MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 1 marca 2013

Przekraczanie progów - z cyklu: Kobiety


Oglądałam dzisiaj wiele domów. Z tej mnogości stało się tak, że nie mogę się zdecydować, po którą historię mam sięgnąć, bo wszystkie chcą być pierwsze. Muszę więc wyciszyć własne emocje i emocje kobiet, które chcą zostać utrwalone w piśmie.
Jeden z domów przyprawił mnie o dreszcze, bo przypomniał mi tragiczną historię kobiety, która w nim mieszkała. Historia kobiety stała się historią domu, bo tak już przecież w życiu jest, że swoim wnętrzem wpływamy na świat zewnętrzny, a świat zewnętrzny wpływa na nasze wnętrze. Brrryy! Do tej pory mnie ciarki przechodzą, gdy sobie pomyślę jaka to była tragiczna historia. Nie opowiem jej, ani nawet nie pokażę domu, bo lepiej dla wszystkich, by o niej zapomnieć. Dom stoi dziś z oknami zabitymi dechami, tak by to, co się w nim stało, już na zawsze pozostało zamknięte przed światem. Wokół rosną stare drzewa i ku ironii, wciąż wyrastają nowe. Zrobił się tam spory zagajnik. Szczególne wrażenie robi jedna sosna, która rosła od zawsze nieopodal domu. Powyginana i udręczona wiatrami. W dodatku ktoś kiedyś wydłubał na jej korze napis: "kocham Baśkę" i zranił okrutnie. Poszycie małego zagajnika wiosną podczas roztopów, zamienia się w staw. Woda stoi przez wiele dni, a nawet tygodni. Rankiem i wieczorami snują się nad nim nieprzyjemne mgły, które zahaczają o komin domu. A czasem dom znika w białej kurzawie... Ta kobieta dostała kiedyś dobrą radę od osoby, której naprawdę, rozumiecie? NAPRAWDĘ zależało na jej losie, aby uważała kogo wpuszcza do domu. Nie będę mówiła, jak to się stało, że nie skorzystała z tej rady. W każdym razie raz i drugi widocznie wpuściła niewłaściwe osoby i potem... To okropne. Potem straciła zaufanie i wiarę w człowieka! Jakich straszliwych tortur świadkiem był dom, który dzisiaj stoi z oknami zabitymi decham?! Wprost niewyobrażalnych. Jakich krzywd musiała doznać ta kobieta, by stracić zaufanie i wiarę w człowieka?! Potem budzić się każdego ranka i zasypiać wieczorem bez zaufania, bez wiary w dobroć ludzką, pić herbatę z rana, gotować obiad, pracować jak gdyby nigdy nic? I tak do końca życia... z taką raną w duszy.
Koniec. Nic więcej ze mnie nie wydusicie w tym temacie. I tak już za wiele powiedziałam.

I tylko się zastanawiam, kto i z jaką intencją przekracza próg mojego serca?




czwartek, 28 lutego 2013

Kancelaria finansowa

Całkiem niedawno temu zadzwoniła do mnie (w sensie, że na mój telefon, na mój numer) jakaś pani, która przedstawiła się z imienia i nazwiska, choć nie pamiętam, czy podała firmę, i chciała rozmawiać z moim mężem. Nie pytała o Mężczyznę, Który Kiedyś Był Chłopcem, tylko o mojego męża właśnie. Poinformowałam ją, że niestety nie znam na pamięć numeru telefonu mojego męża, więc polecam jej skorzystanie z informacji, ewentualnie oddzwonienie za taką chwilę, która wystarczyłaby mi na zajrzenie i spisanie z telefonicznej książki owego numeru. Pani jednak nie była skora do dalszych poszukiwań i głosem, w którym zawierała się i chęć, i pewna doza jakiegoś znudzenia, zaczęła pytać, czy mąż jest w mieście, czy za granicą. Na takie pytanie odpowiedziałam, że naturalnie, iż jest za granicą miasta. Na byciu za granicą miasta polega jego praca, ale tego już pani nie powiedziałam. No i pani nie wiedząc, czy zdradzać powód swojego telefonowania, czy nie, zaczęła coś przebąkiwać, że chciałaby się "umówić z mężem na spotkanie". O! I to mnie już zainteresowało. Nie, żeby z zazdrości. Z czystej ciekawości. Pani tak enigmatycznie tłumaczyła - choć ja każdą moją wypowiedź zaczynałam od zdania, że lepiej, by porozmawiała z moim mężem w tej sprawie, bez mojego pośrednictwa - czy to ze znudzenia, czy z braku wiary w powodzenie swojej misji, bo najwyraźniej jakąś misję miała, że z całych jej tłumaczeń zrozumiałam, że pani chciałaby zająć się finansami mojego męża. Znaczy Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem.
Zapowietrzyło mnie. No to jaka moja rola w małżeństwie?
Jak Ace Wenturze w filmie "Psi detektyw" zbyt późno przyszło mi do głowy, co "mogłam jej powiedzieć". No, bo "mogłam jej powiedzieć", że przecież Mężczyznę, Który Kiedyś Był Chłopcem ledwo stać na utrzymanie mnie, Dużej Małej Dziewczynki, dwóch kotów i domu, a pani miała nadzieję podczepić się jeszcze pod jego marną pensję. I to nie sama, a z całą kancelarią finansową, jak się w końcu okazało. Poinformowała mnie, że mnożą zyski. Ja pomyślałam, że zysków to się nie da mnożyć z tej pensji, jedyne co można robić to minimalizować straty, znaczy się wydatki.
Im więcej czasu upływa od tej dziwacznej rozmowy, tym więcej wiem, co "mogłam jej powiedzieć".
No bo Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem ze swej pracy to przede wszystkim utrzymuje swojego pracodawcę. W następnej kolejności od wysokości pobieranego haraczu jest NFZ i ZUS, następnie państwo, spółdzielnia mieszkaniowa w tym ciepłownia i wodociągi, firma energetyczna i gazowa, firmy telekomunikacyjne, telewizje TVP i cyfrowa i pewnie jeszcze kilka innych instytucji. Dla nas zostają ochłapy, a jakaś pani z kancelarii finansowej chciałaby, i to pewnie wraz z zarządem, nieco uczknąć. Co prawda w ostatnim czasie bardzo się staramy, żeby taki NFZ sporo z tej kasy, którą pobiera z pensji Mężczyzny, Który Był Chłopcem oddał w ręce ludzi pracy, czyli pracowników służby zdrowia na różnym szczeblu, ale przecież doskonale wiemy, że każdorazowo, gdy słyszymy w placówkach służby zdrowia słowo "limit", wiemy, że znaczy to pensja, premia itp. pracownika NFZ.
No masz! I tu jeszcze taka pani, która jawnie umawia się wprost ze mną, że wespół z wyżej wymienionymi instytucjami i organami chciałaby być utrzymanką mojego męża.

środa, 27 lutego 2013

Boląca rzeczywistość

Każdy wyjazd do Krynicy podobny jest wkroczeniu do świata baśni. Malowniczość trasy na styku Beskidu Sądeckiego i Niskiego, szczególnie zimą, karmi zmysły. Wiele widziałam zapierających dech w piersi widoków, jednak za każdym razem, gdy jestem w Mochnaczce na szczycie, powtarzam sobie, że właśnie teraz, właśnie ten widok jest najpiękniejszy. Dziś w samo południe szadź na gałęziach drzew wyprzeźroczała i mieniła się w słońcu kolorami tęczy. Krople wody kapały jak łzy Gerdy, roztapiając zatwardziałość ziemi skutej zimą. Tak dawno nie świeciło słońce, że już zapomniałam jak piękny i radosny może być świat. Najpierw śnieg parował mgłą, po której ślizgało się jaskrawo przenikliwe słoneczne światło. Nawet nie jestem w stanie wyrazić jakie to zjawisko budziło wrażenia i uczucia. Wciągnęło mnie w zaczarowany świat, z którego wypadłam w gabinecie u doktora, gdy ten oznajmił kolejną trudną do zrozumienia i przyjęcia diagnozę dotyczącą Dużej Małej Dziewczynki. Nie chcę pić tego kielicha. On jednak napełnia się kropla za kroplą z konsekwencją, która boli. Zapewne cały ten ból w dziejach bólu ludzkości nie znaczy więcej niż jeden TIR, który wylądował w rowie nieopodal bajecznych widoków w Mochnaczce, a może już w Krynicy. Pewnie też sama wybrałam takie, a nie inne trudy, by były moją drogą, ale tak po prostu i po ludzku boję się. Mogłabym wyjść na Lackową. Sama i zimą. Zamiast usłyszeć, co usłyszałam. Mogłabym raz jeszcze i potem jeszce odebrać wiadomość, po której sporo życia wytoczyło się z czerwonym płynem z mojego krwiobiegu, przenosząc mnie do przeźroczystego bytu między życiem a niebyciem. Zamiast usłyszeć, co usłyszałam.  Mogłabym też, jak Pi Patel w oczach pewnych ludzi, przeinaczyć rzeczywistość, uciekając od spraw zbyt trudnych. Zima jest zimna, często lodowata. Dobrze się ją ogląda z okien samochodu, przemieszczając się z prędkością pozwalającą zachwycać się najczarowniejszymi obrazami. Wiosna zaś jest niecierpliwa ze swoim oczekiwaniem na lato. Lato znów z pośpiechem zdąża ku jesieni, a tamta za szybko przemija... Która więc pora roku byłaby najlepsza, by szukać w niej furtki, za którą można zostawić rzeczywistość? Tę przeźroczystą i tę bolącą jak choroba Zofijek.

wtorek, 26 lutego 2013

Babka i wnuczka w kwietnych wiankach - z cyklu: Kobiety


Chata zielarki stała daleko za ostatnimi zabudowaniami wsi, pod lasem. Las opadał pod dom zielarki łagodnym zboczem góry, za którą wznosiły się następne. Ludzie bali się tej kobiety, dlatego żyła samotnie. Nikt tak do końca nie wiedział, co o niej myśleć, faktem jednak było, że gdy kto we wsi zachorował, nalewki i zioła zadane przez babkę zielarkę każdego stawiały na nogi. Dziwny to był dom z wyglądu, bo jakby na pół przerżnięty. Tak jakby kiedyś był większy i ktoś, wyprowadzając się, wziął swoją połowę i przesadził w inne miejsce. Najbardziej taką wersję podpowiadał widok bali ułożonych na bocznej ścianie, co były nie jak ze szczytu domu, a tylko jakby miały dzielić dwie izby. Dom zielarki musiał być niegdyś bogaty, bo pod izbą była piwniczka. O! Tylko bogaci gospodarze mogli sobie na taki zbytek pozwolić. Ale co też, prócz ziół, mogła babka zielarka w tej piwniczce trzymać? Babka zielarka musiała być samowystarczalna, bo ludzie ze strachu i przez zabobon nieskorzy byli do pomocy. Toteż miała babka zielarka kilka kurek i kaczek. W stajence mieszkała krowa. Kotów w domu i na podwórzu było zawsze bez liku, a i jakiś Burek na łańcuch strzegł babcynego dobytku. Przy domu babka miała ogródek warzywny, za płotem poletko ziemniaków, fasoli i buraków. Każdego roku wysiewała sporo kapusty, bo świeży jej sok był lekarstwem na wiele chorób. Czegóż to sok z kapusty nie leczy? A to cukrzycę, nieżyty żołądka, wrzody dwunastnicy, hemoroidy, nadciśnienie, miażdżycę, otyłość, tarczycę, nie mówiąc o zbawiennym wpływie na czyszczenie organizmu z wszelkich złogów. Niby dawniej pożywienie było naturalne, nie zawierało dodatków chemicznych, jak to współczesne, ale za to ludzie jedli bez umiaru i bez wiedzy, jakie składniki spożywcze ze sobą dobierać, aby nie szkodziły.
Po wsi i okolicy krążyła historia, że jakoby babka paktowała z siłami nieczystymi, bo jakże by inaczej potrafiła takie mikstury przyrządzić, które ludzi z największych boleści na nogi stawiały? Toteż pletły ludziska, co im ślina język przyniosła, a i tak jak kto chory, to pierwsze się do babki udawał po radę, nalewki i zioła. Babka przyzwyczajona była i do złego gadania, i do tego, że ludzie to i w środku nocy przyjdą po pomoc. Najbardziej ze wszystkiego przyzwyczajona była do samotności. Chodziła po łąkach i polach zbierając zioła potrzebne do swojej apteki. Umiejętność leczenia ziołami była w rodzinie babki od pokoleń. Nikt nie sięgał pamięcią, od jak dawna. Przechodziła z matki na córkę, a właściwie z babki na wnuczkę, bo nie w każdym pokoleniu zdarzała się kobieta, która miała ku temu zdolności. Chodząc samotnie przez długie miesiące od wiosny do jesieni po rozległych okolicach, babka nauczyła się mówić do siebie. Mówienie to bardziej było mruczeniem pod nosem. Dlatego, gdy się czasem z kim na polanie w głębi lasu mijała, mając do pleców przytroczony zgrzebny worek wypchany ziołami i tak mruczała coś pod nosem dla zabicia samotności, to ten, co się na bakę natknął, czmychał wystraszony, znak krzyża czyniąc przezornie, bo myślał, że babka jakieś zaklęcia wymawia. W zwyczaju babki też było nucenie melodii pod nosem, zwłaszcza, gdy zioła na kuchni warzyła. Najczęściej babka godzinki śpiewała, bo najlepszą miarą czasu były dla sporządzanych mikstur, ale czy to kto wiedział, co babka burczy, gdy przez okno lękliwie zaglądał? Zawsze ludzie gadali, że wszystkie babki z babcynej rodziny się ze złym skumały, toteż nikomu przez myśl nie przeszło, że babka godzinki może odprawiać. A też z rzadka babka do kościoła zaglądała, bo wolała pod przydrożnym krzyżem z Panem Bogiem porozmawiać, niż budzić odrazę, lęk i niechęć wstępując w święte progi.
Miała babka męża, ale krótko. Urodził się syn z tego małżeństwa, ale jak poszedł do szkół do miasta, to już do domu nie wrócił. Ludzie ze wsi go zaszczuli, nie był na tyle silny, by się ich gadaniem nie przejmować. Późno założył rodzinę i po kilku latach przyszła na świat córka, babcyna wnuczka jedyna. Jednak synowa babki brzydziła się starą chałupą, mówiła, że śmierdzi w domu i jedyni bliscy, jakich babka miała, rzadkimi byli gośćmi. Jednak, gdy wnuczka podrosła, zaczęło ją ciągnąć do babki i wymusiła na rodzicach, by pozwolili jej spędzać wakacje w domu, który pachniał po trochu stajnią, po trochu suszoną łąką. Babcyna wnuczka uwielbiała zapach ziół świeżych i wysuszonych. Interesowało ją wszystko: którą chorobę jakim się ziołem leczy, jak łączyć zioła w preparaty i mikstury, by lepiej i szerzej działały, w którym miesiącu najlepiej zbierać dane zioło i gdzie które rośnie, jak długo i w jakich warunkach suszyć. Babka z radością dzieliła się ze swoją jedyną wnuczką wiedzą, która od pokoleń była w rodzinie i czuła, że spokojnie będzie mogła z tego świata odejść. Miała baka inne niepokoje, które spędzały jej sen z powiek. Najbardziej ze wszystkich niepokojów nękał ją ten, że ludzie coraz większe dziedziny dziewiczego lasu zamieniają w miejsca zabudowane. Stawiają tam hotele i pensjonaty, do których prowadzą drogi zwieńczone ogromnymi parkingami. Przy jednym takim hotelu górskim bezpowrotnie zniszczyli stanowisko bardzo rzadkiego ziela, którego nigdzie indziej od lat babka nie znajdywała. Zwierzęta leśne przenosiły się na inne tereny, ale te nie były dla nich przyjazne. Tak burzył się cały ekosystem. I choć babka nie znała uczonych słów, to jednak sercem czuła, że w nieskończoność tak być nie może. Trudno jej było pogodzić się z nowym, które wkraczało do jej świata. A już najgorsze było to, że przewodnicy zaczęli przyprowadzać wycieczki turystów z miasta, żeby mogli obejrzeć sobie "chatę zielarki". Chcieli jej płacić za wejście do domu i zrobienie fotografii, ale babka takich przeganiała na cztery wiatry, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż. Rada była, gdy kto przyniósł mąki, czy chleba, bo już jej coraz ciężej było udawać się na zakupy, ale żeby brać pieniądze za pokazanie domu? Żeby własnym życiem kupczyć?
Wnuczka wyuczyła się na farmaceutkę. Studiowała na uczelni w wielkim mieście. Ot, następny znak czasów. Ale babka i tak rada była, bo do czego sama wnuczkę przyuczyła, wiedziała, że jej nie zginie, a też żadne uniwersytety jej tego nie nauczą. Umierała więc babka spokojna o dziedzictwo. A dom? Zapisała w testamencie dla muzeum, bo ją "te przewodniki, co przychodziły z turystami, namawiały".

poniedziałek, 25 lutego 2013

Zniewoleni miłością

Nie będzie Hymnu o Miłości, ani też żadnego aforyzmu. Będzie za to bolesna konstatacja, albo wręcz rewolucyjne odkrycie, że nie można człowieka inaczej kochać, jak tylko będąc gotowym, aż zechce on przyjąć naszą miłość. Każde inne działanie chcące uszczęśliwić drugiego człowieka zasadza się na stwierdzeniu, że altruizm jest wyrafinowaną formą egoizmu. Kiedy kochamy kogoś - za bardzo, albo po prostu kochamy - zniewalamy go swoją miłością.
Taka delikatna i oczekująca forma miłości jest nam doskonale znana, bo zawisła na krzyżu. I tylko zwielokrotnionym w nieskończoności bólem zastanawiam się, jak bardzo musiał cierpieć Chrystus, jak cierpi każdorazowo, gdy człowiek nie jest gotowy na przyjęcie Jego miłości, wręcz ją odrzuca. Umieranie jest więc nieodzowną częścią odrzuconej miłości. Nie tylko zbawienia.
Po śmierci następuje zmartwychwstanie. Zmartwychwstanie człowieka po śmierci spowodowanej odrzuconą miłością jest jak ponowne narodziny świadomości wyostrzonej przeźroczystością zmysłów podczas umierania. Bo choć obumrzeć w człowieku musi tylko ta nikomu niepotrzebna miłość, to odradza się każda komórka. Kiedy przestaje się żyć, dokładnie na trzy dni i tak nie przestaje się myśleć. Śmierć można pokonać tylko prosząc o to, by przestać myśleć. Kiedy jest się gotowym na niemyślenie można wyjść z ciemnego grobu swojego cierpienia. I zamienić modlitwę w codzienne wołanie o niemyślenie.

niedziela, 24 lutego 2013

Z muzyką w duszy - z cyklu: Kobiety



W tym uroczym, białym domku na grzbiecie górskiej grani mieszkała poetka. Nie jakaś tam uczona i wyspecjalizowana. Była prostą kobietą, która przyszła na świat w rodzinie, gdzie od pokoleń ludzie zmagali się z trudami codzienności uprawiając pole tak strome, że ustać bez podpory nie szło. No bo grań wąska, zaledwie na ścieżkę, a po obu stronach stok pod szalonym kątem zmierzał ku dolinom. W jeden dolinie płynęła rzeka, która każdego ranka chowała się popod mgłami. Te zaś przelewały się niczym spienione wody aż do momentu, gdy słońce wyszło wysoko i ogrzało ciepłem wszystko, co na ziemi i do ziemi przywiązane. W drugiej dolinie swe gniazdo uwiła maleńka wioska, do której schodziło się, by załatwić wiele człowieczych spraw. Był tam i kościół, i szkoła, i sklep. Obie doliny oddzielały od góry z uroczym, białym domkiem kolejne pasma. I tak jak wzrokiem sięgnąć przed oczami roztaczały się dziewicze krajobrazy gór. Ileż tam było poezji i muzyki w tym życiu na grani! Ileż piękna czystego, które bólem rozsadzało pierś kobiety od najmłodszych lat! Ludzi w sąsiedztwie nie było - domy rozsypane po górach w dzień ledwo widoczne, nocą świecąc nikłym światłem żarówki w izbie czy przy zagrodzie, zdawały się jak latarnie morskie na olbrzymim oceanie. Kobieta, będąc dziewczynką jeszcze, skazana najczęściej na towarzystwo najbliższych, którzy nie rozumieli jej wrażliwości, nauczyła się uciekać do świata wyobraźni. Najwierniejszymi towarzyszami następujących po sobie lat były ptaki i leśne zwierzęta a przede wszystkim jej myśli. Była taką Anią z Zielonego Wzgórza na swojej rodzinnej grani, z której rozlewał się widok na ocean gór. Owszem, w latach szkolnych miewała koleżanki, ale szybko nauczyła się, że dziewczynkom nie może powierzać swoich myśli, gdyż te, nie potrafiąc jej zrozumieć a też i nie umiejąc utrzymać języka za zębami, rozpowiadały na wszystkie strony krzywdzące ją historie, pukając się przy tym wymownie w czoło. Była na świecie jedna osoba, która od pierwszej chwili, aż po kres swoich dni rozumiała kobietę. To była babunia najmilsza, która huśtając kołyską śpiewała rzewne pieśni do ucha zasypiającej wnusi, a potem, gdy ta nieco podrosła opowiadała jej historię świata, takiego, jakim widzieli i opisali go najwspanialsi bajkopisarze. Niektórzy z tych babuniowych bajkopisarzy wcale nie spisali swoich bajek, ba tylko je babuni niegdyś opowiedzieli. I przechodziły te bajki i legendy z pokolenia na pokolenia, aż zasiały się w duszy kobiety poezją  i rozedrgały muzyką, którą rozumiał każdy poszum wiatru, słyszała i kwiliła każda ptaszyna najmniejsza, rosła w drzewach i szumiała w trawach, wyła w halnym, bębniła w strugach deszczu, słała się promieniem słońca po łąkach i halach, szumiała w strumieniach, które tworzyły się wiosną podczas roztopów i w czasie każdej ulewy lata. Kwitła w pierwszych i ostatnich kwiatach, zaznaczała się miłością i przywiązaniem do rodzinnej ziemi, tradycji, mądrych i pracowitych ludzi, dnia świątecznego i codziennego. Była w kołyskach nowo narodzonych i w trumnach odchodzących. W dźwięku dzwonów kościelnych i echu trombity, której głos odbijał się od góry, do góry. W mgłach porannych i zorzach wieczornych. Wreszcie w zaśpiewnym głosie babuni, która zbyt szybko odeszła.
Poetka wyszła za mąż, bo prawo natury nakazuje, by kobieta złączyła się z mężczyzną i by swoim potomstwem zaludniali ziemię. Żadna z niej była żona, bo przypalała mleko. Gdy poszła do stajni, miast siąść na zydelku i przystąpić do dojenia, zawieszała wzrok w ograniczonej przestrzeni i odpływała w nieznane. I tak każda czynność sprawiała jej wiele kłopotów, ale że mąż był jej niezmiernie oddany i jak to mówią - uwielbiał ziemię, po której stąpała - prowadził gospodarstwo sam, a przecież rodzice kobiety jeszcze żyli, więc praca matki i ojca wyręczała córkę. Wszak wiele lat temu pogodzili się z tym, że prędzej ją można w obłokach spotkać, niż stąpającą po ziemi. Za to dzieci poetka kochała ponad życie. Kiedy miało przyjść na świat każde kolejne dziecko, a było ich pięcioro, szyła przepiękne kaftaniki zdobne w hafty, których nauczyła ją babunia. Bo igłą umiała równie zręcznie wywijać poetka, jak słowem zgrabnym w wierszu i poemacie. Kołysząc w ramionach maleństwa nuciła im te same melodie, co jej babunia nuciła, zdawało się - nie tak dawno temu. Gdy które dziecko podrosło, karmiła je opowieściami babuni i tymi, które sama stworzyła. Wszystkie dzieci ułożone były bardzo i grzeczne niezmiernie, ale najmłodszy synek, to już był poetą większym od matki urodzonym.
Dziwny to był dom. Biedny w dostatek rzeczy, z nieograniczonym bogactwem wyobraźni i ducha. Miłość tam jak snop światła rozpościerała się opromieniając wszystko wokół. Ludzie kwitli wiosną jak przebiśniegi i sasanki, latem jak lilie leśne i dzwonki, jesienią jak wrzosy.
Poezja, która wyszła z duszy poetki przyniosła jej sławę wydrukowaną w tomach wierszy. Przyznano jej zaszczytne nagrody i tytuły, ale ona je za nic miała, bo każda uroczystość odciągała ją tylko od jej miejsc ukochanych, od ich muzyki i liryki.
Taka to była niezwykłą dziwnością inna kobieta, co mieszkała w uroczym, białym domku na grani.

sobota, 23 lutego 2013

Żona pijaka - z cyklu: Kobiety



Dom, jakich wiele w okolicy. Spośród innych najbardziej wyróżniał go ogród. Zadbany, ale prowadzony w stylu starych, zdziczałych ogrodów okalających domostwa dziwaków. Kilka starych drzew parasolem chroniło dom przed kosmicznymi kataklizmami. Groszki, nasturcje, malwy, bzy i pnące róże. Kwiaty i krzewy nasadzone w sposób, by kwitnienie następowało po sobie zgodnie z porami roku czyniąc poszczególne fragmenty ogrodu bądź trwającymi w oczekiwaniu na kwitnienie, bądź w feerii barw, lub też odpoczywające po szaleństwie pączkowania, kwitnienia, nektarowania. Tak. Ten ogród doskonale oddawał charakter kobiety mieszkającej w tym domu.
Wszyscy, uwierzcie mi, nie było człowieka, który by tego nie robił, użalali się nad nią każdego dnia i załamywał ręce nad jej losem. Jakoś tylko ona sama potrafiła się bez trudu odnajdywać w mrokach, o których wszyscy myśleli, że brnie każdego dnia. Bo kobieta mieszkająca w tym domu była żoną pijaka. Nikt nie mógł zrozumieć dlaczego nie wyrzuciła go z domu, nie kazała mu się wynosić precz ze swojego życia a tylko wciąż tolerowała jego nieudacznictwo i pociąg do kieliszka. Dzieci z tego związku nie było. I całe szczęście - mówili wszyscy. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z cierpienia kobiety z tego powodu. Zresztą kto wie, jak potoczyłyby się losy tego małżeństwa, gdyby Pan pobłogosławił ich związek dziećmi. Choćby jednym dzieckiem. A tak, skoro kobieta nie wydała ze swego łona ani jednego owocu tej uzależniającej miłości, pogodziła się z losem i wszystkie uczucia, które miałaby do ewentualnych dzieci, skierowała na męża pijaka. To nie było tak jak się ludziom wydawało. On ją przecież tak bardzo kochał. Tak bardzo chciał ją uszczęśliwić i tylko wciąż życie układało się tak, że coś mu stawało na przeszkodzie. Kobieta pamiętała dni, w których budził ją zapach płatków róż usianych ścieżką biegnącą od łóżka do ogrodu, aromat świeżo zaparzonej kawy unoszący się delikatnie w powietrzu, wabiąc ją do kuchni w szlafroku i kapciach, zaspaną, zawstydzoną nocą brzemienną w miłość o jakiej poeci piszą. Tak. Jej mąż był poetą. Jak on potrafił kochać! Jak potrafił ubrać miłość w słowa i delikatne czyny! Robił to do tej pory. I tylko nie potrafił sobie poradzić z tym, co przytłaczało w życiu. A przytłaczało przecież wiele spraw codzienności. Pił więc, by zapomnieć choć na chwilę o bólu, jaki ogarniał go ze wszech stron. Bo jego tak bardzo bolało życie. Kobieta czasami miała wrażenie, że jest w stanie wyobrazić sobie ogrom tego bólu, który kazał jej mężowi uciekać w zapomnienie owiane odorem gorzałki, ale zaraz potem uświadamiała sobie, że nie potrafi przedrzeć się przez zasłonę nieobecności, niemocy i nieumiejętności jej męża w zderzeniu z rzeczywistością. Poza domem wyglądało to zupełnie inaczej. Ludzie widzieli człowieka zataczającego się, odurzonego, czasem spojonego do nieprzytomności, który nie mając siły dojść do własnego domu, poległ gdzieś na ławce, czy na trawniku, nieopodal rowu przydrożnego. Mówili, że zmarnował życie tej pięknej, mądrej i szlachetnej kobiecie i gdyby nie nie jej szlachetność, już dawno sczezłby w brudzie i własnych wymiocinach.
Kobieta - niezłomna w swej wierności, z sercem wciąż przepełnionym niewytłumaczalną miłością ku niemu - stawała w progu domu, ogarniała spojrzeniem ogród, który tak bardzo oddawał  jej codzienne oczekiwanie, kwitnienie i obumieranie i odgarniając włosy z czoła, nawet nie wzdychała. Patrzyła w dal spojrzeniem zamglonym łzami. Szukała w niej dzieci, których nigdy nie urodziła. Szukała czasu zamkniętego w dniach, które minęły, które trwają w beznadziei i tych, które przyjdą w smutku i bólu. Szukała nadziei.

Dzień Myśli Braterskiej 2013

Raz i drugi krzyżujesz spojrzenie z małym bąblem. Zauważasz, że kręci się wokół jak satelita. To nie jest przypadek. Nie wiesz dlaczego upatrzył sobie właśnie ciebie. Kiedy gdzieś zmierzasz, śledzi cię wzrokiem. Gdy wychodzisz z pomieszczenia, wyczekuje twojego powrotu wpatrzony w drzwi. W końcu siada tak blisko, że prawie na kolanach. Nawet go nie znasz. Nie zachęciłeś go niczym do takiej wierności. Spotkałeś go przed chwilą i na chwilę. A on, ten smarkacz, gdy siedzi a ty stoisz, już śmiało zadziera głowę i widzisz w jego wzroku całkowite oddanie połączone z fascynacją. Do tego te oczy - wielkie i kształtne jak dwa okręgi. Niebieskie. Wokół tych dwóch oceanów czarne podkręcone rzęsy. Usteczka ułożone w uśmiechu. Włosy związane w koński ogon. I mundur harcerski. Łapie cię za rękę swoją małą dziecięcą łapką i stoi przy tobie w kręgu, w którym płynie pieśń o przyjaźni. Tej, której jeśli ktoś poznał smak, nie będzie trwonił słów...
Dawid ma porażenie mózgowe. Cała drużyna Nieprzetartego Szlaku wracała z drużynową i przyboczną do internatu szkoły specjalnej na nogach, ale dla Dawida, choć to tylko kilka przecznic, to za daleko. Bo Dawid jest spastyczny. Dawid się uczy na cukiernika. Ostatnio robili w szkole ciasto. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jakie to było ciasto. Jak by ktoś chciał na imieniny do domu, to można zamówić w szkole. Przez trzy dni w tygodniu mają lekcje, w pozostałe dni praktyki. Na praktyki jeżdżą autobusami z nauczycielem. Dość daleko, choć Dawid sobie nie zdaje sprawy, że tak jest. Wychodzi z samochodu na boisku szkolnym i przedziera się w kierunku internatu przez śnieg, który sypie od kilku godzin. Bo mieszka, jak powiedział, w internacie i w domu.
Druha Tadeusza znowu strasznie boli głowa. Od iluż to lat ten wyjątkowy staruszek z czerwoną, harcmistrzowską podkładką pod krzyżem harcerskim cierpi na niedokrwienne bóle głowy? Tak musi być - mówi, i uczestniczy w życiu hufca.
Druhna Mańcia strofowała kogo trzeba było i kogo się dało. Chłód podczas przywitania ze mną zmroził atmosferę w rynku bardziej niż oscylująca w granicach zera temperatura powietrza. Nie zrobiłam kroniki i nie przesłałam jej zdjęć, chociaż od dawna prosi i przypomina. Druhna Mańcia zmobilizowała swoich z Szumiącego Boru i stawili się w ilości godnej szacunku. Niektóre członkinie Szumiącego Boru znały osobiście harcerki z jedynej na świecie drużyny harcerek "Mury" działającej w obozie koncentracyjnym w Rawensbrück. To jest niesamowite. Jedna z nich, z członkiń kręgu seniorów, jest wychowanką druhny Bronki Szczepańcówny!
Halutka w swoim żywiole. Organizuje wszystko za siebie i za innych. Nawet znalazła moją zgubioną wcześniej rękawiczkę. Zgubiłam ją, bo w drodze do rynku ujrzałam wspaniałe ujęcie do zdjęcia. Tylko ja zgubiłam suchą rękawiczkę, a Halutka znalazła całkiem mokrą, która i tak do niczego już tego popołudnia służyć nie mogła.
Drożdżówki piekł, jak zawsze, druh Wicek, w swoim koktajlbarze. Pyszne. Pani Małgorzata B. - mama trzech harcerzy ufundowała sztuczne ognie, które poleciały w niebo iskrą przyjaźni. Zestawiam z  drożdżówkami, bo jedne i drugie były ucztą.
Druh Boguś dzisiaj był z nagłośnieniem, druh Stanisław jak zawsze z aparatem fotograficznym. Każdy zuch i harcerz dostał niebiesko-żółty balonik. Niebiesko-żółty to kolor skautek, a to one wymyśliły to święto w 1926 roku dla uczczenia dnia urodzin Naczelnego Skauta i Naczelnej Skautki Świata. Przecież te harcerki i instruktorki w Rawensbrück je nawet obchodziły. Druh Boguś jest wyjątkowym zjawiskiem ze swoim spokojem i umiejętnością dopilnowania, by wszystko grało . I to niekoniecznie na sprzęcie grającym, a głównie między ludźmi. 
Lula. Jej obecność rozlewa się ciepłym strumieniem wokół mojego serca. Życie, szczególnie to podczas harcerskiej służby byłoby blade bez Luli. Lula ma najliczniejszą drużynę w całym hufcu. Już musiała z niej nawet wydzielić twór o nazwie "prim". Z jej drużyny wychodzi wielu instruktorów. 
Druhna Mańcia mało nie udusiła komendanta. Na jednym ze zdjęć wygląda, jakby wydrapywała mu oczy. Za co? Zapytajcie innych.
Zuchów i harcerzy było tylu, że zrobili kontury olbrzymiej lilijki harcerskiej na rynku. A było na czym, bo sądecki rynek jest jednym z największych w Małopolsce. Kuba zrobił prawie włam do Sali Reprezentacyjnej Ratusza, gdyśmy szli na balkon, by robić zdjęcia z góry. Drzwi do sali są olbrzymie. Konno można by wjechać na salę. Klamka i zamek znajdują się na wysokości oczu. Klucz wielki, by pasował do całego majestatu. Ratusz, odbudowany po pożarze i tak ma już ponad 100 lat. 
Coś dziwnego umiejscawia się w okolicach serca, jakiś drgający stwór, gdy widzi się te dzieciaki w harcerskich mundurkach. Najbardziej, gdy patrzy się na dzieci z ośrodka specjalnego, z drużyny Nieprzetartego Szlaku, które przyprowadzają dh. Agnieszka i dh. Sabina. 
Zimno było. Jak to w zimie. Ale czy to w czymś przeszkadza? 
I ten mały bąbel wciąż obok. 

Nie zgaśnie tej przyjaźni żar, co połączyła nas
nie pozwolimy, by ją starł nieubłagany czas...



środa, 20 lutego 2013

Na zawsze pozostała dzieckiem - z cyklu: Kobiety



W tym najmniejszym na świecie domku mieszkała kobieta, która na zawsze pozostała dzieckiem. Urodziła się jako ostatnie dziecko w rodzinie rolników w małej górskiej miejscowości. Przyszła na świat zanim matce zdążył urosnąć brzuch, a księżyc obrócić się 10 razy. Była taka maleńka, krucha i delikatna, że od razu po urodzeniu ojciec wziął się za budowę domku dla niej, gdyż wiedział, że nigdy, ale to przenigdy nie pozwoli jej zamieszkać z dala od jego troskliwego spojrzenia. Choć człowiek mieszkający w górach, utrzymujący rodzinę z pracy swoich rąk musi być hardy (i takim też był ów ojciec), jednak jego najmłodsza latorośl czyniła zeń najdelikatniejszego i najckliwszego mężczyznę na świecie.
W dzieciństwie zaskarbiła sobie serca i uczucia całej wsi, taka była przymilna i dobra dla każdego. Potrafiła przepięknie śpiewać, tak pięknie, że mogłaby stawać w zawody z rajskimi ptakami.
Po kilku latach budowa domu została ukończona i z początku służył on wszystkim dzieciom, jako domek do zabawy. Kiedy się okazało, że najmłodsza nie rośnie tak jak pozostałe, a i myśli nieco wolniej, rodzice poczęli szukać porady u kogoś, kto swoją mądrością potrafiłby ogarnąć ich problem. A że były to czasy bardzo odległe a wieś schowana głęboko w górach, dostęp mieli jedynie do nauczyciela, który przychodził z najbliższej miejscowości uczyć młodsze dzieci i do księdza proboszcza, który zaledwie raz na miesiąc odwiedzał tę część swojej parafii. Toteż każdy z nich po trochu, zasięgnąwszy porady u ludzi, którzy się na tym lepiej od nich znali, doradzili rodzicom, czego koniecznie muszą nauczyć najmłodszą córkę, a jakie nauki będą jej zbędne. Jaką to wielką mądrością i miłością pokierowali się prości, niekształceni rodzice kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem, że wyposażyli ją na przyszłe życie, w którym ich zabrakło, w umiejętności, które pozwoliły jej zarobić na utrzymanie i nie być ciężarem dla rodzeństwa, ani dla małej wiejskiej społeczności z gór. Bo choć w tamtych czasach ludzie potrafili sobie pomóc nawzajem i otoczyć słabszych pomocą, to jednak każdy zdawał sobie sprawę, że najważniejsze jest, by umieć sobie samemu w prostych sprawach poradzić. Ci zaś rodzice chcieli, by ich córka potrafiła zrobić coś i dla siebie, i dla innych, by choćby najdrobniejszym akcentem przyczynić się do zbiorowego dzieła, które każde pokolenie po sobie zostawia.
Oprócz przepięknego głosu kobieta, która na zawsze pozostała dzieckiem otrzymała wyjątkowy dar i wszystko co wzięła do ręki zamieniało się w małe dzieło sztuki. Tworzyła nadzwyczaj piękne ozdoby z papieru, bibuły, gałganków, gliny, farby itp. I choć wielu w okolicy się tym zajmowało, jej malunki na szkle nie miały sobie równych. A jakie robiła podłaźniczki z kolorowych bibuł, jakie bukiety sztucznych papierowych kwiatów, co wyglądały jakby świeżo na łące zerwane. Haftowała i robiła kilimy, a jakie obrazy tworzyła ze sprasowanej słomy, to już się jej sława rozeszła po całej okolicy, zaraz po kraju, a wnet i granice przekroczyła.
Jednak ważniejsze i piękniejsze od wszystkich talentów kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem było to, że każdego zarażała uśmiechem, chęcią czynienia dobra, serdecznością i szczerością. Biła z niej jakaś jasność - taka sama, jaka unosi się nad nowo narodzonym człowiekiem i którą zazwyczaj  potrafi dostrzec tylko matka. Zaś jasność kobiety, która na zawsze pozostała dzieckiem, widzieli wszyscy. Błyszczała w jej oczach, tliła się w sercu, ulatniała z wnętrza rozpościerając wokół łunę nieziemskiego światła. I to światło dawało innym siłę, zarażało swoją jasnością. Do ostatka, do śmierci nie zatraciła zdolności zadziwiania się każdym nowym dniem i wydarzeniem, które niosło życie. Wszystko - dobre i złe - przyjmowała w sposób naturalny: złe bez skargi, dobre bez pychy. Kłaniała się kwiatkom i rozmawiała z motylami. Głośno ubolewała nad żmudnym życiem pszczół, ale też i nadziwić się nie mogła skąd one wiedzą, jak trzeba pracować - co, kiedy i gdzie robić - bo ona takich umiejętności nie miała. Każdego ranka wybiegała witać się ze słońcem, a kiedy chmury pękły i padał deszcz tańczyła przed swym maleńkim domkiem taniec radości, rozchlapując wodę z kałuż, lub stojąc pod rynną jak pod wodospadem, śmiała się tak, że i huk burzy nie przyćmił jej głosu i słychać ją było w najdalszej dali. Zimą pod oknem zawsze lepiła bałwana.
Nigdy wcześniej ani później maleńka wieś położona głęboko w górach nie miała takiego mieszkańca. Pochowano ją w małej trumience i usypano kopczyk nie większy niż na dziecięcym grobie.

wtorek, 19 lutego 2013

Sprawiedliwa - z cyklu: Kobiety

Kapliczka z Niepokalaną na frontonie domu sprawiedliwej kobiety.


W mały galicyjskim miasteczku w domu przy ulicy skłaniającej się niezbyt stromym spadem ku dolinie rzeki i ku torom kolejowym mieszkała kobieta, o której wszyscy mówili sprawiedliwa. To ten dom, w którym ręka budowniczego zrobiła wnękę, wykusz, akurat takich rozmiarów, by umieścić w nim maleńką figurę Niepokalanej i zamknąć szklaną szybą w kutej małej oprawie. Trudno nie zauważyć tej domowej kapliczki, gdyż znajduje się na wysokości oczu przechodnia, a że chodnik jest tylko po tej stronie drogi, która w miejscu, gdzie dom stoi, ucieka już za miasto, więc każdy udający się do miasta z pobliskiego osiedla, musi tamtędy przechodzić. Dom nie jest samotny i nigdy do samotnych nie należał, w przeciwieństwie do kobiety, która w nim mieszkała. Budynek stoi w szeregu równie starych i smutnych domów jak on sam.
Kobiecie urodzonej w domu, którego strzegła Najświętsza Panienka wydawało się, że dom od pokoleń należał do rodziny i w zasadzie nigdy nie rozmawiała z rodzicami na ten temat, gdyż od najwcześniejszych lat słyszała sformułowanie: nasz dom. Rodzice zmarli osierocając swoją jedyną córkę w bardzo młodym wieku. Długo nie mogła dojść do równowagi po śmierci ojca i matki, którzy odeszli w porządku cyklicznym nie dłuższym niż następujące po sobie pory roku. Całymi dniami siedziała osowiała, niezdolna do jakiegokolwiek działania. Wreszcie, z chęci otrząśnięcia się po nieodległych tragediach, z konieczności zbudowania sobie życia według nowego porządku, zabrała się za uprzątnięcie najstarszych szpargałów. Każdy kto ma dom wie, że najstarsze szpargały lądują zawsze na strychu. Zainstalowawszy porządne oświetlenie rozgościła się na poddaszu, z rzadka tylko schodząc na dół do spraw codzienności. Z czasem tak ją to przebywanie na strychu pochłonęło, że pomyślała, by tam urządzić mieszkanie, skoro i tak musi poukładać życie od nowa.
Zdarzyło się, że przygotowując pomieszczenie do remontu odsunęła jakiś stary mebel, wniesiony na strych nie wiedzieć kiedy, który był jak stragan - ze wszystkim, co tylko mógł pomieścić. Obok książek poukładano na nim uszczerbioną porcelanę, dziurawy garnek, sparciałe kalosze, jakąś skrzynkę i wiele, wiele innych rzeczy, które latami przenosi się na strych z nadzieją, że się jeszcze kiedyś przydadzą, a potem już nigdy w życiu się po nie nie wraca. Otóż, kiedy odsunęła ów regał, zobaczyła szczelinę pomiędzy kominem a ścianą. W szczelinie wyraźnie rysował się kształt złożonej na czworo kartki papieru. Musiała użyć wąskiego narzędzia, by wydobyć kartkę. Papier był pożółkły i mocno dotknięty już zębem czasu. Z wielką delikatnością i starannością rozprostowała kartkę, która pokryta była kaligraficznym pismem. Dziś nikt tak już nie pisze - pomyślała. Podeszła pod snop światła, by nasycić nim papier i z każdym odczytywanym słowem zamieniała się w słup soli.

Bardzo się boję. Może ktoś kiedyś znajdzie ten list i dowie się o moim przerażającym lęku. Mam na imię Ryfka. Mam 14 lat i chyba nie ma nadziei bym dożyła więcej. To jakiś koszmar, to co się dzieje na świecie. Rodzice mnie ukrywają. Nie mówią mi wszystkiego, ale i tak wyszłam kiedyś w nocy z mojej kryjówki i usłyszałam, jak mówili, że wywożą wszystkich w jakieś straszne miejsce. Nie wiem dokąd, bo ściszyli głos. Jakie to może być straszne miejsce, skoro straszniejszego od piwnicy i ciasnej i ciemnej skrzyni wmurowanej w ścianę pod dachem na strychu domu, który wybudował mój dziadek już sobie nie wyobrażam? Kiedyś, gdy dzieci takie jak ja - żydowskie dzieci - mogły jeszcze biegać, bawiliśmy się nad rzeką nieopodal torów kolejowych. Zatrzymał się tam pociąg, wiele kilometrów przed stacją. Do lokomotywy podoczepiane były wagony bydlęce i na początku wydawało nam się, że dobiegają z nich odgłosy zwierząt, a już smród na pewno był nieludzki. Potem zobaczyliśmy dłonie ludzi wyciągnięte z okna i ze szpar pomiędzy deskami. Zorientowaliśmy się, że to nie odgłos zwierząt, tylko straszliwy jęk i zawodzenie ludzi, którzy już chyba nie wydawali ludzkich odgłosów ani zapachów... Jestem głodna. Strasznie głodna. Chce mi się pić. Chcę zobaczyć słońce! Całymi dniami siedzę skulona w takiej skrzyni, którą tatuś zabudował w ścianie na poddaszu. Tylko w nocy mogę z niej wyjść i rozprostować nogi. To już trwa tyle tygodni! 
Może ktoś znajdzie ten list... Jeżeli znajdzie, to proszę

 W tym miejscu słowa stały się nieczytelne.

Jak to? - wszystko zaczęło krzyczeć w głowie młodej kobiety. - Od urodzenia słyszała od rodziców: nasz dom. A teraz się okazuje, że nasz dom, nie był naszym domem, tylko domem żydowskiej dziewczynki, z którą nie wiadomo, co się stało?
Wybiegła z domu i tak naprawdę powróciła do niego dopiero, kiedy znalazła odpowiedź na to jedyne, zarazem najprostsze pytanie, jakie zrodziło się w jej głowie: jak to?
Dotarła do prawdziwej historii swojej miejscowości. Nie do tej, w której całe pokolenie przemilczało obecność Żydów w życiu małego galicyjskiego miasteczka. Fakt, że sąsiedzi pomagali ile mogli żydowskiej społeczności podczas tego, co Ryfka nazwała koszmarem, nie usprawiedliwia dziesiątek lat milczenia o tym, co stało się z blisko pięćdziesięcioma procentami ludności miasteczka, zajęcia ich domów, zaniechania odnalezienia zaginionych!
Dlaczego domu, w którym mieszkała z rodzicami, strzegła figura Niepokalanej?
Jedna ze staruszek, które pamiętały jeszcze wojnę, za to gubiły się w teraźniejszości, powiedziała jej, by lepiej tę sprawę zostawić w spokoju, bo straszne to były czasy. Tamtym życia nie wróci, a dni i lata, które nastały po wojnie, nie były wiele lepsze od gehenny wojny i okupacji.
- Miałaś uczciwych rodziców - powiedziała. - Nie szukali poprzednich właścicieli domu, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa wszyscy zginęli w Bełżcu. A i władze zachęcały do tego, by zrobić wszystko, by zadomowić się w tej dzielnicy na stałe. Nawet pozwalały i namawiały na te kapliczki nad drzwiami na froncie budynku. A Ryfka? Ryfka umarła na zakaźną chorobę zanim się pogrom zaczął. Tak mówili jej rodzice... Czekaj, czekaj, moje dziecko. A może tylko tak mówili?

Poczuwszy się spadkobierczynią niedokończonej prośby małej Ryfki, kobieta, o której piszę zyskała miano sprawiedliwej, bo przez szereg lat odgrzebywała historię miejscowości i regionu oraz dzieje ludzi. Nie było łatwo, gdyż niewielu świadków tamtych wydarzeń żyło. Ci którzy żyli pamięć mieli poplątaną, albo bali się mówić. Tyle lat po wojnie bali się mówić? Może nie chcieli, bo mieli coś na sumieniu? Nie osądzała nikogo. Krok za krokiem brnęła do prawdy. Mijały lata. Niektórzy się z niej śmiali, większość ją podziwiała. Cechy swojego charakteru, którymi obdarzyła ją natura, takie jak uczciwość, dociekliwość, sumienność, pracowitość, upór doszlifowała w tym czasie niczym diamenty.
Udało jej się odnaleźć Ryfkę, która przeżyła Holocaust - najpierw w piwnicy swojego domu, potem w skrytce ze skrzyni wmurowanej na strychu pomiędzy kominem a ścianą, następnie w obozie koncentracyjnym. Ryfkę, która nigdy nie zapomniała o marzeniu i prośbie kierowanej przez adresata listu do Boga, by wrócić jeszcze kiedyś do swojego domu. To Ryfka, staruszka, pierwsza powiedziała o tej kobiecie:
- Sprawiedliwa. Jesteś sprawiedliwa. Bądź błogosławiona.

Cienie domów, w których mieszkają cienie tamtych ludzi
w małym galicyjskim miasteczku.