MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 25 października 2014

Wernisaż wystawy „Sądeczanki w Ravensbrück” – Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu, Galeria Dawna Synagoga

Wspaniałe wydarzenie kulturalne, historyczne, pedagogiczne i edukacyjne. Temat obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück szczególnie jest bliski harcerskiej braci z uwagi na to, że był to jedyny obóz, w którym powstała i działała drużyna harcerek. Kobiety i dziewczęta w tych nieludzkich warunkach fabryki śmierci starały się nie tylko żyć i być ludźmi, ale do tego żyły według wartości wyznaczonych Prawem i Przyrzeczeniem Harcerskim. Pamiętam jak mój drużynowy polecił mi przeczytać książkę "Mury w Ravensbrück".
Sama wystawa składa się z dwóch części - ekspozycji Muzeum Lubelskiego z Lublina Oddziału Martyrologii "Pod Zegarem" i tej właściwej tematowi, poświęconej mieszkankom Sącza i Sądecczyzny, które przeszły koszmar niewolniczej pracy, doświadczeń medycznych, bicia, głodzenia i katowania w obozie koncentracyjnym. 
Niezwykle barwna opowieść Pani Kustosz lubelskiego muzeum poparta prezentacją i filmem zaostrzyła apetyt na odwiedzenie Lublina i pozwoliła poznać nieznane nam, Sądeczanom, wydarzenia rozgrywające się podczas  II wojny światowej w Lublinie i okolicach. Wspaniałe konferencje i prezentacje organizatorów wystawy i krótka akademia przygotowana przez uczniów jednej ze szkół złożyły się na naprawdę bardzo wartościowe wielowymiarowe wydarzenie.
Godzina wernisażu - samo południe - nie pozwoliła wziąć w nim udziału każdemu, kto by chciał, ale za to nauczyciele historii - pasjonaci, przyprowadzili swoich uczniów i to był przepiękny widok. Młodzież rozsiadła się na schodach, na podłodze, na galerii (wszak to synagoga) i zachowywała się w sposób, w jaki tylko młodzi ludzie potrafią się zachowywać. Starsze pokolenie usiadło na krzesłach, a krzesła, jak krzesła - powodują, że człowiek robi się sztywny. Więc dorośli ze śmiertelną powagą w kształcie krzeseł, młodzież w głębokiej zadumie w luźnej pozycji, wszyscy bez wyjątku przeżywali wydarzenie, chłonąc słowa i obrazy, uruchamiając wyobraźnię i wrażliwość. Niektórzy przemieszczali się z miejsca na miejsce. Druh Stanisław utkwił na obozowej drodze pomiędzy barakami, dziewczynka czytająca rolę zniknęła za kolumną. W miejscu, gdzie powinna być bima stał fikuśny, eklektyczny stolik dla prelegentów. Biały obrus ze stołu z poczęstunkiem zdawało się jakby powiewał na wietrze - jest chyba na każdym zdjęciu. Światło utkwiło w mroku i potęgowało nastrój. Drzwi wciąż się otwierały i zamykały wydając nieprzyjemne, skrzypiące dźwięki, a właśnie jedna z byłych więźniarek opowiadała na ekranie, że do końca życia nie zapomni skrzypienia i łomotu drzwi więzienia gestapo "Pod Zegarem" w Lublinie i zademonstrowała, że i dziś skrzypią i brzmią złowrogo, niosąc śmiertelny strach, zapowiedź bólu i unicestwienia. Ludzie wchodzili do synagogi i wychodzili; wielu było takich, którzy wpadli na chwilę. W przedsionku toczyły się zbyt głośne rozmowy. Klasy szkolne się zmianiały. Był nawet ksiądz w sutannie. Starsza pani się rozpłakała na wspomnienie cioci. Inna starsza pani zaprowadziła starszego pana na galerię pod jedną z tablic i powiedziała: tu jest twoja mamusia. Pewien młody człowiek, który się czuje spadkobiercą zmarłego już ostatniego strażnika "świętego miasta Sącza" usiadł w tym tłumie w odosobnieniu i zapewne jawiły mu się kolejne przedsięwzięcia, bo należy do tego gatunku ludzi, którzy nigdy nie ustają w działaniu. Najpierw witano, potem żegnano wiceprezydenta, przewodniczącego rajców miejskich, wicekuratora, dyrektora, twórców wystawy, wszystkich zaangażowanych w dzieło i wszystkich przybyłych... Miejsce, w którym powinien stać Aron ha-kodesz - szafa na święte księgi, zionęło pustką gładkiej ściany. Nad schodami wisi przestrzenny obraz z Chrystusem zdjętym z krzyża... W gablotach listy, pisma, legitymacje, zaświadczenia urzędowe, odznaczenia, zdjęcia, przedmioty wykonane przez więźniarki jak choćby miniaturowy krzyż. Tak mały, że nad nim umieszczono lupę, by dostrzec szczegóły. Kukiełki postaci z bajek zawierające tyle detali, jakby je wykonano w najlepszej pracowni modniarskiej. I te małe dzieci czytające teksty o okrutnych torturach i śmierci młodych kobiet odartych z godności ludzkiej, jakby tych tekstów nie mógł przeczytać kto dorosły. Taaak... jakby wojna, gdy przejdzie przez próg, zwalniała dzieci z udziału w jej okrucieństwie i bestialstwie. 
Wojna rodzi się zawsze tylko w sercu człowieka!









wtorek, 21 października 2014

Z "Modlitwą o wschodzie słońca"

Czas płynął leniwie w rytmie bujającej się huśtawki. Huśtawka nieznacznie skrzypiała, ale skrzypienie to nie narzucało się ze swoim odgłosem, a już na pewno nie było nieprzyjemne. Zii, zii. Zii, zii... Zdawało się mruczeć dodając okolicznościom szczyptę zdecydowanego smaku. Na niebie toczyło się widowisko, w którym wszystkie role reżyser obsadził pierzastymi cumulusami. Niby bliźniaczo do siebie podobne, a z każdej wyłaniał się inny kształt zmieniający się nieprzewidzianie i bez planu jak akcja snu. Nawet wiatr leniwie zamiatał opadającymi liśćmi, więc i moje myśli stały się kojącym balsamem o zapachu czerwonych kwiatów, które również bujały się delikatnie. Wszystko trwało w poruszeniu i tylko ja w całym wszechświecie tkwiłam nieruchomo na huśtawce - tej, co bujając się, skrzypiała.
Niebawem słońce zaszło za poręczą. To znak, że jesień w pełni. Latem słońce zdaje się zataczać krąg od świtu do świtu, natomiast jesienią, zimą i wiosną każdy dzień ma wyznaczony kres: odtąd - dotąd na nieboskłonie. Horyzont stał się różowy odcieniami zmierzchu, kiedy Jacek Kaczmarski zapowiadał piosenkę do tekstu Nataniela Tanenbauma, do której muzykę napisał Przemysław Gintrowski. I cóż, że "Modlitwa o wschodzie słońca" zabrzmiała, kiedy światło było u schyłku? Tam, gdzie śpiewają teraz panowie Kaczmarski z Gintrowskim światłość jest wiekuista, natomiast czas przestał być pojęciem fizycznym a stał się trwaniem w wieczności.
Od dawna uczę moją duszę "Modlitwy o wschodzie słońca". Zbyt krucha bywa granica pomiędzy miłością a nienawiścią, zachwytem a pogardą, światłem a cieniem, a ja zbyt daleko bywam od drogi i prawdy, i życia. Więc chciałabym, by te krople spadające z wysoka, z chmury, która utknęła w górskiej szczelinie, drążyły we mnie nieustająco pragnienie: "ale zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy Panie", bym tylko miłowała.





wtorek, 7 października 2014

Z serii: Sentencje przed snem

Niniejszym otwieram nową kategorię wpisów: Sentencje przed snem. Nie obiecuję, że będą codziennie. 



Udział kota w rehabilitacji

Posiadam sporo sprzętu niezbędnego do rehabilitacji moich nieszczęsnych kolan, które jakoś w moim organizmie bez kontroli i podstępnie zwyrodniały, nie mam jednak drabinki gimnastycznej. A byłaby potrzebna i to bardzo. Z braku tejże, ćwiczenia na priopriocepcję, te wykonywane w pionie, robię w drzwiach do pokoju. Przed utratą równowagi zabezpieczają mnie futryny, które okazują się być bardzo dobrze skonstruowanym wspornikiem do takich ćwiczeń. Podczas rehabilitacji w gabinecie taką funkcję asekuracujną pełni człowiek - rehabilitant. Naprzeciw drzwi znjaduje się olbrzymia tafla lustra, a możliwość kontrolowania równowagi przez oglądanie się w lustrze, jest niezwykle pomocna. Te same ćwiczenia wykonywane bez lustra są o wiele trudniejsze i równowaga momentalnie ulega zachwianiu. To samo dotyczy futryny, czyli możliwości asekuracji. Przynajmniej w moim przypadku tak jest.
Kiedy ćwiczyłam sobie to czucie głębokie na dwóch różnych niestabilnych podłożach, zauważyłam właśnie w odbiciu w lustrze, że Balbina przymierza się do skoku. Balbina znana jest z nieustającej konieczności przytulania się do człowieka, a już szczególnie ulubiła sobie wszystkie te momenty, kiedy stoję. W przeróżnych okolicznościach. Często się zastanawiam, czy wykazuje się wtedy empatią i bardzo chce mi umilić nudne chwile stania np. przy kuchni, prasowaniu itp. i dlatego postanawia mnie utulić w żmudnym zajęciu, czy to ona potrzebuje właśnie wtedy pocieszenia i bliskości. W każdym razie Balbina wprowadziła mi podczas ćwiczeń dodatkowe utrudnienie.
I powiem, że poszło mi całkiem dobrze! Ani mi się równowaga nie zachwiała, gdy Balbina wprost z podłogi wyskoczyła na moje ramię, ani nawet wtedy, gdy musiałam ręce złożyć z pozycji asekurującej do tego, by trzymać Balbinę, która właśnie mościła się na moich... no... tego... ramionach.
No, takich elementów nawet najlepiej wyposażone przychodnie i gabinety rehabilitacyjne nie mają. ;)


sobota, 4 października 2014

Znów sięgam po mistrzostwo

Jeszcze podczas wakacji zdarzyły się te szczęśliwe chwile, kiedy mogłam być babcią na wyciągnięcie rąk, na bliskość i kleistość całusów i miękkość przytulania. Okazało się, że bycie babcią to bardzo trudne zadanie. Szczególnie dla kolan. Dobrze, że Doktor nie pytał, jak to zrobiłam, a tylko zauważył, że zepsułam jedyną najlepszą część mojego kolana, zalecił wybić sobie z głowy wszelkie górskie wyprawy, obiecując, że jesień będzie piękna, więc zdążę i "zapuszkował" moją nogę na 4 tygodnie w ortezę (2 tygodnie trwało zanim po tym, jak huśtałam Mniejszego Brata na kolanach dotarłam do Doktora; nie mogłam stanąć na nodze, więc prawie nie stawałam, zakładałam zmrożone okłady żelowe i myślałam, że mi "przejdzie"). 
Kiedy przyszedł obiecany czas końca wyroku, cieplutka orteza wprost z mojej nogi trafiła na nogę Dużej Małej Dziewczynki. Zaś ja, po powrocie do domu, rozpoczęłam uruchamianie nogi. Rehebilitację czworogłowego, jak kto woli. Rower. Piłki. Taśmy. Poduszki sensoryczne. Stymulacja rzepki. Ćwiczenia izometryczne (te mogłam wykonywać przez cały czas). Trochę PNF. Ćwiczenie propriocepcji. 
Pierwsza próba pedałowania na kompletnie wyluzowanym rowerze. Był tak "zwolniony", że jechał nie tyle po równym, co chyba nawet w dół. I ból porównywalny do bólu, jakby mi łamano kolano. Płacz. Propriocepcja z piłką (dużą). Niemoc i ból. Znowu płacz. Taśma - ból. Bez płaczu ale z pojękiwaniem. Wszystko porównywalne do łamania kołem. Propriocepcja na poduszce sensorycznej - drżenie wszystkich mięśni nogi uniemożliwiające wytrzymanie dłużej niż niespełna 0,5 minuty. 

Tak było we środę i potem. Dzisiaj rower sprawiał mi już przyjemność, podciągnęłam nieco na plus (zrobiłam pod górę). Propriocepcja z dużą piłką dla jednej nogi wciąż niewykonalna; na dwie nogi ze zdecydowanie mniejszym bólem. Taśma przy kilku pierwszych ruchach bez bólu; ból pojawił się po kilkunastu powtórzeniach. Poduszki sensoryczne wymęczyłam dość długo, zanim one zmęczyły i wprawiły w drżenie mięśnie mojej nogi podczas kolejnych ćwiczeń czucia głębokiego. Czwarty dzień i takie sukcesy! Czuję się jak olimpijczyk przygotowujący się do sięgnięcia po zwycięstwo.




wtorek, 30 września 2014

Szpinak

Gdyby mi ktoś, kiedy byłam w przedszkolu, powiedział, że za blisko pół wieku szpinak będzie tym, co najmilej będzie dotykać moich zmysłów związanych z konsumpcją, to bym go wtedy tym szpinakiem opluła.  Dziś mogę podzielić się zieloną potrawą z przyjacielem. Wrogowi nie oddam. 

Choć wrogów nie szukam i zawsze wolę się z niepewnej sytuacji wycofać w myśl zasady: z głupim się nie zadawaj; sprowadzi cię do swojego poziomu i powali doświadczeniem, to jednak niektórzy ludzie tak bardzo się proszą, by powiedzieć im, co się o nich myśli, że zdarzyło się, iż dałam się sprowokować. Oczywiście zrobiłam to na moim poziomie. Efekt był taki, że do delikwenta to i tak nie dotarło, bo nie zrozumiał przesłania, a ja znalazłam się w brzydko zwanym stanie odczuwania, czyli w stanie tzw. "kaca moralnego". W celu leczenia niemiłego uczucia stosowałam lekarstwo w postaci przemyśleń, co by było, gdybym na wszelkie złowrogie przejawy stosowane wobec mnie odpowiadała stosownym obuchem znajdującym się w lustrzanym odbiciu? Wniosek moich przemyśleń był oczywiście jeden. Ale to wcale nie znaczy, że kiedyś nie włożę dłoni w lustrzaną taflę i nie sięgnę bo tę broń, która pomimo moich dotychczasowych wniosków może okazać się obosieczną, bo przecież każdy kij ma dwa końce. Póki co z nikim, kto nie dojrzał do spożywania tego wspaniałego warzywa jakim jest szpinak, nie podzielę się nim, wręcz będę traktowała jak wroga chcącego mnie opluć.
I niech to będzie jedyny "kac moralny", który trawi moje wnętrze. ;)

wtorek, 23 września 2014

Sandomierz - królewskie miasto

Kiedy nawiedziliśmy Sandomierz, odbywało się wielkie narodowe czytanie Trylogii Sienkiewicza. Sandomierz czytał w przepięknej scenerii na rynku pod Kamienicą Oleśnickich. Czytanie Sienkiewicza sprawiło niepowtarzalność nastroju, jakim to historycznie przynależne do Małopolski miasteczko ugościło wtedy przyjezdnych i mieszkańców. Chodziliśmy po Sandomierzu i po jego siedmiu lessowych wzgórzach tam i z powrotem. Każda droga prowadziła nas do rynku, gdzie za każdym powrotem przysiadaliśmy na chwilę i chłonęliśmy piękno i wyjątkowość chwili. Można by chodzić po Sandomierzu i chodzić i życia by brakło, by zachwytem nasycić swe wnętrze i nazwać to, co oczy widziały. A jednak nie można się pozbyć wrażenia, że Sandomierz jest niezwykle urokliwym, przepięknym i romantycznym... produktem turystycznym. Wszystko jest wyremontowane, że mucha nie siada. Trotuary ze szlachetnego kamienia, co krok ławeczki, błyszczące tablice informacyjne, gładkie i czyste fasady kamienic... nawet słońce odbijało się posłusznie w gotyckich czy renesansowych oknach, ukazując nieskazitelność przyciemnianych szyb. Ulice pachniały kebabem, pizzą i innymi spcjałami kuchni każdej, tylko nie polskiej. Liczne lokale na starówce promowały cydr i w tym dopiero odczuwało się lokalny wydźwięk, więc przechyliliśmy kielich złotego napitku  z nutą cynamonu. Bąbelki rozeszły się od stóp do głów, podniebienie doznało rozkoszy, a po wnętrzu rozszedł się przyjemny chłód przechowywanego w piwnicznym Lapidarium napoju. Dopiero mrok nocy pozwolił się doszukać naprawdę wyjątkowego piękna i niepowtarzalnej atmosfery miasta. Kiedy tylko noc zaczęła się ścigać z dniem i usiłowała wtargnąć na rynek wąskimi uliczkami, ponad dachami wzniósł się na niebo ciężki, obrzmiały ostatnią tego lata pełnią księżyc i rozpoczął swą wędrówkę w kierunku attyk i wieży ratusza. Wcześniej noc rozgościła się w Wąwozie Królowej Jadwigi i stamtąd jej uciekliśmy wprost w objęcia ostatnich promieni słońca. Ze sceny już zszedł Sienkiewicz, za to od fasad i pierzei odbijało się delikatne jazzowanie, usiłujące się uwolnić z rynku wszystkimi wylotowymi uliczkami. Poszliśmy i my w ślad za dźwiękami saksofonu i odkryliśmy nocny świat galerii sandomierskich. Skusiły nas delikatnym światłem wydobywającym się spomiędzy rozlokowanych w witrynach małych i dużych dzieł sztuki. Jakoś w dzień spały wszystkie. I witryny, i to, co się na ich scenach rozgrywało. W mroku nocy wszystkie zaczęły przeciągać się leniwie, jakby wiedziały, że w cieniach najbardziej im do twarzy. Czego tam nie było??? Począwszy od prawdziwych podków - na jednym ze zdjęć tkwi podpis: "prawdziwa podkowa na szczęście - 15 zł,-" - a przy niej zapisana na drewnie Madonna ze smutną miną - jak widać mało szczęścia podkowa przynosi - przez witraże, ikony Świętych i Madonn, jakby ich było setki, a nie jedna jedyna, po koty wykonane w różnych technikach, za to wszystkie wylegujące się na kanapach, bądź prężące grzbiety w oknach jak żywe. 
Noc była wyjątkowo ciepła. I Sandomierz nabrał szczególnej wyjątkowości. Od ciepła. Od nocy. Od zaledwie przebrzmiałych słów Sienkiewicza i unoszących się leciutko jak delikatne mgły dźwięków saksofonu. I chociaż jazz nie jest moją ulubioną muzyką, a wręcz jest najbardziej nieulubioną, pasował do Sandomierza nocą jak ulał. Pozwalał jeszcze leniwiej snuć się po dachach księżycowi i wszystkim kotom z dzieł sztuki. Już nocny Sandomierz nie miał w sobie nic z produktu turystycznego, bo brak światła spowodował, że zgasły blaski granitowych kostek, wypucowanych twarzy kamienic, okien błyszczących jak oczy w gorączce miłosnych uniesień młodej dziewczyny. Nikłe płomienie świec porozstawianych dla fantazji wdłuż krawężników, chybotliwie rozpraszające ciemność, gięły się w delikatnych ukłonach zachęcając noc, by jeszcze i jeszcze rozsiadła się gęstszą ciemnością pomiędzy czasem, który był, jest i będzie w tym niezwykłym mieście. Bo przecież:

(Koh 1,2-11)
Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami - wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. Ku południowi ciągnąc i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr i znowu wraca na drogę swojego krążenia. Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną, zdążają one bezustannie. Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: Patrz, to coś nowego - to już to było w czasach, które były przed nami. Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli, ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.




poniedziałek, 22 września 2014

Mistrzostwo świata

Dumni ze sportowców, jak zdobędą mistrzostwo świata, to wszyscy potrafią być. A mnie, w takich sytuacjach, przypomina się pewien epizod z czasów, kiedy przyszła mistrzyni chodziła do szkoły. Wciąż upokarzano ją na lekcjach, mówiąc: „Zdecyduj się: albo się uczysz, albo grasz! Niedostateczny!”. Bardzo pod górkę miała ta dzielna dziewczynka. Nie miała specjalnych inklinacji do nauki, ale nie była też osłem. Bez problemu mogłabym i wtedy, i dzisiaj wskazać inne koleżanki z klasy, które do tej szkoły się nie nadawały. Ona – owszem. Tylko postawiła na to, w czym czuła, że jest najlepsza. Grała w drużynie; sport zespołowy. Była mistrzynią Polski i w grupie juniorów, a potem, w kategorii dorosłych  już w kadrze narodowej, z drużyną sięgnęły po najwyższe laury.

I TERAZ CLOU PROGRAMU!

Po wielu, wielu latach, gdy medale pokryła patyna czasu, z ust nauczycieli rozmawiających w kuluarach jakiegoś wydarzenia, w którym brałam udział – tak, tych samych nauczycieli, co upokarzali, tępili, stawiali oceny niedostateczne, nie wykazywali się żadnym zrozumieniem dla jej pasji, którą przerodziła w zwycięstwo nad sobą i dla innych (żeby mogli być dumni jak wszyscy dzisiaj) – usłyszałam słodziak: „To ONA, Mistrzyni! Nasza absolwentka, nie pamiętasz, przecież chodziła wtedy i wtedy do klasy, taka zdolna uczennica”.

Składam hołd każdemu, kto mozoli się i trudzi w doskonaleniu swoich umiejętności i możliwości. Kto pod wiatr idzie w kierunku własnego rozwoju, realizuje pasje i zainteresowania, choć niekoniecznie zostanie mistrzem świata. Wystarczy, że pokona własne niedoskonałości i słabości. 

Składam hołd mojej koleżance. Zawsze wiedziała, co jest w życiu najważniejsze.



niedziela, 21 września 2014

Kolegiata w Opatowie

Był jeden z pierwszych dni września, lato nabrało dojrzałości, a nam drogę przecięła jesień. Gdzieś tam, na ziemi sandomierskiej, blisko Małopolskiego Przełomu Wisły szeroki pas rozciągającego się leniwie krajobrazu w jednym i drugim miejscu przybrał  barwy złotej jesieni. Wszystko było w tej podróży niesamowite, więc i te widoki zdały się naturalne i dopiero, gdy świat znowu powrócił do lata, ocknęłam się oszołomiona. Można było, jadąc, wjechać i wyjechać z jesieni jak gdyby nigdy nic! Gdzieś tam, przy bocznej drodze obelisk. To miejscowość na Wyżynie Sandomierskiej - Konary, gdzie w maju 1915 roku rozegrała się krwawa bitwa formujących się Legionów Polskich. Dalej, w Klimontowie piękny kościół podominikański z charakterystyczną kopułą w sklepieniu. Autentyczny barok. Wnet miało się okazać, że jesteśmy na Szlaku Barokowym, który w tym miejscu zazębiał się ze Świętokrzyskim Szlakiem Literackim. W Klimontowie przyszedł na świat i wychował się Bruno Jasieński - poeta, przedstawiciel futuryzmu. Wnet mieliśmy znaleźć się na Szlaku Lubelskiego Renesansu... Tymczasem dojechaliśmy do Opatowa. Województwo świętokrzyskie, ziemia sandomierska, Lubelszczyzna - to wszystko Małopolska. Niezwykła. O Opatowie, o jego kolegiacie, nie umiałabym opowiedzieć słowem. Kolegiata św. Marcina jest niezwykle piękna. Wszystkim przeprowadzającym współcześnie remonty, udało się zachować jej historyczne piękno. Tam się gotyk wzniósł na romańszczyźnie, delikatnie wdarł się barok, nie niszcząc ani jednego, ani drugiego, a potem już tylko mądre gospodarowanie. Dlatego najlepiej, by obraz w tym wypadku zastąpił słowa. Jest prezentacja zdjęć i jest przekierowanie do albumu ze zdjęciamia, jeśli ktoś woli w ciszy... (Jak zwykle na tej stronie, po kliknięciu na zdjęcie poniżej nastąpi przekierowanie). 
Kolegiata w Opatowie, Opatów w ogóle - OBOWIĄZKOWY!!!