MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 8 listopada 2012

Dzieje Lwowa*. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

Moja opowieść zaczyna się w czasach, kiedy trzej legendarni bracia Lech, Czech i Rus przemierzali urodzajne ziemie między Odrą a Dnieprem w poszukiwaniu najlepszego miejsca na świecie dla swoich ludów....
Pierwsze kronikarskie wzmianki na temat ziemi Rusa pochodzą z 981 roku, a były to czasy wypraw wojennych na potomków legendarnego brata Lecha, czyli już silnej organizacji państwowej. Dziejopisarz podaje, że książę Rusi, Włodzimierz, zajął ziemie Lachów po Czerwień  i Przemyśl, zdobywając przy tym wiele innych pomniejszych grodów. Dla historyków ten zapis ruskiego kronikarza Nestora jest dowodem na to, że ziemie Lechitów sięgały na wschodzie po Bug na całej jego długości, od źródeł na Wyżynie Podolskiej. 
Od tego czasu były pod panowaniem spadkobierców Włodzimierza, książąt i królów wyodrębnionej na przestrzeni kolejnych lat Rusi Czerwonej, a granica państwa Piastów przesunęła się daleko na zachód - po San i Wisłok. Od 1206 roku był Halicz (łacińska Galicia) stolicą Rusi Halicko-Włodzimierskiej. Nie miały te ziemie szczęścia do pokoju i błogostanu. Głodne mordów, zdziczałe hordy tatarskie co rusz przechodziły przez nie w swej drodze na Polskę i Węgry. A po przejściu hord tatarskich ponoć trawa nie chciała nawet rosnąć. Ziemie Rusi były zapleczem do wypraw po łupy zachodniego świata dla Tatarów. Toteż zostawał po przejściu hord gwałt i pogorzelisko. Po jednym z takich pochodów, po raz nie wiedzieć który, zniszczony został Halicz, ówczesna stolica, mający swe położenie niekorzystnie, bo na równinie, bez naturalnych punktów obronnych. Marne były widoki na podniesienie się miasta z riun, dlatego król z dynastii Rurykowiczów Danił I, postanowił poszukać nowego miejsca na stolicę dla swojego królestwa. I tak strategicznie pośród płaskowyżu wielkiego trzonu lądowej równiny, między Haliczem a Chełmem, w kotlinie wyżłobionej przez Pełtew, która z lasów nieopodal wypływa, częściowo na stoku zamkowej góry, ok. 1250 r. założył Danił gród, który  na cześć swojego syna nazwał Lwim Grodem. Pełtew ma swoje źródła w niegdysiejszym dębowym lasku, na stoku góry, na wysokości ok. 350 m n.p.m. i tworząc liczne rozlewiska stała się naturalną fosą utrudniającą dojście do grodu od strony północnej i zachodniej. 
Lew, przejąwszy koronę po ojcu, na dobre stolicę ustanowił w nowym miejscu. Umacniał i rozbudowywał gród. Powstał książęcy dwór i liczne cerkwie. Nieopodal dworu w 1270 roku pojawił się kościół łaciński pw. św. Jana Chrzciciela. Dlaczego? Otóż żoną Lwa była córka króla węgierskiego Beli IV - Konstancja, rodzona siostra św. Kingi, starosądeckiej Pani. Dla ukochanej, pobożnej żony, o której to już współcześni mówili, że po śmierci od razu weszła w poczet błogosławionych oraz dla córki, Lew postanowił postawić świątynię. Odtąd matka z córką mogły oddawać się praktykom religijnym według swojego wyznania. Do kościoła ściągnęli mnisi - dominikanie. Kroniki podają, że córka Konstancji i Lwa - Świętochna, dożyła swojego bogobojnego żywota w starosądeckim klasztorze, który jej ciotka ufundowała. 
Do nowego miasta szybko ściągnęli kupcy z Niemiec i skupili się wokół kościoła katolickiego. 
Ze wschodu przybył do Lwowa lud zbiegły z rodzinnej Armenii przed represjami Greków i Turków. Ormianie, jako że byli chrześcijanami własnego obrządku, zbudowali kościółek św. Anny i utworzyli wokół niego własną dzielnicę. Z dalekiej Armenii przywieźli ze sobą swojego wyznania księgę prawa - Datastanagirk. Osiedlili się w miejscu, gdzie teraz stoi cerkiew i klasztor św. Onufrego (obecnie Bazylianów); w ich dzielnicy gromadzili się (również skośnoocy) Tatarzy. 
Prędko też grupki Żydów zasiedlały powstający gród, tworząc getto w oddzielnej dzielnicy. Lwów rozłożył się na zachodnim stoku góry zamkowej i poniżej, tam gdzie dzisiaj ulica Chmielnickiego (Żółkiewska), Stary Rynek, Plac Halickiego i Zamkowa. 
Drogi prowadzące ze Lwowa na cztery strony świata wyznaczały cerkwie: św. Jura na zachód, na Przemyśl; szereg prastarych cerkwi na Żółkiewskim przedmieściu wyznaczały kierunek na północ, do Chełma, rodzimego miasta Daniły; do Glinian i dalej, do ojczyzny Ormian, obok starodawnej cerkwii św. Krzyża (dziś ulicą Łyczakowską) wiódł główny trakt  na wschód, wreszcie na południe, na Halicz wyznaczała drogę cerkiew Trzech Króli. Wszystkie te świątynie stały na przedmieściach ówczesnego grodu. 
"Połączenie pierwiastków zachodnich i wschodnich żywiołów na gruncie rodzimym ruskim — to tajemnica przyszłej wielkości Lwowa" - pisze Fryderyk Papée (polski historyk, bibliotekoznawca, dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej i profesor Uniwersytetu Jagielońskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętnościw swojej Historii miasta Lwowa w zarysie.
Syn Jur i wnukowie Lwa krótko we Lwowie rządy sprawowali, bo w 1315 roku już ród po mieczu wyginął (historycy domyślają, się, bo dowodów na zbrodnie nie ma, że padli oni ofiarą mordów tatarskich). I tak Ruś Czerwona z nową stolicą we Lwowie w 1323 r. została bez korony. Zdawało się, że koniec dla miasta nastąpił. Ale był to tylko koniec ruskiej epoki.
Władzę po zmarłym ostatnim Romanowiczu (Romanowicze wywodzili się z Rurykowiczów) przejął książę mazowiecki Bolesław, który po kądzieli był spadkobiercą Daniłowej dziedziny. Przybywszy do Lwowa, wraz z władzą przyjął imię Jerzego. Jednak został otruty przez ruskich bojarów, którym nie podobało się, że jest łacińskiego wyznania. W podobny sposób unicestwili wdowę po księciu, rodowitą Rusinkę, wnuczkę rodzoną Daniły, myśląc, że władza przypadnie wyznawcy wschodniego kościoła. Ale miast przywrócić władzę w ręce Rusinów, przyczyniło się to do wielkich walk o władzę na Rusi Czerwonej, do której przystąpiły Polska, Litwa, Tatarzy i Węgry. Przez kilkadziesiąt lat Lwów wraz z Rusią przechodził z rąk do rąk, by ostatecznie w 1353 r. stanąć pod panowaniem Kazimierza Wielkiego. Ten zaś miał szczęśliwą rękę dla wszystkich ziem, którymi władał. Spalony trzykrotnie podczas walk bojarów ruskich z piastowiczem Lwów pod rządami Kazimierza rodził się od podstaw. Kazimierz Wielki lokował miasto na prawie magdeburskim (inaczej: niemieckim, dającym pełną samorządową swobodę) i to zapewne Lwowa szczęśliwa moneta. Król nadał jego mieszkańcom przywileje zezwalające przede wszystkim na odrębność prawną, religijną i obyczajową wszystkich zamieszkujących Lwów nacji. A naówczas Lwów zamieszkiwali: Polacy, Rusini, Ormianie, Niemcy, Żydzi i Tatarzy.
Zbyt piękną i prostą byłaby historia, gdyby już nastał spokój dla grodu, Rusi i Polski. Jeszcze się dzieje kotłowały, jeszcze monarchie europejskie ręce po Ruś Czerwoną ze stolicą we Lwowie wyciągały, aż ostatecznie młodziutka Jadwiga w 1387 roku przypieczętowała zwierzchnictwo polskie nad Lwowem i całą Rusią, tj. Galicją i Lodomerią, jak po łacinie zwano ziemie Halicką i Włodzimierską, którą na drodze pokojowej i za zgodą meszkańców przyłączono do Polski. 

"Ruś przyjmowała Jadwigę chętnie, — aż pod Haliczem natrafiono na opór i to nieznaczny — i nawzajem „królowa polska witała Ruś swobodami". Lwów otrzymał od Jadwigi wkrótce po jej przybyciu potwierdzenie swych przywilejów. W tem potwierdzeniu powiedziano między innemi, że cokolwiekby miastu bezprawnie było zabranem ma być zwrócone i że ustać mają wszystkie cła i daniny, które po śmierci Kazimierza niesłusznie zostały ustanowione. Oto wskazówka wyraźna, w jakiej były pamięci rządy węgierskie na Rusi. Starostowie węgierscy dbali przedewszystkiem o własną korzyść, uciskali podatkami, ba nawet kilka grodów Litwinom zaprzedali. Toż nic dziwnego, że z taką radością witano Jadwigę, kiedy kres kładła rządom węgierskim na Rusi. I niemniej radosnego doznał także przyjęcia Jagiełło, skoro wkrótce po swej małżonce na Ruś zawitał. Lwów uprosił sobie od niego znowu potwierdzenie swych praw, a wkrótce potem (1389) ciekawy bardzo dokument, który wśród najcenniejszych swych przywilejów przechował. W tym dokumencie nic więcej nie było powiedzianem, jak tylko to, że Lwów i ziemia lwowska nigdy żadnemu księciu ani panu oddane nie będą, ale po wieczne czasy z koroną królestwa polskiego nierozdzielną stanowić mają całość, by pod tą opieką trwale się pokrzepiły*. Lwów żadną miarą nie chciał gdzie indziej należeć, jak tylko do tego związku państw, które szczęśliwa obrączka Jadwigi w jedno potężne mocarstwo złączyła. Wracał z upragnieniem do polskiej korony, wracał na stałe — wśród jeszcze szczęśliwszych niż dawniej warunków". (Fryderyk Papée)
 *(Akta grodzkie i ziemskie T - III Nr 50 ryc. 2)

 Największym przywilejem, jaki nadał Ludwik Węgierski, a polscy władcy potwierdzili, który wpłynął na świetność i bogactwo miasta, był przywilej prawa handlowego, w tym przywilej składowy. Spowodował, że Lwów stał się monopolistą na towary Wschodu dla świata Zachodniego i na towary Zachodu dla świata Wschodniego.
I tak nastąpił rozkwit Królewskiego Stołecznego Miasta Lwowa, o którym nie można niestety powiedzieć, że trwał nieprzerwanie. Śmierć Jagiełły, władcy, z którym liczyli się nawet Tatarzy, a później klęska i śmierć młodego króla, któremu potomni nadali przydomek Warneńczyka, rozzuchwaliła Tatarów i znów sięgnęli po ziemię niegdysiejszej Rusi, naówczas Małopolski Wschodniej. 
W dalszych stuleciach złoty okres powrócił, by czas zalewającego Europę i Rzeczpospolitą  potopu szwedzkiego z jednej strony, z drugiej niepokoje wewnętrzne przyobleczone w wojnę domową kozaków pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, przyniosły kolejny upadek Lwowa.
I tak się historia toczyła swym kołem przynosząc wzloty i upadki, ale Lwów i kresy już zawsze były w rękach polskich. Aż przyszedł wiek XVIII, a wraz z nim okres rozbiorów Polski. 

* Opracowanie na podstawie Fryderyka Papée  Historia miasta Lwowa w zarysie.

_________________________________________________________________________________


Powinnam napisać, że jest to część I. i ciąg dalszy nastąpi, ale tak naprawdę chciałam (przede wszystkim sama dla siebie) wiedzieć, dlaczego Ukraińcy uważają, że są pierwszymi spadkobiercami tych ziem i Lwowa. Dlatego najbardziej interesował mnie czas jak, kiedy i dlaczego Lwów powstał oraz za jaką przyczyną stał się polski.
Osoby zainteresowane dziejami miasta odsyłam do wspaniałej książki Fryderyka Papée  Historia miasta Lwowa w zarysie, którą czyta się jak najpiękniejszą opowieść. Można ją znaleźć w internecie. 

Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

Nigdy o tobie nie ośmielam się mówić
ogromne niebo mojej dzielnicy
Nie opiszę nawet domu
który zna wszystkie ucieczki
i moje powroty
choć mały jest i nie opuszcza powieki
zamkniętej
nic nie odda zapachu zielonej portiery
ani skrzypienia schodów po których
wnoszę zapaloną lampę
ani liścia nad bramą


(Zbigniew Herbert "Nigdy o tobie")

Ja wam tego miasta nie opowiem. Poeta zmilczał. Nie zdołał. Jak więc się mnie mierzyć z bezsiłą? Dwa razy zaledwie mnie w życiu słońce ze snu budziło, sprawiając dzień w mieście, którego już nie ma. Być może się drzewa kołyszą jeszcze te same, ale już przechyliły zbyt wiele kielichów goryczy. Kot. Kot franciszkanów z Łyczakowskiej jest najlepszym gawędziarzem, ale kto jego mruczenie zrozumie? On zna wszystkie zakamarki świata, który jest i odeszłego w nicość. Skacze opłotkami przenosząc się w czasie. W tym mieście, jak w całej Rzeczypospolitej, od wieków o świetnych latach zapomniano. Był czas złudzeń nadzieją nazwanych, że miasto z ojczyzną jak Feniks z popiołów powstać może. I dlatego złoto z purpurą się co wiele pokoleń o zachodzie słońca na niebie miesza. Na tym niebie, pod którym białe groby dzieci rozkwitają i umierają. W ich domach mieszkają całkiem inni ludzie. Wiodą żywot lękiem przyodziany. Ulicami przemyka smutek, uciekając nienawiści. Radość zwiędła z liśćmi jesieni i na bruk opadła. Ptak się nawet na wysokość nie wznosi, bo ma skrzydła z kamienia. Orłom z dawna zakazano nad miastem latać. Sokoli się ród zrodził, powstał z kolan i prędko upadł. Jak wszystko. Jak odnaleźć miałby poeta miejsca swojego dzieciństwa, skoro nawet jego imię w obcym języku zapisano? Cały świat nazwano inaczej. Zburzono rzeźby z kamienia, co z cokołów nad grodem górowały. W ich miejsce postawiono nowe. Komu się dzisiaj stawia pomniki w mieście, które rodziło poetów? Płacz i zgrzytanie zębów, jak w przepowiedni Słowa, a sława mija z czasem. Czas nieubłagany. Błagania wielu niewysłuchane. Pragnienia niewypowiedziane. Modlitwy niespełnione. Żal nieutulony. Jak chłopcy, co z domów wybiegli. Nawet się pożegnać nie zdążyli. Matczyną ręką nie przeżegnani odeszli. Do wieczności. Do tych, co zostali, wieczność sama przyszła. Wieczność tułacza bez domu i miejsca urodzenia. Z udręką więźnia bez winy. Czas jak wyrok przytwierdził ich w miejscu osadzenia.
Mury kamienic skruszył czas. Okna jak oczy wypatrują swoich. Bramy otwarły się dla motłochu, który rzeźbione stiuki sieni zamienił w wychodek. Podwórka nasłuchują znajomych kroków. Domy... ulice... pomniki... ludzie... miasto... czyjeś najdroższe. Dzisiaj niczyje.

Nie dziwcie się, że nie umiemy
opisywać świata tylko mówimy do rzeczy czule
po imieniu


(Zbigniew Herbert "Nigdy o tobie")



Lwów - tablica na fasadzie domu przy Łyczakowskiej 55
upamiętniająca Zbigniewa Herberta
Lwów - kamienne ptaki na Cmentarzu Łyczakowskim
(Austriacy w czasie zaborów zakazali symbolu orła,
stąd zrodził się sokół )



Lwów - były kościół i klasztor bernardynów
obecnie greckokatolicka cerkiew św. Andrzeja


Lwów - fasada kamienicy Korniakta w Rynku




Lwów - Czarna Kamienica
była rezydencja Potockich



Lwów - Rynek




Lwów - Rynek
(najdroższe zdjęcie)
w czterech narożnikach Rynku znajdują się
rzeźby postaci mitologicznych (tu Neptun)



Lwów - Ratusz


Lwów - jedna z najstarszych aptek (od 1774 r.)
mieszcząca się przy Rynku
(w lewym rogu zdjęcia lampa Łukasiewicza)



Lwów - Dziedziniec Katedry Ormiańskiej



Lwów - wejście do Katedry Ormiańskiej



Lwów - wnętrze katedry Ormiańskiej



Lwów - (były) Teatr Narodowy
Obecnie Opera Lwowska



Lwów - (b. Teatr Narodowy, o. Opera Lwowska) - wnętrze



Lwów - (b. Teatr Narodowy, o. Opera Lwowska) - wnętrze



Lwów - (b. Teatr Narodowy, o. Opera Lwowska) - wnętrze
Kurtyna malowana przez Siemiradzkiego




Lwów - Katedra (Łacińska)
Od kilku miesięcy każdej soboty
na rogu przy wlocie ul. Halickiej do Rynku
odbywają się modły? tańce
wyznawców Hare Kryszna


Lokal na Placu Katedralnym



Kaplica Boimów na Placu Katedralnym


Lwów - podwórko jednej z kamienic



Lwów - ulica Kościuszki (!)



Lwów - pomnik naszego wieszcza
na Placu Mickiewicza
(choć przecież nie takie pewne, że on nasz)




Lwów - przepiękny pomnik naszego wieszcza
na Placu Mickiewicza
(dawniej Placu Mariackim)


Lwów - Plac Mickiewicza nazywał się niegdyś Mariacki
za sprawą tej pięknej rzeźby śnieżnobiałej w przeszłości
Marii na kolumnie




Lwów - pomnik jednego z bohaterów narodowych Ukrainy
Ivana Franka na tle byłego kościoła jezuitów,
w którym obecnie mieści się jednocześnie
cerkiew greckokatolicka i sala koncertowa,
a ławki mają przekładane oparcia: do przodu - do tyłu.


Lwów - znów Rynek




Lwów - fasada byłego kościoła dominikanów
(obecnie muzeum religii)



Lwów - rzeźba (mam wrażenie, że nagrobna)
poświęcona Arturowi Grottgerowi



Lwów - tu się trzeba wczytać.
Tu naprawdę serce pęka.
Takie tablice są na wszystkich zabytkach.



Lwów - tu się trzeba wczytać.
Tu naprawdę serce pęka.
Takie tablice są na wszystkich zabytkach.
A niektóre zabytki wyglądają jeszcze tak.


Lwów -  a niektóre zabytki wyglądają jeszcze tak.


Lwów - były kościół św. Elżbiety
(obecnie cerkiew greckokatolicka
pw. św. Elżbiety i św. Olgi,
za czasów CCCP - magazyn
rzeczy podłych)
Lwów

Lwów 

środa, 7 listopada 2012

Cmentarz Orląt. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

11 listopada 1934 roku, w dzień Święta Niepodległości, po mszach w lwowskich kościołach odbyła się na Placu Bernardyńskim wojskowa defilada. Już wyobrazić sobie można przemarsz piechoty, już słychać dudnienie miarowych kroków po lwowskim bruku, już widać powiewające proporce wojskowe i chorągiewki w rękach uczestników. Ponoć nawet wozy artyleryjskie brały udział w defiladzie przydając jej odpowiedniej tyleż grozy, co niesamowitości. Po niej, w obecności władz cywilnych i wojskowych Lwowa, wicewojewody lwowskiego, inspektora armii i jednego z generałów, Związku Obrońców Lwowa, wojskowej kompanii honorowej w asyście orkiestry, organizacji strzeleckiej i harcerskiej, ludności i żyjących obrońców Lwowa, odbyło się odsłonięcie Pomnika Obrońców Lwowa.

Wanda Mazanowska, przewodnicząca "Straży Mogił" powiedziała:



- "Gdy przed piętnastu laty architekt śp. inż. Rudolf Indruch, obrońca Lwowa, zwyciężył w konkursie na plan urządzenia Cmentarza Obrońców Lwowa, składali mu życzenia koledzy i profesorowie, ale tylko warunkowo, tj., jeżeli Towarzystwo "Straży Mogił Polskich Bohaterów" będzie miało dość wytrwałości, a społeczeństwo będzie odpowiednio ofiarne w wykonaniu pięknego zamierzenia. Dzisiaj dumni jesteśmy i szczęśliwi, gdyż chwila ta nadeszła i to właśnie w roku naszego jubileuszu, tj. piętnastolecia naszego istnienia i pracy.
Wytrwałość i ofiarność znalazły się, a nasze przedsięwzięcie zostało poparte przede wszystkim przez całe społeczeństwo. Miedzy innymi poparło nas ofiarnie kilka osób z wydziału Towarzystwa "Straży Mogił" nie tylko bezinteresowną pracą, ale ponadto poważnymi funduszami. Wydatnej udzieliła nam pomocy Gmina miasta Lwowa, fundując jedną kolumnę. Drugą ufundowało miasto Poznań, na trzecią i czwartą złożyły się Związek Narodowy Polski w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki i Mieszczańskie Towarzystwo Strzeleckie Królewskiego Stołecznego Miasta Lwowa. Reszta kolumn, w liczbie 8, czeka na swych fundatorów.
Wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób, choćby najmniejszym datkiem, przyczynili się do tego monumentalnego dzieła, składam na tym miejscu wyrazy szczerej, serdecznej podzięki.
Urządzamy cmentarz i wznieśliśmy pomnik nie tyle dla poległych, gdyż tym oprócz modlitwy niczego nie trzeba, lecz dla żywych, dla młodzieży, dla żołnierza, dla ich nauki i przykładu.
Cmentarz ten nie jest i nie ma być miejscem smutku i rozpaczy, lecz raczej otuchy i zadowolenia wewnętrznego, że w chwili grozy i kataklizmu światowego, nie tylko ci, którzy polegli, ale żywi, którzy wraz z poległymi patrzyli śmierci w oczy, wypełnili to, czego wymagały honor, Ojczyzna i obowiązek Polaka.
Niechże te kolumny uczą teraźniejsze i przyszłe pokolenie, że naszą wolność zdobyliśmy ciężkim trudem i krwią ofiarną, a pamięć o tym i wdzięczność za to niech opanuje serce i dusze Polaka i trwa wieki całe".

Orlęta Lwowskie umierały dwukrotnie. Pierwszym razem, gdy straciły swe życie broniąc polskości Lwowa. Za drugim razem śmierć trwała latami. Od 1945 roku, kiedy to Lwów i cała Małopolska Wschodnia weszły w skład terytorium Ukraińskiej SSR, dewastacja i niszczenie Cmentarza Orląt Lwowskich następowały systematycznie. Z początku likwidowano krzyże, znikały kamienne płyty nagrobne. Unicestwiano pomnik bohaterów. Całkowitej profanacji dokonano robiąc na cmentarzu wysypisko śmieci.  
Ostatecznego zniszczenia Cmentarza dokonali sowieci w sierpniu 1971 roku. Nastąpiło to po wystosowaniu przez mieszkających w Polsce obrońców Lwowa memorandum do najwyższych władz Polski i ZSRR dotyczącego protestu ws. dewastacji i bezczeszczenia lwowskiej nekropolii wojennej. Na miejsce pochówku bohaterów spod Polskiego Termopile wjechały czołgi i zburzyły kolumnadę, a buldożery rozjeździły do reszty groby młodocianych żołnierzy. Z karabinów maszynowych ostrzelano tablice znajdujące się na części pomnika, której nie udało się zniszczyć. 
W następnych latach środek cmentarza zrównano buldożerami i zalawszy asfaltem, zrobiono drogę. Dalej: katakumby zamieniono na warsztat kamieniarski. 

I tej wiedzy zawsze najbardziej się bałam. Dlatego twierdziłam przez lata, że nie chcę jechać do Lwowa, że świat jaki zastałam ma taki porządek i dlaczego mam rozdrapywać nie swoje rany...
Hmmm. Dopiero, kiedy wyjdziemy na szczyt i mamy pogląd z góry, jesteśmy w stanie sobie uświadomić ignorancję graniczącą często z głupotą, jaką otaczaliśmy się, dopóki jakaś siła nas na ten szczyt nie zagnała. 
By przejść Cmentarz Orląt Lwowskich trzeba wyjść na szczyt. Na szczycie Pomnika Obrońców Lwowa znajduje się kaplica. Z kaplicy Bóg białym opłatkiem Swojego Ciała sypie okruchy pokoju na mogiły dwukrotnie poległych. Ale zanim się do owej kaplicy dotrze, trzeba przemierzyć las krzyży - kwitnących białych róż. Słodki zapach królewskiego kwiecia bynajmniej nie odurza. Za to odurza wrażenie i wtedy już człowiek staje się tym wichrem, który hula w jego własnej duszy. Wiruje wewnątrz siebie samego. Raz chce się uwolnić, to znów zapada się w najodleglejszy zakątek ducha i ciała. Jest w gardle, w sercu, w żołądku; najbardziej w głowie, która już na zawsze została zarażona tym wiatrem historii, który nie pozwoli zapomnieć i myśleć, że można nie myśleć. 
Dla mnie niebo nad Cmentarzem Orląt na zawsze będzie miało kolor szafirowy, a krzyże zdobne w biało-czerwone wstęgi, będą mu się kłaniały z pokorą. Dla świata dumne, dla nieba pokorne zmartwychwstały, by krzyczeć o beznadziei wszelkich działań zbrojnych. Zwłaszcza tych, w które uwikłane są dzieci.


 Mamo, czy jesteś ze mną?
 Nie słyszę Twoich słów —
 W oczach mi trochę ciemno...
 Obroniliśmy Lwów!
 Zostaniesz biedna sama...
 Baczność! Za Lwów! Cel! Pal!
 Tylko mi Ciebie, mamo,
 Tylko mi Polski żal!...


(Artur Oppman "Orlątko", listopad 1918)


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)
Przy grobie nieznanych obrońców poległych w walkach na Persenówce


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)
Stalowymi linami przyczepionymi do czołgów i buldożerów
sowieci burzyli kolumnadę - najokazalszą część Pomnika.
Odbudowując, pozostawiono ślady okaleczenia kamienia.


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)
Fragmenty zburzonych kolumn.


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa).
Tablica upamiętniająca najmłodsze Orlęta.


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)
W tle, na szczycie znajduje się kaplica.


Cmentarz Orląt Lwowskich 3.11.2012
(właściwie: Pomnik Obrońców Lwowa)
Z tej mogiły zabrano szczątki do grobu
Nieznanego Żołnierza na Placu Piłsudskiego
w Warszawie.


wtorek, 6 listopada 2012

Światełko pamięci dla Cmentarza Łyczakowskiego. Z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Widziałam wiele cmentarzy bardziej zaniedbanych niż ten na Łyczakowie. Zarówno na Ukrainie - polskich, jak w Polsce - łemkowskich, czy żydowskich. Nekropolia Łyczakowska nie rodzi smutku. Rodzi nieopisany ból, jak wszystko w starym Lwowie.
Odziany w barwy jesieni cmentarz zachęcał do odwiedzin i specyficznej nostalgii. Leży na wzgórzu, bo tak planowano miejsca pochówku. Zza murów głównego wejścia prześwitywało światło. Zdawało się, że jest to owo najjaśniejsze światło, które prowadzi umarłych do życia. Żyjącym pozwalało przejść przez kurtynę, za którą napisy nagrobne krzyczały, że "to Polska właśnie". W prawdziwej kontemplacji przeszkadzały tłumy turystów zorganizowanych w wycieczki i głośno mówiący przewodnicy. Dlatego niejednokrotnie chowaliśmy się za pomnikami, czy w bocznych alejkach, by w ciszy doświadczyć bólu, który równocześnie był jakimś niezaznanym do tej pory uczuciem, od którego wywracało duszę, jakby wiatr w człowieku, w środku hulał.
Grobowce Gabrieli Zapolskiej i Marii Konopnickiej są blisko przy wejściu, niedaleko od siebie; obie panie leżą w Alei Zasłużonych. Gabriela Zapolska tak naprawdę nazywała się Maria Gabriela Korwin-Piotrowska, Śnieżko-Błocka po pierwszym mężu, Janowska po drugim. Obie panie na czasy, w których żyły były skandalistkami. Do dziś nie wiedzieć, która większą. Przy grobie Konopnickiej odśpiewaliśmy Rotę, jak niegdyś przy pomniku Jerzego Wołodyjowskiego Pieśń o Małym Rycerzu. Myślałam, że stać mnie będzie na śpiew. Przeliczyłam się, głos uwiązł mi w gardle. Tuż obok Konopnickiej leży profesor Banach, wybitny polski matematyk z Uniwersytetu Lwowskiego, który (podobnie jak wspominany wczoraj Zbigniew Herbert, w czasie II wojny światowej karmił wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami, co skutecznie chroniło go przed represjami ze strony okupanta niemieckiego). Spoczywa w grobowcu kupieckiej, lwowskiej rodziny Riedlów. Po drugiej stronie alejki znajduje się grobowiec rodziny Gorgolewskich. Nazwisko to Polakom nie jest znane.  Nam wtedy również niewiele mówiło. Dopiero, gdy zobaczyliśmy dzieło najsłynniejszego z rodu - Zygmunta, zrozumieliśmy dlaczego w alei zasłużonych. Zbigniew Gorgolewski wygrał konkurs na projekt Teatru Wielkiego (dziś opery). Eklektyczny gmach (łączący elementy i treści z różnych stylów, epok i kierunków artystycznych) raz zobaczony z zewnątrz i wewnątrz, pozostawia niezapomniane wrażenie.
Grób Juliana Konstantego Ordona, powstańca listopadowego, którego Adam Mickiewicz uśmiercił w swym poemacie Reduta Ordona, zdobny jest w okazały i wyjątkowy pomnik. Po samobójczej śmierci Ordona na emigracji we Włoszech dwa miasta: Kraków i Lwów konkurowały o sprowadzenie jego zwłok do kraju. I tak Lwów postawił piękny monument.
Jest grób - pomnik Seweryna Goszczyńskiego, romantycznego, kresowego poety; działacza niepodległościowego. Goszczyński był jednym z uczestników spisku podchorążych w 1830 roku i uczestniczył w ataku na Belweder; walczył w Powstaniu Listopadowym (w randze kapitana), a po jego upadku zakładał w Galicji organizacje niepodległościowe, na emigracji wraz z Adamem Mickiewiczem działał w Kole Bożej Sprawy (inaczej kole towiańczyków), by na koniec swojego życia w blasku chwały wrócić do Lwowa.
Gdzieś jest też grób Artura Grottgera. Dokładnie w miejscu, które sam dla siebie wybrał. Choć ten romantyczny malarz, uczestnik Powstania Styczniowego, autor cyklu Kartonów o Powstaniu Styczniowym, chory na gruźlicę zmarł w sanatorium we francuskich Pirenejach, jego ciało, jak wielu innych Polaków, trafiło na Łyczakowski Cmentarz. Sprowadziła je narzeczona Artura, Wanda, nieco ponad pół roku po jego śmierci. Niespełniona miłość Artura Grottgera, to oddzielna wielka i piękna historia, podobnie jak wielkie i piękne są historie wszystkich spoczywających na najsłynniejszej lwowskiej nekropolii.
Skoro jesteśmy już w ramach czasowych Powstania Styczniowego i przy grobie Artura Grottgera,  blisko jest do kwatery Powstańców. Każdy krzyż udekorowany jest biało-czerwoną wstęgą, wszak to czas zaduszny. Choć w tym miejscu zapewne sami święci spoczywają. Młodzi mężczyźni i chłopcy przykryci darnią ojczystej ziemi z krzyżem na kopcu, jak z pochodnią jaśniejącą w mroku umarłej wieczności, czekają na ciała zmartwychwstanie, a ich dusze zapewne radują się na niebiańskiej uczcie.

Spacer, nawiedzenie, modlitwa, rozmowa, rozważania i to uczucie, jakby wiatr hulał w duszy... Szelest liści pod nogami, a nad głową żółte i złote drzewa na tle szafirowego nieba, nagromadzenie pomników historii ludzi i Ojczyzny to nic, to tylko przygotowanie do wszystkiego, co zawładnie uczuciem po przekroczeniu progu do świata kwitnących białych krzyży Orląt Lwowskich.


Tu jest ojczyzny duch, który nas trzyma
Złączonych w jedność ramieniem olbrzyma;
Tu jest ojczyzny duch, którego ciało
Z nas się poczęło i w nas będzie trwało!

O Polsko-matko! Błogosław nam z dala...

(Maria Konopnicka "Na jedność tułaczy")




Główna brama Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie


Grób Gabrieli Zapolskiej
na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie



Grób Marii Konopnickiej
na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie
(na lewo znajduje się grobowiec Riedlów,
w którym pochowany jest prof. Stefan Banach)



Grób Juliana Konstantego Ordona
na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie


Cmentarz Łyczakowski we Lwowie


Kwatera Powstańców Styczniowych
na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie


Wzruszająca inskrypcja na nagrobku
na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie

poniedziałek, 5 listopada 2012

Kot franciszkanów z Łyczakowskiej - z cyklu: Lwów - lektura obowiązkowa dla wszystkich

Kot jest czarny. Na oko ma z 8 lat. Kusę ma posiwiałą, stąd wiadomo. I "rysy" leciwego już zwierzęcia. Mieszka w samym centrum Lwowa, na Łyczakowie. Z trzech stron posesję otaczają ruchliwe ulice, z czego jedną wiedzie torowisko tramwajowe. Tramwaje, autobusy i samochody jeżdżą dniem i nocą, jak to w wielkim mieście. Pod adresem, do którego przywiązał się kot, ludzie bywają chwilowo. Nikt tam nie mieszka na stałe, prócz kota. Choć kościół św. Antoniego Padewskiego, obok katedry lwowskiej (śmiesznie dziś zwanej: katolickiej) był jedynym kościołem katolickim we Lwowie, którego sowieci nie zlikwidowali, to franciszkanie wrócili do niego dopiero w 1989 r. Nie udało im się niestety odzyskać od władz miasta całości swej niegdysiejszej posiadłości, dlatego w zabudowaniach poklasztornych mieści się państwowa szkoła muzyczna i nawet ma przypisany inny numer. Do parafii, prócz kościoła należy spory podworzec i maleńki, wyglądający jak oficyna budynek na tyłach dziedzińca. W budynku mieszczą się pokoje gościnne, które zamiennie służą za salki dla przybywających na katechizację dzieci i młodzieży. Jest niewielka kuchnia i spora sala, zapewne wielofunkcyjna. My spożywaliśmy w niej posiłki. Zanim powstała owa sala, przypominająca zakonny refektarz, najpierw była zadaszona weranda. Z czasem oszklono ją i tak zyskano dodatkową powierzchnię. Wnętrze budynku, który jest i hostelem, i domem katechetycznym, jest maleńkie. Najbardziej świadczy o tym klatka schodowa, która jest wąska, prawie jak właz na strych. Łazienki również są maleńkie. I pokoje skłaniają mieszkających do większej bliskości..
Powiedzieć, że zameldowaliśmy się na Łyczakowskiej 49 a w środku nocy, byłoby nadużyciem co do wyznaczania środka. Przyjechaliśmy bardzo późno, długo zastanawialiśmy się, czy trafiliśmy, bo zmylił nas ten numer budynku szkoły muzycznej i na koniec okazało się, że moje obydwa telefony nie złapały roamingu. Zanim więc brat Sławomir przyszedł ze swojego mieszkania, które siłą rzeczy znajduje się poza posesją parafii, było już prawie nad ranem. Zasypialiśmy niedługo przed wschodem słońca. A to listopad. Słońce późno wstaje.
Wespół z bratem Sławomirem przywitał nas kot. Siedział sobie na niewysokiej ławce na dziedzińcu, nieopodal śnieżnobiałej figury Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Siedział w pozycji, jakby przeczekiwał czas, albo pilnował czegoś. Może kogoś. Wcale nie polował. Nic sobie też nie zrobił z naszego pojawienia się o tej porze. Jakby to dla niego było normalne.
Rano pani przygotowująca nam śniadanie powiedziała, że kot jest stąd.
Duża Mała Dziewczynka za każdym razem, gdy przechodziliśmy przez dziedziniec, tuliła kota i wysłuchiwała jego mruczenia. Bo też za każdym razem, gdy szliśmy, kot był, albo zjawiał się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kiedy zderzyłam się z ruchem i tempem życia ulicy Łyczakowskiej, pierwsze co przyszło mi do głowy, to myśl, jak ten kot tu przeżył? Prawdziwy łyczakowski baciar.
Nieopodal kościoła, w budynku pod adresem Łyczakowska 55 przyszedł na świat autor "Pana Cogito", Zbigniew Herbert i mieszkał tam przez pierwszych 9 lat swojego życia. Tylko trochę krócej niż ja w Moim Mieście. Poeta pozostał w mieście swojego dzieciństwa do uzyskania dorosłości, więc i miłość do rodzinnego Lwowa mogła w nim dojrzeć, toteż nie dziwi wrażliwość zapisana w poezji, jaką tworzył.
W kościele św. Antoniego u franciszkanów Zbigniew Herbert został ochrzczony, o czym informuje tablica zamieszczona w bocznej nawie kościoła.

Zanim wyszliśmy na pierwszy spacer po Lwowie, zanim poszliśmy na cmentarze, chyba kot franciszkanów z Łyczakowskiej wymruczał te słowa:

"pozostało nam tylko miejsce przywiązania do miejsca 
jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów 
jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic"



 "Raport z oblężonego miasta" Zbigniew Herbert





Na dziedzińcu parafii św. Antoniego we Lwowie,
Łyczakowska 49 a


Maleńki hostel franciszkanów



Wjazd na posesję franciszkanów,
(budynek poklasztorny obecnie należący do
państwowej szkoły muzycznej)



Fasada kościoła franciszkanów,
widok od ul. Łyczakowskiej



Wnętrze kościoła franciszkanów pw. św. Antoniego




Tablica znajdująca się we wnętrzu kościoła św. Antoniego
upamiętniająca chrzciny Zbigniewa Herberta



Krzyż franciszkanów



Kościół franciszkanów św. Antoniego z okna naszego pokoju
Tablica z kamienicy pod adresem Łyczakowska 55



Kot - łyczakowski "batiar"