Do głowy mi nie przyszło, że szef kuchni będzie wyglądał identycznie jak Bartolini Bartłomiej. A naleśniki na słodko nie są moim ulubionym daniem. .
- To są najpyszniejsze naleśniki jakie jadłam w życiu - powiedziałam, gdy spałaszowałam całą porcję naleśników, które miały w sobie w finezyjny sposób ułożony ser i jabłka z brzoskwiniami. Można je było polać śmietaną. Szkoda jednak było wspaniale chrupiącego ciasta.
- Nie. W Kosarzyskach są lepsze. - Powiedziała od niechcenia Oluśka, która załapała się na funkcję oboźnej. - Te są dobre, nawet bardzo, ale najlepsze na świecie są w Kosarzyskach.
- Właściwie to Dorota ma rację - wtrąciła Paseczek. - Są wspaniałe.
Kucharz wyszedł z kuchni i stanął pośród stołów jadalni groźnie łypiąc okiem. Mina mu się rozweseliła, kiedy zobaczył wreszcie puste talerze. To trzeci obiad na kolonii, a pierwszy zjedzony w całości. Inna sprawa, że zapasy słodyczy przywiezione przez dzieciaki z domów topnieją, ale też świeże powietrze robi swoje. No i te naleśniki... Stanął nad nami z brytfanną pełną chrupiących naleśnikowych delicji i kusił, namawiał, że trudno się było oprzeć. Zamówiłyśmy po naleśniku do popołudniowej kawy, dostałyśmy po dwa. Do tego kawa była z bitą śmietaną, podana do ogrodu. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo przydała się ta osłoda, bo czekało mnie ciężkie popołudnie, z trudnym oczekiwaniem na wieczór.
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
czwartek, 11 lipca 2013
sobota, 6 lipca 2013
"Zielone Słońce"
Pakując się na wakacje zajrzałam do teczki, do której dawno nie zaglądałam. Niegdyś, w przypływie chęci jakiegoś usystematyzowania moich osobistych szpargałów włożyłam do niej różne dyplomy i podziękowania jakie otrzymałam za moją pracę społeczną. Na samym wierzchu leżały najcenniejsze podziękowania ze wszystkich, jakie kiedykolwiek w życiu otrzymałam. Dyplom napisany alfabetem Braill'a przez harcerzy i opiekunów z krakowskiego szczepu "Zielone Słońce", skupiającego w swoich szeregach dzieci i młodzież niewidome i niedowidzące oraz głuche i niedosłyszące. Spędzaliśmy kiedyś razem obóz latem, nad morzem. Nie potrafię powiedzieć, jak cenną jest dla mnie znajomość ze wszystkimi dzielnymi ludźmi z "Zielonego Słońca" - niepełnosprawnymi dziećmi i ich harcerskimi opiekunami, bo takich uczuć się nie wypowiada głośno. Dość, że ten dyplom, na którym w podwójny sposób zapisane są podziękowania jest najcenniejszy, rodzi wielką dumę i prawdziwe szczęście. Nawet odznaka "Przyjaciel Dziecka", którą mi przyznano nie jest tak cennym odznaczeniem, jak ten dyplom od moich małych przyjaciół z "Zielonego Słońca", dla których co jak co, ale kolory to są całkowitą abstrakcją.
Dzieci pewnie wyrosły. Ciekawam, czy Karolinka i dzisiaj rozpoznałaby mój głos i odgłos moich kroków na poszyciu leśnym?
Dzieci pewnie wyrosły. Ciekawam, czy Karolinka i dzisiaj rozpoznałaby mój głos i odgłos moich kroków na poszyciu leśnym?
czwartek, 4 lipca 2013
Mamma mia!
Ostatnie dni to istne szaleństwo, ale szaleństwo to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Z tego organizacyjnego szaleństwa wyłania się jednak wspaniała perspektywa.
Na początku, tzn. w pierwszym porywie był zew służby: jest potrzeba, więc zapominając o mojej niedyspozycji odpowiedziałam na ten zew: staję w pierwszym szeregu. Krótka chwila, w której uświadomiłam sobie: a co, jak kolano w stanie inwalidztwa uniemożliwi mi wykonanie zadania, szybko musiała ustąpić miejsca czasowi, w którym zawrzał wir przygotowań. Oczywiście nie sama w tym wirze. Ja sama to naprawdę niewiele. To cały zespół ludzi, którzy mają swój udział w tym, co się dzieje, współpracuje ze sobą zajmując miejsce na łączach telefonicznych i internetowych.
Istne szaleństwo.
Ale z niego wyłonił się wreszcie jasny punkt pt. "Kraina Deszczowców". Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek z mojego pokolenia nie wiedział, o czym mowa. Baltazar Gąbka, tajemniczy Don Pedro, kucharz Bartolini Bartłomiej (herbu Zielona Pietruszka), król Krak, no i oczywiście sam Smok Wawelski to bohaterowie szpiegowskiej powieści Stanisława Pagaczewskiego, która budziła wyobraźnię moją i moich rówieśników.
Jakaż inna fabuła pasuje do lata, które ma się spędzić na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, zaledwie 13 km w linii prostej od krakowskiego Rynku? Na Krainę Deszczowców wpadłam zaledwie chwilę temu i aż żałuję, że nie miałam więcej czasu na przygotowanie fabuły kolonii, która zaczyna się już w najbliższy poniedziałek. Ale jak mogłam mieć więcej czasu, skoro ten czas zaczął się niedawno? Kilka dni temu, a właściwie dziś rano.
Czeka mnie wspaniałe lato... z mroków, które mnie spowijały przez minione miesiące, wyłoniło się światło. Wiedziałam, że tam jest. Wierzyłam w nie.
Na początku, tzn. w pierwszym porywie był zew służby: jest potrzeba, więc zapominając o mojej niedyspozycji odpowiedziałam na ten zew: staję w pierwszym szeregu. Krótka chwila, w której uświadomiłam sobie: a co, jak kolano w stanie inwalidztwa uniemożliwi mi wykonanie zadania, szybko musiała ustąpić miejsca czasowi, w którym zawrzał wir przygotowań. Oczywiście nie sama w tym wirze. Ja sama to naprawdę niewiele. To cały zespół ludzi, którzy mają swój udział w tym, co się dzieje, współpracuje ze sobą zajmując miejsce na łączach telefonicznych i internetowych.
Istne szaleństwo.
Ale z niego wyłonił się wreszcie jasny punkt pt. "Kraina Deszczowców". Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek z mojego pokolenia nie wiedział, o czym mowa. Baltazar Gąbka, tajemniczy Don Pedro, kucharz Bartolini Bartłomiej (herbu Zielona Pietruszka), król Krak, no i oczywiście sam Smok Wawelski to bohaterowie szpiegowskiej powieści Stanisława Pagaczewskiego, która budziła wyobraźnię moją i moich rówieśników.
Jakaż inna fabuła pasuje do lata, które ma się spędzić na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, zaledwie 13 km w linii prostej od krakowskiego Rynku? Na Krainę Deszczowców wpadłam zaledwie chwilę temu i aż żałuję, że nie miałam więcej czasu na przygotowanie fabuły kolonii, która zaczyna się już w najbliższy poniedziałek. Ale jak mogłam mieć więcej czasu, skoro ten czas zaczął się niedawno? Kilka dni temu, a właściwie dziś rano.
Czeka mnie wspaniałe lato... z mroków, które mnie spowijały przez minione miesiące, wyłoniło się światło. Wiedziałam, że tam jest. Wierzyłam w nie.
wtorek, 2 lipca 2013
O słowie harcerza
W czasach, kiedy nie wolno było o tym mówić, nasz Drużynowy opowiadał nam o "świętym ogniu" harcerskim, który płonął gdzieś w jednym miejscu centralnym dla całej Polski i harcerze wyjeżdżający na obóz wysyłali delegację po ów ogień, by dał początek obozowemu ognisku. Podobno miejscem, w którym pieczołowicie przez cały rok przechowywano ogień była Spała. I podobno był zwyczaj utrzymać obozowy ogień dniami i nocami, bo gdyby zgasł, trzeba było nawet przed czasem zwinąć namioty i wrócić do domu. My taki ogień, o który troszczyliśmy się dzień i noc przez całe trzy tygodnie letniej przygody, mieliśmy na obozie w Hucie Wysowskiej w 1982 roku. Każdy z nas po skończonym obozie zabrał zgaszoną żagiew do domu i potem dokładaliśmy te żagwie do następnego obrzędowego ogniska, z którego znów zabieraliśmy wypaloną żagiew. W sposób bezogniowy przechowywaliśmy ogień, który nieprzerwanie płonie w naszych sercach do dziś. Nie na darmo mówi się, że "jak raz harcerzem, to na zawsze!".
Ja znów lubiłam opowiadać moim harcerzom, że lecące w górę skry z ogniska, w którejś magicznej chwili zamieniają się w gwiazdy na niebie, by te znów przyczyniły się do rozpalenia innego ognia, w inną noc, kiedy znów dane nam się będzie spotkać.
Zaprawdę niezwykłe to chwile te spędzone z przyjaciółmi w kręgu ognia. Niewymowna atmosfera, niepowtarzalny nastrój. Ogień trzeszczy, strzela, skrzy. Płomienie tańczą, liżą, bledną, rosną i maleją. Dym się snuje, a iskry strzelają. Gdzieś w mroku rozsiada się przyjaźń, która coraz ciaśniejszą obręczą oddziela harcerzy od lasu, skupiając przy ogniu. Płynie gawęda przeplatana pieśniami. A słowa i pieśni poruszają serca. W którymś momencie rodzi się obietnica, albo nawet przyrzeczenie - to prawdziwe, harcerskie, ulepione z wiary w ideały i największe wartości. Po nich na świat przychodzi zobowiązanie. Wszystkie są serdecznym, niewymuszonym obowiązkiem, że "pomagać będziem wzajem". Na koniec każdego dnia harcerskiego rozbrzmiewa to "bratnie słowo" w czasie, gdy "z nad wód rechot żab rozlega się...". Zaraz po nim drużynowy puszcza iskrę przyjaźni i przekazywana z rąk do rąk w przyjacielskim, harcerskim spleceniu dłoni umacnia dane przed chwilą bratnie słowo.
"Kto raz przyjaźni poznał moc", kto poznał czar harcerskiego ogniska, kto siedział z przyjaciółmi - harcerzami w kręgu ognia, komu skry rozpaliły serce, a ogień zapłonął w duszy, kto dawał bratnie słowo, splatał dłonie, przesyłał iskrę przyjaźni ten wie, że:
(B. Szczepańcówna, St. Bugajski" - Nowy Sącz)
A skoro tak, skoro po całej Polsce o tej godzinie, to znaczy, że każdy harcerz jest bratem i serdecznym druhem, który mówiąc "Mam szczerą wolę całym życiem służyć Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim, być posłusznym Prawu Harcerskiemu" kiedyś daje temu prawdziwe świadectwo w spełnieniu serdecznego, miłego duszy obowiązku. Te iskry i myśli lecące w niebo mają w sobie wielką moc.
Walka o płuca dla Druhny Justyny była walką o życie drugiego człowieka stoczoną w czasie pokoju. Zaś postawa Mamy i Siostry, które oddają "życie swoje za przyjaciół swoich" jest aktem największej miłości, do której, po Bogu, zdolni są nieliczni.
Harcerze w stuletniej historii istnienia swej organizacji niejednokrotnie udowodnili, że można na nich polegać, że wiedzą co to przyjaźń, obowiązek i jak wypełnić Przyrzeczenie i raz dane słowo. Dzięki czarowi harcerskiego ogniska. I wierze w Boga.
Ja znów lubiłam opowiadać moim harcerzom, że lecące w górę skry z ogniska, w którejś magicznej chwili zamieniają się w gwiazdy na niebie, by te znów przyczyniły się do rozpalenia innego ognia, w inną noc, kiedy znów dane nam się będzie spotkać.
Zaprawdę niezwykłe to chwile te spędzone z przyjaciółmi w kręgu ognia. Niewymowna atmosfera, niepowtarzalny nastrój. Ogień trzeszczy, strzela, skrzy. Płomienie tańczą, liżą, bledną, rosną i maleją. Dym się snuje, a iskry strzelają. Gdzieś w mroku rozsiada się przyjaźń, która coraz ciaśniejszą obręczą oddziela harcerzy od lasu, skupiając przy ogniu. Płynie gawęda przeplatana pieśniami. A słowa i pieśni poruszają serca. W którymś momencie rodzi się obietnica, albo nawet przyrzeczenie - to prawdziwe, harcerskie, ulepione z wiary w ideały i największe wartości. Po nich na świat przychodzi zobowiązanie. Wszystkie są serdecznym, niewymuszonym obowiązkiem, że "pomagać będziem wzajem". Na koniec każdego dnia harcerskiego rozbrzmiewa to "bratnie słowo" w czasie, gdy "z nad wód rechot żab rozlega się...". Zaraz po nim drużynowy puszcza iskrę przyjaźni i przekazywana z rąk do rąk w przyjacielskim, harcerskim spleceniu dłoni umacnia dane przed chwilą bratnie słowo.
"Kto raz przyjaźni poznał moc", kto poznał czar harcerskiego ogniska, kto siedział z przyjaciółmi - harcerzami w kręgu ognia, komu skry rozpaliły serce, a ogień zapłonął w duszy, kto dawał bratnie słowo, splatał dłonie, przesyłał iskrę przyjaźni ten wie, że:
Po całej Polsce o
tej godzinie
Palą się watry i sypią skry
Z tysiąca piersi mocna pieśń płynie
Harcerskie myśli, harcerskie sny.
Mienią się złotem krwawe płomienie
Myśl z nimi płynie, hen, w nieba próg.
Z tysiąca piersi mocna pieśń płynie
Harcerskie myśli, harcerskie sny.
Mienią się złotem krwawe płomienie
Myśl z nimi płynie, hen, w nieba próg.
Palą się serca, snują marzenia
I błogosławi harcerzom Bóg.
Pieśnią i gwarą, serdeczną, bratnią
Wiążemy serca na wieczny czas.
Pieśnią i gwarą, serdeczną, bratnią
Wiążemy serca na wieczny czas.
Niechaj w radości i znojnej pracy
Wspomnienie watry połączy nas.
Wśród czarnej nocy, hen, po polanie
Płyną w świat pieśni miedzami w dal
Któraż z nich, która zawsze zostanie
Wśród czarnej nocy, hen, po polanie
Płyną w świat pieśni miedzami w dal
Któraż z nich, która zawsze zostanie
Wśród tych potoków, lasów i hal.
(B. Szczepańcówna, St. Bugajski" - Nowy Sącz)
A skoro tak, skoro po całej Polsce o tej godzinie, to znaczy, że każdy harcerz jest bratem i serdecznym druhem, który mówiąc "Mam szczerą wolę całym życiem służyć Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim, być posłusznym Prawu Harcerskiemu" kiedyś daje temu prawdziwe świadectwo w spełnieniu serdecznego, miłego duszy obowiązku. Te iskry i myśli lecące w niebo mają w sobie wielką moc.
Walka o płuca dla Druhny Justyny była walką o życie drugiego człowieka stoczoną w czasie pokoju. Zaś postawa Mamy i Siostry, które oddają "życie swoje za przyjaciół swoich" jest aktem największej miłości, do której, po Bogu, zdolni są nieliczni.
Harcerze w stuletniej historii istnienia swej organizacji niejednokrotnie udowodnili, że można na nich polegać, że wiedzą co to przyjaźń, obowiązek i jak wypełnić Przyrzeczenie i raz dane słowo. Dzięki czarowi harcerskiego ogniska. I wierze w Boga.
![]() |
| "Już dopalają się ostatnie drewna..." |
Ludzie z gór
Synek opowiadał, że kiedy warszawiacy wypytują go o miejsce zamieszkania i o góry w ogóle, nie mogą zrozumieć, jak to jest, że z dwóch okien usytuowanych po dwóch stronach budynku widzi się góry.
Zawsze wstydziłam się mojego panieńskiego nazwiska, aż Sasza - Ukrainiec, powiedział: jakie ono poetyckie i uniósł przy tym głowę lekko do góry, jakby odpływał niesiony struną ni to zapachu, ni smaku, ni jakiejś melodii. Pierwszy raz w życiu doznałam radości z powodu mojego panieńskiego nazwiska. Sama też od razu poczułam swobodę górskich hal, zapach wiatru i skoszonych łąk.
Sasza powiedział, że nie da się skusić na podróż z nami do Kijowa. Nigdy w życiu nie był w Kijowie i nie chce tam jechać, bo on kocha góry, Karpaty, a w Kijowie jest głośno i ciasno; nie lubi być tak ograniczony. Z lubością opowiadał, że tego dnia był na połoninach. Jego mimika pokazywała wszystko, co komuś z gór może przyjść na myśl, gdy usłyszy, albo pomyśli: połonina.
Choć nie kusiłam za bardzo, to przed końcem rozmowy Sasza stwierdził jednak, że po to, by być z nami, pojedzie nawet do Kijowa. Dziwna ta przyjaźń. Sasza o bandach U. powstańczej armii mówi: nasi partyzanci, pokazując równocześnie ślady polskiej historii w swoim kraju. I wbrew sobie, miejscom, które kocha, komfortowym sytuacjom - wybierze się w niechcianą podróż, bo jest to sposób na spędzenie z nami czasu. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym, może drugim roku, strzelałby do nas, gdyby wojska przeszły granicę, bo był wtedy w wojsku i jeśliby padł rozkaz, musiałby go wykonać... Sasza romantyk, który na dźwięk słowa nierozerwalnego z górami, robi maślane oczy i zaraz cały świat zamienia w poezję...
Zawsze wstydziłam się mojego panieńskiego nazwiska, aż Sasza - Ukrainiec, powiedział: jakie ono poetyckie i uniósł przy tym głowę lekko do góry, jakby odpływał niesiony struną ni to zapachu, ni smaku, ni jakiejś melodii. Pierwszy raz w życiu doznałam radości z powodu mojego panieńskiego nazwiska. Sama też od razu poczułam swobodę górskich hal, zapach wiatru i skoszonych łąk.
Sasza powiedział, że nie da się skusić na podróż z nami do Kijowa. Nigdy w życiu nie był w Kijowie i nie chce tam jechać, bo on kocha góry, Karpaty, a w Kijowie jest głośno i ciasno; nie lubi być tak ograniczony. Z lubością opowiadał, że tego dnia był na połoninach. Jego mimika pokazywała wszystko, co komuś z gór może przyjść na myśl, gdy usłyszy, albo pomyśli: połonina.
Choć nie kusiłam za bardzo, to przed końcem rozmowy Sasza stwierdził jednak, że po to, by być z nami, pojedzie nawet do Kijowa. Dziwna ta przyjaźń. Sasza o bandach U. powstańczej armii mówi: nasi partyzanci, pokazując równocześnie ślady polskiej historii w swoim kraju. I wbrew sobie, miejscom, które kocha, komfortowym sytuacjom - wybierze się w niechcianą podróż, bo jest to sposób na spędzenie z nami czasu. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym, może drugim roku, strzelałby do nas, gdyby wojska przeszły granicę, bo był wtedy w wojsku i jeśliby padł rozkaz, musiałby go wykonać... Sasza romantyk, który na dźwięk słowa nierozerwalnego z górami, robi maślane oczy i zaraz cały świat zamienia w poezję...
![]() |
| Miłkowa, okolice Nowego Sącza |
poniedziałek, 1 lipca 2013
Powrót
Obrosło w legendę. Pewnie dlatego wracało w snach, choć nie zdawałam sobie sprawy, co to za miejsce. Spadzisty Rynek z drewnianą architekturą, niskie domy z wysokimi dachami i wystającymi okapami, które tworzą parasol nad chodnikiem. W całym życiu widziałam kilka podobnych miasteczek, ale żadne z nich nie było tym miejscem. Dopiero dzisiaj wiedziałam na pewno, że znalazłam się w scenerii snu, który cyklicznie wraca. Wraca pięknym wspomnieniem i mitem, który zbudował tożsamość, a o którym się nie pamięta tak, jak o baśni o Królowej Śniegu.
Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Biblioteka w Moim Mieście, w której pracowała Moja Mama, organizowała dla pracowników wycieczkę - może z okazji dnia działacza kultury, albo na dzień książki? Tak blisko Mojego Miasta! Moja Mama najpierw zaproponowała mi wyjazd, ale szybko się z tej propozycji wycofała. Nie umiem powiedzieć dlaczego zakotwiczyłam tę myśl w sobie do tego stopnia, że wierciłam Mojej Mamie dziurę w brzuchu, dopóki znów nie pozwoliła mi jechać. Dzień był zimny, nieciekawy. Pewnie identyczny jak dzisiaj. Z tamtej wycieczki nie pamiętam kompletnie niczego prócz tego, że zmarzłam i dostałam potem szklankę gorącej herbaty. To w snach wracał ów Rynek i jego domy z okienkami przycupniętymi nisko nad ziemią i bramami zamiast drzwi, szerokimi i wielkimi jak paszcza wielkoluda. Nieraz, gdy zdarzało nam się z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem przejeżdżać przez miasto z podobną architekturą miałam wrażenie, że odnalazłam to miejsce, ale od razu, na żywo, konfrontowałam to z tym powracającym snem i zapamiętaną przeszłością, i skreślałam dane miasteczko z mapy możliwych miejsc.
Lanckorona. Malowniczo położona w Beskidzie.
Wiedziałam, że tam byłam, ale kompletnie jej nie pamiętałam jako realnego miejsca. Była akcją ze snu, który od dzieciństwa wracał cieniem wystających nad Rynkiem okapów wysokich dachów i niebotycznych drzew z ogromnymi koronami...
Wreszcie wróciłam do miejsca, którego poszukiwałam bezowocnie przez całe moje życie. Miejsca, którego kształty, choć realne, we mnie tkwiły marzeniem sennym. Nie wiedzieć tylko, czy sen był tęsknotą za dzieciństwem, czy to magnetyzm tego miejsca stał się i snem, i jawą.
Z każdego powodu do Lanckorony warto wracać.
Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Biblioteka w Moim Mieście, w której pracowała Moja Mama, organizowała dla pracowników wycieczkę - może z okazji dnia działacza kultury, albo na dzień książki? Tak blisko Mojego Miasta! Moja Mama najpierw zaproponowała mi wyjazd, ale szybko się z tej propozycji wycofała. Nie umiem powiedzieć dlaczego zakotwiczyłam tę myśl w sobie do tego stopnia, że wierciłam Mojej Mamie dziurę w brzuchu, dopóki znów nie pozwoliła mi jechać. Dzień był zimny, nieciekawy. Pewnie identyczny jak dzisiaj. Z tamtej wycieczki nie pamiętam kompletnie niczego prócz tego, że zmarzłam i dostałam potem szklankę gorącej herbaty. To w snach wracał ów Rynek i jego domy z okienkami przycupniętymi nisko nad ziemią i bramami zamiast drzwi, szerokimi i wielkimi jak paszcza wielkoluda. Nieraz, gdy zdarzało nam się z Mężczyzną, Który Kiedyś Był Chłopcem przejeżdżać przez miasto z podobną architekturą miałam wrażenie, że odnalazłam to miejsce, ale od razu, na żywo, konfrontowałam to z tym powracającym snem i zapamiętaną przeszłością, i skreślałam dane miasteczko z mapy możliwych miejsc.
Lanckorona. Malowniczo położona w Beskidzie.
Wiedziałam, że tam byłam, ale kompletnie jej nie pamiętałam jako realnego miejsca. Była akcją ze snu, który od dzieciństwa wracał cieniem wystających nad Rynkiem okapów wysokich dachów i niebotycznych drzew z ogromnymi koronami...
Wreszcie wróciłam do miejsca, którego poszukiwałam bezowocnie przez całe moje życie. Miejsca, którego kształty, choć realne, we mnie tkwiły marzeniem sennym. Nie wiedzieć tylko, czy sen był tęsknotą za dzieciństwem, czy to magnetyzm tego miejsca stał się i snem, i jawą.
Z każdego powodu do Lanckorony warto wracać.
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Lanckorona |
![]() |
| Anioł Powrotów |
czwartek, 27 czerwca 2013
Nasze osobiste pojednanie polsko-ukraińskie
Właśnie się dokonało najszczersze pojednanie polsko-ukraińskie. Za pomocą komunikatora internetowego rozmawialiśmy z Saszą - naszym ukraińskim przyjacielem. Niestety nie mieliśmy połączenia głosowego, tzn. Sasza nas słyszał, my jego nie. Zgromadziliśmy się przed komputerem we troje - Duża Mała Dziewczynka, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem i ja i mówiliśmy na potęgę. Sasza, nie wiedzieć dlaczego - zamiast na czacie, pisał na kartce i pokazywał kartkę do kamery. W pewnym momencie napisał cyrylicą i po ukraińsku: kocham was! Do tego wyznania dołączył swój najbardziej filuterny uśmiech spod wąsa i stwierdziliśmy, że przecież żadne pojednanie nie jest ważniejsze od tego, które się dokonało.
Sasza gościł nas w minione wakacje na Huculszczyźnie. Pokazał nam naszą dawną Wschodnią Małopolskę taką, jaką chcieliśmy ją zobaczyć. Nie ukrywał przed nami niczego. Jeżeli nam czegoś nie pokazał, albo o czymś nie powiedział, to tylko dlatego, że sam nie zna faktów z przeinaczonej historii, jaką za czasów sowietyzacji karmiono wszystkich dookoła.
Sasza pokazał nam ten zakątek świata oczami człowieka rozmiłowanego w nim. To Sasza dał nam również świadectwo tego, co działo się przez wiele miesięcy przy granicy polskiej w 1981 roku, jak wojska stały gotowe do zbrojnego ataku.
Sasza to serdeczny druh - dosłownie i w przenośni, bo przecież jest skautem. Pierwsze o co zapytał, to kiedy idziemy na Popa Iwana (drugi co do wysokości szczyt ukraińskich Karpat), bo w ubiegłym roku brakło nam odpowiedniej pogody, by zdobyć go po Howerli.
Cóż, jakby to powiedzieć... ja Popa Iwana z ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium astronomicznego, najnowocześniejszego na owe czasy w całej Europie - nie zdobędę.
Ale za to już wiemy, jak pojedziemy do Kijowa. I dobrze, że odłożyliśmy tę wycieczkę planowaną na majowy weekend, bo dopracowujemy szczegóły i przez zdobycie wiedzy z pewnej dziedziny minimalizujemy koszty.
Sasza tęskni za nami. My za nim również. Bardzo chcielibyśmy pojechać i tego roku do niego. Przecież jeszcze tylu miejsc nam nie pokazał, tylu ludzi nie odwiedziliśmy, tylu przepięknych zakątków nie zwiedziliśmy i jeszcze taki wielki kawał bolesnej historii przed nami...
Sasza gościł nas w minione wakacje na Huculszczyźnie. Pokazał nam naszą dawną Wschodnią Małopolskę taką, jaką chcieliśmy ją zobaczyć. Nie ukrywał przed nami niczego. Jeżeli nam czegoś nie pokazał, albo o czymś nie powiedział, to tylko dlatego, że sam nie zna faktów z przeinaczonej historii, jaką za czasów sowietyzacji karmiono wszystkich dookoła.
Sasza pokazał nam ten zakątek świata oczami człowieka rozmiłowanego w nim. To Sasza dał nam również świadectwo tego, co działo się przez wiele miesięcy przy granicy polskiej w 1981 roku, jak wojska stały gotowe do zbrojnego ataku.
Sasza to serdeczny druh - dosłownie i w przenośni, bo przecież jest skautem. Pierwsze o co zapytał, to kiedy idziemy na Popa Iwana (drugi co do wysokości szczyt ukraińskich Karpat), bo w ubiegłym roku brakło nam odpowiedniej pogody, by zdobyć go po Howerli.
Cóż, jakby to powiedzieć... ja Popa Iwana z ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium astronomicznego, najnowocześniejszego na owe czasy w całej Europie - nie zdobędę.
Ale za to już wiemy, jak pojedziemy do Kijowa. I dobrze, że odłożyliśmy tę wycieczkę planowaną na majowy weekend, bo dopracowujemy szczegóły i przez zdobycie wiedzy z pewnej dziedziny minimalizujemy koszty.
Sasza tęskni za nami. My za nim również. Bardzo chcielibyśmy pojechać i tego roku do niego. Przecież jeszcze tylu miejsc nam nie pokazał, tylu ludzi nie odwiedziliśmy, tylu przepięknych zakątków nie zwiedziliśmy i jeszcze taki wielki kawał bolesnej historii przed nami...
środa, 26 czerwca 2013
Człowiek - to brzmi dumnie
To Druhna Justynka:
Gdybym mogła, podskoczyłabym do Nieba…
Blog dh. Justyny
Teraz najbardziej potrzebna jest modlitwa.
Gdybym mogła, podskoczyłabym do Nieba…
Czerwiec 25, 2013…i dla każdego z Was przyniosła stamtąd solidną garść niebiańskiej materii… To, co się dzieje w moim domu, w moim mieście, dookoła… Poddaję się jako polonistka- zawsze mówiłam dzieciakom w szkole, że język polski jest bogaty. Guzik prawda, myliłam się! Jest ubogi i niedoskonały! Bo jak mam opisać to, co się dzieje????? Jak mam opisać swoje szczęście????? Jak mam WAM DZIĘKOWAĆ????? Przecież żadne ”dziękuję”, żadne “jesteście wielcy”, żadne “kocham WAS” nie odda nawet w procencie tego, co czuję ja, Mamusia, Madzia, Robert i Blanka.
Zatem uśmiecham się do Was całą sobą szczerze, z dumą i szacunkiem, że mam takich Przyjaciół. I od każdego z WAS, którzy zostaliście moimi Przyjaciółmi w ostatnich dniach.
Blog dh. Justyny
Teraz najbardziej potrzebna jest modlitwa.
wtorek, 25 czerwca 2013
Nie każdy człowiek jest Człowiekiem - płuca dla Justyny
Życie zadziwia mnie nieustannie. To dobrze. To znaczy, że nie straciłam mojego dziecięctwa i radości życia. Najnowsze zadziwienie jest może trochę szokujące, ale w konsekwencji niesie pozytywny przekaz. Unikam kategoryzowania ludzi, choć z wiekiem, łamane przez doświadczenie, jest to - przyznam - coraz trudniejsze.
Pewnym i energicznym krokiem wybrałam się dzisiaj na długą wędrówkę - poza granice dzielnicy, w której mieszkam. Przecież w minioną niedzielę na własnych nogach dotarłam do kościoła, noga przestała mnie już tak straszliwie boleć; jest dobrze. Po drodze spotkało mnie wiele, o! bardzo wiele oznak sympatii i współczucia okazywanych przez napotkane osoby. Nad wyraz dużo ludzi zwróciło się do mnie z przyjaznym, współczującym słowem. Niektórzy dzielili się swoim doświadczeniem i wspomnieniami, gdy doznali urazu kolana. Najbardziej zadziwił mnie pan sprzedający znicze. Nie dlatego, że od takiego pana nie można oczekiwać współczucia i dobrego słowa. Ten pan sprzedający znicze wykazał się wyjątkową empatią i wielką troską. Tak wielką, że chyba dałabym mu najwyższą notę w rankingu troski o obcego człowieka spotkanego na ulicy. To zadziwienie wzięło się również z tego, że w momencie, kiedy zdarzył mi się wypadek, żadna troska, ani zainteresowanie nie spotkało mnie ze strony człowieka, od którego oczekuje się troski, empatii i współczucia. Moje nieszczęśliwe zdarzenie z 10 czerwca spotkało mnie kilka kroków przed specjalistyczną przychodnią lekarską w Krakowie, do której zmierzałam. Lekarz, do którego z wielkim trudem w końcu dotarłam, powiedział mi: jedyne, co mogę pani doradzić - u nas nie ma SOR-u ani ortopedii - to, aby dokuśtykała pani jakoś do przystanku tramwajowego i dwa przystanki stąd jest szpital, który ma SOR, więc tam panią zaopatrzą - to tak pani radzę z troski, bo tak naprawdę, to przecież nie moja sprawa.
Pokuśtykałam wtedy do przystanku tramwajowego z zamiarem, że pojadę na dworzec autobusowy i do domu i płakałam z bólu i tym bardziej, że doznałam takiej straszliwej znieczulicy ze strony lekarza. Potem rozpłakałam się z rozczulenia, bo gdy usiłowałam wysiąść z tramwaju tryskając zdrojami łez jak z fontanny, to obca kobieta odezwała się: spokojnie, spokojnie, powolutku, nic się nie dzieje, nikt się nie spieszy, ostrożnie, już dobrze...
I dzisiaj ten pan sprzedający znicze.
Dla mnie to niewyobrażalne, trudne do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Przychodzi do mnie człowiek któremu coś się stało, o którym wiem, że jest sam w obcym mieście, nie zna jego topografii, cierpi... Pierwsze co robię, to telefonuję po karetkę pogotowia. Gdyby ta odmówiła przyjęcia zgłoszenia, organizuję wśród znajomych transport do szpitala.
Ale to ja.
Na szczęście, jak pokazały ostatnie dni i wielka akcja zbierania pieniędzy na płuca Justyny, jest więcej ludzi na świecie.
Czy wpłaciliście już swoją złotówkę na konto Justyny? Jest już sporo na koncie, bo po wczorajszej popołudniowej sesji bankowej przyjaciele Justyny poinformowali, że na dwóch kontach jest łącznie 460 tys zł. ale to jeszcze nie wszystko z potrzebnych 150 tys. euro. Jeśli wpłaciliście, to gratuluję Wam i dziękuję za wasze człowieczeństwo. Jednocześnie przepraszam za taką nachalność ale, choćby z doświadczenia, które opisałam, wiem, że niektórym trzeba pozwolić umieć być dobrym.
Wspieram akcję "Płuca dla Justyny"
Pewnym i energicznym krokiem wybrałam się dzisiaj na długą wędrówkę - poza granice dzielnicy, w której mieszkam. Przecież w minioną niedzielę na własnych nogach dotarłam do kościoła, noga przestała mnie już tak straszliwie boleć; jest dobrze. Po drodze spotkało mnie wiele, o! bardzo wiele oznak sympatii i współczucia okazywanych przez napotkane osoby. Nad wyraz dużo ludzi zwróciło się do mnie z przyjaznym, współczującym słowem. Niektórzy dzielili się swoim doświadczeniem i wspomnieniami, gdy doznali urazu kolana. Najbardziej zadziwił mnie pan sprzedający znicze. Nie dlatego, że od takiego pana nie można oczekiwać współczucia i dobrego słowa. Ten pan sprzedający znicze wykazał się wyjątkową empatią i wielką troską. Tak wielką, że chyba dałabym mu najwyższą notę w rankingu troski o obcego człowieka spotkanego na ulicy. To zadziwienie wzięło się również z tego, że w momencie, kiedy zdarzył mi się wypadek, żadna troska, ani zainteresowanie nie spotkało mnie ze strony człowieka, od którego oczekuje się troski, empatii i współczucia. Moje nieszczęśliwe zdarzenie z 10 czerwca spotkało mnie kilka kroków przed specjalistyczną przychodnią lekarską w Krakowie, do której zmierzałam. Lekarz, do którego z wielkim trudem w końcu dotarłam, powiedział mi: jedyne, co mogę pani doradzić - u nas nie ma SOR-u ani ortopedii - to, aby dokuśtykała pani jakoś do przystanku tramwajowego i dwa przystanki stąd jest szpital, który ma SOR, więc tam panią zaopatrzą - to tak pani radzę z troski, bo tak naprawdę, to przecież nie moja sprawa.
Pokuśtykałam wtedy do przystanku tramwajowego z zamiarem, że pojadę na dworzec autobusowy i do domu i płakałam z bólu i tym bardziej, że doznałam takiej straszliwej znieczulicy ze strony lekarza. Potem rozpłakałam się z rozczulenia, bo gdy usiłowałam wysiąść z tramwaju tryskając zdrojami łez jak z fontanny, to obca kobieta odezwała się: spokojnie, spokojnie, powolutku, nic się nie dzieje, nikt się nie spieszy, ostrożnie, już dobrze...
I dzisiaj ten pan sprzedający znicze.
Dla mnie to niewyobrażalne, trudne do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Przychodzi do mnie człowiek któremu coś się stało, o którym wiem, że jest sam w obcym mieście, nie zna jego topografii, cierpi... Pierwsze co robię, to telefonuję po karetkę pogotowia. Gdyby ta odmówiła przyjęcia zgłoszenia, organizuję wśród znajomych transport do szpitala.
Ale to ja.
Na szczęście, jak pokazały ostatnie dni i wielka akcja zbierania pieniędzy na płuca Justyny, jest więcej ludzi na świecie.
Czy wpłaciliście już swoją złotówkę na konto Justyny? Jest już sporo na koncie, bo po wczorajszej popołudniowej sesji bankowej przyjaciele Justyny poinformowali, że na dwóch kontach jest łącznie 460 tys zł. ale to jeszcze nie wszystko z potrzebnych 150 tys. euro. Jeśli wpłaciliście, to gratuluję Wam i dziękuję za wasze człowieczeństwo. Jednocześnie przepraszam za taką nachalność ale, choćby z doświadczenia, które opisałam, wiem, że niektórym trzeba pozwolić umieć być dobrym.
Wspieram akcję "Płuca dla Justyny"
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Malejące tendencje wielkich problemów
Zapewne było to 19 lat temu. Moja Siostra była wtedy w ostatnim trymestrze ciąży, choć tylko sama ciąża jest w tej opowieści istotna. Gdybym pogrzebała w archiwum mojej dokumentacji medycznej, być może znalazłabym kartę informacyjną ze szpitala i dokładną, dzienną datę zdarzenia. Na pewno był to czerwiec, niedługo przed zakończeniem roku szkolnego. Tylko w tym roku wakacje zaczynają się w lipcu, więc musiało to być około 10 czerwca. Najprawdopodobniej Mała Duża Córeczka przebywała wtedy na leczeniu w Instytucie (Gruźlicy i Chorób Płuc) w Rabce, może nie. Nie pamiętam dokładnie. Wzięłam 5. letniego wówczas Synka (o Dużej Małej Dziewczynce ptaki nie ćwierkały jeszcze) za rękę i poszłam do szkoły po wykaz podręczników dla jego siostry. Potem miałam odwieźć go na drugi koniec miasta do Mojej Siostry, bo ani ona, ani Synek nie mogli być obecni przy tym, co miało nastąpić po południu tego dnia. Ze szkoły skierowaliśmy się z Synkiem w stronę najbliższego przystanku autobusowego, ale postanowiłam jeszcze podejść do pobliskiej księgarni zobaczyć, czy podręczniki są dostępne, być może kupić. Prowadziłam Synka za rękę, bo to był wyjątkowo rozbrykany mały Tygrysek. Niefortunnie stanęłam na rozbitym krawężniku i upadłam jak długa na ulicę, przewracając również Synka. Od stopy, do mózgu przeszyła mnie jakaś błyskawica nieokreślonego bólu. Pozbierałam się z ulicy, wytarłam łzy z Synkowego policzka i z dziwnie rozchodzącym się bólem poszłam w obranym kierunku. Odwiedziliśmy księgarnię chwilkę się tam zatrzymując. Po wyjściu ze sklepu, właściwie po tym niedługim odpoczynku ledwo stawałam na nodze. Z wielkim trudem dotarłam do autobusu i po podróży na drugi koniec niezbyt wielkiego miasta nie byłam w stanie stanąć na nodze, by wyjść z autobusu. Na szczęście przystanek znajduje się za płotem domu Mojej Siostry, więc dobrnęłam tam jakoś pocieszana przez Synka.
Synek musiał zostać u Mojej Siostry ponieważ ze szpitala onkologicznego w Gliwicach wracała Moja Mama po terapii radiojodem przyjmowanym doustnie i takie było obostrzenie, że przez kilka tygodni nie mogły kontaktować się z nią kobiety w ciąży i dzieci, by promieniowanie emitujące ze skóry i oddechu chorego nie zaszkodziło im.
Powrót od Mojej Siostry do domu Moich Rodziców jest porównywalny do powrotu sprzed kilkunastu dni spod szpitala Jana Pawła II w Krakowie do Sącza, do domu. Choć teraz od razu nie mogłam wstać, stanąć, użyć nogi. Wtedy, ku wielkiemu zdziwieniu lekarzy złamałam kość sześcienną, która znajduje się w stopie, w śródstopiu. Lekarze byli tak bardzo zdziwieni, ponieważ ta kość niezwykle rzadko ulega złamaniu, bo jak sama nazwa wskazuje ma budowę sześcianu.
Tak więc 19 lat temu od połowy czerwca do końca lipca miałam unieruchomioną lewą nogę w stawie skokowym (miałam założony opatrunek gipsowy w kształcie buta z cholewą). Nie było łatwo. Dwoje małych dzieci no i Mama, którą jako jedyna miałam się zajmować, a do której nie mogłam zabierać dzieci. Zamknięte koło. Często tak bywa, że kłopoty chodzą stadami.
Obecnie stadny jest sam problem unieruchomienia mojego prawego kolana w ortezie.
Najprawdopodobniej już nigdy nie wyjdę na własnych nogach w góry, nie poczuję smaku słonego potu w ustach, wiatr nie rozczochra mi włosów, nie zdobędę żadnego szczytu.
Ale czy to jest największy problem z jakim borykają się ludzie na świecie?
Synek musiał zostać u Mojej Siostry ponieważ ze szpitala onkologicznego w Gliwicach wracała Moja Mama po terapii radiojodem przyjmowanym doustnie i takie było obostrzenie, że przez kilka tygodni nie mogły kontaktować się z nią kobiety w ciąży i dzieci, by promieniowanie emitujące ze skóry i oddechu chorego nie zaszkodziło im.
Powrót od Mojej Siostry do domu Moich Rodziców jest porównywalny do powrotu sprzed kilkunastu dni spod szpitala Jana Pawła II w Krakowie do Sącza, do domu. Choć teraz od razu nie mogłam wstać, stanąć, użyć nogi. Wtedy, ku wielkiemu zdziwieniu lekarzy złamałam kość sześcienną, która znajduje się w stopie, w śródstopiu. Lekarze byli tak bardzo zdziwieni, ponieważ ta kość niezwykle rzadko ulega złamaniu, bo jak sama nazwa wskazuje ma budowę sześcianu.
Tak więc 19 lat temu od połowy czerwca do końca lipca miałam unieruchomioną lewą nogę w stawie skokowym (miałam założony opatrunek gipsowy w kształcie buta z cholewą). Nie było łatwo. Dwoje małych dzieci no i Mama, którą jako jedyna miałam się zajmować, a do której nie mogłam zabierać dzieci. Zamknięte koło. Często tak bywa, że kłopoty chodzą stadami.
Obecnie stadny jest sam problem unieruchomienia mojego prawego kolana w ortezie.
Najprawdopodobniej już nigdy nie wyjdę na własnych nogach w góry, nie poczuję smaku słonego potu w ustach, wiatr nie rozczochra mi włosów, nie zdobędę żadnego szczytu.
Ale czy to jest największy problem z jakim borykają się ludzie na świecie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

a.jpg)
aa.jpg)
aa.jpg)
aa.jpg)
aa.jpg)
aa.jpg)
aa.jpg)

