MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 24 listopada 2013

10 dni

Kiedy po południu odebrałam maila od Doktora z informacją, że jego zespół uzyskał pieniądze od NFZ i moją operację zaplanował na nowo na 4 grudnia, to wystraszyłam się bardziej niż w ogóle do tej pory się zdążyłam bać w związku z wiedzą o operacji kolana. Nie podobało mi się przełożenie zabiegu na kwiecień, bo wyglądało to tak, że nie dość, że kontrakt został wyczerpany i moja operacja nie odbędzie się w zaplanowanym terminie, to jeszcze dodatkowo zostanę ukarana przeniesieniem na koniec kolejki. Skoro więc dzisiejsza informacja spowodowała taki lęk, to musiałam w głębi ducha liczyć na ten kwiecień, choć tak naprawdę nie wyobrażałam sobie jakim cudem to kolano doniesie mnie do wiosny.

BOLI.

Podczas wizyty kwalifikującej do zabiegu Doktor mówił, że operacja będzie polegała na niemal całkowitej rekonstrukcji stawu kolanowego. Zabieg będzie wykonywany przy znieczuleniu podpajęczynówkowym i ponoć mogę oglądać wszystko na monitorze.
Po pierwsze Doktor będzie mi wstawiał śrubę w kość piszczelową, by uzupełnić wytarte i wyłamane fragmenty kości. Śruba wstawiona pionowo od góry do dołu będzie podporą dla sztucznej łąkotki (a może allogenicznej? tego nie wiem), ponieważ i łąkotka przyśrodkowa i powierzchnie stawowe kości piszczelowej i udowej wraz z fragmentami kości są wytarte, starte i połamane. Następnie zrobi osteotomię okolicy stawu kolanowego, tj. przeniesienie obciążeń w stawie z okolicy przeciążonej na zdrową  przez przecięcie poziome kości i korekcję osi (Doktor wyraził się: lekko pani wyszpotawię nogę, by w przyszłości, gdy się nam staw zregeneruje odwrócić z powrotem oś nogi na miejsce ;) ). Osteotomię  stabilizuje się metalowymi implantami, pozwalającymi na zrośnięcie się odłamów. Jest tam jeszcze w moim kolanie do zszycia któreś więzadło, prawdopodobnie przednie krzyżowe i torbiel Bakera do usunięcia. Prócz tego trzeba poodkurzać, by usunąć walające się fragmenty odłamanych fragmentów kości piszczelowej i udowej oraz jakieś śmieci po uszkodzeniu łąkotki i rzepki.

Po 24 godzinach od zabiegu, najdalej po 48, mam wyjść do domu.

Miniony tydzień, w związku z odroczeniem jakie uzyskałam, był cudownym tygodniem bez żadnych strachów. Jedynym lękiem jaki mnie spowijał był ten, jak dotrwam z tym kolanem do kwietnia, ale nadzieja na odwleczenie się tego wszystkiego w czasie była tak wielka, że  miałam same optymistycznie wizje.

Więc zostało 10 dni.



piątek, 22 listopada 2013

F60.0

Z upływem czasu ma się wrażenie, że ludzi, którzy potrzebują porady psychiatry przybywa. I to w zastraszającym tempie. Nie, żebym siebie samą miała za całkiem normalną. Ale też z wielkim niepokojem obserwuję jak na moich oczach ludzie odkrywają się i obnażają ze swych skrywanych przypadłości. Bo taki wariat to doskonale wie, jak zabłysnąć w środowisku i co zrobić, by przez długie lata uchodzić za pozytywnego i normalnego gościa. Zwłaszcza, że niejeden wariat to taki "bystrzak" towarzyski, co to elokwencją, żartem, dowcipem, znajomością różnorodnych tematów i czym tam jeszcze potrafi oczarować. A pilnuje się przy tym dokładnie, by przypadkiem nie zostać zdemaskowanym.
Wydaje mi się, że jestem dobrym obserwatorem i intuicyjnie potrafię wyczuć intencje, zamiary i prawdziwe osobowości ludzi, z którymi mam kontakt. A jednak zdarzyło się kilka razy w moim życiu, że pozwoliłam się zwieść pozorom i fałszywemu obrazowi, który z tak wielką perfekcją potrafił odmalować jakiś psychol.
Więc zastanawiam się, czy jest to skutkiem mojej naiwności, której głównym wątkiem i równocześnie osnową jest zaufanie i wiara w człowieka, czy też może manipulacja i spryt tych, co bardziej niż ja odstają od normy normalności psychicznej.
No bo sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy ktoś się okazuje pospolitą świnią.


Archiwalia

Dostałam od Druhny Mańci tajny liścik na karteluszce z sygnaturą dokumentów z Archiwum Narodowego. Prosiłam ją o informacje na temat Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach, a ona od razu z grubej rury. Najpierw zadzwoniłam do Archiwum i zapytałam o co trzeba. Więc, gdy weszłam do biura Archiwum mało atramentu nie wypiłam. Pierwszy raz w życiu mnie tam poniosło. Już po wymianie pierwszych zdań z pracownikami okazało się, że przez telefon to o nic nie zapytałam. Albo po prostu pracownicy Archiwum bardziej do starych dokumentów przystają niż do kontaktu z ludźmi. We własnym mniemaniu jestem osobą komunikatywną - od dzieciństwa słyszałam, że nie mam problemów z nawiązywaniem kontaktu - ale z panią z Archiwum nijak dogadać się nie mogłam. Kiedy się okazało, że tych dokumentów nie dostanę od razu, że muszę wypisać jakieś fiszki, w dodatku każdą podwójnie i małymi literami (nie wzięłam okularów) i muszę przyjść w umówionym terminie, choć i tak nie ma gwarancji, że otrzymam zamówione dokumenty, bo jeszcze do końca nie są zarchiwizowane i na dowód tego pan pokazał mi (kiedy już wypisałam kilkanaście fiszek małymi literami, podwójnie i bez okularów) w tzw. katalogu, że właśnie "o w tym miejscu jest zaznaczone, że nie są jeszcze skatalogowane" to myślałam, że się rozpłaczę. Zamiast tego wyraziłam podziw dla obu państwa za umiejętność pracy w takim miejscu i miałam nadzieję, że nie zabrzmiał zgryźliwie. Potem wiłam się jeszcze przez kilka godzin w bezsilnej złości, że nie jestem typem naukowca, że praca badacza jest nie dla mnie, że przecież dopiero co Mama Halinka powiedziała tak pięknie, że mam duszę męczeńsko patriotyczną i ja właśnie chcę być męczennicą patriotką, a nie jakimś tam wiarygodnym historykiem, czy choćby znawcą tematu.
W umówionym terminie, czyli dzisiaj, udałam się do Archiwum z własnym nośnikiem rejestracji dokumentów, czyli z aparatem fotograficznym i jeszcze dobrze drzwi za sobą nie zamknęłam, a pani przywitała mnie w te słowa: - Pani miała dzisiaj przyjść? Bo my chyba nie przygotowaliśmy dla pani materiałów. - Tak, dzisiaj. O dwunastej - odpowiedziałam siląc się na luz w głosie i zachowaniu. (Wciąż ćwiczę cnotę cierpliwości!). Okazało się, że dokumenty czekają na specjalnym wózku. Wszystkie! Nawet te nieskatalogowane. Przedtem i dzisiaj wypisałam sto tysięcy oświadczeń, złożyłam tyleż podpisów stwierdzających zapoznanie się z... i zgody na...; pouczona jak mogę dokumentować udostępniony materiał, rozśmieszona do rozpuku zakazem manipulowania dokumentami na stoliku w celu sfotografowania itp. miałam serdecznie dość. Bardziej niż serdecznie. I bardziej niż dość.

Kiedy dotknęłam oprawy pierwszej kroniki Stanicy Harcerskiej z lat 1927 - 1939 zapomniałam o Bożym świecie. Nigdy w życiu jej nie widziałam. Swojego czasu kontaktowałam się z dh. Bronką Szczepańcówną (prawdopodobnie od niej trafiła ta kronika do Archiwum) w sprawie materiałów do mojej pracy dyplomowej, ale kroniki mi wtedy nie pokazała. Stało się coś niesamowitego i nieprawdopodobnego. Zaledwie wczoraj nasi seniorzy z "Szumiącego Boru" opowiadali o tym, co na stronach kroniki, a tu słowo stało się namacalne, by nie rzec, że ciałem. "Siwa Broda przyjechała./ Parada! Parada!/ I ze szopką nas zabrała./ Circium! Ciarada!" podśpiewywała wczoraj swoją rolę niegdysiejsza dziewczynka, która w zuchowym mundurze brała udział w szopce harcerskiej zbierając fundusze na budowę Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach i na cele dobroczynne, a tu masz: jak cokół w kronice podtrzymują jedną ze stron.
Przewracałam kartki cieniuteńkie, pożółkłe, szeleszczące jak pergamin, karmiłam się każdym wyrazem przepięknie wykaligrafowanym, każdą wyczytaną informację traktowałam jak najcenniejsze wykopalisko, podziwiałam ręczne ilustracje i zdobienia, zamieszczone fotografie chłonęłam i... pokochałam bycie naukowcem i badaczem-odkrywcą.
Nie wiedzieć kiedy zleciało kilka godzin. Gdy wyszłam na ulicę, miałam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie; że mój świat jest innym światem. Dokonałam niesamowitych odkryć, mianowicie że wszystko, co dzisiaj robimy, jest tylko powielaniem tego, co robiły wcześniejsze pokolenia. Więc tak bardzo dziwiłam się współczesności gnającej ulicami miasta. Znalazłam zapis, że w 10. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości męski i żeński hufiec podjęły wspólne postanowienia, wśród których znalazło się dotyczące corocznych uroczystości rocznicowych. A ja myślałam, że to ja wpadłam na pomysł MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ... Odkryłam przyczynę powstania  w 1920 r. Koła Przyjaciół Harcerstwa. Nie różniła się niczym od przyczyn powstania Stowarzyszenia Przyjaciół Harcerstwa "Czuwaj", do założenia którego nawoływałam nie tak dawno temu druhny i druhów. Już wtedy Kraków miał chrapkę na ten przepiękny zakątek Sądecczyzny w postaci Szerokiej Polany w Kosarzyskach. Znalazłam odezwy ludzi do nie dzielenia Polski i Polaków a do zjednoczenia. I najbardziej wzruszające słowa zawarte w innym dokumencie kronikarskim: "Chciałbym uczcić Stanicę jak kogoś bliskiego, drogiego, żyjącego." - napisane przez dh. Józefa Hałasa, profesora sztuki. Bo tak właśnie Stanicę się czci.


Podpisywałam oświadczenie,
że nie będę publikowała udokumentowanych trwale materiałów,
ale w myśl zasady, że:
 nawet jeśli czegoś nie wolno, a bardzo chcesz, to wolno,
zamieszczam maleńkie fragmenty, ociupinki dwóch zaledwie stron. 

I kto poskładał tak wydarzenia, że to wszystko stało się moim udziałem?

środa, 20 listopada 2013

Harcerskie zaduszki

Wieczór ukołysany do snu poezją wyśpiewaną w jednej chwili zamienił się w noc rozświetloną dwoma księżycami w pełni. To banie latarni zaglądały wprost z ulicy. Podsłuchiwały i podglądały zazdrosne o migotliwe światło świec palonych dla pamięci. Niektórych wypominano wielokrotnie - przyjaciół harcerzy. I choć promień ich światła zgasł już dla świata, nikłych płomyków przybywało z każdym wspomnieniem o każdym przyjacielu. Wielu z tych, co odeszli, znałam osobiście. Z innymi - pomostem pamięci łączy najstarsze pokolenie. Bo do czegóż porównać opowieść osiemdziesięciokilkulatka o swoich wychowawcach, jak nie do bajań o twórcach harcerstwa na sądeckiej ziemi? Ileż legendarnych nazwisk padło w ten zaczarowany wieczór?! Od "Siwej Brody" (prof. Kazimierza Ostoi-Chełczyńskiego), przez Bronkę Szczepańcównę, małżeństwo Żytkowiczów, rodzinę Pawłowskich itd. itd. Wspaniały druh Tadeusz, który był uczniem "Siwej Brody"! Jak cudowną opowieścią jest jego życie! Cały "Szumiący Bór" bogaty w pamięć o pokoleniu, którego nie spotkałam, dzielił się dzisiejszego wieczoru wspomnieniami.
Też tylu odeszło w ostatnim czasie! Nie byli staruszkami. Śmierć zastała ich w pół drogi, wśród wielu niedokończonych spraw. Niektórzy nie zdążyli dzieci wychować; szykowali się do wszystkiego, tylko nie do odejścia w zaświaty. Ktoś wspomniał młodego harcerza, któremu śmiertelna choroba pokrzyżowała zapewne jakiś plan na życie i prócz pamięci nie ma już po nim niczego.
Ile radosnych chwil wychynęło z zakamarków pamięci wszystkich skupionych w harcerskim kręgu wokół światełek pamięci... Te zaś, chybotliwe i nikłe, rozświetlały listopadowy mrok i grzały serca. Jak zawsze. Bo taką mają właściwość, gdy spotkają się razem - ogień i serce w harcerskim mundurze.






Harcerskie zaduszki


Harcerskie zaduszki


Harcerskie zaduszki



wtorek, 19 listopada 2013

Układanka

Nastraszona strachami, napędzona własnymi obawami odebrałam wczoraj telefon, że kontrakt w szpitalu w Jędrzejowie wyczerpany. Trwają renegocjacje i jeśli się powiodą, to operacja odsunie się o tydzień, dwa. Zaś jeśli się nie powiodą, to nie wiedzieć czemu wskoczę na koniec kolejki, czyli na kwiecień. Jak to niegdyś ksas filozoficznie ujął "wszystko jest po coś", więc szybko pogodziłam się z wieściami i rozmrażając lodówkę, zaczęłam szukać jasnej strony. Najjaśniejsza jest ta, że odroczona jestem od lęku i strachu. Może na wiosnę lepiej zniosę rekonwalescencję po operacji? Będzie słonecznie i pogodnie, bardziej optymistycznie niż w grudniu i w styczniu. Z początkiem roku doktor jedzie na szkolenie, może nauczy się nowego sposobu na rekonstrukcję mojego stawu?
Zimą pójdziemy z Paseczkiem na Obidzę i do Wąwozu Homole, jak Paseczek planowała... (zimą dobrze się chodzi po górach, bo we wszystkich nierównościach nawiane jest tyle śniegu, że droga się robi bardziej płaska ;) ).
Same jasne strony tego odroczenia.
Zawsze byłam przekonana, że rozmrażanie lodówki jest śmiertelnie nudną czynnością. W obecnym stanie ciała i ucha przekonałam się, że jest to niezwykle ciężkie zajęcie. Co prawda pierwszy raz w życiu rozmrażałam lodówkę na prostych nogach, a jak by nie patrzeć lodówka ma górę i dół, więc do części dolnej wygodniej byłoby kucnąć, czy klęknąć. Ba! Kiedy obserwuję w kościele klęczących ludzi to mam wrażenie, że klęczenie ktoś wymyślił dla zadania największej tortury i zastanawiam się dlaczego akurat w kościele stosuje się te najcięższe. Im dłużej myślę, tym dalej jestem od sensownego wniosku, zaś te, które mi się nasuwają, powinny zostać niewypowiedziane.
Zasapałam się i spociłam (podczas rozmrażania); na koniec musiałam usiąść i odpocząć. Dawno nie wykonywałam pracy fizycznej. Zaś niedawno miałam dwie operacje.
No i w świetle tych dwóch operacji minionych i kolejnych dwóch czekających mnie ostatnie zdarzenia zakrawają na spisek. Tuż po pierwszej operacji, uczestniczyłam w pogrzebie. Chciałam dokonać dokumentacji fotograficznej, ale nie chciałam się rzucać w oczy, więc usiłowałam po cichu dogadać się z panami łapiduchami prowadzącymi kondukt, w którą stronę będziemy się udawać. Na co jeden z panów łapiduchów odpowiedział mi, że na "trzynastkę".
- Ale ja nie wiem, gdzie jest "trzynastka" - powiedziałam.
- Przecież pani tam ma grób - usłyszałam w odpowiedzi.
Pan łapiduch zastosował skrót myślowy, bo rzecz jasna chodziło mu o grób najbliższych, nie o mój - aczkolwiek być może słyszał, że zamierzamy poddać się kremacji i spocząć w tymże, przyciasnym na kolejną trumnę z całym nieboszczykiem.
Przez jakiś czas po tym zabawnym zdarzeniu opowiadałam wszem wobec, że "a może panowie wiedzą więcej niż ja?".
Aż na fb dostałam zaproszenie od Całkiem Obcego Pana. Postanowiłam "sprawdzić" gościa w Internecie. I co się okazało? Całkiem Obcy Pan nie dość, że jest dyrektorem pogotowia, to jest jeszcze członkiem rady społecznej szpitala w mojej miejscowości.
To Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem poskładał wszystkie elementy układanki:
- Ludzie pogotowia, szpitala, grabarze... wszyscy cię mają namierzoną - powiedział.

piątek, 15 listopada 2013

...na ile nas sprawdzono.

Czas, który miał przeznaczenie, przeszedł już swoją granicę. Teraz wystaje gdzieś poza i boi się, że spadnie w przepaść, bo poza kresem krawędzi nie ma już żadnej przestrzeni, na której mógłby się zatrzymać. Lęk odczuwany przez czas z każdą upływającą godziną przenosi się na mnie i teraz marzę już tylko o tym, by przespać dzielącą mnie odległość od chwili, która jest wyznaczona. Prócz codzienności, nie ma już nic, co pozwoliłoby zaczepić się myślom i uciec w jakiekolwiek sensowne działanie, poza lepieniem pierogów i rozmrażaniem lodówki. Wraz z czasem kurczy się ilość tych, którzy coś znaczyli. Znaczyli na przykład różnicę pomiędzy codziennością, a niezwykłością. I to on -przeklęty i zarazem błogosławiony czas - uwidocznił, że sami znaczyli tyle, co nic. Egoizm i pycha nakarmiły najwierniejszych do rozpuku. Powiedziałam: nie mogę udawać, że jest dobrze, kiedy wszystko wkoło mówi, że jest bardzo źle. Nasłuchuję więc, kiedy nastąpi wielkie buuum - wtedy uleci powietrze z nadymanych ja wszystkich byłych. W moim świecie aż roi się od pustych cokołów, na których niegdyś stali ludzie, którym ofiarowywałam ciepłe myśli, jak rękawiczki w zimowy dzień. I siebie, jak głodnemu chleb na myśli. Więc myśli pozostały samotne - ogołocone jak listopadowe drzewa. Odarte z bólu, który zadany po raz wtóry nie ranił już tak głęboko, jak za pierwszym cięciem. Dominuje tęsknota. Za tym, co przed, nie za tym, co za mną. Z uczuciem, które podnosi usilne próby wydostania się na powierzchnię - z lękiem. Lękiem przed bólem samotności w bólu, w świecie pełnym pustych cokołów, drzew bez liści, późnojesiennej szarugi i nieba zaciągniętego chmurami w kolorze stali.
Trudną mi pozwoliłeś wybrać drogę, Boże.

środa, 13 listopada 2013

Prosto z mostu prawem eliminacji

Analityka w szpitalu jest czynna do 10.00. Nasz Doktor wzywa mnie i Dużą Małą Dziewczynkę do gabinetu w przyszpitalnej przychodni specjalistycznej dopiero o 9:40 uspokajając, że zdążę zrobić badania. Obie mamy konsultacje, do tego ja mam do Doktora ostatnie pytania, których nagromadziło się sporo przed czekającą mnie operacją kolana. To już za dwa tygodnie. Nieśmiało proszę Doktora o numer telefonu. Dostaję go wraz ze skierowaniem do szpitala i skierowaniem na badania laboratoryjne. Niemal biegniemy do analityki, bo kiedy wychodzimy od Doktora jest 9:55. Oczywiście, że to "niemal biegniemy" jest wielką przenośnią, bo przecież zaledwie stawiam nogę na ziemi. W pamięci mam sen minionej nocy - śniłam rzecz niemożliwą. Biegłam we śnie w słoneczny dzień przez rozległą przestrzeń, która raz była polaną z wysokimi trawami muskającymi moje dłonie, raz wybrukowanym granitową kostką placem. Obie przestrzenie były łagodnym stokiem górskim, bo wyraźnie biegłam w dół. Zawahałam się na moment w biegu, bo uświadomiłam sobie, że nie mogę biegać. - Jak to nie mogę, jak biegnę? - pomyślałam i pobiegłam jeszcze szybciej...
Więc niemal wbiegłyśmy do poczekalni w analityce. Tam oczekiwało jeszcze kilka osób. Kobieta, która właśnie wyszła z gabinetu powiedziała: za mną była jeszcze jedna pani, poszła do przychodni coś załatwić, ale skoro jej nie ma no to przepadła jej kolejka. Kiedy miałam wchodzić do gabinetu jako ostatnia pacjentka, do poczekalni weszła młoda kobieta w zaawansowanej ciąży. Nawet chciałam ją przepuścić przed sobą, ale ona skinieniem głowy podziękowała. Pobieranie krwi w krynickim szpitalu idzie błyskawicznie, więc po chwili wychodziłam już z gabinetu trzymając lewą rękę w geście Kozakiewicza. Młoda kobieta w ciąży poderwała się z krzesła i już przekroczyła próg gabinetu, gdy do poczekalni z zewnątrz wtargnęła owa kobieta, która przedtem zarezerwowała sobie kolejkę i z krzykiem: Moja kolejka! Przeszła moja kolejka! Proszę wyjść! - wyszarpnęła młodą kobietę w zaawansowanej ciąży na zewnątrz z gabinetu. W poczekalni oprócz nas - żywego ducha! Na szczęście laborantki, pielęgniarki zachowały zimną krew i wyprosiły krzykaczkę z gabinetu, prosząc ciężarną.
- Przecież niemal pani nie stratowała tej kobiety w zaawansowanej ciąży - zauważyłam spokojnie - Czy nie widzi pani, że jest pusta poczekalnia i żadna rezerwacja nie przyspieszy, ani nie opóźni pani przyjęcia?
- A co się pani wtrąca? Miałam zarezerwowaną kolejkę!!! Byłam tylko u lekarza!!! Ja tu pracowałam w tym szpitalu, nie tylu pacjentów przyjęłam!!! Co to panią obchodzi!?!?!? Jakim prawem się pani wtrąca!?!?!? - wrzeszczała.
- Co mnie obchodzi? Jakim prawem się wtrącam? - zapytałam równie grzecznym tonem jak wcześniej i  równie grzecznie natychmiast udzieliłam odpowiedzi - Prawem eliminacji chamstwa i bezczelności w otaczającym mnie życiu.
- Niech się pani już zamknie!!!

O nie! Ja dopiero zaczęłam tak naprawdę i na poważnie.

wtorek, 5 listopada 2013

Abrazja

Lekarz operator przypinał moje nogi pasami do kozła, gdy bardzo młodziutka anestezjolożka przyłożyła mi maskę do twarzy mówiąc, bym oddychała. Strasznie śmierdzący gaz wydobywał się z wnętrza, więc spłyciałam oddech  zastanawiając się dlaczego przypominają mi te nogi.
- Proszę oddychać głębiej! - usłyszałam i wzięłam głęboki oddech.
Następne wydarzenia, które mój umysł rejestrował, działy się już na sali pooperacyjnej. Trochę mnie szczypało w podbrzuszu, ale nie był to ból. Nade mną znajdował się wbudowany w sufit punkt świetlny. Pod mleczną szybą na zielono świeciła tylko kontrolka - dzień był słoneczny, sala pooperacyjna przestronna z wielkimi oknami, więc lampy nie były włączone. Po mojej lewej stronie leżała jakaś starsza ode mnie kobieta.
Miałam ten zabieg robiony po raz pierwszy 24 lata temu, gdy urodziłam Synka. Z małą różnicą, bo bez znieczulenia. Pielęgniarka z bloku operacyjnego, kiedy odpowiadając na jej pytanie poinformowałam ją o tym, nie chciała wierzyć, że można było na ludziach dokonywać tak barbarzyńskich aktów. A jednak. Jeszcze warknięciem zakazano mi wtedy krzyczeć z bólu.
Do wczoraj, choć znów bezpodstawnie i wbrew rozsądkowi, łudziłam się, że operator wykluczy konieczność dużej operacji. Każdorazowe tego typu złudzenie jest poddawaniem w wątpliwość fachowości lekarzy kierujących mnie na zabiegi. A przecież wybieram na lekarzy prowadzących dobrych specjalistów.
Na noc wróciłam do domu. Po zabiegu najbardziej bolała mnie... noga. Nie omieszkałam powiedzieć doktorowi, że tymi pasami i kozłem dał czadu mojemu kolanu. A on się odwdzięczył informacją przekazaną przez Dorotę, bym podczas wycieczki do Lwowa nie skakała aby przez płot ;). No i jak to ginekolog na pożegnanie powiedział: jeszcze do pani zajrzę, umawiając się ze mną na przyszłość, na operację.

niedziela, 3 listopada 2013

Jutro

Jakże się cieszę, że to ja będę operowana, a nie ktoś z moich najbliższych, bo lęk o bliskich jest paraliżujący. Lęku o siebie nie odnotowuję. Mogę co najwyżej bać się bólu, ale w tym przypadku żadne receptory strachu się nie uruchomiły. Licząc czas pomiędzy operacją jednej nogi a drugiej, nie uwzględniłam niespodzianek. Więc 5 tygodni po i trzy tygodnie przed, wyskoczył dodatkowy zabieg, całkiem jak królik z kapelusza. Gdzieś blisko pod skórą czai się jednak jakiś lęk - że nie wyzbieram się do piątku i nie pojadę do Lwowa z wycieczką, którą organizuję. Zaraz po Lwowie MELDUJĘ NIEPODLEGŁOŚĆ - gra miejska dla hufca harcerzy. I lękam się, że mnie to wszystko ominie. A może po cichu liczę na to, że jednak nie będę w stanie pojechać do Lwowa? Przecież ból kolana jest już tak przykry, a wycieczka to wielogodzinna jazda autobusem, dwa dni zwiedzania, znów wiele godzin w podróży... i chyba lęk przed tymi trudami plasuje się jako lider wszystkich innych.
A jutrzejsza operacja nie jest jedyną z tej serii, którą wyczarował groteskowy prestidigitator. Jednak wspaniałe jest to, że to ja, a nie ktoś z moich najbliższych.

czwartek, 31 października 2013

Ich dłonie

Wkroczyłam na drogę samotności. Kiedy stawiałam pierwszy krok szaruga jesienna postawiła za pniami przydrożnych drzew wielkie straszydła, a te w geście jak z największego horroru rozcapierzyły nade mną kościste ramiona i długie, trupie palce. Za nimi były już tylko mgły. Droga w oddali również niknęła w mglistej toni, która nie jaskrawiła się przepuszczanym światłem jak to bywa na drogach nadziei, a ginęła w otchłani szarości skraplającej się deszczem. Kap, kap, kap - dobiegał zewsząd odgłos spadających kropli. Pod liśćmi, którymi usłana była droga, coś szeleściło, jakby potok płynął. Tak, to deszcz po zderzeniu z ziemią wezbrał w szeleszczącą rzekę, spływającą wtedy w kierunku doliny. Ptaki zamilkły a wszelkie odgłosy dochodzące zewsząd napawały lękiem, bo jak nie ptaki, to musiały to być skrzeczące upiory. Lęk zakleszczył mnie w swoich szponach. Może deszcz, a może łzy płynęły po moich policzkach. Chyba łzy, bo w głębi siebie czułam szloch. Zwłaszcza z nadejściem nocy szloch wzmógł się i jego fala zerwała tamy, których postawiłam przecież niemało. Dopiero nazajutrz z mgieł wyłoniło się słońce i dostrzegłam, że droga ma wiele uroków. Złote liście, mieniące się w blasku promieni słonecznych spadały kaskadą na tle błękitnego nieba. Tańczyły w niebywałym tańcu, ukończywszy wcześniej Akademię Tańca Spadających Liści. Wreszcie się uśmiechnęłam. Uśmiechnąwszy, pomyślałam, że przecież muszę tę drogę pokonać. W słońce, czy w deszcz. Może nawet i w śnieżną zawieruchę. Czuję oddech przyjaciół, słyszę ich serdeczne głosy, ich dłonie błądzą w odległej przestrzeni. Moja droga jest strasznie daleko od wszystkiego, co było, co jest. Muszę ją przebyć sama.