Był to czas, kiedy działo się wiele, a wszystko działo się naraz. Już podczas obozu w Hucie Wysowskiej zaszczepiono w nas miłość do Durbaszki. No, może nie we wszystkich bezpośrednio. W trakcie obozu zorganizowana została wycieczka w Pieniny ( z Beskidu Niskiego!). Wydelegowano na nią sporą część podobozu. Ja zostałam na miejscu, ponieważ, byłam świeżo po usunięciu wyrostka. Jerzy czytając te słowa dzisiaj, mając wiedzę i praktykę chirurga, popatrzy z dezaprobatą, jak to Jerzy, każe się do tego puknąć w czoło (od zawsze mówi: "puknij się w czoło" - nie zmyślam) i stwierdzi, że luty był dawno temu i w związku z tym w lipcu mogłabym śmigać po górach. Ale wtenczas sam drużynowy zabronił mi tego wyjścia w Pieniny i myślę, że nawet gdyby Jerzy już wtedy był chirurgiem wojskowym z wieloletnią praktyką i tak mówił, Janusz spojrzałby na niego tym swoim "spojrzeniem spod sumiastego wąsa" i Jerzy zamilkłby. Bo taką moc miało spojrzenie naszego drużynowego. A z tym "spojrzeniem spod sumiastego wąsa" to autentyk. Ktoś tak kiedyś powiedział i dość długo funkcjonowało takie powiedzenie. Całkiem normalnie brzmiało, niczym to, że ktoś "zamarł w pozycji w jakiej stał i pobiegł"... Ach, te skróty myślowe, ta cudowna bezmyślność, beztroska, te wspaniałe półsłówka, wystarczające, by wszyscy zrozumieli o co chodzi...
Tak też, skoro ekspedycja wycieczkowa wróciła z Pienin, opowieściom nie było końca. To nie są moje wspomnienia, więc nie mogę ich przywoływać. Jest za to jedno wydarzenie z wycieczki na Durbaszkę zorganizowanej podczas obozu w Hucie Wysowskiej, które niby do niej należy, ale rzecz działa się w innym czasie, w innym miejscu i o innej porze. Wszystko co z harcerstwem i z CISOWCAMI związane to jedna wielka transcendencja i jeśli kto niegotowy, lepiej niech nie zagłębia się w te wspomnienia. Otóż rzecz działa się w Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach, podczas jednego z biwaków. Spaliśmy na piętrze nad świetlicą. Były to czasy, w których Stanica otwierała swe podwoje tylko w ciepłych porach roku, ponieważ nie było w niej ogrzewania. Dopiero w drugiej połowie lat 80-tych Stanica przeszła remont i rozbudowę i od tamtej pory jest obiektem całorocznym. Toteż zapewne musiała być wtedy jesień, kiedyśmy byli na tym biwaku. Kto wie? Może to nawet ten sam biwak, na którym rozdział wcześniej PoCISki urządziły swój sabat nocą w lesie i na niezapalony stos rzuciły szkołę i WOP, by spalić, co niemiłe? Następny absurd ze "spalaniem na niezapalonym stosie". Czy kto z nas zdawał sobie sprawę jakich pokładów filozoficznych w naszych przeżyciach dotykaliśmy wtedy? Znów trzeba stwierdzić: czysta transcendencja.
Łóżek w Stanicy wtedy nie było. Trzeba było pobrać sobie materace z magazynu, rozłożyć i spało się normalnie, czyli na ziemi. Zawsze układaliśmy materace tak, by tworzyły jedno wielkie łoże. Zdecydowanie przyjemniej było i milej spać w kupie. Szczerze mówiąc nie lubiłam tego pokoju, ponieważ tuż pod dachem znaleźliśmy kiedyś gniazdo os. Teraz tam jest pokój ośmioosobowy. My spaliśmy wtedy całą drużyną. Rankiem obudził nas chłód jesieni. Co chwilę ktoś inny zrywał się, by pobiec do latryny, a jak przebiegł dookoła Stanicy w tak rześkim powietrzu, to oczy już mu się nie kleiły. Robił się zgiełk, przybywało osób obudzonych. Nieliczni mogli spać w takich warunkach. Ale byli tacy, oczywiście, którzy potrafili dokonywać takiej sztuki. Na temat ludzkiej niemożliwości obudzenia Marty H. do dzisiaj krążą legendy po świecie. Ale wtedy to Urszulanka swym snem dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń i powodu do śmiechu na całe życie. Nastała już taka godzina, że nikt nie spał. Już chyba nawet wszyscy byli w latrynie. Zaczęły się rozmowy, śmiechy, gadanie, ktoś wyciągnął coś do jedzenia z plecaka. Co też mogliśmy mieć do jedzenia w tych plecakach, większość produktów była na kartki, pozostałych nie było w sklepach... Ale wtedy, rankiem w Stanicy ktoś wyciągnął gruszkę, głośno to oznajmiając. Urszulanka poprosiła najnormalniej w świecie: "Daj gryza". Dawanie gryza było powszechną praktyką stosowaną w szkołach i w innych gronach rówieśniczych. Jeszcze wtedy nie wymyślono wirusa świńskiej grypy i tym podobnych szczepów. Jedyne szczepy jakie znaliśmy, to były szczepy harcerskie i jak się kto znał na historii, względnie geografii, to słyszał o szczepach ludzi pierwotnych, czy szczepach murzyńskich. Skoro Urszulanka poprosiła o gryza gruszki, to właściciel owoca wyciągnął rękę z gruszką w kierunki Urszulanki, by mogła się poczęstować. I wtedy okazało się, że Urszulanka najnormalniej w świecie śpi i śpiąc powiedziała: "Daj gryza". Nie byliśmy tacy ufni, czy naiwni, żeby się dać wyrolować, wielokrotnie i na różne sposoby sprawdzając, czy Urszulanka nie stroi sobie z nas żartów. Im bardziej sprawdzaliśmy, tym bardziej Urszulanka wściekała się na nas i nawoływała nas do zachowania spokoju, bo ona przecież śpi. Mało tego: śpi i nadal chce spać. Gdyśmy się wreszcie uciszyli na dodatkowy apel kogoś niezwykle empatycznego w tym temacie, to nagle nie kto inny, a sama Urszulanka mówi: "Ale tu pięknie". W takiej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak albo się na Urszulankę zezłościć - no ledwo co, nas uspokajała mówiąc przez sen, że śpi, a tu ni z tego, ni z owego sama zaczyna gadać, albo... No, właśnie! Ktoś wpadł na pomysł, aby pociągnąć Urszulankę za język i popytać, gdzie to niby jest tak pięknie. Wszyscy momentalnie złapaliśmy myśl ze zrozumieniem, że mamy okazję, by z tajemniczej zazwyczaj Urszulanki wydobyć co nieco, skoro gada przez sen. A tu Urszulanka, jak nie zacznie opowiadać wrażeń z poranka na Durbaszce z czasu tej wycieczki obozowej, że cudnie, że mgła taka, że oko wykol nic nie widać, że barany w oddali, bo beczą i dzwonkami dzwonią, a psy szczekają, że mgły zeszły, że zmęczona i ona i wszyscy wokół... i już następna rzecz, następne wrażenie, następne przeżycie, jak to we śnie się szybko wszystko dzieje... więc i opowieść Urszulanki toczyła się wartkim strumieniem. Kto nie był na Durbaszce w tamten obozowy czas, miał ekspresowo podane gotowe doznania. Mógł widzieć wszystko oczami Urszulanki i odbierać jej wrażliwością i emocjami. Ja tam zawsze z Urszulanką odbierałam na tych samych falach, więc jak dla mnie starczyło wrażeń. Zwłaszcza, że największe wrażenia i tak dotyczyły tego zachowania Urszulanki w jesienny poranek w Stanicy, w pokoju nad świetlicą, gdyśmy już wszyscy się pobudzili, a Urszulanka swym dziwnym snem dostarczyła nam powodów na całe życie do tego, by mówić jej za każdym razem, że każdej następnej, wspólnie spędzonej nocy, wygadała wszystko to, o czym na jawie mówić nie chciała.
Uciekła przed nami do Holandii. Rzadko bywa na naszych spotkaniach, które przecież odbywają się cyklicznie przez całe lata, po kilka spotkań w roku. Nie niechęć, tylko odległość jest przeszkodą. Czasem zdarza się, że bywa. Przeważnie dzwoni z tego swojego nowego kraju, który dał jej dobrobyt w dniach, kiedy nam jeszcze nie śniło się o Polsce takiej, jaką dzisiaj mamy. Telefonuje wówczas wieczorem, podczas naszych posiadów z piosenką przy kominku. Słuchawka telefonu obiega krąg, przekazywana z rąk do rąk. Kiedy dochodzi do mnie, obie możemy już tylko płakać. Choć wszyscy CISOWCE zawsze byli i nadal są mi niezmiernie drodzy i bliscy, tak drodzy i bliscy, że nie da się tego wyrazić słowami, dla Urszulanki zawsze miałam i mam po dziś w swym sercu miejsce szczególne.
Lato z ptakami odchodzi
"Lato z ptakami odchodzi,
wiatr skręca liście w warkoczach,
dywanem pokrywa szlaki,
warkocze wiesza na zboczach.
Przyobleka myśli w kolory
w liści złoto, buków purpurę
palę w ogniu letnie wspomnienia
idę wymachując kosturem.
Idę w góry cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
w szelest liści wsłuchać się pragnę
w odlatujących ptaków głosy...
Słony pot czuję w ustach
dzień spracowany ucieka
anioł zapala gwiazdy
oświetla drogę człowieka
już niedługo rozpalę ogień
na rozległej górskiej polanie
już niedługo szałas zielony
wśród dostojnych buków powstanie...
Idę w góry cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
w szelest liści wsłuchać się pragnę
w odlatujących ptaków głosy..."
MOTTO
"Powiadają przecie:
nie dla bryndzy bryndza
nie dla wełny wełna
ani pieniądz nie dla pieniądza".
(St. Wincenz "Na wysokiej połoninie")
Łączna liczba wyświetleń
piątek, 21 stycznia 2011
czwartek, 20 stycznia 2011
Stanica w Kosarzyskach
Czarna noc, cisza, stanica śpi, tylko wiatr wolno porusza czubkami drzew. Na bielszej wstążce drogi ginie siedem czarnych postaci. Sabat POCISKÓW. Na niezapalony stos rzucamy szkołę i WOP. Zemsta, zemsta... Postacie tańczą wokół stosu - sześć czarownic i jeden czarownic. To my - Ulka, Natka, Monika, Gośka, Agata, Dorota i Marek - filharmonia. Nasza specjalność - piosenka harcerska stara i nowa. Jeszcze trzy pociski są wolne, ale widoki na nowych czarowniców już mamy.
POCISKI 12.09.1982 r. RELANIUM 1/83
Cokolwiek pisałam do tej pory o moim życiu w harcerskim mundurze, wszystkie wydarzenia i miejsca, które przedstawiłam wyszły z mroków niepamięci. Tylko ludzie są teraźniejszością, misternie zbudowaną z tamtych zdarzeń i wspomnień. Jest jednak jedno miejsce, które nigdy nie stało się przeszłością ani wspomnieniem. To Stanica Harcerska w Kosarzyskach. Stara, poczciwa, drewniana, wybudowana tak dawno temu, że najstarsi górale nie pamiętają, kiedy. Choć tak naprawdę, to w Kosarzyskach żyje jeszcze człowiek, który będąc 14- latkiem pomagał przy pracach stolarskich, budowlanych i ciesielskich podczas stawiania Stanicy. Stanicę oddano harcerskiej braci do użytku w roku 1926 - tak przynajmniej głosi napis na belce podtrzymującej powałę w świetlicy, choć dokumenty mówią o roku 1928. To w jakim wieku ten człowiek jest dzisiaj, skoro podczas budowania Stanicy miał lat 14?
Stanica jest dla mnie domem wciąż i nieprzerwanie. Takim prawdziwym domem, posiadającym duszę i własną osobowość. Posiadającym klimat i odpowiednią atmosferę. Domem, za którym tęskni się i wraca doń w nieskończoność, jakby czekała w nim matka z serdecznym bochnem gorącego chleba. Wnętrze tego domu nieprzerwanie tętni wydarzeniami dziejącymi się w teraźniejszości, jak i tymi, które bliżej lub dalej naszych czasów przeszły. Głosy osób, które kiedykolwiek w przeszłości przekroczyły próg tego niezwykłego domu wciąż żywo rozbrzmiewają, splatając się z głosami dzieci i starszych, przybyłymi dopiero w przyszłości, wspólnie tworząc historię i opowieść, którą dom ma do przekazania uważnym słuchaczom. Wszystko, co dzieje się się w Stanicy w jakimkolwiek czasie zaszeregowanym do przeszłości, teraźniejszości, czy przyszłości, która się wydarzyła, jest tak transcendentalnym przeżyciem, że lepiej w nie nie wnikać postronnemu obserwatorowi. W Stanicy dzieją się dzieje sądeckiego harcerstwa. W Stanicy dzieją się dzieje niejednego człowieka. W Stanicy wreszcie, dzieją się dzieje tego wszystkiego, co ludziom kojarzy się z ich tożsamością. Pod dachem tego domu bywają największe radości życia. Ale nierzadko goszczą też smutki, które, pomimo, że się trafiają, potrafią zbudować w człowieku moc i potęgę. Rozpalają się miłości, trwające latami, które czasem dają dym, czasami piękny ogień. Pod dachem tego domu serca młodych ludzi stają się zarzewiem wielkich postanowień, które nierzadko potrafią zamienić się w czyn. Tu rodzą się pieśni śpiewane potem w różnych zakątkach naszego kraju, a melodia zakorzeniona na Szerokiej Polanie, snując się dymami ognisk i mgłami, powraca w to miejsce z najdalszych krańców, bo ona też czuje się tu jak w domu. Pod dachem tego domu, pod niebem tego świata jest czas i miejsce na najwznioślejsze myśli kierowane ku nieskończoności boskiego stworzenia i tworzenia, które wciąż tworzy się, każdemu od nowa. Tu dzień zaczyna się najszczerszą modlitwą, a kończy dziękczynieniem. Bo Bóg musiał to miejsce szczególnie upodobać, skoro ofiarował je młodym ludziom, by mogli wzrastać do najpiękniejszego człowieczeństwa.
Przed biwakiem w Kosarzyskach
Nikt nie wiedział o PoCISkach
Tu się nasza brać zebrała
Odtąd razem być już chciała
Hej, dziesięć PoCISków
Dziesięć wesołych, nieznośnych pysków
Hej dziesięć PoCISków
Dziesięć wesołych, nieznośnych pysków
Hej dziesięć PoCISków, hej...
słowa i melodia: Monika Kierczyńska
Jaworzyna
Wychodząc z bajki, do której przybywam każdego popołudnia tej zimy, wchodzę wprost do lasu. Las porasta górę stojącą w orszaku królowej, jednego z królestw Beskidu Sądeckiego - Jaworzyny Krynickiej. Owa góra stoi najbliżej królowej, zwrócona w jej stronę, zapatrzona w piękno i majestat pani Beskidu. Wiele jest tam lasów i wzniesień, ale ten las i ta góra są wyjątkowe. Ponieważ na stoku tej góry mieści się miejsce, w którym przebywają dzieci tak cudowne, które potrafią stwierdzić, że mieszkają w odległości dwóch bajek od tego właśnie miejsca. Każde z tych dzieci jest niezwykłe, jak niezwykłe jest miejsce. Kiedy za pierwszym razem wkroczyłam w las, który tak naprawdę był strojem damy z orszaku królowej Beskidu Sądeckiego, doznałam nagle niezwykłego zjawiska. Zobaczyłam niebo rozświetlone niecodzienną poświatą. Granatowo-niebiesko-sino-biała poświata unosiła się nad drzewami i w pierwszym momencie skojarzyłam ją z pełnią księżyca, ale szybko odrzuciłam takie skojarzenie. Przecież księżyc daje ciepłe, żółte światło odbite od słońca. Tamto światło, właściwie jego rozciągnięte nad koronami drzew fale, były w nieznanym w naszych krajobrazach kolorze, stopniowane odcieniami barwy niebiesko-granatowego nieba. Z wielkim zaciekawieniem i rosnącym zainteresowaniem podążałam drogą ku zakrętowi, licząc na to, że w końcu drzewa odsłonią ten skrawek nieba. Krok za krokiem zbliżał mnie do tej chwili, w której ujrzałam najpierw jeden księżyc, zaraz potem drugi, i trzeci i... naliczyłam ich osiemnaście. To one dawały taką poświatę na mocno granatowym, prawie czarnym o tej porze dnia, niebie. Ale skąd tyle tych księżyców? Z jakiej przyczyny i dlaczego? Szłam przed siebie zastanawiając się nad tym zjawiskiem, aż w jednym momencie wszystkie księżyce zgasły. W tej samej chwili zapanowała też niesamowita cisza, która uświadomiła mi jak wielki szum ogarniał mnie wcześniej, zanim zrobiło się ciemno i wszystko ucichło. I wtedy oczom moim ukazały się damy z orszaku królowej, jednego z królestw Beskidu, oraz sama królowa w pełniej krasie świateł rozpraszających mrok, jak gwiazdy na niebie. Jakie to było cudne zjawisko!? Zaraz też do moich uszu dotarł z oddali szum potoku płynącego prosto z gór, pędzącego w dół, ku dolinom wartkim nurtem. Stanęłam na brzegu, który okazał się być zawrotnej wysokości skarpą i popatrzyłam w dół, na piętrzące się wody. W wodach odbijał się mrok całego kosmosu, który ogarniał to, co wokół się działo, i tylko niekiedy, wierzchem fali połyskiwało jakie światło odbite ze stroju królowej, lub też damy jej dworu. Połyskiwało blaskiem brylantu i zapraszało do wysłuchania opowieści, jaką rwące wody niosły ze sobą. Krótko słuchałam, bo zaraz też inne rzeczy zaprzątnęły moją uwagę. Zasłyszałam zaś, że wyżej w górach Beskidu dzieją się rzeczy niesłychane. Zima panuje niepodzielnie, śniegiem i mrozem zmuszając cały świat do posłuszeństwa i poddaństwa. Zwierzętom nie wiedzie się najlepiej. Wilki, których tej zimy w królestwie Pani Jaworzyny pojawiło się jakoś więcej niż zazwyczaj, polują wygłodniałe, siejąc dodatkowy strach... Roztańczone wody potoku były szczęśliwe, bo tu, w dolinie, u stóp królowej jednego z królestw Beskidu - Jaworzyny Krynickiej, uwolniły się wreszcie spod lodowej tafli i mogły swobodnie płynąć i nieść swą opowieść tym, którzy słuchać potrafią, mając nadzieję, że kiedyś w końcu dopłyną do miejsca, w którym odnajdą wiosnę, a jej nadejście wyniosą w górskie ostępy ptaki na swych skrzydłach. Poszumiały, popluskały i popłynęły dalej.
A ja musiałam zakończyć baśniowe marzenia i wraz z oczekującymi na przystanku narciarzami wsiąść do autobusu, który właśnie nadjechał, by zawieźć mnie do rzeczywistości...
A ja musiałam zakończyć baśniowe marzenia i wraz z oczekującymi na przystanku narciarzami wsiąść do autobusu, który właśnie nadjechał, by zawieźć mnie do rzeczywistości...
Spokój Bogusi i straszna burza
Piguły pojawiły się w moim życiu już na obozie w Majdanie Sopockim. Janusz ochrzcił tak dziewczyny, które chodziły do medyka. Jednym słowem kwitował 4 osoby. Janusz doskonale o tym wiedział, że każda z nich posiadała wielką osobowość, podobnie jak wszyscy pozostali indywidualiści w CISOWCACH legitymowali się wielkimi osobowościami. Człowiek mierny nie miał czego szukać w naszym towarzystwie. Wcale nie dlatego, że to my byliśmy hermetyczni, jak nam zarzucano. Nazwijmy to tak, że inne typy charakterów nie lubiły naszego towarzystwa. Dlaczego? Byliśmy ambitni. Byliśmy pracowici. Wciąż stawialiśmy sobie wyżej poprzeczkę, lub też nie protestowaliśmy, gdy ktoś nam ją wyżej podciągał. Szybko przystosowywaliśmy się do nowych, trudniejszych warunków i myk, do góry. Jacy jeszcze byliśmy? Bezlitośni dla wszelkich przejawów głupoty. Przy czym nie polegało to na dostrzeganiu głupoty w innych, obcych. Wpierw własną głupotę piętnowaliśmy, mając przy tym dobrą zabawę, zanim dobraliśmy się do czyjejś. To samo było ze słabościami, bądź słabymi stronami - bo to dwie różne sprawy. Taki Jerzy to do dzisiaj drży przed spotkaniami z nami, dziewczynami, bo najlepiej wie, że nie zostawiamy na nikim suchej nitki. Wie również, że jak się uczepimy jakiegoś "delikatnego" tematu, to parę lat ma delikwent z głowy. Z wielką ulgą odetchnął podczas jednego z biwaków ze dwa, trzy lata temu, kiedy to Krzysiu opowiadał, że zasłyszał o chorobie polegającej na tworzeniu się żylaków na powrózkach nasiennych. "Koło się odwróciło - pomyślał, a nawet głośno powiedział Jerzy - teraz będą wisiały na Krzyśku; ode mnie się odczepią." No, bo skąd Krzysiu słyszał o takiej dziwacznej chorobie? Ale znowu odeszłam od tematu. Jacy jeszcze byliśmy, gdyśmy mieli 16-19 lat i nieco więcej? Na pewno musieliśmy być bardzo bezczelni w swoim dążeniu do doskonałości. Każdy młody, gniewny, z aspiracjami by sięgać do gwiazd, usiłujący zmieniać świat, innym ludziom musi wydawać się bezczelny. Wierzyliśmy, że zmienimy świat. Doskonaliliśmy siebie, a to przecież najlepsza droga do zmieniania świata. Janusz osiągnął mistrzostwo świata w wielu kierunkach na drodze doskonalenia naszych charakterów, sam mając charakter niezdolny do własnego wzrostu. Raz urządził sąd nad Urszulanką i nade mną. Sąd odbył się wieczorem, podczas ogniska i miał zdecydować, czy usunąć nas z obozu. W końcu sąd, to była jedna z form pracy w metodyce starszoharcerskiej...
Obóz w Hucie Wysowskiej składał się, jak wszystkie obozy harcerskie, z kilku podobozów. Nasz podobóz, o nazwie "Podhalanie" był kursem dla drużynowych. Na innych podobozach prowadzona była akcja letnia dla dzieciaków z okolic Gorlic i Uścia Gorlickiego, czyli z najbliższej okolicy, polegająca na rotacyjnych, kilkudniowych pobytach dzieci ze środowisk wiejskich na obozie, tak, aby dzieciaki poznały choć namiastkę życia obozowego. Po deszczowym pierwszym tygodniu obozu, przyszła wreszcie piękna pogoda. Któregoś dnia uczestnicy naszego kursu oddelegowani zostali do pracy praktycznej, czyli do zajęć z dziećmi z innego podobozu. Przyszli żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza stacjonujący w Strażnicy w Wysowej, by zabrać wszystkich w teren, na patrolowanie granicy. Urszulanka i ja poszłyśmy jako opieka. Pogoda przepiękna, słońce świeciło, gorąco - prawdziwe lato. Było już po południu, gdy ruszyliśmy w teren. Po dość długim marszu instruktorzy wraz z WOP-istami postanowili zrobić odpoczynek, zwłaszcza, że dotarliśmy do pięknej widokowo Przełęczy Wysowskiej, na której, prócz widoków, wędrowców kusiły pola borówkowe. Cała dzieciarnia i wszyscy pozostali wpadli w te krzaczki borówek. Można je było zrywać dosłownie garściami. Nagle pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczęły dochodzić nas pomruki burzy, które nadspodziewanie szybko zbliżały się. Aż do tamtej pory, nie wiedziałam, że burza na przełęczy jest najniebezpieczniejszym zjawiskiem w górach. Cała grupa dość szybko zebrała się, by ruszyć w drogę powrotną, a my z Urszulanką upojone swoją funkcją tzw. "kadry młodzieżowej" i tym, że nas komenda na zbiórkę nie dotyczyła bezpośrednio, kucałyśmy jeszcze w tych krzaczkach borówek i objadałyśmy się słodkimi jagodami. Wszyscy byli na widoku, nawet jak nie podnosiłyśmy głów znad krzaczków, to i tak wszystkich było słychać. Dokładnie słyszałyśmy ponaglenia instruktorów kierowane w naszą stronę, byśmy już ruszyły. W pewnym momencie głosy oddaliły się. Zupełnie nagle. Wstałyśmy i okazało się, że nikogo z grona kilkudziesięciu osób nie widać. Głosy dochodziły jakby z bardzo daleka. Zaczęłyśmy wołać, zwłaszcza, że spadły na ziemię pierwsze ogromne krople deszczu, zrobiło się ciemno i ponuro, a niebo przecięły pierwsze błyskawice. Ktoś nam odpowiadał "hop, hop", ale w którąkolwiek stronę byśmy nie popatrzyły, nigdzie nikogo nie było widać. Należy się domyślać, że żołnierze poprowadzili grupę jakąś niewidoczną, sobie tylko znaną ścieżką na skróty, bo w końcu głosy ucichły, a burza rozpętała się na dobre, lało jak z cebra, zapadły straszliwe ciemności rozświetlane tylko błyskawicami. Przerażający huk piorunów częstował nas strachem, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałyśmy. Postanowiłyśmy iść ścieżką, tak jak prowadziła przez las. Las należał do owej buczyny karpackiej, jedynej w swoim rodzaju osobliwości leśnej w Europie, którą opiewają wszystkie przewodniki i informatory turystyczne, czyniąc zeń wielką atrakcję. Nam, w czasie burzy poskręcane pnie buków jawiły się jak drzewa z bajki o Jasiu i Małgosi. Na dodatek co rusz, w odległości dosłownie kilku metrów od nas piorun trafiał w któreś drzewo, to po lewej, to po prawej stronie, a ono z dymem, jak od cięcia elektryczną piłą, pękało w pół. To znów ścieżkę zagrodził dopiero co rozłupany piorunem buk, z tej opiewanej buczyny karpackiej. Nie jestem w stanie wyrazić lęku, jaki wtedy odczuwałam. Dość, że szłyśmy gęsiego, ponieważ postanowiłyśmy, że ja jako starsza będę prowadziła. Jaka to pomyłka, nie jestem dobra w topografii. W każdym razie idąc tak tą przełęczą w samym środku najstraszliwszej w naszym życiu burzy, ja odmawiałam "zdrowaśki", a Urszulanka tuż za moimi plecami śpiewała dość donośnym głosem: "Jak dobrze jest żyć, móc z śpiewem budzić słońce i z przyjaciółmi iść, dzień dobry mówiąc Polsce..." Któraś z nas miała wystarczającą moc swojej "modlitwy" na to, byśmy bezpiecznie wyszły z tej straszliwej przygody. A nie wiedzieć czemu, wyszłyśmy już prawie za granicą. Na pewno daleko za wsią, a nawet za strażnicą WOP. Toteż w przemoczonych mundurach i wszystkim, co miałyśmy na sobie pod mundurami, w pionierkach, w których chlupała woda - co chwilę zatrzymywałyśmy się, ściągałyśmy buty i wylewałyśmy zbierającą się w nich wodę, choć nie były przez to mniej mokre. Musiałyśmy przejść przez całą długość Wysowej, potem kawałek szosą w stronę kościoła, bo tam, na wysokości kościoła skręcało się do naszego obozu, a stamtąd było jeszcze kilka kilometrów do przejścia. Wstąpiłyśmy rzecz jasna do kościoła, by złożyć najgorętsze w dotychczasowym życiu dziękczynienie za przeżycie tej burzy. Modliłyśmy się długo i żarliwie. W tle pewnie tkwił lęk przed powrotem na obóz...
A wszyscy na obozie odchodzili od zmysłów.
W momencie, gdy tylko pioruny przestały trzaskać nasz drużynowy i komendant całego zgrupowania (!) utworzyli ekspedycję poszukiwawczą, która ruszyła nas szukać w momencie, gdy my się znalazłyśmy, to znaczy zeszłyśmy wreszcie z przełęczy, pozostawiając przeklęty las buczynowy za plecami i zobaczyłyśmy pasącą się na mocno zielonej, od przesyconego ozonem powietrza polanie leśnej, krowę. Wiedziałyśmy, że jesteśmy odnalezione, choć nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak daleko od obozu. Samo zgubienie się w lesie, nawet podczas burzy, nie było tragiczniejsze od cienia podejrzenia, że mogłyśmy niebacznie przejść granicę i znaleźć się nielegalnie na terenie Czechosłowacji. To by dopiero była międzynarodowa chryja! Nie mówię, że instruktorzy nie lękali się o nasze życie. Jednak w tamtych czasach te dwa aspekty naszego zgubienia się nie mogły się równać ze sobą.
Ekspedycja poszukiwawcza była w trakcie poszukiwań, kiedy dotarłyśmy wreszcie na podobóz. Wszyscy patrzyli na nas jak na przestępców. Zewsząd słychać było słowa potępienia i krytyki skierowane w naszą stronę. Czułyśmy się w dwójnasób strasznie. Po tak tragicznych przeżyciach oczekiwałyśmy odrobiny zrozumienia. Przecież wiedziałyśmy, że to my zawiniłyśmy. Byłyśmy zmarznięte i mokre, a powiedziano nam, że zostaniemy wydalone z obozu. Byłyśmy przemęczone i głodne, a napotkałyśmy mur niechęci. Byłyśmy przerażone, a inni nas potępiali.
Tylko Bogusia nic nie powiedziała, wzięła nasze mokre mundury i zabłocone pionierki, i poszła wszystko wyprać i wyczyścić w lodowatej wodzie w potoku.
Obóz w Hucie Wysowskiej składał się, jak wszystkie obozy harcerskie, z kilku podobozów. Nasz podobóz, o nazwie "Podhalanie" był kursem dla drużynowych. Na innych podobozach prowadzona była akcja letnia dla dzieciaków z okolic Gorlic i Uścia Gorlickiego, czyli z najbliższej okolicy, polegająca na rotacyjnych, kilkudniowych pobytach dzieci ze środowisk wiejskich na obozie, tak, aby dzieciaki poznały choć namiastkę życia obozowego. Po deszczowym pierwszym tygodniu obozu, przyszła wreszcie piękna pogoda. Któregoś dnia uczestnicy naszego kursu oddelegowani zostali do pracy praktycznej, czyli do zajęć z dziećmi z innego podobozu. Przyszli żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza stacjonujący w Strażnicy w Wysowej, by zabrać wszystkich w teren, na patrolowanie granicy. Urszulanka i ja poszłyśmy jako opieka. Pogoda przepiękna, słońce świeciło, gorąco - prawdziwe lato. Było już po południu, gdy ruszyliśmy w teren. Po dość długim marszu instruktorzy wraz z WOP-istami postanowili zrobić odpoczynek, zwłaszcza, że dotarliśmy do pięknej widokowo Przełęczy Wysowskiej, na której, prócz widoków, wędrowców kusiły pola borówkowe. Cała dzieciarnia i wszyscy pozostali wpadli w te krzaczki borówek. Można je było zrywać dosłownie garściami. Nagle pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczęły dochodzić nas pomruki burzy, które nadspodziewanie szybko zbliżały się. Aż do tamtej pory, nie wiedziałam, że burza na przełęczy jest najniebezpieczniejszym zjawiskiem w górach. Cała grupa dość szybko zebrała się, by ruszyć w drogę powrotną, a my z Urszulanką upojone swoją funkcją tzw. "kadry młodzieżowej" i tym, że nas komenda na zbiórkę nie dotyczyła bezpośrednio, kucałyśmy jeszcze w tych krzaczkach borówek i objadałyśmy się słodkimi jagodami. Wszyscy byli na widoku, nawet jak nie podnosiłyśmy głów znad krzaczków, to i tak wszystkich było słychać. Dokładnie słyszałyśmy ponaglenia instruktorów kierowane w naszą stronę, byśmy już ruszyły. W pewnym momencie głosy oddaliły się. Zupełnie nagle. Wstałyśmy i okazało się, że nikogo z grona kilkudziesięciu osób nie widać. Głosy dochodziły jakby z bardzo daleka. Zaczęłyśmy wołać, zwłaszcza, że spadły na ziemię pierwsze ogromne krople deszczu, zrobiło się ciemno i ponuro, a niebo przecięły pierwsze błyskawice. Ktoś nam odpowiadał "hop, hop", ale w którąkolwiek stronę byśmy nie popatrzyły, nigdzie nikogo nie było widać. Należy się domyślać, że żołnierze poprowadzili grupę jakąś niewidoczną, sobie tylko znaną ścieżką na skróty, bo w końcu głosy ucichły, a burza rozpętała się na dobre, lało jak z cebra, zapadły straszliwe ciemności rozświetlane tylko błyskawicami. Przerażający huk piorunów częstował nas strachem, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałyśmy. Postanowiłyśmy iść ścieżką, tak jak prowadziła przez las. Las należał do owej buczyny karpackiej, jedynej w swoim rodzaju osobliwości leśnej w Europie, którą opiewają wszystkie przewodniki i informatory turystyczne, czyniąc zeń wielką atrakcję. Nam, w czasie burzy poskręcane pnie buków jawiły się jak drzewa z bajki o Jasiu i Małgosi. Na dodatek co rusz, w odległości dosłownie kilku metrów od nas piorun trafiał w któreś drzewo, to po lewej, to po prawej stronie, a ono z dymem, jak od cięcia elektryczną piłą, pękało w pół. To znów ścieżkę zagrodził dopiero co rozłupany piorunem buk, z tej opiewanej buczyny karpackiej. Nie jestem w stanie wyrazić lęku, jaki wtedy odczuwałam. Dość, że szłyśmy gęsiego, ponieważ postanowiłyśmy, że ja jako starsza będę prowadziła. Jaka to pomyłka, nie jestem dobra w topografii. W każdym razie idąc tak tą przełęczą w samym środku najstraszliwszej w naszym życiu burzy, ja odmawiałam "zdrowaśki", a Urszulanka tuż za moimi plecami śpiewała dość donośnym głosem: "Jak dobrze jest żyć, móc z śpiewem budzić słońce i z przyjaciółmi iść, dzień dobry mówiąc Polsce..." Któraś z nas miała wystarczającą moc swojej "modlitwy" na to, byśmy bezpiecznie wyszły z tej straszliwej przygody. A nie wiedzieć czemu, wyszłyśmy już prawie za granicą. Na pewno daleko za wsią, a nawet za strażnicą WOP. Toteż w przemoczonych mundurach i wszystkim, co miałyśmy na sobie pod mundurami, w pionierkach, w których chlupała woda - co chwilę zatrzymywałyśmy się, ściągałyśmy buty i wylewałyśmy zbierającą się w nich wodę, choć nie były przez to mniej mokre. Musiałyśmy przejść przez całą długość Wysowej, potem kawałek szosą w stronę kościoła, bo tam, na wysokości kościoła skręcało się do naszego obozu, a stamtąd było jeszcze kilka kilometrów do przejścia. Wstąpiłyśmy rzecz jasna do kościoła, by złożyć najgorętsze w dotychczasowym życiu dziękczynienie za przeżycie tej burzy. Modliłyśmy się długo i żarliwie. W tle pewnie tkwił lęk przed powrotem na obóz...
A wszyscy na obozie odchodzili od zmysłów.
W momencie, gdy tylko pioruny przestały trzaskać nasz drużynowy i komendant całego zgrupowania (!) utworzyli ekspedycję poszukiwawczą, która ruszyła nas szukać w momencie, gdy my się znalazłyśmy, to znaczy zeszłyśmy wreszcie z przełęczy, pozostawiając przeklęty las buczynowy za plecami i zobaczyłyśmy pasącą się na mocno zielonej, od przesyconego ozonem powietrza polanie leśnej, krowę. Wiedziałyśmy, że jesteśmy odnalezione, choć nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak daleko od obozu. Samo zgubienie się w lesie, nawet podczas burzy, nie było tragiczniejsze od cienia podejrzenia, że mogłyśmy niebacznie przejść granicę i znaleźć się nielegalnie na terenie Czechosłowacji. To by dopiero była międzynarodowa chryja! Nie mówię, że instruktorzy nie lękali się o nasze życie. Jednak w tamtych czasach te dwa aspekty naszego zgubienia się nie mogły się równać ze sobą.
Ekspedycja poszukiwawcza była w trakcie poszukiwań, kiedy dotarłyśmy wreszcie na podobóz. Wszyscy patrzyli na nas jak na przestępców. Zewsząd słychać było słowa potępienia i krytyki skierowane w naszą stronę. Czułyśmy się w dwójnasób strasznie. Po tak tragicznych przeżyciach oczekiwałyśmy odrobiny zrozumienia. Przecież wiedziałyśmy, że to my zawiniłyśmy. Byłyśmy zmarznięte i mokre, a powiedziano nam, że zostaniemy wydalone z obozu. Byłyśmy przemęczone i głodne, a napotkałyśmy mur niechęci. Byłyśmy przerażone, a inni nas potępiali.
Tylko Bogusia nic nie powiedziała, wzięła nasze mokre mundury i zabłocone pionierki, i poszła wszystko wyprać i wyczyścić w lodowatej wodzie w potoku.
wtorek, 18 stycznia 2011
Rada drużyny
- Paweł, ty jesteś członkiem Rady Drużyny.
- No, ale ja po prostu, po prostu, nie wiem co mam po prostu robić.
Druh Janusz tłumaczy chcąc nie chcąc. Tłumaczy ponad piętnaście minut.
- Więc jak Paweł?
- Ale ja, ja po prostu...
- Przestań mówić "po prostu" co drugie słowo.
- Ale ja po prostu nie mogę.
- No, to mów!!!
- No, więc tego, ja po prostu dalej nie wiem, co mam robić.
RELANIUM 1/83
To po prostu cały Paweł. Kiedyś mieliśmy zbiórkę w Komendzie Chorągwi, mieszczącej się, jak już pisałam, w budynku przy ulicy Wąsowiczów 8. Wszystkie wydziały programowe były na parterze, tam gdzie teraz doktor Abdullah i nauka jazdy. Wchodziło się jak do doktora. Zbiórka trwała, wszyscy, nawet ci, którzy zawsze się spóźniali, przyszli. Nie było tylko Pawła. W końcu wszedł nawet się nie tłumacząc ze spóźnienia. Nikt też jego tłumaczenia nie oczekiwał, na czele z drużynowym, który w przypadku każdej innej osoby, zachowałby się zgoła inaczej. Wręczył za to Pawłowi do ręki opakowanie herbaty madras liściastej i powiedział: "W nagrodę idziesz robić wszystkim herbatę". Tu też pasowałby opis jak w poprzednim rozdziale, że Paweł zamarł w takiej pozycji w jakiej stał i wyszedł. To jest zdecydowanie najlepszy opis do wielu sytuacji, jakie przydarzały nam się podczas naszego harcowania. Zbiórka toczyła się dalej. Pawła nie było. Wszyscy wiedzieli, iż woda w kuchni leje się nikłym strumyczkiem, że trzeba mieć sporo samozaparcia, aby wytrwać cierpliwie, by naczerpać cały jej dzbanek. Pawła jednak nie było i nie było. W końcu wszedł do pokoju dosłownie w tej samej zastygniętej pozycji, w jakiej wyszedł, z paczką herbaty trzymanej w na w pół wyciągniętej przed siebie ręce. Paczka herbaty była wciąż zamknięta, a Paweł cicho zapytał, nie chcąc przeszkadzać w zbiórce: "Przepraszam, ale jak się robi herbatę?"
Innym zaś razem, gdyśmy wrócili z gór, po którymś z biwaków i nie czuliśmy jeszcze, że czas ku temu, by się rozstać, postanowiliśmy pójść razem na lody. Na lody wtedy chodziło się albo do Argasińskiego, albo do Lelity, albo do Korala na Sobieskiego. Wszędzie były straszliwe kolejki. Nie wiedzieć czemu, wybraliśmy lodziarnię Korala. Kto wie, może przyczyniliśmy się do rozkwitu firmy rodzinnej? W każdym razie zwyczaj był taki, że jedna osoba stała w kolejce, reszta wycieczki siadała i zjawiała się dopiero w odpowiednim czasie, czyli tuż przed ladą, w momencie zakupu lodów. Zwyczaj ten w dzisiejszych czasach został dopracowany do perfekcji w miejscowościach letniskowych. Na przykład kolejka do latarni morskiej w jakimś naszym nadmorskim kurorcie wygląda skromnie - jest długa, ale pojedyncza. Za to na plecach większości osób stojących w kolejce widnieje kartka: "Tu stoi 100 osób". Tylko liczby są zmienne. Jak w jakiej funkcji. Ale wróćmy do kolejki pod lodziarnią Korala w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, w którąś niedzielę, wczesnym popołudniem, po biwaku CISOWCÓW. Jako się rzekło, zeszliśmy z gór, więc zdecydowanie musieliśmy być zmęczeni. Nawet, gdyby nie zmęczyło nas chodzenie po górach, to przecież w nocy na pewno nie spaliśmy. Toteż ze dwie osoby, dla towarzystwa, stały w kolejce, reszta poobsiadała witryny sklepowe. Paweł wypatrzył super witrynę, usiadł i po dżentelmeńsku wziął Natkę na kolana, bo były to czasy, kiedy Pawłowi wydawało się, że skoro wszyscy kojarzą się w pary, to i on powinien. A skoro powinien, to najlepiej do pary z nim, jego zdaniem, nadawała się Natka. Nadmienić również należy, że Paweł miał wtedy na sobie harcerskie spodenki od munduru, czyli, jak to określiły dzieci jednej Cisowianki, kiedy już osiągnęły taką dojrzałość, że samodzielnie myślały, kojarzyły i komentowały: pedalskie. Były bardzo krótkie i bardzo obcisłe. Ale też Paweł miał nogi, że nic tylko w takich spodenkach chodzić. Poza tym były to spodenki regulaminowe, więc nikomu z nas nie przyszło do głowy zastanawiać się, kojarzyć i komentować, jak zrobiły to po wielu latach prawie dorosłe dzieci jednej Cisowianki. Toteż siedzi Paweł na tej witrynie sklepowej w krótkich harcerskich spodenkach, dzielnie dzierżąc Natkę na swych kolanach. Nagle wstaje, no, znów pasuje użyć tego doskonałego zwrotu: w zastygłej pozycji. Natka zsuwa mu się z kolan, a Paweł z rozdziawioną buzią zwraca się do starszej kobiety: "Ooo! Babcia!?!?"
No, bo o tym, że podczas obozu w Hucie Wysowskiej Paweł przez kilka ładnych dni chodził w jednym podkoszulku i na nasze aluzje, że pasowałoby się przebrać, odpowiedział z rozbrajającą miną: "Chętnie bym się przebrał już dawno, ale ja nie wiem, gdzie mam schowane podkoszulki, bo mnie mama pakowała...", to nie będę pisała, bo nie chcę robić Pawłowi obciachu. W końcu Paweł jest lekarzem.
Natka spadła z kolan Pawła owej niedzieli tak, że nie została jego żoną. Ale czy dlatego, że babcia Pawła jej się nie spodobała, albo też ona babci, to nie wiem, bo nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.
Trochę brak logiki, albo też zastosowano zbyt duży skrót myślowy w tej informacji, w każdym razie przez blisko 30 lat zastanawialiśmy się, gdzie jest proporzec naszej drużyny, a tu masz: leży sobie taki numer "RELANIUM" w "Cisoteki" Tom'ie I. i jest najważniejszym dowodem w sprawie. Ba! On jest świadkiem i dowodem.
CISOWCE
Polną drogą i lasami
Wędrujemy wszyscy wraz
Kto chce maszerować z nami
Niech przystąpi do nas, póki czas.
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Przyciski, Pociski i wszystko to naraz
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Drużynowych Drużyna Chorągwiana.
Mamy wspaniałego druha,
Chociaż złości się, to fajny jest
Bywa czasem nawet ludzki
I uśmiecha się czasami też.
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Przyciski, Pociski i wszystko to naraz
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Drużynowych Drużyna Chorągwiana.
- No, ale ja po prostu, po prostu, nie wiem co mam po prostu robić.
Druh Janusz tłumaczy chcąc nie chcąc. Tłumaczy ponad piętnaście minut.
- Więc jak Paweł?
- Ale ja, ja po prostu...
- Przestań mówić "po prostu" co drugie słowo.
- Ale ja po prostu nie mogę.
- No, to mów!!!
- No, więc tego, ja po prostu dalej nie wiem, co mam robić.
RELANIUM 1/83
To po prostu cały Paweł. Kiedyś mieliśmy zbiórkę w Komendzie Chorągwi, mieszczącej się, jak już pisałam, w budynku przy ulicy Wąsowiczów 8. Wszystkie wydziały programowe były na parterze, tam gdzie teraz doktor Abdullah i nauka jazdy. Wchodziło się jak do doktora. Zbiórka trwała, wszyscy, nawet ci, którzy zawsze się spóźniali, przyszli. Nie było tylko Pawła. W końcu wszedł nawet się nie tłumacząc ze spóźnienia. Nikt też jego tłumaczenia nie oczekiwał, na czele z drużynowym, który w przypadku każdej innej osoby, zachowałby się zgoła inaczej. Wręczył za to Pawłowi do ręki opakowanie herbaty madras liściastej i powiedział: "W nagrodę idziesz robić wszystkim herbatę". Tu też pasowałby opis jak w poprzednim rozdziale, że Paweł zamarł w takiej pozycji w jakiej stał i wyszedł. To jest zdecydowanie najlepszy opis do wielu sytuacji, jakie przydarzały nam się podczas naszego harcowania. Zbiórka toczyła się dalej. Pawła nie było. Wszyscy wiedzieli, iż woda w kuchni leje się nikłym strumyczkiem, że trzeba mieć sporo samozaparcia, aby wytrwać cierpliwie, by naczerpać cały jej dzbanek. Pawła jednak nie było i nie było. W końcu wszedł do pokoju dosłownie w tej samej zastygniętej pozycji, w jakiej wyszedł, z paczką herbaty trzymanej w na w pół wyciągniętej przed siebie ręce. Paczka herbaty była wciąż zamknięta, a Paweł cicho zapytał, nie chcąc przeszkadzać w zbiórce: "Przepraszam, ale jak się robi herbatę?"
Innym zaś razem, gdyśmy wrócili z gór, po którymś z biwaków i nie czuliśmy jeszcze, że czas ku temu, by się rozstać, postanowiliśmy pójść razem na lody. Na lody wtedy chodziło się albo do Argasińskiego, albo do Lelity, albo do Korala na Sobieskiego. Wszędzie były straszliwe kolejki. Nie wiedzieć czemu, wybraliśmy lodziarnię Korala. Kto wie, może przyczyniliśmy się do rozkwitu firmy rodzinnej? W każdym razie zwyczaj był taki, że jedna osoba stała w kolejce, reszta wycieczki siadała i zjawiała się dopiero w odpowiednim czasie, czyli tuż przed ladą, w momencie zakupu lodów. Zwyczaj ten w dzisiejszych czasach został dopracowany do perfekcji w miejscowościach letniskowych. Na przykład kolejka do latarni morskiej w jakimś naszym nadmorskim kurorcie wygląda skromnie - jest długa, ale pojedyncza. Za to na plecach większości osób stojących w kolejce widnieje kartka: "Tu stoi 100 osób". Tylko liczby są zmienne. Jak w jakiej funkcji. Ale wróćmy do kolejki pod lodziarnią Korala w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, w którąś niedzielę, wczesnym popołudniem, po biwaku CISOWCÓW. Jako się rzekło, zeszliśmy z gór, więc zdecydowanie musieliśmy być zmęczeni. Nawet, gdyby nie zmęczyło nas chodzenie po górach, to przecież w nocy na pewno nie spaliśmy. Toteż ze dwie osoby, dla towarzystwa, stały w kolejce, reszta poobsiadała witryny sklepowe. Paweł wypatrzył super witrynę, usiadł i po dżentelmeńsku wziął Natkę na kolana, bo były to czasy, kiedy Pawłowi wydawało się, że skoro wszyscy kojarzą się w pary, to i on powinien. A skoro powinien, to najlepiej do pary z nim, jego zdaniem, nadawała się Natka. Nadmienić również należy, że Paweł miał wtedy na sobie harcerskie spodenki od munduru, czyli, jak to określiły dzieci jednej Cisowianki, kiedy już osiągnęły taką dojrzałość, że samodzielnie myślały, kojarzyły i komentowały: pedalskie. Były bardzo krótkie i bardzo obcisłe. Ale też Paweł miał nogi, że nic tylko w takich spodenkach chodzić. Poza tym były to spodenki regulaminowe, więc nikomu z nas nie przyszło do głowy zastanawiać się, kojarzyć i komentować, jak zrobiły to po wielu latach prawie dorosłe dzieci jednej Cisowianki. Toteż siedzi Paweł na tej witrynie sklepowej w krótkich harcerskich spodenkach, dzielnie dzierżąc Natkę na swych kolanach. Nagle wstaje, no, znów pasuje użyć tego doskonałego zwrotu: w zastygłej pozycji. Natka zsuwa mu się z kolan, a Paweł z rozdziawioną buzią zwraca się do starszej kobiety: "Ooo! Babcia!?!?"
No, bo o tym, że podczas obozu w Hucie Wysowskiej Paweł przez kilka ładnych dni chodził w jednym podkoszulku i na nasze aluzje, że pasowałoby się przebrać, odpowiedział z rozbrajającą miną: "Chętnie bym się przebrał już dawno, ale ja nie wiem, gdzie mam schowane podkoszulki, bo mnie mama pakowała...", to nie będę pisała, bo nie chcę robić Pawłowi obciachu. W końcu Paweł jest lekarzem.
Natka spadła z kolan Pawła owej niedzieli tak, że nie została jego żoną. Ale czy dlatego, że babcia Pawła jej się nie spodobała, albo też ona babci, to nie wiem, bo nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.
Jasiek Piwowar złożył oficjalną prośbę do Rady Drużyny o przyznanie mu honorowego członkostwa. No, ma on tak piękną brodę, że nawet gdyby prosił, żeby go uznać świętym, nie moglibyśmy mu odmówić. Tak więc chorążym drużyny został drugi pod względem stażu członek ChDD mężczyzna - Marek Świder pseudo "Śrubek".RELANIUM 1/83
Trochę brak logiki, albo też zastosowano zbyt duży skrót myślowy w tej informacji, w każdym razie przez blisko 30 lat zastanawialiśmy się, gdzie jest proporzec naszej drużyny, a tu masz: leży sobie taki numer "RELANIUM" w "Cisoteki" Tom'ie I. i jest najważniejszym dowodem w sprawie. Ba! On jest świadkiem i dowodem.
CISOWCE
Polną drogą i lasami
Wędrujemy wszyscy wraz
Kto chce maszerować z nami
Niech przystąpi do nas, póki czas.
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Przyciski, Pociski i wszystko to naraz
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Drużynowych Drużyna Chorągwiana.
Mamy wspaniałego druha,
Chociaż złości się, to fajny jest
Bywa czasem nawet ludzki
I uśmiecha się czasami też.
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Przyciski, Pociski i wszystko to naraz
CISOWCE to my, CISOWCE to my,
Drużynowych Drużyna Chorągwiana.
Mieszkam dwie bajki stąd
Spotkałam wczoraj w mojej pracy małego chłopca. Dawno nie spotkałam żadnego Filipa, dlatego bardzo ucieszyłam się z tego spotkania. Filip ma 7 lat, a gdy spytałam go, czy z daleka przyjechał na swoje ferie zimowe, to odpowiedział:
A ja jadąc do mojej pracy na spotkanie z Filipem z pewnością dotarłam do innej bajki, niż ta, która jest moją codziennością. Kiedy samochód znalazł się na Krzyżówce - swoją drogą, dlaczego mówi się "na Krzyżówce" skoro Krzyżówka jest nazwą miejscowości? - na drodze, trawersującej stok góry, za którą już zaraz, za kilka scen z bajki jest Krynica-Zdrój, to w dolinie poniżej rozpościerały się zmrożone mgły, których koloru nie znalazłby w palecie barw swojej wyobraźni pewnie i sam Nikifor Krynicki. Ponad mgłami świeciło słońce, niebo miało niezwykłą głębię i gdyby nie czucie mocnego przywierania auta do drogi, miałoby się wrażenie, że ta lazurowo-szafirowa głębia nieba wciąga podróżujących, jak niegdyś pewną małą dziewczynkę trąba powietrzna wciągnęła do Krainy Oz. Jednak kiedy minęło kilka chwil, auto pokonało pewną odległość, a w bajce upłynął czas zapewne wiele dłuższy, zmieniła się sceneria i tło. Powietrze stało się nieprzeniknioną zamarzniętą mgłą. Zniknęło światło słońca, niebo gdzieś się zatraciło, a gałęzie i korony drzew uginały się od szadzi, która zamieniała świat w rzeczywistość jak z bajki Andersena, tej o Królowej Śniegu. Wokół było aż ciężko od zamarzniętych cząstek mgły, co dawało wrażenie jakby powietrze było zadymione, zakurzone, popielato-mroźnym dymem. Okolica stała się bardzo nieprzyjemna, wręcz straszna. Wiało lękiem lasu czarownic i strzyg i tak było niemal do samego końca drogi, na której spotkałam Filipa, który, by się ze mną spotkać, pokonał odległość nie krótszą, nie dłuższą, a na dwie bajki...
- "Nie wiem, czy to jest daleko, ale zdążyłem oglądnąć w telewizorze w samochodzie tylko dwie bajki..."Pamiętam, jak bratanek Mężczyzny, Który Kiedyś Był Chłopcem w dzieciństwie mówił, że jego ciocia mieszka "za górami, za lasami, hen...", ale bratanek był dzieckiem gór, to i filozofię góralską miał we krwi. Natomiast spotkany wczoraj Filip nie pamiętał nazwy miejscowości, z której pochodzi. Wiedział, że na pewno nie mieszka w Krakowie, ani na Śląsku. No i ta odległość dwóch bajek...
A ja jadąc do mojej pracy na spotkanie z Filipem z pewnością dotarłam do innej bajki, niż ta, która jest moją codziennością. Kiedy samochód znalazł się na Krzyżówce - swoją drogą, dlaczego mówi się "na Krzyżówce" skoro Krzyżówka jest nazwą miejscowości? - na drodze, trawersującej stok góry, za którą już zaraz, za kilka scen z bajki jest Krynica-Zdrój, to w dolinie poniżej rozpościerały się zmrożone mgły, których koloru nie znalazłby w palecie barw swojej wyobraźni pewnie i sam Nikifor Krynicki. Ponad mgłami świeciło słońce, niebo miało niezwykłą głębię i gdyby nie czucie mocnego przywierania auta do drogi, miałoby się wrażenie, że ta lazurowo-szafirowa głębia nieba wciąga podróżujących, jak niegdyś pewną małą dziewczynkę trąba powietrzna wciągnęła do Krainy Oz. Jednak kiedy minęło kilka chwil, auto pokonało pewną odległość, a w bajce upłynął czas zapewne wiele dłuższy, zmieniła się sceneria i tło. Powietrze stało się nieprzeniknioną zamarzniętą mgłą. Zniknęło światło słońca, niebo gdzieś się zatraciło, a gałęzie i korony drzew uginały się od szadzi, która zamieniała świat w rzeczywistość jak z bajki Andersena, tej o Królowej Śniegu. Wokół było aż ciężko od zamarzniętych cząstek mgły, co dawało wrażenie jakby powietrze było zadymione, zakurzone, popielato-mroźnym dymem. Okolica stała się bardzo nieprzyjemna, wręcz straszna. Wiało lękiem lasu czarownic i strzyg i tak było niemal do samego końca drogi, na której spotkałam Filipa, który, by się ze mną spotkać, pokonał odległość nie krótszą, nie dłuższą, a na dwie bajki...
![]() |
| Zdjęcie zapożyczyłam, za to własnoręcznie dostosowałam... |
1 ChDD "CISOWCE"
Jako się rzekło, obóz w Hucie Wysowskiej to była Bajka. Byliśmy już wtedy nazwaną drużyną, mieliśmy własną tożsamość. Stało się to w Grybowie podczas Chorągwianego Zlotu Zwycięstwa w dniach 7-9 maja 1982 roku.
No, nic dziwnego, że okrzyk był dziki, nie ma się też co dziwić, że wybiegł z namiotu w pozycji, w której zamarł, skoro banda nastolatków postanowiła nazwać swoją drużynę nazwą stworzoną z nazwiska drużynowego.
Dalej ten sam numer RELANIUM, który służy nam za podłoże wspomnień już od kilku dobrych rozdziałów, podaje tak:
Drużyna - "CISowce"
Zastępy - "PoCISki" "PrzyCISki"
"OdCISki" "FotoCISki"
Maskotka PoCISków - "MśCISław"
Czuwaj! Idziemy w słońce!
Był nawet kawał: "Przychodzi facet do lekarza z cisem na głowie i owcą na plecach.
- Co pan jest? - pyta lekarz.
- "Cisowiec" - odpowiada facet
Huta Wysowska, niewielka miejscowość nieopodal Wysowej już w 1982 roku, myślę, że i wcześniej urzekała turystów pięknym krajobrazem Beskidu Niskiego. Wtedy nie mówiło się głośno, że ze wsi wysiedlono brutalnie jej mieszkańców w czasie "Akcji Wisła", bo któż by się odważył mówić takie rzeczy? Do Wysowej było o rzut beretem. Do przepięknego drewnianego kościółka, też wiele lat później wpisanego w Małopolski Szlak Architektury Drewnianej, uczęszczaliśmy na niedzielne msze święte. Piszę o tym specjalnie, z zamysłem, żeby rozwiać mity o komunistycznym harcerstwie pozbawionym wartości chrześcijańskich. Kilka razy byliśmy w pijalni wód mineralnych spożywając dobre wody z bogactwem jodu w swej zawartości. Ale pijalnia była wtedy mocno zaniedbana. Uzdrowisko też raczej kulało niż hulało. Nasz obóz rozbity był w lesie nieopodal Przełęczy Wysowskiej nad potokiem. Ten potok, to może źródła Ropy? Trzeba by popatrzeć na mapę. Gdy przyjechaliśmy na polanę, o której już raz wspominałam, że w opowieściach drużynowego jawiła się "półką skalną" a po kilku deszczowych dniach okazała się być po prostu błotną polaną (w tym miejscu znajduje się główne pasmo wododziału Karpat polskich - cokolwiek to znaczy) , las pachniał świeżością, pachniał swoim zapachem drzew szpilkowych przemieszanych z buczyną karpacką, której przeszłoroczne gnijące liście usłane na ziemi, dają tak piękny zapach w lasach buczynowych. Dobrze poznałyśmy z Urszulanką co to są "pasma górskie porosłe buczyną karpacką". Taki piękny książkowy zwrot i taki piękny krajobraz, my dwie zamieniłyśmy kiedyś w najstraszniejszą, od wielkiego strachu, przygodę naszego życia. Ale wracając do lasu, który faktycznie wznosił się nad polaną, na której rozbiliśmy swój podobóz, a wznosząc się nad polaną czynił z niej półkę skalną, jak chciał nasz drużynowy, to las pachniał lasem, do czasu, w którym nie zamieniliśmy go w jedną wielką latrynę. Jak już kilkakrotnie tu stanęło, przez pierwsze dni, no, powiedzmy sobie szczerze, że przez pierwszy tydzień, lało całymi dniami jak z cebra. Toteż deszcze i wododział, cokolwiek znaczy poza tym, że tworzy mokre, gliniaste podłoże, przyczyniły się do tego, że nie można było wykopać latryn podczas wykonywania przepięknej pionierki obozowej, tak pięknej i rozbudowanej, jak nigdy więcej na żadnym obozie już nie mieliśmy. Potem, w następnych latach wetowaliśmy sobie te straty, przykładając się do budowania latryn najdoskonalszych pod słońcem, ale to dopiero w kolejnych latach. Natomiast las wznoszący się nad naszą półką skalną, krótko mówiąc nad naszym obozowym majdanem, przez jedną trzecią trwania obozu, służył nam za latrynę. Nie wiedzieć, czy z tego powodu, czy może też wierzyć dowcipnisiom, którzy opowiadali, jak to bohatersko zakradali się do kuchni, by do kotłów z zupą wrzucić tabletki laksigenu, dość, że las-latryna miał wtedy wzięcie. A też mi zakradać się trzeba było do kuchni!? Nasz podobóz rozbity był na tyłach kuchni, która w dodatku była kuchnią polową. Od kotłów dzielił nas tylko potok. Ten sam, co to nie wiadomo, czy nie jest źródłem Ropy - największej rzeki Beskidu Niskiego. Parę lat później przez wylewającą nadmiarem wód powodziowych Ropę musieliśmy ewakuować się z biwaku ze szkoły w Ropie... Ale póki co myliśmy się w tym potoku - najgorzej było umyć zęby i głowę. A skoro pamięć moja mi podpowiada, że zęby i głowę było umyć najgorzej w lodowatej i płytkiej wodzie, to zastanowić się poważnie należy, czy myliśmy cokolwiek innego w czasie tych trzech obozowych tygodni? Poniżej miejsca naszej codziennej toalety kuchnia czerpała wodę do gotowania. Latryn wciąż nie było. Las nie wchłaniał tego, co powinna chłonąć latryna. Ktoś sypał laksigen do zupy. A Sanepid nie kontrolował wtedy obozów... Jakie to były cudowne czasy...
Nasz obóz nie był zwykłym obozem harcerskim. Zresztą, czy widział kto kiedy zwykły obóz harcerski? Nie ma takiego pojęcia, jak zwykły obóz harcerski. Każdy obóz jest w jakiś sposób ekstremalny. Nasz obóz w Hucie Wysowskiej był kursem dla drużynowych. Oprócz tego, że mieliśmy z założenia przeżyć przygodę harcerską, to jeszcze musieliśmy odbyć wiele, wiele godzin kursu. Tu przepisy były niewzruszone. Także nasz komendant, tj. drużynowy, był niewzruszony. Janusz był mistrzem świata "niewzruszenia". O postawie niewzruszonych oboźnych nie wspomnę. W końcu obaj oboźni zostali naszymi przyjaciółmi, to co teraz będę na nich narzekać? Już i tak wszyscy wiedzą, że nas Marek swoją komendą "na wprost marsz" ścignął w pełnym umundurowaniu do potoku, który akurat w tamtym miejscu był najgłębszy na całej długości, jaką przepływał przez nasz obóz. Że też w miejscu, w którym się myliśmy nie był na tyle głęboki? Ironia losu, nic innego.
Janusz, nasz drużynowy, jak powiedziałam wiele lat później na jego pogrzebie, rozpalił wtedy, w Hucie Wysowskiej, w naszych sercach, święty płomień harcerskiego ognia. Nie jest to tylko przenośnia. Ponieważ w czasach tego komunistycznego harcerstwa - pamiętamy, że mamy rok 1982 i specjalnie tak piszę, dla wszystkich ignorantów, którym wydaje się, że są znawcami czasów i tematu - instruktorzy Chorągwi Nowosądeckiej wprowadzają do obrzędowości harcerskiej obrzędy sięgające początków harcerstwa, czyli roku 1911, sięgające dwudziestolecia międzywojennego, lat I i II wojny światowej, kiedy to służba Bogu, Ojczyźnie, sobie i innym, stawiana była na piedestale harcerskich ideałów. Otóż, Janusz dosłownie rozpalił na naszym obozie "święty ogień", który zgodnie z przedwojennymi zwyczajami harcerze zabierali ze sobą na obóz i troszczyli się o niego, trzymając przy nim zawsze honorową wartę, podtrzymywali go, by płonął, bo jeżeli zgasł, obóz należało zakończyć i rozjechać się do domów. Tak było na naszym obozie w Hucie Wysowskiej. Nieopodal kręgu ogniskowego, pod młodym modrzewiem, który swą strzelistością przerastał nas w drodze do gwiazd, płonął nasz obozowy "święty ogień", a my przez całe trzy tygodnie w dzień i w noc, na zmiany, trzymaliśmy przy nim warty, pilnując, by płomień nie zachwiał się i nie zgasł. Wartownicy świętego ognia stali przy nim rzecz jasna na baczność, wszak warty były honorowe i ta warta niczym innym nie zajmowała się podczas swojej służby. Kolejne zmiany warty zajmowały się wartowaniem przy bramie obozu, nocnym obchodzeniem terenu, oraz wykonywały pozostałe obowiązki należące do służby wartowniczej. Utrzymaliśmy nasz "święty ogień" do końca obozu. Ogień, który jak żaden inny, zapalił nasze serca do tego wszystkiego, co potem w naszym harcerskim życiu robiliśmy. Był zarzewiem naszej niesłabnącej przez lata przyjaźni. W cieple i blasku tego "świętego ognia" nasze charaktery poddały się procesom hartowania, niczym stal przy wielkim piecu w hucie. I w końcu, ogień ten, uczynił nas ludźmi, którymi dzisiaj jesteśmy.
Płoną góry zieloną pokryte pierzyną
w tańcu, w słońcu, w radosnym śpiewie ptaków
a ty wędruj nasza drużyno
ścieżką usłaną tysiącem polnych maków.
Pnij się w górę jak kwiat
Skrzydła rozwiń, ptakom podobna
Krokiem dziesiątków lat
Swych przodków i krzyża godna.
Buty zdarte historią pionierskich czasów
w złote księgo wpisana twoja sława
śpiew, co kiedyś tłumiony pustką lasów
dziś milionem braw zasługa twa i sprawa.
Muzyka i słowa: Marek Ciuruś
Jest! Nikt by się nie spodziewał. Nie wiadomo komu i kiedy taki pomysł wpadł do głowy. Po dwudziestu czterech godzinach od otrzymania polecenia zebraliśmy się wreszcie w tym samym namiocie. Poprosiliśmy druha, żeby do nas przyszedł. Ktoś stał na czatach. Gdy druh Janusz odchylił połę namiotu, my gromkim chórem krzyknęliśmy -
CISOWCE!!!
Druh zamarł nagle w takiej pozycji, w jakiej stał, wybiegł z namiotu, a po chwili usłyszeliśmy dziki okrzyk: "Ludzie, toż ja nie mam co pokazywać się w Komendzie Chorągwi!"RELANIUM 1/83
No, nic dziwnego, że okrzyk był dziki, nie ma się też co dziwić, że wybiegł z namiotu w pozycji, w której zamarł, skoro banda nastolatków postanowiła nazwać swoją drużynę nazwą stworzoną z nazwiska drużynowego.
Dalej ten sam numer RELANIUM, który służy nam za podłoże wspomnień już od kilku dobrych rozdziałów, podaje tak:
C I S - to nasz znakDrużynowy - Janusz Cisowski
Drużyna - "CISowce"
Zastępy - "PoCISki" "PrzyCISki"
"OdCISki" "FotoCISki"
Maskotka PoCISków - "MśCISław"
Czuwaj! Idziemy w słońce!
Był nawet kawał: "Przychodzi facet do lekarza z cisem na głowie i owcą na plecach.
- Co pan jest? - pyta lekarz.
- "Cisowiec" - odpowiada facet
Huta Wysowska, niewielka miejscowość nieopodal Wysowej już w 1982 roku, myślę, że i wcześniej urzekała turystów pięknym krajobrazem Beskidu Niskiego. Wtedy nie mówiło się głośno, że ze wsi wysiedlono brutalnie jej mieszkańców w czasie "Akcji Wisła", bo któż by się odważył mówić takie rzeczy? Do Wysowej było o rzut beretem. Do przepięknego drewnianego kościółka, też wiele lat później wpisanego w Małopolski Szlak Architektury Drewnianej, uczęszczaliśmy na niedzielne msze święte. Piszę o tym specjalnie, z zamysłem, żeby rozwiać mity o komunistycznym harcerstwie pozbawionym wartości chrześcijańskich. Kilka razy byliśmy w pijalni wód mineralnych spożywając dobre wody z bogactwem jodu w swej zawartości. Ale pijalnia była wtedy mocno zaniedbana. Uzdrowisko też raczej kulało niż hulało. Nasz obóz rozbity był w lesie nieopodal Przełęczy Wysowskiej nad potokiem. Ten potok, to może źródła Ropy? Trzeba by popatrzeć na mapę. Gdy przyjechaliśmy na polanę, o której już raz wspominałam, że w opowieściach drużynowego jawiła się "półką skalną" a po kilku deszczowych dniach okazała się być po prostu błotną polaną (w tym miejscu znajduje się główne pasmo wododziału Karpat polskich - cokolwiek to znaczy) , las pachniał świeżością, pachniał swoim zapachem drzew szpilkowych przemieszanych z buczyną karpacką, której przeszłoroczne gnijące liście usłane na ziemi, dają tak piękny zapach w lasach buczynowych. Dobrze poznałyśmy z Urszulanką co to są "pasma górskie porosłe buczyną karpacką". Taki piękny książkowy zwrot i taki piękny krajobraz, my dwie zamieniłyśmy kiedyś w najstraszniejszą, od wielkiego strachu, przygodę naszego życia. Ale wracając do lasu, który faktycznie wznosił się nad polaną, na której rozbiliśmy swój podobóz, a wznosząc się nad polaną czynił z niej półkę skalną, jak chciał nasz drużynowy, to las pachniał lasem, do czasu, w którym nie zamieniliśmy go w jedną wielką latrynę. Jak już kilkakrotnie tu stanęło, przez pierwsze dni, no, powiedzmy sobie szczerze, że przez pierwszy tydzień, lało całymi dniami jak z cebra. Toteż deszcze i wododział, cokolwiek znaczy poza tym, że tworzy mokre, gliniaste podłoże, przyczyniły się do tego, że nie można było wykopać latryn podczas wykonywania przepięknej pionierki obozowej, tak pięknej i rozbudowanej, jak nigdy więcej na żadnym obozie już nie mieliśmy. Potem, w następnych latach wetowaliśmy sobie te straty, przykładając się do budowania latryn najdoskonalszych pod słońcem, ale to dopiero w kolejnych latach. Natomiast las wznoszący się nad naszą półką skalną, krótko mówiąc nad naszym obozowym majdanem, przez jedną trzecią trwania obozu, służył nam za latrynę. Nie wiedzieć, czy z tego powodu, czy może też wierzyć dowcipnisiom, którzy opowiadali, jak to bohatersko zakradali się do kuchni, by do kotłów z zupą wrzucić tabletki laksigenu, dość, że las-latryna miał wtedy wzięcie. A też mi zakradać się trzeba było do kuchni!? Nasz podobóz rozbity był na tyłach kuchni, która w dodatku była kuchnią polową. Od kotłów dzielił nas tylko potok. Ten sam, co to nie wiadomo, czy nie jest źródłem Ropy - największej rzeki Beskidu Niskiego. Parę lat później przez wylewającą nadmiarem wód powodziowych Ropę musieliśmy ewakuować się z biwaku ze szkoły w Ropie... Ale póki co myliśmy się w tym potoku - najgorzej było umyć zęby i głowę. A skoro pamięć moja mi podpowiada, że zęby i głowę było umyć najgorzej w lodowatej i płytkiej wodzie, to zastanowić się poważnie należy, czy myliśmy cokolwiek innego w czasie tych trzech obozowych tygodni? Poniżej miejsca naszej codziennej toalety kuchnia czerpała wodę do gotowania. Latryn wciąż nie było. Las nie wchłaniał tego, co powinna chłonąć latryna. Ktoś sypał laksigen do zupy. A Sanepid nie kontrolował wtedy obozów... Jakie to były cudowne czasy...
Nasz obóz nie był zwykłym obozem harcerskim. Zresztą, czy widział kto kiedy zwykły obóz harcerski? Nie ma takiego pojęcia, jak zwykły obóz harcerski. Każdy obóz jest w jakiś sposób ekstremalny. Nasz obóz w Hucie Wysowskiej był kursem dla drużynowych. Oprócz tego, że mieliśmy z założenia przeżyć przygodę harcerską, to jeszcze musieliśmy odbyć wiele, wiele godzin kursu. Tu przepisy były niewzruszone. Także nasz komendant, tj. drużynowy, był niewzruszony. Janusz był mistrzem świata "niewzruszenia". O postawie niewzruszonych oboźnych nie wspomnę. W końcu obaj oboźni zostali naszymi przyjaciółmi, to co teraz będę na nich narzekać? Już i tak wszyscy wiedzą, że nas Marek swoją komendą "na wprost marsz" ścignął w pełnym umundurowaniu do potoku, który akurat w tamtym miejscu był najgłębszy na całej długości, jaką przepływał przez nasz obóz. Że też w miejscu, w którym się myliśmy nie był na tyle głęboki? Ironia losu, nic innego.
Janusz, nasz drużynowy, jak powiedziałam wiele lat później na jego pogrzebie, rozpalił wtedy, w Hucie Wysowskiej, w naszych sercach, święty płomień harcerskiego ognia. Nie jest to tylko przenośnia. Ponieważ w czasach tego komunistycznego harcerstwa - pamiętamy, że mamy rok 1982 i specjalnie tak piszę, dla wszystkich ignorantów, którym wydaje się, że są znawcami czasów i tematu - instruktorzy Chorągwi Nowosądeckiej wprowadzają do obrzędowości harcerskiej obrzędy sięgające początków harcerstwa, czyli roku 1911, sięgające dwudziestolecia międzywojennego, lat I i II wojny światowej, kiedy to służba Bogu, Ojczyźnie, sobie i innym, stawiana była na piedestale harcerskich ideałów. Otóż, Janusz dosłownie rozpalił na naszym obozie "święty ogień", który zgodnie z przedwojennymi zwyczajami harcerze zabierali ze sobą na obóz i troszczyli się o niego, trzymając przy nim zawsze honorową wartę, podtrzymywali go, by płonął, bo jeżeli zgasł, obóz należało zakończyć i rozjechać się do domów. Tak było na naszym obozie w Hucie Wysowskiej. Nieopodal kręgu ogniskowego, pod młodym modrzewiem, który swą strzelistością przerastał nas w drodze do gwiazd, płonął nasz obozowy "święty ogień", a my przez całe trzy tygodnie w dzień i w noc, na zmiany, trzymaliśmy przy nim warty, pilnując, by płomień nie zachwiał się i nie zgasł. Wartownicy świętego ognia stali przy nim rzecz jasna na baczność, wszak warty były honorowe i ta warta niczym innym nie zajmowała się podczas swojej służby. Kolejne zmiany warty zajmowały się wartowaniem przy bramie obozu, nocnym obchodzeniem terenu, oraz wykonywały pozostałe obowiązki należące do służby wartowniczej. Utrzymaliśmy nasz "święty ogień" do końca obozu. Ogień, który jak żaden inny, zapalił nasze serca do tego wszystkiego, co potem w naszym harcerskim życiu robiliśmy. Był zarzewiem naszej niesłabnącej przez lata przyjaźni. W cieple i blasku tego "świętego ognia" nasze charaktery poddały się procesom hartowania, niczym stal przy wielkim piecu w hucie. I w końcu, ogień ten, uczynił nas ludźmi, którymi dzisiaj jesteśmy.
Zakładając po raz pierwszy na ramiona niebieską chustę już dobrze wiesz, co ona oznacza. Byłeś już z nami na co najmniej trzech spotkaniach, z początku może trochę nieufny, wahający się... Lecz, gdy usiadłeś z nami przy kominku, pośpiewałeś, pomarzyłeś, to już wiesz, że to jest właśnie twoje miejsce. Bo cóż młodzież wyżej ceni nad przyjaźń, bliskość innych serc? Już wiesz, że będziesz razem z nami co miesiąc jeździł w inny kąt, nieważne jaki. Może tam być zimno, ponuro. Wiesz, że tak nie będzie, bo tam będziemy MY. RELANIUM 1/83
BIORĄC SOBIE NA ŚWIADKÓW OBECNYCH TUTAJ CZŁONKÓW CHDD UROCZYŚCIE PRZYRZEKAM
- Sumiennie pełnić obowiązki drużynowego.
- Aktywnie uczestniczyć w pracy ChDD.
- Nie opuścić jej bez uzasadnionego powodu.
- Dążyć do stworzenia jak najlepszej więzi koleżeńskiej.
Płoną góry zieloną pokryte pierzyną
w tańcu, w słońcu, w radosnym śpiewie ptaków
a ty wędruj nasza drużyno
ścieżką usłaną tysiącem polnych maków.
Pnij się w górę jak kwiat
Skrzydła rozwiń, ptakom podobna
Krokiem dziesiątków lat
Swych przodków i krzyża godna.
Buty zdarte historią pionierskich czasów
w złote księgo wpisana twoja sława
śpiew, co kiedyś tłumiony pustką lasów
dziś milionem braw zasługa twa i sprawa.
Muzyka i słowa: Marek Ciuruś
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Horyzont
Pierwsze wrażenie ubrane zostało w dość lakoniczne słowa. Należy się spodziewać, że skoro numer naszej gazetki oddawany był wiele miesięcy, a przede wszystkim wiele wydarzeń później, autorkom tej wypowiedzi chodziło o oddanie takiej właśnie atmosfery. Bo czy to już za pierwszym spotkaniem dokonało się?
Oryginalny zapis z "RELANIUM"1/83
Za to po kilku miesiącach, przede wszystkim po pierwszym obozie, relacja brzmiała następująco:
źródło jak wyżej
Zjawił się w naszym życiu nagle, pewnie jak ta burza na biwaku w Porębie Wielkiej k/Mszany. Pełnił wtedy służbę w Karpackim Oddziale Wojsk Ochrony Pogranicza, należąc do Wojskowego Kręgu Instruktorskiego. To te same Wojska Ochrony Pogranicza, które przekształciły się z czasem w Karpacki Oddział Straży Granicznej. On pojechał z nami na obóz do Huty Wysowskiej w Beskidzie Niskim pełniąc funkcję oboźnego. Był strasznym oboźnym. Ścigał nas na zaprawach, jak w wojsku. Kiedyś wpadło mu do głowy, gdyśmy się z niego śmiały, by wydać nam komendę "na wprost marsz", a my wykonując ją musiałyśmy w butach, w pełnym umundurowaniu wejść do wody, do potoku. Wspólnie z drugim oboźnym, też Markiem, z tejże samej jednostki wojskowej i KI oraz przy naszej wydatnej pomocy, zrobili taką bramę z mostem zwodzonym, wieżyczką, pomostem, ogrodzeniem, że lepszej pionierki obozowej nie mieliśmy już nigdy w życiu. Ten obóz był jak bajka. Uczestnicząc w obozie w Majdanie Sopockim przed rokiem poznałam preludium, a w Hucie Wysowskiej wielkie widowisko w postaci harcerskiej przygody na scenie mojego życia rozpoczęło się na dobre. Zaistniał też wiele znaczący wątek miłosny, przy czym była to miłość zbiorowa, do idola, którego usiłuję zaprezentować od pierwszych słów w tym rozdziale. Nie umiem teraz powiedzieć, czy idol ten odegrał większą rolę od pozostałych przyjaciół "CISOWCÓW", ale zapewne potrafił sprawić, że moje serce drżało od uczuć innych, niż w stosunku do pozostałych towarzyszy tamtego lata i następujących po nim kolejnych przygód w szarych i zielonych mundurach. Potrafił sprawić wiele. Bo tak jak bezwzględnie wydawał podczas musztry komendy kierujące nas wprost do potoku, tak bezwzględnie wieczorami przemieniał się w bożyszcze tłumu, które swym śpiewem, grą na gitarze i harmonijce ustnej, doprowadzało nas, dziewczyny do zachowań, jak w drugim opisie dzisiejszego rozdziału. Chłopaków zaś, praktycznie wszystkich, idol nasz, może nasze szaleństwo skierowane w stronę idola, zmusiło do nauki gry na najprzydatniejszym w harcerstwie instrumencie muzycznym, jakim jest gitara. I choć szczerze mówiąc, żaden z chłopaków nie miał predyspozycji do tego, by chociaż w nikłym procencie posiąść takie umiejętności, to zdecydowana większość z nich bardzo chciała w ten sposób porywać serca "cisowskich" dziewcząt. Toteż z uporem maniaków chłopcy ćwiczyli, męcząc nasze uszy niemalże do bólu.
Jakie to były piękne czasy. Czasy, w których dla słowa Dorka, gotowa byłam pół życia oddać. Dziś "Dorka" jako śląską gwarą śpiewana parafraza "Jolki" jest cudownym i niezwykle ciepłym wspomnieniem dni, w których serce wypełniały niewinne uczucia. A wszystko, co się wtedy działo, każdy dzień, każde wydarzenie, każda przygoda i każde przeżycie w tle miało niezwykłość tego dziwnego, zbiorowo-indywidualnego uczucia-odczucia. I mniemam, że nikt mi za to głowy nie zmyje...
Marek, wiele lat potem powiedziałam, jest jak horyzont: trzyma cię w swoim zaczarowanym kręgu, nie pozwalając zbliżyć się do siebie.
Usiedliśmy w niewielkiej świetlicy na ziemi przy kominku. Za oknami panowała idealna ciemność przerywana tylko błyskami i groźnym pomrukiem burzy. Tutaj właśnie drużynowy wręczył pierwsze chusty "CISOWCÓW" - niebieskie z lilijką i nazwą ChDD. Chustę trzymał także druh Marek C., który pojedzie z nami na obóz. Znamy go właściwie dopiero od jednej strony: gitary i śpiewu. Tej groźnej nocy usłyszeliśmy jego głos, grę, śpiew i ... mogliśmy tak słuchać do rana.Poręba Wielka 26-27 czerwiec 1982 rok
Oryginalny zapis z "RELANIUM"1/83
Za to po kilku miesiącach, przede wszystkim po pierwszym obozie, relacja brzmiała następująco:
Ciemno, cicho, tylko reflektory błyskają zielonymi, czerwonymi i żółtymi światłami. Nagle... "Nie płacz Ewka...", zespół Perfekt, The Beatles, Czerwone Gitary, Grechuta... gorączka, światła drżą, widownia szaleje, piski, krzyki, ktoś mdleje, nagłośnienie maksimum, dziewczęta płaczą, wykonawcy zmieniają się jak w kalejdoskopie, tańczą, pot lśni na czołach, pisk wzmaga się, wstają, bas dudni, solówka zawodzi, oczy zachodzą mgłą, trzask, błysk...
Światło żarówki oświetla niewielkie pomieszczenie z drewnianymi ścianami i na wpół podartymi plakatami z herbem Krakowa i Torunia. Na ziemi, mrużąc oczy siedzą harcerze z ChDD. Na środku druh Marek C. trzyma gitarę w ręku i ściąga nogę ze stojącego przed nim krzesła. Jest godzina pierwsza w nocy.Kosarzyska 10-12 wrzesień 1982 r.
źródło jak wyżej
Zjawił się w naszym życiu nagle, pewnie jak ta burza na biwaku w Porębie Wielkiej k/Mszany. Pełnił wtedy służbę w Karpackim Oddziale Wojsk Ochrony Pogranicza, należąc do Wojskowego Kręgu Instruktorskiego. To te same Wojska Ochrony Pogranicza, które przekształciły się z czasem w Karpacki Oddział Straży Granicznej. On pojechał z nami na obóz do Huty Wysowskiej w Beskidzie Niskim pełniąc funkcję oboźnego. Był strasznym oboźnym. Ścigał nas na zaprawach, jak w wojsku. Kiedyś wpadło mu do głowy, gdyśmy się z niego śmiały, by wydać nam komendę "na wprost marsz", a my wykonując ją musiałyśmy w butach, w pełnym umundurowaniu wejść do wody, do potoku. Wspólnie z drugim oboźnym, też Markiem, z tejże samej jednostki wojskowej i KI oraz przy naszej wydatnej pomocy, zrobili taką bramę z mostem zwodzonym, wieżyczką, pomostem, ogrodzeniem, że lepszej pionierki obozowej nie mieliśmy już nigdy w życiu. Ten obóz był jak bajka. Uczestnicząc w obozie w Majdanie Sopockim przed rokiem poznałam preludium, a w Hucie Wysowskiej wielkie widowisko w postaci harcerskiej przygody na scenie mojego życia rozpoczęło się na dobre. Zaistniał też wiele znaczący wątek miłosny, przy czym była to miłość zbiorowa, do idola, którego usiłuję zaprezentować od pierwszych słów w tym rozdziale. Nie umiem teraz powiedzieć, czy idol ten odegrał większą rolę od pozostałych przyjaciół "CISOWCÓW", ale zapewne potrafił sprawić, że moje serce drżało od uczuć innych, niż w stosunku do pozostałych towarzyszy tamtego lata i następujących po nim kolejnych przygód w szarych i zielonych mundurach. Potrafił sprawić wiele. Bo tak jak bezwzględnie wydawał podczas musztry komendy kierujące nas wprost do potoku, tak bezwzględnie wieczorami przemieniał się w bożyszcze tłumu, które swym śpiewem, grą na gitarze i harmonijce ustnej, doprowadzało nas, dziewczyny do zachowań, jak w drugim opisie dzisiejszego rozdziału. Chłopaków zaś, praktycznie wszystkich, idol nasz, może nasze szaleństwo skierowane w stronę idola, zmusiło do nauki gry na najprzydatniejszym w harcerstwie instrumencie muzycznym, jakim jest gitara. I choć szczerze mówiąc, żaden z chłopaków nie miał predyspozycji do tego, by chociaż w nikłym procencie posiąść takie umiejętności, to zdecydowana większość z nich bardzo chciała w ten sposób porywać serca "cisowskich" dziewcząt. Toteż z uporem maniaków chłopcy ćwiczyli, męcząc nasze uszy niemalże do bólu.
Jakie to były piękne czasy. Czasy, w których dla słowa Dorka, gotowa byłam pół życia oddać. Dziś "Dorka" jako śląską gwarą śpiewana parafraza "Jolki" jest cudownym i niezwykle ciepłym wspomnieniem dni, w których serce wypełniały niewinne uczucia. A wszystko, co się wtedy działo, każdy dzień, każde wydarzenie, każda przygoda i każde przeżycie w tle miało niezwykłość tego dziwnego, zbiorowo-indywidualnego uczucia-odczucia. I mniemam, że nikt mi za to głowy nie zmyje...
Marek, wiele lat potem powiedziałam, jest jak horyzont: trzyma cię w swoim zaczarowanym kręgu, nie pozwalając zbliżyć się do siebie.
niedziela, 16 stycznia 2011
Jak może go brakować, skoro tyle go wokół? Wspomnienie o Gargamelu.
Oni tak naprawdę nigdy nie odchodzą. Może nam się tak tylko wydawać. Użyte niewłaściwie słowa sprawiają, że rodzi się w nas wrażenie, że "odeszli na zawsze". Jedni długo chorują. Inni całkiem krótko. Niektórzy znikają we śnie. Czasem któremuś zdarzy się odłączyć w trakcie czynności dnia codziennego. Niektórym przytrafi się coś nagłego a nieszczęśliwego. Umierają, pozostawiając po sobie pustkę, której nikt, ani nic już nie wypełni. Pustkę, w którą pakujemy z czasem naszą codzienność i po tych pierwszych dniach straszliwego bólu, wybiegamy w przyszłość tworząc teraźniejszość. Ale nikt z nich nigdy i nigdzie nie odchodzi! Ba, oni nawet są zawsze żywi. W naszych myślach wciąż opowiadają nam niezliczone historie, mrużą oczy w ten charakterystyczny sposób, uśmiechają się jak zawsze do spraw ważnych i codziennych. Zasłuchani w naszą potrzebę bycia blisko, są w każdym momencie. Można z nimi rozmawiać , śmiać się i płakać, nie czekając aż przyjdą, jak było podczas, gdy żyli.
Jeden z moich wielkich Przyjaciół odszedł w styczniowy poranek dwa lata temu. Tak normalnie. Bez długiego chorowania. Rano wstał, wykonał wszystkie swoje dzienne sprawy, jak co rano i... zaniepokoił swą nieobecnością ludzi, którzy czekali by wypełnił właśnie swoją obecnością ich życie tego ranka. Jego niepotrzebne mu wtedy już ciało, zostało w łazience, porzucone na ziemi niczym zdjęta piżama. On zaś, jak zapewniali wszyscy, szybko dotarł do nieba, by wskoczyć Panu Bogu na kolana i stamtąd patrzeć sobie na nas. I na wszystkie nasze sprawy i sprawki. Ale on nie odszedł! Jeżeli słyszę, gdy ktoś mówi, że poszedł do nieba, to mam wrażenie, że raczej niebo przyciągnął tu, bliżej ziemi, bliżej naszego świata, do naszych z życiem zmagań. Nie mógł odejść zbyt daleko, bo za bardzo czuję jego obecność. Zbyt głośno słyszę czasami jego prześmiewczą ripostę do tego, co tu, wśród nas się dzieje. Był mistrzem krótkich, a trafnych komentarzy. Nie zaprzestał komentowania. Kto nauczył się przy nim słuchać, ten słyszy.
Moja przygoda z Gargamelem rozpoczęła się, gdy przygotowywał moją najstarszą córkę do I Komunii. Zaraz też pojechałam z nim na obóz do Piwnicznej. Bo wtedy na letnie obozy jeździło się z Sącza do Piwnicznej-Zdroju, do Borownic. Msza święta z widokiem na góry, na takiej wysokości, że do nieba już tylko ciut, ciut. Może wystarczyłoby nieco na palcach się wspiąć, albo wyciągnąć rękę do góry, by złapać Pana Boga za nogi? Ale po co też było łapać Pana Boga za nogi, skoro miało się Gargamela na wyciągnięcie ręki? Sprawiedliwie obdzielał bożą miłością wszystkich wokół siebie. Nikomu nie skąpił. Nigdy nie żałował też słów, które z pozoru mogły gorzko smakować, ale prowadziły człowieka do wzrostu. Z jaką niezwykłą mądrością podchodził do tych najbardziej przez siebie ukochanych, do dzieci?! Nigdy się nad nimi nie rozczulał, on je po prostu kochał. Tak mądrej miłości, chociaż w niewielkim procencie, mógłby każdemu rodzicowi dać Pan. A Pan Gargamela nie uczynił nawet rodzicem. Za to uczynił go Ojcem wszystkich, którzy potrafili powiedzieć Ojcze.
Czy brakuje mi Gargamela? Z pewnością brakuje mi jego odwiedzin. Brakuje wakacyjnych wyjazdów i długich godzin spędzanych ostatnio w Orzechówce na rozmowach o wszystkim, co postronnemu słuchaczowi wydawałoby się mało ważne. Jego znamienne "matka" brzmi w mojej pamięci jak słowa modlitwy wyuczonej w dzieciństwie i drogiej sercu, jak najcenniejsze wspomnienie. Czasem mówił po imieniu, ale rzadko, dlatego "Dorotka", które wyszło z jego ust jest jeszcze cenniejsze niż owo "matka".
Podarował mi wiele cudownych wspomnień, przeżyć i doznań. Jednak najcenniejszym darem Gargamela jest przyjaźń między mną a osobą, którą postawił kiedyś przede mną i niemal powiedział "Matko, oto syn twój", choć to "córka" jest w rzeczywistości.
Moje życie wypełnione jest obecnością Gargamela. Bo on nie odszedł! Przyciągnął niebo bliżej mnie i siedząc na kolanach u Pana Boga trwa ze mną we wszystkim, co mi się przytrafia, idzie za mną każdą drogą, którą podążam i wierzcie, lub nie, słyszę jego trafne uwagi i komentarze do całej rzeczywistości, która ogarnia świat wokół mnie.
Mam wrażenie, że wtedy, przed laty i przez całe lata potem, to mnie przygotowywał do I Komunii. Na pewno przygotował mnie do prawdziwego spotkania z Bogiem.
Jak może go brakować, skoro tyle go wokół?
Jeden z moich wielkich Przyjaciół odszedł w styczniowy poranek dwa lata temu. Tak normalnie. Bez długiego chorowania. Rano wstał, wykonał wszystkie swoje dzienne sprawy, jak co rano i... zaniepokoił swą nieobecnością ludzi, którzy czekali by wypełnił właśnie swoją obecnością ich życie tego ranka. Jego niepotrzebne mu wtedy już ciało, zostało w łazience, porzucone na ziemi niczym zdjęta piżama. On zaś, jak zapewniali wszyscy, szybko dotarł do nieba, by wskoczyć Panu Bogu na kolana i stamtąd patrzeć sobie na nas. I na wszystkie nasze sprawy i sprawki. Ale on nie odszedł! Jeżeli słyszę, gdy ktoś mówi, że poszedł do nieba, to mam wrażenie, że raczej niebo przyciągnął tu, bliżej ziemi, bliżej naszego świata, do naszych z życiem zmagań. Nie mógł odejść zbyt daleko, bo za bardzo czuję jego obecność. Zbyt głośno słyszę czasami jego prześmiewczą ripostę do tego, co tu, wśród nas się dzieje. Był mistrzem krótkich, a trafnych komentarzy. Nie zaprzestał komentowania. Kto nauczył się przy nim słuchać, ten słyszy.
Moja przygoda z Gargamelem rozpoczęła się, gdy przygotowywał moją najstarszą córkę do I Komunii. Zaraz też pojechałam z nim na obóz do Piwnicznej. Bo wtedy na letnie obozy jeździło się z Sącza do Piwnicznej-Zdroju, do Borownic. Msza święta z widokiem na góry, na takiej wysokości, że do nieba już tylko ciut, ciut. Może wystarczyłoby nieco na palcach się wspiąć, albo wyciągnąć rękę do góry, by złapać Pana Boga za nogi? Ale po co też było łapać Pana Boga za nogi, skoro miało się Gargamela na wyciągnięcie ręki? Sprawiedliwie obdzielał bożą miłością wszystkich wokół siebie. Nikomu nie skąpił. Nigdy nie żałował też słów, które z pozoru mogły gorzko smakować, ale prowadziły człowieka do wzrostu. Z jaką niezwykłą mądrością podchodził do tych najbardziej przez siebie ukochanych, do dzieci?! Nigdy się nad nimi nie rozczulał, on je po prostu kochał. Tak mądrej miłości, chociaż w niewielkim procencie, mógłby każdemu rodzicowi dać Pan. A Pan Gargamela nie uczynił nawet rodzicem. Za to uczynił go Ojcem wszystkich, którzy potrafili powiedzieć Ojcze.
Czy brakuje mi Gargamela? Z pewnością brakuje mi jego odwiedzin. Brakuje wakacyjnych wyjazdów i długich godzin spędzanych ostatnio w Orzechówce na rozmowach o wszystkim, co postronnemu słuchaczowi wydawałoby się mało ważne. Jego znamienne "matka" brzmi w mojej pamięci jak słowa modlitwy wyuczonej w dzieciństwie i drogiej sercu, jak najcenniejsze wspomnienie. Czasem mówił po imieniu, ale rzadko, dlatego "Dorotka", które wyszło z jego ust jest jeszcze cenniejsze niż owo "matka".
Podarował mi wiele cudownych wspomnień, przeżyć i doznań. Jednak najcenniejszym darem Gargamela jest przyjaźń między mną a osobą, którą postawił kiedyś przede mną i niemal powiedział "Matko, oto syn twój", choć to "córka" jest w rzeczywistości.
Moje życie wypełnione jest obecnością Gargamela. Bo on nie odszedł! Przyciągnął niebo bliżej mnie i siedząc na kolanach u Pana Boga trwa ze mną we wszystkim, co mi się przytrafia, idzie za mną każdą drogą, którą podążam i wierzcie, lub nie, słyszę jego trafne uwagi i komentarze do całej rzeczywistości, która ogarnia świat wokół mnie.
Mam wrażenie, że wtedy, przed laty i przez całe lata potem, to mnie przygotowywał do I Komunii. Na pewno przygotował mnie do prawdziwego spotkania z Bogiem.
Jak może go brakować, skoro tyle go wokół?
![]() | ||
| Msza św. polowa w Bliznem u stóp Michała Archanioła | - lato 2008 r. |
środa, 12 stycznia 2011
Szara rzeczywistość zamieniona na szary mundur
Na załączonym w poprzednim poście zdjęciu z tekstem z oryginalnego RELANIUM, przemówił sam drużynowy i wyprzedził fakty, których ja teraz wyjaśniać nie muszę. Tak się niby spokojnie potoczyło z pomysłem kontynuowania spotkań po obozie, ale takie myślenie jest błędne. To była burza z nawałnicą w życiu, które niezmiennie było szare od koloru rzeczywistości, rysującej się w naszym kraju. Zanim wróciliśmy do domu z Majdanu Sopockiego, docierały niepokojące informacje z całej Polski, od której oddzieleni byliśmy kordonem naszej letniej przygody. Były to ostatnie wakacje przed wprowadzeniem stanu wojennego. Jeszcze podczas obozu planowaliśmy z druhną Panasiową, że zaszyjemy się w lesie, by przezimować, byśmy nie musieli wracać do pełnej wszelkich niepokojów codzienności. Wieści rozchodziły się przecież nieciekawe. Wszyscy czuli, że "coś" wisi w powietrzu. Od poprzedniego roku, od wydarzeń sierpniowych, podczas których byliśmy z profesorką Karwalą akurat w Warszawie, w czasie kiedy prawie cała Polska stanęła w strajku popierającym stoczniowców gdańskich, tyle lęku, nie nadziei, siało się wokół, że pozostanie w tym roztoczańskim lesie było prawdziwym, wręcz pobożnym życzeniem. Wtedy, w sierpniu '80 roku w Warszawie, ten strajk też wymyślili sobie akurat w dniu, w którym mieliśmy zaplanowany powrót do domu?! Mąż naszej profesorki słuchający małego radyjka tranzystorowego,choć nie podzielił się z nami swoją wiedzą, wiedział co się święci, ponieważ ruszyliśmy w podróż po Warszawie ku Dworcu Centralnemu wiele godzin za wcześnie, niż by na to wskazywać miała godzina odjazdu pociągu. Dziwna panowała wtedy atmosfera w stolicy. Staliśmy na przystanku tramwajowym godzinami oczekując na tramwaje, które nie jeździły tego dnia. Już pokładaliśmy się ze zmęczenia i gorąca. A powietrze było ciężkie od jakiegoś napięcia, "coś" w nim wibrowało, ciążyło, dusiło, tłamsiło. I nie był to skutek zwykłego sierpniowego upału. Nie piszę tego powodowana późniejszą wiedzą i doświadczeniem. To naprawdę było niesamowite przeżycie, które dało początek niepokojom kilkunastu miesięcy, które nadeszły. Może, gdybym tak niemal transcendentalnie nie przeżyła takiego zjawiska wtedy w Warszawie, może mogłabym inaczej kojarzyć czas, który w konsekwencji nastąpił. Dla mnie nie był to czas nadziei. Był za to czasem wielkiego strachu i potwornego niepokoju, o to, że nadejdzie dzień, kiedy któraś ze stron przystąpi zbrojnie do rozwiązania konfliktu i rozpęta się straszliwa, bo domowa, wojna.
Taki był psychiczny koloryt życia młodych ludzi, mojego życia, które niezależnie od wydarzeń rozgrywających się na arenie naszej ojczyzny, rozgrywało się w moim własnym świecie. W świecie, który poprzez rozpoczynającą się harcerską przygodę, stał się ucieczką, azylem od lęków ufundowanych przez historię. Jak dzielnie głosiła druhna Panasiowa, wychowawca niejednego pokolenia harcerzy w Polsce zniewolonej ustrojem totalitarnym, w organizacji, która poddała się poniekąd niewoli: "Te dzieci nie mają czasu czekać, aż przyjdzie wolna Polska, te dzieci potrzebują wzorców dzisiaj. Te dzieci dziś potrzebują szczęśliwego dzieciństwa". I dawała wzorce najlepsze. I dawała radość największą. Ta niezapomniana nestorka harcerstwa pozwoliła mi stworzyć świat, który stał się też wielką sceną nauki patriotyzmu, służby i braterstwa.
"Czuwaj, to znaczy pośród burz i zmiennych dni żywota
aby był z tobą ciągle Bóg, Polska, Nauka, Cnota.
Czuwaj, to znaczy wytęż wzrok, abyś się czuł bezpieczny
by twych poczynań każdy krok, był mądry i skuteczny.
Czuwaj to znaczy wytęż słuch czy podstęp, gdzieś nie czyha
to nieustanny myśli ruch, rycerska służba cicha.
Czuwaj to znaczy dzień i noc strzeż ojców swych spuścizny
to przepotężna ducha moc i służba dla ojczyzny!
To przepotężna ducha moc i służba dla Ojczyzny!!!"
Taki był psychiczny koloryt życia młodych ludzi, mojego życia, które niezależnie od wydarzeń rozgrywających się na arenie naszej ojczyzny, rozgrywało się w moim własnym świecie. W świecie, który poprzez rozpoczynającą się harcerską przygodę, stał się ucieczką, azylem od lęków ufundowanych przez historię. Jak dzielnie głosiła druhna Panasiowa, wychowawca niejednego pokolenia harcerzy w Polsce zniewolonej ustrojem totalitarnym, w organizacji, która poddała się poniekąd niewoli: "Te dzieci nie mają czasu czekać, aż przyjdzie wolna Polska, te dzieci potrzebują wzorców dzisiaj. Te dzieci dziś potrzebują szczęśliwego dzieciństwa". I dawała wzorce najlepsze. I dawała radość największą. Ta niezapomniana nestorka harcerstwa pozwoliła mi stworzyć świat, który stał się też wielką sceną nauki patriotyzmu, służby i braterstwa.
"Czuwaj, to znaczy pośród burz i zmiennych dni żywota
aby był z tobą ciągle Bóg, Polska, Nauka, Cnota.
Czuwaj, to znaczy wytęż wzrok, abyś się czuł bezpieczny
by twych poczynań każdy krok, był mądry i skuteczny.
Czuwaj to znaczy wytęż słuch czy podstęp, gdzieś nie czyha
to nieustanny myśli ruch, rycerska służba cicha.
Czuwaj to znaczy dzień i noc strzeż ojców swych spuścizny
to przepotężna ducha moc i służba dla ojczyzny!
To przepotężna ducha moc i służba dla Ojczyzny!!!"
Subskrybuj:
Posty (Atom)


