MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
czwartek, 7 marca 2013
środa, 6 marca 2013
wtorek, 5 marca 2013
Matka Polka - z cyklu: Kobiety
Dom ma nietypową bryłę, gdyż zwykle domy, zwłaszcza w tym rejonie, mają kształt prostokąta. Ten bardziej przypomina kwadrat. Stoi w niewielkiej dolince, od ściany lasu odgradza go potok, który wiosną przybiera niebezpieczne rozmiary. Bywa, że wylewa, dlatego dom stoi na podwyższonym fundamencie. Droga biegnie równolegle do potoku, na wysokiej skarpie, ale z drogi dom jest w zasadzie niewidoczny. Dom musiał być duży, ponieważ mieszkała w nim wielodzietna rodzina. Dopóki dzieci były małe, pracował tam tylko ojciec, ale czas był sprzymierzeńcem - dzieci szybko dorastały i każde, nim się usamodzielniło, pracując wspomagało finansowo rodzinę. Większość dzieci pokończyła studia, bo mądre były i pracowite. Ale to było potem.
Dokładnie nie wiem ile było dzieci. Mówiono mi, ale nie pamiętam czy jedenaścioro, czy dwanaścioro. Czy ktoś ze współczesnych wyobraża sobie taką ilość dzieci? Dziś ludzie boją się obowiązku i pracy w domu. Sterylne mieszkania wyposażone w sprzęt elektroniczny wyręczający człowieka niemal we wszystkim, po dwa samochody w garażu, wczasy za granicą, wizyty w spa i salonach kosmetycznych, fura pieniędzy na kontach i lokatach, operacje plastyczne i zabiegi ujędrniające. I jedno dziecko do kompletu, bo przecież dziecko to taka odpowiedzialność, a z drugiej strony - lokata.
Do kobiety z tamtego domu z czasem ludzie zaczęli się zwracać - Matko, potem ktoś dla żartu dodał: Bolko, bo Bolesława miała na imię, a wnet przeinaczyli na Polko, no i tak już została Matką Polką. Dziś synonim Matki Polki to ironiczna forma odzwierciedlająca obraz kobiety z PRL-u urobionej po pachy, odprowadzającej dzieci do żłobka, przedszkola i szkoły, wiecznie w kolejkach, z ciężkimi siatami, przy praniu, przy garach. Wyszydzono i wyparto tym prawdziwy obraz Matki Polki, wcale nie urobionej po pachy kobiety, a prawdziwej strażniczki domowego ogniska iskrzącego ciepłem i miłością, kobiety wychowującej swe dzieci według najwznioślejszych ideałów, dzięki którym do walki ze złem stają, miłującej Boga i bliźniego, szczerej patriotki.
- Pamiętajcie dzieci, żeby zawsze dobrze innym czynić! - przypominała przy każdej okazji.
- A co to jest dobrze innym czynić? - pytały póki małe były i wiele nie rozumiały.
- Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, a będzie dobrze. - odpowiadała.
- A jak kto matulu wykorzysta?
- Synkowie moi i córeczki - powiadała - różni ludzie chodzą po świecie i Pan Bóg każdego kocha. Są tacy, co górami chodzą po samiutkich szczytach. Są, co w dolinach i kotlinach się najlepiej czują. Ale są też i tacy, co po wyżynach, i tacy, co po nizinach chodzą i tam im najlepiej. A jeszcze inni nad wodą, albo na wodzie. Nie zrozumie ten ze szczytów górskich tego, co na wodzie i odwrotnie. Każdy ma swoje interesy. Ale tylko ten się liczy, co na własny interes nie bacząc, drugiemu dobrze czyni.
- Ale jakże to tak matulu dobrze drugim czynić, kiedy oni czasem źli dla nas? - pytały dzieci ze zdziwieniem.
- Na siebie baczcie! Nie na innych! - gromiła ich srogo. - Waszym obowiązkiem jest kochać i pracować. I czas na modlitwę zawsze znaleźć. To z tego coście innym uczynili będą was sądzić u Świętego Piotra. Dość gadania. Do roboty.
Pracy było mnogo. Ale też każdy miał przypisane obowiązki, a jak coś trzeba było dodatkowo zrobić, nikt się nie ociągał, ani nie wymigiwał. Potrafiły dzieci o matkę zadbać, by zbyt ciężko w jej w życiu nie było. Córki, coraz liczniejsze prace w domu brały na siebie, a i ojciec w polu i gospodarce miał wyrękę z synów. A było co robić w prostej chałupie, przy tylu ludziskach! Samego ciasta na chleb w sobotę zagnieść, to dla kilku par dziewczęcych rąk praca. A pranie! Czy kto sobie wyobraża pranie, kiedy wodę ze studni trzeba przynieść, nagrzać na piecu i prać, i prać, i prać! Samo mycie statków z całego dnia zajmowało wiele czasu. Jedna dziewczynka myła w misce z ciepłą wodą, druga w innej misce płukała, trzecia wycierała wykrochmaloną i wyprasowaną ścierką. A ile się przy wspólnej pracy naśpiewały, naśmiały, naopowiadały!
Matka Polka lubiła każdą chwilę swojego wypełnionego dziećmi życia. Uwielbiała stan błogosławiony; czas, w którym miała dziecko w swoim wnętrzu, tuż pod sercem. To był prawdziwie błogosławiony czas. Wydając każde kolejne dziecko na świat, kładła na jego główce dłonie, a z nich spływało na dziecinę błogosławieństwo. Wraz z nim miłość i radość. Zaś wszystkie lata z rozrastającą się gromadą, kiedy obserwowała jak wzrastają, jak się uczą, dojrzewają, były dla niej czasem wzrostu. To wtedy, patrząc na własne dzieci, ucząc się cierpliwości i miłości przekonała się, że to dorośli więcej się uczą od dzieci, a nie odwrotnie, jak powszechnie mniemano. Po latach nabrała głębokiej rozwagi, zdobyła wielką mądrość. Dzieci odwzajemniały szczodrze ofiarowaną im miłość. Ludzie we wsi nadziwić się nie mogli, że z takiej biedy, a każde dziecko szkoły pokończyło, potem i studia?! Byli tacy, co wyszydzali Matkę Polkę, jawnie się z niej śmiali. Niejednokrotnie upokarzali. Więcej było tych, co odnosili się do niej z szacunkiem. Ona wszystkich równo traktowała, podle nauk, które dzieciom od zawsze dawała.
Dzisiaj dom obejmują klamry, bo zaczął pękać w szwach i trzeba było stare bale drzewa pościągać do kupy. Taki to symbol owej matczynej miłości i mądrości, która ramionami jak klamrami całą rodzinę w mocnym uścisku trzymać się nauczyła. Dziś, choć matki już nie stało, wszyscy licznie na święta do domu zjeżdżają. Wielu z nich wnuków się doczekało, więc rodzina jest niewyobrażalnych rozmiarów. Będzie tego ponad sześć dziesiątek ludzi.
Prawda starowieku
Powiadał powiastun, że gdy czasy były tak odległe, że już przeszły w czas bezwieści, nazłosłowienie było grzechem przepastym. Ale teraz, kiej czasy i ludzie znijaczone, każdy może bez kary nijakiej drugiemu nazłosłowić...
Taki piękny i prawy świat starowieku, ze wszystkimi jego prawdami roztacza najwspanialszy powiastun Huculszczyzny - Stanisław Vincenz. Starowiek zamieszkiwali tylko ludzie prawi i honorowi i dopiero kiedy cesarskie urzędy policzyły góry, połoniny i caryny, odmierzyły czas na godziny i minuty, czasy stały się znijaczone, bo o ludziach nie wspomnę. "Woda studenenka", ta wypływająca w olbrzymim kotle czarnohorskim u stóp Howerli, wysmykująca się pośród omszałych głazów spod ziemi, w wyższych partiach szumiąca w podziemnych korytarzach, ma swoje znaczące miejsce w historii ludzi zamieszkujących Wierchowinę. Odwieczne westchnienie człowieka przechodzącego obok źródła "tyś woda, tyś biała, tyś czysta, tyś cała, tyś święta, tyś żywa, tyś woda prawdziwa" jest modlitwą spragnionych ust.
A ogień - góralska watra - zwany tak we wszystkich językach ludów zamieszkujących Karpaty! Rozpalany wiosną, gaszony jesienią, gdy pasterze schodzili ze stadami z gór, też słyszał zamawianie ludzkie. "Choć gaśniesz - nie zgaśniesz, nie zginiesz a zaśniesz. Twe węgle nie zginą - przebędą przez zimę. Na zimę ci ścielę kołyskę w popiele. Na wiosnę znów żywa twa siostra prawdziwa, obudzi cię ze snu i węgle twe wskrzesną. Choć gaśniesz - nie zgaśniesz, nie zginiesz - a zaśniesz."
Wspaniały język bajań i powiadań starowieku jawi mi się językiem zaszczepionym w najgłębszych pokładach pamięci. Nie jest łatwy. Czytać trzeba powoli. Dla zrozumienia, ale i dla upojenia. Bo czyta się tak, że można i należy zachłysnąć się każdym słowem. Mam wrażenie, jakbym kiedyś się tym językiem posługiwała. Brzmi jak muzyka dla zmysłów, które znają kod, jego melodię i piękno. Znają zmysły i zna pamięć, bo nenia, nenieczka do snu, gdy niemowlęciem byłam, nim, jego piosenką usypiała. Ona mi te prawdy starowieku wyszeptała i opowiedziała, jako pierwsza piastunka i powiastunka. Weronka. Moja nenieczka. I nie może być inaczej, skoro nawet Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, bo on pierwszy zaczął lekturę opowieści z wysokiej połoniny, powiedział: to jest napisane językiem i stylem podobnym do twojego... Po dwóch dniach przygody na obu brzegach Czarnego Czeremoszu tym bardziej jestem rada takiemu porównaniu, choć zrobiłabym odwrotne zestawienie ;).
Taki piękny i prawy świat starowieku, ze wszystkimi jego prawdami roztacza najwspanialszy powiastun Huculszczyzny - Stanisław Vincenz. Starowiek zamieszkiwali tylko ludzie prawi i honorowi i dopiero kiedy cesarskie urzędy policzyły góry, połoniny i caryny, odmierzyły czas na godziny i minuty, czasy stały się znijaczone, bo o ludziach nie wspomnę. "Woda studenenka", ta wypływająca w olbrzymim kotle czarnohorskim u stóp Howerli, wysmykująca się pośród omszałych głazów spod ziemi, w wyższych partiach szumiąca w podziemnych korytarzach, ma swoje znaczące miejsce w historii ludzi zamieszkujących Wierchowinę. Odwieczne westchnienie człowieka przechodzącego obok źródła "tyś woda, tyś biała, tyś czysta, tyś cała, tyś święta, tyś żywa, tyś woda prawdziwa" jest modlitwą spragnionych ust.
A ogień - góralska watra - zwany tak we wszystkich językach ludów zamieszkujących Karpaty! Rozpalany wiosną, gaszony jesienią, gdy pasterze schodzili ze stadami z gór, też słyszał zamawianie ludzkie. "Choć gaśniesz - nie zgaśniesz, nie zginiesz a zaśniesz. Twe węgle nie zginą - przebędą przez zimę. Na zimę ci ścielę kołyskę w popiele. Na wiosnę znów żywa twa siostra prawdziwa, obudzi cię ze snu i węgle twe wskrzesną. Choć gaśniesz - nie zgaśniesz, nie zginiesz - a zaśniesz."
Wspaniały język bajań i powiadań starowieku jawi mi się językiem zaszczepionym w najgłębszych pokładach pamięci. Nie jest łatwy. Czytać trzeba powoli. Dla zrozumienia, ale i dla upojenia. Bo czyta się tak, że można i należy zachłysnąć się każdym słowem. Mam wrażenie, jakbym kiedyś się tym językiem posługiwała. Brzmi jak muzyka dla zmysłów, które znają kod, jego melodię i piękno. Znają zmysły i zna pamięć, bo nenia, nenieczka do snu, gdy niemowlęciem byłam, nim, jego piosenką usypiała. Ona mi te prawdy starowieku wyszeptała i opowiedziała, jako pierwsza piastunka i powiastunka. Weronka. Moja nenieczka. I nie może być inaczej, skoro nawet Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, bo on pierwszy zaczął lekturę opowieści z wysokiej połoniny, powiedział: to jest napisane językiem i stylem podobnym do twojego... Po dwóch dniach przygody na obu brzegach Czarnego Czeremoszu tym bardziej jestem rada takiemu porównaniu, choć zrobiłabym odwrotne zestawienie ;).
Kiedy
się było i widziało miejsca, które opisuje Vincenz, kiedy się raz wyczuło tętno
i poczuło bicie serca tej ziemi, tym bardziej niezwykłą jawi się "Prawda starowieku”.
poniedziałek, 4 marca 2013
Moje Życie Pi
Najpierw jesteś zszokowany. Nie wierzysz. Nie, to się nie dzieje naprawdę - myślisz. Przecież człowiek, którego znasz, nie może być aż tak podły, by dopuścić się tych wszystkich okropności względem ciebie. Potem, kiełkuje w tobie myśl: jak to nie może, niejednokrotnie dopuszczał się mniejszych, czy większych świństw, tylko ty, wieczny idealista nawet nie liczyłeś tych siedemdziesięciu siedmiu razy, bo przecież powtarzasz za dnia i przed snem "jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Z kiełkującej myśli wyrasta rachityczna roślina, która uginając się pod twoją prawowiernością względem bliźniego wydaje najpierw delikatny poszum jak łagodny wiatr na letniej łące, potem rosnąc, szemrze głosem potoku, wreszcie szumi coraz głośniej, by zagrzmieć gromem: zbyt wiele niegodziwości dokonał ten człowiek względem ciebie, stać go i na tę kolejną. Tylko ta kolejna jest przerażająca. Znacznie bardziej niż kanibalizm na szalupie rozbitków. Nikt nie musi walczyć o przetrwanie, życie nie jest wygraną, a honor i szacunek zastawem za kolejny dzień bytu. A jednak. Myśl w twojej głowie grzmi głosem wodogrzmotu i podjąłeś już decyzję. Zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Wyrzucić z pamięci ten okres, kiedy niby rozbitek błądziłeś po oceanie, który był bezmiarem twojego zagubienia i osamotnienia. Ocean i maleńka szalupa stały się wszystkim: nadzieją i lękiem, życiem i śmiercią, walką i przegraną. Byłeś bogiem a Bóg był twoim wiernym towarzyszem. Niezmierzony gniew natury już się w tobie ziścił - oparłeś się falom sięgającym nieba, zapanowałeś nad nimi, bo opanowałeś strach przed śmiercią. Więc, kiedy dobijasz do brzegu jeszcze mocniej czujesz, że duch twój jest nieśmiertelny. Miałeś cały ocean czasu na rozmowę z Bogiem, ale odkładałeś to, co najważniejsze na potem. Potem On odszedł na swoją pustynię. A ty musisz Mu przecież to powiedzieć. Nie chodzi ci o podziękowanie za pomoc, za przetrwanie, za uratowanie życia. Chcesz Go przeprosić, tego tygrysa bengalskiego, który w tobie jest, choć tak ulotny. Więc mówisz: przepraszam Cię za tyle zmarnowanego czasu w nieodpowiednim towarzystwie wampira ludojada. Za czas stracony bezpowrotnie. Za życie jak w potrzasku. Przepraszam, za całą energię źle spożytkowaną. A można ją było przełożyć na coś, co dałoby owoc mięsisty, soczysty, winny. Przepraszam za brak sprzeciwu przed mocą tego oceanu i poddanie się jemu. Słyszysz tygrysie?! Przepraaaszaaam!!!
I tak nikt ci nie uwierzy, że Bóg był wtedy z tobą. Dziś sam w to nie wierzysz. Na dzisiaj pasuje ta krótka wersja z ostatnich stron. Książki - życia.
I tak nikt ci nie uwierzy, że Bóg był wtedy z tobą. Dziś sam w to nie wierzysz. Na dzisiaj pasuje ta krótka wersja z ostatnich stron. Książki - życia.
niedziela, 3 marca 2013
sobota, 2 marca 2013
Lunapark - z cyklu: Kobiety
| Dom nauczycielki |
Na pierwszym piętrze tej czynszowej kamienicy stojącej w samym centrum niezbyt dużego miasta położonego w górach mieszka kobieta, która jest nauczycielką. Jest to pierwsza z dotychczasowych historia opowiadająca o kimś, kto jeszcze żyje. Niegdyś nauczycielka zajmowała całe mieszkanie z obydwoma balkonami. Potem, kiedy TO się stało, była zmuszona zmniejszyć powierzchnię do niezbędnego minimum a resztę pięknego, słonecznego mieszkania odgrodzić i odsprzedać. Nie było to trudne do zrobienia, ponieważ wystarczyło zamurować drzwi w ścianie, gdyż pokoje balkonowe stały w amfiladzie, zaś z korytarza wydzielić całkiem nowe wejście. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży tej większej części mieszkania zrobiła remont w swoim gniazdku, jak widać na zdjęciu nawet wymieniła okna. Pozostałą część przeznaczyła na "życie". Bo nauczycielka straciła pracę i została bez źródła utrzymania.
Urodziła się i wychowała w czasach, w których większość ludzi reprezentowała te same wartości, których podstawy oparte były na chrześcijaństwie. Uczyła języka ojczystego, była doskonałym etykiem, bliskie jej były idee humanizmu. W pracy z młodzieżą posiadała niezwykłą intuicję i wyczucie, tak jakby szóstym zmysłem odbierała potrzeby młodego człowieka. Całe jej życie nakierowane było na dobro wychowanków, do ludzi odnosiła się z miłością i szacunkiem, potrafiła największego nawet nieuka zmotywować i wspólnie z nim odnaleźć ścieżki prowadzące go do odnalezienia marzeń i pasji, a w konsekwencji do życiowej misji. Oddana ludziom i pracy, poświęcająca siebie bez reszty sprawie wychowania młodego pokolenia. Była też szanowana w środowisku zawodowym za mądrość i dobroć, a te nie zawsze idą przecież w parze. Przy tym wszystkim była osobą niezwykle wymagającą. Wpierw wymagała od siebie. Może to banalne, ale będąc pracowitą, odpowiedzialną i obowiązkową, dawała przykład postępowania. Wiedziała, jak należy traktować młodego człowieka, by przez wychowanie i nauczanie dać mu kapitał na jego przyszłe życie.
Mijały lata, a nawet dziesiątki lat. Starsi od niej nauczyciele odchodzili na emeryturę. Ich miejsce zajmowali młodzi, którzy już niekoniecznie wyznawali wartości, które ukształtowały pokolenie ich rodziców. Zmienił się również świat - jakby znalazł się na karuzeli konsumpcjonizmu, której zerwała się wajcha pozwalająca na zwolnienie i zatrzymanie jej mechanizmu. Nowe roczniki młodzieży, które przychodziły do szkoły, znały już tylko życie wyznaczone pędem owej karuzeli. Chodziło o to, żeby nie spaść a przy okazji zająć lepsze i wygodniejsze miejsce, nawet kosztem zepchnięcia kolegi, czy koleżanki. Dyrekcja szkoły, która również legitymowała się pochodzeniem z owego lunaparku, zaczęła kłaść nacisk i - początkowo zachęcać, w konsekwencji zmuszać - nauczycieli do "łagodniejszego" traktowania wychowanków, niestawiania im zbyt wygórowanych wymagań jeśli chodzi o morale, zachowania etyczne i tym podobne przeżytki poprzedniej epoki, bo tak naprawdę jedyne, na czym szkole zależy, to odpowiednie miejsce w rankingu. Czyli znów ta karuzela.
Nauczycielka, o której mówię, nie mogła się z tym pogodzić. Owszem rozważała apele dyrekcji, ale po rozeznaniu wszystkich za i przeciw doszła do wniosku, że nie może być mowy o dostosowaniu własnych wartości, wartości tak ważnych dla każdego człowieka, do potrzeb zwariowanego świata. Świata, który stanął na głowie! Trwała więc w świecie wartości wyznaczonych i wypracowanych przez pokolenia w tysiącleciach dziejów ludzkości, tych najoczywistszych i najbardziej elementarnych, które można zamknąć w słowie: miłość. Miłość rozumna: miłosierna ale i wymagająca. Z tym, że współcześni oczekiwali czegoś na wzór miłosierdzia, a raczej pobłażliwości. O wymaganiach słyszeć nie chcieli.
Napisano donos. Jeden po drugim. Nauczycielce wielokrotnie kazano się stawić w gabinecie dyrektora i upominano, że jeśli nie zmieni swojego stosunku do uczniów, zostanie zwolniona. Wciąż słyszała o kompromisach, tak jakby kompromis był czymś, co jest do przyjęcia ze swym fundamentalnym założeniem rezygnacji z systemu wyznawanych wartości. Poza tym jej postawa była niewygodna, bo niezrozumiała, więc budząca lęk jak wszystko, co nieznane, wśród grona pedagogicznego, które w większości składało się z młodych ludzi oszołomionych pędem karuzeli konsumpcjonizmu.
Nauczycielka chodzi po mieście z podniesioną głową. Nie wie na jak długo wystarczą jej pieniądze pochodzące ze sprzedaży części mieszkania. Jest ani stara, ani młoda. Może znajdzie jeszcze jakąś pracę. Byle nie w tym lunaparku, którym stał się współczesny świat.
piątek, 1 marca 2013
Przekraczanie progów - z cyklu: Kobiety
Oglądałam dzisiaj wiele domów. Z tej mnogości stało się tak, że nie mogę się zdecydować, po którą historię mam sięgnąć, bo wszystkie chcą być pierwsze. Muszę więc wyciszyć własne emocje i emocje kobiet, które chcą zostać utrwalone w piśmie.
Jeden z domów przyprawił mnie o dreszcze, bo przypomniał mi tragiczną historię kobiety, która w nim mieszkała. Historia kobiety stała się historią domu, bo tak już przecież w życiu jest, że swoim wnętrzem wpływamy na świat zewnętrzny, a świat zewnętrzny wpływa na nasze wnętrze. Brrryy! Do tej pory mnie ciarki przechodzą, gdy sobie pomyślę jaka to była tragiczna historia. Nie opowiem jej, ani nawet nie pokażę domu, bo lepiej dla wszystkich, by o niej zapomnieć. Dom stoi dziś z oknami zabitymi dechami, tak by to, co się w nim stało, już na zawsze pozostało zamknięte przed światem. Wokół rosną stare drzewa i ku ironii, wciąż wyrastają nowe. Zrobił się tam spory zagajnik. Szczególne wrażenie robi jedna sosna, która rosła od zawsze nieopodal domu. Powyginana i udręczona wiatrami. W dodatku ktoś kiedyś wydłubał na jej korze napis: "kocham Baśkę" i zranił okrutnie. Poszycie małego zagajnika wiosną podczas roztopów, zamienia się w staw. Woda stoi przez wiele dni, a nawet tygodni. Rankiem i wieczorami snują się nad nim nieprzyjemne mgły, które zahaczają o komin domu. A czasem dom znika w białej kurzawie... Ta kobieta dostała kiedyś dobrą radę od osoby, której naprawdę, rozumiecie? NAPRAWDĘ zależało na jej losie, aby uważała kogo wpuszcza do domu. Nie będę mówiła, jak to się stało, że nie skorzystała z tej rady. W każdym razie raz i drugi widocznie wpuściła niewłaściwe osoby i potem... To okropne. Potem straciła zaufanie i wiarę w człowieka! Jakich straszliwych tortur świadkiem był dom, który dzisiaj stoi z oknami zabitymi decham?! Wprost niewyobrażalnych. Jakich krzywd musiała doznać ta kobieta, by stracić zaufanie i wiarę w człowieka?! Potem budzić się każdego ranka i zasypiać wieczorem bez zaufania, bez wiary w dobroć ludzką, pić herbatę z rana, gotować obiad, pracować jak gdyby nigdy nic? I tak do końca życia... z taką raną w duszy.
Koniec. Nic więcej ze mnie nie wydusicie w tym temacie. I tak już za wiele powiedziałam.
I tylko się zastanawiam, kto i z jaką intencją przekracza próg mojego serca?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




