MOTTO

"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 18 września 2014

Zamek Krzyżtopór w Ujeździe

Zamek odcinał się wyraźnym rysunkiem pięknej ruiny od lazurowego nieba. Pora roku jeszcze nie ta, a niebo miało już kolor, jaki przystoi głębokiej jesieni. Poranek jednego z pierwszych wrześniowych dni również nigdy nie szczyci się taką głębią kolorów nieba i widnokręgów na nim wyrysowanych, bo zazwyczaj mgły sinieją w powietrzu, czyniąc świat, gdy słońce już przejdzie kordon mlecznej barwy, bardziej pastelowym. Ale i tak stanęłam u stóp zamku rozczarowana. Od dwudziestu lat zamek Krzyżtopór jawił się w mojej wyobraźni, bo już wtedy obraliśmy go za cel naszych wędrówek. Były to jednak czasy, kiedy Synek z każdego zwiedzanego miejsca przywoził pamiątkowy scyzoryk, więc trzeba było jakoś ogarniać te zbiory i nie powodować, by nadmiernie rosły, więc Zamek Krzyżtopór odłożyliśmy na zaś. Tegoroczny wrzesień okazał się owym „zasiem”. I cóż, że po dwudziestu latach? Jawił się więc w mojej wyobraźni, tworzył bliżej nieokreślone obrazy, by rozczarować swoim mizernym wyglądem. Gdy się było w Kamieńcu Podolskim i widziało „ostatnią stanicę Rzeczypospolitej” nic dziwnego, że potem wszystko zdaje się być miałkie z wyglądu. Trzeba jednak było znaleźć się w środku, by doświadczyć, że pierwsze wrażenie jednak myli i to bardzo.
Zamek Krzyżtopór w Ujeździe jest wpisany do rejestru zabytków jako ruina trwała i jest tzw. „markowym produktem turystycznym województwa świętokrzyskiego”. Chyba od początku istnienia pisane mu było zostać ruiną trwałą, ale co do tego „markowego produktu” w dodatku województwa świętokrzyskiego, to mam mieszane uczucia.  Nie wiedzieć, co doprowadziło fundatora zamku Krzysztofa Ossolińskiego, wojewodę sandomierskiego do grobu zaledwie rok po zamieszkaniu w najwspanialszej na tamte i chyba wszystkie czasy, rezydencji magnackiej w Polsce. To, że wybudował ją nie z własnych pieniędzy i popadł w straszliwe długi? Od samego początku posiadłość była zadłużona i taką w spadku przyjął ją jedyny dziedzic majątku – Krzysztof Baldwin Ossoliński. Ten jednak, wychowany w duchu patriotyzmu, ruszył na wschodnie rubieże, na Podole, by stawić opór Chmielnickiemu i jego powstańcom. Zginął po zaledwie trzech latach posiadania zamku Krzyżtopór w majętności. Potem, posiadłość tragicznie zadłużona, przeszła w ręce dalszej rodziny i nie wiedzieć czy najazd Szwedów wybawił rodzinę z kłopotu, czy przyprawił o ulgę okraszoną jednak tragedią narodową. Jak przez całą Rzeczpospolitą, tak przez Ujazd, Szwedzi przeszli falą, niszcząc i grabiąc co się dało. Z takim pietyzmem wybudowany zaledwie 11  lat wcześniej i oddany do zamieszkania zamek, popadł w ruinę. A miał wojewoda sandomierski fantazję, gdyż kazał pobudować swą rezydencję o podwójnym znaczeniu – tzw. palazzo in fortezza, czyli pałac w funkcją zamku obronnego. Co akurat w niespokojnych czasach nie było fantazją, a koniecznością. Fantazja natomiast objawiła się w tym, że kazał zamek zbudować w oparciu o kalendarz. Powstał więc pałac – słownie jednej, jak jeden rok kalendarzowy. Miał cztery wieże, jak cztery kwartały roku. Miał dwanaście sal paradnych, jak dwanaście miesięcy. Pięćdziesiąt dwie komnaty, jak pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku. I trzysta sześćdziesiąt pięć okien, jak trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Nie trzeba o tym wiedzieć, by wszystko to wyolbrzymiało wyobraźnię, gdy stoi się pośrodku ruin. W pewnym momencie miałam wrażenie, że znajduję się wewnątrz rzymskiego Koloseum, tak łudząco podobna była ruina Krzyżtoporu, niebo tak lazurowe, okrąg przemijania tak kolisty a nadgryzione zębem czasu i zniszczeń dokonanych przez najeźdźców szczerby niegdysiejszej wspaniałości - tak wyraziste. Przewodnicy i przewodniki mówią, że rezydencja była tak bogata, że konie ponoć w stajniach przeglądały się w kryształowych lustrach i jadły z marmurowych żłobów, a strop ośmiokątnej wieży przyozdobiony był olbrzymim akwarium z egzotycznymi rybkami. Mieli więc Szwedzi co rozkradać. Nie dość, że rozkradli, to zniszczyli, spalili, nadwyrężyli. Wnet czasy obróciły się ku tragicznym wydarzeniom związanym z utratą niepodległości, ale zanim, to obronne walory zamku wykorzystali Konfederaci Barscy do obrony przed carskimi wojskami. Te, gdy już stłamsiły obrońców, dokonały zniszczenia i od tamtej pory, właściwie niezmiennie, Krzyżtopór stoi trwałą ruiną i tylko w wyobraźni i wrażliwości zwiedzającego jawi się najwspanialszą rezydencją magnacką złotych czasów Rzeczypospolitej.
Na naszej mapie, która datowana jest na niezbyt odległe czasy, bo jak się mają lata osiemdziesiąte XX w. do pierwszej połowy XVII w. , gdy zamek rodził się w posiadłości wojewody sandomierskiego, zamek podpisany jest Krzysztopór, co słusznie kojarzyć należy z nawiązaniem do imienia fundatora i herbu Topór, spod którego wojewoda Krzysztof Ossoliński się wywodził. I mniemać należy, że chyba dla celów „markowego produktu” zmieniono legendę i odwołano się do patriotycznych wydarzeń tego miejsca i zaszłości rodzinnych i zamek nazywa się dzisiaj „Krzyżtopór” rzekomo od krzyża i toporu (herbowego) znajdujących się w portalu bramy głównej. Istotnie znajdują się te elementy, ale w mojej wyobraźni podsycanej przez dwadzieścia lat pragnieniem ujrzenia zamku, on cały czas był Krzysztoporem, a w odmianie nawet Krzysztoforem i znalazłam potwierdzenie w materiałach źródłowych na to, co zbudowała moja wyobraźnia (twórcza).
Z całego serca polecam nawiedzenie Zamku Krzyżtopór. A nawet zalecam. Ale absolutnie nie jako zwiedzenie „markowego produktu”, a jako lekcję historii.



Nasze zwiedzanie tamtego wrześniowego poranka okraszone było obecnością dużej ilości harleyowców i gdy poprosili o zrobienie im grupowego zdjęcia ich aparatem, skorzystałam i użyłam też mojego, a Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem wyreżyserował nawet scenę we wnękach okiennych. I jeszcze chciałam nadminić, że pisałam, jak zawsze, nocą. Spojrzałam na zegarek i okazało się, że jest już po 1. Przeraziłam się późną porą i klikając coś w pośpiechu spowodowałam, że wpis zniknął. W żaden sposób nie mogłam wrócić do stanu sprzed kliknięcia, nigdzie nie mogłam znaleźć zapisanego szkicu, czy wpisu roboczego (wordpress wciąż jest dla mnie tajemnicą, pisałam na wordpressie). Nie czułam straty, za to pomyślałam: cóż, bardziej utrwalę temat pisząc jeszcze raz. I dzisiaj od samego rana pisałam a do pisania nie używałam żadnej ściągi. Wszystko miałam w pamięci ;). Pomna na wczorajszą niemiłą przygodę, dziś pisałam w Wordzie. Jak wielkie okazało się moje zdumienie, gdy wchodząc na dyrdymalstwo i klikając ikonkę nowego wpisu pojawił się wczorajszy tekst?! Jakby nie zrobił mi wczoraj psikusa i nie zniknął nagle, nie pozwalając się odnaleźć. 
Jednak, jak mówi pewien znany nawigator nawigacji samochodowej: "nowy będzie lepszy". 


piątek, 12 września 2014

Baranów Sandomierski

Zamek w Baranowie Sandomierskim


Baranów Sandomierski to miejsce na mapie zamków Polski, które koniecznie trzeba zobaczyć. O wielu zabytkach doby renesansu mówi się, że są perłami, więc i to miejsce zyskało takie miano. I widząc zamek na własne oczy, trudno zaprzeczyć. Dla mnie, za każdym razem kiedy tam jestem, najbardziej fascynujący jest herbarz na łukowych sklepieniach schodów, loggi i krużganków. Można nauczyć się heraldyki. No i oczywiście maszkarony są swoistą wizytówką baranowskiego zamku. O ogrodach nie wspomnę, bo te mają tak dokładnie przystrzyżone żywopłoty, że żadna gałązka, ani jeden listek nie wychylają się z szeregu. 
Nie licząc Mielca, w którym zatrzymaliśmy się, gdy ujrzeliśmy ciekawy pomnik upamiętniający żołnierzy z AK, Baranów Sandomierski był pierwszym punktem naszej podróży. Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem nie zaplanował wizyty w Baranowie, ale skoro przejeżdżaliśmy, powiedziałam: wstąpmy.  Po zrobieniu kilkunastu zdjęć, okazało się, że bateria w moim aparacie fotograficznym wyczerpała się do cna. Akurat skończyła się, gdy chciałam zrobić zdjęcie przepięknego portalu renesansowego nad jednymi z licznych drzwi, na którymś piętrze na krużganku pod arkadami. A to był dopiero początek zwiedzania. Musiałam poprzestać na zdjęciach, które zrobiłam a resztę po prostu zapisać w pamięci. Przy portierni poprosiłam pana o możliwość podłączenia do prądu i podładowanie baterii. Potem jeszcze na sandomierskim rynku podłączałam się do panów akustyków, którzy dysponowali prądem przy okazji nagłaśniania czytania Trylogii Sienkiewicza, bo to była sobota z serii tych, kiedy cały naród czyta. 
Pora była zbyt wczesna na zwiedzenie wnętrza zamku, ludzie dopiero budzili się ze snu, no to nikt nie zdążył przyjść jeszcze do pracy. Przy portierni stał jakiś pan z kasetkami i kuferkami na sprzedaż ale nieliczni turyści omijali go z daleka. Pan przekładał kasetki i kuferki z miejsca na miejsce, by były bardziej widoczne, w końcu zaklął siarczyście pod nosem, mówiąc: to co mam zrobić, żeby je ludzie zauważyli? 
- Może pan powinien koziołki zacząć fikać - zaproponowałam siedząc na ławce przy portierni podczas, gdy bateria karmiła się prądem. 
- Pani! Ja bym tych kasetek ani za darmo ni chciał. 
Pan portier w tym czasie, pięknie ubrany jak lokaj w liberię, udzielał się jako przewodnik i główny informator tym, którzy przejeżdżając, zwolnili i o coś wypytywali.
Wcześniej, gdyśmy stali na krużganku i pozwalaliśmy by pierwsze nieśmiałe promienie słońca prześlizgnęły się po naszych policzkach, na dziedziniec weszło jakieś małżeństwo starsze od nas i pani małżonka bardzo apodyktycznym głosem powiedziała bardzo głośno, choć nie musiała aż tak głośno mówić, ponieważ dziedziniec baranowskiego zamku słynie z doskonałej akustyki, że gdyby ona była konserwatorem zabytków, to by zaraz zrobiła porządek z właścicielem zamku, bo to zbrodnia rozłożyć taki namiot na dziedzińcu i zasłonić cały widok. W namiocie nad ranem skończyło się wesele.
- Pani, takich wesel na zamku to może być 5 równocześnie! Są dwa namioty i przecież te sale. Ale wesel tylu jeszcze naraz nie było. Komunie to tak.  - Poinformował mnie pan portier. O czymś musieliśmy rozmawiać, gdy bateria się ładowała, a pan od kasetek i kuferków jeszcze nie włączył się do naszej rozmowy. 
Ostatecznie, podczas całej wycieczki zrobiłam prawie 3 GB zdjęć. Nawet nie da się ich wszystkich za jednym razem obejrzeć. Mam na myśli oglądanie z kontemplacją. 
Gdyby Cię, Drogi Czytelniku, interesowała historia zamku, szczegóły architektoniczne itp., to kliknięcie tutaj przekieruje na odpowiednią stronę. 

Zamek w Baranowie Sandomierskim jest przepiękny. Nic, ani nikt nie odbierze mu miana perły renesansu. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że urok tego miejsca przesłoniła komercja. I niekoniecznie chodzi o dosłowne zasłonięcie olbrzymim namiotem rozłożonym na dziedzińcu, ale o coś, czego tam nie ma. O atmosferę przywołującą pamięć epoki i ludzi - ta właśnie gdzieś zaginęła. Wszystko jest za pięknie, za czysto, za schludnie; dopięte na ostatni guzik. 

czwartek, 11 września 2014

Dociekliwość w Zawichoście

Jestem dociekliwą turystką. Ponieważ nie znalazłam wiadomości o obiekcie na miejscu, a w Internecie wyczytałam stek mylnych informacji, zadzwoniłam do Urzędu Miasta, by zaczerpnąć u źródeł. Chyba wzbudziłam popłoch. Ale informację, której szukałam, uzyskałam. Natomiast na cztery łopatki położyłam osobę z UM, gdy zapytałam jak szeroka jest rzeka w miejscu przeprawy promowej. 
- Ze czterysta metrów będzie miała - usłyszałam. - Ale nie przyszłoby mi do głowy, że kogoś to interesuje.
- Turysta zainteresowany jest wszystkim - odpowiedziałam. 
Zwłaszcza jeśli przeprawa znajduje się w miejscu, z którego każdego dnia idą komunikaty radiowe o stanie królowej polskich rzek. 
Prom, odpłatny, przeprawiający na drugą stronę Wisły w Zawichoście samochody, rowery, ludzi i co bądź, wygląda trochę jak statek piracki. Na stoliku stoi skrzynka ze starymi monetami, obok jakieś szklane i metalowe starocie, a "kapitan" promu zachęca do grzebania we wszystkim. Można też poczęstować się owocami, bo tuż przy "pirackich" skarbach leżą jabłka i śliwki - dary natury, które w roku nałożonego przez Wschód embarga, obrodziły wyjątkowo. 
Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem przerzuca monety w poszukiwaniu pięciozłotówki z rybakiem, bo kiedyś, dawno, dawno temu, gdy Stara Kobieta wysłała go na zakupy, zgubił właśnie taką. Wpadła do kałuży i już się nie znalazła. W skrzyni też jej nie ma. Są tylko dwuzłotówki z tego samego okresu. Ale "kapitan" mówi, że ma taką i może się wymienić. 
Będąc w drodze, zatrzymaliśmy się tylko po to, by zrobić zdjęcie pod tablicą z nazwą miejscowości. Potem natknęliśmy się na kapliczkę przydrożną, jakich już nie uświadczysz w naszym świecie, więc znów zatrzymaliśmy się. Jakaś lakoniczna informacja o tym, co w miasteczku, już nie pamiętam, czy z tablicy informacyjnej, czy z naprędce otwartej strony internetowej. To chodźmy popatrzeć jeszcze, gdzie ten pomiar Wisły, obejrzyjmy te wskaźniki. Są wskaźniki i prom. Szybka decyzja - to przeprawiamy się promem. Ale jeszcze wcześniej poszukiwania zabytkowego wodowskazu. Zamiast niego odnajdujemy obelisk z 1848 roku, tzw. reper (jeszcze z czasów carskich) wysokościowy określający położenie miejsca względem poziomu Bałtyku w Kronsztadzie. Kronsztad to miasto na bałtyckiej wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej. Niegdyś mieściła się tam baza Floty Rosyjskiej i miasto było siedzibą admiralicji rosyjskiej. Dziś nikt w naszym kraju nie stosuje takiej miary. Obelisk znajduje się na prywatnej posesji i ogrodzony jest własnym ogrodzeniem mającym nadać mu zapewne rangę jak jakiemu urzędnikowi carskiemu, oraz płotem ze zwykłej siatki ogrodzeniowej. Łapię za klamkę od furtki, ale już dwa psy zjawiają się i szczekaniem każą mi cofnąć dłoń i zamknąć dokładnie bramkę. Usiłuję pertraktować z jednym z psów. Z początku robi minę jak prawdziwy carski urzędnik, ale po jakimś czasie wykazuje się zrozumieniem i odchodzi na bezpieczną odległość, ale za to drugi niewzruszenie tkwi na swoim miejscu, nie szczeka, za to całym sobą mówi: spróbuj tylko tu wejść. Wtedy nie wiedzieliśmy, że to jest ten reper; myśleliśmy, że trafiliśmy do obiektu, którego szukaliśmy, czyli do zabytkowego wodowskazu. Dopiero po powrocie do domu zorientowaliśmy się, że popełniliśmy błąd. A może ten szczekający pies nam to właśnie mówił?
Widzieliśmy drogę do fary, ale ja powiedziałam: daj spokój, nie będziemy zaglądać do każdego kościoła na trasie. Po powrocie do domu, po przewertowaniu informacji zawartych w wirtualnej przestrzeni pluliśmy sobie w brodę. Już obelisk na rynku upamiętniający 800 rocznicę bitwy w Zawichoście powinien nam dać do myślenia. Ale nie dał. Zawichost jest miastem starym jak świat. Niedzisiejsza kapliczka, stojąca na łuku drogi, we wczesnym średniowieczu wyznaczała szlak tym, którzy z jakichś powodów przemieszczali się z miejsca na miejsce. Jak informują źródła internetowe i jak poinformował mnie człowiek z UM przez telefon, w podziemiach fary znaleziono fundamenty romańskiej świątyni z nawą boczną i absydami oraz cmentarz przykościelny. 

W głupi sposób rezygnując z poznania zabytków na własne oczy ("Daj spokój..."), delektowaliśmy się obecnością Wisły. Wisłę najczęściej widuję w Krakowie, więc kto wie, o czym piszę, od razu się domyśli. Byliśmy na terenie "Rezerwatu Przyrody Wisła pod Zawichostem". Niedaleko stamtąd jest do Małopolskiego Przełomu Wisły. A to znaczy, że Wisła tam jest wolna i dzika. Wsłuchiwaliśmy się w ciszę. Słońce już było wysoko na niebie, ale dzień był jeszcze w pieleszach. Jeszcze nie opadły, ani też nie podniosły się nocne mgły, więc powietrze było wilgotne i miękkie. Jakieś ptaki pokrzykiwały tylko w zaroślach i fale rozbijały się delikatnie o brzeg. Rzekę pruł prom, który wyglądał jak statek piracki, gdy się nań weszło. Wiedzieliśmy, że w tym miejscu Wisła zawiera wody Dunajca i Kamienicy, Białej i Popradu i wszystkich potoków, koryta których przemierzaliśmy i niejednokrotnie ich wodami spłukiwaliśmy słony pot z czoła. Byliśmy więc wsłuchani w jej cichą melodię... 


piątek, 5 września 2014

O trzech radościach dziennie przez 7 dni z rzędu/2


2/7
1. Dzisiejszą poranną kawę wypiłam w towarzystwie Sołżenicyna, a właściwie jego pacjentów i lekarzy z oddziału chorych na raka. Wszyscyśmy się zmieścili na hamaku – huśtawce na balkonie i nikomu nie było ciasno. Myślałam, że Sołżenicyn to taki ściśle polityczny, a on równie egzystencjalny. Np. taki cytacik: „A skąd pani wie, (…) w którym miejscu na ziemi będzie pani szczęśliwa, a w którym nie? Czy ktokolwiek jest w stanie to przewidzieć?”. Myślę, że się z nim zaprzyjaźnię.
2. Wieczorem raczyłam podniebienie kwasem chlebowym, który z wojaży pod wschodnią granicę przywieźli nam ci, co tam byli.
3. Po 17 latach bez bólu mogłam rozpamiętywać rocznicę śmierci Mojej Mamy, więc robiłam to od pierwszej chwili, w której znalazły mnie moje myśli, gdy się obudziłam. Że na śniadanie chciała wtedy grysik, zaraz potem kawę, żeby się wzmocnić; opowiadała o sznurówkach, które na Krzychowych butach były niesforne i wciąż się włóczyły za jego nogami, kiedy zaczął chodzić do szkoły. Że trzymałam ją za rękę, kiedy przyszedł po nią ten osławiony anielski orszak. Że potem, wieczorem w swoim domu czułam się jak zamknięta w dźwiękoszczelnym, ciemnym i zionącym pustką pomieszczeniu i w głowie mi huczało i dudniło, bo miałam wrażenie, jakby się świat skończył… i że to wszystko już nie boli. I, że jest radość w tym, że ona jest już tam.
4. … o kurczę! Nie może być punktu czwartego . A napisałabym, że odkryłam na koncie wielką kasę (wielką jak na zbyt dużo dni do wypłaty ;) ).




czwartek, 4 września 2014

O trzech radościach dziennie przez siedem dni z rzędu

1/7
 C-itakowa wyzywając mnie do fejsbukowej zabawy powiedziała, że nie muszę, to w takim razie chcę. Ale będzie inaczej niż wszyscy. A, że Paseczek powiedziała, że się dobrze czyta, niech więc czyta więcej osób. Ideą zabawy jest to, by umieć nazwać i zakotwiczyć najdrobniejsze radości, które nas w codzienności spotykają. Nie mam z tym problemów, dlatego pozwalam sobie na małe variete.
Trzy radości każdego dnia przez siedem kolejnych.

1. Obudziłam się ze świadomością, że cały czas jestem sobą: znowu zostało mi za dużo dni do wypłaty, więc mam kolejną szansę, by podszkolić się we wstrzemięźliwości w wydawaniu pieniędzy. Muszę chyba opracować jakiś plan, jak być wstrzemięźliwą w dniach, których nie jest za dużo, bo nie wydawać jak się nie ma, to każdy potrafi.
2. Odkopałam piękny cytat Adama Asnyka:
„Żyć to nie znaczy iść przez róże,
Sięgać po laury, zbierać oklaski.
Żyć to znaczy przetrwać wszystkie burze
I dążyć tam, gdzie świecą ideałów blaski”.
Co również świadczy o tym, że wciąż pozostaję sobą, skoro romantyczni nie wywietrzeli mi z głowy .
3. Kiedy się rano huśtałam na balkonie na huśtawce-hamaku i słuchałam Michała Bajora śpiewającego mi z telefonu prosto do obu uszu, i piłam kawę, pomyślałam, że jak mi telefon spadnie, a spadnie niechybnie, to może się wysmyknąć pod barierkę i wylecieć z trzeciego piętra, niczym który z kotów. Spadł. Nie wyleciał. Dobrze, bo go wreszcie polubiłam; pierwszy raz od nowości.


wtorek, 2 września 2014

Przyjemność

W ostatnich dniach wakacji zjawiła się w naszym domu przyjemność. Wędrowała od ludzi, do ludzi i nikt jej nie chciał przygarnąć. W pierwszej chwili Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem też się skrzywił na jej widok, ale uparłam się, bo wiedziałam, że będzie nam z nią dobrze. Ze trzy, cztery dni Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem obchodził ją niepewnie, prawie jak kot, który zamienia się w patyczaka, gdy w domu pojawi się coś nieznanego i kiwając się na nogach przysuwa się i odsuwa od nowości, badając nosem, oczami i wąsami. W końcu zdecydował się wystawić przyjemność na balkon i tam się z nią oswajać. Twierdzę, że kiedy chłody uniemożliwią korzystanie z przyjemności na balkonie, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem będzie z nią już tak oswojony, że weźmie ją do dużego pokoju, bo duży pokój jest wilofunkcyjny, więc ma również funkcję oswajania i hodowania przyjemności. 
Przyjemność służy relaksowi, wyciszeniu, kontemplacji, oderwaniu się od wszystkiego, zwłaszcza od ziemi. Przyjemność, bardziej niż inne zjawiska i myśli, pozwala uwierzyć, że ma się skrzydła u ramion. Albo, jeśli ktoś woli zwinąć się w kłębek niczym kot, to również przyjemność do tego służy. A co najważniejsze, można wprawić się w stan kołysania całkiem takiego samego, jakie ma się zapisane w pamięci z życia przed życiem, tzn. gdy najwspanialszą i najbezpieczniejszą kołyską było matczyne łono. 

Nie należy wzbraniać przyjemnościom wstępować do naszego życia.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Album rodzinny - ze stukaniem maszyny do pisania w tle. Z cyklu: Opowieści dla Zośki.

Wychowałam się ze stukaniem maszyny do pisania w tle. Miesiąc przed moim przyjściem na świat Mój Ojciec zaczął pracować w Gazecie. Wcześniej był korespondentem, więc on sam pewnie nie wiedział, tym bardziej ja nie wiem, w którym momencie Gazeta stała się największą miłością jego życia. I choć do Mojej Mamy mówił zawsze: "Iśka, jesteś moją największą miłością", to wszystko, co robił w swoim życiu, świadczyło inaczej. 
Uwielbiam więc ten charakterystyczny, a kompletnie wyeliminowany dziś ze świata dźwięków, odgłos czcionek uderzających o papier przewijający się na wałku. Stukanie w Moim Domu rozlegało się o każdej porze dnia i nocy. Było gwarantem tego, że Mój Ojciec jest w domu, a miewał przecież wielkie trudności z dotarciem na łono rodziny ;). Po każdym stukaniu następowało telefonowanie i długie dyktowanie tekstu paniom maszynistkom w wydawnictwie.
Zupełnie niespodziewanie dla siebie samej otwarłam wczoraj kufer pamięci. Ktoś oczekiwał ode mnie starych fotografii z Mojego Miasta, więc długo w noc przeglądałam zdjęcia z odległych czasów. Dałam nawet pochopnie obietnicę, że mam całe pudło dokładnie takich zdjęć, na jakie ten ktoś czekał. I gdy zaczęłam je przeglądać oczami oczekującej na nie osoby, stwierdziłam, że to nie są te zdjęcia, o których myślałam. W pierwszym impulsie, który trwał tak długo, że poszłam z nim nawet spać, pomyślałam, że ktoś wyciągnął z pudełka zdjęcia, o których myślałam, że w nim są. Zaczęłam nawet szukać winnego, a że podczas poszukiwań weszłam do łóżka, sen mnie zmorzył i przeprowadził nie tylko przez świat i czas, Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką, ale i przez inne światy i czasy. Wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam, bo zapewne zobaczyłam to, co zawsze widzę oglądając zdjęcia z magicznego pudła, w którym wciąż żyją miejsca, czas i ludzie, choć wszystkiego tego, całego tamtego świata, od dawna już nie ma.

Mój Ojciec, Którego Wtedy Nazywaliśmy Tańcia, w swoim warsztatcie pracy, prócz maszyny do pisania, miał aparat fotograficzny. Ot, taki "Zenith", o którym w dzisiejszych czasach kolekcjonerzy sprzętu fotograficznego marzą. Zawsze mówił, że fotografowanie to jest jego hobby. Więc robił sporo, jak na czasy czarno-białej kliszy, zdjęć. Niestety popełnił ten błąd, który powiela się w myśleniu wielu ludzi. Myślał, że wszystko to, co jest na wyciągnięcie ręki, tak po prostu jest i zawsze będzie. Toteż, kiedy tylko był poza miejscem zamieszkania pozwalał sobie robić tzw, widokówki - zdjęcia krajobrazu, pejzaże, widoczki, ulice miast, zabytki itd. Za to w Moim Mieście na zdjęciach są głównie ludzie. Ale jakoś nigdy dotąd tak tych zdjęć nie odbierałam. Widziałam zdjęcie z Moją Mamą trzymającą mnie na rękach, i widziałam fragment miasta, w którym to zdjęcie było zrobione. Ba! Widziałam więcej: scenerię i gwar dziecięcych zabaw, nawoływania rodziców, odgłos przejeżdżającego motocyklu, czułam zapach i widziałam wszystkie kolory łąki... a tymczasem na tym zdjęciu istotnie jest Moja Mama trzymająca mnie na rękach, na tle niewielkiego fragmentu budynku. I tak każde zdjęcie. Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką i później, oglądaliśmy wszystkie rodzinne fotografie podczas specjalnych sesji. Wyglądało to tak, że wszyscy - rodzice i dzieci - siadaliśmy przy stole, któryś z rodziców miał przed sobą pudło i wyciągał zdjęcia jedno po drugim i opowiadał o okolicznościach, w jakich chwila została uchwycona. I chyba nikt nie spodziewał się na jak długo. Potem zdjęcie krążyło z rąk do rąk i następne, i następne... Rodzice stosowali maksymę, jaką Moja Wychowawczyni zapisując w moim pamiętniku, zapisała się w moim życiu: "Nie wspominaj, gdy zobaczysz, ale zobacz, kiedy wspomnisz", bo zanim sięgnęło się po pudło ze zdjęciami, przychodziły wspomnienia. Mój Ojciec, na Którego Wtedy Mówiliśmy Tańcia, zawsze był przegrany w starciu na wspomnienia, a mieli ich więcej niż potencjalni małżonkowie, ponieważ moi rodzice chodzili razem do klasy w szkole średniej. Nigdy nie pamiętał faktów, mieszały mu się osoby, zdarzenia, przeżycia, co wywoływało w nas salwy śmiechu, ponieważ, gdy Moja Mama utrzymywała się na pozycji tej zdecydowanie lepiej pamiętającej, Mój Ojciec mówił, powtarzając za ich wspólnym, często wspominanym, profesorem Inglotem: "A pies z tobą tańcował i małe pieski też". 

Tańci warsztat pracy


Minionej nocy, wyciągnąwszy magiczne pudło i otworzywszy kufer wspomnień, zobaczyłam na oglądanych tysiące razy zdjęciach, coś zupełnie nowego - zobaczyłam koloryt epoki, w której zostały zrobione, przez pryzmat wnętrz pomieszczeń, ubiorów i fryzur ludzi, menu znajdującego się na stołach itd. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

W czasie deszczu dzieci się nie nudzą

W czasie deszczu

Choć nie padało zbyt mocno, Mniejszy Brat niósł nad głową o wiele za duży parasol z jeszcze większym szpicem i najwidoczniej zahaczył nim o deszczową chmurę, bo z małej mżawki zrobił się duży deszcz. Nie powiem, od której strony, do której padało, bo przecież całe tegoroczne lato jest deszczowe, więc teraz, z końcem wakacji, trudno powiedzieć kiedy zaczęła się deszczowa pogoda. No, chyba od pierwszego rozdziału, albo nawet od wstępu, a może od przedmowy? Mali ludzie chcieli wyjść na spacer do końca drogi i na szczęście żadne z rodziców się nie wyrywało, więc to ja mogłam iść z małymi ludźmi. Nie mogę stwierdzić, że nie lubię deszczu. Kiedy jestem w górach i złapie mnie ulewa, lubię zmoknąć. Gorzej, gdy moknąć przyjdzie na ulicach miasta. Wtedy już nie jest to takie przyjemne uczucie. Do dziś żywo tkwi w mojej pamięci festiwal radości po każdym letnim deszczu w czasie, Kiedy Ja Byłam Małą Dziewczynką. Mamy nie pozwalały nam biegać po polu w czasie deszczu, więc z nosami przyklejonymi do szyby oczekiwaliśmy, każdy w swoim domu, kiedy niebo się rozchmurzy i świat przejaśnieje. Wtedy natychmiast wybiegaliśmy z domów i z dziką radością wskakiwaliśmy raz za razem w kałuże. W tamtych latach każde dziecko wyposażone było w klapki - japonki, albo motylki, więc można było skakać po kałużach do woli. Niezapomniane są również chwile, gdy tuż po deszczu biegaliśmy boso po nagrzanych płytkach chodnikowych...
Więc mali ludzie poszli do końca drogi nie omijając żadnej kałuży. Powiedzieli głośno "dzień dobry" sąsiadowi, który się niedawno wprowadził do domu bliżej końca drogi. Miałam wrażenie, że Mniejszy Brat chciał zaznajomić się z sąsiadem. I właśnie w tym momencie musiał zahaczyć szpikulcem parasola o tę deszczową chmurę i ją ropruć, bo zaczęło padać. A, że wiał wiatr, to zrobiło się nieprzyjemnie i nawet olbrzymi parasol nie chronił małych ludzi od deszczu. Prawie biegiem, a może w podskokach wracaliśmy do domu, który jest przecież na wyciągnięcie ręki, ale gdy już byliśmy bezpieczni, nikt z nas nie kwapił się do wejścia do domu. Byliśmy we czworo: dwoje małych i dwoje dużych ludzi. Przed domem czekała na małych ludzi największa atrakcja. 
Rodzice małych ludzi postanowili tego lata zaipmregnować dom, bo jest zbudowany z takiego materiału, który się impregnuje, więc tatuś małych ludzi stawia rusztowanie, szlifuje i impregnuje, potem przestawia w inne miejsce rusztowanie, znów szlifuje i impregnuje, i znów przestawia. Doszedł do takiego miejsca, w którym w szlifowaniu i impregnowaniu przeszkadzała mu rynna ześlizgująca się z dachu w dół domu ścianą tuż przy ganku. Odłączył więc tunele rynny i oparł w innym miejscu o dom, albo o rusztowanie, a z dachu zwisał w kierunku ziemi kikut pionowej rynny. I z niego lało się w czasie tego deszczu jak z przysłowiowego cebra. Mali ludzie wystawili swe małe łapki i łapali deszczówkę w dłonie, które chwilowo zamieniły się w coś na kształt czerpaków, a może chochelek. Spadająca ze sporej wysokości woda ukierunkowana w jedno miejsce, zdążyła wydrążyć spory dołek w ziemi. Mniejszy Brat zaanektował go dla siebie, stanął w nim dwiema nogami, jak w miniaturowej, ale głębokiej kałuży i podskakiwał, i podskakiwał, i podskakiwał... na pewno przez ładnych kilka stron, a może nawet przez cały rozdział...


środa, 27 sierpnia 2014

Spacer do końca drogi




Drogę, której tak naprawdę zbyt dobrze nie widać, kończą dwa olbrzymie drzewa. Niewtajemniczony pomyślałby, że rosną pośrodku łąki, tymczasem dwa kolosy stanowią bramę do świata, do którego mali ludzie już się nie zapuszczają. Już dojście "do końca drogi" bywa nagrodą, wyzwaniem, przygodą. Po obu stronach drogi dla wtajemniczonych, rosną wysokie trawy. Nie trzeba być dzieckiem, by w nich utonąć. Mali ludzie ścigają się, kto pierwszy dobiegnie do drzew, ale niestety po drodze zatrzymuje ich kałuża. Taka długa, że Mniejszy Brat mówi, że nie przeskoczy. Musi być bardzo zagubiony na tej drodze, skoro nie przyjdzie mu do głowy, że możną ją przeskoczyć od innej strony, bo jest długa, ale wąska. Trzeba mu dopiero podpowiedzieć i pokazać miejsce, z którego dobrze się odbić. Ośmielony, skacze jak konik polny tam i z powrotem. Jednak uważa, by nie zamoczyć butów, co prawda tym nic by się nie stało, bo są z krokodylkiem. Choć dla dużego droga nie jest długa, mali ludzie nie wyobrażają sobie, by iść dalej. Dalej, to już prawdziwa wyprawa, a nie zwykły spacer. Tyle ciekawych rzeczy i zjawisk czeka na małych ludzi po drodze, że duży nadziwić się nie może zadziwieniu i zachwytom małych. Dla małych wszystko wokół jest jak nowy ląd. Dojrzałe trawy zdążyły ozłocić skraj łąki nabrzmiałymi kłosami i wiechami uginającymi się od nasion i gną się w ukłonach zachęcając do zanurzenia się w ich suchym oceanie. Zanim zacznie się las, wąska wstęga maleńkiej rzeczki odcina łąkę z jej roślinnością od reszty krajobrazu. Teren jest płaski, więc to wierzchołki sosen stanowią linię horyzontu. Małe rączki już pomagają uwolnić się nasionom z ich miejsca przywiązania i pociągnąwszy za kłos, rozsypują wkoło. Gdzieś znalazł się jakiś spory kamień, na którym jeden z małych ludzi przycupnął dla odpoczynku, a może tylko, by uatrakcyjnić wrażenia? Motyle i ważki podrywają się spłoszone, a na ziemi coś smyrnęło w trawach. 

W pogodę, czy niepogodę mali ludzie ochoczo wędrują do końca drogi. Kiedy pada deszcz, zabierają ze sobą parasol i zakładają kalosze. W upalny dzień - kapelusze przeciwsłoneczne. Nie wiem, czy ze swojej pozycji z końca drogi widzą dom, ale dom jest na wyciągnięcie ręki... 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Cerkiew w Bielance k/Gorlic - z cyklu: Cerkwie Beskidu Niskiego

Drewniana, trójdzielna, z wieżą o konstrukcji słupowo-ramowej nad przedsionkiem. Z babińcem i krytym gontem dachem namiotowym nad nawą i kalenicowym nad prezbiterium. Nad każdą częścią znajdują się wieże o różnej wysokości z banistymi hałmami. Typowe łemkowskie budownictwo cerkiewne. 
Ale! 

Osiemnastowieczna cerkiew w Bielance kryje w swoim wnętrzu niejeden zabytek sztuki sakralnej. Cały ikonostas datowany jest na 1783 r. (tylko 10 lat starszy niż sama świątynia). Są też ikony z XVII i XVIII wieku. Jest coś w obrządku wschodnim, w wyglądzie i wystroju każdej cerkwi, co pobudza moje - w dzieciństwie utrwalone - zamiłowanie do dewocjonaliów. Wnętrze cerkwi w Bielance kipi atmosferą łemkowszczyzny - ikonostas w złoconych okowach z misternie rzeźbionymi carskimi wrotami, nadmiar ikon Świętych i malowideł o tematyce religijnej i ornamentalnej, feretrony i sztandary, świeczniki ze świecami z wosku pszczelego i drewniane oraz metalowe krzyże, żyrandole w kształcie świeczników, wyszywane ręczniki zawieszone na obrazach świętych i na krzyżach dla nadania odświętności, miękkie dywany i kobierce pod stopami. Namalowana na suficie przedsionka Matka Boża Pokrowna - rozchylająca poły płaszcza, by schronić pod nimi każdego, kto schronienia potrzebuje patronuje świątyni, która służy wiernym trzech obrządków: rzymsko- i greckokatolickiego oraz prawosławnego. Żywy ekumenizm, Słowo, które Ciałem się staje za każdym razem, gdy wierni różnych obrządków przychodzą na Eucharystię i wszyscy słyszą to samo: "A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata". 

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Bielance k/Gorlic

Bielanki, choć skryta jest w górach Beskidu Niskiego tak, że jest jak u Pana Boga za piecem, nie ominął pogrom "Akcji Wisła". Mieszkańcy zostali wywiezieni, podobnie jak stało się to z mieszkańcami obrządku greckokatolickiego i prawosławnego z innych miejscowości, oskarżonymi o pomoc bandom UPA. Z czasem wygnańcy wrócili i Bielanka była pierwszą miejscowością na Łemkowszczyźnie, przed którą postawiono (w 2009 r.) dwujęzyczne tablice drogowe z nazwą miejscowości - po polsku i łemkowsku. U Słowaków, naszych południowych sąsiadów, dwujęzyczne nazwy miejscowości na Łemkowszczyźnie to norma, u nas wciąż egzotyka. 





Tuż przy cerkwi, jak to przy cerkwi, znajduje się cmentarz, na którym, równie zgodnie jak przed stołem Pańskim stoją, spoczywają wierni trzech obrządków. Jakkolwiek groteskowo to zabrzmi, ale po cmentarzu widać, że miejscowość żyje. W innych miejscowościach Łemkowszczyzny cmentarze goją historyczne rany zadane przed dziesiątkami lat. Kamienne czy metalowe krzyże chylą się coraz bardziej ku ziemi, niektóre rozsypuje czas, więc powierzchnię cmentarza znaczą już tylko niewielkie fałdy i nierówności po niegdysiejszych kurhanach (najwymowniejszymi w przemijanie czasu cmentarzami łemkowskimi są cmentarze w Łabowej i Królowej Górnej, zwanej kiedyś Ruską). Gdzieś pojawia się zaledwie nowoczesna granitowa tablica postawiona w hołdzie swym przodkom przez przyjezdnych synów i wnuków. Na cmentarzu w Bielance jest zupełnie inaczej; więcej na nim nowych grobów niż starych. Tuż za ogrodzeniem pasą się krowy. Mielą w swych krowich mordach zielną strawę i nie obchodzi ich nic, prócz dokuczliwych bąków i gzów, więc machają ogonami, by się od nich opędzić. 
Mieszkańcy każdej łemkowskiej wsi trudnili się czym innym, stosownie do bogactw naturalnych i własnych zdolności i umiejętności. Choć te ostatnie doskonalili zapewne w zależności od potrzeb. Toteż historyczni mieszkańcy Bielanki trudnili się wyrobem dziegciu i mazi. Byli więc dziegciarzami i maziarzami. Bielankę również, jak inne wsie i miejscowości Łemkowszczyzny, lokowano najpierw na prawie magdeburskim (źródła podają, że za czasów Wielkiego króla Kazimierza), a później, po wyludnieniu, lokowano ponownie. I tym razem na prawie wołoskim... 
Gdyby tak, zobaczywszy cerkiew z zewnątrz, pomyśleć: cerkiew jak każda inna, żadna rewelacja - ot typowa świątynia łemkowska schowana w Beskidzie Niskim, i pojechać dalej, to straciłoby się całą poezję zapisaną w drewnianych balach i baniach, na których zwieszają się chmury, tak umiłowanych przez Harasymowicza i jemu podobnych.