ojca w miejscu z najpiękniejszym widokiem w okolicy: na dom rodzinny z Beskidem Sądeckim w tle. Jak wielkie musiały być i miłość, i boleść Jankowego ojca, że przysporzył sobie tyle trudu, by sprowadzić ziemię z prochami syna do domu.
Druga tablica informuje, że pomnik wykonał lwowski artysta Galica, co akurat dla kogoś, kto nawiedzał Cmentarz Łyczakowski we Lwowie jest oczywiste, że sztuka ciosania kamienia i sposób wykonania pomnika/krzyża pochodzi właśnie stamtąd. Huragan, który przeszedł przez wieś w 1996 roku zniszczył pomnik i ze zniszczeń odbudował go drugi syn Franciszka - Bolesław. Bolesław niestety zmarł w ubiegłym roku, o czym poinformowała nas wdowa, która w mgnieniu oka znalazła się obok nas, gdyśmy pomnik oglądali. Bolesław, będąc na emeryturze, nauczył się sztuki artystycznej obróbki kamienia. Wdowę po Bolesławie można było tylko słuchać, gdyż sama słabo słyszała, więc nie odpowiadała na pytania, ale za to chętnie opowiadała i rada była okazanym zainteresowaniem przyjezdnych. Zaprosiła na podwórko domu, który przepięknie w kamieniu przysposobił Bolesław. Ogród pełen jest niepowtarzalnych rzeźb, ale i cała wieś wyposażona jest w niezwykłe pomniki z kamienia, zapewne autorstwa Jankowego młodszego brata. Przed domem stoi pomnik Karola Wojtyły, który zastygł w kamieniu w czasach, kiedy z plecakiem przemierzał Beskid Sądecki, o czym przecież osobiście wspominał w czerwcu 1999 r. na starosądeckim Zamakowisku podczas kanonizacji Kingi - ksieni klarysek.
Jednak największe wrażenie robi pomnik Janka Gieńca - nieznanego bohatera. Świętego dla swoich bliskich.



Pomnik bohatera Janka Gieńca, Mystków k/Nowego Sącza




Pomnik Karola Wojtyły
ręki Bolesława Gieńca z Mystkowa

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ciemna strona góry

W końcu postanowiliśmy sprawdzić, co jest po ciemnej stronie góry. Jasną znaliśmy jak własną kieszeń. Od iluż to lat używaliśmy jej jako widowni dla najwspanialszego widowiska pod słońcem? Ile leniwych dni minęło nam na przebywaniu po jasnej stronie? Najczęściej siedzieliśmy na grani za plecami mając ścianę lasu, przed sobą kurtynę z gór. Tym razem nie rozpalaliśmy ognia, nie rozłożyliśmy krzeseł; zjawiliśmy się z zamiarem ruszenia na ciemną stronę i poszukiwania "nowych nieodkrytych dróg". Wybraliśmy szeroki, rzadko uczęszczany trakt prowadzący prostopadle do szczytu. Widać było ślady kopyt końskich i inne tropy. Jednak leśny dukt zdecydowanie zarastał drobnymi roślinami. Cała droga usypana była maleńkimi i delikatnymi, białymi kwiatuszkami zajęczego szczawiku. Przy każdym rozgałęzieniu postanowiliśmy wybierać drogę w prawo. Las nie straszył, bo buczyna dopiero obrasta w nowe liście, więc światło dnia wdzierało się bez przeszkód w najgłębsze zakamarki. Niedaleko od szczytu droga zamieniła się w niewielkich rozmiarów mokradło, którego ani obejść, ani przeskoczyć się nie dało, które jednak szybko minęło.
- Zapewne bije tu jakieś źródło - pomyślałam sobie i zaraz tę myśl wypowiedziałam głośno.
Nim wybrzmiały słowa dotarliśmy do miejsca, w którym  blisko drogi odkryliśmy głęboką jamę, z której wypływał regularny potok. Jama prędko zamieniła się w jar, ten zaś tuż za początkiem stawał się głęboki, nienaturalnie wielki ze stromymi zboczami usianymi zeszłorocznymi rudo złotymi liśćmi buków. Miałam wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w świecie stworzonym pewnymi pociągnięciami pędzla szalonego surrealisty. Pnie nie do końca umarłych drzew, stojące na każdym rozdrożu niczym drogowskazy, dopełniały poczucia nierzeczywistości. Za każdym razem kusiły, by zmienić postanowienie lecz my uparcie trzymaliśmy się skrętu w prawo i doprowadziło nas to do grubszą kreską zaznaczonej drogi, która już była równoległa, a nie prostopadła do góry. Pewnie się wiła wstążką wokół całej góry, choć przecież góra nie jest pojedynczym wzniesieniem, a wchodzi w skład masywu ciągnącego się na długości kilkunastu kilometrów. W tym miejscu strumienie i potoki rozmnożyły się i zdawać się mogło, że omotały nas pajęczą siecią. Wcale nie sprawiały wrażenia, że wszystkie pozostałe wpadają do jednego, który zaniesie ich wody do konkretnej rzeki; widać było, że przecinają się i płyną dalej, więc już nie miałam wątpliwości, że to bardziej bajka niż rzeczywistość. Beskid Niski od zawsze kojarzy mi się z rozlicznymi ciekami wodnymi i strumieniami, z podmokłymi ścieżkami i bagnistymi polanami ale żeby aż tyle przecinających się strumieni w zasięgu wzroku? Gdzieś tam zapewne, ale już poza naszym polem widzenia, wpadają wreszcie do jednego, który prowadzi ich skłębione wody do Białej - niepokornej i nieposkromionej żywicielki Beskidu Niskiego zdążającej w kipieli do Dunajca, by ten z kolei z mocą wprowadził je do królowej polskich rzek, do Wisły, a Wisła do morza. Gdzieś tam... ale w miejscu, w którym byliśmy zdawało się, że prawidła geograficzne i fizyczne działają jakoś inaczej. Nie mogliśmy zejść na sam dół góry, bo przecież musieliśmy zastosować się do narzuconego rygoru, by skręcić w prawo, ale po tym skręcie raz odstąpiliśmy od naszej zasady: na kolejnym rozwidleniu droga w lewo kusiła nas soczystością podobną do soczystości jabłka, które Ewa podała Adamowi w ogrodzie Edenu, więc daliśmy się skusić. W całym lesie ptaki prezentowały swoje najwspanialsze godowe utwory. A gdy kilka ostatnich zakrętów w prawo wprowadzało nas kolejno na coraz mniej uczęszczane i coraz bardziej zarastające trakty, to płożące się ostrężyny przy każdym kroku łapały moją prawą nogę w pułapkę, jakby wiedziały, że jest mniej poradna i mogą sobie na to pozwolić. Kto wie, czyim stałabym się łupem, gdybym upadła albo po ilu latach las by mnie zarósł, jak zarasta kopce kamieni, które niegdyś zostały usypane ręką człowieka uprawiającego w tym miejscu rolę. Dziś nie ma tam już tamtych ludzi nie dlatego, że wybrali się w drogę "do domu Ojca". Nie ma tam ich dzieci i wnuków, ponieważ dzieci i wnuki urodziły się w innym miejscu, bo ojców z tej ziemi wypędzono. Zostały po nich zdziczałe sady i kupy kamieni w miejscu domów, niczym pogorzeliska albo zgliszcza. Sady objął las swoimi troskliwymi ramionami. Schizofreniczne drzewa owocowe i kupy kamieni, jakieś pozostałości po innych zabudowaniach gospodarczych, po studniach są niemymi świadkami bolesnej historii ale i przemijania. Więc ciemna strona lasu boli śladami, które zastygły w niemym krzyku. Na drodze wiodącej grzbietem jest krzyż. I kapliczka. Nieudolnie przerobione belki i zdjęte banie też zaświadczają. O historii. I o ciemnej stronie człowieka.








piątek, 25 kwietnia 2014

Twister i Krynica

Jakiś czas temu, nie tak znowu dawno, dla celów rehabilitacji zakupiłam sobie urządzenie o nazwie "twister". Nie jest to popularna gra z płachtą wielkości prześcieradła, tylko niewielki krążek o niespełna trzydziestocentymetrowej średnicy służący do wykonywania ruchów jak w tańcu twist. Jeśli wierzyć opisom sprzedawców to małe cudo ma mieć podobno zbawienny wpływ na talię, pośladki i uda ale ja mam hopla na punkcie mojego czworogłowego prawego, więc ćwiczę na twisterze tak, by zmusić ten właśnie mięsień do wysiłku. A że podczas rozlicznych już rehabilitacji wyrobiono we mnie nawyk, by równomiernie wykorzystywać wszystkie partie ciała podczas ćwiczenia, toteż na nadgarstki zakładam ciężarki i bardziej szusuję niż twistuję kilka razy w ciągu dnia. Dzisiaj osiągnęłam swój życiowy rekord w szusowaniu.
Z twisterem związana jest już anegdota rodzinna. W Wielką Sobotę po święceniu odwiedzają nas zawsze wszystkie Kilanki. Tak też było i w tym roku. Wśród Kilanek są trzy dorosłe kobiety, w tym Moja Siostra, więc pokazałam im mój nowy nabytek z myślą, że zrobi furorę. Obie córki Mojej Siostry stanęły na nim niepewnie (każde pierwsze stanięcie na twisterze jest niepewne, a ruchy trudne) i nie wiedzieć czemu, szybko zrezygnowały, więc przyszła kolej na Moją Siostrę. Dla niej ta sztuka była jeszcze trudniejsza, ale z odpowiednią motywacją jej osobistego męża, pokręciła się delikatnie przez krótką chwilkę po czym niemal natychmiast dostała kolki nerkowej i z wielkim pośpiechem (prawie na sygnale, co zarejestrował radar znajdujący się na trasie) jej osobisty mąż musiał zawozić ją do szpitala. I tak o kleiku spędziła całe Święta Wielkanocne. Ale przynajmniej w Krynicy-Zdroju.
Można by ukuć hasło reklamowe: kup twistera, w gratisie świąteczny pobyt w Krynicy-Zdrój.
Ja jeszcze nie wiem jakie będą długoterminowe konsekwencje dla mojego pooperacyjnego brzucha. Bo bieżące korzyści są  zbawienne dla przemiany materii. Np. wrzucam pomidora i maślankę i po kilkuset półobrotach koktajl gotowy... ;) No i oba czworogłowe szczęśliwe!

piątek, 11 kwietnia 2014

Młody bóg

Zakończyłam kolejną serię rehabilitacji. Pan R. natrudził się nad wypracowaniem u mnie odpowiednich nawyków podczas ćwiczeń. Drugiego dnia wspólnej pracy powiedział: - Myślimy o prostej pozycji, myślimy o zachowaniu osi w kończynie, myślimy o oddychaniu przeponą, myślimy o ćwiczeniu mięśni dna miednicy z wyłączeniem tłoczni brzucha, myślimy... - Za dużo myślenia - przerwałam mu. Innym razem polecił: - Stajemy na lekko ugiętych kolanach z zachowaniem osi kończyn i schylamy się, i podnosimy nie zmieniając pozycji kolan. No i jak ja to miałam zrobić? Pan R. stał obok i powstrzymywał śmiech. Więcej mi tego ćwiczenia nie zadawał.
Doktor, podczas ostatniej wizyty, powiedział: - Jak najwięcej ruchu. Rower, wycieczki w góry i rower. Jeszcze nie mogę siadać na siodełku, no może mogę, ale niezbyt długo, więc przystawiam krzesło do roweru i pedałuję z krzesła. Pomysł wycieczki rowerowej w terenie podoba mi się bardzo, ale najpierw muszę zużyć cały kwas hialuronowy z apteki, by wyleczyć jedno z pól operacyjnych ostatniego zabiegu ;). I kupię sobie "beret". "Beret" to gumowa poduszka rehabilitacyjna z kolcami do ćwiczeń sensomotorycznych (służąca do balansowania, udająca grząskie, niestabilne podłoże). Bardzo mi się ćwiczenia z "beretem" podobały. W pierwszych dniach przygody z tym przyrządem nogi trzęsły mi się jak galareta, by pod koniec drugiego tygodnia dojść do wprawy i wyćwiczyć mięśnie ud i podudzi do takiego stopnia, że wykonywałam po sto kilkadziesiąt powtórzeń różnych ćwiczeń, stałam na "berecie" bez zachwiania i zmęczenia aż sama z siebie byłam/jestem zadowolona.
Zabiegi rehabilitacyjne, choć zalecone na kolano, stały się doskonałym środkiem na ogólne wzmocnienie i wyjście z marazmu, w którym tkwiłam po ostatniej operacji (ginekologicznej). Nie było możliwości, by rozczulać się nad sobą, bo w przychodni, do której trafiłam tym razem, każdy pacjent miał swoją poważną przeszłość medyczną. W ciągu tych dwóch tygodni zapomniałam więc o bólu brzucha i drugiego pola operacyjnego i gdyby nie anemia, która powoduje osłabienie i momentami krytyczną bezsilność, byłabym już całkiem jak młody bóg.
O ile zdrowszym bylibyśmy społeczeństwem, gdyby każdy mógł ze dwa razy do roku korzystać z dobrodziejstw czynnej rehabilitacji i nabrał nawyku powtarzania tych ćwiczeń w domu/polu?

piątek, 4 kwietnia 2014

Rehabilitacja jak zielona plaża

Pani Helenka ma całkiem nową chorobę. To znaczy lekarz powiedział, że jest to nowa choroba w klasyfikacji chorób, bo panią Helenkę choroba trawi już od 21 lat, tzn. od dnia, w którym urodziła syna. To jest choroba tkanki łącznej, tylko pani Helenka nie potrafiła powtórzyć nazwy, którą wymienił lekarz. Powiedziała tylko, że doktor "pocieszył ją", że z czasem z nogami stanie się jej to samo, co z rękami. A ręce pani Helenki wyglądają jak listki paprotki, które wychodzą z ziemi. Palce i dłonie w nadgarstkach ma dokładnie tak zwinięte, jak rozwinięta jest gałązka paproci leśnej. Sylwetka nasuwa porównanie do wyglądu rozwielitki. Nie wiadomo ile czasu zostało jeszcze pani Helence, bo choć jej ręce są bezużyteczne, to jednak może jeszcze w miarę samodzielnie funkcjonować. Choć dziś widziałam i słyszałam, jak prosiła panią Danusię, by ta rozsunęła jej zamek błyskawiczny w bluzie polarowej, bo się zgrzała podczas ćwiczeń.
Pani Zosia ma chorobę Parkinsona. Jest suchuteńka jak listek, który spadł jesienią z drzewa. Nawet wyschły jej piersi, a zapewne wykarmiła nimi niegdyś swoje dzieci. Kiedy leżała na łóżku w dresie i tej swojej szczupłości, to głowa podskakiwała jej rozedrgana nieskoordynowanymi ruchami, które wymusza na niej choroba a przy tym usta poruszały się w osobnym rytmie, jakby z głową i twarzą nie miały nic wspólnego. Przepraszała za spodnie, które miała na sobie, wymawiając się: "bo taką mam rodzinę, że wciąż mi nie przywozi innych spodni". Pani Zosia "pływała".
Są trzy łóżka, na których się "pływa", jeden rower stacjonarny,  "rowerek wodny", "skrzydła motyla", choć niektóre panie, gdy je założą, wyglądają w nich jak orły wzbijające się do lotu. Inna pani Zosia, ta wyższa i bez Parkinsona, ale za to z pustką w oczach, wyglądała jak taka orlica. Dalej są linki na bloczkach do naciągania ramion i rowerek dla rąk. Pani Helenka, gdy pedałuje rękami wygląda jak Robokop, bo ma sztywne barki i cały kręgosłup. Zaczepia się o pedał jednym palcem jak szponem i kręci.
Jednocześnie na tej sali może ćwiczyć 8 osób, bo tyle jest stanowisk.
Kiedy na salę wchodzi pani Funia, od razu robi się wesoło. Pani Funia niedawno miała wymieniany staw biodrowy i po operacji wprost ze szpitala trafiła na oddział rehabilitacyjny. Każdego dnia wszystkim wielokrotnie opowiada, jak to była oburzona, gdy wyczytała na karcie informacyjnej, że sztuczny staw założono jej metodą bezcementową i dopiero ordynator tutaj wytłumaczył jej, że stawy mocowane za pomocą cementu zakłada się osobom, których głowy kości się łamią i te stawy po kilku latach trzeba wymienić, natomiast skoro jej założono metodą bezcementową, to znaczy, że miała mocne kości i taki staw jest na stałe. Pani Funia przez 6 lat zwlekała z tą operacją. "Tak my się nawzajem zwodzili: a to lekarze mnie, a to ja lekarzy" - mówi. - "Ale za rok czeka mnie wymiana drugiego stawu". Pani Helenka, która trafiła na oddział później niż pani Funia pamięta, jak na początku, gdy przyszła, pani Funia była jeszcze na wózku, a teraz już prawie biega. "A pewnie!" - wykrzyknęła pani Funia - "Tu mi mówią, że wyjdę stąd o jednej kuli!".
Pani Funia mówi bardzo głośno, choć nie ma problemów ze słuchem. Od pierwszego dnia chciała mnie zagadnąć skąd jestem, bo wyglądam, jakbym z oka wyskoczyła jej sąsiadce z sąsiedniej miejscowości.
Panie z oddziału stacjonarnego, które przychodzą samodzielnie, przeważnie są po wymianie stawu biodrowego. Panie przywożone na wózkach są znacznie starsze od tych poruszających się samodzielnie i chore są już na starość. Albo na chorobę Parkinsona, jak pani Zosia. Niektóre są po wylewie, albo udarze, ale te spotykam dopiero, gdy wychodzę z sali ćwiczeń i idę w głąb korytarza. Siedzą na wózkach. Wózki są ustawione w kwadratowym korytarzu pod wszystkimi ścianami. Gdy wchodzę na ten korytarz widzę beznadzieję. W zgasłych oczach i pochylonych sylwetkach osadzonych w wózkach. Niektóre głowy, obwisło tkwiące na kręgosłupach giętkich jak gałązki, unoszą się lekko i patrzą na mnie zgasłymi oczami. A może to tylko same oczy unoszą się, a mi się zdaje, że to jeszcze ruch? Dopiero po kilku dniach uświadomiłam sobie jak bardzo przygnębiająco działa na mnie ten widok i zmęczenie rehabilitacją, ból nóg i całego ciała ma epicentrum w psychice. Więc postanowiłam witać staruszki ze zgasłymi oczami promiennym uśmiechem i pogodnym "dzień dobry", a nie nieśmiałym pozdrowieniem jak dotychczas. Dopiero od dziś. Przez weekend mogą zapomnieć.
Sala, do której docieram przez kwadratowy korytarz i labirynt innych korytarzy, w tym czasie zapełniona jest pacjentami dochodzącymi, jak ja. Choć są też stacjonarni, jak pani Krysia, która po wylewie, czy udarze uczy się chodzić. Wylew, czy udar spowodował, że pani Krysia sprawia wrażenie osoby upośledzonej umysłowo. W kółko coś mówi, a w miejsce przecinków i kropek wstawia nerwowy śmiech. Chodzi na podeście przy obustronnych poręczach i prócz samego chodzenia za zadanie ma przekroczenie przeszkody w postaci drążków założonych na wysokości ok 5 cm. Jak ona się przymierza, by oszacować na jaką odległość stanąć od drążka, ile razy podnosi stopę z postanowieniem, że tym razem się odważy i pokona tę przeszkodę?!
Mężczyźni są bardzo niecierpliwi. Pokrzykują na fizjoterapeutki i wciąż egzekwują swoje prawa. Najczęściej wyimaginowane. Kilku z nich to alkoholicy, którym wysiadł układ krążenia i nogi odmówiły posłuszeństwa. Jest też jedna młodziutka kobieta z olbrzymią otyłością. Dzisiaj "pływała" tuż koło mnie. Ja pedałuję na rowerku wodnym. Na sucho, ale wyobrażam sobie, że całe to towarzystwo spotykam na zielonej plaży porośniętej soczystą trawą nad brzegiem jeziora...
Przecież ja mam niewiele lat, dużo siły, całkiem zdrowe ciało i oczy, które błyszczą. Mogę więc wszystko.

czwartek, 27 marca 2014

Akwarium

Akwarium w naszym domu pomysłu, projektu, wykonania i dbałości o nie Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem, które było obiektem niekłamanego podziwu odwiedzających nas znajomych, właśnie ulega likwidacji po tym, jak ostatnia zamieszkująca je ryba popełniła wczoraj na moich oczach samobójstwo. Siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach i coś tam robiłam, gdy dobiegł mnie odgłos, jakby któryś z kotów wyskoczył z fotela na klapę akwarium. Popatrzyłam, jak zawsze w takich momentach z wielką trwogą, że kiedyś któraś szyba pęknie od tych wyskoków, ale żadnego kota na akwarium nie było, za to lustro wody falowało mocno. Nietrudno było się domyślić, że skalar próbował latać. Za chwilę huk się powtórzył, tylko ze zwiększoną siłą. Kiedy po jakimś czasie wstałam od komputera i podeszłam do akwarium zobaczyłam nieruchomego i nieoddychającego skalara wciśniętego w szczelinę pod łupiną orzecha kokosowego. Wykonałam telefon do Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem, by poinformować go o tym smutnym fakcie.
Od wielu miesięcy skalar mieszkał w akwarium samotnie, choć skalary to ryby, które powinny mieć towarzysza do pary. Był olbrzymi, zresztą jak większość ryb, które hodował Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem. Np. glonojad (niegdyś) był tak wielki, że budził zdecydowane "och" każdego, kto go widział. Przez wiele, wiele lat akwarium było zarybione przeróżnymi gatunkami rybek słodkowodnych, aż w końcu zdominowały je skalary i ten glonojad olbrzym. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem nabywał doświadczenia w akwarystyce metodą prób i błędów. Pamiętny koncert Jeana Michela Jarre'a w Stoczni Gdańskiej z okazji 25 lecia "Solidarności" słuchany przez kino domowe spowodował, że odrobiliśmy wtedy zaległą lekcję fizyki o przenoszeniu się dźwięku w wodzie. Niestety swoim życiem przypłaciły to prawie wszystkie rybki. Zaś Harnaś - kot, który królował w naszym domu zanim nastał czas Ptysia i Balbiny, kiedy chciał coś na nas wymóc - najczęściej jedzenie - podnosił klapkę akwarium i wiosłował w wodzie jedną ze swych łap, strasząc, że zrobi krzywdę rybom, jeśli natychmiast nie dostanie, czego chce. Inne koty, najczęściej Balbina wylegiwały się na klapie od akwarium jak na przypiecku, gdyż tuż pod spodem przyczepione były świetlówki, które rozgrzewały plastik klapy, a poza tym temperatura panująca w akwarium również tę klapę ogrzewała. Gdy Mała Duża Córeczka była jeszcze małym bobasem karmiła ryby niedojedzoną kolacją lub kredkami świecowymi, które po rozpuszczeniu się w wodzie tworzyły piękne zjawiska, niestety nieprzyjazne dla ryb.

Tak więc skalar, który od wielu miesięcy zamieszkiwał samotnie akwarium miał co najmniej trzy powody, by popełnić samobójstwo. Może miał już dość samotności. Może czuł zbliżającą się śmierć. Zwykle w akwarium zdrowe ryby podgryzały tę osłabioną, umierającą przyspieszając jej śmierć. Ten wiedząc, że nikt mu nie pomoże zdecydował się być może na desperacki krok wyskoczenia poza zbiornik z wodą. I trzeci powód jest taki, że być może to Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem spowodował u niego depresję i decyzję o samobójstwie. Zaraz wyjaśnię. Wszystkie ryby rozpoznawały głos Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem i gdy ten wróciwszy z pracy wchodził do pokoju, ryby niemal tańczyły przed przednią szybą, wdzięcząc się do niego. On podchodził do akwarium i ucinał sobie z nimi krótką gadkę. W momencie, w którym skalary zdominowały akwarium i urosły do takich rozmiarów, że każdą nową rybkę zjadały, myśląc, że to posiłek, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem postanowił zmienić image akwarium. Trzeba było poczekać, aż ryby umrą w sposób naturalny. Zwykle działo się to znacznie szybciej, wymiana ryb była spora. Tym razem dwa skalary i glonojad żyły i żyły. Stało się, że został jeden skalar, ten właśnie. I przez te wszystkie miesiące jego samotnego życia Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem podchodził do akwarium, po przyjściu z pracy, albo w porze karmienia i mówił: "skalar, ty jeszcze żyjesz?". No i jak miał skalar nie wpaść w depresję? Osobiście uważam depresję spowodowaną tymi wymówkami za najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci.
I teraz Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem postanowił całkowicie zlikwidować akwarium. Do jesieni.

środa, 26 marca 2014

Już czas

Dzień po operacji ginekologicznej, kiedy leżałam jeszcze na tzw. sali IT odebrałam telefon z pracowni diagnostycznej, w której tydzień wcześniej wykonywałam badanie mammograficzne, że doktor chce poszerzyć diagnostykę, bo coś tam jest nie tak, jak być powinno. Nawet nie miałam siły, żeby się przejąć, tym bardziej załamać, choć pewnie by mnie to i tak, nawet gdybym miała siłę, nie załamało. Pomyślałam tylko: siła złego na jednego. Zaraz też wszedł na salę Doktor, z którym podzieliłam się wiadomością. I co na to Doktor? Doktor okazał wielką radość, że udało się zostawić obydwa moje jajniki, które będą sobie produkowały hormony, bo gdyby się okazało, że na piersi jest nowotwór, to hormonoterapia żadną miarą nie wchodziłaby w rachubę. Ot, perspektywa lekarza.
Dziś poszerzałam diagnostykę piersi. Poza tłuszczakiem, który urósł gdzieś w diagnozowanej okolicy i właśnie budził niejasność, wszystko jest OK.
Po wczorajszym kryzysie, jaki mnie nawiedził nie spodziewałam się, że dzień powitam w tak nadzwyczajnej formie. Nie wiem co upoważniło mnie, by myśleć, że operacja ginekologiczna to jakby pstryknąć palcami. Pewnie stan po moich wcześniejszych operacjach (żylaków i kolana), po których zbudowałam w sobie wiarę w nadzwyczajność współczesnej chirurgii, która pozwala od razu po zabiegu wstać na nogi i normalnie funkcjonować. Tymczasem operacja ginekologiczna jest bardzo poważnym i wyczerpującym zabiegiem, pewnie tym bardziej jeśli, jak u mnie, toczy się równocześnie na dwóch polach operacyjnych i jest wykonywana jako kolejna operacja następująca po kilku wcześniejszych, no i po tych (też kilku) badaniach diagnostycznych wykonywanych pod narkozą.

I czas już to wszystko zostawić za sobą. Razem z wrażeniem i niespotykaną atmosferą jaką tworzą na oddziale ginekologii onkologicznej sądeckiego szpitala wszyscy jej pracownicy począwszy od ordynatora i zespołu lekarzy, przez położne, panią dietetyczkę, sekretarkę i panie salowe. Pełen profesjonalizm i humanizm w najlepszym wydaniu. W jakim my świecie żyjemy, że tak bardzo dziwią i cieszą odruchy i zachowania, które powinny być normą społeczną?
Czas na zmiany. Najwyższy czas. Już czas.

wtorek, 25 marca 2014

Bo człowiek taki jest

Książka "Korczak - próba biografii" Joanny Olczak-Ronikier czekała ponad dwa lata wciąż odkłada na później. W zasadzie nie wiadomo dlaczego niektóre rzeczy odkładamy na później, inne robimy od razu, by jeszcze inne zupełnie przypadkiem wkroczyły w nasze życie. Pierwsze podejście do "Korczaka" Joanny Olczak-Ronikier miałam od razu, kiedy tylko książka znalazła się w moim domu, ale było to zaraz po tym, jak przeczytałam "Pamiętnik" Korczaka pisany w getcie warszawskim, a przecież po przeczytaniu tak przejmującej lektury nie można było sięgać po "próbę biografii". Potem odbyłam wiele podróży. Tych realnych i tych, w które zabierali mnie autorzy książek, które ustawiały się na regale wołając "mnie przeczytaj, mnie". Przeżyłam cudze doświadczenia, jak własne. Mnogością własnych mogłabym obdarzyć niejednego człowieka. Wśród własnych były radosne lecz nie brakło bolesnych, których do dzisiaj tak do końca nie rozumiem. Wiem, "wszystko jest po coś", więc i one miały swój cel. Ale dlaczego ludzie, wydawałoby się, sprawdzeni ludzie z bliskiego otoczenia okazali się podszyci wrednym charakterem, plugawością?
Właśnie wyczytałam "Korczaka - próbę biografii" do ostatniego słowa i już wiem, dlaczego książka musiała czekać ponad dwa lata na swoją kolej i dlaczego spotkało mnie tyle przykrości ze strony, zdawałoby się, bliskich, sprawdzonych ludzi.
W końcu po to czyta się książki, by poszerzyć swoją wiedzę, horyzonty...
Gdyby ktoś odczuł potrzebę przeczytania "Korczaka" Joanny Olczak-Ronikier proponuję dotrzeć do tej książki przez "Ogród pamięci" tejże autorki. Mnie prowadziły w tym kierunku jeszcze inne lektury i chyba byłam postawiona pod murem i już musiałam "próbę biografii" przeczytać. Przez lektury i przez wydarzenia, które były moim osobistym udziałem.

poniedziałek, 24 marca 2014

Po nitce

Nie dziwię się, że noworodki i niemowlęta dużo płaczą. Płaczą z bólu. Ich organizmy uczą się fizjologi, a fizjologia jest bardzo bolesnym procesem życiowym. Można napiąć przecięte i zszyte mięśnie brzucha, by wstać z pozycji leżącej, można schodzić i wychodzić po schodach i robić jeszcze inne rzeczy, które zsumowane tak nie bolą, jak najprostsze (zdawałoby się) czynności życiowe. Już od tygodnia nie mam szwów i kiedy doktor mi je wyjął, pomyślałam sobie: prawdziwie wszystko za mną. Choć w powłokach brzusznych został kawałek nitki, która się zerwała, a z drugiego pola operacyjnego doktor wyjął tylko kilka szwów, bo do reszty nie było dostępu. A jednak daleko jest jeszcze, bym doszła do tego, by "dojść do siebie".  Na razie chodzę na spacery. Z wielkiego przymusu, bo przecież gdy rano otwieram oczy i czuję, że boli, to ani nie chcę, ani nie mogę zebrać się w sobie, by zrobić cokolwiek, wstać choćby i cieszyć się, że nastał nowy dzień. Nawet sobotnia wycieczka za miasto nie cieszyła, jak cieszyć powinna. Pierwsza dostrzegłam bociana, choć to Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem jest bardziej spostrzegawczy. On wypatrzył czajki. Potem, gdy wysiedliśmy już z auta i ruszyliśmy odkrywać nowe lądy, które na pół dzielą Dunajcowe wody, mewy robiły straszny rwetes. okazało się, że krzyczą o coś na trzy czajki, które w pięknym tańcu odpuściły wreszcie i dały za wygraną. Potem mewy i tak kłóciły się między sobą. Już wtedy nuciłam pieśń stęsknionych żeglarzy "Mewy, białe mewy...". Jeszcze mewy nie ucichły, a poderwały się do lotu dwie kaczki i wzbiły w niebo, by zaraz za nimi ruszył mały, liczący kilka sztuk klucz łabędzi. Pięknie wyglądały na tle błękitnego nieba i prawdę mówiąc aż do wtedy nie wiedziałam, że łabędzie potrafią tak wysoko wzbić się do lotu. Dzień był ciepły, wręcz upalny jak na tę porę roku. Łąka, którą szliśmy grubą kreską odcięła się od nadrzecznych zarośli i szuwarów. Wtedy każdy krok był już męczący i sprawiał ból w podbrzuszu. Zanim udało nam się wyjść na drogę, trochę trudu włożyliśmy w przedzieranie się przez szeleszczące suche trawy i obsypane pąkami gałęzie nadrzecznych wiklin i szuwarów.  Natknęliśmy się na ślepą odnogę Dunajca, którą zagospodarowały na własny użytek bobry, które już kilkanaście lat temu zrobiły inwazję na brzegi górskich rzek. Większość drzew rosnących przy brzegu Dunajca jest wygryzionych przez te wodne futrzaki. Na odpoczynek znaleźliśmy osłoniętą szuwarami polanę, którą normalnie użytkują bobry, bo wszędzie było pełno ich śladów. A to obgryzione drzewa, a to nory w ziemi, do których można się było dostać tylko bezpośrednio z wody, a to tamy na prawo i lewo i żeremia, aż w końcu najwidoczniejszy ślad: wyślizgana rynna na stromym brzegu służąca do wchodzenia i schodzenia z lądu z widocznie odbitymi tropami z pazurami i łapkami bobrów. Pień, na którym dla odpoczynku siedziałam i trawy, których dotykałam musiały być przesiąknięte zapachem "piżma" bobra (kastoreum), bo koty nie mogły się potem nawąchać moich dłoni i robiły to tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
Świat, który odkryliśmy tam jest piękny. Można iść drogą, można torami, można wzdłuż roślinności tuż przy brzegu. Latem, gdy trawy urosną i wiklina zgęstnieje, pewnie już nie będzie się dało tamtędy przedrzeć, tym bardziej ciągnęło nas jak najbliżej brzegu rzeki. Niestety obcowanie z dziką przyrodą zakłócały znajdujące się co rusz hałdy śmieci. Nie były to śmieci wyrzucone w zamierzchłej przeszłości, kiedy nie obowiązywała jeszcze ustawa śmieciowa. To były całkiem świeże śmieci. Jedną z hałd tworzyły materiały budowlane pozostałe po remoncie w domu, drugą zabawki z dziecinnego pokoju i podwórka, jeszcze inną stos zużytych pieluch jednorazowych, kolejną butelki plastikowe i szklane itd. itp. W zasadzie całkiem posegregowane śmieci. Tylko komu opłaca się je wciąż wyrzucać do lasu i nad rzekę, zamiast pozostawić odpowiednim służbom do wywiezienia na wysypisko? Łatwiej zrozumieć dzikie zwierzęta, niż człowieka i jego gospodarkę i politykę.

Nie zapomniałam ani wtedy, ani teraz, gdy ten piękny spacer opisuję o bólu, który towarzyszy mi po ostatniej operacji. Chciałabym mieć to już prawdziwie za sobą. Ale jak można mieć za sobą, skoro nawet nitki jeszcze tkwią w moim ciele?

piątek, 14 marca 2014

Projekcja

Leżąc, wyrywam się do działania. Zdaje mi się, że wystarczy wstać i zrobić wszystko, co tylko przyjdzie do głowy. Od środy leżę w domu, więc pole dla wyobraźni zrobiło się szersze niż to na szpitalnym łóżku. Dlatego wczoraj namówiłam Mężczyznę, Który Kiedyś Był Chłopcem na spacer. Doszłam zaledwie na drugą stronę ulicy i kawałek dalej. Dzień wcześniej spakowanie i ubranie się doprowadziło mnie do skrajnego wyczerpania.
Trwające cyklicznie przez 1,5 roku krwotoki z krwotokiem gigant spowodowanym pobraniem wycinka do badania, uraz rzepki i od końca września 6 operacji i zabiegów diagnostycznych pod narkozą, są chyba trudnym do wyobrażenia doświadczeniem. Pewnie dlatego w czwartek 6. marca ekipa z bloku operacyjnego miała trudności z wybudzeniem mnie po trwającej ponad 3 godziny operacji wykonywanej na dwóch polach operacyjnych.
Widziałam obrazy, których teraz nie potrafię sprecyzować, ale dziwię się, że miałam taką emisję. Jak slajdy przewijały się tragiczne obrazy z czasów wojny, Holocaustu. Jakbym to ja była winna zagłady Żydów. Jakbym pokutowała za zaniechanie pomocy konkretnym ludziom, podjęcia prób powstrzymania machiny śmierci itp. Każdy obraz zatrzymywał się na chwilę, nie po to bym dostrzegła szczegóły, bo te - czułam jakimś zmysłem - znałam, tylko wyrzuciłam z pamięci, tylko dla chwili refleksji, która i tak była za krótka, pozwalała jedynie utrwalić pokazywaną scenę. Jeśli dusza nie wędruje, to nie mógł być "mój film". Mój mózg mógł przełożyć moje własne zaniechania i winy względem drugiego człowieka. A jeśli...?
Najciężej jest fizjologii odnaleźć się po operacji. I to jest, na dzień dzisiejszy,  przyczyną największych cierpień fizycznych. Miniona noc była pierwszą, która przyniosła znośny odpoczynek, choć ręce i tak, podniesione do góry, szukały wysięgnika do podciągania ciała, by zmienić pozycję.
Koty przyjęły mnie chłodno i milcząco. Syf wszelkiej chemii w wydychanym przeze mnie powietrzu nie pozwalał im się zbliżyć. Balbina dopiero na drugi dzień przemówiła mruczeniem wprost do mojego ucha. Ja i tak cały ból wypłakałam w ramię Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem.